Jump to content
Dogomania

Majkowska

Members
  • Posts

    4292
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    2

Everything posted by Majkowska

  1. Widocznie zawaliłam ja, dzięki za wnikliwą analizę :) Nie wiem czy u Ciebie również tak jest ale koło sklepów które ja widywałam są zazwyczaj ciągi chodników, jest ruch, ciężko żeby nikt nie przechodził tam przypadkowo czy też celowo idąc do sklepu. No chyba że mam wśród osiedla znaleźć miejsce opustoszałe i przywiązać go np w jakimś kwietniku wśród drzewek żeby go nie było widać, a obok dać ten ustalony już potykacz ;) Nie ważne,to podkreśla tylko przesłanie całego wątku - nie zostawiaj psa pod sklepem, bo to nie jest bezpieczne.
  2. Już nie smutajcie :) Też wczoraj uryczałam się okropnie, poszły w ruch stare zdjęcia, wspomnienia, ale trzeba otrzeć łezkę i żyć dalej, mimo odzywajacych się ciągle wspomnień. Są jeszcze na tym świecie inne psy, wspaniałe psy, które nas potrzebują i wierzę w to że to co robimy dla tych tu obecnych jest jakimś hołdem dla tych tam, które już odeszły. Zawsze byłam zdania że to obrzydliwe że jednego dnia się usypia pieska a drugiego już leci po następnego, tak jak podle się czułam że Amora ostawiłam na emeryturę a zajęłam się Waldkiem, ale... to odskocznia. Gdyby nie drugi pies to pewnie bym oszlała z rozpaczy, tu trzeba było się podnieść, skończyć rozpamiętywanie, wziąć smycz i iśc na spacer, a patrząc na brykającego młodziaka zaraz ma się uśmiech na twarzy. Teraz jak tak patrzę to nie żałuję tej decyzji o wzięciu Waldka w tym samym czasie, to bardzo pomogło. Choć Wald jest już zupełnie czym innym i to przyznam, czasem tak sobie myślę że może nawet mniej go kocham niż Amora,może nie mniej a inaczej jakoś, albo mi się zdaje. Wald ma więcej twarzy - jest dla świata reprezentantem hodowli, rasy, psem wystawowym, ma wartość hodowlaną, jest pajacem, psem któremu można komuś pokazać i powiedzieć " zobacz, to jest pointer, sieczka w mózgu, strzeż się przed tym i nim to kupisz przemyśl 200 razy";) Amor był wycięty spoza wszystkiego. Był tylko dla mnie. Nikt nie szastał jego zdjęciami po światowych stronach i nie zachwycał się budową czy rodowodem, był zwykłym podłym kundlem, z którym więź opierała się na prostych i najpiękniejszych uczuciach, nie kochałam go za coś, to było czyste uczucie uplecione z drobiazgów, z codzienności i zwyczajności. Był psem który się pojawił i stał się przyjacielem, podzielił ze mną całą niedolę mojego najburzliwszego okresu mojego życia, zawsze był kiedy go potrzebowałam. I co najważniejsze, był pierwszym psem, a zawsze uważam że pierwszy pies zostaje w sercu najbardziej. To nie znaczy że Waldka nie kocham, kocham. I nie za coś, bo też sprowadziłam go do poziomu kundla, gdyby nie to pewnie zasuwałabym od jednej wystawy do drugiej ( nie ujmuje to miłości,rzecz jasna), ale Wald i każdy pies będzie już dla mnie "następnym". Tylko Amor był pierwszy. Może to skomplikowane, ale mam nadzieję że sens ogólny tego zrozumiecie i nie padnie tu zaraz " Majkowska wyznała że nie kocha swojego psa" ;) A teraz na wesoło. Wald kolejny raz mnie rozwścieczył i w nocy zmasakrował firankę. Postanowiłam o zakupie rolet bo z tym pajacem w normalnym domu się nie da żyć. Maniakalnie obciąga zasłony, a potem skruszony udaje że to nie on. Już opracował zawijanie się w kokon - włazi na jeden koniec i zaczyna się kręcić, cała firana roluje się na niego i w tym kokonie zadowolony zwija się i zasypia. Jak burknę to od razu jest wiadome o co chodzi ale z twardą miną " upss to nie ja, samo się tak zrobiło!" , wyskakuje ze środka i błaga o litość, a potem wsadza łeb i znów muszę skakać po krzesłach żeby przywiesić wszystko na żabki... Zaczął też strasznie wyglądać przez okno i ...szczekać. Moja wina, bo dałam mu większą swobodę w tym, też mnie to wkurza jak bez przerwy ktoś w tym podbalkonowym ogródku łazi, wpuszcza pieski czy gromadzą się stada ptaków i wcinają odpady. Żre mnie to strasznie ale chyba muszę iść do sąsiadów z ciastem i pytać czy mogę sobie to zagospodarować, wtedy bym ogrodziła dla świętego spokoju, walnęła trochę kwiatów i zamiast obleśnego trawnika miałabym pod oknem ładnie. Tak to mam burdel, bo jakiś miły sąsiad tam sobie zrobił kompostownik i zrzuca z balkonu stare jedzenie, ostatnio były 2 łby karpia, wczoraj żeberka, a do tej pory leżą zgniłe jabłka...A! była też choinka po świętach. Pasowałoby mi jakieś duże krzaki przed balkonem, szczególnie że wtedy bym zasłoniła nasz balkon, a to już są 2 korzyści - nam nikt by się nie gapił, a Wald by nie widział tego co się tam dzieje i nic by go nie prowokowało. Tak to bez przerwy się wpienia,bo a to dzieciaki tam pomykają, a to idzie nasz sąsiad west ( a chłopczyk od niego robi taki rumor, śpiewa, krzyczy, piszczy, że zaraz zrywa się onka z ujadaniem i Wald za nią w chórkach, sądzę że nawet robi to celowo żeby podrażnić psy...), a to jakiś inny piesek tam wejdzie. Wczoraj jakiś menel chyba szykował się do srania ale jak Wald ryknął to widziałam tylko uciekającą czapkę. I tak uważam że jest grzeczny, na tle westa i onki wypada cicho, więc stwierdziłam że skoro tamte nikomu nie przeszkadzają to jeszcze trzeci na dokładkę też nie zaszkodzi... A co do samego Walda, czuję żeśmy się zżyli przez to nasze wspólne chorowanie. Ćwiczenia i odświeżanie samokontroli dużo dały. Jest spokojniejszy, aż jestem zaskoczona że wytrzymał tyle czasu w takim spokoju, dawniej by go już nosiło, coś by rozszarpał, gonił z piłeczką. Jestem z niego dumna, choć mam wizję tego że trzeba teraz jechać w pola żeby mu to wynagrodzić. Nie wiem jak nam to wyjdzie, bo ja ciągle nie jestem zdrowa. Trzyma mnie to cholerstwo, kaszlę jak astmatyk, dalej smarkam, jakoś sztucznie to wszystko bo czuję się dobrze, poleciałabym już z psem, ale jak wrócę to chcę się udusić. Właśnie na 11 zasuwam do lekarki, dziś kończy się moje L4, ciekawe jaki teraz będzie werdykt, z jednej strony mi się wcale nie chce wracać do pracy i siedzieć po 12h niedoleczona , a z drugiej przecież ja nie mogę tyle czasu leżeć, czuję się z tym podle i nosi mnie okropnie. Znów za dużo napisałam. Cholera...
  3. Dzieki Ci za to ;) Dokładnie tak,z pozoru wydawałoby się że pies jest bezpieczny, ale nie chodzi o niego a o to że wchodząc do sklepu, będąc nawet metr od tego psa i widząc go nie mamy gwarancji jego bezpieczeństwa!, bo tak czy siak musimy skupić się na innej czynności - odwrócić się przodem do kasjerki, pokazać jej towar, zagapić do portfela czy na wbijany pin, wziąc siatki itd. Choć może i racja, mogłam z psem przynieść sobie potykacz, z wypisanym " proszę nie podchodzić do mojego psa", wtedy baba ciągnięta przez "ucieszonego labusia" nie wypadłaby zza rogu na mojego rozpoznając że już się znają, nie zaczęłyby się bawić, nie splątałyby się. Moja wina, nie pomyślałam jak wiele ludzi chętnie pozwala się witać swoim psom z młodym uroczym znajomym i chętnym do zabawy , przyczepionym pod sklepem pieskiem. Mimo wszystko zamiast zostawiać psa i dawać światu ostrzeżenie że nie wolno się zbliżać wolę go zwyczajnie nie zostawiać. Można zostawić psa pod hipermarketem i iść na godzinę , wyjśc i pies będzie czekał nietknięty, a pod osiedlowym na 5 minut wskoczyć po bułki i własnie taka sytuacja się może stać - i to i to jest dla mnie na nie, bo stwarza komuś okazję do zrobienia czegoś z psem pod naszą chwilową niekontrolą. Napisałam (o 6 minutach) tyko to co wyczytałam pod komentarzami do sprawy, że to były drobne zakupy, kilka minutek.
