Jump to content
Dogomania

irenas

Members
  • Posts

    2605
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by irenas

  1. Znalazłam! Jeszcze nie jest ze mną tak źle.
  2. W porównaniu do malizn Mazowszanki to ogrom, ale tak naprawdę to średniawa.
  3. No, wreszcie znalazłam panią morderczynię in spe! Bo nie powiedziałaś, Mazowszanko, że Blanka całą drogę do Twojego domu pchała mi się na kolana, mimo, że prowadziłam i odpychałam ją z całej siły. W pewnym momencie o włos uniknęłyśmy czołowego zderzenia z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem. Ostrzegam więc każdego, kto miałby ją gdzieś wozić - przypiąć na tylnym siedzeniu, żeby nie mogła się przemieścić na przód. Inaczej grozi śmiercią lub kalectwem! (Nie wiem, jak Tobie, Mazowszanko, się ją wiozło. Może w towarzystwie innego psa była spokojniejsza?). Podziwiam tempo działania - ledwo Ci ją zdesantowałam, a już zdążyłaś uporządkować jej przyszłe życie. Nigdy więcej szczeniaków! Brawo! Mimo blankusiowych przygód samochodowych polecam się na przyszłość jako kierowca dowożący, odwożący i przywożący.
  4. Słodki i psotny, ciekawski jak sroka. Na razie walczy wnim ta właśnie ciekawość świata z lękiem, ale na pewno go przezwtcięży. Martwię się jednym - on ma chore jedno oczko, a nie daje się złapać, żeby mu je zakropić. Co do suni - tylko jej nie bierz do samochodu na miejsce pasażera, bo śmierć w oczach! A jak się nazywa jej wątek, bo Mazowszanka owszem poinformowała mnie, że go założyła, ale zapomniała powiedzieć, gdzie go szukać. "Biała sunia" chyba nie wystarczy?
  5. Zapewniam Cię, że mnie też. Serce mi na moment stanęło. A oto Karmel Waleczny.
  6. Dzisiaj rano Karmel Waleczny postanowił porzucić strachy i obawy i z otwartą przyłbicą stawić czoło niebezpieczeństwu czyli Zdyszanej Babie, trzem psom oraz kotce. Jest przesłodki, przytulas mruczący, strasznie milusi. Dał się wziąć na ręce, "pocałował" się z Szerlokiem (który okazał się psem wielkiej delikatności - ani razu nie szczeknął, ani nie klapnął zębami, zupełnie jakby rozumiał, że to delikatne maleństwo trzeba traktować z ostrożnością). Tylko Dziunia szczeknęła na Karmelka, tak jak na wszystkie "nowości" - ostrzegam, że nie lubię niespodzianek, nie zbliżaj się! Zrozumiał i posłuchał. No i Mimi syczała na niego niczym wąż. Ale on to olał. Widać już nie takie rzeczy w wykonaniu kotów widział. Teraz bryka po strychu. Zwiedził salon (czyli duży pokój, skład dużych mebli). To jedyne miejsce, w którym jeszcze nic, ale to absolutnie nic nie zrobiłam. Pudła stoją jak stały, meble na środku jako te mastodonty. Ale on był zaciekawiony i bardzo mu się podobało, że może skakać z kanapy na postument (który w mojej pracy służył jako podstawa do ekspozycji zdobytej nagrody, a u mnie został zdegradowany do roli kwietnika) i uprawiać slalom między pudłami. To ostatnie z pewną taką nieśmiałością, bo Szerloka jeszcze się odrobinkę boi. MarysiuO, dziękuję za życzenia spokoju, ale zdaje się, że letnie weekendy w Dyszobabie nie będą spokojne - moi nowi sąsiedzi okazali się bardzo hałaśliwi, a że jest ich dużo + dwa psy, mówią bez przerwy bardzo głośno, a psiaki szczekają na wszystko, co się rusza, jak to psiaki, to i ciszy się nie można spodziewać. No, ale będą przyjeżdżać co dwa tygodnie i pewno nie zawsze tak licznie (takie nowości na ogół gościom szybko się nudzą) jakoś więc to zniosę. Za to żona myśliwego okazała się bardzo sympatyczna.
