-
Posts
7318 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by tamb
-
Te zdjęcia są z przed 11 lat. Wspomnienie. Teraz się trochę denerwuję bo: 18 lipca przyszła do mnie kobieta z 16 letnią suczką i prosiła o przysługę. Mianowicie 19 lipca wypadł jej wyjazd z córką i wnukami, na który czekała prawie od roku. Sąsiadka, która zawsze zostawała z suczką Deizi dzień przed wyjazdem zmieniła zdanie i wycofała się. Kobieta ze łzami w oczach prosiła o opiekę nad Deizi do 30 lipca czyli dzisiaj. Obiecała, że suczkę odbierze. Ma ją od szczeniaka 16 lat i nigdy by jej nie oddała. Zaufałam i Deizi 19 lipca została mi powierzona. Od razu weszła w stado, jest miła, grzeczna, nie umie tylko zostawać sama bo piszczy i wyje. Nie odstępuje człowieka na krok. Trochę posikuje, zasugeruję pani przebadanie psinki. Tęskni ale ma apetyt i nawet bawi się z Reksem. Bardzo fajna, czarna, krótkowłosa, mała suczka o pospolitej ale dla nas na dogo wspaniałej urodzie. Martwi mnie to, że pani od 19 lipca ani raz nie zadzwoniła i już 30 lipca i cisza. Ja nie dzwonię bo jej ruch. I pomyślałam, że jeśli to porzucenie to i tak nic nie wskóram a odbiór psa na siłę mógłby być fatalny w skutkach dla psa. Bo jak ktoś nie chce to i tak się pozbędzie. Ale z drugiej strony jestem panikarą, pani dobrze patrzyło z oczu i 30 lipca jeszcze trwa. Nie każdy też lubi dzwonić. Oby to była ta wersja optymistyczna to jutro będę się ze swojej paniki śmiała.
-
Z łatwością wyczyściłam przetokę Yody (mniej śmierdzi) i ucho Mieszka. Wszystko zrobione, leki podane (Miki, Yoda, Titka, Kajtek). Jestem mniej zdenerwowana, bo wiem, że to uleczalne i nie mają raka. Wczoraj po tych przejściach miałam atak paniki. Dobrze, że nie byłam sama tylko z Leszkiem. Dzisiaj jestem w normalnym nastroju i zaraz zabieram się do mojej pracy. Może żaden zwierzak przez dłuższy czas nie umrze. Mam dużo terminów, nie nadążam a przez ostatnie 2 tygodnie prawie nic nie zrobiłam. Z kasą też źle (mam duży limit na karcie ale już stres) bo prace nieodebrane z powodu wyjazdów wakacyjnych zainteresowanych. Może zainteresowani wkrótce wrócą i wszystko się wyrówna. Może znowu będzie spokój i w marę normalnie.
-
Wróciłam od weterynarza - Yoda ma przetokę. Dostał leki i mam przemywać. Operować się nie da bo nie przetrzyma narkozy. Miki ma obluzowane rzepki. Wzdęcie ostatnio było niezależnie. USG nic nie wykazało. Przez 8 dni mam podawać lek a potem się umówić. Z Mieszkiem idę dzisiaj na 14. 45 bo chyba boli go ucho. Jest smutny i jedno od kilku dni ma niżej. Obłęd i koszty.
-
Tusia, jej córeczka bardzo tęskni. Szuka Dusi, piszczy. Po tym wszystkim zareagowałam nagłą sennością. To mi się nie zdarza, przespałam cały dzień. Godzinę temu się obudziłam. Leszek zajmował się wszystkim. W piątek jestem umówiona u weterynarza z Yodą. Coś ma cieknącego i śmierdzącego na pyszczku od wczoraj. Podejrzewam, że przetoka. Wczoraj myślałam, że się pobrudził ale nie miałam głowy, żeby się tym zająć z powodu Dusi. Dzisiaj jak go myłam po zdjęciu pieluchy, zauważyłam, że to jakiś problem a nie pobrudzenie. Termin dopiero w piątek bo chcę do głównego doktora w lecznicy.
