-
Posts
2605 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by irenas
-
A ja dzisiaj poznałam czeredę Malagos! W tym astralną (chyba) bliźniaczkę mojej Juki. Hesia zachowuje się niemal identycznie: taka sama narwana wariatka pełna pozytywnych uczuć i radości życia, zazdrośnica do kwadratu, żarłoczna jak odkurzacz. Nawet rusza się podobnie, tyle, że nie kuleje, co Juka robi od czasu do czasu, no i jest zdecydowanie mniejsza. Z urody to skrzyżowanie krokodyla z dzikiem: długaśne pyszczydło pełne bielutkich zębów i sierść jak szczotka klozetowa. Sam wdzięk i urok. Mela skromniutka i nieśmiała, ładniutka z pyszczkiem po jednej stronie białym, po drugiej rudym podzielonym na pół równiutką linią. Bardzo się boi mężczyzn (u Malagos chodzi o Tomka, oczywiście), ale podczas mojego pobytu, gdy pańcia wzięła ją na ręce, zaakceptowała kawałeczek arbuza (wegetarianka???) z męskiej ręki i dała się tej samej ręce delikatnie pogłaskać pod brodą. Będą z niej ludzie, myślę. Wszystkie panienki uwzięły się na Rudzika, biedak nie ma szans w tym babskim towarzystwie. Oparł się przednimi łapkami o moje kolano i w tej samej chwili został brutalnie ściągnięty za nogę na ziemię przez zaborczą Hesię. Nie wiedzieć czemu ta właśnie część ciała wywołuje u suczek największe zainteresowanie, ciągle go za te nogi łapią. Moja teoria losu, który postanowił uratować Malagos od smutku, zwalając jej na głowę tę hordę, nabiera rumieńców. Nie sposób się smucić, kiedy cała wataha przetacza się przez dom, pędzi do furtki i, radośnie się kotłując, wykopuje dołki. Uf!
-
Leje. Żaba za oknem pokazuje +17 stopni. Wczoraj było +32 w cieniu. I to ma być umiarkowany klimat?
-
No widzisz? na głupotę i brak wyobraźni nie ma szczepionki, a objawić się może u wszystkich bez względu na pochodzenie, płeć czy poziom wykształcenia.
-
Według mojego kalendarza ściennego dziś jest Dzień Psa. Witam więc Szanowne Dogomaniaczki i Szanownych Dogomaniaków w dniu psa! Jak na razie jedyną oznaką, że ktokolwiek to odnotował była historyjka amerykańskiego szczeniaczka uratowanego przez amerykańskiego policjanta od ugotowania żywcem w samochodzie. Szczeniaczek tak na moje oko został za wcześnie odebrany od matki, miał ze 4 - 5 tygodni, już za to samo należałoby zarówno właścicieli jak i właścicieli suki (hodowców?) pociągnąć mocno za odpowiedzialność. Pewno tłumaczyli się, że zostawili pieskowi uchylone okno - tak ze 2 cm - a to, że na zewnątrz temperatura z pewnością dochodziła do 30 stopni w niczym im nie przeszkadzało. Najsmutniejsze jest to, że takich historii jest na pęczki, całe szczęście, że coraz częściej ludzie reagują na taki brak wyobraźni. No, ale skoro można zostawić małe dziecko w takich warunkach...