  7. Donoszę, że Karmelek wcale nie wlazł pod podłogę (całe szczęście!) tylko za kredens w kuchni. W nocy ośmielił się, zjadł jedzonko zostawione pod stołem i powędrował na strych, skąd rano na nas poglądał (po spożyciu kolejnego posiłku tym razem na schodach na strych). Głód i ciekawość zwyciężyły, przynajmniej częściowo. Nadal boi się żywiołowości Szerloka, który koniecznie, ale to koniecznie chce go sobie obejrzeć z bliska, powąchać i polizać. Z czasem będzie dobrze. Mimi też od czasu do czasu gania po domu, ale ona już wie, że to zabawa, a jak się jej coś nie podoba, to daje mu łapką po nosie i spokój.
  8. Ale emocji dziś miałam! Najpierw po drodze do Grzybków między pędzącymi samochodami biegała biała sunieczka. Bez problemu dała się zaprosić do wnętrza, po czym całą drogę do Mazowszanki usiłowała mi wleźć na kolana. Jak się domyślacie było to w znacznym stopniu utrudnione, bo prowadziłam. Namolna była strasznie, a w pewnej chwili włos mi się na głowie zjeżył, bo w ferworze odpychania nachała, skręciłam za bardzo w lewo i o mały włos nie doszło do zderzenia. Strasznie to było uciążliwe. No ale dojechałyśmy w końcu i nastąpiła zamiana: ja zabrałam rudzielca, a Mazowszanka białą. W odróżnieniu od białej, ruda była wcielonym aniołem. Wskoczyła do auta jak do swojego, zwinęła się w kłębek i zasnęła. Od czasu do czasu wyglądała przez okno, ale kiedy włączyłam klimę, znowu poszła w kimono. Co to za cygańskie dziecko z tej Iki! W Warszawie bez protestu poszła z Ewu, nic jej nie peszyło, ani nie denerwowało. Nerwy jak postronki ma ta sunia. Albo już tyle się naprzeżywała, że byle co, jej nie rusza. A ja popędziłam po kota. Który to kot w domu dyszobabskim na widok Szerloka schował się... pod podłogą . Siedzi tam do teraz, a ja się denerwuję, czy wyjdzie, czy nie zaklinował się aby. Nawet nie zauważyłam, że za zlewem w ścianie jest dziura. Nie mam pojęcia, dokąd prowadzi. Dom jest stary, drewniany, ocieplany chałupniczo w czasach słusznie minionych, wyobrażam więc sobie, że pełno tam kanałów i nisz. Koteczek jest śliczny, taki "deserowy" (kojarzy się z lodami z bitą śmietaną i karmelem). Szkoda by go było (gdyby był brzydki zresztą też!)
  9. I po balu, panno Lalu! Brama co prawda była zamknięta, ale wrota z tyłu stodoły już nie. Biały podobno zżarł 1,5 kg puszkę Rafiego, całe jedzenie kocie, obleciał obejście, zwiedził taras, po czym dał dyla przez wzmiankowane wrota (co prawda w kolejnej wersji opowieści to była dziura. Zwał jak zwał, rezultat ten sam.) Jedyna nadzieja, że skoro się dowiedział, że w tej zagrodzie tak dobrze karmią, to zgłosi się, jak zgłodnieje. Ale gwarancji nie ma, bo takie zaprawione w bojach bezpańskie psy mają niezwykłą wytrzymałość na brak jedzenia i potrafią naprawdę długo się bez niego obejść. Ze szkodą dla własnego zdrowia, oczywiście. Jutro jadę do Grzybków po Ikę (o ile się nie mylę, tak się to maleństwo nazywa), żeby przewieźć ją do Warszawy, skąd już pociągiem uda się do Katowić. A ja wrócę do domu z Karmelkiem. No, ciekawe, jak go przyjmie terrorystka Mimi! Z wszystkiego zdam relację.
