Jump to content
Dogomania

irenas

Members
  • Posts

    2605
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by irenas

  1. Dzięki. Dzis byłyśmy na szczycie do niedawna najwyższej wieży świata (346m), a przedtem w akwarium. Filmiki zamieszczę po powrocie w domowe pielesze, bo mam tylko ipada i nie bardzo wiem, jak to się w nim robi. Ze zwierzakami wszystko w porządku. Podobno czas spędzają, leżąc pod bramą. Biedaki czekają na mnie. Ale apetyt mają, nie zemrą więc z tęsknoty. Dziewczyny nic nie donoszą o cieczce, może to był fałszywy alarm. W czwartek wybieramy sie do Niagara Falls, a w poniedziałek do Ottawy na festiwal tulipanów! trzymajcie kciuki, żeby pogoda dopisała, bo kwiaty w deszczu tracą na urodzie. I znowu idę walczyć z różnicą czasu. Wy już smacznie chrapiecie, a tutaj dobiero 21.30! Dobranoc.
  2. Matko dorosłej córki! Gratulacje!!! W opisanym parku nad rzeką Humber widziałam epoletnika krasnoskrzydłego.
  3. Witam, witam i o zdrowie pytam! jestem w tym Toroncie i mam mocno mieszane uczucia. Zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam. jest w tym wszystkim coś z ... polskiego bałaganu i bylejakości. Wszystkie kable na wierzchu, czyli nad głową plątanina, na chodniku las słupów, nawierzchnia ulic woła o pomstę do nieba - dziura, dziurę pogania, a tego, co się działo na lotnisku, kiedy wlądowałam, ludzkie słowo nie opisze. Pod względem organizacji wystawiam Kanadyjczkom mocną pałę! Na dodatek pogoda nie rozpieszcza. Tylko przyroda ratuje reputację tego miejsca. Widziałam dziś ptaszka o nazwie "blackberry" wielkości naszego szpaka, czrniutkiego z czerwoną plamą na każdym skrzydle. I bernikle z tabunem małych berniklątek. I drozdy. Moja przyjaciółka mieszka nad rzeką o nazwie Humber, bardzo rwącą i malowniczą. Wzdłuż niej ciagnie się naturalistyczny park. Rzeka wpada do jeziora Ontario. Teraz idę spać, bo mnie różnica czasu dopadła. Dobranoc.
  4. Nie, nie można. Popełniłam ten błąd z Tajgą, która szykowała się z cieczką akurat wtedy, gdy miałam jechać z nią i z małymi siostrzeńcami na wakacje, na wieś, i skończyło się ropomaciczem. Oczywiście potem także sterylką, ale co się sunia nacierpiała to jej. Dziewczyny, które będą się opiekować gadziną już zapowiedziały, że będą z nią chodzić na smyczy, bo nie wiadomo, jak zareaguje na obcych, trzeba jej oszczędzać łapy, czyli spacery muszą być krótkie, a poza tym w Dyszobabie jest mało psów. Ja wiem, że kiedy jest cieczka, wyrastają spod ziemi. Ale jestem pewna, że damy radę (jak mawiają klasycy). Tzn. one dadzą radę. Bo ja luz blus i zwiedzanie! Żeby dostrzec bernardyna, nie będziesz musiała się jakoś specjalnie rozglądać!
  5. Mamuniu! Czemu los jest taki złośliwy? Ja jutro wyjeżdżam, a Juka dostała cieczki!!!
  6. No dziewczynki! A co miała napisać? Ale jestem idiotka, że rozmnażam? Przecież ona sołtys, urzędowa osoba, to nie może być głupia! Jedyne na co możemy mieć nadzieję, to że aluzjiu poniała i choćby się zastanowi nad swoim postępowaniem.
