-
Posts
2605 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by irenas
-
Melduję, że problem z zaparciem rozwiązany. W sumie trochę zabawnie: wetka poleciła poić psicę olejem parafinowym. Jako, że w domu nie miałam zalecanych ilości, poprosiłam sąsiada, który akurat jechał do Różana, żeby mi kupił w aptece, bo mnie sąsiad Maciek właśnie napoił piwem. Miły sąsiad przywiózł olej... rycynowy. 4 buteleczki. Pani aptekarka się pomyliła. Sprawdziłam w internecie, czy psu można to dać - można. Więc dałam. Po mniej więcej godzinie, Juka wyleciała z domu jak strzała i kucnęła pod (a właściwie na) hortensji. Niestety nic się nie zadziało. Ja wpadłam w desperację, wraziłam rękę w gumową rękawiczkę, siadłam praktycznie na psicy i mimo jej jęków i protestów wydłubałam z niej to świństwo. Uff! Wszystkim ulżyło. Sunia od razu się uspokoiła. Teraz śpi snem sprawiedliwej. I dobrze. Nie tylko bocianiątko szybko się wykluło. Mam wrażenie, że w tym roku wszystko jakoś szybciej się dzieje. Wydaje mi się, że zawsze najpierw kwitły tarniny, a dopiero potem drzewa owocowe, a teraz wszystkie kwitną razem. Od kilku dni słyszę już kukułkę i słowika. Też chyba znacznie wcześniej niż zwykle, prawda?
-
PS Bociany w centrum wsi mają już jedno dziecko.
-
Juka, złotooka pięknisia. Postępy robimy kosmiczne! Dzisiaj na spacerze naszczekałyśmy na Żabcię (ma już 4 szczeniaki). Zrobiłyśmy to, bo wszyscy szczekali, a zwłaszcza Szerlok, którego uznałyśmy za swój wzór i przewodnika duchowego. Niestety, resztka kostki danej dwa dni temu przez głupią pańcię, zbiła się znowu i nie chce z nas wyjść. W robocie była już pyralgina, olej parafinowy, a ostatnio głupia pańcia dała nam no-spę, w nadziei, że się rozluźnimy i wykupkamy z siebie wreszcie to świństwo. A tak wyglądamy na spacerze:
-
Juka zaczyna doceniać spacery. Co prawda rano musiałam ją ciągnąć na smyczy jak krowę na łańcuchu, bo panicznie się boi szczekania psów, a droga wiodła obok Beni i Uty, obu niezwykle szczekliwych. No ale po południu już była zadowolona i próbowała nawet odbiegać ode mnie na kilka kroków i wąchać trawę (do tej pory szła praktycznie trzymając mnie za palec u ręki), podniosła też upuszczonego przez Szerloka pluszaka i tryumfalnie go niosła, póki nie przyszedł go zabrać. Ale pokojowo. Będą z niej ludzie! Jeszcze tylko te połamane kości muszą ją boleć, zwłaszcza jak próbuje się załatwić. Nie idzie jej to za dobrze. Będę musiała znowu dać pyralginę.
-
Juka nie leży pd drzwiami wejściowymi tylko w drzwiach do pokoju, w którym aktualnie przebywam. Jeśli chcę wyjść do kuchni, albo do drugiego pokoju, muszę przez nią przełazić, bo się nie ruszy. Głowę kładzie na progu, a resztę ciała od jednej strony futryny do drugiej. Chyba jej sprawię koszulę, żeby mogła ją rozedrzeć i będzie Rejtan.
