-
Posts
2605 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by irenas
-
Moje Kochane Zwierzomanki i kochani Zwierzomani! Cudownego Nowego Rroku (z tą trzynastką taki powinien być) dla Was i dla wszystkich Zwierzaków i tych już przez Was uratowanych i tych, które na ratunek jeszcze czekają! No a teraz poznawania Misia ciąg dalszy. Był Sylwester, jak wiecie, a z nim związane idiotyczne wystrzały. Bardzo się niepokoiłam, jak miluszek zareaguje na to zjawisko. A on nie przestaje mnie zadziwiać: na ogół psy albo uciekają przed strzałami, albo chowają się najciemniejszy kąt, albo nic ich nie rusza. Misio - jak zwykle oryginalny - leciał w stronę fajerwerków z okropnie głośnym szczekaniem, jakby chciał je zaatakować. Na szczęście dawał się odwołać. No i nie łudźcie się - był BARDZO przerażony. Uspokoił się dopiero w domu, wyraźnie uznał to miejsce za przystań spokoju, bo noc przespaliśmy bez wstrząsów mimo kanonady za oknem. Pierwszy dzień nowego roku także miałam pod znakiem psa, tym razem nie swojego. Okazało się, że Caro (ten z Palucha), zostawiony przez swego pana poprzedniego dnia na długaśnym łańcuchu (tak z 5 - 6 metrów), przerażony wystrzałami przeskoczył przez płot do sąsiadów, którzy boją się dużych psów. Łańcuch okręcił się wokół sosenki i biedny zwierzak spędził noc siedząc "na baczność". Wyobrażam sobie co musiał czuć w apogeum hałasu! Sąsiadce dopiero następnego dnia po południu przyszło do głowy zwrócić się o pomoc do mnie. A ja przecież ma klucz do furtki do domu Caro no i znam go już i wiem, że to jest niesamowity słodziuch i przytulaj. Zaprowadziłam go do domu, dałam jeść i pić i znowu przypięłam do łańcucha. Co miałam zrobić, najpierw chciałam ten łańcuch skrócić, ale sąsiadka słusznie zauważyła, że psiak się może na krótszym powiesić. Gdy tylko wyszłam za furtkę, Caro przeskoczył do sąsiadów. Tyle, że tym razem nie zaplątał się o żadne drzewo, a sąsiadka już wiedziała, że jej nie zje. Pan wrócił dopiero wieczorem, strasznie się kajał i dziękował. Powtarzam mu ciągle, że pies MUSI się wybiegać, żeby z nim chodził co najmniej 3 razy dziennie (pracuje w domu, nie ma więc problemu), ale jakoś to nie trafia. Dziś rano Caro znowu wył jak szalony, bo pan chyba wyszedł z domu.
-
A żebyś wiedziała! Tym bardziej, że i inne cechy - mniej widoczne - ma niesamowite. Wczoraj na spacerze zagubił się gdzieś Kajtuś-ślepowronek. Misio poszedł go szukać, znalazł i przyprowadził do mnie z powrotem! Słowo honoru! Szczęka opadła mi z wrażenia. Jeśli kiedyś zaśpiewa Marsyliankę, pewno się nawet nie zdziwię. Ale zdaje się, że należy do tych piesków, które potrafią zamęczyć prośbą o rzucanie patyczka. W tej chwili leży na łóżku z piłką i jęczy, żebym mu ją rzuciła. A wiadomo, że raz nie wystarczy. Ojoj, aleśmy się dobrali - ja jestem raczej leniuch, a nie sportowiec!
-
No dobrze! Dziś Misio zmienił mój salon w prawdziwy tartak. Dorwał się do dość grubego kijka i zmienił go w trociny. Co jakiś czas podbiegał do mnie - czytałam książkę na kanapie - z żądaniem, żebym pociągnęła za to, co z kijka w danej chwili w jego pysku zostało, po czym wracał do roboty. Tak nas wszystkich rozbawił, że nawet ślepy Kajtuś zabrał się za szarpanie jakiejś psiej zabawki. Wczoraj odwiedziła mnie damska część mojej polskiej i angielskiej rodziny (facety wolały mecz), żeby obejrzeć Misia. Wszystkie panie były zachwycone! On ma w sobie coś takiego, że po prostu nie sposób go nie lubić. Kiedy chodzę z nim na spacery co i rusz zatrzymuje się jakiś samochód z sąsiadami i słyszę, że mam pięknego psa. A przecież do prawdziwej piękności, jeszcze mu troszkę brakuje.
