-
Posts
7318 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by tamb
-
Asiu, będą potrzebne, dziękuję. Też uważam, że dobrze, że stowarzyszenie go przejmie bo napięcie między zwierzakami z każdym dniem by malało. Już jest lepiej niż rano. Myślę, że szybko sytuacja w stadzie unormowałaby się. I za kilka dni znalazłabym 1000 powodów, żeby go nie wydać. To jest główne niebezpieczeństwo w moim przypadku. Teoretycznie wiem, co powinnam a w praktyce robię co innego i wpadam w kłopoty. Oczywiście tylko w przypadku zwierząt. Bo tak to jestem ostra i konsekwentna baba. Ale przy zwierzętach tracę rozum i działam wbrew zdrowemu rozsądkowi.
-
Pies jest super grzeczny ale żywiołowy. Młody, wesoły, chce się bawić. Kajtka to denerwuje. Chodzi, warczy może uderzyć zębami każdego, kto podejdzie. Zagrożone są staruszki i koty. Dzisiaj (to się nie zdarzało) skoczył na starą kotkę Miję. Nie mogłam jej uspokoić, była roztrzęsiona. To nie może się powtórzyć. Jest napięcie, szczekanie od wczoraj wieczorem nic nie zrobiłam a mam terminy. Na dom musi poczekać w hotelu. Czekam, aż zwolni się miejsce. Mam obiecane do trzech dni. Boję się bo się przywiązuję mimo problemów i cierpię oddając. Mam od lat Kajtka, Dusię, Tusię, Fizię ale teraz z kolejnym psem sobie nie poradzę. Stowarzyszenie dla Braci Mniejszych go przejmuje. Rozmowy trwały od wczoraj i dziękuję za decyzję. Byłam z nim u weterynarza, jest zdrowy, odrobaczyłam go. W skrzynce była książeczka, szczepienia ma ważne do grudnia. Dane właścicieli wycięte . Dzisiaj też rozmawiałam z miłym Panem z sąsiedztwa, któremu umarł york. Pan jest w rozpaczy. Powiedział, że przemyśli sprawę adopcji i da znać.
-
Ja z wiekiem straciła euforyczny stosunek do adopcji. Wierzyłam w super dobre domki i byłam ufna aczkolwiek ostrożna. Po zwrotach (czasem po kilku latach) z tych super domków nie mam już serca i nerwów do adopcji. Wypaliłam się. Nie umiem już wydawać. Chciałam zamknąć pomoc zwierzakom ograniczając się do swojego stada, które mi z czasów prozwierzęcej aktywności a raczej nadaktywności zostało. Jestem załamana bo ja nie nadaję się już do szukania domu a pies jest za młody, żeby u mnie został. Przy staruszkach jest tyle pracy, że nie mam czasu na zajmowanie się włącznie z wybieganiem psa, który dopiero wchodzi w życie. To mnie załamuje najbardziej. No i koszty, nowy pies, nowe koszty. Jutro idę go odrobaczyć.
-
Jeden pies martwy, drugi odebrany wariatce już w nowym domu..
tamb replied to tamb's topic in Już w nowym domu
Ja też myślę często o moich zwierzątkach, które umarły. -
Czy mogłabym zwrócić się o pomoc w opłacie operacji Dusi? Jej historia i opłaty są w poniższym wątku. Jest u mnie jednym z 20 zwierząt, z których tylko dwa były wzięte na dom stały. Reszta została przez zasiedzenie. Sam koszt operacji wyniósł 900 zł. Zapłaciłam kartą kredytową. Ostatnio były ogromne wydatki związane z chorobami zwierząt. Sama nie daję już rady.
-
Jeszcze nie miałam telefonu z lecznicy. Dusia będzie miała poważniejszą i dłuższą operację bo wytną jej jeszcze sączącego guza na szyjce. Pojawił się w zeszłym tygodniu. Nie wiem, czy dobrze robię operując ją. Ale bez operacji nie byłoby żadnej szansy, w pewnym momencie tylko eutanazja bo całą skórę zająłby nowotwór. A tak jest nikła szansa, że zanim odrośnie to trochę normalnie pożyje. Ale jak od razu odrośnie to wszystko straci sens a pies będzie narażony na dodatkowe cierpienia. Mam dużo wątpliwości, biję się z myślami od tygodnia. Operacja trwa, nic już nie wymyślę. Dziękuję, że jesteście bo jest mi ciężko.
-
Jutro operacja Dusi. Ta suczka przeszła piekło. Walczyłam o poprawę jej losu odkąd zamieszkałam w Bielsku i usłyszałam w sąsiedztwie jej płacz. Błagałam fundacje, stowarzyszenia, policję, straż miejską aż udało się ją wyrwać z piekła z córeczką (i szczeniakami, którym znalazłam domy). Była gryzącym kłębkiem nerwów bez oka. Otworzyła się, przy zasypywaniu zmian nowotworowych sama się kładzie i odsłania paszkę. Ufa mi. Ma 13 lat, z czego ok. 4 lata u mnie. Jutro 3 operacja i nie wiem na ile pomoże. Czy znowu na 4 miesiące, czy na dłużej, czy na krócej. Jutro czeka ją narkoza. Bardzo się o nią boję. Po śmierci każdego zwierzaka wpadam w depresję. Wiem, brałam stare, chore, których nikt nie chciał. Bo stanęły na mojej drodze, bo nie umiałam inaczej. Kosztem wszystkiego bo kto wie jaki mam zawód, wie jak się mając ten zawód żyje. Raz cudownie, raz tragicznie, nic na stałe, nic pewnego. Nie wiedziałam, że jestem tak słaba psychicznie. Z każdym odchodzącym zwierzakiem umiera część mnie. Jeśli jednak bym ich nie wzięła wykończyłabym się z poczucia winy. Były w zasięgu wzroku, ręki i wymagały pomocy. Bardzo się boję. Nie mam się czym znieczulić. Alkoholu nie lubię a trawy nie załatwiłam. A szkoda. TŻ i syn na plenerze w Grecji.