  4. Wagowo pointer, ale z resztą opisu się nie zgadza ;) Nie wiem też czy w mieście już krzywo nie patrzą na wszystko...
  5. Łoranybosse ile śniegu. W Krk ledwo co leży... No właśnie, coś Nura w jej własnym wątku brakuje...
  6. Nieee,pamiętam ale brakuje mi czasu. Teraz jestem na.l4 to nadrabiam. Hmmm a jak powiem że to Kincia chce to coś to zmieni ?;)
  7. Bardzo smutne. Włączyłam teraz dogo na komórce i przeraziłam się...ile ja tego napisałam. Nie wiedziałam...samo jakoś się tak polało. Magda - a co to właściwie znaczy Tiamat? Od czego to imię? Ciekawi mnie to,wydawałoby sie oryginalne a jest pełno suk o tym imieniu... pierwszy raz spotkałam taką sznaucerkę,po imieniu myślałam że to pies. Potem okazało sie że co drugi pies w hodowlach ma tak na imię.
  8. Ciociu Lili,gratulacje,wreszcie sprawiłaś sobie pointera! Mówłam że to jedyna słuszna rasa ;)
  9. To co,wyleczysz grzyba ale ten zalążek dalej tam siedzi?
  10. Przepraszam,czyją teściową? Bo chyba nie moją?
  11. To chyba jak z Royalem. Ha, ja też chodziłam kiedyś do zologa, gdzie baba była tak opryskliwa że szok. Wchodzę, chce kupić obrożę, pytam czy są jakieś na takiego pieska - " no jak widać, jest co widać", pytam w jakiej cenie " no kazda w innej", pytam czy można przymierzyć " nie bo się pobrudzi od psa sierścią, pani bierze czy przyszła pooglądać sobie?". Natomiast ostatnio weszłam do sklepu o 17.46 nieświadoma że jest tylko do 18, a pan obsłużył mnie z taką klasą że jesooo, wyłożył mi wszystkie kagańce jakie miał, potem jeszcze obroże a na koniec jeszcze mi przeanalizował składy legowisk! Masz takie foto jak jest obcięta? Ja nie lubię ogólnie szorstkiej sierści, ale nie powiem, bo każdy jeden dłuższy kłaczek to jest potencjał do nowej super fryzury.
  12. A nie jest tak też że jak pies jest wyleczony to go nie powinno zlapać?
  13. dawno nie było mię Teoś kochany, jak dawno go nie widziałam. Jaki ucieszony z tej brudnej kuli śniegu :D Kinia pozdrawia :) A kolejka. booooska! Też chcę !
  14. pięknie na tym zdjęciu Sońka wygląda, zachwycam się! Całościowo, nie tylko sylwetką. aaa ja nie wiem czemu teraz ludzie tak strasznie stawiają na masę. Co w tym jest? Przelatują wysokościowo i wagowo ponad wzorce i sa zachwyceni że taki dorodny piesek. A wzorce tylko podnoszą i podnoszą. Potem wszyscy patrzą na normalnego psa i jest " ojejku, jaki on mały!" :D
  15. Kurde, nagle wyskoczyliście mi w subskrypcjach i przypomniałam sobie że faktycznie kiedyś was odwiedzałam, nie pojmuję działania tego nowego dogo :D Jak już jestem wypada mi nadrobić. A nim to zrobię to ciekawa jestem jak tam u was, pamiętam że jak byłam tu kiedyś to chłopaki coś mieli jakiś wojenny okres, przeszło , pracowaliście nad tym długo?
