-
Posts
2605 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by irenas
-
Odwiedziliśmy wczoraj Dyszobabę, żeby obejrzeć nowy dach - CUDO! - oraz zawieźć trochę bambetli (przyjechali znajomi terenówką i zaoferowali się trochę tego towaru zawieźć. Przyjęłam ofertę z wdzięcznością.) Oczywiście nie było mowy o zostawieniu Szerloka i Dziuni w domu. W nowym domu Szerlok chodził na podkurczonych nogach, podążał za mną krok w krok, a Dziunia za nim. Byliśmy na wielkim spacerze niemal do samego Różana, widzieliśmy kilka bocianów łażących po skoszonej trawie, trzy małe bocianiątka w gnieździe, pachniało kwiatami, zbożem, ziemią po deszczu ( w nocy musiało padać). No po prostu raj. Ale żeby nie było tak dobrze, o mało nas na wąskiej drodze nie rozjechała jakaś młodociana wariatka z Warszawy: zakręt niemal 90 stopni, na rogu dom, a ta głupia pruje chyba siedemdziesiątką albo osiemdziesiątką. Wyskoczyła na nas jak diabeł z pudełka, a kiedy zaprotestowałam spytała; "No i co się stało?" Tym razem nic. Czy naprawdę musi ktoś zginąć, żeby taka istota zdała sobie sprawę, że jeździ niebezpiecznie? Wygląda na to, że u nas tak. Śmieszy mnie puszenie się policji i chwalenie "nowymi przepisami". Bez porządnej edukacji nic się nie zmieni. Aha, i zgadnijcie jak się broniła. "Psy powinny być na smyczy". Atak jest najlepszą obroną. Gdyby były na smyczy mogliśmy zginąć wszyscy za jednym zamachem, i one i ja.
-
Ja zwariuję z tą dogo! Podstępnie zapisuje to, czego wcale nie zapisałam.
-
Wyobraźcie sobie, że ten manifest dotarł do mnie z ...Kanady. Świat jest zdecydowanie jedną wielką wiochą, zwłaszcza teraz w erze internetu. Muszę Wam ze smutkiem donieść, że Szerlok okazał się koncertowym tchórzem i dał się przepędzić RATLERCE! Fakt, że wyskoczyła na niego znienacka (przyjrzałam się temu słowu dokładniej: co to do jasnej ciasnej jest nienacek, bo rozumiem że wyskoczyła na niego skąd, czyż nie??? I dlaczego to się pisze razem?), no ale jednak... Mógł chociaż udawać, że się nie boi. A on w nogi. Aż się właścicielka ratlerki mało ze śmiechu nie udusiła. Takiego mi narobił wstydu.
-
MANIFEST SZEŚĆDZIESIĘCIOLATKÓW Świat, droga młodzieży, wyglądał kiedyś nieco inaczej. Nie budziła nas, dzisiejszych sześćdziesięciolatków, telewizja śniadaniowa, przez co nie wiedzieliśmy o istnieniu otyłych karlic akrobatek, Chipindels’ów i kotów, które mówią brajlem. Budził nas radziecki budzik, który za nic w świecie nie chciał chodzić tak, jak mu hejnał z wieży mariackiej kazał. A jednak zdążaliśmy do szkoły. Na śniadanie jedliśmy kanapki z pasztetową, na święta szynkę, która psuła się po dwóch dniach. Sery były, jeśli były, dwa: żółty i biały. Nazwy były równie umowne, jak ich ceny i kolory. Nikt nie jadał lunchu. Były drugie śniadania, kanapki starannie zapakowane przez mamy w papier śniadaniowy, który poddawano domowemu recyklingowi i, jeśli się nie ubrudził, wykorzystywano ponownie. Jadano też obiady: ziemniaki, tłuste sosy, kotlety. Mało warzyw i ryb. Na kluski mówiliśmy makaron, nie pasta, bo pastą