Jump to content
Dogomania

irenas

Members
  • Posts

    2605
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by irenas

  1. Malagosku, a może z tą sunią los postąpił tak, jak z moim Szerlokiem? Może to sunia pocieszycielka dla Was? Żeby nie było pustki? Bo żal i smutek zawsze będzie, ale konieczność zajęcia się nowym psem nie pozwala na smutne myśli. Może to Sonieczka numer dwa?
  2. O mamuniu! Ale namieszałam. Tylna lewa łapa, stare złamanie. (Miednica to świeższy uraz). Pojechałam, bo wydawało mi się, że gula, która już tam była, jako że kości są krzywo zrośnięte (zamiast zrosnąć się "czołowo", przytuliły się do siebie bokiem, stąd kolano jest grubsze), się powiększyła i myślałam, że Juka coś sobie dodatkowo w to kolano zrobiła, szalejąc z Szerlokiem (szalejąc z Szerlokiem - ha! to powinno być ćwiczenie językowe dla cudzoziemców.). Przepraszam za larum, które powstało. Od razu uściślę, że nie zamierzam nigdzie z Juką w tej sprawie dodatkowo jeździć. Jak chcecie znać mój stosunek do uporczywej terapii, poczytajcie moją wymianę zdań ze Świętkokrzyskim "Zwierzakiem' na temat Modiga i jego (licznych) operacji. Jeszcze, nie daj Boże, też trafimy na jakiegoś chirurgicznego maniaka, który zapłonie żądzą przeprowadzania naukowych eksperymentów na żywym organizmie (co według mnie robią weterynarze z Czech w tym konkretnym przypadku). i na przykład zechce ponownie łamać łapę i na nowo ją składać. A na coś takiego nie ma zgody! Sam se złam łapę i ją składaj! Zdjęcie tego złamania widziałam, stąd wiem, jak te kości się zrosły, pani wetka zbadała dokładnie łapę, jej ruchomość itp. i zapewniła mnie, że nic złego się nie dzieje i tego się będę trzymać. Juka czasami kuleje, czasami nie, kiedy się bawi całkowicie zapomina o krótszej nodze. Jest radosnym, szczęśliwym psem i nie zamierzam tego niszczyć. Rzekłam!
  3. Tuż po powrocie z wojaży zauważyłam, że Juka ma jakąś ogromną gulę na kolanie, tym złamanym. Dzisiaj pojechałam więc do Ostrołęki, bo tam jest rentgen. Pani wetka obejrzała nogę dokładnie, powyginała ją w różne strony, opukała gulę i stwierdziła, że złamanie się "przebudowuje" (???). Powiedziała, że całkowite zagojenie złamania potrafi trwać nawet kilka lat i żebym się nie niepokoiła, bo nic złego się nie dzieje. No i dała jakieś weterynaryjne leki przeciwbólowe na w razie czego. Biedna Juka mało zawału nie dostała, przekonana, że niedobra pańcia zabiera sukę z domu na zawsze i wywozi do złej wetki, która robi zastrzyki i wyłamuje psom nogi. Po wizycie trzy razy ją wsadzałam do auta, za każdym razem wyślizgiwała się jak piskorz zanim zdążyłam zatrzasnąć drzwi. Tłumaczyłam, że jedziemy do domku, ale ona jeszcze wyraźnie nie opanowała tych 200 słów, co to każdy średnio inteligentny pies potrafi opanować. W końcu udało mi się ją wepchnąć pod tylne siedzenie, ale uspokoiła się dopiero kiedy się zorientowała, że to już Dyszobaba. Bardzo się cieszyła, że z powrotem jest w domu. Jak to czasem niewiele trzeba, żeby kogoś uszczęśliwić!
  4. Małgosiu, bardzo Ci współczuję i przytulam serdecznie.
  5. http://konradaksinowicz.natemat.pl/181861,zakochani-w-psie Koniecznie przeczytajcie powyższe!!!
