Jump to content
Dogomania

maciaszek

Members
  • Posts

    23614
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    2

Everything posted by maciaszek

  1. A nie zamierzasz może założyć kompostownika? Bo chciałabym przekazać w dobre ręce dżdżownice kalifornijskie :D U nas nie mają zbytnio racji bytu, a w pryźmie kompostowej by miały raj, a właściciel pożytek :)
  2. Wow, nigdy chyba tutaj nie było tylu osób na raz i takiego życia ;) Fajnie, że coś się dzieje, że jest temat do dyskusji, można się powymieniać poglądami. Dzięki za wszystkie wpisy. Te, które mnie "podbudowują" i te, które rozterki powiększają. Wszystkie są cenne! Dziękuję. Za cały Twój wpis i za życzenia :) Gończy polski mnie kusi :) Z wielu względów. Nie tylko wielkościowych, wyglądowych, charakterologicznych, ale i ze względu na to, że to bardzo zdrowa rasa, praktycznie wolna od genetycznych chorób, skrętów żołądka i innych koszmarów. Szansa na psa, który nie będzie chorował jest więc duża. A po tym jak odchodził Bazylek, nawet lekka choroba wywoła u mnie zawał :( Boję się. Ja to wszystko chyba bardziej dla siebie napisałam. Przelanie "na papier" pomaga. Uporządkować, wyrzucić z siebie, przemyśleć. Bo naprawdę mocno z myślami się biję i nie do końca dobrze się z tym wszystkim czuję. Wpis wywołał też dyskusję. Dyskusję, która nie tylko jest ciekawa, ale i na swój sposób pomocna. Napisałam szczerze jak jest, jak myślę i czuję również z tego powodu, że uważam, iż wtedy można szczerze rozmawiać, wiedząc jakie kto ma dokładnie poglądy i co nim w danym momencie kieruje. Dziękuję :) Jeśli chodzi o gończego polskiego to te psiaki są dostępne w zasadzie tylko z hodowli. Oglądam ogłoszenia. Szalenie rzadko zdarza się jakiś gończak albo psiak w typie gończego do adopcji. I najczęściej wtedy są to psy z problemami. Na przestrzeni ostatnich 5 miesięcy znam 4 takie przypadki - 2 nadpobudliwe sunie, która wymagały ogromnej ilości ruchu i aktywności wszelakiej (do tego jedna po przejściach, z problemami zdrowotnymi); pies polujący, którego trudno by było pozbawiać tej "rozrywki" (a my polować nie zamierzamy) i suczka z padaczką. A takimi "za i przeciw" był właśnie mój post poprzedni ;)
  3. Wszystkie Wasze wpisy przeczytałam uważnie. Temat jest skomplikowany. Na wielu płaszczyznach. Nie jesteś dziwna. Tak widzisz te kwestie i to Twój wybór. Szanuję go, rozumiem i na swój sposób podziwiam. Bo na dzień dzisiejszy nie umiem z taką łatwością tak myśleć. Pies bezdomny niekoniecznie równa się pies z problemami, ale znamy realia i wiemy, że często właśnie tak jest. I tu rodzi się pytanie czy na problemy jesteśmy gotowi, czy damy sobie z nimi radę? Nie będę się wdawać w szczegóły życia naszego rodzinnego, ale ilością problemów, stresów, dramatów jakie nas dopadły, i niestety wciąż dopadają, moglibyśmy spokojnie obdarować kilka rodzin. Zmęczenie psychiczne mocno daje mi się już we znaki, a mój mózg zrobił blokadę na jakiekolwiek nowe emocje i stresy. Jak się to ma do psów? Ano tak, że moja pomoc stała się obecnie bardziej machinalna niż emocjonalna. Jest mi głupio i źle się z tym czuję, bo nigdy tak nie miałam i czuję się jakby część mnie i miłości do zwierząt umarła, ale nie jestem teraz w stanie "przyjmować" jakiegokolwiek cierpienia czy problemów. A sama decyzja którego z potrzebujących psów wybrać to są emocje i nierzadko zderzenie z przykrą rzeczywistością (pies ze złą przeszłością...). Nie wiem jak to jest, ale wydaje mi się, że jakiś limit, wytrzymałość emocjonalno-psychiczna została wyczerpana. Że za dużo tego wszystkiego, a na co dzień wciąż są kłopoty, z którymi muszę