-
Posts
2605 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by irenas
-
Goście wyjechali dziś rano. W chwili pożegnań Szerlok zniknął jak kamfora. Nie pomogły wołania ani moje, ani gości, którzy chcieli się z nim pożegnać. Już się obawiałam, że cichcem wsiadł do ich samochodu, zważywszy na jego miłość do tego urządzenia. Ale nie. Pojawił się dopiero, kiedy skoda zniknęła w oddali. Nie wiem, czy się bał, że goście go porwą, czy że ja go im wydam. W każdym razie wolał nie ryzykować. Wiadomo - strzzeżonego Pan Bóg strzeże!
-
No pewno! Mnie też by cieszyło, gdybym miała taką córkę! Ja niestety nie mogę się nikim takim pochwalić, bo moja rodzina niby nic do zwierząt nie ma, ale raczej jej moja miłość przeszkadza. Niby mogę robić, co chcę, w końcu jestem mocno dorosła, ale "nie bierz już więcej zwierząt, bo może będziesz musiała mi pomóc i co wtedy?" Ech życie! Czasami sobie myślę, że świat zwierząt jest lepiej urządzony, jak o więzy rodzinne chodzi: odchować i do widzenia. Nie znamy się.
-
No widzisz, jak masz dobrze?! A ja się zamartwiam, że jakbym "ja sobie umarłam" to nie będzie komu zaopiekować się moją zwierzyną. Bo reszta rodziny albo mieszka daleko, albo zwierząt nie lubi, albo jest uczulona. A czy Kasia nie ma starszego rodzeństwa? Bo znajomy Jaś nie mógł się wprost doczekać, kiedy będzie uczniem tak jak jego starsza siostra. I co zaskakujące nadal jest zadowolony, że nim jest.
-
Jak możesz! Zaśmiecam. Przecież po to gadamy, żeby móc się wzajemnie wspierać w smutkach i kłopotach. Wyście mi bardzo pomogły podczas choroby Mamy, przecież też ktoś mógł uważać, że "zaśmiecam". A jakoś ten przełom 2014/2015 smutny i naznaczony rozstaniami. Mam nadzieję, że jak wiosna przyjdzie, wszystko będzie wyglądać lepiej.
-
O mamo! Zdaje się, że wszystkich zmroziłam swoją uwagą. Przepraszam bardzo. Dla rozweselenia powiem, że "moja" sójka dziś miauczała na mojego gościa. A może ona inaczej nie potrafi?
-
Ja przepraszam za milczenie, ale ostatnio zbyt wiele śmierci wokół mnie.
-
Hej! Przypmniało mi się coś. Kiedy ma być ten kurs na insektora TOZ-u? Zdążę się jeszcze zapisać?
-
Mój kochany Konfirmie trzydziesty pierwszy. Tylko czekam aż się zrobi wiosna, żeby się do Ciebie wybrać! Z gadzina, oczywiście. Sama też jestem ciekawa Twojej ferajny i - nie kryję - Makowa. Polska jest bardzo ładna i jakbym miała zdecydować, gdzie jest najładniej, to byłoby mi trudo. A propos wiosna - zauważyłyście, że leszczyna zakwitła?
-
No więc, jakoś udało mi się wprowadzić zdjęcia do komputera (bluetooth przestał działać. Dlaczego? Ha!) i mogę Wam opowiedzieć o wycieczce. Na miejsce dojechałam jak po sznurku. Mapy Google w telefonie są nieocenione. Jak myśmy w ogóle się poruszali przed nastaniem ery gpsowej??? Przywitała nas taka panna: Miła, uprzejma, super spokojna. Zero agresji. Nutka. Nawet diabel tasmański podszedł do niej bez nerwów, co o czymś jednak świadczy. Szerlok z Dziunią postanowili spenetrować teren: Ja zostałam potraktowana tak: Czyli słodko. To co Węgielkowa już pokroiła, to przepyszna szarlotka Jej Mamy. Ale okazało się, że to wszystko po to, by mnie ta szarlotką spłycić, żeby UKRAŚĆ mi Szerloka! Same zobaczcie. Najpierw go napromieniowała tymi wszystkimi telefonami i pilotami, aż zaczął świecic w ciemnościach: a potem ordynarnie usiłowała go porwać: Biedny zwierz umierał z przerażenia, ale zebrał się w sobie i dał nogę z wrażych objęć: Tak więc Malagos, Ty się jeszcze zastanów nad tą kawą w Kielcach... PS Jeśli jeszcze ktoś Wam powie, że w Polsce nic się nie robi, wyślijcie go do Błonia.
