-
Posts
590 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by .Ania.
-
Pigwa niestety nadal jest w bardzo złej kondycji. Jeśli wszystko będzie w porządku, to mam po nią przyjechać wieczorem. Jakby coś się działo, to będą do mnie dzwonić. Dzisiaj w nocy po tych wszystkich kroplówkach bardzo dużo sikała. Raz w nocy zerwała się i pobiegła szybciutko do drzwi. Bidusia nie miała już siły i położyła się na podłodze. Nie zdążyłam jej wynieść, bo za chwilę na podłodze była już ogromna kałuża. Ona jest taka słabiutka, a jaednocześnie dzisiaj widać było, że ma ciągle wolę walki. Macha ogonkiem, a dzisiaj nawet jak już dostała zastrzyki uspokajaące, to ciągle mnie nosem trącała i łapkę dawała do głaskania. Muszę przyznać, że okropnie się czułam, jak już śpiącą zabrali, a ja przez 2 godziny czekałam na wieści z zacisniętym gardłem...
-
Pigwunia już po operacji. Byłam z nią cały czas przy usypianiu. W pewnym momencie miała niewielkie kłopoty z oddychaniem. Weterynarz zabezpieczył guza, żeby już nie krwawił. Pigwa ma nowotwór wątroby, który akurat tak się usadowił, że kontaktuje ze śledzioną, ale na śledzionie na szczęście nie ma zmian. 1/3 wątroby jest zupełnie zdrowa, próby wątrobowe są dobre. Woreczek żółciowy bez zmian. Niestety do nerek wdała się znowu infekcja. Nie jest bardzo źle, ale trzeba szybko działać, żeby móc wyleczyć infekcje. Weterynarz nic nie obiecuje, mówi, że ciężko przewidzieć dalszy rozwój choroby. Te guzy rozwijają się w różnym tempie. Ale radzi jeszcze spróbować. Mówi, że nie ma reguły w takich przypadkach. Widział psy, które niestety szybko umierały, ale i takie które pomimo diagnozy się zboerały i żyły w dobrej kondycji kilka miesięcy, a nawet dłużej. Szczeze powiem, że poczułam ogromną ulgę, gdy dowiedziałam się, że jeszcze zobaczę ten mój rudy pyszczek, a z drugiej strony niepokój, czy na pewno dobrze robimy. Weterynarz obiecał mi, że jeśli uzna, że nie ma sensu dalej walczyć, to jej nie będzie wybudzał. Natomiast on widzi szanse, ale nic nie obiecuje. Szczerze powiem, że myślałam, że dzisiaj się rozstrzygnie w jedną albo w drugą stronę, a my dalej stoimy po środku i nie wiadomo jak to się wszystko rozwinie. Pigwunia widać zawsze musi mieć swoje zdanie ;-). Choć dla mnie podejmowanie takich decyzji jest okropnie trudne. Szkoda, że psy nie potrafią mówić. Wtedy byłoby prościej... Dzisiaj zdałam się weterynarza, mówiąc, że dobro psa, jest dla mnie najważniejsze, ale nie chcę pozwolić by ona musiał niepotrzebnie cierpieć. On mówi, że cierpieć nie będzie, bo guz już się nie powinien wynaczyniać, ale ja się jednak martwię się, co będzie dalej...
-
Elu, czy się trzymam...? Powiem Ci, że nie śpię już tak długo, że mój organizm tez zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Zaraz idę dać Pigwuni leki i chociaż ze dwi godzinki się prześpię, póki moja mama jest w stanie jeszcze czuwać przy Pigwie. Ale dla mojego Pigwulątka, wszystko bym zrobiła.