-
Nie, nie, Juka całkowicie poddaje się przywództwu Dziuni, a do Szerloka podchodzi ze służalczą wprost uległością. Widać, że go bardzo lubi, przymila się i przytula do niego, aż miło patrzeć. Wydaje mi się, że to taki luzacki charakter, powinnam to rozumieć, bo też za bardzo nie zwracam uwagi na takie drobiazgi jak na przykład porządek. Grażynko, jak interesują Cię rzadkie rośliny, to obejrzyj sobie jeszcze orszelinę, obielę, lespedezę i pluskiwcę. Wszystkie mam, na razie są małe, ale orszelina za chwilę będzie kwitnąć. Wszystkie kupiłam albo na Allegro, albo w internecie. No poza obielą, która była w jakimś zapyziałym sklepie ogrodniczym niedaleko Dzbądza. I nawet nie były drogie. Wszystkie, oprócz pluskwicy, która jest byliną, to krzaki o niesamowitych kwiatach. Jeśli oczywiście zakwitną. Mam nadzieję, że przetrwają zimę i w przyszłym roku pokażą, co potrafią. A łacińska nazwa niepokalanka - vitex - brzmi zupełnie jak nazwa jakiejś polskiej firmy, której właściciel ma na imię Witek, nie uważasz?
-
Nie taka znów chybotliwa - nie widziałaś jej w akcji z Szerlokiem! - Juka mnie wykończy! Goni koty - czarnulki zamelinowały się na strychu, Czorta już w ogóle nie wychodzi, Koloratka od czasu do czasu się odważa, ale coraz rzadziej. Nawet Karmelek niechętnie przychodzi do domu, a na kolana to już wcale nie. Jest STRASZNIE namolna i nachalna. Nie ma sposobu, żeby się od niej uwolnić. Jestem cała posiniaczona, bo macha tymi wielkimi łapami gdzie popadnie, chwyta zębami, szczypie. Pcha się na kolana, do łóżka, do łazienki. Nawet siku nie mogę zrobić w samotności! Przepędziła także Szerloka i Dziunię - pokładają się po kątach smutne i przygnębione. Ale najgorsza jest ta żarłoczność! Mogłaby jeść bez przerwy. I w zasadzie jest jej obojętne co - dzisiaj wyżerała mi z ręki czereśnie z pestkami. Najbardziej jednak smakuje jej kocie jedzenie. Już nie wiem, gdzie mam je stawiać, bo wszędzie dosięgnie. GROZA! To nie koniec, są także straty materialne: zniszczone funkie, podkop pod fundamenty domu i przy furtce, rozwalony płot graniczny z myśliwym (akurat z tą wredotą!), połamana róża (dlaczego własnie na niej musi leżeć???) spalona trawa w ogródku od sików. Dziunia tego nie robi, jakoś sika dyskretniej, a ta potwora wyłazi z domu, stawia trzy kroki i leje. Trawę od razu szlag trafia, oczywiście. Przy tym wszystkim jest taka śliczna, taka przytulaśna i tak nic nie rozumie, że trudno się długo na nią gniewać. Naprawdę musi być młoda, żeby tak nic, ale to nic nie umieć i nie kumać. Czekają mnie syzyfowe prace.
-
Ja też mam taka nadzieję. Z dziwnych roślin kupiłam jeszcze niepokalanka pospolitego (słowo daję, tak się nazywa! Nic nie zmyślam.), który niestety okazał się zwierzęciem ciepłolubnym. W zasadzie powinnam go była posadzić w donicy, ale to krzak więc jak? Będę musiała go zatem bardzo dobrze ocieplić na zimę. A teraz przykre wiadomości z Dyszobaby. W niedzielę w Narwi utonął mężczyzna. Uratował swoją żonę i dzieci, ale siebie już nie. A wczoraj w tej samej Narwi utopił się dziewiętnastoletni chłopak. Policja szukała go jeszcze dziś po południu, nie wiem, czy znalazła. Nurt w rzece jest bardzo bystry, mógł równie dobrze znieść ciało gdzieś dalej. Niby wszyscy wiedzą, że Narew to bardzo zdradliwa rzeka, a jednak wygląda na to, że co roku coś takiego się zdarza. W zeszłym roku to była siedemnastoletnia Cyganka. Może przez kontrast z idyllicznymi widokami takie zdarzenia nabierają szczególnej mocy, w mieście jakoś to wszystko ginie w zgiełku.
