Jump to content
Dogomania

Ekiana

Members
  • Posts

    1287
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Ekiana

  1. Ewa, dziękuję za sms (odczytałam dopiero teraz) i wczorajszy telefon. Jakoś nie miałam humoru na rozpakowywanie walizki i wyciąganie ładowarki, zrobiłam to dziś. Dopiero dziś wstępnie też posprzątaliśmy. Miski Stasi oczywiście stoją nadal. Oglądaliśmy jeszcze zdjęcia z Łukasza komorki i filmik jak Stasia pije na leżąco :) Śmieszna była, fajniutka, żadnych wad, same zalety. Tylko z tym apetytem był zawsze kłopot, jak widać miało to głębsze podłoże. Kto by pomyślał, ja nie. Dziękujemy za możliwość poznania Stasi, a miłość do niej jest czymś oczywistym, samoistnym...
  2. Niemal od początku podczytuję wątek po cichutku. Trzymam kciuki za panienkę, na pewno znajdzie fajny domek. Tym czasem wyślijcie mi namiary na konto, wyślę jej kilka grosików do jej skarbonki.
  3. Piękny. Wiem, że to może dla niektórych osób dziwne, ale jakoś po ludziach aż taka żałość mnie nie brała jak po stracie Stasi.
  4. Dziękuję Alu. Ty byłaś przy adopcji Stasi, również dzięki Tobie ona się znalazła w naszym domu. Wspólnie we troje z Łukaszem przeżywaliśmy te pierwsze chwile. Rozumiem o czym piszesz, że Rysiek codziennie ratuje Ci życie, ona ratowała moje... Nim zdołałam napisać na wątku o Stasi weszłam tu i poczytałam o Ryśku dla otuchy, dla pocieszenia. Cieszę się, że macie siebie.
  5. Dziękuję Wam za słowa otuchy i wsparcie, to naprawdę pomaga i wiele dla nas znaczy. Ja tu piszę, a okazało się, że i Łukasz podczytuje sobie po cichutku w pracy i wiem, że też dziękuje. Tak, Stasia miała ludzką duszę. Wywoływała szczególne odczucia nawet u obcych osób. To imie tez pasowało do niej idealnie. Mięciutkie, zdrobniałe i ludzkie. To był dla mnie pies marzeń bo duży i nie wiem czemu ale na długo jeszcze przed jej poznaniem wyobraziłam sobie, że chciałabym mieć suczkę o imieniu Asia :) A przyszła do mnie Stasia. Idealniejsza niz w moich najzuchwalszych marzeniach. Przekroczyła wszystkie oczekiwania i była taka ładna. Stasia miała też poczucie humoru. Mimo, że bała się burzy i ogólnie nieprzyjemnych hałasów. Na spacerach na przykład wyprzedzalam ją i chowałam się np. za żywopłot albo krzaczek, a jak była blisko wyskakiwałam i robiłam "łaaa", ależ merdała ogonem zaskoczona ale i zadowolona i roześmiana. I też wyłapywała kiedy się śmiejemy, wtedy i ona merdała ogonem patrząc co ciekawego się dzieje. A pamiętam, że jakiś czas temu podawałam jej coś do jedzenia z ręki albo nowych misek (które kupiłam żeby było jej wygodniej) już nie pamiętam, ale Stasia się wahała podejść nie podejść, wyciągnęła szyję i taka długa chwila nastąpiła rozważania, myślenia i zrobiłam jej to "łaaa" :) i ona się roześmiała ogonem popatrzyła na nas i wzięła się za to jedzenie już bez zastanawiania się. Stasia miała taką swoją silną osobowość trudną do porównania, a jednocześnie bardzo wyrazistą i zauważalną nawet dla osób jej obcych. Wywoływała takie rozczulenie, które było widać w oczach przechodniów,ale też i szacunek. Np. mój tato ma na imię Stanisław i nigdy nie było ani nawet tematu dotyczącego, że coś z jej imieniem jest