  6. Ale ja nigdy nie musiałam Szerloka nagradzać, za to, że do mnie wraca! Zawsze to robił z pieśnią na ustach. Teraz też - jak mu się zechce. Przybiega cały zadowolony i staje w pozycji "przytulaj". I muszę przytulić, chyba że już jestem taka zeźlona, że nie mogę. Wtedy robię wykład naszpikowany "nie wolno". Na minutę skutkuje, a potem da capo al fine. Już go nawet straszę w ten sposób, że znikam, nie odzywam się, żeby się przestraszył. Na Jukę to działa, pędzi do mnie na złamanie karku. Szerlok już wie, że to udawane i przybiega jak zechce z umiarkowaną prędkością, staje w pozycji "przytulaj" (taki wymagalny się zrobił!), po czym spokojnie idzie wąchać, albo szczekać na Utę I Benię (z wzajemnością), albo zaczyna gonić Jukę i wpadają w szaleńczą gonitwę, podczas której muszę uważać na własne nogi, żeby mi nie połamały. Bardzo pilnuję, żeby nie zbliżał się do drogi na Ostrołękę, po nadnarwiańskich łąkach niech sobie lata do upadłego. Może trochę schudnie. Malagosku trzymam kciuki za Sonieczkę, wiem, że gadka o dobrym życiu niewiele pomaga, gdy kochane zwierzątko odchodzi, ale jednak to ma znaczenie. Trzymaj się, kochana!
  7. Jukowa cieczka już się dawno skończyła. Kiedy wróciłam było już po wszystkim. Teraz trzeba ustalić termin sterylizacji, jutro wybieram się do Makowa i zajrzę do pani Magdy. Szerloczek owszem ma kumpelę, ale uczy ją samych złych rzeczy. On ostatnio dojrzał, stwierdził, że nie musi się mnie słuchać i znika w krzakach na długie minuty, nie reagując w ogóle na moje wołanie. A zakochana w nim Juka za nim! I też nie wraca, chociaż po dwóch, trzech zawołaniach jeszcze się pojawia. Szerlok już nie, wraca, kiedy uzna za stosowne. A wtedy każe się przytulać i całować! W nagrodę, że łaskawie wrócił. Poza tym te szaleństwa kosztowały Jukę gulę nad kolanem - nie wiem, czy sobie coś naciągnęła, czy to jakiś inny uraz, w każdym razie kuleje, wyraźnie jej to przeszkadza. Kolejny powód do wizyty u weterynarza. No i trzeba zaszczepić całe stado. To znaczy nie mam złudzeń co do szczepienia kotów - czarnulki nie dadzą się złapać. No i mam wątpliwości, czy szczepić Kajtusia. 17 lat - może to ryzykowne? W końcu chodzi wyłącznie na smyczy, nie styka się w ogóle z innymi psami. Co o tym sądzicie?
  8. Moje jestestwo fizyczne nie uległo praktycznie żadnemu uszkodzeniu, a i autku bardzo ta przygoda nie zaszkodziła. Panowie mechanicy czekają na jakieś części, mieli mnie powiadomić, ile ta naprawa będzie kosztować, niestety nikt nie zadzwonił, a ja potrzebuję samochodu na pojutrze, bo muszę jechać do Iławy na pogrzeb. Czyli nie mogę się już zastanawiać, czy zapłacę z marszu, czy skorzystam z ubezpieczenia. Trudno, byle je naprawili. Stadko w porządku. Szerlok z Juką szaleją, odbywają wariackie gonitwy, bawią się w przeciąganie dziobaka, przytulają się - po prostu sielanka. Dziunia energicznie protestuje przy każdej okazji, a Kajtusiowi wisi i powiewa. Czarnulki znowu zaczęły przychodzić na jedzenie, nie kryjąc się, nawet powoli nocą ładują się do łóżka.mCzyli wszystko wraca do normy.
  9. Oj tak! Zdaję sobie z tego sprawę.Kiedy tak sobie pomyślę, jak to się mogło skończyć, to skóra na karku mi cierpnie. No ale wszystko dobre, co się dobrze kończy, więc teraz alleluja i do przodu, jak mawia pewien klasyk.
  10. Dzięki za miłe powitanie! wysypiać zaczęłam się już dziś - różnica czasu dopadła mnie o 13.30. A wstałam dokładnie w chwili, kiedy zaczęła się burza. Przyszedł właśnie sąsiad z wizytą, siedzieliśmy sobie na tarasie pod dachem i oglądaliśmy spektakl, który zafundowała nam przyroda. Fajnie było! Mam nadzieję, że żywioł nie zrobił nikomu krzywdy.