-
A czy wiadomo, jak Misio się pierwotnie nazywał? Bo coś te nowe imiona "nie wchodzą". Mój pierwszy pies, na którego imię wpadli moi znajomi (nie było to trudne - zwierzak był rudy i nazywał się Rudy), znacznie szybciej się zaaklimatyzował u mnie, gdy nie musiał się przyzwyczajać do nowego imienia. Podobno to było coś na "e". Czytam teraz zabawną (no, dość zabawną!) książeczkę pt. "Póki pies nas nie rozłączy" i tytułowy bohater nazywa się Egon. Zawołałam tak na Misia, w pierwszej chwili postawił uszy i spojrzał na mnie zaskoczony, ale za trzecim razem już w ogóle nie reagował. Mam tylko nadzieję, że to nie było Eros, bo tak chyba bym na niego raczej nie wołała!
-
Ojoj! Aż tyle życzeń! Dziękuję bardzo, bardzo, bardzo. Strasznie mi miło. Ale mam do Was pytanie: nie wiecie skąd te wsiowe potwory wzięły Misia? Czy był u nich od szczeniaka? Pytam, bo wczoraj okropnie mnie zaskoczył kolejny raz. Otóż siedzę sobie wygodnie tam gdzie król piechotą chodzi, a tu wkracza Misio, kładzie mi łeb na kolanach i patrzy na mnie figlarnie. No to głaszczę go, mówię "kochany Misio, śliczny piesek itp." a on nic tylko patrzy i jakby się uśmiecha. W końcu znudzony moim brakiem inteligencji podnosi pyszczydło a tam... piłka! Rzuca mi ją pod nogi i czeka, żebym z kolei ja mu ją rzuciła. Co zrobiłam, a on w dzikich, szczęśliwych podskokach popędził za nią. Czy tak się zachowuje podwórzowy pies? Wszystko to razem - spanie w łóżku, radocha na wieść, że idzie na spacer, zabawa kijkiem, przynoszenie piłki - sugeruje, że Misio był kiedyś psem domowym. Jak Wam się wydaje? Tak jakby sobie przypominał szczęśliwe dzieciństwo. Z postępów - sierść ma już z 5 cm długości, z dawnych blizn widoczna jest już tylko ta na pupie, gdzie ciągle się polizuje. Nabrał kształtów - tzn. nie jest gruby, ale ma wcięcie w talii. Jak powiedział jeden znajomy, który nie widział go kilka dni - przestała mu wisieć skóra. Acha, i powiedzcie temu weterynarzowi, że miał rację: jądra mu się jakby podniosły, a może po prostu ten rozpaczliwy zwis skrył się w futrze i nie wygląda już tak żałośnie. Ogólnie pies przystojnieje z dnia na dzień. Zdjęć na razie nie mam, bo z powodu wizyty mojej siostry żyję w strasznym wirze. Porobię znowu, jak to wszystko się uspokoi. Dzisiaj także wykazał się pewnym stopniem agresji wobec psa, który przechodził obok naszego domu na smyczy (brama była akurat otwarta i poleciał za nim z hurgotem w gardle), ale dał się odwołać. Czyli, że ta jego skorupa kryje jeszcze niejedną niespodziankę. - Spałka postaram się sfotografować, ale to może być trudne, bo starowinek wychodzi rzadko przed dom i na króciutko - jednak nie doszedł tak całkiem do siebie po tamtej przygodzie.
