Jump to content
Dogomania

irenas

Members
  • Posts

    2605
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by irenas

  1. Czarny, ale nie taki nieprawdopodobny. Mnie też już przecież raz podpalono wystawioną do zabrania przez gminę kanapę, a wczoraj zobaczyłam, że tabliczka "uwaga psy" przy furtce jest osmolona, wyraźnie ktoś usiłował ją podpalić. Nawet mi się nie chce zawiadamiać o tym policji w Jabłonnie czy w Legionowie, bo znowu się dowiem, że podpalanie nie ma znamion czynu zabronionego. Skoro wrzucanie ładunków wybuchowych komuś na posesję jest w porzo, to i podpalanie musi takie być. Dlatego bardzo proszę osoby, które zamontowały sobie kamerkę do monitoringu o informację, jaka powinna być (oby nie za droga!) i gdzie ją najlepiej zamontować. Naruszone żebra skupiły się teraz w okolicy mostka. Mam nadzieję, że go sobie nie złamałam, tak jak zrobiła to moja Mama. Przy tamtej okazji zdarzyło się zabawne qui pro quo. Miałam jechać z Mamą na przegląd aparatu słuchowego. Musiałam niestety odwołać wizytę z powodu tegoż złamanego mostka. Panie w firmie "aparatowej", przyjęły to do wiadomości, a potem okazało się, że pomyślały - jaka ta pani S. próżna, tylko dlatego że złamał jej się mostek (proteza zębów), nie chce się ludziom pokazywać! Śmiałyśmy się potem z tego do rozpuku. Ja same nie wiedziałam, że tę część ciała można sobie złamać.
  2. Jako "stara baba" protestuję! Dlaczego tylko starzy ludzie mieliby mieć narąbane w głowach i lód w sercu? Przyjrzyjcie się cioteczkom z Kielc, przecież one nie wszystkie dwudziestolatki, a ile w nich dobra i serdeczności! Nie wiek ważny, ale wychowanie i ROZUM! A Kajo uroczy - takie skrzyżowanie lisa pustynnego ze szczotką ryżową.
  3. Life is brutal and full of zasadzkas, moi mili! Wróciłam dziś od Mamy, a tu cały dom obkupkany i zarzygany! Oczywiście głównie jego tapicerowane części, czyli tapczany i łóżka. Szerlok, bidulek, się pochorował. Ta sytuacja wykazała jasno jak bardzo pomaga mi moja ulubiona sąsiadka, Basia: w sobotę i niedzielę nie wypuściła ich na dwór wcześnie rano, bo pojechała na wycieczkę do Krakowa, i stąd problem. Będę ją musiała ozłocić, że mnie ratuje przed tym, co dzisiaj musiałam zrobić, czyli przed pucowaniem całego domu. Już mi się wydawało, że moje potłuczone żebra wydobrzały, ale po intensywnym machaniu rękami przy sprzątaniu, okazało się, że jednak nie. Boli mnie teraz wszystko. No, ale przynajmniej czuję, że żyję! Wracając do idioty, który podpalał trawę - pochodziłam trochę po okolicy i okazało się, że zrobił to w kilku miejscach, za każdym razem obok jakiegoś domu. To czysta psychiatria, nie uważacie? Co trzeba mieć w głowie, żeby podpalać trawę obok ludzkich domostw?!!! Policja z pewnością się domyśla, kto to robi, ale nie złapała za rękę, więc... Dopóki ktoś się nie usmaży w pożarze, będzie się tak domyślać. A i potem umorzy śledztwo z braku winnego.