nie tak. Tylko mój szwagier coś tam raz nawiązał, że może nie wypada,ale mój tato nie miał absolutnie nic przeciw, w ogóle nigdy nie było słowa w tym względzie.Taki temat w ogole nie istniał. Tak jak wspominałam, dzięki Stasi dopiero poznałam naszych sasiadów z bloku. Mieszkamy w długim wieżowcu i bez powodu nie mam zwyczaju wychodzić. Przez dwa lata mieszkania tutaj byłam więc całkowicie anonimowa... do czasu zamieszkania u nas Stasi. Ci ludzie okazali się, ze bardzo fajni i w ogóle tutejsza okolica jest bardzo psolubna. Stasia dostała od nich dużo sympatii i wyrozumialości. Często zatrzymywali się na pogłaskanie albo pogadanie co u niej slychać, jak się czuje. Zawsze okazywali zrozumienie np. dla tej sytuacji, że Stasia chce jechać sama windą. Bardzo rzadko decydowała się zaszczycić swoją osobą jakiegoś innego uczestnika windy. Wolała zaczekać na następną. Wszyscy się uśmiechali i mówili ok. :) Na zajutrz po przylocie poszłam kupić jakiś prowiant na wyjazd do Legnicy i pierwszy napotkany sąsiad zapytał mnie "gdzie strażnik". Od tamtego czasu jeszcze nie wyszłam z domu. Stasia była też znana w mojej szkole (Warszawska Szkoła Reklamy). Uwielbiała jeździć samochodem, więc odwozili mnie z Łukaszem lub przyjeżdżali po mnie. Nie było też problemu jeśli zajęcia się przedłużyły aby poczekali razem w środku. Stasia też pozowala mi chcąc nie chcąc do różnych projektów, ale też jej los i innych piesków, o których poczytałam na dogomanii był inspiracją do realizacji zadań szkolnych. Na przykład tego storyboardu, którego celem było stworzenie reklamy telewizyjnej uświadamiającej i przeciwdziałającej bezdomności zwierząt. [video=youtube;EPIxa2Wp0LQ]http://www.youtube.com/watch?v=EPIxa2Wp0LQ[/video] Mało tego. Stasia robiła takie wrażenie, że pozwolono mi nawet z nią wejść do banku. Sprawy się przedłużały, a ja denerwowałam się, że Stasia jest na zewnątrz - Pani z banku sama zaproponowała aby Stasia weszła, że to żaden problem. I rzeczywiście, Stasia grzecznie koło mnie leżała aż wszystkie formalności zostaną załatwione. Pamiętam, że wyglądała pięknie gdyż obok był na biurku taki rozłożysty zwisający kwiatek i Stasia wkomponowana na jego tle jak pantera ułożona wyglądała jak orientalna ozdoba :) Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia... juz tylko wspomnienia :(
  6. Dokładnie - ja też niby piszę, a do mnie nie dociera.
  7. Ja ryczę od rana bo wcześniej starałam się nie rozklejać żeby nie denerwować kierowcy. Bałam się żebyśmy wszyscy na jakimś drzewie nie wylądowali. Na wakacjach byliśmy na Kanarach, wylot mieliśmy zaplanowany na 22 lipca na godzinę 1 w nocy, o 23 boarding (czyli przechodzenie przez bramki), przesunęli na 4 rano, potem 5 godzin utknęliśmy w Barcelonie, potem 3 godziny chyba we Frankfurcie. Do domu dotarliśmy do domu w Warszawie około godziny 24, 24 lipca, wiadomość o Stasi w okolicach 1 w nocy 24 lipca, spać się nie da, rozpacz i myślenie "co teraz" bo ukojenie znajduje w działaniu. Może nie ukojenie, ale stabilizowanie swojego stanu emocjonalnego. Rano ja dzwoniłam sprw. walizek i do Marysi, Łukaszowi pozwoliłam nieco pospać i jechaliśmy po Stasię. Pożegnanie. Grubo po 