-
Witam, witam! Dziś będzie bez zdjęcia, ale kiedy Wam opowiem naszą poranną przygodę, zrozumiecie, dlaczego. Otóż dziś w lasku natknęliśmy się na cztery dziki śpiące "na kupie", jeden na drugim. Termometr wskazywał -15, tak więc temu na wierzchu raczej ciepło nie było. Dziki spały mocno, ale i pachniały mocno, dlatego moja czereda - bardzo zainteresowana zaczęła - powolutku podchodzić do nich, żeby sprawdzić, co to takiego. Świnki porwały się na nogi, co skutecznie odstraszyło Misia od zapoznania się z nimi. Ja się po prostu przeraziłam - ciągle mam w pamięci starego Spałka, któremu 4 dzikie świnie złamały szczękę i nogę i wybiły dziurę w boku. Cud boski, że zwierzak przeżył. A może raczej niezwykła wytrwałość jego Państwa, którzy nie żałując czasu i pieniędzy, ratowali biedaka jak mogli. I uratowali. Dla Waszej wiadomości - Spałek nie jest żadnym przepięknym psem rasowym, tylko pokracznym, łaciatym, starym kundelkiem uwolnionym z łańcucha w Spale (stąd imię). Jak się okazuje są jeszcze szlachetni ludzie na świecie (oprócz Was, oczywiście moje drogie Panie). Bardzo bym chciała mieć zdjęcie moich psów wąchających dziki, jednak cena za nie mogłaby być za wysoka. Dlatego ten wpis jest bez zdjęcie. A teraz drogie dziewczynki - zanim zabiorę się za lepienie pierogów - chcę Wam pożyczyć wspaniałych Świąt, pysznych potraw, pięknych prezentów i dużo, dużo radości i satysfakcji z tego, co robicie. Jesteście dla mnie wzorem niedoścignionym.
-
To jest łóżko gościnne. Muszę przypilnować, żeby się Misio do niego nie przyzwyczaił, bo goście raczej nie docenią jego towarzystwa. My całą kupą śpimy na wielkim materacu typu sułtan. Jakoś tak się układamy, że każdemu jest wygodnie: Kajtek przy mojej głowie, Miso wzdłuż ciała, Dziunia w nogach, a Szymek (kocur) pod kołdrą w okolicach mojego żołądka. Grzeją super. A teraz donos na temat nauk: już się nie pchamy do drzwi, kiedy pańcia wychodzi do miasta. Rozumiemy, co to znaczy: Misio zostaje. Pilnuj domu (wszystkie moje zwierzaki wiedzą, że kiedy mówią "idę do miasta", należy się położyć wygodnie i poczekać, aż wrócę. Misio już też). Wczoraj i dziś rano przeżyliśmy nieco strachu, bo na spacerze dołączył do nas Bazyl, znacznie przerośnięty berneńczyk (chyba mu w młodości dawali zbyt dużo witamin, bo jest naprawdę duży jak na tę rasę!). Zwierz jest niezwykle przyjazny, ale nieco natarczywy w obwąchiwaniu i Misio nie był zachwycony, bo trochę się obawiał, że może tamten nie ma całkiem dobrych zamiarów. Trochę powarkiwał, a właściwie myczał - trudno inaczej nazwać ten dźwięk. Nigdy dotąd nie słyszałam, żeby pies wydawał z siebie taki dźwięk - trochę to przypomina kota, który ostrzega przed atakiem - a Misio już kolejny raz to robi. Czyli, ten model tak wyraża zaniepokojenie.
-
Dzisiaj wcześnie rano Miso zgotował nam potop w wiatrołapie. Z radości, że idzie na spacer wsadził łapę do psiej miski z wodą (a jako, że służy trzem psom i trzem kotom, nie jest mała) i wylał całą wodę na podłogę. Nawet tego nie zauważył. Najważniejszy jest SPACER! Odkrywam ciągle nowe "odstresowania": teraz już podnosimy nogę nie tylko w celach praktycznych, ale także żeby znaczyć teren. Wiedziałam, że zestresowane znajdy nie szczekają, dopóki nie wrócą do jakiej takiej równowagi, ale że nie znaczą - nie. Węgielkowa uznała, że Misio sika rzadko i długo, bo "ten model tak ma". A okazuje się, że wcale nie. Potrafimy siknąć kilka kropel, żeby zamanifestować swoją obecność! A propos szczekania: wczoraj wieczorem Misio dał koncert pełną piersią. Ciekawa jestem co jeszcze się objawi spod tej skorupy, w której się schował. W nocy coś złego Misiaczkowi się przyśniło, bo zerwał się jak szalony i poleciał w kąt pokoju. Kiedy się zorientował, że nic mu nie grozi, wrócił do łóżka i wtulił pyszczydło w moją szyję, posapując z zadowoleniem. Takie chwile po prostu zwalają mnie z nóg. Chyba też go zacznę iskać zębami, bo przepełniają mnie uczucia, których nie potrafię wyrazić! Wysłałam węgielkowej zdjęcia z wczorajszego spaceru, przepraszam, że nie są najlepszej jakości, to smartfon, strasznie powolny w robieniu fotografii. Obiekt potrafi wyjść z kadru, zanim to cudo się zdecyduje pstryknąć.