-
Długo nad tym myślałam. Pewnie wiele osób pomyśli, że jest to dosyć kontrowersyjna decyzja. Ale ja po prostu nie wiedziałam jak postąpić, nie potrafiłam podjąć decycji. Zdałam się na doświadczenie lekarza, zastrzegając, że nie chcę by Pigwa cierpiała i to była dla mnie jedna z najważniejszych rzeczy. Dr powiedział, że uważa, że warto podjąc ryzyko, bo wiele nie ma do stracenia. jeśli będzie uważał, że dalsza walka jest bez sensu. Że wsyztko w środku wygląda bardzo źle, to jej nie wybudzi. Jeśli będzie widział szanse w usunięciu guza, to będziemy wlaczyć dalej, albo jeśli uda mu się jakoś zatamowac krwotok i będzie uważał, że można ją jeszcze leczyć objawowo, to też jeszcze spróbujemy. Mówi, że jeśli się uda, choć szanse są małe, to Pigwa dostanie znowu silne leki przeciwbólowe, tak żeby nie odczuwała dyskomfortu. I że gorzej na pewni nie będzie. Jeszcze operacje uzależnia od wyników prób nerkowych i wątrobowych i jak Pigwa będzie się czuć jutro. Nie wiem czy dobrze robię, Pigwa to nie jest zwykły przypadek. Nie możena z góry założyć co będzie, a co nie. Bardzo boje sie jutrzejszego dnia, boję sie też czy na pewno dobrze robię :-(. Nie wiedziałam, że będę musiała podejmować takie decyzje. Dziękuję od razu Adze G i Kwi za dzisiejsze telefoniczne doradztwo i podtrzymywanie mnie na duchu I proszę mocno trzymać kciuki
-
Monia, nie wiem jak Ty dajesz radę. Masz ciężką pracę i wymagającą wiele serca. U Pigwuni sytuacja obróciła się o 180 stopni. Jutro Pigwa na 95 % będzie miała operację. Pomimo tego, że Pigwunia dzisiaj lepiej się czuła, niestety wszystkie wyniki poleciały w dół :-(. Ma bardzo dużą anemię. Nie mogę tego zrozumieć, bo ona ma całkiem różowe dziąsła, a anemię straszliwą. Te wyniki znaczą, że niestety ten guż rośnie i ciągle gdzieś podkrwawia. Zastanawialiśmy się co robić dalej. Szans w tej chwili na przeżycie praktycznie nie ma :-(. Niestety ten guz ją wykańcza. Doktor zdecydował, że jutro rano ją otworzy i zobaczy jak to wszystko w środku wygląda. Jeśli będzie to guz operacyjny, to go wytnie, jeśli nie to nie będzie nic ruszał, tylko zaszyje Pigwunie spowrotem. Dzisiaj Pigwunią dostała bardzo dużo leków wzmacniających, nasercowych, krwiotwórczych, do tego kroplówkę i silne leki przeciwbólowe.
-
Tak, dzisiaj troszeczkę wstaje. Dzisiaj w ogóle jest jakby ciut lepiej. Chyba dlatego, że jest mniej problemów z oddychaniem. Pigwunia ma legowisko koło kaloryfera, obkładamy ją jeszcze termoforem i przykrywamy kołederką, bo ciągle ma za niską tempereture. Ale jak już jej się znudzi takie leżenie, to przejdzie parę kroków i położy się na podłodze. Przed chwilą niewiarygodne dla mnie było to że przyszła do mnie do kuchni, żeby ją pogłaskać i zamachała ogonkiem :-). Natomiast sprawia jej to ogromną trudność. Jak wyniesie sie ją na zewnątrz, to przejdzie troche chwiejnie kilka kroków i się załatwi. Wygląda to trochę jakby była pijana. Choć może i trochę jest, bo dostała od doktora krople homeopatyczne na serduszko na bazie alkoholu ;-). No a potem szybciutko na rączki i spowrotem do łóżeczka. Udało mi się dzisiaj na chwilę pojechać na uczelnie i szybko spowrotem do domu, bo Pigwunia przecież czeka. Za niedługo będę z nią jechać do weterynarza.