-
Czarna zgraja - 9 kotów u stuletniej babuleńki...
irenas replied to malagos's topic in Kotki już w nowych domach
Oj, jak dawno nie pisałam! Ale chyba już wszystkim czytającym wiadomo, że zajęła mnie Juka, którą znalazłam kilka dni temu w rowie z połamaną miednicą i nogą. Czarnulki pochowały się na jeden dzień, ale, widząc, że to nie żaden potwór, powoli wracają do dawnych zwyczajów, tzn. pojawiania się wyłącznie wieczorem na kolację. Czuję się jak pani stołówkowa w szkole, która tylko wydaje posiłki. Do niczego innego w zasadzie nie jestem im potrzebna. Frustrację łagodzą psy, które wyraźnie maja także uczuciowe i duchowe potrzeby. A te do pewnego przynajmniej stopnia jestem w stanie im zaspokoić. -
O Mamuniu najdroższa! Jaka forsa! Bardzo przepraszam, ale ze względu na nagłe powiększenie się rodziny, mogę tylko wspierać duchowo. Co czynię bardzo mocno. I trzymam kciuki, żeby trafił się ktoś bardzo zamożny i bardzo dobry, kto będzie mógł pomóc bardziej konkretnie. Powiększenie rodziny zsikało się dziś w nocy, zalewając pół sypialni. A głupia pańcia wczoraj dała kosteczkę, co zaklopsowało psinę. Takie mamy problemy wydzielnicze. Ale poza tym jest coraz lepiej. Koty powoli wracają, Szerlok dziś na spacerze zapraszał Jukę do zabawy. Żeby jeszcze nie kładła się w drzwiach! Nic nie pomaga, nawet jak ją siłą odsuwam, zaraz wraca na posterunek. Bo to jest stróżowanie, żebym jej nie uciekła. Musi wiedzieć, że wszystko jest OK, tylko wtedy jest spokojna. Inaczej kręci się jak g... w przeręblu i popiskuje. Ale kiedy widzę ten latający ogonek, wijące się z radości ciałko i wyraz bezwzględnego oddania na pyszczydle, roztapiam się jak lody na słońcu. Niech żałują ci, którzy nigdy takich przeżyć nie mieli!
-
Juka, bystrota niesłychana! Wystarczyło, że raz jej pokazałam, jak się wychodzi na dwór przez wejście psio/kocie, a powrót już wymyśliła sama! Ale powoli zaczyna powszednieć: Szerlok jest na mnie obrażony, na sunię zresztą też, mimo że ona rozpłaszcza się przed nim jak naleśnik i liże go po pysku, z Dziunią obie się obwarkują, tylko Kajtusia olewa, a on ją, bo chyba jej obecność nie do końca do niego jeszcze dotarła. Sama Juka zaczyna nabierać pewności i już nie jest taka pokorna. Chociaż jeszcze płaszczy się przede mną, ale niektórych poleceń już nie wykonuje, bo przecież taki młodziak wie lepiej niż zgred! Poranny spacerek nieco ją przeraził, położyła się i ani w tę, ani we w tę. Dopiero jak ją wzięłam na smycz, poszła za mną. Potem ją spuściłam i cały czas deptała mi po piętach. Z tego akurat się cieszę, bo nie muszę mieć oczu dookoła głowy, tak jak przy Szerloku, który ma już 3 lata i najwyraźniej uznał, że jest dość dorosły, żeby o sobie decydować. Czarnych kotów brak. Mam nadzieję, że zamieszkały po prostu na strychu, który teraz jest już cały czas otwarty. Karmelek w ogóle nowej suni się nie boi, ona zresztą też go zaakceptowała i daje mu całuski. Aha, a chodzenie Juce idzie coraz lepiej. Wygląda na to, że znacznie bardziej dokucza jej stare złamanie niż nowy uraz, bo rzadko tę nogę stawia na ziemi.