smarowaliśmy chleb lub czyściliśmy buty. Nikt nie znał słowa cholesterol i jadł tyle jajek, ile chciał, a jednak nie umieraliśmy masowo na serce. Nauczyciel, który potrafił przylać linijką lub połamać wskaźnik na niejednej pupie, kazał nam wkuwać mnóstwo definicji i wzorów, nękał klasówkami i straszył widmem powtarzania klasy. Mimo to nie mieliśmy jakiejś nadzwyczajnej traumy. Szczerze mówiąc nie znaliśmy tego słowa, ani nie byliśmy pod opieką terapeuty. Nie uczyliśmy się angielskiego i nie chodziliśmy na balet. Żeby umówić się z kumplami na piłkę, nie dzwoniliśmy do nich wcześniej, tylko wpadaliśmy po nich domieszkania albo darliśmy się pod oknami, żeby wyszli. Nie zabraniał nam tego nikt z TVN Style. W owych czasach papier toaletowy występował głównie w parówkach i mortadeli, a proszek do prania prał ciuchy białe i kolorowe. Jeśli prał. Nie było kremów na dzień, na noc, na zimę i lato. Była Nivea. Mimo to nie cuchnęliśmy, ani nie padaliśmy na dyzenterię. Byliśmy niemodnie ubrani, a jednak udawało nam się umówić z dziewczynami, które nie wymawiając, też nie wiedziały, kto to Jaga Hupało. Nasi starzy nie dzwonili do nas na komórki i nigdy nie wiedzieli, gdzie naprawdę jesteśmy. Nie odwozili ani nie doprowadzali nas do szkół, odkąd skończyliśmy siedem lat. Jakimś cudem oni nie zeszli na serce, a my nie padliśmy ofiarą pedofilów ani seryjnych morderców, a na źle oznakowanych przejściach dla pieszych nie rozjechały nas samochody. A przecież jakieś jednak jeździły. Nie robiliśmy sobie zdjęć do Naszej-klasy spod opery w Sydney ani spod piramid. Jeździliśmy na kolonie i obozy, zrzucaliśmy się na oranżadę w woreczku i ciastka. Nie wiedzieliśmy, co to taniec z gwiazdami, Tusk, Kaczyński, emancypacja kobiet i prawa zwierząt. My, sześćdziesięciolatki, przeżyliśmy piekło. Dlatego żądamy dla nas wszystkich po 1 milionie EURO odszkodowania za poniesione przez te wszystkie lata krzywdy moralne !!!! Występujemy również o wysokie renty inwalidzkie i wcześniejsze emerytury. Zbiorowy pozew skierowaliśmy do Unijnego Trybunału Praw Człowieka.
-
Ha! Ja widzę, że nie tylko miłość do psów nas łączy, ale także do staroci! Ja też lubię sobie sama wyrenowować to i owo. A ci, którzy przyjadą do Dyszobaby na parapetówę będą mieli okazję poznać kolejną "bratnią duszę": Marylkę. Kobitka jest niezwykle dzielna, bo walczy z poważną chorobą, ale nie opuszcza jej uśmiech i dobry humor, kocha psy (to właśnie ona wzięła boksera z chorymi stawami z "okna życia" i uzdrowiła go) i namiętnie zbiera, a potem własnoręcznie odnawia różne stare meble. Wbrew mężowi, który - jak to często chłopy - uważa, że liczy się tylko nowe (i młode.) Cały domek letniskowy ma tak urządzony, niezwykle stylowo (jak to się teraz mówi). Żeby nie było tylko o czymś innym, nie o psach, skoro to dogomania: moje zwierzaki szaleją z niepokoju w tym bałaganie, który zrobiłam, przygotowując się do przeprowadzki. Ciągle muszę je przytulać i deklarować niesłabnącą miłość. Bidulki, żal mi ich, ale inaczej się nie da tego przeprowadzić.