-
Moje kochane! Wizyta była SUPER!!! Węgielkowa jest także moją idolką. Powinno się ją zapisywać w dużych dawkach dla ludzi przygnębionych i depresyjnych jako odtrutkę na zły nastrój. Tyle w niej radości i ciepła. Zresztą chyba w całej rodzinie, bo dom Jej siostry też tchnie ciepłem. Nie będę więcej pisać, bo muszę zawieźć telewizor do Błonia i przygotować dom na gości, którzy przyjeżdżają jutro (jakbycie widziały, co w tym domu mam, to byście zrozumiały, że potrzebuję sporo czasu!). Zdjęcia będą, mam nadzieję, wczoraj byłam zbyt padnięta, żeby walczyć z zacinającym się nie wiedzieć czemu komputrem. Opypy też mi się bardzo podobały. To nara.
-
Dziękuję za życzenia, pozdrowienia przekażę. A czy ktoś potrafi usunąć te powtórzenia?
-
Pewno z punktu widzenia ekologii, biologii i kilku innych logii, o gospodarce rolnej nie wspominając, jest to racjonalna decyzja. Ale jak sobie pomyślę, że ktoś mógłby dojść do wniosku, że emerytki nie przynoszą korzyści ekonomicznych, a raczej straty, i postanowił je odstrzelić...
-
Pewno z punktu widzenia ekologii, biologii i kilku innych logii, o gospodarce rolnej nie wspominając, jest to racjonalna decyzja. Ale jak sobie pomyślę, że ktoś mógłby dojść do wniosku, że emerytki nie przynoszą korzyści ekonomicznych, a raczej straty, i postanowił je odstrzelić...
-
O rany jestem za szybka na komputer!!!
-
Pewno z punktu widzenia ekologii, biologii i kilku innych logii, o gospodarce rolnej nie wspominając, jest to racjonalna decyzja. Ale jak sobie pomyślę, że ktoś mógłby dojść do wniosku, że emerytki nie przynoszą korzyści ekonomicznych, a raczej straty, i postanowił je odstrzelić...
-
No ale cuzamen do kupy to wszystko wskazuje, że wiosna tuż, tuż! Chociaż wczoraj straszyli śniegiem z deszczem. A my dzisiaj jedziemy do Opyp. Po co? Ano na spotkanie z Węgielkową, która pilnuje tam suczki swojej Mamy. To znacznie bliżej niż Kielce, korzystamy więc z okazji, żeby się zobaczyć. Waham się trochę, czy zabrać diabła tasmańskiego, bo wspomniana suczka to owczarek środkowoazjatycki, czyli kawał psa, no ale podobno jest łagodności wszelakiej, to może jednak się zdecyduję. Postaram się porobić trochę zdjęć z tej wycieczki, to Wam wieczorem opowiem i pokażę. Trzymajcie kciuki za kontakty towarzyskie Szerloka i Dziuni.
-
Nad domem Basi (tej od Suzie) przeleciało dziś sześć bocianów!