  10. Nutusiu, dla mnie fertyczność to stan ducha, nie ciała. W każdym razie na mnie zrobiłaś wrażenie osoby bardzo ruchliwej, zwinnej, zręcznej i skutecznej w działaniu. W Dyszobabie muszą być jakieś pozytywne fluidy, bo jak dotąd spotkałam tylko jedną osobę, która niezbyt mi przypadła do serca (Facet, który stwierdził: "Po co pani trzy psy! Lepiej niech sobie pani faceta weźmie". Pierwszy raz człowieka widzi i tak mu z kaloszami do duszy włazi!). A akcja z białym zdarzyła mi się pierwszy raz w życiu, nie wiem, co na niego podziałało - perspektywa jedzenia, moje monotnonnie powtarzane zaklęcie, czy wszystko na raz. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że mi się udało. Nie wiem, czy czytałaś kiedyś o Krystynie Skarbek, która była podobno ulubionym agentem Churchilla (co nie przeszkadzało jej olać po wojnie!), a która była obdarzona niezwykłym darem zaklinania zwierząt. Kiedyś, gdy nocą przekradała się przez jakąś granicę, obok przeszło dwóch Niemców z owczarkiem alzackim. Pies ją wyczuł, ale wcale nie wydał. Przyszedł do niej, przytulił się i... został na zawsze! Ta historia zrobiła na mnie ogromne wrażenia. Też bym chciała mieć taki dar. A moja przygoda z białym troszkę tak wyglądała, jakbym coś takiego miała, chociaż to pewno była tylko miska z żarciem w ręku, a nie żadna magia. Dziunia już do rzeki nie biegnie. Zachowuje się tak, jakby się na nią obraziła: odwraca się tyłem i udaje, że jej nie widzi. I dobrze. Tak jest bezpieczniej.
  11. Hurra! Udało się! Dziś rano zobaczyłam białą bidę słaniającą się z głodu na nogach. Na szczęście tym razem Szerlok nie pogodnił biedaka. Pognałam więc do domu, wepchnęłam psy kolanem za drzwi, złapałam miskę z karmą i pędzę za psim nieszczęściem. Słaby, bo słaby, ale przemieszczał się dość szybko. Po drodze spotkałam męża mitycznej pani Basi, który potwierdził, że go przygarną. To zachęciło mnie do energiczniejszej pogoni, aż w końcu pies wszedł na czyjeś podwórko (tu wszyscy wszystko mają otwarte na oścież!) i udało mi się zaserwować mu jedzonko. Pochłonął wszystko w sekundę, wylizał miskę do czysta i wzrokiem daje do zrozumienia, że było mało. No, myślę sobie, dobra nasza. Zaczęłam machać pustą miską i powtarzać jak katarynka: choć, damy jeść, dobry pies, choć damy jeść. Ku mojej radości podążał za mną - co prawda w strategicznej odległości - aż do (oczywiście otwartej) bramy obejścia pani Basi. Musiał być strasznie głodny, bo przezwyciężył strach, mimo, że pani Basia właśnie łapała swojego dziamgotliwego szczeniaka, żeby dużego nie odstraszył. Biały i jej na to jedzenie rzucił się jak szalony, a ja popędziłam zamknąć bramę. Mam nadzieję, że już tam u nich zostanie. Pani Basia jest podobna fizycznie do Nutusi - też taka fertyczna blondyneczka i równie sympatyczna. Co mnie bardzo cieszy, bo to kolejna fajna osoba, jaką poznałam ostatnio.
  12. A dlaczego ja zamiast wytrymowanej Poleczki widzę rozwrzeszczanego kota i jakieś napisy po angielsku? PS Nutusiu i Sławku/Leszku następnych udanych 30!