-
Kociej odysei cd. Właśnie Szymek sprał Miśka po pysku, bo ten zbyt natarczywie wpatrywał się mu w oczy. Rezultat: stłuczona doniczka i palma na podłodze. Ten Misiek jest nienormalny - praktycznie w ogóle nie zareagował na taką ohydną agresję. No, ale kiedy wczoraj na spacerze Dziunia na niego zaczęła szczekać i odganiać od jakichś wspaniałych zapachów, to została obwarczana i dostała łapą po plecach. Emancypujemy się! A dziś spotkaliśmy się całą sforą: Misiek, Dziunia, Kajtek, Suzie, Tunia i Caro (pół wilk, pół husky, też niedawno wzięty z Palucha, na smyczy, bo bandyta) i było powarkiwanie ostrzegawcze, bo Caro najpierw chciał się zaprzyjaźnić, a potem zmienił zdanie. Już wiemy co to znaczy spacer, umiemy usiąść na komendę (ale po jednej nagródce nie wstajemy, bo za taki osiągnięcie należą się przynajmniej dwie!), no a przede wszystkim wiemy, gdzie Pańcia ukrywa jedzenie. Jak tylko pojawię się w okolicy lodówki, zaraz obok mnie jest Misio. Prawdziwy odkurzacz, pochłania wszystko co prawdziwe - żadnej suchej karmy, kociego jedzenia z saszetek (ulubiony przysmak pozostałej psiej dwójki), czy pseudo nagródek z plastiku udającego jedzenie. Aktualna sytuacja z kotami: Szymek - j.w., Mimi, wraca na posiłki i chyba już się tak nie boi, Koko łaskawie pozwala się obwąchać, ale na wszelki wypadek mieszka gdzieś "w przyrodzie". Co akurat dzisiaj musi być bardzo nieprzyjemne. No, ale ona zawsze była indywidualistką. Acha, i już spokojniej zostajemy w domu, kiedy pańcia wychodzi do miasta. Za pierwszym razem zniszczeniu uległo wejście dla kotów - Misio usiłował się przez nie wycisnąć. Na szczęście pańcia potrafi posługiwać się młotkiem i śrubokrętem i naprawiła. Słuchajcie, ja Wam to wszystko opowiadam raczej dla rozrywki. Jestem w 200% pewna, że wszystko się ułoży, w końcu kiedy był Baca (prawie kaukaz), zdecydowanie większy od Misia, całe towarzycho (6 stworów + ja) wędrowało co rano po okolicy na spacer w zwartej kolumnie bez żadnych oznak wrogości do siebie, budząc powszechne zdumienie. Ludzie się muszą docierać, psy i koty też. To by było na tyle na dziś. Miłego wieczoru wszystkim ludzkim i nieludzkim stworzeniom życzę.