-
Mało się udzielam i na dogo i na fejsie (mamo, jaka ja moderna!), bo baaaardzo jestem zajęta wygrużaniem się. I po co człowiekowi takie morze rzeczy? Znajduję zupełnie nieoczekiwane skarby we własnym domu, na szczęście są ludzie, którym moje onegdaj przydasie teraz się przydadzą. Słowniki do gimnazjum, szafy i szafki na działkę do psiapsióły, która ma nadzieję nareszcie zapanować nad pudłami z zawartością, ubrania, pościel, ręczniki itp. do Fundacji Sue Ryder, kapy na łóżko, koce itp. do schroniska dla psów. Wbrew pozorom nie jest łatwo pozbyć się niechcianych rzeczy. Czy uwierzycie, że dom pomocy społecznej w Legionowie musiałam błagać, żeby przyjął książki? Tzn. urzędniczki musiałam błagać, bo panie tam mieszkające bardzo się ucieszyły. To chyba strach przed dodatkową robotą, nie wiem, czy takie darowizny nie są obłożone jakimiś skomplikowanymi "procedurami". W każdym razie mieszkanki domu od razu ochoczo zabrały się do ustawiania książek na półkach w bibliotece.
-
Przegubowa Szyszka - cud, że choć jedno auto się zatrzymało...
irenas replied to Nutusia's topic in Już w nowym domu
Nutusiu, ja nie żartuję, naprawdę chciałabym się dołożyć do Twojej czeredy, tylko nie wiem jak to zrobić. -
Przegubowa Szyszka - cud, że choć jedno auto się zatrzymało...
irenas replied to Nutusia's topic in Już w nowym domu
Nutusiu, ja Cię bardzo przepraszam, wiem, że jestem na dogo od ponad roku, ale nadal nie mam pojęcia, w jaki sposób można Cię wesprzeć finansowo w Twoich działaniach. Tzn. gdzie konkretnie mam wysłać kasę? Bądź tak miła i mnie oświeć. -
Ale czy się je przedtem tuczy? Boże, jaki okropny temat. Ja nie jestem wegetarianką, bo uważam, że świat został tak skonstruowany, że jedno żywe stworzenie zjada drugie i po coś tak zostało wymyślone (no, nazwijmy to tak umownie), chociaż bardzo mi to przeszkadza. Nawet rośliny są przecież żywe i do końca nie wiadomo, czy kiedy odcinam szczypiorek od rosnącej roślinki, to jej nie krzywdzę, albo kiedy przycinam krzaki, bo bardziej mi się podobają z krótszymi gałęziami, to one nie drą się niemo z bólu. Oj, to nieustanne poczucie winy chyba mnie wykończy! Wy też tak macie?
-
Aż sprawdziłam, w jakich okolicznościach używa się tego słowa.Otóż między innymi wytrzebić to: "wyciąć gruczoły płciowe u zwierząt, głównie samców, przeznaczonych na tucz". Czyli o ile pierwsza część zdania się zgadza, o tyle druga niezupełnie. Ja szczerze mówiąc zetknęłam się z tym określeniem w tym znaczeniu, ale chyba w odniesieniu do koni. Znaczy też nie do końca poprawnie. No chyba, że ktoś tuczy konie.
-
Droga konserwo, opowiedz nam, co też Ty na tej działce robisz. Nie nudzi Ci się przypadkiem? A jak zachowuje się zwierzę Lerka i zwierzę Bliss (znalazłam wypis z przychodni dla zwierząt z zeszłego roku, kiedy Dziunia była chora na babeszjozę. Na karcie figuruje jak wół: Zwierzę Dziunia.) No to skoro tak jest naukowo, to używam tego sformułowania. A z zabawnych rzeczy właśnie obejrzałam pana Pszczółkę, który perorował o jelenich rykach (był jakiś konkurs na one). Strasznie mnie to zestawienie rozbawiło.