  13. Gdzie ja mam głowę? Zapomniałam o jeszcze jednej psiej przygodzie. Otóż kiedy panowie przeprowadzacze rozładowywali auta, w ogródku pojawił się duży, biały i strasznie chudy pies. Wyraźnie garnął się do ludzi. Napił się wody z miski moich psów, spenetrował ogródek za domem i już chciałam wyjść dać mu coś jeść, kiedy zauważył go Szerlok i oczywiście pogonił. Ale pies nie odszedł daleko, zachowywał się tak, jakby kogoś szukał. Kiedy auta odjechały, nadszedł znany mi już pan z domu z czerwonym dachem. Okazał się bardzo propsim człowiekiem. Też go zmartwiła straszna chudość zwierzaka, stwierdził, że ten pies jest identyczny jak ten, którego niedawno pochowała mityczna pani Basia, a która na pewno go weźmie ze względu na pododbieństwo i jeśli mu dam smycz, to on go weźmie do iebie, bo pani Basia właśnie gdzieś wyjechała, a jak wróci, to on jej go zaprowadzi. Niestety pies zniknął z obejścia, do którego został zaprowadzony, a potem widziałam go na działce pana Maćka naprzeciwko mnie. Wygląda na to, że potrafi przenikać przez mury, bo tam wszystko się zdawało zamknięte. No i nie ma nikogo. Nie mam pojęcia, co się z tym biedakiem stało, dziś rano go nie spotkaliśmy. Mam nadzieję, że trafi na kogoś, kto się wzruszy jego losem. To było coś jak owczarek podhalański, tylko bardziej "subtelny". Może przez tę swoją chudość.
  14. Uwaga! Uwaga! Jestem już w Dyszobabie! Wczorajczy dzień był po prostu UPIORNY, ale dziś powolutku odbijam się od dna. Ze zdarzeń zwierzęcych wczorajszego dnia: Mimi darła się całą drogę, zrobiła kupę i się na niej położyła (drąc pyszczydło przy tym), po czym zwiała i nie było jej cały dzień, a Dziunia wskoczyła z rozpędu do Narwi w miejscu, w którym nie miała szans wyjść z wody. Bidulka machała łapkami z całej siły, żeby przezwyciężyć prąd, który usiłował ją porwać, i błagalnie patrzyła mi w oczy "Ratuj!". Na szczęście znalazłam dwie stopy ziemi (akurat to mi się zmieściło na tym kawałeczku gruntu), gdzie mogłam stanąć, złapałam ją za skórę na karku (bałam się, że z obroży się wyśliźnie) i wyciągnęłam przerażonego szczurka na brzeg. Sama przy tym też mało zawału nie dostałam. No ale wszystko dobre, co się dobrze kończy. Mam nadzieję, że ta przygoda ją czegoś nauczyła. A ja od wczoraj szukam syfonu spod zlewu, dopiero przed chwilą go zauważyłam w ostatnim, najostatniejszym pudle, do którego zajrzałam. Dlaczego przedmioty są takie złośliwe? PS Nutusiu, nie dotarłam na pocztę. To chyba jednak poszewki poczekają na Twoją wizytę w Dyszobabie, dobrze? Jeśli chcesz mieć je wcześniej, daj znać.
  15. Ja tam nie wiem jak Malagos będzie spływać po Narwi. Raczej będzie ciągnąć kajak za sobą, brodząc w wodzie po kolana, bo mniej więcej tyle jest jej w tej rzece dzisiaj. Byłam tam przed kilkoma godzinami i aż się przestraszyłam - Narew niedługo w ogóle zniknie! Szkoda byłaby wielka. W czym będą się kąpać moje psy?
  16. W razie czego wyskakuj z kajaku na brzeg i biegnij, a komandor niech macha wiosłami, żeby za Tobą nadążyć. Miłego spływu Ci życzę.