-
Kochane! Przekazuję niniejszym informacje od pani Borcz. Przepraszam, że będą chaotyczne, ale zapisywałam podczas gdy Ona podawała mi nazwy specyfików w tempie karabinu maszynowego. A więc do rzeczy: 1) sok żurawinowy naturalny 100% - 2 razy dziennie (dobry również dla ludzi na nerki). 2) miód Manuka (drogi, ale podobno doskonały praktycznie na wszystko), 3) probiotyk z prebiotykiem podawać całe życie. 4) sufrin - 2 razy dziennie. 5) mydełko syryjskie z Aleppo (koniecznie z tego miasta, mogą być problemy, bo tam teraz jest wojna) - namydlić skórę, spienić, zostawić na 15 - 2- min, a potem zetrzeć resztę szmatką zwilżoną w płynnym rivanolu. 6) ekstrakt z propolisu (7 - 10%)w aerozolu - psikać zmienione chorobowo obszary. 7) olej kokosowy + olejek z drzewa herbacianego z Australii (łyżkę oleju kokosowego utrzeć w miseczce z 5 - 6 kroplami olejku herbacianego, wcierać w chorobowo zmienione miejsca (ja ręce wytarłam w futro Misia, wygląda na to, że to też dobry pomysł). 8) maść propolisowa - wcierać. 8) maść nagietkowa - także wcierać. Jeśli pies nie chce wskoczyć do wanny, robić przymoczki: szmatkę namoczoną w odcedzonym naparze z kwiatów nagietka przykładać do chorej skóry. Inna przymoczka: herbata Lapacho (lub maść z tą herbatą). 10) Podawać wyciąg ze skrzypu i bratka polnego. Jedzenie: ziemniaki, buraki, marchew itd., soczewicę, siemię lniane odtłuszczone (nie jełczeje) może być też por ugotować na parze, zmiksować, dodać mięsko (np. szyjki kurczaka) i podawać hrabiostwu do zjedzenia (No, ja nie wiem. Misio jest 200% mięsożercą, nie bardzo go widzę w roli prawie wegetarianina!). Do żarcia (również swojego) dodawać olej lniany budwigowy - 2 łyżki dziennie, albo 5 - 6 jeśli stan zdrowia bardzo kiepski). Wszystkie te specjały można dostać w zielarskich aptekach, no może oprócz rivanolu i sufrinu (tego jeszcze mi się nie udało kupić). Uwaga - nie jest to tanie, ww. zestaw (minus sufrin, herbata Lapacho i miód Manuka, któych nie było) kosztował mnie ok 120 zł. No ale starczy chyba na dość długo. Misio do jedzenia z olejem lnianym i sokiem z żurawiny podszedł z pewną nieśmiałością, ale w końcu zjadł. A teraz zmiany w podejściu do życia: dziś rano na dźwięk słowa spacer, Misiaczek zaczął skakać jak szalony, tak się cieszył. A wczoraj zaczął szczekać - znaczy się czuje się już u siebie. SUPER!
-
Misio zdecydowanie bardziej lubi nazywać się Misio niż Rambo czy Tango, bo powolutku zaczyna reagować na swoje nowe imię. No, trzeba je poprzeć gwizdnięciem, ale samo słowo wywołuje już jakąś reakcję. Już wie, że kiedy mówię " idziemy na spacer" i pozostałe psy ruszają się z posłania, to będzie fajnie. Biega na spacerach z nosem przy ziemi - bez smyczy, pilnuje się mnie jak szalony! - i uczy się okolicy. Przez płot wita się przyjaźnie z wszystkimi okolicznymi psami, rzadko który na niego szczeka. Poznają dobrego psa. Apetyt ma ASTRONOMICZNY. Będę niedługo musiała uważać, żeby go nie zatuczyć :lol:! Dziś po południu nabyłam drogą kupna specyfiki zalecane przez panią Teresę Borcz, już popsikałam rany propolisem, wieczorem będzie kuracja olejem kokosowym z australijskim olejkiem z drzewa herbacianego. Do jedzenia (oczywiście oprócz jarzynek i mięska) dostał łyżkę oleju lnianego i soku z żurawin (na drogi moczowe, chyba raczej profilaktycznie). Jak go tak dopieszczę tymi wszystkimi olejkami i sokami to będę musiała pilnować, żeby mi nikt go nie ukradł, taki będzie piękny:loveu:. Śpimy razem w jednym łóżku - Misio, Kajtek, czasami Dziunia i gdzieś w kącie ja. Koty na razie się boczą, Szymek dał dziś Misiowi po nosie, co wywołało dość nieoczekiwaną reakcję: mmmmmmmmmmm, ale nie takie agresywne, jak wtedy, gdy ktoś łazi pod domem. Dziwne jakieś. Wolałam ugłaskać oba zwierzaki, bo nie wiedziałam, czym to się skończy. Kiedy piszę te słowa, Misio pochrapuje obok mojej nogi. Będzie nam dobrze razem! Tylko Dziunia musi go zaakceptować.
-
Czekam z wielką niecierpliwością na Rambo. Trochę się niepokoję, jak go przyjmie moja "gadzina" - Dziunia jest straszna zazdrośnica, a ślepy Kajtuś wszystkiego się boi, no a koty... jedna wielka niewiadoma! Ale wierzę święcie, że będzie dobrze i już się cieszę na wspólne spacery (koty też z nami chodzą rano i wieczorem). Rambutek, do zobaczenia jutro!