-
PS Nie wiem, czy lubicie Magdalenę Środę, ja ją bardzo lubię, a po przeczytaniu poniższego wywiadu, lubię ja jeszcze bardziej! http://natemat.pl/183599,znalazla-dom-dla-ponad-30-psow-i-kotow-profesor-magdalena-sroda-ktorej-nie-znacie
-
Drogie Panie, grujeczniki czekają na odbiór! (Odezwijcie się jakoś, mogę dowieźć, chociaż byłoby mi miło, gdybyście mnie odwiedziły. I poznały Jukę przy okazji). Kosztowały po 20 zł. Pani sprzedawczyni nie wiedziała ile powinny, a ponieważ poprzednia pani mi sprzedała za 20, to i teraz przyjęła tę samą cenę. Tyle, że one są trochę mniejsze od mojego. Grażynko, ja też czytałam o tej niskiej odmianie. Jaka ta jest, nie mam najbledszego pojęcia. Odniosłam wrażenie, że w ogóle pojawienie się tych okazów stanowiło jakąś dziwną tajemnicę. Nie wiem czy kosmici im je nocą zrzucili, czy co, bo nic o nich nie było wiadomo - ani co to jest, ani jak się hoduje, ani ile kosztuje. Mam nadzieję, że to nie przeszkodzi im w rośnięciu.
-
Mazowszanko i cała reszto towarzystwa! Bardzo dziękuję za przemiły dzień. Nawet upału się nie czuło, tak było fajnie. Malagosku i Konfirmie, jutro zajrzę do Mrówki i, jeśli grujeczniki nadal będą, kupię je dla Was. PS WIADOMOŚĆ ROKU 2016! W Dyszobabie robią kanalizację!!!! Hip, hip hurra!
-
No tak, to jest ta roślinka z różowymi listkami na zdjęciach wyżej. Jak chcesz takie, to w różańskiej Mrówce mieli jeszcze dwa egzemplarze, to Ci przywiozę do Mazowszanki.
-
Grażynko, to jest drzewo nie drzewko. W Polsce dorasta do 20 metrów, a w Japonii do 30!!! Na szczęście rośnie wolno. Oto informacja z Wikipedii: Pokrój Gałęzie wyrastają prawie od samej ziemi. Pokrój najczęściej stożka lub walca. Osiąga ok. 30 m wysokości w ojczyźnie i 20 m w Polsce. Po 6-8 latach osiąga wysokość 4-5 metrów. Zdarza się, że drzewo ma czasem wiele pni. Liście Naprzeciwległe o długości 6–12 cm i szerokości do 6 cm, całobrzegie, szerokie i owalne do okrągławych, z przodu bardzo krótko zaostrzone, a u nasady głęboko sercowato wcięte. Niekiedy brzegi znaczą bardzo delikatne, tępe ząbki. Z wierzchu liści są matowe, zielone albo szarozielone i nagie, a pod spodem - wyraźnie niebiaskawozielone. Ogonki liściowe mają 3–6 cm długości i są ciemnoczerwonej barwy[5]. Wiosną są czerwonawe, latem niebieskawozielone, a jesienią jaskrawożółte, pomarańczowe lub czerwone[6]. Kwiaty Drzewo dwupienne. Kwiaty męskie składają się prawie wyłącznie z pęczków czerwonawych pręcików i stoją licznie w pachwinach pączków. Kwiaty żeńskie tak samo w pęczkach, stojące w pachwinach pączków, zwracają uwagę swoimi skręconymi czerwonymi znamionami, długości około 5 milimetrów. Pojawiają się przed rozwojem liści[5]. Kwitnie od marca do maja. Owoce Błyszczące, jasnozielone i pozaginane mieszki długości 1,5–2 cm, zawierają dużą ilość oskrzydlonych nasion w kolorze brązowym. i dalej: Niesamowitą cechą grujecznika japońskiego jest to, że żółknące liście wydzielają aromat przyprawy do pierników lub karmelu, ale tylko póki są na gałęziach. Gdy opadną, stają się bezwonne[7]. Ten interesujący aromat liści nie może być jednak wykorzystany, ponieważ znika podczas suszenia liści. Jego struktura chemiczna nie została poznana[5]. Ciekawe, co? Zobaczymy jak bardzo ten aromat jest odczuwalny. Czytałam gdzieś, że w Japonii po zapachu wyczuwa się grujeczniki rosnące w gęstym lesie czyli musi być bardzo silny.