-
Dziękuję Marysiu za wyjaśnienie, skąd się biorą "przerośnięte świnki morskie", jak ja nazywam łaciate dziki. Głowiłam się bezskutecznie. A i teraz się dziwię, bo nigdzie w Polsce nie widziałam łaciatych świń. Ale w sumie, co ja tam wiem o wsi - spędziłam połowę dzieciństwa u Cioci pod Iławą, ale wtedy wszystko przyjmowałam za normalne, jak to dziecko. Nie byłam specjalnie refleksyjną dziewczynką i nie zastanawiałam nad otaczającym mnie światem. A dzisiejszy Chotomów trudno nazwać prawdziwą wsią - to teraz taka podwarszawska sypialnia. Nawet nie wiem, czy ktoś tutaj hoduje świnie. Jest wysoki komin, podobno od świniarni, ale jak tu mieszkam 17 lat, nigdy nie widziałam, żeby się z niego unosił dym.
-
Patrząc na programy Jamiego Oliviera, początkujący kucharz może nabrać przekonania, że wcale niczego nie trzeba myć. A przy tym wszystkim każda jego potrawa wygląda tak smakowicie, że ślinka napływa do ust! To może jednak nie należy przesadzać z tą higienią?
-
No to jednak są korzyści z tego, że moje psiaki nie jadają żadnej suchej karmy! A teraz mam pytanie: dziewczynki, czy przystępując do gotowania, myjecie najpierw ręce wodą i mydłem? A czy między każdą potrawą robicie to samo? Ja bardzo przepraszam, nie miejcie mnie za kompletną idiotkę, ale dostałam do tłumaczenia książkę o tradycyjnej kuchni francuskiej (z przepisami), która zaczyna się od takich zaleceń. Książka została skompilowana przez Niemców. Może więc nie powinnam się dziwić. Swoją drogą nie zapomnę szoku, jaki przeżyła moja Mama, na widok Jamiego Oliviera mieszającego w kociołku patykiem podjętym z łąki, na której gotował. A tu myć ręce wodą i mydłem...
-
Oczywiście, że dizkie zwierzęta. Jeśli mówię "oswojone" to znaczy, że nie uciekają w dzikim popłochu na widok ludzi, tylko czekają, co będzie dalej i dopiero, kiedy stwierdzą, że rozwój sytuacji im nie odpowiada odchodzą. Nie odbiegają, tylko odchodzą statecznym krokiem. Każdy wie, że trzeba bardzo uważać, ale paniki na razie nie ma.
-
"Nasze" dziki są oswojone z ludźmi i psami też. Oczywiście, jeśli pies je aatakuje, to "oddają", ale tylko wtedy, gdy im się wydaje, że nie ma drogi ucieczki. W innym razie po prostu wieją, gdzie pieprz rośnie, czyli na swoje legowiska. A wszyscy już wiedzą, gdzie to jest i tam się nie zapuszczają. Jak do tej pory udaje się nam w miarę dobrze koegzystować. Jest kilka ofiar, ale to właśnie dlatego, że dziki poczuły się zapędzone w kozi róg. Trzeba na to uważać. Powyższa scenka jest ostatnia z serii - dzików było więcej, tylko ja się grzebałam z wyciągnięciem komórki. Małe stadko stało "w oniemaniu" (to jest cytat z klienta w inspekjci pracy), podobnie zresztą jak Szerlok, po czym przeszło spokojnie przez ulicę, a mnie udało się uchwycić tylko tego ostatniego, łaciatego. Co roku rodzi się jeden taki, chyba któraś z loch miała zwykłą świnię w rodzinie. Malagos, za "moich czasów" w Chotomowie, czyli przed 17 laty, też dzików nie było. Pamiętam, że tuż po sprowadzeniu się widziałam jednego z okien samochodu w lasku koło torów. I był ogoromny, a te teraz jakieś mniejsze. A może wtedy strach miał wielkie oczy?
-
Poranne spotkanie trzeciego stopnia. Oba zwierza sobą zadziwione. Zwróćcie uwagę, że dzik jest biały w łaty. Czyli mutant.