  7. Ja bardzo przepraszam, ale czy mi się wydaje, czy są na to jakieś przepisy dotyczące rozmnażania psów. Czy przypadkiem nie jest to dozwolone tylko w zarejestrowanych hodowlach? Coś mi się takiego po głowie kołacze. Może trzeba by z panią sołtys na ten temat porozmawiać w tym duchu, postraszyć w razie konieczności, w końcu nie jest prywatną osobą tylko urzędnikiem państwowym, a od takiego więcej się wymaga. Tak na zdrowy rozum, nie? Tylko mi nie mówcie, że teoria to jedno, a praktyka drugie. Jak nie zaczniemy praktyki wprowadzać w życie, nigdy się z tego zaklętego kręgu nie wydostaniemy. No tak. Ja też powinnam porozmawiać o tym z panią nauczycielką... Na swoją obronę mam to, że rozmawiałam z jej mężem. Z marnym skutkiem, o czym Wam już chyba donosiłam. Wracając do wczorajszego gradobicia, zniszczyło wszystkie kwiaty na jabłonce. Nie wiem, czy już były zapylone i czy w związku z tym w ogóle będą jabłka. Kwiatów było sporo. Poza tym ziemia jest pokryta młodymi listkami dębu (co zresztą widać na zdjęciu) i kwiatami bzu, a inne rośliny są stłamszone. Ale jak znam przyrodę, za dzień, dwa nie będzie śladu zniszczeń. Co do imienin Bonifacego - szczęśliwi czasu nie liczą...
  8. Przyroda obeszła hucznie imieniny św. Bonifacego, zimnego ogrodnika. A po imieninach było tak: Jak to po imieninach...
  9. Każdego szkoda do kojca na odludziu. Wycofany pies zdziczeje do cna, a kontaktowy straci zdolność kontaktu.
  10. Dawno, dawno temu jechałam z moim pierwszym psem autobusem w Warszawie. Posadziłam go sobie na kolanach, jako że był nieduży i nie chciałam, żeby go ktoś nadepnął. Na wprost mnie siedział jakiś facet. Patrzył na Rudego długo i z obrzydzeniem, po czym rzekł: "Żeby to choć podłogi froterowało!". Masz, Grażynko, wyjaśnienie, dlaczego o konia dbają, a o psa nie. Według nich pies nic nie robi, do niczego nie służy, tylko żreć mu trzeba dawać. Szkoda nawet tej śruty czy ospy. Moja akcja adopcyjna spaliła na panewce. Spotkałam dziś u wetki "mityczną" panią Asię, która zarządza Punktem przetrzymań w Makowie, i dowiedziałam się, że nie pojechała do pani pielęgniarki, bo ta coś strasznie ściemniała na temat warunków, w jakich psina miałaby żyć. Suczka podobno jest bardzo mądra i powinna mieć jak najwięcej kontaktu z ludźmi, mieszkanie samej w kojcu na pustej działce nie wchodzi w grę, tym bardziej, że nie wiadomo, co niby miałoby z nią być zimą. Mnie samą też niepokoiły te opowieści, usiłowałam uczulić pielęgniarkę, że nie można trzymać psa samego na działce, pewno dlatego ściemniała pani Asi, bo już wiedziała, że są ludzie, którzy mają inne podejście do psów. Czyli w ogólnym rozrachunku może to dobrze, że nic z tego nie wyszło. Postępowanie pani pielęgniarki z psem wpisuje się w ten sam bezduszny nurt co krótki łańcuch i kartofle z ospą - tutaj psisko odgrywa rolę alarmu, przedmiotu, któremu w zasadzie nie poświęca się wiele uwagi. Co powiedział ortopeda? Pewno żebyś na czworakach nie zbierała strzępów kołdry, co?
  11. Ja też Ci współczuję, Malagos. Taka ludzka obojętność i bezduszność rzeczywiście potrafią zdołować. A Juka? Według "mądrej inaczej" leżała w rowie trzy dni, a tak naprawdę Bóg (i ten, kto ją potrącił) wie jak długo. I babsztyl nie zdobył się na wysiłek, żeby choćby zadzwonić na policję. Dla mnie to pierwszy odruch, kiedy dzieje się coś, z czym sama sobie nie mogę poradzić. Bo w "moim" świecie ta formacja służy do pomagania (a nie do ścigania domniemanych zbrodniarzy wśród szarych obywateli, czy wlepiania mandatów). Oni powinni wiedzieć, co gdzie i jak można załatwić. Złudzenie? Mam nadzieję, że nie do końca.