-
-
"Juka" ku czci sierściucha poznanej przez Was na imprezie Zosi. Była to jamniczka szorstkowłosa. W cichości ducha miałam nadzieję (całkowicie płonną, wiem), że podliżę się Zosi i weźmie sunieczkę do siebie. Ale oni tylko jamniki szorstkowłose. Zafiksowali się. A i ja już nie taka chętna, żeby Jukę im oddawać! Wracając do Juki. Dzisiaj została przeniesiona do domu (robią daszek nad tarasem, gdzie jedliśmy, miałam więc kogo poprosić o pomoc). Całą noc spędziła w aucie w tym zimnisku. Ale dom zaakceptowała po pierwszym stresie. Zwiedziła go, kuśtykając okrutnie. A potem nawet wyszła z nami na spacer. Trzyma się bardzo ładnie, nie musiałam jej zakładać smyczy. Tyle, że po 10 m bolące nogi odmówiły posłuszeństwa i wróciła do ogródka, a my z Dziunią i Szerlokiem (Kajtuś o tej porze śpi) zrobiliśmy małe kółko. Po powrocie zastaliśmy Jukę pod drzwiami na tarasie. Wygląda na to, że już jest u siebie i bardzo pilnuje, żeby to się nie zmieniło.. Teraz śpi w dużym pokoju, reszta towarzycha pokładła się na swoich zwykłych miejscach i też pochrapuje. Dziunia troszkę na Jukę poszczekuje, ale i tak bardzo mało, jak na jej możliwości. Oby te nożyska się jak najszybciej zrosły, nie mogę się doczekać normalnych spacerów. Co do cieczki, pani wetka z Ostrołęki była dość kategoryczna w twierdzeniu, że Juka cieczkę już miała. Może doświadczony weterynarz potrafi to poznać po widoku "oprzyrządowania"? I dlatego kazała mi ją obserwować, czy aby nie jest w ciąży. A urosnąć wszerz za bardzo jej nie wolno ze względu na połamane kości i uszkodzone stawy. To będzie dla mnie najtrudniejsze, bo ja z tych co to jak kochają, to karmią. Mam to po tatusiu.
-
No właśnie! Jak ją zobaczyłam, te wielkie łapska, słodki pyszczek, to pomyślałam - szczeniak. Ale wetka w Makowie zauważyła jakiś osad na bielutkich ząbkach i stwierdziła, że jednak nie. Oceniła ją na 3 lata. Tyle, że też uważała, że pyszczydło ma szczeniaka. A w Ostrołęce powiedziano mi, że jako że: a) nie rodziła (co pewno u wiejskich suczek zdarza się zaraz po pierwszej cieczce), b) takie złamania kości udowych nad kolanem zdarzają się głównie bardzo młodym psom, c) ma szczenięcy pyszczek i d) te wielkie łapy to nie może mieć więcej niż 10 - 12 miesięcy! W zasadzie to wszystko jedno. Pewne jest, że jest młoda, a nie stara. Co dobrze rokuje jak o zrastanie się złamań chodzi. A Juka ma szczęście przede wszystkim, że ta pani jechała tamtędy na rowerze, a nie autem, bo w ogóle by jej nie zauważyła. Pani jest trochę "myśląca inaczej", czyli nie do końca rozgarnięta, dobrze jednak, że sobie o suni przypomniała i mi opowiedziała. Chciała nawet ze mną jechać, żeby mi pokazać, gdzie to dokładnie jest, ale tak precyzyjnie opisała to miejsce, że wcale nie była potrzebna. PS Jak przypuszczałam siedzimy w samochodzie. Tam widać najbezpieczniej.
