-
Posts
2605 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by irenas
-
PS Coś mi się wydaje, że pod podbitką zamieszkał rój jakichś takich owadów podobnych do os, tylko mniejszych. Do kogo się zwrócić w tej sprawie? Bo umrę ze strachu. Jestem uczulona na pszczeli i osi jad!
-
Mamuniu! Czas umierać!! Po kontach???! Stąporówna, siadaj DWAAA. (tak mawiała nasza polonistka w liceum, przez którą nabawiłam się nerwicy żołądka). No to wróóóć: ...leżą martwą kawką po kątach... No, tak już lepiej. Nutusiu, dzięki za litościwe milczenie.
-
Odwiedziłam Karmelka. Pani Ewa odda mi go dopiero, jak dom będzie gotowy na jego przyjęcie. I bardzo dobrze. Od ostatniego razu urósł już na tyle, że głowy nie może wetknąć między kratki klatki, co robił namiętnie do tej pory. Widać to zresztą gołym okiem (że urósł). Jest tam jeszcze ta malutka, czarna koteczka, która też podrosła i zasuwa po przychodni jak mały trolejbus. Wzięłam ją na ręce i stwierdziłam, że powinna się nazywać Ioda, bo jest bardzo podobna do tego stworka z Gwiezdnych Wojen. Strasznie mnie kusi, żeby i ją przygarnąć. Ale to by było już szaleństwo. Jak Wy i Wasze zwierzaki znosicie upały? Moje leżą martwą kawką po kontach, jedynie Kajtuś czasami kładzie się na słońcu. Jego kości są już tak stare, że potrzebują dużo ciepła. Pojechaliśmy dziś o 8.30 nad jezioro Góra, chciałam, żeby się wykąpały, zanim nastanie największy skwar, ale tylko Dziunia weszła do wody. Szerlok od razu chciał wracać do domu. A przecież jeszcze nie było tak strasznie gorąco.
-
Sunia istotnie urocza, zwłaszcza po ostrzyżeniu! Natomiast jak chodzi o Węgielkową, to ona przecież nigdy mnie nie odwiedziła w Chotomowie, spotkałyśmy się w pół drogi, czyli pod Grodziskiem. To taki szmat drogi pewno się tym bardziej nie wybierze. W końcu to kobieta pracująca jest. A propos wybierze. Zastanawiam się, jak rozegrać transport Karmelka do Dyszobaby. Czy wziąć go najpierw tutaj do domu, a potem przewieźć razem z całą ferajną, czy zabrać od razu do miejsca docelowego? To drugie rozwiązanie wydaje mi się sensowniejsze, chociaż nie wiem, czy "podleczanie" będzie aż tak długo trwało (jestem umówiona na przeprowadzkę dziewiętnastego lipca). Muszę się wybrać do pani Ewy, żeby sprawdzić, jak się sprawy mają ze zdrowiem słodziaka.
-
O mamo! A dlaczego Sajmon? Czy myślisz, Węgielkowo, że on będzie święty? A mnie przyszedł do głowy Karmel (w zdrobnieniu Karmelek). Co Wy na to? Słodko, ale nie za bardzo no i kolor odpowiedni.
-
Taki budyń waniliowy z cynamonem. Ale Budyń dla kociego mężczyzny??? Chyba za słodko, nie? A poza tym jakoś tak... glutowato? Dziękuję za zaproszenie na bazarek. Skorzystałam.
-
Też o tym myślałam, ale coś mi się po głowie tłukło, że był taki jeden Morel, który nie zasłużył się ludzkości. No i rzeczywiście: "Salomon Morel, funkcjonariusz aparatu bezpieczeństwa w PRL, oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości." (Tak nawiasem mówiąc zawsze mnie zdumiewa, że ludzie którzy doświadczyli krzywdy od innych potrafią być jeszcze gorsi od swoich krzywdzicieli. Chodzi mi tu o Żydów - we Francji poznałam panią, która nie dość, że była Żydówką, to jeszcze powszechnie pogardzanym tzw. "pied noir", czyli pochodziła z Algierii. Nie spotkałam większej rasistki w całym swoim życiu. Wydawało mi się, że powinna rozumieć, co to znaczy być nienawidzonym za pochodzenie.)To chyba Morel jednak odpada. Miałam już kiedyś rudo białego kota, który nazywał się Imbir (nie chciałam po ang. Ginger), ale zginął tragicznie, to chyba też nie jest dobry omen. Jeśli chodzi o imiona zwierzaków, to czasami sam los podpowiada: mój pierwszy kot nazywał się Florek. Dostałam małego kociaka od szefa i bardzo mocno sobie łamałam głowę, jak go nazwać. Aż tu pewnego dnia w radiu usłyszałam jak Adolf Dymsza śpiewa "Co z tobą, Florek? Gdzie twój humorek?" i mnie olśniło. Florek też niestety zginął pod kołami ochroniarzy z Security. To się oczywiście mogło zdarzyć, tym bardziej, że koło mojego domu była tylko nieoświetlona polna droga, ale tego, że zwłoki biednego kota zostawili na środku drogi, żeby każdy mógł po nich przejechać, już im nie daruję!