  11. No więc witajcie w Dyszobabie! Dziękuję za życzenia udanej podróży - sprawdziły się po części. Tylko po części bo: a) Boeing 777 okazał się bardzo wygodnym samolotem, aczkolwiek nie zmrużyłam oka (wyleciałam o 21.50, czyli powinnam spać), bo nie potrafię na baczność, a mimo wygody położyć się nie było gdzie; b) samolot z Londynu do Warszawy spóźnił się, doleciałam więc dopiero o 18.00, a nie blisko godzinę wcześniej, jak planowano; c) w wyniku zmęczenia nie zauważyłam skrętu na Pragę Północ i udało się nam (jechałam z Ewą, która po mnie wyszła bardzo miło) zjechać z autostrady prawie pod Grójcem; d) w wyniku strasznego zmęczenia, w Różanie przysnęłam na ułamek sekundy i wylądowałam w rowie. Jako że jestem dzieckiem szczęścia, nic mi się nie stało, a na dodatek przeżyłam ostry atak wzmożonej wiary w człowieka, albowiem zatrzymały się koło mnie od razu dwa auta, wysiedli z nich dwaj chłopcy (jeden z Dzbądza, drugi z Łasi) i dziewczyna (też z Dzbądza), dziewczyna zajęła się mną (sądząc, że bardzo jestem zdenerwowana, a ja taka byłam zmęczona, że nawet się przejąć nie potrafiłam), a chłopcy zatrzymali przejeżdżającego akurat znajomego szambiarza, który w mgnieniu oka wyciągnął Pandzię z rowu i postawił na koła. Okazało się, że prawdziwemu dziecku szczęścia nawet auto nie ulega poważnej awarii - potłukły się kołpaki i przedni reflektor oraz spadła przednia lewa opona i to by było na tyle! No trzeba ją umyć, bo umorusała się jak prosię, ale tak poza tym jest w doskonałym stanie. Podobnie jak ja, bo mam tylko maleńkiego siniaczka od pasów. Strasznie mi wstyd, że zrobiłam taką głupotę, trzeba było się przespać choć z godzinkę na poboczu. Wiem, że moje tłumaczenie - że bardzo chciałam zobaczyć zwierzaki (które nawiasem mówiąc niemal mnie nie poznały) - też jest idiotyczne. Nigdy więcej, żeby miało się walić i palić! I Wam też radzę - nigdy nie wsiadajcie za kółko, jeśli źle się czujecie (chora na grypę nie zmieściłam się we własną bramę) lub jesteście zmęczone. Wiem, że to oczywista oczywistość, ale człowiek czasem o tym zapomina.
  12. Do powrotu zostało mniej niż 12 godzin. Właśnie skończyłam walkę z brytyjskimi linami w kwestii "check in" (ja rozumiem, że jak coś jest "completed" to nie trzeba tego uzupełniać, ale Brtyjczycy mają inne zdanie - trzeba.) Dlatego nie udało mi się zarezerwować miejsca przy przejściu. Zła jestem z tego powodu jak chrzan. Podróż do Toronto przy oknie była upiorna i z powrotem też się taka zapowiada. Dobrze, że chociaż z Londynu do Warszawy będę miała trochę luzu. Skandalem jest to, jak bardzo upycha się ludzi w samolotach. "Wygoda", o której trąbią wszystkie linie to po prostu mit, no chyba że w biznes klasie. Zwykłych śmiertelników stłacza się w ilościach przemysłowych, byle jak najwięcej zarobić. A potem wielkie larum, że 29-letnia kobieta umiera z powodu zakrzepicy. Nic to. Przetrzymam. Do zobaczenia w Polsce!
  13. Widzę, że ktoś tu jeszcze nie może spać! Mnie zżera rajzefiber, bo podróż już pojutrze. Trzymajcie kciuki, żeby była wygodniejsza niż w tę stronę. Toronto leży na wysokości Barcelony, należałoby się więc raczej dziwić, że mają takie ostre i śnieżne zimy. Latem panują tu upały nieznośne zwłaszcza ze względu na wysoką wilgotność powietrza. Dziwne, że w tym roku natura tak się pospieszyła z gorącem. Na szczęście jest jezioro Ontario, które wygląda zupełnie jak morze, plaże, deptak nadmorski - o przepraszam, nadjeziorny. Bardzo przyjemne miejsce podobno latem tłumnie oblegane. Kanadyjczycy w ogóle nie cenią swojej miejskiej przeszłości, liczy się tylko forsa i bez litości burzą urocze stare kamieniczki, stawiajac na ich miejsce upiornie wysokie wieżowce, o których już wspominałam. To w śródmieściu, a w dzielnicach "willowych" na miejscu małych domków budują ogromniaste domiszcza, które często wyglądają jak dekoracje z jakiegoś "gotyckiego" horroru. Tylko drzewa, krzewy i kwiaty, których pełno, nie poddają się tej manii. Roślinność tu przecudna, wszystko zabrałabym do domu i posadziła w ogródku, a zwłaszcza judaszowiec kanadyjski i dereń Kousa. Cuda! Dziś byłyśmy w żydowskiej dzielnicy, na której "żydowskość" złożyły się niezbyt liczne rodziny wracające z synagogi w uroczystych, czarno białych strojach i czterech chasydów w szlafrokach z czarnej podszewki, futrzanych okrągłych pudełkach na kapelusze na głowach (przypominam - 36 stopni!), białych podkolanówkach i czarnych półbutach. Ja, naiwny żuczek, myślałam, że te ich futrzane czapy to coś miękkiego i miłego, a to takie sztywne, jakby kartonowe konstrukcje! Ha! Człowiek się całe życie uczy.