  16. No ja tu do bulla go sprowadzam a ta z pointerem wyskakuje :D A serio , jak poznałam pierwszego "naszego" pointera - Pumę, która miała wtedy może ze 3 mce - to byłam święcie przekonana że oni są tacy podobni, no identyczni! Ale ja ogólnie miałam tę manię że każdy biało-czarny piesek był Amorkiem (teraz widzę ogromną różnicę)nawet przyznam się że był moment że stwierdziłam że tak czy siak będę miała kolejnego psa więc jak znajdę identycznego psa to go adoptuję zamiast kupować z hodowli. Nie znałazłam nigdy ani w calu podobnego mimo pospolitości takich kundelków jak on... Nie z dnia na dzień, ale można powiedzieć że tak odchodził przez ostatni rok swojego życia. :( Pamiętam nasz ostatni długi spacer - wzięłam wtedy z nami pointera Kastora i poszliśmy rekreacyjnie na naszą codzienną wędrówkę wzdłuż Wisły, może godzinka drogi fajnym marszem, uwielbiałam to. Amor schodził łapy na górskich szlakach,więc nigdy całodzienna wędrówka nie sprawiała mu kłopotu, aż nagle w środku tej lekkiej trasy położył się. Nie chciał drgnąć, odpoczywaliśmy długo, pozwoliłam mu leżeć w cieniu, przespał się gdy ja bawiłam się z Kastorem. Mimo odpoczynku nie był w stanie wrócić, musiałam go wziąć na ręce i nieść... To był pierwszy sygnał że coś nie tak. Przy wizycie u weta wyszło serce :( Pamiętam jak dziś jak strasznie płakałam jak wetka powiedziała że możemy mu tylko pomóc i ulżyć, ale nie możemy cofnąć tego co dzieje się w jego organizmie i niedługo dojdziemy do punktu z którego już nikt nie będzie potrafił mu pomóc... Zaczął przyjmować leki, oszczędzać się, po tej diagnozie musiałam zrezygnować ze wszystkiego co robiliśmy , zostawić go u rodziców pod opiekę pomimo że zawsze sobie obiecywałam że cokolwiek się dziać będzie to go nie zostawię i zawsze będziemy razem. Nie dało rady, Amorowi zbierała się woda w narządach, dostawał leki ściągające, musiał sikać co jakiś krótki okres czasu, ktos musiał przy nim być ciągle żeby w razie jakby to mu pomóc. Rodzice wytrwale schodzili z nim pod blok kiedy widzieli że coś jest nie tak - kręcił się wtedy niespokojnie, krztusił (kaszel przy wysiłku już zaczął mieć wcześniej) , nie mógł znaleźć sobie miejsca, wszystko go bolało i nie był w stanie stać na obolałych łapach ani polożyć się na przepełnionym wodą brzuchu... Potem doszły ataki padaczki, które tez już były wcześniej w formie ukrytej, z tym że nasilały się z czasem. Początkowo gdy jeszcze był zdrowy moja mama zaobserwowała że np biegł obszczekiwać za płotem przechodniów i nagle wykopyrtnął się na pyszczek, tak jakby splątały mu się łapki i nie mógł wstać. Wstawał szybko i leciał szczekać dalej więc początkowo uznawali to za przypadek, przecież i pies może się czasem przewrócić... Potem nie było juz wątpliwości - zobaczyłam jego pierwszy prawdziwy atak. Wracałam ze spaceru, Am wesoły, promienny, ale pod blokiem zawsze stawał się czujny i czekał aż któryś z jego rywali wyjdzie. Akurat trafiliśmy na sąsiadkę jak wychodziła ze swoim psem, byłam wściekła że musi się pakować nam na widok, bo względnie udało mi się Amorka uspokoić... Am wtedy stał wyprężony na parkingu wyglądając zza aut, na szyi miał łańcuszek zaciskowy i już szykowałam się do korekty, kiedy... zesztywniał i zaczął się zataczać. Pierwsza myśl - może go przydusiłam. Potem okazało się co dzieje się naprawdę - Am spuścił głowę, zaczął się ślinić, język wypadł bezwładnie mu z pyska i na sztywnych łapach toczył się gdzieś dalej jakby grawitacja przestała istnieć a ja starałam się nadążyć za nim żeby go nie zdusić raz jeszcze ale go złapać, podtrzymać. Osunął się na ziemię i zaczęło go trzepać, rozgryzł sobie wtedy język, a kiedy próbowałam zrobić cokolwiek