się mierzyć. Więc na więcej już nie mam siły. I choć mi z tym głupio, bo zwierzakom zawsze pomagałam i zawsze mnie to wszystko ruszało (może nawet za bardzo), to po prostu tak jest. A jest jakby obok. Dziwny stan i mocno mi obcy. I choć odkąd psom pomagam, mówiłam sobie, że wezmę psa ze schroniska, jakiegoś psiaka, któremu trzeba pomóc, to obecnie się boję. Że nie podołam. Że to, co kiedyś byłoby ciekawym wyzwaniem dziś może mnie przerosnąć. Nie czuję się na siłach. I nie jest mi z tym dobrze :( A jednocześnie potrzebuję psiego przyjaciela. Czy w związku z tym powinnam męczyć się bez psa, czekając aż moja psychika odpocznie i będzie gotowa na ewentualne "pod górkę" z psem ze schroniska? Czy zamknąć oczy i iść na ślepo, licząc na to, że trafi się pies bezproblemowy? A może troszkę zmusić się do wzięcia bezdomniaka, z całym jego bagażem i być jak siłaczka, która zawsze da radę? Czy - pewnie z punktu widzenia części osób egoistycznie - wziąć psa konkretnej rasy, z hodowli, wiedząc mniej więcej czego się spodziewać i mogąc go ułożyć "pod siebie"? Oczywiście nie każdy pies ze schroniska jest chory albo problematyczny. Zdaje sobie z tego sprawę. Ale same dobrze wiecie jak jest. Śledzę wątki psów z naszego schroniska, które poszły do domów - z mało którym nie ma problemów. Część okazała się chora, niektóre poważnie. Część ma problem z lękiem separacyjnym, niektóre okazały się agresywne w stosunku do psów albo ludzi. Wiem, że i pies rodowodowy może być chory albo problematyczny. I że to wszystko trochę loteria. Ale konkretna rasa to jasność co do tego, czego, mniej więcej, można się spodziewać - w kontekście charakteru, wyglądu, potrzeb, ewentualnych chorób (częstych dla rasy). Nasz przyszły pies musi być mniejszy i lżejszy niż Bazyl - max 25-30 kg; być szczeniakiem albo bardzo młodym psem; być psem bez lęku separacyjnego; nie być psem nadpobudliwym, z ADHD; dogadywać się z innymi czworonogami, lubić dzieci; być psem, który nauczy się chodzić ze mną do pracy (w sensie, że będzie tam grzeczny ;) ); musi się też dogadać z jamnikowatym moich rodziców, który boi się psów większych od siebie i reaguje na nie agresją. Dorosły pies ze schroniska, średniej wielkości, to problem praktycznie nie do przeskoczenia, jeśli chodzi o psa moich rodziców. W grę wchodzi więc szczeniak, który znany i "oswojony" od małego, jako dorosły już takim "potworem", którego zjeść trzeba, nie będzie. Ale ze szczeniaka ze schroniska nie do końca wiadomo co wyrośnie. Może pies średniej wielkości, a może 50-kilowy psiuńcio? Oczywiście, że takiego nie wyrzucimy, ale naprawdę takiego konika mieć nie powinniśmy. Takie realia. Poza tym szczeniaczki akurat szybko znajdują domy. W schroniskach to te starsze psy dłużej na nie czekają. Czy pies ma lęk separacyjny - w schronisku się nie stwierdzi. To 50/50, uda się albo nie. Czy nie ma jakichś poważnych chorób - też niewiadoma. Czy nie ma jakichś złych nawyków, również. Wszystko to oczywiście są problemy do rozwiązania. Ale trzeba mieć na to siłę... Dlaczego czuję się źle z myślą o niewzięciu psa ze schroniska, podczas gdy nasz przyszły pies musi spełnić konkretne wytyczne (które niestety po części przekreślają psy ze schroniska), a do tego po prostu chciałabym mieć konkretnego psa (bo to rasa, której ogromnym plusem jest choćby zdrowie - po odejściu Bazylka mam traumę, boję się chorób...), potrzebuję szczeniaka, który sprawi mi dużo radości, z którym będę budowała więź od małego, a do tego ułożymy go "pod siebie"? Pomagałam zwierzakom przez sporą część życia, pomagam nadal i pewnie będę pomagać do śmierci. Nie robię może