-
Szybciej? Przecież ja niedługo będę Twoją sąsiadką zza rogu! A konto na fb założyłam po wieloletnim oporze tylko i wyłącznie dlatego, że bardzo lubię Kielczanki. A devonerowi dziękuję za wsparcie, może z czasem się przyzwyczaję, ale na razie wszystko mi się tam wydaje dziwne. PS Łaciaty dzik z raną na karku chodzi za ludźmi i trąca ich nosem, coby dali jeść.
-
Nutusiu, to jesteś pokrewna dusza! A skoro lubisz się przeprowadzać, to pewno i urządzać mieszkanie. A nie myślałaś z tego upodobania zrobić źródło zarobku? Moja "angielska" siostra kiedyś tak zrobiła: kupiła "ruderkę", wyporządziła ją na cacy i sprzedała z wielkim zyskiem oraz satysfakcją z dobrze wykonanej pracy. Ona też lubi urządzać (poniekąd zawodowo, bo jest po ASP, po "wnętrzach"). Słyszałam o ludziach, którzy tak żyją, kupują i sprzedają, ciągle się przenosząc. Co o tym sądzisz? Można by się wyspecjalizować na przykład w domkach letniskowych i cały czas przebywać wśród przyrody. A teraz z innej mańki. Ale się wpakowałam! Dałam się namówić Kasi Kielczance na dołączenie do grupy psiarzy na fejsbuku. I mam wrażenie jakbym wpadła w wir wodny. Aż mi się w głowie kręci. Chyba jestem za stara, zupełnie nie mogłam się połapać, jak to to działa. Nutusiou, widzisz, jak mnie tej fejs otumanił? Przeczytałam jeszcze raz Twój post i widzę, że Ty tak przecież właśnie żyłaś. Może jedyne co w moim pomyśle oryginalne, to te domki letniskowe. Sorry!
-
Spodziewam się na początku sierpnia zaprosić Was na parapetówę. Dziś idę załatwiać papiery w swojej gminie (wypis z księgi wieczystej itd. itp), sądzie i geodezji. Jest tego od groma i ciut ciut, pan notariusz powiedział, że powinno mi to zająć tydzień.
-
Ja wiem, co to znaczy "trudna uroda", bo mam znajomą, która klasyfikuje psy na ładne i brzydkie. Dla mnie wszystkie są śliczne, nawet te powszechnie uważane za najbrzydsze. A Misiunia rzeczywiście hipnotyzuje uważnym spojrzeniem. Oj, nie odważyłabym się przy takim sędzim zrobić jakiegoś głupstwa! Trzymam kciuki za szybką adopcję. Ojoj! Pisałam to na wątku Msis, a pojawiło się u Szerloka! Dziw nad dziwy. Moje psy w wielkim napięciu nerwowym, bo zaczęłam się "wygrużać", czyli wyrzucać i wydawać rzeczy mi niepotrzebne, jako że dach się będzie lada moment robił i trzeba powoli się przygotowywać do przeprowadzki. Dziunia biedaczka nie wie, w który kąt się schować. Ona nienawidzi przestawiania mebli i żadnych takich szuru-buru.
-
Cały świat, jak może, idzie na łatwiznę, zauważ. Karmienie dzików też jest swego rodzaju łatwizną, bo człowiek ma poczucie, że ulitował się nad biednym zwierzątkiem (przynajmniej ja to czułam, dając rannemu świńtuchowi pomidor), czyli poprawia sobie samopoczucie i samoocenę. "Taka jestem dobra!" Jak widzisz, nie robię sobie złudzeń co do mojej motywacji, po prostu nie byłam w stanie zapanować nad współczuciem dla zwierza i poczuciem winy, że jest ranny przez ludzi, czyli poniekąd i mnie. A upierdliwych much domowych nie lubię w ogóle, nie tylko na moim nosie o którejkolwiek godzinie.