-
Już wiem! To grujecznik japoński. Kolor liści zależy od stopnia rozwinięcia się liści - bardzo młode są aż brunatne, potem zielenieją, a na jesieni stają się albo czerwoen (w słońcu) , albo łososiowe ( w półcieniu). Drzewo jest całkowicie mrozoodporne. Super.
-
Nie, nie listeczki są małe w kształcie serca, a nie "zębate". Inne egzemplarze miały je jakby większe i bardziej zielono szarawe, nie wiem od czego to zależy, bo wszystkie stały w pełnym słońcu.
-
Nie było jeszcze tak źle. Wannę wypróbowałam jako kabinę prysznicową. Też dobra. Kocie mordki nie zorientowały się, że w ogóle w domu jest coś nowego, psom to zwisało, oprócz Juki, która nie mogła mnie znaleźć w wannie. Głos było słychać, ale osoby nie było widać. Ot i problem! A ja mam prośbę do WSZYSTKICH. Co to za roślina? Niezbyt wyraźnie widać, bo zdjęcie prześwietlone. To jest albo krzak albo wręcz drzewko, sądząc po dość grubym pniu. Małe listeczki leciutko ząbkowane, czerwonawe z wierzchu jaśniutko zielono srebrzyste od spodu. Nawet nie wiem, czy to kwitnie, czy nie, ani jakie będzie, jak podrośnie.
-
Ja też jestem bardzo zadowolona z przeprowadzki do Dyszobaby. A teraz, kiedy nareszcie mam wannę, a nie ten paskudny prysznic, moje szczęście nie ma granic! Dostałam pozwolenie na kąpiel dziś wieczór, tylko ostrożnie, żeby silikonu nie pomoczyć. Ale będę miała frajdę!!! PS Dla rozrywki zrobiłam w Onecie quiz pt. "Jakie zwierzę reprezentuje twoją osobowość?" i wyszedł mi... krokodyl! Ale kiedy przeczytałam, w zasadzie wszystko się zgadza.
-
Na to wygląda. Dlatego cieszę się, że tu trafiłam!
-
Ciągle mam wrażenie, że rozmawiamy jak gęś z prosięciem. To oczywista oczywistość, że lepiej psa poznać osobiście, bo można nie przypaść do gustu i to z wzajemnością. Ja po prostu zachwycam się ludźmi, którzy poświęcają swój czas i siły czemuś, o czym większość w ogóle nie pomyśli. To może też oczywiste, że tacy wariaci chodzą po świecie, ale mnie cieszy, że tak jest i daję temu wyraz. Może to brzmi dziecinnie, bo stara baba, która się czymś entuzjazmuje, budzi podejrzenia o zdziecinnienie, ale to już nie mój problem, tylko tych, którzy tak myślą. Co do psów z Chin... Wczoraj do "Szkła kontaktowego" zadzwoniła pani, która zorganizowała pikietę pod ambasadą chińską przeciwko festiwalowi psiego mięsa, który właśnie się odbywa w Kraju Środka. Jak słusznie zauważyła, uprzedzając ataki, my też jemy różne zwierzęta, tylko psy w Chinach przed zjedzeniem są tortuorwane i przeciwko tym torturom była pikieta. Organizatorka powiadomiła o "imprezie" wszystkie telewizje, niestety pojawił się tylko Polsat. Trochę mnie to dziwi, bo wiem, że szefostwo TVN 24 jest bardzo propsie, no ale może ta informacja zatrzymała się na jakimś niższym szczeblu i nie dotarła do prezesów. Kiedy słyszę o czymś takim ( a dostałam już taką informację z Avaaz i podpisałam petycję w tej sprawie), nie jestem już taka pewna, czy istotnie nie trzeba zajmować się psami z Chin. To trochę jak z tymi głodnymi dziećmi mojej sąsiadki - to, że są nieszczęśliwe nie wyklucza nieszczęścia innych stworzeń, ani konieczności pomagania im. A swoją drogą chciałabym się dowiedzieć, w jaki sposób Kanadyjczycy doprowadzili do tego, że po ulicach Toronto nie biegają bezpańskie psy. Co prawda, jak twierdzi moja przyjaciółka, mają do tych zwierząt całkowicie instrumentalne podejście (na zasadzie " bądź piękna i milcz") ale problem nadmiaru wyraźnie opanowali.