-
Ona teraz bardzo dużo piła i leży. Je, ale tylko dlatego, że z mięsa robię kuleczki, rozpłaszczam w palcach, otaczam pasztetem i podstawiam pod pyszczek. Sama by nie ruszyła. Bardzo nie chcę jej usypiać. Ale jak weterynarz uzna, że bardzo cierpi zdam się na niego. Gorzej jak nie zasugeruje decyzji. Zajrzę na wątek jeszcze przed pójściem spać. Bardzo Waszych rad i wsparcia potrzebuję.
-
Dziękuję za bazarek. Nic dzisiaj ze spraw zawodowych nie zrobiłam. Jestem zupełnie rozbita. Jutro wizyta z Dusią u weterynarza i wiem, że jest źle. Nie wiem na ile. Wiem, że rak z przerzutami ale nie wiem czy cierpi tak, żeby ją uśpić. Nie chcę usypiać, nie chcę też, żeby cierpiała. Liczę, że weterynarz pomoże z decyzją. Ufam mu, nie jest chętny do usypiania ale widząc zmiany będzie wiedział jak bardzo ją boli. Z Maksem, Ozzim, Agatką było łatwiej. Sytuacja jednoznaczna, skrócenie agonii. Tu nie ma agonii. Jest smutek, obojętność, unikanie ruchu (siku na 3 nogach i do domu), brak apetytu (karmienie z ręki otaczając pełnowartościowe jedzenie pasztetem - inaczej nie ruszy), jedzenie w pozycji leżącej bo tak obojętna, że głowy nie podnosi. Pod pachą jest sącząca skóra zajęta nowotworem, która mimo przemywania ma nieprzyjemny zapach. Co jest, że mam wątpliwości? Karmiąc ją jestem w stanie małymi kuleczkami zjadanymi z ręki nakarmić ją dużą ilością. Jak już wstanie to idzie na własnych nogach, do wody też podchodzi, leżąc macha ogonkiem na mój widok. poddaje się wszystkim zabiegom, nie piszczy, nie dyszy, dla takiego laika jak ja nie widać na oko dużego cierpienia, jest na mocnych środkach przeciwbólowych. Nie wiem czy tak bardzo słaba czy obolała. Pomóżcie z decyzją. Wysiadam.
-
Kajtek ma fatalne wyniki. Jutro idę po nie do lecznicy i dowiem się dokładnie. Z Dusią idę w środę, przesunęłam termin. Podświadomie liczę, że może znowu sterydy pomogą jak ostatnio. Zdam się na wiedzę doktora bo ja nie myślę teraz tak do końca racjonalnie bo chcę, żeby żyła. Ale bez bólu. Doktor oceni sytuację.
-
Kajtek zdiagnozowany został w czwartek. Chore serce jest pod kontrolą i leki miał dobrze dobrane. Okazało się, że przyczyną charczenia jest problem z płucami (zmiany, zwłóknienia, ślad nieleczonych infekcji zanim do mnie trafił) a ciągłego sikania po domu wieczne parcie bo ma piasek w pęcherzu. Wyniki krwi i moczu są od piątku wieczorem ale ich nie znam bo się nie mogłam dodzwonić. Poznam jutro. Ma dobrane leki. Togaa zawiozła nas na badania i zapłaciła (Kajtek stowarzyszeniowy) z lekami chyba 600 zł. Bardzo dziękuję Togaa.
-
To nie nagle. Ona powoli umierała od dawna. Ale spokojnie, miałam nadzieję, że zaśnie. Dzisiaj zaczęła się męczyć. Z Dusią jest źle. We wtorek wizyta o 11. Doktor zadecyduje jak i czy da się jej pomóc. Je z ręki w pozycji leżącej tylko mięso otoczone pasztetem (małe kulki) . Jak wychodzi na siku ledwo idzie. Wysika się i stoi. W domu leży, nic ją nie cieszy. Dostaje 2 x dziennie środek przeciwbólowy ale obawiam się , że to już nie wystarcza. Pod paszką się sączy.