-
Właśnie wstałam. Położyłam się o 8.00 i wtedy role opieki nad Pigwą przejęła moja mama. Pigwunia w nocy ładnie spała. Nad ranem znowu pogorszył jej się oddech, dałam jej troszkę wcześniej leki nasercowe i w tej chwili oddech się już unormował. Pigwunia zdecydwoanie na ten nowy lek na serce lepiej reaguje. Dodatkowo dostaje jeszcze sporo leków homeopatycznych. Nie chce jeść, więc dzisiaj zmiksowałam jej puszeczke intestinala, z bulionem, mięskiem i siemieniem lnianym i daję łyżeczką do pyszczka taką papkę. Wtedy pigwunia nawet ładnie przełyka. Od wczoraj nie wymiotowała, nie ma też biegunki. Przez cały wczorajszy dzień miała strasznie powiększony brzuch. Jak kończą się żebra, to ten jej brzuch bardzo odstawał na boki. Widać było, że sprawia jej to dyskomfort. Na szczęście dzisiaj ten brzuszek jest już bardziej wklęsły. Pigwunia jest bardzo dzielna, ale widać po oczach, że jest bardzo, bardzo chora. Jak będę dzisiaj po południu u weterynarza, to spytam się co ewentualnie dalej robić. Czy w ogóle są jeszcze jakieś szanse, na to by Pigwuni się polepszyło... :-(. Strasznie się boję...:-(
-
Pigwunia wreszcie usnęła. Dostała dzisiaj nowy lek na serce Vetmedin i on chyba działa najlepiej ze wszystkich. Pigwunia oddycha teraz bardzo spokojnie, nic nie świszczy. Dzisiaj Pigwuni zdarzyło się, że pare razy po jedzonku troszkę zwymiotowała. Pigwunia jest tak czysciutkim psiakiem, że od razu próbuje noskiem zakopywać, szuka w pobliżu jakiejś szmatki, kawałka materiału, czegokolwiek i od razu przepycha. Niesamowite. Chociaż teraz wolałabym żeby ona już nawet w domu sie załatwiła niż jakby miała się męczyć wychodzeniem. A dzisiaj bidusia jak akurat gorzej oddychała, ciągle patrzyła się w okno. Nie miała siły akurat wtedy wstać i wyjść, ale główkę bez przerwy podnosiła i widziałam że coś jej się chce. Gdy oddech się uspokoił, to było godzinę później wzięłam ją i wyniosłam, a ona bidusia okazało się ma na dodatek biegunkę... i tyle wytrzymała. To pewnie po tylu lekach.... Na szczęście dużo pije, dałam jej też leki na jelita, więc powinno być lepiej.
-
Właśnie skończyłam karmić Pigwunie. Niestety nie chce sama nic jeść (ewentualnie kawałek szyneczki, ale tylko troszkę, bo mogłoby zaszkodzić). Dostaje w tej chwili proszek dla reconwalescentów i puszeczke intestinala z siemieniem i bulionem. Do tego niestety mnóstwo leków, kilka razy dziennie. Sporo pije, ale to po sterydach. I w zasadzie cały czas śpi - to nawet dobrze, bo sobie odpoczywa. Do popołudnia oddychała na szczęście w miarę równo, bo wczoraj i dzisiaj rano to była istna huśtawka, ale teraz znowu oddycha trochę gorzej. Pojawił się jeszcze natomiast dzisiaj rano dosyć nieprzyjemny zapach z pyszczka, podobno to charakterystyczny zapach hemolizy krwi. Dostała dzisiaj dlatego sporą dawkę leków przeciwkrwotocznych. Trzymamy się jakoś. Monia, cieszę się, że zaglądasz. Niestety praktycznie non stop siedzę przy Pigwie i nawet boję się odchodzić, żeby przypadkiem coś się nie wydarzyło. Ja też już niestety straciłam kilka swoich zwierzaków :-(. Ostatni rok szczególnie obfitował w dla mnie dosyć trudne wydarzenia. I bardzo ciężko to przeżywałam, szczególnie śmierć szczeniaczka z Ol, który umierał mi na rękach. Ja jeszcze jednak wciąż mam malutkę nadzieję, że to jednak nie czas Pigwuni. Pigwunia jest takim wyjątkowym psiakiem... :-(
-
Powiem Wam, że ja już nawet nie mam siły płakać...:-(. To wszystko jest takie okropne...