-
Mój internet już na chodzie, klawiatura też, przed godziną wróciłam z Ostrołęki, mogę więc Wam wszystko opowiedzieć. Sunia - nazwałam ją Juka - wg. wetki z Ostrołęki ma około roku (tak po pierwszej cieczce). Ogólnie jest całkiem zdrowa (wetka w Makowie zrobiła badanie krwi nawet na babeszję), natomiast jeśli chodzi o urazy: złamana kość łonowa, przesunięty w górę staw biodrowy. Uraz ma jakieś dwa tygodnie. Czyli, że to biedactwo albo się czołgało takie połamane (ma dziwnie starte pazury), albo leżało w tym rowie znacznie dłużej, niż twierdzi ta pani. Można tak też sądzić po stopniu odwodnienia. Rzeczywiście cud, że w ogóle przeżyła. Uraz kolana to dawno temu złamana i źle zrośnięta kość udowa. Wnioski: będzie kulała na tę nogę, tak jak kuleje, a operacja miednicy jest bardzo kosztowna i nie gwarantuje sukcesu, czyli czekamy aż się zrośnie. Nie wolno jej zajść w ciążę, bo nie urodzi. Miednica zrobiła się bardzo wąska. Ale przecież i tak nikt nie chciałby, żeby rodziła. Tak nawiasem mówiąc mam obserwować, czy przypadkiem nie jest w ciąży, bo trzeba będzie szybko przeprowadzić sterylizację aborcyjną (zamkną mnie w kiciu za to? Eee tam, psie życie to nie życie, nawet poczęte). Juka jest absolutnie cudowna: pozwoliła sobie robić wszystko bez jednego warknięcia protestu. A przecież zarówno wczoraj jak i dzisiaj została zbadana bardzo dokładnie, co oznaczało także wyginanie kulawej nogi, przeginanie suni w pasie itp. czyli musiało ją boleć. Za to znowu ma zamiar spędzić noc w samochodzie. Niech jej będzie. Dziś rano wygramoliła się z niego, czyli musi "odsiedzieć" stres. Moja gadzina przyjęła ją nad wyraz spokojnie, nawet koty nie wpadły w panikę. Po prostu obeszły ją dużym łukiem, natomiast ona nie spuszczała z nich zainteresowanego oka. Zobaczymy, jak będzie kiedy wydobrzeje. Wczoraj w ogóle nie podnosiła się na nogi, ale dziś, widząc, że idziemy na spacer, wstała. Tyle, że tylne nogi się jej "złożyły", położyła się więc z żalem z powrotem. Jednak do lecznicy dokuśtykała o własnych siłach. Będziemy jeszcze chodzić razem na spacery. Moja sąsiadka, pani Wiesia, popłakała się, kiedy jej opowiedziałam historię Juki i kiedy ją zobaczyła. Są jeszcze wrażliwi ludzie na świecie. Bardzo Wam dziękuję za chęć pomocy. Obawiam się, że takiego "połamańca" nikt nie zechce, chociaż suczka jest bardzo urodziwa. I ma żółte oczy, co sprawia, że jej wzrok robi wrażenie ostrego jak żyleta. Na razie niech będzie u mnie, niech się zrasta i wyzbywa stresu, a potem zobaczymy. Szerlokowi przydałoby się młode towarzystwo... Siedemnastoletni Kajtuś nie będzie żył wiecznie, a i Dziunia ma już ponad 14 lat. Jestem wariatka? Z innej beczki - Konfirmie nie zapominaj, że ja jestem biurwa, czyli pisanie na klawiaturze mam niemal w naturze (ale rym cym cym!), dlatego pykanie po jednej literce tak mnie denerwuje. A oto jedyne jak na razie zdjęcie Juki:
-
Kochani! Jesteście absolutnie super. Bardzo, bardzo miło mi było Was widzieć. Mam nadzieję, że latem powtórzymy spotkanie i spacer nad Narwią. Nadal pykam po literce na klawiaturze ekranowej, co jest upiorne. Niby wszystko jest w porządku, a klawiatura nadal nie działa.
-
Dokładnie rozkrzaczył się sterownik kontrolera uniwersalnej magistrali szeregowej (a co!) czyli i szlag trafił USB, czyli klawiaturę.
-
Czarna zgraja - 9 kotów u stuletniej babuleńki...
irenas replied to malagos's topic in Kotki już w nowych domach
Owszem. Ma klateczkę, w której Lili siedzi dopóki nie zostanie wypuszczona. Wtedy siedzi na biurku i wygląda przez okno. W weekendy siedzi (nie wiem gdzie ani na czym) u pani Asi. -
Czarna zgraja - 9 kotów u stuletniej babuleńki...
irenas replied to malagos's topic in Kotki już w nowych domach
No i co? Z przylaszczkowego lasu nici. Byłam na badaniu - u pani wetki nowa sunia do wzięcia nazwana przez nią Lila. Dla ludzi miła, na psy warczy, myślę, że to ze strachu. Podobno mieszkała w opuszczonej szopie, Bóg jeden raczy wiedzieć, kto tam ją napastował. Myślałam, że się Konfirmie odezwiesz, Skoro nie było odzewu zrozumiałam, że jesteś zajęta i też się nie odezwałam. Wyniki badań będą prawdopodobnie w poniedziałek. A ponieważ to jest wątek koci, zamieszczam kolejne zdjęcie pościelowe: -
Czarna zgraja - 9 kotów u stuletniej babuleńki...