-
Zamurować pana Murka! To nie jest dobry człowiek. Świadczy o tym chęć dorobienia się na psim nieszczęściu. I skąd on wziął tę sumę? Chyba z niczego, czyli z głowy. Już taniej by było pociągiem! A właśnie - pociągiem się nie da? Dla przeciwwagi dla pana M. opowiem Wam o kierowcy ciężarówki, który zamiast rozjechać kociaka, przywiózł go do naszej pani wetki. Czyli nie wszyscy ludzie są potworami. Koniec tej historii też jest optymistyczny - kociak będzie mój! Najpierw trzeba go troszkę podleczyć, a 19.07 pojedzie razem z całą ferajną do Dyszobaby. Ogłaszam niniejszym konkurs na jakieś miłe imię dla kociaka kremowo - morelowego. Tylko pamiętajcie, że wyrośnie z niego KOCUR, nie może więc to być jakieś debilne zdrobnionko, które będzie uwłaczało jego czci (pewna moja znajoma nazwała swojego kotka Maluś. Wyrosło z niego siedmiokilowe, żarłoczne stworzenie. Wstydziła się przyznawać do tego imienia).
-
Przyjrzałam się maleństwu dokładnie i stwierdziłam, że identyczna sunia przybłąkała się do moich znajomych w Słomczynie pod Konstancinem Jeziorną. Teraz ma się świetnie, przyjaźni się z pozostałą (już tylko, jak nastała było psów 4) labradorką i ogólnie jest super. Czego i tej maliźnie życzę!
-
O mamuniu! A gdzie to biedactwo ma nos i oczy? Duże to istotnie nie jest. Ale wydaje mi się, że ze znalezieniem domu dla takiej kruszynki nie powinno być problemu. Czy się mylę? W każdym razie trzymam kciuki za szybkie uszczęśliwienie tego maleństwa.
-
Oj Nutusiu, nie mogę tego zrobić Dziuni i Kajtusiowi. Ale kiedy ich zabraknie, to się nie odżegnuję... Tylko wtedy już Szerloczek też będzie starszy. Nic to. Jedziemy dziś na wycieczkę do Dyszobaby, bo muszę się wziąć z kopyta za robotę. Nie wiedzieć kiedy zrobiło się mało czasu - muszę się stąd wyprowadzić do 1 sierpnia POD GROŹBĄ EGZEKUCJI (ach, ten nasz język prawniczy). Jak zwykle zresztą. Pewno macie takie same doświadczenia: coś człowiek planuje zrobić w przyszłości i nagle ta przyszłość przed nim staje nos w nos i mówi "A kuku!".
-
Z tym "dziabaniem" to raczej będzie trudno, bo Kajtuś prawie nie ma zębów, poza tym zawsze jest na smyczy, a jako, że nie widzi i nie słyszy, nie ma bodźców do gryzienia (typu szczekanie, czy widok dużego psa). No, ale oczywiście zawsze się może zdarzyć, że jednak się czegoś przestraszy i może zahaczyć jednym z nielicznych zębów (o ile się nie mylę, kły jeszcze ma. Ale chyba tylko je). Nie powiem, żebyście mnie jakoś szczególnie ukierunkowały - wygląda na to, że co wet, to szkoła! A tak w ogóle to Kajtulek chyba mi się powolutku kończy. Spacery bardzo go męczą, a jak jest gorąco, to już w ogóle tragedia. Raz musiałam go wziąć na ręce, bo nie mógł iść. Chyba będę musiała chodzić na dwa takty: z Kajtusiem króciutko, a potem z resztą ferajny dłużej i dalej. Tyle, że on się strasznie niepokoi, jak zostaje sam. I Dziunia mi głuchnie. NIedługo będzie miała 14 lat. Też nie w kij dmuchał, chociaż nie jest bardzo duża. Czysta rozpacz, bo Szerloka rozpiera młodzieńcza energia, której nie może spożytkować, jako że spacery są dostosowane do najsłabszych.
