Jump to content
Dogomania

maciaszek

Members
  • Posts

    23614
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    2

Everything posted by maciaszek

  1. Opis zmienoiny, zdjęcie też.
  2. Na początek kilka sprawa techniczna. Nie wiem kto z Was pilotuje teraz Picassę, ale te psiaki znalazły domy: 862/14, 863/14, 864/14, 752/14 (Willy) i 791/14 (Ginny). Tak podało mi biuro schroniska. Heniek ma numer 637/14. Sasza jeszcze do wyjaśnienia, ale na razie niech zostanie z numerem 745/14. Teraz druga kwestia. Kojarzycie czy ten szczenior jeszcze jest w schronie? Był w klatce na korytarzu.
  3. Czy ten opis jest aktualny? Suczka średniej wielkości, około 40 cm w kłębie. Pozytywnie nastawiona do ludzi i innych psów. Jest energiczna i radosna - będzie potrzebowała domu, który zapewni jej dużo ruchu. Boi się samochodów i gwałtownych ruchów. Bardzo lubi wodę, zabawę piłką i dzieci - często kładzie się na grzbiecie w oczekiwaniu na pieszczoty. Potrafi wykonywać komendy takie jak: "siad" i "podaj łapę", a nad resztą pracujemy. Trochę ciągnie na smyczy, ale po utracie nadmiaru energii idzie spokojnie koło nogi. Nie nadaje się na podwórko ani do pilnowania terenu - jest pieszczochem, potrzebuje jak najwięcej kontaktu z człowiekiem! Ma krótką, łatwą w pielęgnacji sierść.
  4. Na pewno Jej nie zawiodłaś. Co więcej, jestem przekonana, że Wanda jest z Ciebie dumna! Rozumiemy. :glaszcze: Za Nori kciuki zaciśnięte. Bardzo mocno!
  5. O cholerka, niezbyt dobre te wiadomości... Przesyłam pozytywne wibracje, fluidy. Trzymajcie się. Zdrowo i bez kolejnych "usterek". A wrzaski dzieciarni to niewątpliwie minus ogromny...
  6. Zmienione :)
  7. Drzewa na pewno fajniejszym widokiem były niż plac zabaw, ale przynajmniej tyle, że plac kolorowy jest, więc chociaż to oko cieszy... A co tam Ozzulek w tych krzaczorach znalazł, że się tam tak rakiem cofał? ;)
  8. Szkoda, że jej się nie udało... :-(
  9. Dwa dni temu dostałam wisiorek-pojemniczek. Widnieje na nim napis SOS. Jeśli kiedykolwiek zdarzy mi się zemdleć na ulicy i ktoś go rozkręci (no bo przecież SOS, więc pewnie coś ważnego tam jest...), to się mocno zdziwi ;) Znajdzie tam bowiem garstkę włosów Bazylka, Jego mleczny kieł (a raczej kiełek, bo takie toto małe...), kawałek niespopielonej kości. Moja Sierotka kochana, to co po Nim zostało... Moje SOS. Odkąd Go mam, ciągle przy sobie, jestem jakaś spokojniejsza. Jakby bardziej pogodzona. Choć trudno pogodzić się w pełni... Za dużo pytań, za dużo niezgody na to, co się stało, za dużo tęsknoty. Dzisiaj miną 2 tygodnie :-( A ja powoli się przyzwyczajam, zaciera się w pamięci "fizyczność" Bazyla - jak to było go głaskać, jak to było, gdy się przytulał, czy kopytko na moją rękę zarzucał. Za szybko... Nie chcę tego zapomnieć. Nie zgadzam się :-(
  10. http://images70.fotosik.pl/388/44e0d82126d82bd9gen.jpg - piękne te oczy, takie wyraziste, przyglądają nam się uważnie...