bronił się przede mną. Przeszło po chwili, podniósł się skruszony, ale ja już byłam zbyt zszokowana żeby nad tym myśleć, wzięłam go na ręce i poleciałam do domu. Natychmiast wylądowaliśmy u weta. Wetka podała mu leki, zbadała, zrobiła badania, pocieszyła mnie też że to wcale nie jest tak że pies nie czuje mojego wsparcia w takiej chwili, tylko to taki odruch że pies broni się jako najsłabszym przed atakującym go stadem, wytłumaczyła wszystko i dała instrukcję jak postępować przy takich atakach. Taki mocny atak powtórzył się w niedługim czasie , wet twierdzi że to wszytsko na tle nerwowym - a były do tego powody. Wtedy moja mama miała zawał, nocna akcja ratowników, cały rumor, nasze napięcie... Am rano znów spuścił głowę i zaczął się slinić. Krzyknęłam do ojca żeby mi pomógł i Am jakby się wybił z ataku, przeszło mu na chwilę. Ojciec ubrał się i poleciał po auto , ja w tym czasie zebrałam psa i zeszłam pod blok. I wtedy miała miejsce akcja z suką o której pisałam wyżej - Amor zaczął tracić świadomość i wtedy ona wyskoczyła na niego i złapała za gardło. Kłapał niezręcznie w powietrze, atakował krzaki, jakby nie wiedział co się działo... Pierwszy raz widziałam wtedy jak mój ojciec zachował się brutalnie wobec jakiegokolwiek zwierzęcia - kopnął ją żeby uratować naszego wepchanego w krzaki nieprzytomnego psa, żeby go ratować i popędzilismy do wetów... Już takich ataków nie było potem. Były za to mniejsze, które wcale nie były mniej groźne bo jak powiedziała wetka, każdy atak to mikrouraz mózgu i narządów... Jak wzięłam Walducha to Am zmienił sie troszkę - zawsze mówią że na przedłużenie życia swojemu pupilowi najlepszym sposobem i trochę to prawda. Nie wiedziałam do końca czy dobrze robię, bo początki ich kontaktu to były same ustawki, co gorsze Amor ustawiał już ustawionego Waldka, pienił się o niego i był zazdrosny a w jego sytuacji nerwów powinno być jak najmniej. To pewnie dlatego mój ojciec nie obdarzył Walda sympatią - on "dokuczał" Amorowi, zachęcał go do zabawy za co dostawał resztkami zębów, pozwalał mu zjadać swoje żarcie (bał się podejść do miski przy Amorze) przez co Amor czuł się tragicznie... Ja widziałam też inną stronę medalu - młokos Wald pchał Amorka przed siebie, mobilizował go do wszystkiego, był moment gdzie wychodziłam z nimi na spacery i czułam że to ten dawny Amor, nie ten schorowany i obolały... Szedł bo chciał być pierwszy,ale szedł, ruszał się, pomagał organizmowi pracować. Kiedy moi rodzice nie udźwignęli ciężaru żeby schodzić co 5 minut pod blok i jeszcze oszczędzać mu spotkań z psami jak on się pieklił na wszystkie , wyjechali na wieś. Tam miał otwarte drzwi non stop, można było wyskoczyć z nim w nocy nie przedłużając ubieraniem zjazdami windami itd, miał teren do łażenia, trochę zawsze potuptał, rozruszał obolałe stawy. Nie polepszało mu się jednak, a to wszystko była (jakże ciesząca mimo wszystko) otoczka lepszego samopoczucia, nie pomagała już nawet zmiana leków na mocniejsze... Wreszcie przyszedł etap że Amor zmniejszył swój ruch do zera, leżał głównie, nawet niechętnie szedł jeść czy pić. Wyciągany na siłę warczał i atakował ręce ze smyczą, nie chciał, im więcej leżał tym mniej siły miał żeby wstać... Pod koniec listopada widziałam go po raz ostatni. Pojechaliśmy tam z Waldkiem (na codzień pracowałam, więc byłam w Krk). Początkowo był bardzo zdziadziały, ale Wald powolutku go rozkręcał korzystając z jego zazdrości i zawiści - bo jak Wald szedł to Am też musiał i to jeszcze przed nim. Waldek pomagał nawet wyprowadzać go na spacery - Am już nie chciał wyjść wtedy spod stołu, ani na smaczka, ani wyciągany, a w brzuchu ciągle miał tonę wody którą musiał