  12. Ha, ha, ha! Ale się uśmiałam. Rzeczywiście tym się nasze psie posłanka od siebie różnią. Juce wyraźnie odpowiada takie rozkawałkowane otoczenie, bo znowu wcisnęła się między gąbkę i śpi.
  13. Corpus delicti
  14. Juka budzi mnie między 5.00 a 5.30. Na szczęście wylegiwanie się w łóżku nigdy nie należało do moich ulubionych zajęć, tak więc grzecznie wstaję. Za to padam o 21.00. Okazało się, że poza rannym wstawaniem Juka ma jeszcze BARDZO kontrowersyjną cechę: jest niszczycielką! Pod wieczór położyła się na legowisku Dziuni, ja - naiwna mróweczka - sądziłam, że śpi zmęczona słońcem i spacerami, a ta zołza poszarpała całe posłanie! Teraz leży z głową w kawałkach gąbki, która je wypełniała. No i tym razem rzeczywiście śpi. Nigdy żaden pies nic mi nie zniszczył! Skandal.
  15. No widzisz, a dziwiłaś się, że ja tego nie lubię! A czemu o poranku ledwo idziesz? Czyżbyś była sową, która odzyskuje przytomność koło południa?
  16. No ale na jedzonko przychodzą do domu!
  17. No właśnie, chyba ten spacer był za długi. Muszę jeszcze poczekać. Chociaż dziś rano Szerlok i Juka latały jak szalone, wyszarpując sobie znanego Wam już dziobaka. Juka jest jak bohaterka tej piosenki "Boli mnie noga w biedrze...". Chodzić nie może dobrze, (podczas rytualnego porannego spaceru przysiadała i pokładała się co kilka kroków) ale ganiać za zabawką - jeszcze jak! Ech, młodość...
  18. Oj, coś mi się wydaje, że trzeba ten wątek zamknąć. Koty spowszedniały, nie ma o czym pisać, bo całymi dniami siedzą "w robocie", nie psocą, nie figlują. Nuda.
  19. Czarna mamuśka. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze po wizycie przedadopcyjnej. Sama jestem pełna obaw, bo sunia ma mieszkać na działce w kojcu, czyli nie ze swoimi państwem. Pani pielęgniarka przysięgała, że oni tam codziennie bywają i chodzą z psem (już mieli przedtem zwierzaka) na długie spacery. Działka jest podobno tuż za mostem, a przyszli właściciele mieszkają w rynku w Różanie, czyli o rzut beretem. No zobaczymy. Grażynko, albo ja się przyzwyczaiłam, albo Szerlok trochę jeszcze urósł od chwili, kiedy do mnie trafił, bo już nie sprawia wrażenia takiej miniaturki. Abstrahując od tego, że jest za "puszysty" (nie wiem już sama, gdzie karmić koty - Szerlok wyżera im jedzenie z pieca). A jego stosunek do Juki oscyluje od zabawy, do prób ugryzienia jej w nos ze strasznym warkotem. Nogi Juki ciągle jeszcze bardzo słabowite. Wczoraj odwróciłam się dość gwałtownie, ona stała tuż za mną, potrąciłam ją lekko, a bidne nożyny złożyły się jak scyzoryk i sunia wylądowała z hukiem na podłodze. A dziś poszliśmy na większy spacer, nad jezioro - około 45 minut wolnego marszu na skarpie tuż nad rzeką - i ledwo doszła do domu. Przysiadała po drodze kilka razy, a w domu zwaliła się na trawę jak kłoda i zasnęła głęboko. Straszną ma ochotę wleźć do mnie do łóżka. Raz spróbowała z podobnym skutkiem, jak po potrąceniu. Poza tym popiskuje często, kiedy czegoś chce, szantażystka jedna. Tak więc mam koncert: Karmelek drze się na cały regulator, że głodny (4 razy dziennie!!!), a ta piszczy i jest STRASZNIE namolna, jak o pieszczoty chodzi.