  11. Jestem i ja.
  12. Dziękuję Jaszko, dziękuję. Każdy poranek, każdy wieczór, każdy powrót do domu to bardzo trudne chwile. I wiele, wiele smutków pomiędzy nimi :-( I te koszmarne powracające obrazy umęczonego, chorego Bazylka :-( Kiedy wyskakują, tak realne do bólu, to najchętniej chciałabym, żeby ktoś dał mi pałą w łeb, żeby urwał mi się film... Wiem, że z czasem miną, zanikną, przestaną się pojawiać, ale na razie jeszcze są mocne, pojawiające się ni stąd ni zowąd, z siłą ogromną... Dziękuję. Tak bym chciała, żeby to już minęło, żeby ból zelżał. Bazyl nie lubił jak płakałam. Stresował się wtedy, był taki zagubiony, smutny, nie wiedział co począć. Mam nadzieję, gdziekolwiek jest i skądkolwiek na mnie patrzy, że wybaczy mi te łzy. Łoś mój kochany...
  13. Dla mnie każde wejście do kuchni jest trudne. Każde jedzenie jest trudne. Bazyl był żarłokiem i zaraz by był za moimi plecami albo tuż obok, czekając na jakiś kąsek... Mam poczucie, że z każdym dniem jest coraz trudniej. Że boli coraz bardziej. A leki nie bardzo pomagają. Brakuje nie tylko białasa i nie tylko tęsknota za Nim coraz większa, ale brakuje i punktów odniesienia w codzienności - spacerów; pór jedzenia; wieczornego zalewania płatków żytnich na posiłek kolejnego dnia; podawania leków; układania różnych czynności pod obowiązki związane z psem... Jakieś to wszystko takie jakby bez sensu. Niby można leżeć wieczorem i spokojnie film oglądać. Ale to wcale nie cieszy. Życie bez psa jest bez sensu. Jakieś takie wybrakowane. Tak jakby prawie nic nie było na swoim miejscu.
  14. Jestem i ja.
  15. Wrócił. Wczoraj. I razem wróciliśmy do domu. Jest trudno. Tęskno. Bardzo. Dzisiaj rano, po zjedzeniu białego serka wyciągnęłam rękę z kubeczkiem w pustą przestrzeń :-( Wchodząc do kuchni, za każdym razem automatycznie sprawdzam czy Bazyl ma wodę w misce... Dużo, za dużo, takich chwil, takich gestów, przyzwyczajeń. I tak bardzo chciałoby się, żeby Bazylek nagle przyszedł z drugiego pokoju i tak po prostu wgramolił się na łóżko obok nas. :-( Smutno bez Niego... Za półtorej godziny minie tydzień... Tęsknię za Tobą Łosiu mój kochany, bardzo.
  16. Ozzulek się przystosuje i to pewnie szybciej niż myślisz. Bazylek, który był w podobnej sytuacji, jak Ozzy teraz, kiedy został ze mną sam, przestawił się dość szybko. I nie przeszkadzał mu przymus dopasowania się spacerowego do moich godzin pracy, nie przeszkadzała duża ilość samotnie przesiedzianych (czy raczej przespanych) godzin. Nie martw się. Pod tym względem na pewno będzie dobrze. To tylko w naszych głowach siedzi ten stres (tak, jak w mojej teraz, że przez ostatnie miesiące swojego życia Bazyl tak dużo był sam...), one przystosowują się szybko i bezboleśnie.