14 gubiąc się niestety po drodze wydostawaliśmy się z Warszawy i ponad 8 godzin jazda do Legnicy. Dojechaliśmy za późno, było już ciemno. Musieliśmy ją pochować następnego dnia, czyli wczoraj rano. Byl Łukasz i mój tato. W ładnym miejscu, z szacunkiem. Mama wybrała ładne miejsce. Ja nie pojechałam, raz, że bałam się, a dwa, że tylko jedno miejsce w samochodzie było wolne, czyli dla taty. Wiedziałam, że jak zacznę pękać to na całego, a nie wolno. Nie w tym momencie. Wrócili i pojechaliśmy znów do Warszawy, znów 8 godzin. Tak, jak mówisz Pliszka - czas leczy rany. Dla mnie jeszcze mało czasu. Ale nie chcę być twarda i harda jak moja siostra, która po swojej Mice żałobę nosi cały czas chociaż mija już 8 rok. Ale ciężko jest. Cieszę się, że mam was. Wypisać się to też pomaga. Dziękuję
  8. Wyniki nie były dobre, ale Jagielski ocenił je jako plus minus. Czyli nie radykalnie złe. Dla pewności rozmawiałam jeszcze raz z onkologiem i powiedział, że wedle tych badań, które wykonał Stasia wydaje się być w porządku, chyba, że się coś tli o czym nie wiemy i czego nie widać. Ale zbadał ją dokładnie, życzył nam spokojnej podróży, nie powiedział nic mogloby nas martwić, dokładnie wiedział na ile jedziemy. Pytałam także co ewentualnie mam przekazać Marysi, więc tylko te antybiotyki i powiedział, że to po prostu profilaktyka. Dla mnie to jest szok, cios, zaskoczenie z najmniej spodziewanej strony. Byłam świecie przekonana, że te rozstroje to po Ryśku, albo, że się czegoś nalizała z trawki, albo po tym, że jej podałam kurczaczka przyprawionego (kawalek) jako nagrodę bo już doszła do siebie. To się cofało i wracało ze dwa razy po indydencie bezpośrednio poryśkowym. Stasia była wpierw na diecie, ale kiedy było lepiej wracałam do karmy, która w ogóle poprawiała jej stan i kupa też się stabilizowała. Wizyta u lekarza była prewencyjna, ale też spowodowana tym, że Stasia się jakoś tak krztusiła, ale raz. Ja natomiast nie wiem jak się udziela pierwszej pomocy psu w takich sytuacjach dlatego także i tego chciałam się dowiedzieć. Badanie i jego wstępna ocena rtg nie były niepokojące. W każdym razie nic takiego mi lekarz nie powiedział. Wyniki oceny zdjęć przez radiologa mieliśmy odebrać po przyjeździe. Teraz z perspektywy czasu rzeczywiście widać, że coś się musiało dziać od dłuższego czasu co nie było łatwe do uchwycenia, że to to. Stasia była cały czas pod kontrolą kilku lekarzy. Ja cały czas kazałam sprawdzać wezły chłonne choćby przy obcinaniu pazurkow. Z każdą pierdołą chodziłam do weterynarza. Czy jestem spokojna... raczej w maraźmie. Dużo mnie nauczyło doświadczenie bezpośredniej obecności przy umieraniu mojej babci, którą się opiekowałam i byłam wtedy sama. Oswoiło mnie to ze smiercią o tyle, że wiem iż można odejść spokojnie, westchnąć z uśmiechem lekkim i spokojnym. Teraz właściwie dopiero mogę sobie pozwolić na wyżalenie się i upust emocji bo przez ostatnie dni musiałam się trzymać żeby nie denerwować Łukasza, który był kierowcą i nas wiózł. On to też strasznie przeżywał, on też powiedział, że bardzo mu pomogło zobaczenie Stasi, pogłaskanie i rozmowa z Marysią wraz z tą drugą panią, która była przy Stasi.