  20. To na pewno przez ten pecik! Użyźnił glebę. Oto historyjka z dzisiejszego psacerku: Odnaleźliśmy dziobaka, którego Szerlok porzucił gdzieś w przyrodzie podczas wczorajszej, czy przedwczorajszej przechadzki. Juka okazała duże zainteresowanie: W pewnej chwili udało się jej go zdobyć: Jednak nie na długo. Tyle, że tym razem dziobak był niesiony wespól w zespół: Jeszcze się pochwalę. Za moją radą pani pielęgniarka z Różana zadzwoniła do Przystanku Cztery Łapy w Makowie i wybrała sobie suczkę. W sobotę odbędzie się wizyta przedadopcyjna. Ja wiem, że Wy macie to na co dzień, ale mnie się udało pierwszy raz.
  21. Wiele lat temu, za słusznie minionych czasów widziałam taką scenkę: do tramwaju, którym jechałam, wsiadł obdarty menel z chudym jak szkielet psem. Wyraźnie się u nich nie przelewało, bo i właściciel do grubasów nie należał. Ale pies wpatrzony był w swojego pana jak w obraz święty. Widać było, że bardziej niż żarcia potrzebuje czułości. Którą zresztą dostawał, bo menel głaskał go i zagadywał bardzo sympatycznie. Mnie już nic nie zdziwi, od kiedy przeczytałam, że amerykańscy (jacy by mogli byś inni?!) uczeni odkryli, że psy są... zazdrosne. Ręce opadają. Chyba żaden z tych uczonych nigdy psa z bliska nie widział i stąd te rewelacje. A z kolei na portalu "naTemat" (Tomasza Lisa) od kilku dni z uporem maniaka lansuje się tezę, że przytulanie jest dla psa niedobre. Istotnie psy między sobą nie przytulają się tak, jak robią to ludzie, bo nie mogą ze względu na swoją konstrukcję. Ale Juka przytula się do Szerloka, którego uznała za swojego guru. Robi to jak potrafi, po psiemu. Oczywiście, że są i takie psy, które tego nie lubią, bo psy są tak różne, jak różni są ludzie. Chętnie bym zaprosiła autora tego pożalsięboże artykułu do Dyszobaby, żeby zobaczył, jak na spacerze Szerlok przybiega do mnie co kilkanaście minut, żebym go przytuliła. Obejmuję go całego i przytulam z całej siły, a jemu to sprawia wyraźną przyjemność. Również Juka przychodzi po przytulanie. Jest nawet w tym namolna, bo właściwie, żeby była zadowolona, to powinnam ją przytulać non stop. Dlatego smuci mnie bardzo historia Miry, o której chyba już wspominałam. Jej pani poszła już do szpitala, sunia została sama, sąsiad ją dokarmia, ale jako, że o psach ma takie pojęcie jak amerykańscy uczeni, uważa, że to, że sunia nie chce jeść, jest wyrazem jej złej woli i "wybrzydzania" na pokarm, który on jej daje. Bardzo był zdumiony - i sceptyczny - kiedy mu powiedziałam, że ona po prostu tęskni. Ponieważ syn tej pani podobno zadeklarował się, że umieści sunię u jakiegoś swojego przyjaciela, uzgodniliśmy, że dajemy mu czas do końca tygodnia. Jeśli tego nie zrobi, ogłoszę ją w Mojej Ostrołęce, może ktoś się nad bidulką zlituje.