dużo; na pewno mogłabym więcej, mogłabym bardziej; ale jakiś swój wkład w ten temat mam. I myślę sobie, że to pewnego rodzaju paradoks - osoby, które pomagają, jeszcze dodatkowo "muszą" ponosić konsekwencje działań pseudohodowców i durnych właścicieli. Bo gdyby ich nie było, psy nie trafiały by do schronisk, a osoby takie jak ja mogłyby brać psy z hodowli, nie czując się winne, że nie wzięły schroniskowego. Chodzi mi po głowie konkretna rasa. Gdyby jej przedstawiciele byli w schronisku to prawdopodobne, że takowego byśmy przygarnęli. Niestety tych psów w schroniskach nie ma. A do tego jeszcze szczeniaków albo młodych (bo taki warunek musi być spełniony). Bazyl był rodowodowy. Nie żałuję ani jednej złotówki na jego kupno wydanej. Gdyby to było dziś, mogłabym za te pieniądze kupić sobie wycieczkę albo dobry telefon. Każdy decyduje sam na co wydaje oszczędności. Ja wydałam je na psa. Cudownego psa. Który, gdyby trafił na innych ludzi, może wylądowałby w schronisku. Bo, jako młodzieniaszek, sprawiał problemy, a poza tym chorował i jego leczenie sporo kosztowało. Nigdy nic nie wiadomo. Być może biorąc psa z hodowli to właśnie jemu polepsza się życie. Dużo niewiadomych. Dużo rozterek. Dużo pytań bez odpowiedzi. Trudne wybory. Nie wiem co zrobię... --------------------------------------------------- Gdzie kończy się pomaganie a zaczyna egoizm? Czy ktoś, kto czuje problem i pomaga, musi pomagać do "ostatniej kropli krwi"? Czy powinien czuć się źle, gdy zrobi sobie przyjemność? Tak, jak osoba, która pomaga bezdomnym, ale sama zjadła kolację, której oni pewnie nigdy nie będą mieli okazji posmakować i wygodnie ułożyła się w łóżku, podczas, gdy oni śpią na ulicy. Czy kupując np. droższą wędlinę człowiek powinien mieć wyrzuty sumienia, że robi sobie przyjemność, podczas, gdy w samej Polsce tysiące ludzi chodzi głodnych? W końcu można kupić tańszą kiełbasę, a pieniądze przeznaczyć na szczytny cel. Kupowanie nowszego modelu telefonu to dokładanie cegiełki do wyzysku dzieci (i nie tylko dzieci) w afrykańskich kopalniach metali. Kupowanie kosmetyków i to w nie takiej małej ilości (nie czarujmy się), bo chce się wyglądać piękniej, młodziej, ładniej, itp. to dokładanie cegiełki do cierpienia zwierząt (testowanie produktów), a także do zatruwania środowiska. Kupowanie kolejnych ciuchów, bo zmienia się moda, bo lubi się mieć wybór w szafie, bo..., to dokładanie cegiełki do wyzysku osób pracujących w fabrykach krajów Trzeciego Świata. Kupowanie zbyt dużej ilości jedzenia, z której potem część ląduje w koszu na śmieci to niszczenie środowiska i oczywiście marnotrawstwo. Kupowanie kolorowego i pachnącego papieru toaletowego to dokładanie małej cegiełki do niszczenia środowiska. Itd, itp. Takich przykładów można by mnożyć więcej. Czy "wchodząc" w jedną działkę działania musimy być w niej konsekwentni do końca? Czy pomaganie po trochu w różnych działkach jest czymś gorszym? Czyli - odnosząc się do powyższych przykładów - czy pomaganie psom i branie psa tylko ze schroniska jest lepsze niż pomaganie psom, ale branie psa z hodowli, przy jednoczesnym nie kupowaniu nowego telefonu, dopóki stary nie padnie na amen, nie kupowaniu nowych ciuchów, kosmetyków zbyt wielu, za dużej ilości jedzenia, itp. Gdzie jest i czy w ogóle jest moment, w którym pomaganie światu równoważy się z potrzebami, chęciami? Dlaczego robiąc na co dzień więcej niż niejeden człowiek, zamiast czuć się dobrze i pozwolić sobie na przyjemność, czujemy wyrzuty sumienia, bo nie zrobiliśmy jeszcze więcej, jeszcze lepiej? Gdzie jest granica pomiędzy dawaniem siebie innym a braniem dla siebie?