-
PS. Do jakiego stopnia to nie jest powszechne obejrzyjcie sobie i poczytajcie. Uprzedzam, że widok jest koszmarny http://natemat.pl/183013,bestialsko-okaleczyl-psa-internauci-zebrali-1500-zl-zeby-go-znalezc
-
Jejku dziewczyny! Mnie nie chodzi o adopcje zagraniczne, tylko o fakt, że są ludzie, którym na sercu leży los psów w Tajlandii, albo w jakimkolwiek innym "egzotycznym" kraju, gotowi tłuc się taki szmat drogi, wydawać (na pewno) z trudem zdobyte pieniądze i walczyć z uprzedzeniami (vide mój sąsiad lub sąsiadka, która uważa, że psom nie powinno się pomagać, skoro na świecie są głodne dzieci), agresją i głupotą. Już nie bądźcie takie zblazowane i nie traktujcie mnie jak dziecko! Podziwiam każdego, kto robi coś - dogomaniaczki też i Ewę Błaszczyk, że walczy nie tylko o swoje dziecko i jest w tym skuteczna i wszystkich tych ludzi, którym nie jest wszystko jedno. I cieszy mnie każdy objaw dobrego serca i pomocna dłoń. W końcu to nie jest powszechne, musicie przyznać.
-
Okazało się, że jednak nie wzięli nowego jorka. Szczekał Gucio sąsiadów-letników, których nigdy dotąd nie widziałam. Pewno dzieci tych, ktorzy według mnie w tamtym domu mieszkają. I całe szczęście, bo Gucio jest wyraźnie świetnie zaopiekowany i poczuwa się bardzo do obrony swojego terytorium. Nawet moje cztery "basiory" go nie przestraszyły. Widzę, że mja historia tajlandzkiej Emmie nikogo nie poruszyła, poza moim sąsiadem Maćkiem, który oburzony wykrzyknął: "Dobroć musi mieć swoje granice! To już w Kanadzie żadnego psa nie było? Przecież ten ma obce zarazki!" ( Hm... skąd ja to znam?) No cóż, wszędzie są ludzie i ludziska. Nawałnica po prostu zwaliła mnie z nóg, a jako, że prąd wyłączyli już o 19.00, poszłam spać i spałam blisko 12 godzin. Ten model (czyli ja) tak ma, że przesypia wszelkie kłopoty, dolegliwości i stresy.