irenas replied to malagos's topic in Kotki już w nowych domach
A ja słucham klangoru żurawi i gęgotu gęsi. Poza sikorkami i takim jakimś szyderczo śmiejącym się ptakiem, który również lata w niezwykły sposób - jakby w powietrzu pływał żabką, czyli takimi "wyrzutami". Ktoś wie, co to może być? Bociany chodzą po łące w środku wsi, nawet moich psów się nie boją. Inna rzecz, że Szerlok olał je totalnie. Nie wzbudziły cienia zainteresowania. Dziwne, jako że nawet wrony go frapują. Wczoraj przyjechała Stokrota- wariatka ze swoim niemiłym panem - myśliwym. Oczywiście odbyły się dzikie gonitwy wzdłuż płotu, gdzie posadziłam tawuły norweskie. Darłam się więc oczywiście na Szerloka i odsyłałam Stokrotę do pana, co wywołało jeszcze większe tegoż pana nadęcie (nawet nie powiedział "dzień dobry", kiedy przyjechał), bo krzaczki jeszcze malutkie. Piszę o tym, bo bałam się spotkania Stokrota/czarnulki. Szczęśliwie Koloratka jak zwykle była "w robocie", a Czortunia na strychu, którego wiosenne otwarcie zainaugurowałam przedwczoraj. Czyli jak na razie jest ok. Konfirmie, ja pamiętam o Twoim zaproszeniu do przylaszczkowego lasu. Wybieram się z Dziunią do wetki w sobotę, będziemy robić pobranie krwi na badanie tarczycy. Może byśmy pojechał/poszły (nie mam pojęcia, gdize ten las jest) na psacer? -
Kochane, jeśli można tak jak na parapetówce - każdy przywozi, co mu najlepiej wychodzi, ja robię sałatki. Mam zamiar przygotować ognisko, z tym, że jestem wyjątkowo mało uzdolniona pirotechnicznie, liczę więc na pomoc kogoś, kto więcej w tej dziedzinie potrafi. Postaram się ułożyć drewno i gałęzie, ale rozpalić już się nie odważę, jako że nie udało mi się zapalić nawet suchych liści z zeszłego roku! Grill też możemy zrobić, jeśli macie na to ochotę. I jeśli się nie rozpadnie, bo nie wiem, czy pamiętacie, ale transport nieco nadwerężył nieuzbrojony (taka oszczędność producenta) beton. Zastanawiam się nad topieniem Marzanny. To takie nieekologiczne, będą śmieci w rzece. Może ją lepiej spalmy w ognisku? Co o tym sądzicie? Malagosku, ale my się spotykamy 17 kwietnia, nie w przyszłą niedzielę! A nie wiecie, czy panie "okołonowodworskie" się wybierają? Bo mi nie odpowiedziały w tej kwestii. Bardzo bym chciała, żeby przyjechały - Marysia O też. Co do umykających dni, to ja się nawet nie będę wypowiadać, bo to jeden wielki skandal, żeby tak uciekać!
-
A gdzie zdjęcie? Gładkowłosa? Jak tak to już szukam telefony moich byłych sąsiadów z Chotomowa, którzy uśpili 18 jamniczkę, a syn domaga się psa. Rodzice się zgodzili pod warunkiem, że będzie nieduża (docelowo) i koniecznie gładkowłosa. A u wetki w Makowie jest Pusia - sześcioletnia psinka, którą pani zostawiła, bo wyjechała zagranicę. Podobno zostawiła ją bez specjalnego żalu. Kobieta bez serca. Psunia jest czarna, podpalana, nieduża. Ot typowy kundelek. Ma jedną bardzo sympatyczną cechę - jak się cieszy, zabawnie marszczy nosek. Niniejszym rozpuszczam wici wśród znajomych (czyli Was), może słyszeliście o kimś kto właśnie takiej Pusi szuka.