  17. PS Na Narwi na wysokości Dyszobaby jest mielizna, na której woda sięga do kolan. Opowiadał mi jeden wędkarz, że jakiś kajakarz sprawdził to organoleptycznie, bo na niej utknął. To tak tytułem ostrzeżenia, ale nie zniechęcenia.
  18. Czyżbyś należała do tych szczęśliwców, którzy nie mają kłopotów z krążeniem w kończynach dolnych? Bo mnie o to chodziło, nie o to, że jest niewygodnie. W wyniku braku ruchu moje nogi odmawiają całkowicie posłuszeństwa i karzą mnie za lenistwo w okrutny sposób.
  19. Z tego, co słyszałam dziś rano w pogodynce, to Cię zaleje, ale raczej pot, bo podobno znowu szykują się upały. A którędy Ty tym kajakiem będziesz spływać? Nie zahaczysz przypadkiem o Dyszobabę? Jeśli tak - serdecznie zapraszam. Numer 94. Niedaleko od rzeki, to nie będziesz musiała dużo chodzić. Chociaż pewno po kilku godzinach spędzonych na siedząco praktycznie w kuckach Twoim nogom chodzenie doskonale zrobi. Coś o tym wiem, bo mnie godzinna jazda samochodem po prostu wykańcza, chodzę potem przez jakiś czas jak kaczka. W domu na pewno będzie astronomiczny bałagan, jak to po przeprowadżce, ale co tam... Prawdziwym harcerkom nic nie straszne.
  20. No jak to gdzie? U nas. W telewizorze powtarzają z uporem maniaka, że trwa typowe polskie lato, czyli tak musi być. No bo chyba telewizja nie kłamie???
  21. Lato... Cisza w eterze...
  22. Powiedziano mi, że bobry są też w Dyszobabie, co świadczy o czystości Narwi, bo te zwierzęta są bardzo wybredne, jak o wodę chodzi. No zobaczymy. Przeprowadzam się za 2 tygodnie, teraz nastał najbardziej gorączkowy czas - w domu bałagan po sufit, po prostu pandemonium! Ale, jak to kiedyś powiedział klasyk, czas uczy pokory: zrezygnowałam z szarpania się osobiście z materią i wynajmuję firmę przeprowadzkową. Tanie to to nie jest, ale pięciu młodych facetów na pewno szybciej i sprawniej to zrobi niż jedna starsza pani. Tak więc powolutku myślcie o odpowiadającym Wam terminie parapetówy! Czekam na sugestie.
  23. Zrobiło sie chłodniej i te latające cosie jakby zniknęły. A widziałyście bobra uratowanego na środku Bałtyku przez płetwonurków? Jak prosił łapkami, żeby go uratować. I jak rozumiał, że chcą mu pomóc, bo - podobno z natury bardzo płochliwy wobec ludzi - w ogóle się ich nie bał. Nikt nie wie, skąd 20 mil od brzegu w słonej wodzie wziął się słodkowodny bóbr.
  24. No, nie wiem... W Chotomowie po nocnej burzy zrobił się prawdziwy tropik. Oddychamy parą wodną, a to zdecydowanie niemiło.
  25. Przeczytałam cały wątek, do czego zachęciło mnie imię psiunia (tak będzie się nazywał mój nowo zaadoptowany kotek, który na razie kuruje się u pani wetki z chorego oczka) i jestem po prostu ... no brak mi słów. Poker, chyba nie ma drugiej takiej kobiety na świecie!!!! Cała ta historia jest fascynująca, o kłosach też nic nie wiedziałam, w życiu by mi nie przyszło do głowy, że w ogóle mogą być niebezpieczne! Ale wszystko dobre, co się dobrze kończy. Przyślij mi numer konta, żeby mogła wyrazić swój zachwyt czymś bardziej konkretnym niż słowa.
×
×
  • Create New...