-
Najfajniejsze jest to, że jak idę z nią do lecznicy i są jacyś nowi lekarze, czy praktykanci i chcą wiedzieć co jej jest. To zaraz jak zaczynam opowiadać o niej, to mi przerywają, że przecież oni już o niej wiedzą, bo doktor im opowiadał, o takim niezwykłym psie :-)
-
temperature ma nadal obniżoną, więc dogrzewam ją termoforem, daję butelki z ciepłą wodą i zawijam w kołderkę. Wynosimy ją na siku i zaraz zabieramy, bo Pigwunia nawet jak trochę dłużej postoi, to od razu zaczyna okropnie oddychać. Nasz dom wygląda jak szpital, wszędzie strzykawki, igły, masa tabletek, kropelek i syropków. Wiele bym dała, żeby Pigwunia mogła się jeszcze cieszyć życiem jak dawniej. A tu taka paskudne choróbska się przyplątują. Najgorsze, że po niej widać, że to jest pies który się poddał, który nie ma siły już walczyć. Ona jak tylko ma siłę, śledzi za nami wzrokiem, co robimy, machnie ogonkiem, a nawet czasem łapkę jeszcze podniesie prosząc o głaskanie. A oczy Pigwa niesamowite...wszystkich jej spojrzenie zwala z nóg. Co jestem z nią w lecznicy, to ludzie od razu mówią o Pigwuni, jakie ona ma cudne oczy, jakie mądre...:-( Ja niespałam całą noc, siedziałam przy niej i ją głaskałam. Przez oststnie 3 tygodnie w ogóle nie dosypiam, także jakbym mówiła jakieś bzdury, to piszcie ;-)
-
Dopiero teraz piszę, bo już rano nie miałam siły. Z Pigwunią niestety nadal jest bardzo źle :-(. Rano znowu był taki moment, kiedy myślałam, że już nic się nie da zrobić :-(. Dałam jej szybciutko leki nasercowe i troszkę się polepszyło. Zaraz pojechałam z nią do weterynarza, dostała kolejne porcje leków, na szczęście część zamieniono na zastrzyki, bo w tej chwili mamy ogromny problem z podawaniem jej leków doustnie. Dostała jeszcze dodakowe leki nasercowe, bo z sercem od wczoraj było bardzo dużo problemów i została jej zwiększona dawka leków przeciwkrwotocznych, ze względu na tego guza. Ogólnie rokowanie jest niepomyślne. Pigwa jest mniej więcej w takim stanie jak była w najgorszym momencie z tymi swoimi nerkami, kiedy miała kłopoty z krążeniem i oddychaniem. Nie wiem ile jeszcze jej organizm wytrzyma.
-
Nie mam siły. Siedzę i ryczę...:placz: :-( . Z pigwunią jest znowu gorzej. Byłam z nią tym razem w Krakvecie. Pani jak usłyszała o jej wszystkich chorobach, zobaczyła zdjęcia i wyniki, to się za głowę złapała, jaka ona jest bardzo chora. Serce jest dwa razy większe niż być powinno, guz na śledzione większy od śledziony, płuca też ma nie takie jak być powinny. Wszystko nie tak. Dała Pigwuni jeszcze leki wzmacniające, glukoze i rozkurczające. Nic więcej nie mogła poradzić. Strasznie jej żal Pigwuni było. Szczególnie jak Pigwa tymi swoimi oczkami popatrzyła na nią i noskiem poprosiła o głaskanie:-( . Ja też nie mogłam powstrzymać łez. Pytałam się co mamy jeszcze zrobić. Mówi, że to nie jest jeszcze pies, któremu można tylko ulżyć w cierpieniu, ale mówi, że najprawdopodobniej taki moment nadejdzie. Tylko trudno przewidzieć czy to będzie za kilka godzin, czy dni, czy tygodni. Mówi, że jest bardzo źle i pozostaje leczenie tylko paliatywne...:-( Boję się czy zauważe właściwy moment, nie wyobrażam sobie, żeby Pigwunia mogła jeszcze cierpieć. To byłoby straszne :-( :placz: Ja już sama nie wiem, jestem załamana. Choć przy Pigwie staram się trzymać, ciągle siedzę i ją głaszczę. Nie wiem co jeszcze mogę zrobić. Mam jeszcze malutką nadzieję, na kolejny cud. Na szczęście Pigwy nic nie boli, dostaje leki przeciwbólowe i rozkurczające, w zasadzie leży cały czas i jeszcze czasem noskiem prosi o głaskanie :-(