-
Czarna zgraja - 9 kotów u stuletniej babuleńki...
irenas replied to malagos's topic in Kotki już w nowych domach
Krysiu, zauważyłaś czeski błąd, który zrobiłaś? "Psacer" - doskonała nazwa na przechadzkę z psem!!!! -
Trudno to nazwać prywatą, skoro to na pieski! Zapraszam wszystkich psiolubnych (i koto też) do umieszczania takich zaproszeń. Im więcej ludzi będzie pomagać, tym lepiej. A na razie ogłaszam wiosnę za otwartą:
-
Czarna zgraja - 9 kotów u stuletniej babuleńki...
irenas replied to malagos's topic in Kotki już w nowych domach
-
Oj tak, tak! Właśnie przeczytałam, że okaleczanie genitaliów dziewczynek to nie wszystko. Istnieje jeszcze zwyczaj "prasowania piersi". Stosuje się to u dziewczynek między 9. i 14. rokiem życia. Wszystko po to, żeby mężczyzn nie kusić. Biedaki! Sami własnej woli i rozumu nie mają, trzeba z zewnątrz, torturując kobiety, o ich dusze zadbać!
-
Boże drogi! Ja już czasem nie mogę czytać czy słuchać o tych wszystkich biednych stworzeniach. A na dodatek ci, którzy ewentualnie wzięliby psa, mają takie wymagania, że strach. A to ma być malutki, a to gładkowłosy... Przy dzieciach też by tak wybrzydzali? Sądząc po Chinach na przykład gdzie podobno przeprowadza się przemysłowe ilości aborcji żeńskich płodów, bo nikt nie chce mieć dziewczynki, to tak. Ja rozumiem, że duży pies jest większym problemem niż mały. Rozumiem, że jamnik linieje w mniej uciążliwy sposób niż donek. Ale przecież tu chodzi o ratowanie życia. Wielkie słowo ŻYCIE nadużywane we wszystkich możliwych sosach. Kiedy odnosi się do zwierząt (i do kobiet), jakoś przestaje się liczyć. Żeby sobie i innym poprawić humor przypominam o topieniu Marzanny w Dyszobabie dnia 17 kwietnia. Nutusiu i Marysiu, na Was też możemy liczyć? Organizacja prowiantu taka jak przy parapetówie, jeśli nikomu to nie przeszkadza. Z góry dziękuję.
-
Kochani, jest problem. Jedna z moich sąsiadek jest bardzo chora, idzie do szpitala, z którego nie wraca już do swojego domu, tylko do córki. Dom zostanie sprzedany. Niestety nie ma komu wziąć Miry, wielkiej, siedmioletniej suki daleko spokrewnionej z długowłosym owczarkiem niemieckim. Sunia jest zdecydowanie domowa, ładnie jeździ samochodem, przez plot szczeka na Szerloka, ale to o niczym jeszcze nie świadczy. Jej najbliżsi sąsiedzi mówią, że to bardzo spokojne zwierzę. Świetnie dogaduje się z dziećmi, bo ta pani ma wnuki, z którymi Mira często się bawi. Trzeba jej poszukać nowego domu, najlepiej tak jak teraz u cywilizowanego człowieka na wsi. Wiem, jakie to trudne. Prosiłam o zdjęcia, ale nie wiem, czy nie będę musiała sama ich zrobić. Ci "najbliżsi sąsiedzi" nie chcą jej wziąć, chociaż akurat Bogdanowi dobrze by zrobił pies, z którym trzeba chodzić na spacer, bo facet zanudzi się na tej emeryturze na śmierć. No ale Danusia z kolei boi się o swój ogródek. Podobno już kiedyś miała psa, który jej zniszczył uprawy, co ją "wyleczyło z psa na zawsze". (Wrrrr!)POMÓŻCIE! Popytajcie, ja wiem, ze musiałby się zdarzyć cud, ale może akurat się zdarzy.