  17. Jeszcze raz wszystkim Wam bardzo dziękuję. Wiem, już to pisałam - ale to co piszecie i jak piszecie, jest dla mnie naprawdę bardzo ważne. Dziękuję, że jesteście. Nie chcę na razie niczego zmieniać. Chcę, żeby działo się to stopniowo, wtedy, gdy będę gotowa rozstać się z kolejnymi Bazylkowymi śladami. Ale nie chcę też robić przykrości TZtowi. Jak przyjedzie (już jutro!!!!!!!), porozmawiamy, pomyślimy jak będzie dobrze dla nas obojga. Na razie myślę tylko o rozdaniu leków, niech inne psiaki skorzystają z tego, co po Łosiu moim ukochanym zostało. Oraz o usunięciu legowiska z balkonu. Bo balkon to Bazyl. Poranne pobudki i prowadzenie pani pod drzwi, żeby na balkon wypuściła i chwilkę z białasem posiedziała. Balkon to wspólne obserwacje. I wielki biały łeb na kolanach. I jego oglądanie się czy pani wciąż jest obok. Balkon to też ostatnie dni/godziny Bazyla w domu. I dyszenie, zmęczenie, próby zaśnięcia i znowu dyszenie :-(. Nie potrafię tam wyjść. Ciągle mam przed oczami Sierotkę moją kochaną, przykrytą kilkoma kocami, ziejącą, niespokojną, ale co chwilę spoglądającą w stronę pokoju czy pani jest. Była, w 2 swetrach, pod wełnianym kocem. Była, jest i będzie... :-(
  18. Dziękuję, że jesteście... Że zaglądacie. Że wspieracie. Że dzięki Wam Bazylkowa galeria wciąż żyje. Tydzień temu, o tej porze, drugi raz byliśmy w lecznicy. Bo po pierwszej wizycie nic się nie poprawiło. 12 godzinę, bez przerwy, białas ział i dyszał. Ani minuty snu. Całą noc się kręcił, chciał wychodzić albo leżał na balkonie. Nie chciał jeść, nie chciał pić. Zmęczenie coraz większe. W drodze do i z lecznicy musiałam Go podtrzymywać. Wyniki krwi dobre. EKG dobre, poza lekkim niedotlenieniem serca (co było efektem zmęczenia). Obmacali (brzuch napięty), zmierzyli temperaturę. Rozkładali ręce. Dali leki. Trzeba czekać. Nie zrobili RTG, chociaż powinni, po podaniu przeze mnie objawów. Teraz to wiem... Potem było ciut lepiej. Pewnie po zastrzyku sterydowym. Odetchnęłam z ulgą. Musiałam wyjść na 3 godziny do pracy. Na resztę godzin załatwiłam zastępstwo, żeby szybko wrócić. Jak wróciłam Bazylek mnie przywitał, zaprowadził do kuchni po chleb. Zjadł, choć nie tak łapczywie jak zwykle. Napił się troszkę wody. Ulżyło mi. Dyszał jeszcze, ale z przerwami. Kazał sobie otworzyć balkon i leżał tam cały czas. Taki biedny, zmaltretowany, pomięty ze zmęczenia. Tak mi Go było żal. Zaczął przysypiać. Cieszyłam się, że odpocznie. Przykryłam Go dwoma kocykami, żeby nie zmarzł, dałam termofor z ciepłą wodą pod brzuszek i cieszyłam się, że powoli mu odpuszcza. Zaglądałam do Niego co jakiś czas, głaskałam, poprawiałam kocyk i termofor. Było lepiej, choć bez szału. A potem późnym wieczorem się pogorszyło i zaczął się dwudobowy koszmar :-(. Jestem idiotką. Trzeba było nie czekać do rana. Trzeba było w nocy zawieźć Go do lecznicy. Zmyliło mnie to, że objawy były identyczne jak w dwóch poprzednich przypadkach nadkwasoty i zgagi (a może wtedy to nie była wcale nadkwasota i zgaga?!). Podałam Mu leki, czekałam. Potem czekałam aż zastrzyk po pierwszej wizycie zadziała, tak jak w poprzednich przypadkach. Do teraz nie rozumiem co się wydarzyło. Dlaczego raz było lepiej raz gorzej? Czy to był zbieg dwóch chorób? Czy jeszcze coś innego? Dlaczego leki nie pomagały? Dlaczego Jego jelita przestały pracować? Dlaczego nastąpiła tam jakaś blokada? Dlaczego, dlaczego, dlaczego.... :-( Jak bumerang wracają do mnie obrazy z lecznicy, z domu - gdy próbowałam Mu pomóc; gdy patrzyłam jak dyszy, a ja nic nie mogę; gdy cieszyłam się, że podczas 6-godzinnej kroplówki podrzemywał, a nawet mocno zasypiał, bo troszkę się zregeneruje; gdy po radości przychodził strach i stres, bo się pogarszało; gdy na siłę leki Mu wciskałam, aż w końcu zaczął się ode mnie odwracać, gdy tylko się do Niego zbliżałam :-(; gdy serce mi pękało kiedy widziałam jak próbuje wstać i nie ma siły, zatacza się, upada, a w końcu już w ogóle nie umie się podnieść; gdy tak bardzo mi pomagał, jak próbowałam Go dźwignąć i gdy z samochodu Go wyciągałam; gdy sprawdzał wielokrotnie czy jestem obok; gdy musiałam trzykrotnie się z Nim żegnać, bo było ogromne prawdopodobieństwo, że Go już więcej nie zobaczę. Na razie nie umiem uwolnić się od tego koszmaru :-(. Te obrazy wracają z ogromną siłą. I ta myśl, że musiał być przestraszony, źle się czuł, nie rozumiał co się dzieje... :-(. Nie ma dobrej śmierci, śmierci Przyjaciela, ale kiedy odchodzi w chorobie, to wspomnienia są przytłaczające, dręczące, okropne...