  4. Dzień dobry, dzień dobry! A my mamy już za sobą dwa spacery - jeden na sucho, drugi na mokro. Odwiedziła nas nasza ulubiona sucz, Suzie, polatała po domu, sprzątnęła najmniejsze nawet fragmenty pożywienia, które udało się jej znaleźć (jej pani ja odchudza), po czym wyprowadziła nas na spacer. Przedwczoraj koło mojego domu pędziła straż pożarna na sygnale, a wczoraj nad nami bardzo nisko latał czerwony helikopter i robił zdjęcia podpalonemu przez jakiegoś idiotę terenowi między dwoma domami (naprawdę trzeba być odmóżdżonym, żeby coś takiego robić!) i drugim, na szczęście pustym. Czy straż pożarna ma do dyspozycji helikoptery, czy to jakiś zbieg okoliczności? Mam propozycję zarobkowania za pomocą codziennego wyprowadzania psów na spacer. Jednego sobie obejrzałam - takie małe, białe, kudłate, drugi się nie objawił. Zastanawiam się jeszcze, czy mi się chce tyle chodzić na spacery, ale obawiam się też, że moje zastanawianie się jest bez sensu, bo psy mogą nie chcieć wychodzić z obcą osobą. Moje nie chcą nawet z moją przyjaciółką, którą znają jak łysą kobyłę. Do końca płotu i do domu! Żadnych dużych wypraw. A nuż nas ukradnie?...
  5. Dla mnie największym problemem w Starbucksie są rozmiary kubków. Nie wiem jak Wy, ale ja nie jestem w stanie wchłonąć w siebie pół litra kawy. Ci Amerykanie to dopiero mają narąbane w głowach!... A teraz relacja z nieudanej wizyty nad jeziorem Góra. Nieudanej, bo do niego nie do jechaliśmy, w zamian los zawiódł nas nad jezioro Klucz (też ładne, chociaż bardziej w klimacie Makbeta -wiedźmy i te rzeczy). Oto ono: Klimaty z Makbeta: (O rany, a skąd ta kreska?) Ale nie tylko. Peruwiańskie też: Jakby kto nie poznał, to są lamy. Nad jeziorem Klucz mieści się stajnia Klucz, która wyraźnie przestawia się na inne zwierzęta. Konie były tylko dwa. Szerlok na widok tej zwierzyny koniecznie chciał się z nią witać, na szczęście hasło "uwaga, niebezpieczne zwierzęta", którym go powstrzymuję przed lataniem za dzikami, podziałało i w odniesieniu do lam. Dziunia oczywiście wskoczyła do jeziora i tak szybko jak wskoczyła, tak wyskoczyła! Woda musiała być mocno zimna, w końcu to listopad, mimo że pogoda iście wiosenna. Na szczęście gruba warstwa tłuszczu nie dopuściła do przeziębienia. Tusza ma czasem swoje dobre strony!
  6. Na odporność polecam witaminę D3. Łykam od dobrych 3 lat i w ogóle się nie przeziębiam. Poszukaj w necie, bo to witamina dla dorosłych, nie dla dzieci. Podobno mieszkańcom północnych rejonów naszego globu nagminnie jej brakuje.
  7. No dobrze, na pl. Bankowym, ale gdzie konkretnie? Tak rzadko bywam w tamtych okolicach, że nie mam pojęcia, gdzie tam można napić się kawy. Z wielką przyjemnością przyjdę.