usuwać. Widząc jak mój tata bierze Waldka na smycz rodziła się w nim zazdrość taka że aż wstawał i ruszał powolutku za nimi, trzymałam go na flexi nadzorując żeby nie zrobił głupstwa, bo już potrafił iść na wprost jak leci bez względu czy taras się kończył czy nie. Nawet wtedy warczał, toczyliśmy okropne boje o zejścia po schodach, żeby nie dostał duszności, ale on bronił się zaciekle żeby nie iśc po płaskim. Ojciec szedł przed nami z Waldkiem nęcąc Amorka kawałkiem czekolady (w akcie desperacji musieliśmy jej użyć bo tylko na to reagował), a my dreptaliśmy z tyłu, tylko tak dało się wyprowadzić wtedy Amora. Wiedziałam już wtedy że mu już niewiele zostało. Nie chciałam się z nim żegnać, ale mimo wszystko zrobiłam to kiedy przyszedł do mnie ostatniej nocy. Wpadł na górę w obłędzie. Sapał, z pyska ciekła mu ślina, oddech miał gorący jakby płonął, dygotał, oczy otwarte szeroko z powiększonymi maksymalnie możliwie źrenicami, wbiegł po schodach rozpędem dobijając się do mojego pokoju, potem stanął przy łóżku i nie odczytałam niczego innego z jego oczu jak jedno wielkie "pomóż mi!". Nie było jak. Wiedziałam że już się nie da... Wsadziłam go na łóżko, ułożyłam mu górę poduszek, żeby tylko było mu miękko żeby nie bolalo go już nic. Byłam pewna że wtedy umrze... Głaskałam go delikatnie i widziałam, że leżąc w miękkim puchu dostosowującym się do jego ciała, czuje ulgę. Całą noc patrzyłam na niego, wspominając te nasze 13 lat, wszystkie wzloty i upadki, to jak pierwszy ras się zobaczyliśmy , jak na nas wyskoczył z ujadaniem i wcale mi się nie podobał, jak byłam pewna że jest suką bo sikał na kucaka, i to co było potem jak okazał swoje mordercze oblicze, ile zadym zrobił i jak ciężki się zdawał nim się dogadalismy... Dotykałam go aż za często, powtarzając sobie że jeśli już nie oddycha to znaczy że mu lepiej, że taka jest kolej rzeczy, a nie jest ważne ile żył ale jak żył... Am oddychał cały czas, z przerwami , żeby potem zachłystnąć się powietrzem i znów charczeć jak traktor. Przytulałam się do jego klatki piersiowej i nie słyszałam oddechu - to była jakaś praca w fabryce, huczały tam przerdzewiałe maszyny, a wrażenie było takie jakby to się miało zatrzymać... Musiałam wrócić do pracy, wyjechałam, zastanawiałam się co zrobimy jak on umrze, gdzie go pochowamy, przecież nie mamy w Krakowie cmentarza dla zwierząt, a ja go nigdzie nie zostawię, jak będzie wyglądał nasz dom bez Amora, jak długo będzie się jeszcze męczyć... Moje rozmyślania przerwał telefon i prośba żebym nie miała do rodziców żalu ale musieli... Ostatni tydzień Amorowego życia to była męczarnia. Nie wstawał już wcale. Błagalnie spogladał co chwila na miskę z wodą i mielił zaschniętym językiem prosząc żeby ktoś mu ją podał. Tego co wypił nie wysikiwał, bo nie wstawał, a podniesiony stał chwilę na sztywnych łapkach ze spuszczonym łbem a potem kładł się... Nie jadł już nic. Nawet leków nie dało się podać, bo wszystko wymiotował... Padła decyzja że trzeba mu to skrócić.... Kiedy wyjeżdzali do weta Amor wyszedł przed dom, zaciągnął się głęboko powietrzem, a potem puścił się galopem dookoła działki. Obiegł ją zupełnie bez celu i wrócił. Dał się zapiąć na smycz i pojechali... Moja mama nazwała to jego pożegnaniem, tam się urodził i tam umarł... nigdy nie widzieliśmy z jego strony czegoś bardziej wzruszającego. Wetka dała im wsparcie, kiedy robiła zastrzyk to czuli pomoc jaką dają Amorkowi... Wrócili z nim do domu, ojciec wykopał w kąciku działki pod brzozą dół w zmrożonej już ziemi i tam pochowali Amorka... Czasem moja mama pyta jak myślę, czy on jeszcze tam jest? Zawsze odpowiadam że jest, jeśli nie tam to gdzie indziej... I zawsze tam będzie...