-
No, na szczęście nie ja jedna przejmuję się tutaj losem dzików, niektórzy sąsiedzi też im czasem coś rzucą na ząb. Oficjalnie to grozi jakimś monstrualnym mandatem, jak niemal wszystko u nas. Zgadzam się, że to jest problem, kiedy tak się mnożą (u nas przybywało ich średnio 20 w roku, ale teraz są tylko te dwa ranne, stąd wnioskuję, że odbyła się jakaś akcja odławiania, a tym dwóm udało się uciec), ale z naszej wsi widać, że jakoś można ułożyć współistnienie człowieka i dzika. Moje psy i ja ich nie zaczepiamy, to i one nic do nas nie mają. Uważamy tylko, żeby nie zapędzić ich w sytuację bez wyjścia, żeby nie zaatakowały ze strachu. Wszystko daje się załatwić kiedy z żadnej strony nie ma złej woli. To się odnosi również do stosunków międzyludzkich. Amen.
-
Ja przepraszam, ale znowu będzie o dzikach, bo to ważne. Otóż dziś rano pod płot podszedł biały, łaciaty dzik, na którego karku widniała paskudna, krwawa rana. Zadzwoniłam do pani wetki z pytaniem kogo mam o tym powiadomić, a ona na to, że nikt się tym nie zajmie i że najlepiej polać tę ranę Rivanolem (woda utleniona szczypie). Niestety nie mam w domu tego specyfiku, dałam więc biednemu dziku kilka niedojrzałych truskawek, pomidor i ryż z jarzynkami, którym psy wzgardziły. Skonsumował wszystko wielce zadowolony, dlatego sądzę, że ta rana go nie bolała. Była dosyć powierzchowna, choć niemała. Psy zdemolowały mi rabatkę, no ale trudno, żal mi było zwierza. Poszedł. Za 10 minut pojawia się dzik brązowy .... z identyczną raną na karku! Temu nic jeść nie dałam, bo uciekł na mój widok (biały jest bardzo oswojony). Zastanawiam się skąd te rany. Ponieważ pogłowie dzików nagle w okolicy bardzo się zmniejszyło, podejrzewam, że je odłowiono, a te się wyrwały i uciekły, rozcinając sobie skórę przy okazji. Albo przeciskały się pod czymś i pokaleczyły. Bo walczyć raczej nie walczyły, żaden z nich nie ma kłów, jeszcze są chyba na to za młode. Zadziwiła mnie również druga sprawa: one się muszą porozumiewać w jakiś sposób, bo skąd ten drugi wiedział, że dają jeść? Nie robiłam już tego od dobrych 2 lat, poza tym pora była dość poranna. A jeśli chodzi o węże - zrobiono mi kiedyś zdjęcie z ważącym 30 kg pytonem zawieszonym na szyi. Ku mojemu zdumieniu był bardzo przyjemny w dotyku, jak chłodny jedwab. Wcale nie oślizgły.
-
Pojarmarkowa Lerka zamieszkała razem z Bliss i z nami.
irenas replied to konfirm31's topic in Już w nowym domu
Konfirmie Trzydziesty Pierwszy! Najwyższy czas powiedzieć sobie DOŚĆ! Kochasz Lerkę pierwszą dziewiczą miłością (do małego pieska) i nie oszukuj się dłużej, że chcesz ją oddać. Po co się tak dręczysz? A poza tym, ja mam nadzieję też ją poznać, jak już się stanę dyszącą babą! -
Ogólnie rzecz biorąc, wszystko, co ma więcej nóg niż 4 jest dość paskudne. Bez względu na to, czy to są pajęczaki czy owady, czy inna gadzina. Aha, jeszcze to, co nie ma nóg w ogóle też jest średnio przyjemne.