  8. Dziękuję za współczucie. Nawet jeśli mam złamane jakieś ziobro, to i tak nie da się tego włożyć w gips, a obwiązywać według najnowszej mody nie wolno. Czyli pozostaje pokochać. Co się staram robić, bo jednak trochę pobolewa. Co dziwne w Warszawie bardziej mnie zatyka niż w Chotomowie. A dziś jeszcze musiałam stoczyć walkę z Szerlokiem, który NIENAWIDZI bigla (zupełnie nie rozumiem skąd takie namiętności!) wyprowadzanego na spacer na smyczy przez raczej miłego jegomościa. Szerlok już raz się na tego psa rzucił, dzisiaj szarpałam się z nim przez dłuższą chwilę, na szczęście udało mi się go złapać na smycz, zanim dostrzegł swego najgorszego wroga (ten pies nic mu nigdy nie zrobił. Nie rozumiem, jakieś feromony czy co?) Że też w tym słodziaku siedzi taki dziki zwierz! Dziunia uwielbia się z Szerlokiem bawić w diabła tasmańskiego, dzisiaj (zanim spotkaliśmy bigla ) przeszły same siebie, a ja się nie mogę śmiać, bo mnie żebra bolą. Co do wniosków socjologicznych: takie "obojętne" zachowania to też wpływ Zachodu. Nigdy nie zapomnę takiego widoku z autobusu w Londynie: na fotelu siedzi rozparty młodzieniec, a nad nim dynda dziewczyna w dziewiątym albo dziesiątym miesiącu ciąży (na ostatnich nogach). Po prostu mnie zatkało. Ani jemu, ani jej nie przyszło do głowy, że to może być dla niej i dziecka niebezpieczne, jako że autobus jechał szybko i zarzucał na zakrętach. I nikt na to nie zwracał uwagi, dla nich to była normalka. Dobrze, że u nas chociaż starsze pokolenie ma jeszcze zdrowe odruchy. Czego sobie i Wam życzę. A teraz jedziemy się przelecieć nad jezioro Góra. To zdecydowanie nasze faworytne miejsce, jak chodzi o wylatanie się. Buziaczki!
  9. Tak cichutko bo pańcia Szerloka się potłukła i trudno jej siąść do pisania. Przedwczoraj, wychodząc z Centralnego, żeby udać się do Mamy, wpadłam w dziurę po wyrwanej kostce i lotem koszącym poleciałam w kierunku słupka betonowego, z tych którymi się zagradza wjazd lub przejście, i gwizdnęłam weń klatką z piersiami. Aż dźwięknęło. Żeby taka mała, co prawda grubawa, ale jednak niezbyt duża osoba potrafiła się zmienić w pocisk, to aż trudno uwierzyć. Zaparło mi dech w wyżej wzmiankowanych piersiach i słowo daję, myślałam, że to moje ostatnie chwile! Jakoś nikt się nie kwapił mi pomóc, dopiero po jakiejś minucie czy dwóch podeszło do mnie dwoje młodych ludzi z pytaniem, czy wszystko w porządku. Głupie, no nie? Jakby było wszystko w porządku podniosłabym się z pieśnią na ustach, a nie gmerała niemrawo po ziemi. No nic, ale pomogli mi się podnieść, posadzili na murku i z wielką ulgą usłyszawszy, że już jest ok, oddalili się pośpiesznie. Pewno bali się, że zajmę im więcej czasu, że trzeba będzie wzywać pogotowie i bógwieco jeszcze. Nawet ich rozumiem, sama też bym się czegoś takiego obawiała. No, ale wszystko dobre, co się dobrze kończy, mam kosmiczny siniak na lewym kolanie i prawym biuście (zastanawiam się nad działaniem sił w czasie mojego upadku - dlaczego tak po przekątnej?), trochę mnie chwilami zatyka, no i nie bardzo mogę rzucać zabawki Szerlokowi, bo mnie boli. A żeby było zabawniej w tym samym mniej więcej czasie w samochód moich sąsiadów (tych, którzy mnie zawsze ratują z wszelkich opresji) wjechał inny samochód. Im się na szczęście nic nie stało, oba auta poszły do naprawy, a oni dostali samochód zastępczy: prześliczne szare clio. Namawiam ich, żeby się zamienili, bo to autko znacznie ładniejsze od ich własnego). No to dość o wypadkach. Kilka dni temu byliśmy z piesami na spacerze w Dąbrowie Chotomowskiej. Pogoda ostatnio sprzyja takim wycieczkom. Oto zdjęcie: Specjalnie zrobiłam z daleka, żeby było widać ogrom drzew. Wokół Chotomowa rosną głównie dęby (stąd tyle dzików), a w takich jednorodnych wielkich skupiskach drzew liściastych jest coś niepokojącego. Psy to wyraźnie wyczuwają i przemieszczają się "na pazurach", jak ja to mówię. Zdecydowanie bardziej im odpowiada otwarta przestrzeń, albo sosny. To jeszcze Wam pokażę Chotomów o jesiennym zachodzie słońca, bo też ładny:
  10. On też do wzięcia? Sam mógłby bez przebrania straszyć na Halloween, przynajmniej na tym zdjęciu.
  11. Przecież powszechnie wiadomo, że to nie my się starzejemy tylko dzieci! I wnuki też.
  12. Śliczne ptaszki. Ja też córci życzę wszystkiego naj, a za życzenia pełne zadumy bardzo dziękuję i wzajemnie życzę. A co do zielonych jajek, to Mam podejrzliwie zapytał: "czy ta pani na pewno ich nie pomalowała?" Hi, hi, hi. Pani wróciła do domu, można nareszcie spokojnie zasnąć.
  13. Zwłaszcza zielone...
  14. A jakbyś kurkom zdjęcia porobiła i je tu umieściła? Te araukany brzmią niemal kosmicznie.
  15. A ja myślę, że potrzebuje bardzo dużo spacerów, czyli należy raczej szukać domu sprawnych fizycznie emerytów. Jak pies jest wybiegany i zmęczony spacerowaniem, to nigdzie nie ucieka. W końcu to nie są idioci, wiedzą, gdzie im dobrze. Moje zwierzaki - a też przecież biorę takie "po przejściach", chociaż od pierwszej chwili dużo chodzą bez smyczy, nigdy nie uciekały, ani nie uciekają. Dlatego ja z takim uporem maniaka twierdzę, że trzeba psa jak najrzadziej brać na smycz, tylko wtedy, gdy to jest naprawdę konieczne. I pozwolić mu się wyganiać. To tak jak z dzieckiem - kiedy zmęczone, nie rozrabia, a kiedy się nudzi... wiadomo.
  16. Wielkie dzięki Grażynko za gościnę! Ale fajnie ona tam ma! Cieplutko - grzeje kominek (nie tak jak u mnie, gdzie tylko udaje, że grzeje), on sam i ściany pomalowane są na mój ukochany kolor, czyli głęboki fiolet (chyba jednak się zdecyduję i tak samo pomaluję sypialnię), na piecu PRZEPYSZNA zupa z dyni z prażonymi pestkami dyni i sezamem, za oknem prześliczny kogut i kurki zielononóżki, na stole zielone (!!!) jajka - naprawdę, skorupki są seledynowe. I nie myślcie, że od zielononóżek, nie, nie. Nie zapamiętałam, jak się nazywają te, które niosą takie jajka - Grażynko pomóż!. Niestety moje psiaki nie miały okazji zapoznać się z psiakami Grażyny, bo ich pańcia bała się, że mogą się pogryźć. Na początku Szerlok był bardzo zainteresowany czarnulką, ale potem położył się i zasnął. A czarnulka nadal się biedna usiłowała wydostać zza barykady, za którą została uwięziona. Dziunia oczywiście strategicznie umieściła się pod stołem i praktycznie zniknęła. Pojawiła się znowu dopiero kiedy na horyzoncie zamajaczyło psie ciasteczko. Wchłonęła je w mgnieniu oka i poszła sprawdzić, czy może Szerlok jeszcze sobie ze swoim nie poradził. Niestety - poradził sobie. Pełne rozczarowanie! Muszę też im takie kupić, skoro lubią. Co do zdjęć i trajkotania, to było nas dwie. Ja swój telefon zostawiłam w torebce i kompletnie o nim zapomniałam. A przecież, jadąc obiecywałam sobie, że napstrykam ile wlezie.No ale tak miło się nam gadało, że kompletnie mi to z głowy wyleciało. Wracając do domu, zatrzymałam się przy lesie i poszliśmy na spacer - ale tam jest ładnie! Doszliśmy do jakichś pól, po których biegały sarny (a może to były daniele, za daleko żeby rozpoznać). Na szczęście wiatr wiał do tych zwierząt, tak że ani Szerlok ani Dziunia nie zorientowały się, co to jest. Obserwowały te sarny/ daniele przez dłuższą chwilę, ale w ogóle nie miały zamiaru ich gonić. Myślę, że to dlatego, że nie poczuły ich zapachu.