  9. No właśnie. Tak krótko z nami była... To był szok. To Łukasz pierwszy się dowiedział i kiedy przyszedł do mnie to już wiedziałam, że coś się stało, ale do głowy by mi nie przyszło, że chodzi o Stasię. Raczej, że o kogoś z rodziny. I w pierwszym momencie byłam zła jak powiedział. A potem kompletnie nie mogłam uwierzyć. Bardzo dużo mi pomogła rozmowa następnego dnia z Marysią, a potem spotkanie i zobaczenie Stasi, przytulenie, ucałowanie jeszcze ten ostatni raz. Śliczna, spokojniutka, śpiąca. Wiem, że nie cierpiała bo lekarz dał jej profilaktycznie środek przeciwzapalny będący jednocześnie przeciwbólowym. Dużo mi pomogla rozmowa z Marysią, opowiedziała jak to było. Wytłumaczyła mi, że Stasia się nie czuła tam źle czy porzucona przeze mnie. Chciałabym tak myśleć. Tzn. wiem, że Stasia była pod najlepszą opieką, ale wciąż zastanawiam się czy nie umarła w poczuciu, że ja ją oddałam :( Z drugiej strony Marysia mówiła, że może to lepiej, że nas nie było bo mogła odejsć spokojnie, nie musiała mnie pocieszać, ani nie odeszła w atmosferze walki w gabinecie medycznym. Chcę tak myśleć, i przede wszystkim szanuję fakt, że Stasia się po prostu już nie męczy. Wiem, że Stasia odeszła w spokoju i atmosferze troskliwej opieki. Tylko boli mnie moja samotność i, że przy niej mnie nie było. Z drugiej strony gdyby miała się emocjonalnie szarpać i z mojego powodu być niespokojna to wolałabym jej tego zaoszczędzić. A ona taka była, że dla mnie zrobiłaby wszystko. Np. Marysia mowiła, że psy nie lubią deszczu i Stasia także nie, a ze mną najdłuższe spacery były właśnie w deszcz bo ja lubię i ona szła. Albo sposób jej akceptacji Kubusia. Najpierw chciała go zjeść, ale potem jak ustaliłam z nią, że kiedy Kubuś chodzi po pokoju to ona ma leżeć na miejscu to tak było. Nawet nie musieliśmy ich pilnować. Marysia mówiła, że w tamtym dniu Stasia zachowywała się jak pies pierwotny. Szukała ustronnego miejsca, a kiedy Marysia nie pozwoliła jej zaszyć się, to Stasia poszła na swoje posłanie ułożyła się w ulubionej pozycji z łaputkami na krzyż. Teraz jej łapki pachnące przygodami przemierzają już inne przestrzenie. Zawsze szanowałam jej lekki dystans i mądrość. Każdy musi kiedyś odejsć, my też. Tylko właśnie te 11 miesięcy były takim krótkim czasem.
  10. Ale to Stasia właściwie staworzyła nam wspaniały dom do którego dzięki niej chciało się wracać. Ja jej tylko chciałam podziękować i wynagrodzić wszystko co złe doświadczyła wcześniej. Stasia mi wiele pomogła. Miałam wcześniej taki dołek i nie chciało mi się wychodzic z domu, a z nią to była przyjemność. Zabierałam ją ze sobą zawsze kiedy tylko mogłam. Dużo nowych fajnych znajomości dzięki niej nawiązałam, poznałam swoich sąsiadów z bloku. Albo kiedyś zabolał mnie ząb i potrzebowałam pójść szybko do dentysty, ale nie wiedziałam jaki byłby wystarczająco cierpliwy i wyrozumiały względem mojego silnego stresu w takich sytuacjach, to również pośrednio Stasi zawdzięczam pomocną łapę. Otóż wzięłam ją na spacer i tak długo chodziłam aż nie spotkałam znajomych "psiarzy", którzy poradzili mi co zrobić. Gdy nie Stasia taka sytuacja nie miałaby miejsca i nie wiem co bym zrobiła. Prawdopodobnie wsiadłabym w autobus i pokonywała 8 godzin nocą do Legnicy, a mogłoby być za późno (bo z tego co dentystka mówiła i tak trafiłam w ostatnim momencie uratowania zęba). Ale przede wszystkim zawdzięczam jej to, że po prostu była. Ja dużo siedzę w domu sama, a ze Stasią to już nie sama. Oglądałyśmy razem telewizję, tzn. ja oglądałam, a ona mi pozwalała obok siebie leżeć bo ostatnio przeprowadziliśmy się do większego pokoju i Stasia dostała swoją kanapę. Ech brak mi słów, była naszą Księżniczką, a teraz jej nie ma...