-
Hau, hau, hau! Odszczekują to z butami za cztery stówy! Okazało się, że tylko wyciągnęła jeden but z szafki, a mnie, sklerozie jednej, uciekło z pamięci, że je tam włożyłam, myślałam, że zostawiłam przed szafką. Tak to jest, jak ktoś jest bałaganiarą (to ja). To teraz opowiem Wam niesamowitą historię. Otóż moja kanadyjska przyjaciółka musiała dwa czy trzy miesiące temu uśpić swoją starą suczkę z powodu nowotworu. Szybko zorientowała się, że nie potrafi żyć bez psa i zaczęła poszukiwać takowego w internecie. Kilka dni temu trafiła na suczkę o wdzięcznym imieniu Emmie, która ją zachwyciła. Zadzwoniła więc do strażaków (tak, tak oni też zajmują się bezpańskimi psami w Kanadzie!), gdzie dowiedziała się, że suczka jest w.... Tajlandii (!!!), a do Kanady przyjedzie dopiero 21 lipca. Okazało się, że ta organizacja zajmuje się różnymi biednymi zwierzakami w Azji. Wyobrażacie sobie? To chyba dlatego, że w Toronto nie widziałam ani jednego psa, którego można by uznać za bezpańskiego. Podobno jest więcej chętnych na Emmie, ale obie z Ewą święcie wierzymy, że to jej się to cudo(na oko terierowate) dostanie. Ja nabrałam takiego przekonania, kiedy mi opowiedziała, co odrzekła na pytanie "dlaczego pani chce tego psa?". Sama bym jej dała każdego psa, którego miałabym pod ręką. I należy życzyć wszystkim futrzakom, żeby ich właściciele mieli takie podejście do sprawy, jak ona. Powiedziała bowiem, że może psu poświęcić dużo czasu, że potrzebuje towarzysza długich spacerów, że brakuje jej psiej radości itd. w tym duchu. Pokazała, że pies nie jest dla niej przedmiotem, ani zabawką. A moi bogaci sąsiedzi, którym jorczek zginął jakiś miesiąc temu, bo go w ogóle nie pilnowali, chyba mają następnego. Rozumiem, że dziecku było smutno bez pieska. Wrrr! Chętnie bym ich ugryzła.
-
~ Smutna, śliczna sunia Hesia ze wsi MA DOM W GDAŃSKU :)
irenas replied to malagos's topic in Już w nowym domu
To nie za duża. -
~ Smutna, śliczna sunia Hesia ze wsi MA DOM W GDAŃSKU :)
irenas replied to malagos's topic in Już w nowym domu
Co roku apelują, ale jak widać bez skutku. Ja nawet trochę rozumiem ludzi. No bo jak to, zostawić takie bezbronne, śliczne maleństwo samiutkie na wielkim polu (na przykład)? Nam, ludzkim istotom trudno zrozumieć, że można swoje maleńkie dziecko zostawić bez opieki. -
W miarę upływu czasu odkrywam nowe cechy Juki. Niestety nie pozytywne. Jest przerośniętym jamnikiem, czyli kopidołem. Póki są to doły przy furtce, czy też na drodze do domu potrafię jej wybaczyć. Ale wykopanie wielkiej funkii już mi się zdecydowanie nie spodobało. Lubi czytać, co na własnej skórze (a właściwie okładce) odczuł przepiękny album pt. Ziemia z nieba, którego część sama tłumaczyłam. Kocha moje skarpetki i buty. Przywiozłam sobie z Kanady bajeranckie "adidasy" jakiejś podobno super marki New Balance za jedne cztery stówy i już mam tylko jeden but. Gdzie jest drugi, nie udało mi się odkryć. Mam nadzieję, że jednak się znajdzie i to w nienaruszonym stanie, chociaż tego ostatniego nie mogę być pewna. Pluszowy dziobak, ulubiona zabawka Szerloka został pozbawiony mózgu, czyli Juka wyrwała wszystkie bebechy z głowy. Wszystko to robi z radosnym zachwytem małego dziecka, które odkrywa świat i jego tajemńice. Aż trudno się na nią gniewać, tym bardziej, że niszczy bardzo cicho i dyskretnie, dopiero po jakimś czasie natykam się na skutki jej działań, a wtedy już nie ma sensu na nią krzyczeć, bo w ogóle nie skojarzy, o co mi chodzi.