  17. Znajdę Cię na pewno, a w najgorszym razie zadzwonię. Numer telefonu do mnie dotarł. Uwielbiam klimaty typu "przygodo ahoj" i już się cieszę na wyprawę. Wyjadę z domu o 10.00, powinnam więc dojechać w okolicach 11.00. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo to naprawdę niedaleko. Dobrze będzie? Jeśli sypiasz dłużej, daj mi koniecznie znać, nie chcę żebyś z mojego powodu zmieniała swoje obyczaje.To do jutra!
  18. Grażynko49, coś nam porozumiewanie się na prywatnym łączu nie idzie. Co byś powiedziała, gdybyśmy Cię jutro nawiedzili kurtuazyjnie?
  19. Jak to wróciła? Z tej, o której pisałaś 25.09? A co takiego zrobiła, że się jej pozbyli? Jak można tak traktować żywe stworzenie? Co prawda kiedyś przeczytałam, że można "rozwiązać stosunek adopcji" z dzieckiem, to pewno tym bardziej z psem. Dobrze chociaż, że nie oddali jej do schronu, tak jak mój sąsiad zabranego nieco wcześniej z tego samego schronu haszczka.
  20. Moja kochana węgielkowo! Co ja bym bez Ciebie zrobiła? Kto by mnie rozweselał? Kto by mi rozjaśniał szarość monotonnych dni????
  21. Hej, hej, pani Węgielkowo! Czy mogłabyś się od czasu do czasu odezwać pełnym głosem, a nie tylko jakieś mmm czy zzz? Stęskniłam się za Twoim poczuciem humoru.
  22. Tej biduli trzeba jak najszybciej tę łapkę amputować. Kiedyś, dawno temu, gdy byłam na spacerze z psem, dzieci wetknęły mi w ręce maleńkiego kociaka ze zmiażdżoną łapką. Wyglądała bardzo podobnie, tylko zwierzaczek był maleńki, więc i łapka też. Została amputowana, bo nie było w niej czucia. Kotek radził sobie bez niej doskonale - następnego dnia po operacji szukałam go po całym domu, a on siedział sobie na stole (zostawiłam go na podłodze) i figlarnie mi się przyglądał. Życie stracił przez chowanie z psem, niestety, bo się tego gatunku w ogóle nie bał i nocą poszedł się bawić z watahą, która pilnowała budowy metra w Natolinie, gdzie się wtedy przeprowadziłąm. A gdzie można wpłacać pieniądze na koteczkę?
  23. Ale się porobiło! Szerlok pogryzł Dziunię! A było tak: moja przyjaciółka, Ewa, przywiozła jakieś ochłapki dla psów, jak to często robi. Rozdzieliła między gadzinę przed domem. Już miała wejść do domu, gdy dał się słyszeć rozpaczliwy skowyt Dziuni i straszne szuru buru. Wyleciałam jak oparzona, ale już było po wszystkim, musiałam tylko utulać roztrzęsioną sunię. Oczywiście pogryzienie było powierzchowne, krew się nie polała, ale duma sunieczki bardzo ucierpiała. Ogólnie rzecz biorąc Szerlok zrobił się potwornie żarłoczny, z melancholią wspominam czas, gdy trzeba go było namawiać do jedzenia. Wiecie, co dzisiaj podjadał? Opiekane śledzie w zalewie octowej! Wyobrażacie sobie? Octowej! Stał nade mną jak kat na dobrą duszą, ział, a ślina kapała mu na talerz, z którego jadłam. Po prostu czyste wariactwo. Grażynko, wszystkie wiadomości do mnie dotarły, odpisałam Ci i teraz ja mam nadzieję, że odpowiedź otrzymałaś. A tak nawiasem mówiąc: skąd wiesz, że na Uralu wieje?
  24. Pięknie, pięknie, ale byśmy chcieli zobaczyć na własne oczy. Co z tymi zdjęciami? :nerwy:
×
×
  • Create New...