  11. Ewa, ona była Twoja. Nie zdjęłam jej nigdy obroży od Ciebie. To była Stasi własność, Stasi prezent od Ciebie, potraktowałam to trochę symbolicznie jak się daje dzieciom medalik na chrzest, na szczęście. Stasia była Twoja, była Marysi, która ją ratowała na samym poczatku i na końcu i w momencie odchodzenia stała się też bliska tej dziewczynie, która z nią wtedy była (niestety z wrażenia imienia jej nie pamiętam). Pamiętam natomiast jej twarz, jej dobro, które z niej emanowało i czułość i wiem, że w tym ostatnim momencie Stasia była otoczona samym czystym dobrem, nie była sama. Ale dramat mój osobisty polega na tym, że Stasia nie była ze mną. Nie możesz się do mnie dodzwonić bo moja komórka już padła. Walizkę prawdopodobnie będę miała jutro wieczorem. Jest tam ładowarka, kosmetyki, ubrania. Chwilowo mam poczucie, że nie zostało mi nic. Na lotnisku w Hiszpanii czekaliśmy 5 godzin, przeszłam się po sklepach, kupiłam gazetę o różnych zwierzątkach, gratis było frisbee rozkładane w 5 sekund. Ucieszyłam się, że Stasia będzie miała. Pobawi się czy nie, ale będzie miała. Może najdzie ją humor. Jakiś czas wcześniej przed wyjazdem kupiłam jej zabawkę edukacyjną, w której odnajduje się smakołyki, ale nie miała apetytu przez te problemy, o których wspominałam, które raz się cofały, a raz wracały. Zabawka nigdy nie użyta czekała na lepszy moment. W przed dzień wyjazdu do hoteliku byliśmy ze Stasią u lekarza na Białobrzeskiej. Musiałam mieć pewność co do jej stanu zdrowia. Traf chciał, że trafiliśmy na tego samego onkologa, który Stasię znał i badał przed zabiegiem. Stasi porobiliśmy rtg i ogólne badania, zapisał antybiotyki profilaktycznie. Wydawało się być wszystko raczej w porządku.
  12. Stasia nie żyje. Dosłownie nie jestem w stanie pisać. Odeszła 23 sierpnia około 21:30. Była w hotelu u Marysi. Mieliśmy wrócić 23 o 10 rano, ale loty się poopóźniały, wróciliśmy po 24, wiadmość o śmierci dotarła w okolicach 1 w nocy. Ja nadal nie mam swojej walizki, a w niej ładowarki do telefonu. Wczoraj ją pochowaliśmy u moich rodziców pod Legnicą. Wszystkie pieski nasze teraz śpią razem... Kama, Mika... a teraz Stasia... Masakra Ewa, jeśli coś to zadzwoń do Marysi bo ja na razie nie mam sily o tym pisać. Chyba tez trzeba przenieść wątek. Ja nie umiem i też nie jestem jego autorem.
  13. A która kobieta nie jest przekupna?:) Jednym wystarczą kwiaty, innym jakaś biżuteria, a Stasia ceni mięsko :)
  14. To fakt, przydałoby się jej okazać trochę szacunku :) Ale widzę po jej czujnym wzroku ilekroć wracam z kuchni, że przymknie oko na wszelkie odstępstwa w savoir vivre byle mięcho było, konkretne kawałki mięcha :) :)
  15. No na pewno było by jej przyjemniej, a nie jak jakiś pies z podłogi :) toż to Księżniczka jest :)
  16. Parwo też nie mogła być bo nie było wymiotów, a to następuje razem z biegunką. Najważniejsze, że już oba psy mają to za sobą i apetyty mają :)
  17. Ale wiesz, dałam jej teraz troszkę mięska, bo już się ugotowało. Najpierw przyniosłam żeby się wystudziło. Stasia leżała na swoim posłaniu i od razu zaczęła węszyć i patrzeć się z wyrzutem, że jej nie podałam, a pachnie! :) Jak wystygło to podałam jej kawałek na zachętę, zjadła nawet nie wypluwając! :):) Zawsze najpierw spluwa, wącha, a dopiero potem je :) Resztę w misce odłożyłam na stojak. Dosłownie byłam w szoku, Stasia sama wstała i poszła zjeść mięcho :) No ale wiadomo, co mięcho to nie sucholce :) A potem jak zjadła to przyszła z takim ogonem rozmachanym się pogłaskać :) No cóż - trzeba po prostu smaczne psu dawać :)
  18. No nie właśnie. Podejrzewano najbardziej robale od Ryśka,ale rozważano też, że coś musiała coś zakażonego zlizać z trawki, którą lubi wąchać na spacerze, albo, że babeszja, albo, że parwowiroza. Jednak, w przypadku parwo to by się sprawa rozegrała szybko, w przypadku babeszjozy miałaby inny kolor moczu (a był ok.) no i też by pies bardziej cierpiał,a symptomy byłyby bardzo widoczne, że na pewno byśmy nie odczekiwali, nie było by też apetytu. No więc tak czy siak, skąd kolwiek by nie pochodziły to raczej były to pasożyty jakieś, chociaż robali w kupie nie widziałam, ale lekarz powiedział, że tylko niektóre widać, a wiele nie. Powiedziano mi, że jeśli leczenie nei przyniesie rezultatu to wtedy kupa pójdzie do analizy i zobaczymy co dalej. Ale na szczęście pozytywny rezultat nastąpił. Różne było też leczenie Ryśka, wiem, że on nie dostawał antybiotyków na kupę, tylko samo odrobaczanie i leki rozkurczowe, przeciwbólowe chyba. Może stąd dłuższy czas dochodzenia do siebie, no i ta jego chudość. Stasi zastosowano leczenie piorunujące, może dlatego, że jest psem w lepszej kondycji ogólnej. Mi szkoda, ze znów miała antybiotyki, ale co zrobić. Cieszę się jednak, że poprawa nastąpiła wręcz w ciągu kilku godzin, a reszta dni to ogólne dochodzenie do normy.