  14. Oj tak, oj tak! Z dogomaniaczkami włącznie. Przeczytałam przed chwilą artykuł na www.kobieta.onet.pl pt. "Jak polskie prawo chroni zwierzęta przed cierpieniem?" Bardzo ciekawe, pouczające i budzące (niewielką, ale zawsze) nadzieję. Jedno mnie tylko zastanawia i martwi: zamieszczono go w dziale "kobieta", co świadczy o mało poważnym podejściu redaktorów Onetu do problemu. Na ogół w tym dziale umieszcza się równie ważne sprawy jak kwestia najmodniejszych fryzrur, sztucznych rzęs czy tipsów i podejrzewam, że żaden facet w te damskie ostępy się nia zapuszcza. A jak stwierdza sam autor artykułu, 80% znęcających się nad zwierzętami to mężczyźni. Dlaczego nie umieszczono tego tekstu w dziale "Wiadomości"? PS W toronto jest dziś 36 stopni Celsjusza. No comments.
  15. Dzięki za radę. Tak zrobię. Na pewno się ucieszą, zwłaszcza, że jedna ma dwa psy, a druga małego wnuka, którym się niemal non stop opiekuje.
  16. Ja też. A na dodatek, z tego, co mi donosi Zosia, pierwsza zmiana posprzątała dom tak, że z podłogi można jeść! Jak ja się im wywdzięczę?
  17. Ma. Kajtuś się zakochał i odmłodniał, pies, który chodzi dwa razy dziennie na karmienie, krąży pod płotem, co doprowadza do szału Szerloka, który na niego szczeka (ale jego informacja o cieczce wcale nie poruszyła) i połamał świeżo posadzony rododendron, a Zosia podchodzi do sprawy ze stoickim spokojem. Gorzej, że panie, zazdrosne o głaskanie, się pogryzły. Juka wyraźnie czuje się coraz pewniej. Trzeba będzie wprowadzić jakieś rygory. O nodze nic mi nie wiadomo poza tym, że sunia biega "kangurzym krokiem". Obawiam się, że tak już zostanie. Wracając do mojej torontańskiej wycieczki. Wczoraj oglądałyśmy Toronto by night, czyli około 23.00. A dokładnie "downtown" czyli śródmieście. Zaiste imponujący to widok, aczkolwiek myślę, że gdyby to zobaczył Żeromski, dwa razy by się zastanowił nad swoim marzeniem o szklanych domach. Wyobraźcie sobie kilkadziesiąt BARDZO wysokich wieżowców, całych ze szkła i stali, stojących niemal jeden na drugim. Oświetlone wyglądają jednocześnie pięknie i przerażająco. Aha. Dla uściślenia: to są bloki mieszkalne dla "young profrssionals".Porażające.
  18. Albo tu jakieś zdrowsze powietrze, albo nie za bardzo się potłukłam, w każdym razie opuchlizna szybko schodzi, tylko kolor coraz bardziej intensywny. Chyba kupię fioletowy cień i pomaluję drugie oko, żeby nie szokować ludzi. Bo na razie wygląda jakbym jedno oko miała pomalowane, a drugie nie. Czy u Was też upał? Tutaj o godz. 21.00 było 29 stopni. I bardzo silny wiatr.