  22. Dzisiaj Juka miała pierwszą lekcję posłuszeństwa. Poszłyśmy na spacer wąską ścieżką na wysokiej i spadzistej skarpie nad Narwią. Mówię jej: "Uważaj, nie schodź na dół, bo nie dasz rady się wdrapać z powrotem z tymi chorymi nogami. Nie, nie, nie." Na to dictum sunia fruuuu i już jest na dole. No i oczywiście, nie może się wdrapać z powrotem. Ja na pewno nie zejdę z moim lękiem wysokości i sksową niesprawnością fizyczną. No, ale przecież nie zostawię jej tam. Więc się cofam, żeby dojść do miejsca, gdzie bezpiecznie można zejść pod skarpę. Co dla suni oczywiście było całkiem niezrozumiałe. Wyraźnie pomyślała, że zostaje sama. Na tyle jednak jest inteligentna, że biegła za moim oddalającym się głosem, w wyniku czego spotkałyśmy się. Rzuciła mi się w objęcia, zalizała na śmierć. Nauczki starczyło do popołudnia. Pobiegła za Szerlokiem, który - jak już pisałam - doszedł do wniosku, że jest na tyle dorosły, że może mnie olać. Na szczęście nie do tego stopnia, żeby nie wracać do domu. Wszystko skończyło się dobrze, Juka po emocjach śpi jak zabita. A tak w ogóle robi się coraz bardziej normalnym psem. Na przykład zaczynają jej się podobać spacery i cieszy się tak jak reszta ferajny, kiedy zakładam im obroże - znak, że będzie przechadzka.
  23. Szczęśliwy (ostrożnie) pies na spacerze: Ja wiem, że to banał, ale tak długo na to czekaliśmy i tak krótko to trwa, że nie mogę się powstrzymać:
  24. Czarna hultajska dwójka praktycznie wyprowadziła się z domu odkąd nastała wiosna. Przychodzą tylko wieczorem na jedzenie, no i kiedy noc chłodna to śpią w kuchni na krzesłach. Juki się nie przestraszyły - albo czują, że jest niepełnosprawna, albo uznały, że ogólnie niegroźna. To drugie bardzo by mnie ucieszyło, wystarczy, że Szerlok gania koty po ogródku i ciągle szczeka na te mieszkające w szopce u sąsiadów. Zdumiewa mnie fakt, że Koloratka po takim paskudnym złamaniu, praktycznie jest całkiem sprawna. Dzisiaj rano latała po ścianach i parapetach za muchą. Coś niesamowitego! Człowiek z takim urazem rehabilitowałby się z rok, a ona w dwa miesiące jest jak nowa!
  25. Prawda, że ładne? A jak kwitną! Wielkie różowe trąbki. Co prawda w postaci rozwiniętej istnieją tylko jeden dzień, potem więdną, ale jest ich dużo. Imponujące. Tyle, że muszą mieć pełne słońce, jak to kaktusy. Czyli muszę je przenieść do południowo - zachodniej części ogródka, żeby miały odpowiadające im warunki. Teraz stoją od wschodu. Miałam z nimi kilka zabawnych przygód. Raz Szerlok machnął ogonem i zrzucił donicę z nimi. Donica się stłukła, a podniesienie tego cuda z ziemi okazało się nie lada wyzwaniem. Nic nie pomagało, ani skórzane rękawice robocze, ani złożona gazeta. Zagryzłam zęby i podniosłam ciężar, a kolce radośnie wbijały mi się w dłonie. Następnym razem sama sobie zapewniłam bezpośredni kontakt z tą "ozdobą": potknęłam się, a jedyne o co się mogłam oprzeć, żeby nie zwalić się na ziemię, to były właśnie te kaktusy. Oparłam się otwartą dłonią. Czysta rozkosz! Jednak nie są to bardzo złośliwe kaktusowe potwory, bo nie mają takich malutkich kolców z haczykiem na końcu, jak inny gatunek (nie wiem, jak się nazywa, ale na pewno go znacie), które jeszcze kilka dni po dotknięciu kłują i jątrzą. Będziesz jutro u Malagos? Jak chcesz, to przywiozę Ci jedną kulkę, też Ci się tak rozrosną (nie wiedzieć kiedy. Ja przy nich praktycznie nic nie robię, czasem tylko podlewam).
×
×
  • Create New...