  4. No i chyba nie dam rady teraz odpisać. Bo robi się z tego jakiś elaborat ;) i nie zdążę. Ale odpiszę na pewno. Wieczorem późniejszym, może jutro.
  5. Super :)! Na pewno zrobisz tam piękne i cudowne miejsce! Zresztą już tam jest uroczo, choć nieco dzikawo ;) Bądźcie szczęśliwi na swoim małym kawałku ziemi :)
  6. Jedź do szpitala! Trzeba sprawdzić! Nawet jeśli wszystko jest ok, to lepiej dmuchać na zimne!
  7. Na szybko napiszę, że bardzo się cieszę w tych wszystkich wpisów, opinii, dyskusji całej. Niech nikt nie czuje się winien, że pisze tutaj, że wyraża swoje zdanie, że może zrobił mi przykrość. Żadna z Was przykrości mi nie zrobiła i naprawdę cieszę, że napisałyście to wszystko. Zaraz odpiszę, ale to pewnie będzie dłuższy post, więc potrzebuję na jego stworzenie chwilki :)
  8. No tak... Skopiowałam jej opis, ze starym numerem. Już poprawione :) Dzięki za czujność!
  9. Mam wątpliwości czy przyjdzie... Takie rozterki to może być never ending story :( Moja mama pewnie do dziś nie miałaby psa, gdybyśmy z siostrą nie przywiozły jej Gutka. A przywiozłyśmy go po prawie 3 latach od odejścia poprzedniego. Miała podobne wątpliwości i blokady jak ja. Miotam się. Bo wątpliwości mam więcej, nie tylko te blokady psychiczne związane z Bazylkiem. Jaki pies? Szczeniak czy dorosły? Skąd? Czy podążać za tym co czuję i czego potrzebuję czy kierować się rozumem? Czy spełnić "marzenie" i czuć się jak świnia czy dać dom psu w potrzebie i tęsknić za czymś niespełnionym? Czy obecnie mam siłę na psa z problemami czy powinnam pomyśleć o sobie i o spokoju? Nie wiem co robić... Trudna sprawa.
  10. Piękny jest Rufus, przepiękny!
  11. Trzymaj się. Jesteśmy. Będziemy. Ja nie namawiam do kolejnego psiaka, może nie jesteś jeszcze gotowa... Ale jeśli przeszła Ci przez głowę taka myśl, nie wahaj się.
  12. Psiaki podlinkowane. Zdublowany numer zmieniony, dzięki za czujność :) Amstaffka wróciła, bo państwo nie mogą się nią już zajmować. Zmieniły im się plany życiowe. Ot tak.
  13. Jakie świniorki fajne :) Co oni z tymi świnkami będą robić? Przecież nie zostawią sobie chyba takiego stadka, hmmm... A kwiatki na pewno się rozrosną. Trzeba tylko słońca i ciepła. U nas wystarczyły 3 ciepłe, słoneczne dni, żeby pomidory wyrwały jak szalone :)
  14. No właśnie miałam o tym tu pisać. Tak oddali ją. Bo sobie z nią nie radzą. Wrócił też Sami - ma teraz numer 359/15. Beta poszła i wróciła - nowy numer 374/15. A Ziggy ledwie zaadoptowany też od razu wrócił. Nowy numer 379/15. Ponoć rzuca się na wszystkie psy. Prosiłabym wolontariuszkę o zweryfikowanie, bo w jego opisie jest info, że psami dogaduje się bez problemu. Jak poprawicie numery na Picassie, dajcie znać, podlinkuje na nowo.
  15. Uffff! Ufff! I uffff :) W głowie mi się nie mieściło, że Wy, że moglibyście, że Freda... Jak to dobrze, że Wy to Wy :) I Fred u Was. A strona rzadko aktualizowana. Choć lepiej by było, żeby była częściej aktualizowana. Nie mielibyśmy zawału zbiorowego :D
  16. Hmm... O co chodzi? Co się stało? Przecież to nie żart, a Fred ze zdjęcia na stronie Fundacji wygląda jak TEN Fred.
  17. Zdjęcie zmienione :)
×
×
  • Create New...