  17. No teraz bardzo dobrze ;) Ale teraz tak myslę że faktycznie to może moja wina, bo ja na dziadowym lapku..
  18. i pointery z goldenem Mój kochany Amorek... wiem, pewnie przesadziłam z tymi fotkami, ale to wszystko wspomnienia, a jak juz ruszą to cięzko je zatrzymać....
  19. Am i bullina pokrojowo pasuje ;) Zawsze zastanawiam się właściwie jakie są między nimi różnice, widoczne, które sprawiają że stwierdza się od tyłu że to nie bull :P Am i babcia Waldka
  20. w temacie "kategorie wagowe" pozwoliłam sobie na małe wspomnienia i porównania... Mały Alduch i Amorek Tu już większy ( to ten ostatni tydzień kiedy Amorka widziałam po raz ostatni..) wielkościowo Am i sznaucer średniak (mam nadzieję że pretensji o wykorzystanie wizerunku sznaucera nie będzie)
  21. Ale dogo nie opuścicie? Bannerek do galeryjki dogo jest super, ale na tym blogowym jakiś zbyt czerwony jak dla mnie - bez urazy absolutnie, ale on jest piękniejszy niż na tym zdjęciu ;)
  22. No właśnie tak jak napisałam - dzieciaki widziały że jestem top, bo mój piesek jest fajny i za tym gnały. Miałam fajne zdjęcia, przychodzę wszędzie z psem, ludzie mnie lubią i poznają za to że angażuję się w psy, mój piesek jest modny bo ma fajną obrożę... Wiesz, młodziutkie osóbki za tym gonią, chcą rywalizować , chwalić się, jak podpatrzą że Twój pies robi sztuczki to zaraz lecą po swojego i biora się do szlifowania mistrza cyrku. Jak kupiłam Amorowi nową obroże to te dzieciaki rozbijały swoje skarbonki i pędziły po szelki czy obróżki z cekinkami, bo na pasku nie wypada psa prowadzić ;) Ale to dzieciaki, dorosłych jest znacznie gorzej reformować. Choć jak siądziesz, jak wejdziesz juz w relację to tak powoli, powoli, na zasadzie żeby to sie od nich wydobyło, żeby sami do tego doszli, bo jak wrzaśniesz "sterylizujcie nieoświecone wsioki!" to się każdy obraża, ale jak ktoś stwierdzi że to własciwie to on do tego doszedł to to jest już dla niego niepodważalnie słuszne... Jak przyszłam do kogoś i mu wyszczotkowałam psa to zaraz ten pies miał szczotki, zaraz rozmowa o pchłach, a to mu trzeba obróżkę kupić itd. Spowodowałam kilka puszczeń psów z łańcucha, jedną sterylkę (co śmieszniejsze to wtedy pomagałam tej pani szukać samca dla jej suki!), powiększenie kojca itd. Ba, nawet swojego czasu "organizowałam" psie joggingi po wiosce gdzie dzieciaczki biegały ze mną ( ja z Amorem) ze swoimi psami, i psie kąpiele nad rzeką, psy miały swoje strony, były sławne, dzieciaki cieszyły się jak cholera, ale w zamian za to musiały dbać, wyczesać, związać się z tym psem, ucywilizować go itd. Te dzieciaki teraz są duże ale ich psy przeżyły dobrze, a kolejne już są trzymane bardziej świadomie... To trochę tak jak teraz agility czy wszelkie psie sporty. Pieski siedzą w domach i pierdzą w kanapy, ale jak dziewuszka oglądnie filmik to nagle zainspirowana robi z psa sportowca. Nie zawsze jest to idealne - wiadomo, ale to jest zalążek. Znacznie łatwiej to potem szlifować niż zatwardziałe zdanie starszych osób...