-
Chyba istotnie entomolodzy lubią obiekty swoich badań, bo nazwy wszelkiego robalego paskudztwa albo są czułe, jak te dziubałki, albo przynajmniej zabawne. Chociaż i we mnie nie wszystkie te kreatury wzbudzają takie obrzydzenie. Paskudne są na przykład motyle. Pewno będziecie zdziwione, jak mogę uważać, że taki cud przyrody jest paskudny. To się przyjrzyjcie w powiększeniu: włochate potwory! Brrr. Nie mówiąc już o mszycach, które nawet niepowiększone wywołują u mnie odruch wymiotny. A Wy, czego najbardziej nie znosicie?
-
Dziubałkowate! Jak można tak czule nazywać robactwo?!
-
No tak Konfirmie kochany! O swobodny oddech mi właśnie chodzi! Mam nadzieję, że w "Męcydusy" mi go nie zabraknie i nie dołączę, do dyszących bab. A harmonogram jest taki: 8 czerwca pan dekarz wchodzi na dach. Nie wiem, ile mu to zajmie, ale tam nie ma zbyt skomplikowanej roboty, poza zdjęciem eternitu. Jak już to paskudztwo zniknie, to trzeba położyć folię i blacho dachówkę. Dach jest mocno spadzisty, zupełnie prosty bez żadnych udziwnień i niepotrzebnych komplikacji. Pan Szymon zamierza "przewieźć" teściów do nowego domu (albo tuż pod Makowem, albo wręcz w samym mieście)jak najprędzej. Będzie to robił przyczepką, to też potrwa kilka dni, jako że on jednak jest mężczyzną pracującym, a nie emeryckim. W związku z powyższym spodziewam się, że moja przeprowadzka nastąpi gdzieś w połowie lub pod koniec lipca (biorąc margines na nieprzewidziane zdarzenia np. zepsucie się transportu. Tfu, tfu, odpukać.) Dajcie mi kilka dni na zaaklimatyzowanie się i zorientowanie w otoczeniu i ZAPRASZAM SERDECZNIE! Nutusiu, Ty to będziesz miała zdecydowanie większy kawałek do przebycia. Mam nadzieję, że to Cię nie zniechęci do podróży. Rozumiem, że dla Ciebie, MarysiO i dla Malagosa w grę wchodzą tylko weekendy, czy tak? A Ty Mazowszanko będziesz już w swoich posiadłościach dwojga imion, czy będziesz musiała też tłuc się od samej stolicy? A wracając do tych ochojników - to to siedzi w środku tego czerwonego? I nie ma żadnych wrogów naturalnych, tak jak mszyce - biedronki? PS Pojechaliśmy dziś na jedną z ostatnich wycieczek nad jezioro Góra - tam też szaleństwo ptasiego świergotu. I pachnie jak w kwiaciarni.
-
A wiecie, że ja nigdy w życiu takiego ochojnika nie widziałam? Albo natykam się wyłącznie na zdrowe iglaki, albo jestem koncertową gapą. A to jest zwierzę, bakteria, czy grzyb? A może wirus? Dzisiaj mieliśmy spotkanie trzeciego stopnia. Otóż na działce na przeciwko mojego domu spał dzik. Niewielki i sam (chyba odłowiono pozostałe, bo jakoś mało ich widać). Szerlok obudził go szczekaniem. Zwierzak wstał i czochrając się rozkosznie o drzewa zaczął iść w stronę szczekulca. A ten w nogi! Przyleciał do mnie, musiałam go utulić w stresie. Całe szczęście, że się ich boi, chociaż taki mały dziczek to chyba raczej nic złego by mu nie zrobił. Ciekawa jestem, gdzie się podziały lochy z małymi. Podobno znowu przybyło ich 20. Jak co roku. PS Dyszobaba moja! Oczywiście, że zrobię parapetówę. Zapraszam wszystkich sympatyków Szerloka. Dam znać, kiedy będę gotowa. Na razie do akcji wchodzi pan dekarz.
-
No to dobrze się domyśliłam. A jeszcze ładniejsze są zawiązki szyszek modrzewi. Taki malutki, precyzyjny cud natury. A widziałyście bizona Popiołka? Sama słodycz.