  19. Oj, coś te Wasze życzenia nieszczere były, Dziewczynki! Dzis po wspaniałej wizycie w Royal (tu wszystko jest "royal"), Botanical Garden, gdzie obejrzeliśmy bzową orgię kształtów, kolorów i zapachów (ponad 750 krzaków) udaliśmy się do wioski indiańskiej nad jeziorem Crowford (typowa nazwa indiańska). Po zapoznaniu się z domami prawdopodobnie Irokezów (zdjęcia nastąpią) udaliśmy się nad wzmiankowane jezioro powstałe w wyniku zawalenia się groty (zarówno moja przyjaciółka, jak i jej mąż są z wykształcenia geologami) Jedna skałka, bez wątpienia pochodząca także z tej zawalonej groty, podstępnie wypełzła na drogę prosto pod moje nogi i wysłała mnie lotem koszącym na stojące opodal drzewo. W wyniku tego niespodziewanego przelotu mam sine, spuchnięte i rozcięte prawe oko (tzn. jego okolice), zbity prawy policzek, stłuczone prawe kolano, otarty lewy łokieć i bolący lewy palec wskazujący (nie wiem jakim cudem). Ogólnie moja zupełnie nienahalna uroda (jak mawiała nieodżałowana Maria Czubaszek) znienahalniała jeszcze bardziej i mogłabym dzieci straszyć. Oczywiście jeziora nie zobaczyliśmy. Za 6 dni wracam do domu, mam nadzieję, że moja piękność powróci choć w pewnym stopniu, inaczej gotowi mnie do samolotu nie wpuścić z takim wyglądem. A ja już się straszie stęskniłam za moją gadziną, za Narwią no i za Wami, moje kochane psiary i kociary!
  20. Dziś miałyśmy prywatny pokaz fajerwerków z okazji wspomnianych urodzin królowej Wiktorii. Otóż sąsiedzi mojej przyjaciółki, para Rumunów z dwiema dziewczynkami, zorganizowała takowy pokaz na szkolnym boisku i zaprosiła wszystkich sąsiadów. Nam się nie chciało iść po całym dniu podróżowania i wizyt rodzinnych (o tym potem), postawiłyśmy więc fotele w ogrodzie i, popijając herbatkę, podziwiałyśmy ognie. Czysta rozpusta!
  21. Kanada obchodzi rocznicę urodzin królowej Wiktorii (sic!!!), w związku z czym strzelają jak u nas na Sylwestra. Czyste szaleństwo.
  22. Użytkowniku fejsbuka, Małgorzato Bielawsko! Z okazji minionych urodzin przyjmij moje najszczersze życzenia szczęścia w życiu osobistym, powodzenia w życiu zawodowym, sukcesów w walce z ludzkim okrucieństwem i głupotą i żebyś zawsze była taka fajna i kochana jak jesteś!
  23. No więc dowiedziałam się, że takich parków jest w Toronto kilka. A wczoraj byliśmy w Najagara fols (tak brzmi angielska wymowa, moze to nic dziwnego, ale mnie śmieszy). Czy wiecie, że wodospad leży w samym środku jarmarcznego miasteczka pełnego domów gry i kasyn??? To wygląda wręcz obraźliwie dla potęgi przyrody. Dopiero kiedy człowiek odwróci się plecami do tego miejskiego badziewia, zamknie uszy na miejskie hałasy i skoncnetruje się na wodospadzie, może odczuć moc, urok, urodę i co by tam jeszcze najsłwaniejszej kaskady świata. A jak się zejdzie na dół, gdzie w powietrzu unosi sie gęsta mgła z kropel wodnych, a huk zagłusza własne myśli, to dopiero człowiek czuje się kruchy i malutki. lFantastyczne przeżycie. Dziś na spacerze nad jeziorem Ontario nawiedził nas wilgowron. Bardzo ładny i towarzyski ptak z rodziny kacykowatych.
  24. Wzdłuż rzeki Humber ciągnie się park, w którym praktycznie nie kontroluje się przyrody, nie usuwa padłych drzew itd. Stąd ta dzikość, chociaż to niezwykle uczęszczane miejsce. Bardzo dużo ludzi na rowerach i biegaczy, ale także spacerujących staruszków. I co zdumiewające, żadnych śmieci! Tym bardziej zdumiewające, że samo miasto sprawia wrażenie lekko "zapyziałego" zarówno pod względem czystości ulic, jak i strojów chodzących po nich ludzi. Totalny luz.
  25. Donoszę, że dziś odbyło się spotkanie trzeciego stopnia z: czarnymi wiewiórkami, niezwykle tlustymi i namolnymi, chipmunkami, jak wyżej, karmazynami płci obojga, berniklami, sójką, która wygląda zupełnie inaczej niż nasza, wielką liczbą psów wszelkiej maści i rozmiarów biegnących za jogginującymi paniami, a wszystko to w otoczeniu dzikiej przyrody, chociaż wcale nie opuściłam Toronta!
×
×
  • Create New...