-
Też się nad tym zastanawiałam, Marysiu. Mam nadzieję, że znajdę chwilę - jeszcze muszę zaszczepić psy! - na wizytę z kocicą, chociaż na pewno to nie będzie łatwe. Brak kła stwierdziłam tylko przy ziewaniu, zajrzeć sobie do pyszczka już nie dała. Co do wieku, to nie pamiętam dokładnie kiedy ją wzięłam jako małego kociaczka, będzie z 6 lat temu?... Mam jeszcze jedno pytanie natury medycznej: czy szczepienie przeciw wściekliźnie może zaszkodzić mojemu baaaaardzo stareńkiemu Kajtusiowi? Pamiętam, że naszego Cyryla (seter irlandzki, który żył 15 lat) pani weterynarz odradzała szczepić już kiedy miał lat 13. Tyle, że medycyna poszła jednak naprzód (także ta zwierzęca) i może szczepionki nie są już tak "jadowite". Poradźcie, proszę.
-
Co to? Znowu error? Nikt mi nie zasugeruje wyjaśnienia braku kła u Mimi? Że psy tracą zęby na kościach to wiem ale koty???
-
No, Mimi niby też głupia nie jest, ale wczoraj zobaczyłam, że nie ma jednego kła!!! Kości gryzła, czy co?
-
Na szczęście tylko urlopowicze i to podobno rzadko przyjeżdżają. Żona tego pana tylko na jesieni, na tydzień zbierać grzyby. Ale z drugiej strony to, że nieczęsto tam bywają, to też nie najlepiej: Mimi na pewno będzie wchodziła na ich działkę, przekonana, że tam jest bezpiecznie, a tu nagle... jag terier! Miejmy nadzieję, że nic złego się nie stanie. Muszę postępować zgodnie z moim mottem: "martwię się i przejmuję tylko tym, na co mam wpływ". Inaczej wariacji można dostać.
-
Ja nie jestem błyskawica, tylko dziecko szczęścia. Bodajże Jung twierdził, że zbiegi okoliczności nie istnieją, ale to tylko dlatego, że mnie nie znał! W moim życiu ciągle zdarzają się sprzyjające zbiegi okoliczności i wcale mnie to nie smuci! Gdyby nie ten ślub, to praktycznie już mogłabym się przeprowadzić, jeszcze tylko trzeba wnętrze odmalować i dokończyć taras. I już. Przy okazji odkryłam dwa rodzaje specjalistycznych farb (to tak jakby ktoś miał taką potrzebę): a) do paneli z pcv i b) do kafelków. Jeszcze nimi nie malowałam, zdaje się, że ta do kafelków jest szczególnie trudna w stosowaniu, bo po wymieszaniu (jest dwuskładnikowa) "działa" tylko pół godziny. Na szczęście powierzchnia "zakafelkowana" nie jest bardzo duża, powinnam więc zdążyć. Dużo roboty jeszcze przede mną, ale ja KOCHAM takie zajęcia. Poznałam też moich sąsiadów od północy z prześlicznym i milutkim pieskiem Niko. Zmartwili mnie natomiast sąsiedzi od zachodu, bo a) on poluje, b) ma jag teriera, który kocha ludzi, ale nienawidzi innych zwierząt. To nie rokuje dobrze dla mojej kocicy, Mimi. Jedyna nadzieja w tym, że podobno przyjeżdżają rzadko. Malagosie, z przyjemnością poznam panie pomagające bezdomniakom w nadziei, że też będę mogła pomagać.