  19. Dziękuję... :-( Pojutrze wraca TZ. Cieszę się. Bardzo. Długo się nie widzieliśmy i wiele się działo w naszym ludzkim życiu po drodze. Cieszę się, że już zaraz tu będzie. A jednocześnie to boli. Bo nie tak miało być. Bo nasze powitanie miało być pełne radości, a nie uśmiechu przez łzy... :-( Białas, na początku, by pewnie nie dowierzał, marszczył czoło, przyglądał się uważnie, a potem... potem zaczął by się szał radości. Tak czekałam na tą chwilę. Tak bardzo chciałam z białasem pokazać TZtowi NOSPR. Pokazać jaką trasę robiliśmy każdego wieczora, jak lubiliśmy te spacery. Tak czekałam aż znowu w trójkę na balkonie siądziemy. Bazyl, ja i TZ. Nie udało się. I to też cholernie boli... :-( Gdy żegnałam się z Bazylkiem przed operacją, myśląc i będąc utwierdzaną przez panią weterynarz, że już Go nie zobaczę (rokowania były bardzo złe), przypomniałam Mu na uszko nasz pakt sprzed 4 miesięcy, którego elementem miało być trzymanie się do przyjazdu pana. Ale wyszeptałam Mu też, że jeśli już nie ma siły, jeśli czuje się zmęczony, jeśli cierpi, to może odpuścić. Nie musi walczyć dla nas, dla mnie. Ale On się nie poddał, jeszcze przez kilkanaście godzin. Kilkanaście godzin, których mnie przy Nim nie było, bo do szpitalika właścicieli nie wpuszczają. I z tą myślą też nie umiem się pogodzić - może byłoby Mu lżej, gdybym była obok, może tęsknił, może szukał mnie wzrokiem, a mnie nie było... :-(
  20. Znalazłam taki Twój wpis Jaszo: Dokładnie tak było. Byliśmy jak jeden organizm. Ja i Bazyl. Bazyl i ja. Rozumiejący się bez słów. Zawsze razem. Kochałam Go nad życie. Nadal kocham Go ogromnie. I wyć mi się chce, bo tak bardzo bardzo Go brakuje... Myśl o powrocie do domu rodzi we mnie ogromny lęk. Boję się tego bardzo. Ale przecież muszę to zrobić. Tylko jak będę tam żyć bez Niego?! Mam tak po prostu normalnie funkcjonować? Wydaje mi się to zupełnie niemożliwe. Takie... głupie. Bo wszystko będzie inne. Takie... wybrakowane... I to wszystko, co przede mną... Też przeraża. Pierwsza noc w domu bez Bazylka za plecami; pierwsza pobudka bez powitania z Nim; pierwsze śniadanie bez Jego towarzystwa; pory podawania leków; brak spacerów, zwłaszcza tego wieczornego, powolnego, tak miłego; pierwsze święta bez Łosia; pierwsze powroty do pustego domu, gdzie nie wybiegnie na powitanie zaspany białas; pierwszy Sylwester bez Majora Zdzisława; pierwsze spojrzenia na puste legowisko; decyzje co zrobić z Jego rzeczami; pierwsze gotowanie bez Bazylka w progu kuchni; suche kromki chleba na lodówce, których już nie zje; resztki leków; pierwsze wychodzenia z domu bez pożegnania i konga zostawiania - dziesiątki, setki takich sytuacji. I wszędzie wszędzie Jego włosy. I ta niemożność pogłaskania Go, pocałowania w to wielkie zmarszczone czółko, potrzymania za kopytko... Mam wrażenie, że nie dam rady, że to za bardzo boli, że tego nie udźwignę :-(
×
×
  • Create New...