  19. Pod koniec mojego pobytu w Legnicy już mi się strasznie tęskniło za Stasią. Wiedziałam, że Stasia ma problemy z rozwolnieniem, ale raz było mniejsze raz większe, a raz wcale. Powiedziałam Łukaszowi aby poobserwował, trochę pozmieniał dietę i zobaczymy co dalej. Łukasz chciał już w pierwszym dniu zaprowadzić ją do lekarza,ale pomyślałam, że warto poczekać, może samo przejdzie - szkoda mi psa szprycować antybiotykami bo to by była już 3 seria w tym roku. Myślałam też, że może te niestrawności to z tęsknoty... Trwało to ok. tygodnia, a potem przyjechałam. Wyszłam z nią rano (od razu po przyjeździe) na spacer obserwować kupę :) No i co widzę? Luźna,ale nie leista, wiec pomyślałam, że jeśli będzie gorzej to wtedy pójdziemy do weterynarza, a jak nie to nie. Stasia miała apetyt, zjadla śniadanie, a ja poszłam spać bo nocnej podróży. Nastawiłam budzik na 15, ale obudziłam się po 14, a Stasia się już mocno krzątała dając znaki, że chce wyjść. Niestety za nim się ogarnęłam Stasia nie wytrzymała i nasiusiała mi w przedpokoju :) Głupio jej było, minę miała taką ubolewającą. Oczywiście dla mnie to nie problem posprzątać, tylko nim zebrałam to znów się lekko odwlekło wyjście. Niemniej jednak przyśpieszyłam tępo jak się dało, zero mycia, zero makijażu byle prędzej na dwór. Tam znów siku duuużo i kupa leista już. Było potwornie gorąco w tamtych dniach, wiem, że Stasia bardzo dużo piła w dzień i w nocy. Zdecydowałam, że czas pójść do weterynarza, Stasia głównie leżała na sfinksa i nie miała humoru. W tej pozycji lekarz mierzył jej temperaturę, a ona nawet nie drgnęła. To samo z podawaniem 4 zastrzyków, w tym jeden wiem, że bolesny bo szczypiący. Generalnie po przeprowadzeniu ze mną wywiadu stanęło na tym, że chyba Stasia się mogła jakimiś robalami zarazić od Ryśka. Nie od razu na to wpadłam bo problemy stasiowe zaczęły się tydzień po jego wyjeździe. Lekarz powiedział jednak, że to akurat okres potrzebny do wyklucia się, jeśli pozostawione zostały gdzieś jajeczka tych pasożytów. Stasia zatem obok antybiotyku, leków rozkurczowych, przeciwbólowych została też interwencyjnie odrobaczona. Miała też gorączkę. W zasadzie dość szybko zaczęła wracać do siebie i po kilku godzinach już widać było pierwsze efekty: zmiana nastroju i pozycji leżenia, zatrzymała się te z kupka. Oczywiście do tego doszła całkowita zmiana diety - dużo ryżu, mało mięsa (wedle zaleceń weterynarza). Przez 4 dni codziennie chodziłyśmy na zastrzyki, a później już było na tyle ok., że nie było takiej potrzeby. Cieszę się, że Stasia doszła do siebie i to w takim szybkim tempie. Generalnie jest dość dobrze ożywiona i ma z czego brać - inaczej niż Rysiek, który miał podobne objawy,ale borykał się z nimi ok. 3 tygodni i dodatkowo przy tym jeszcze schudł kilogram bidulek. W między czasie przyszły nowe miski na stojaku, które zamówiłam dla Stasi - celem kształcenia samodzielnego spożywania posiłków :) No,ale co? Nie podam bidulince chorutkiej do pyszczka?:) Wiem co myślicie! :) Sama tak myślę:) Znowu się złamałam i obsługuję :) No,ale ona taka chorutka, słabiutka i