-
Mnie też ten error nachodził. Na szczęście nie za często. A teraz wiadomość dla pań z makowskiego powiatu: dzisiaj stanę się Waszą ziomalą!!! jadę do Makowa do notariusza, a potem do Różana się zameldować, żeby mnie wymeldowali w Chotomowie, bo pan notariusz nie ma pewności, czy nie sprzedaję domu z jakąś "wkładką mięsną". Ech, ta biurokracja! N a szczęście zarówno ludzie, od których kupuję domek, jak i ci, którym sprzedaję są normalni i mają do ludzi i świata dość zaufania, żeby nie rzucać kłód pod nogi. Przeprowadzka będzie gdzieś koło 20 lipca. 18 jest ślub syna mojej przyjaciółki z Legionowa, lepiej będzie mieć nań blisko, no a potem hajda w drogę!
-
Widzę, że lato to bardzo nieinternetowa pora roku. I dobrze. Ja też jestem bardzo zajęta zbliżającą się przeprowadzką (mam zamiar to zrobić w okolicach 20 lipca). A Was co zajmuje, że się w ogóle nie odzywacie? A owczarek już obsłużony? Oglądałam wczoraj ostatni odcinek "Przygarnij mnie". Lizak po prostu niesamowity, ale to głównie zasługa jego teraźniejszego opiekuna, który potrafił nawiązać z psiakiem taką fantastyczną więź. M iło patrzeć na takie obrazki.
-
A gdzie ten owczarek dokładnie? Bo najlepiej by było znaleźć coś niedaleko.
-
W zasadzie się z Tobą zgadzam, ale bojaźliwy potrafi być nieobliczalny: albo na kogoś ze strachu napadnie w akcie najwyższej desperacji, albo rzuci się w nieznanym kierunku i zaginie, bądź ktoś go rozjedzie. Tę pierwszą wersję przetrenowałyśmy z moją Mamą: mój pierwszy pies, Rudy, którego miałam jeszcze bardzo krótko ("zebrany" z podwórka u Rodziców) z nadmiernego napięcia nerwowego ugryzł Mamę w wargę, bo nie zwracała uwagi na sygnały wysyłane przez niego "boję się, zostaw mnie w spokoju". Drugą z moją sunią, Tajgą: byłyśmy na Mazurach w wioseczce zagubionej wśród lasów, kiedy nagle nad naszymi głowami huknęło, grzmotnęło, bo samolot przekroczył barierę dźwięku. Tajga w nogi i w las. Ja za nią pędem, ale gdzie mi do czteronożnego stworzenia zaprawionego w bieganiu. Na szczęście rozum się w Tajdze dość szybko obudził - kiedy troszkę ochłonęła, usiadła na drodze i czekała na mnie. Czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy. Ale co ja się strachu najadłam (jak znaleźć psa w mazurskich lasach?), to moje.
-
On wieje nie tylko przed ratlerkiem. W czasie spaceru nad Narwią w Dyszobabie natknął się na wielki, szary kamień na wpół ukryty w trawie. Wrrr! Zjeżył się i cofnął przerażony. Musiałam podejść do wrażego wroga i pokazać mojemu bohaterowi, że nie ma się czego bać. A kiedyś goniła go plastikowa torba (tzw. reklamówka). Mało ataku serca nie dostał. Taki z niego gieroj!
-
Ja wiem, nie mam nic przeciwko gwarze i "jo", ale w Warszawie, a zwłaszcza w szkole, to brzmiało dziwnie. Zresztą przypomniała mi się inna historyjka: pojechałam z moją przyjaciółką i jej małymi wówczas synami do Muszyny na wakacje. Po kilku dniach dojechał do nas mąż przyjaciółki, a ojciec chłopców. Młodszy, niezwykle ucieszony, że go widzi, zakrzyknął: "Siadnij se, tata!" Tata o mało zawału nie dostał z wrażenia.
-
Na szczęście mijali mas także warszawiacy powolutku, pozdrawiali i życzyli miłego dnia. Nie chcę być starą zrzędą, ale głównie starsi państwo. "Wsiowy" zwyczaj pozdrawiania każdego napotkanego człowieka (według mnie bardzo sympatyczny) jest zupełnie nieznany młodym ludziom, a szkoda. Mnie też te zapachy kojarzą się z wakacjami - u cioci Stefci pod Iławą. Z Rodzicami nie, bo jeździłam tam albo sama albo z siostrami. Rodzice nas tylko zawozili i przywozili. I włos im się na głowie jeżył, kiedy na zadane pytanie odpowiadałam "jo", zamiast "tak". Odzwyczajanie się od wsiowej gwary trwało z reguły kilka tygodni.