-
Obdzwoniłam pół Krakowa i nie tylko z pytaniem co robić w takiej sytuacji, jakiej jest Pigwunia. Prawie wszędzie mówili, że najlepszym rozwiązaniem byłaby operacja, ale jak mówiłam jaki stan jest Piwgy i w jakim jest wieku od razu mówili, że rokowanie jest bardzo niepomyślne i sama taka operacja jest bardzo ryzykowna :-(. Więc jeśli na razie nie ma krwotoku, to należy leczyć tylko objawowo, przynajmniej do czasu ustabilizowania się stanu psa. A potem ewentualnie myśleć co dalej. Niestety u Pigwy od tego guza jest na dodatek ogromny stan zapalny i najpierw trzebaby go zwalczyć, a to na razie idzie bardzo ciężko. Choć w tej chwili Pigwa zażywa codziennie kilkanaście różnych leków kilka razy dziennie, więc może wreszcie coś ruszy. Te dziąsełka już są naprawdę całkiem ładne i coraz bardziej różowe... Strasznie się boję, że znowu jej się pogorszy, a tu na dodatek jeszcze weekend i większość lecznic albo jest nieczynna albo ma jedynie dyżur.
-
Niestety nie odpoczywamy w weekend :-(. Pigwa funduje mi taką dawkę stresu codziennie, że za niedługo mnie serce wysiądzie ;-). Dzisiaj rano było znaczne pogorszenie, Pigwuni spadła temperatura do 37,1 stopni, nic nie chciała jeść, oczy miała jak za mgłą, leżała i cięzko oddychała :-(. Myślałam już że to już koniec...:-(. Zastanawiałam się, czy ten guz przypadkiem nie pękł, ale na szczęście dziąsełka cały czas były różowe, więc krwi nie traciła. Szybko pojechałam do lecznicy, dzwoniąc po drodze do dr Słowińskiego, co robić, a później jeszcze do innych lecznic, co ewentualnie można u takiego psa jeszcze zrobić. W lecznicy Pani doktor zadzwoniła jeszcze do dr Kujawskiego i Pigwunia dostała dożylnie kroplówke, witaminy, leki przeciwzapalne i nasercowe. Trwało to w sumie ze 3 godziny. Na szczęście po tym wszystkim coś jakby drgnęło. Temperatura podskoczyła do 37,6 i Piwgunia nawet przed chwilą zjadła troszkę mięska -uff. Teraz leży zawinięta w kołderkę i termoforek i podsypia
-
Przed chwilą dałam Pigwie już wieczorną porcję tabletek i idę wreszcie spać, bo padam. Pigwunia też już smacznie śpi. Dobranoc
-
Monia, no niestety najlepiej byłoby ten guz wraz ze śledzioną usunąć. Ale, niestety w przypadku Pigwy, jej wieku i ogólnego bardzo złego stanu zdrowia taka operacja byłaby zbyt ryzykowna :-(. Więc w tej chwili takiej operacji nie można przeprowadzić. Mam przyjść za tydzień ( chyba żeby się coś wcześniej działo, ale oby nie) i wtedy będzie jeszcze raz miała robione wszystkie badania i będzie można sprawdzić, czy guz rośnie, czy nadal jest anemia i co ewentualnie dalej robić. Ten guz może pęknąć i może niestety rosnąć. To jest najbardziej pesymistyczna wersja, szczególnie że te guzy rosną w bardzo szybkim tempie. Ale dostaje teraz codziennie dużo leków przeciwkrwotocznych, żeby zapobiec ponownemu krwotokowi, do tego antybiotyki, steryd i leki przeciwzapalne, witaminy. Jest tego bardzo dużo. Powinna do tego jeść dobre jedzonko. Najlepiej jakby to był intestinal Royala, ale ona na tą chwilę nie chce jeść żadnej karmy, więc dostaje indyka albo wołowinę z ryżem. Pigwy stan jest teraz w miarę stabilny, trzeba poczekać jak leki zaczną działać. I chyba tyle, bo niestety ciężko jest w tej chwili przewidzieć jak sytuacja będzie się rozwijać :-( Ja mam nadzieję, że jednak nie będzie tak źle