smutniutka była... Ale jak się jej poprawiło i zauważyłam, że nowa dieta bardzo jej się podoba, wręcz sama łapy dawała aby jej prędzej dać miskę (którą mieszałam aby się wystudziła) - to jej zaczęłam dawać na stojak aby jadła sama :) No i nawet jadła z chęcią sama! :) Dosłownie brawo jej biliśmy, że tak pięknie sama je! :) Teraz oczywiście jest już tym nieco znudzona i bywa, że wymusza aby ją karmić - np. na leżąco jak się jej poda kęska to je chętnie, a samej się nie chce wstać :) Ale ja już się poznałam na tych jej numerach i daję jej specjalnie mało, a częściej aby żołądek troszkę wyprodukował soków co jej będą apetyt podsycać :) Generalnie pierwszej nocy po przyjeździe znów niemal nie przespałam - Stasia też nie, leżała i dyszała, było strasznie gorąco. Ja się budziłam raz po raz sprawdzać co ona robi, czy nie chce wyjść bo naczytałam się co Idusiek pisała na wątku Śnieżki o tych niemal konwulsyjnych sraczkach (po odrobaczeniu) na kanapie z różnymi badziewiami i robalami. chciałam sobie tego oszczędzić i mieć szansę sprzątać choćby z podłogi byle nie z kanapy :) Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło, ale miałam też okazję wiedzieć jak się Stasia czuje i zobaczyć różnicę w porównaniu do kolejnej nocy. Kolejnej nocy Stasia już spała w pełnej krasie i pozycji "rozwalonej" na kanapie, łapy swobodne i chrapu chrapu :) W każdym razie Stasia czuje się już zdecydowanie dobrze. A ja jej właśnie gotuję mięcho, które będzie zamiast saszetek pedigree podawane do Acany a'la gulasz z sosem. Całkiem jej to smakuje, więc może bardziej chętna będzie do samodzielnej konsumpcji z miski :) Zdjęcia wstawię przy okazji - teraz tak chciałam po prostu napisać co u nas słychać:)
  20. Fajnie się czyta o Ryśku. Dłuższy czas tu nie zaglądałam ani na wątek stasiowy, a tu takie ładne nowości :) U mnie z kolei były problemy zdrowotne ze Stasią, więc byłam nią zajęta. Najprawdopodobniej (ale nie jest to pewne) zaraziła się czymś od Ryśka bo mieli podobne objawy - rozwolnienie z mniejszym i większym natężeniem. Stasia dość szybko doszła jako tako do normy po zastosowaniu lekarstw, a wiem, że Rysiek borykał się raz mniej raz bardziej ok. 3 tygodnie z tym problemem. Wiem też, że już teraz wszystko w porządku pod tym względem. Cieszy mnie to bardzo.
  21. Miałam kiedyś podobnego misia i zastanawiałam się jak mu dać na imię - ochrzczony został Misiu-Rysiu :) Pasują do siebie :) [IMG]http://images45.fotosik.pl/316/d7273a7bca27278f.jpg[/IMG]
  22. Angole foty robiły na takie dziwo co bez łyżeczki nie zje, tylko czeka aż się poda! :)
  23. Wiem, to straszne, muszę przestać! <pac! sama siebie w głowę> ;)
  24. Teraz jestem w Legnicy i znalazłam na tym komputerze zdjęcia, których na próżno już od dawna szukałam w Warszawie. Stare, jeszcze kurtki i fartuszki ;) Ale za to jaka dynamika! ;) Ciężko Stasi zrobić takie zdjęcia w pojedynkę - jedno musi robić za rozbawiacz, a drugie za fotografa :) Nie cierpię książki "Mały Książe", ale co prawda to prawda - "Kochać to patrzeć w tą samą stronę" ;) A tu dumna Księżniczka :)
×
×
  • Create New...