  23. Ale... czytałam pod komentarzami na fb z tej sytuacji o psie że te panie własnie weszły na chwilę ("po bułki" "jedną rzecz") i zajęło im to rzekomo 6 minut... Po bułki nie chodzi się jako jedyna osoba będąca w sklepie - tu przewidzieć trzeba kolejkę, więc to nie wejść-wyjść. Sama dawniej wskakiwałam do masarni - szłam z psem, nikogo nie było to siup szybko, szyba na cały sklep więc pies na widoku...Szybko zrezygnowałam, jak zachęcona że tylko jedna osoba , trafiłam na jakąś staruszkę która brała po kilka plasterków szynki z kilku rodzajów, potem szukała drobnych analizując czy lepiej po 5gr czy po 10 i ucinała sobie pogaduszkę o jej zmarłym mężu. Niby miało być 2 minuty a jednak wychodziło 20, za nami ustawiała się kolejka, ludzie zasłaniali mi psa, a jakby się kto odezwał to babcia wpadała w oburzenie i zamiast streszczać się to jeszcze wygłaszała przemowę jaka to straszna niekultura wobec osób starszych się szerzy... Nigdy nie wiemy na jaką sytuację trafimy, może się skończyć towar, może się zaciąć terminal, ludzie mogą przedłużać zakupy. Zdecydowanie z psem nie, bo wiadomo jaka jest zasada - im bardziej się człowiek śpieszy tym wolniej i mniej sprawnie wszystko idzie. Miałam też raz sytuację że jakaś kobitka mi odpięła psa spod tej samej masarni - podeszła ze swoim , zaczęły się bawić i smyczki się splątały, więc uwalniając je uwolniła mojego, a on już nie dał się złapać tylko biegał z ujadaniem po chodniku.... Nie ma 5 minut jak dla mnie. Tak jak nie ma podzielnej uwagi jak jedziesz autem i gadasz przez telefon naraz, a to co nam się wydaje...wydaje nam się. My też mielismy takie sytuacje. Raz weszłam za przyjaciółką do osiedlowego sklepu i nagle usłyszałam jazgot - prawdopodobnie menel odpiął mojego psa i gdyby nie fakt że pies rzucił się na niego z pianą i białkami na wierzchu to byłby może nawet smalcem. Na początku nie wiedziałyśmy co się stało, ba, nawet przeprosiłam gościa że pies się odpiął i go zaatakował, ale potem jak już ochłonęłyśmy wersja okazała się całkiem inna... Drugi raz szła z nim moja mama, a że jest cukrzykiem spadł jej nagle cukier, zaczęło jej się mielić przed oczami więc szybko przypięła psa pod sklepem i poszła po jakieś lody żeby się ratować. 2 minuty później jak już odpakowywała papierem to huknęła krata, odpadła na ziemię i pies ciągnąc ją wystartował do psa sąsiada... Znajoma (właśnie poznałam ją robiąc aferę "zaginiony piesek") zostawiała psa kładąc jego smyczkę flexi na ziemi. Luzem, nie wiąże, a suka tak boi się tej flexi że jakby ona ruszyła z furkotem to woli być sztywna i stać nieruchomo. Nie ruszyła do czas jak nie dopadł jej jakiś napalony samczyk, a jak już ruszyła furkocząca flexi to amen. Ostatnio jakaś pani przywiązała pod warzywniakiem pieska, mały kundeleczek, nie widziałam go zza samochodu do czasu jak nie wdepnęłam mu na 10 metrowy sznureczek z flexi... Co lepsze, flexi była przywiązana do słupka, stamtąd sznurek przechodził na chodnik, pod zderzak samochodu, drugi chodnik i wrescie pod drzwi. Tuż obok była jezdnia, pies dosięgał spokojnie drugiej jej strony jakby chciał... Zszokowana aż zawróciłam, weszłam do sklepu i zapytałam którego kretyna piesek, na to słyszę że pani zrobiła zakupy warzywne i poszła szybko do innego sklepu obok po coś jeszcze i kazała zerkac na pieska, więc panie patrzą. Czekałam z 15 minut , gdybym nie spieszyła się wtedy okropnie to bym chyba babsztylowi skopała tyłek ... Z kolei wieczorami jak już wracam z pracy często wchodzę do tzw Fresh Marketu, Żabka inaczej. Umówmy się, duży sklep, kolejka zawsze podwójna bo jeszcze jest stanowisko z hotdogami a sprzedawczyni jedna. Wychodzę i szturcham westa drzwiami, bo piesek jest na krótko przywiązany do klamki od zewnątrz, w ciemności, więc jakby na dobrą sprawę jakiś młodzian szarpnął to piesek ma się kiepsko. Pytałam kiedyś czyj piesek, nikt się nie przyznał, ale po takim czasie już mam faceta zlokalizowanego, tylko się obraził na mnie śmiertelnie jak mu powiedziałam że jest mocno niepoważny i ignoruje mnie... Jak przemawiać do takich ludzi skoro dla nich to obraza... Macie na to sposoby?
×
×
  • Create New...