-
Muszę powiedzieć, że pomimo diagnozy, która mnie trochę przeraża, bo nie wiadomo jak to wszystko będzie się rozwijać :-(, poczułam i tak pewną ulgę, że przynajmniej wiadomo co się dzieje i co z tym dalej robić. Najbardziej teraz się boję jakiegoś kolejnego krwotoku, bo jak sobie przypomnę jak Pigwa wyglądała wtedy jak to serduszko jej wysiadało, to nie chciałabym drugi raz czegoś takiego przeżywać
-
Jej stan musi sie ustabilizować, żewby można było myśleć chociażby o jakiś lekach przeciwnowotworowych. Na razie dostaje leki przeciwkrwotoczne, przeciwbólowe, antybiotyki, steryd itd, itd... Są dwie możliwości, albo ten guz będzie nadal rosnąć i wtedy będzie bardzo źle albo zatrzyma się na takim etapie jak jest jest teraz i wtedy Pigwa będzie mogła trochę jeszcze pożyć. Ile? Na tą chwilę ciężko jest powiedzieć :-(
-
Rokowania Perfi są... no właśnie. Trzeba poczekać. U młodych psów, takie guzy się operuje, usuwając całą śledzione i moga sobie żyć długo i szczęśliwie. U starych psów przeżywalność po operacji wynosi zwykle 2, 3 miesiące :-( Pigwa ma prawie 15 lat, chore serce (bardzo powiększone), chore nerki, stan zapalny, dzisiaj wyszedł jeszcze niewielki zator w płucach, anemie i w jej przypadku operacja nie wchodzi w gre
-
Piszę ratami, bo mi kasuje wiadomości ;-)
-
Co najciekawsze, to nie jest taki zwykły guz który rośnie miesiącami, czy latami. Wet powiedział, że zdarza się, że takie guzy rosną w przeciągu kilku dni. Mówi, że mieli ostatnio rotwailerke, która miała przez 3 dni powiększony brzuch i była słabsza. Gdy właściciele przyszli do lecznicy, było już za późno, bo ona nie miała już praktycznie czerwonych krwinek, a krwotok trwał za długo. Ponieważ Pigwa cały czas dostawała leki na tą krew, dlatego ten krwotok pewnie udało się zatrzymać. Dr mówi, że w tej chwili sytuacja jest w miarę opanowana. Natomiast dostała jeszcze całą serie zastrzyków i siatkę leków do domu. Mam z nią przyjść za tydzień, jeśli nic się nie będzie działo
-
A ja znowu dopiero wróciłam od weterynarza.:mdleje: Na szczęście co jest duzym plusem, wiadomo już co jest Pigwuni. Niestety diagnoza nie jest optymistyczna :-( Dzisiaj pigwa była badana jeszcze raz bardzo dokładnie, miała robione badania. Wyszło, że Pigwa ma ogromnego guza na śledzionie :shake: . Guz jest większy od śledziony. Wtedy jak wystąpiło to migotanie przedsionków, to guz najprawdopodbniej pękł i nastąpił krwotok wewnętrzny. Dlatego takie nagłe pogorszenie jej stanu i ta ogromna anemia.
-
Dog De Bordeaux :o) Sunia jest już gruba :o) a szczeniaki wielkie.
.Ania. replied to 79beata's topic in Już w nowym domu
Ania, mam opony ziomowe i nawet łańcuchy wożę w bagażniku :-). Mieszkam w takim miejscu, że niestety jest to konieczność ;-). Jakby śnieg spadł, to mogę was zabrać, ale patrząć za okno nie sądzę, by groziło nam jakieś załamanie pogody. A Fafik cudny, już nie mogę się doczekać tego plującego nochalka ;-)