-
Posts
23614 -
Joined
-
Last visited
-
Days Won
2
Everything posted by maciaszek
-
Czereśnie.... uwielbiam :) Choć przetworów nie chciałoby mi się robić :P
-
Ta koncepcja niewitania się wydaje mi się jakieś niefajna. Tym razem się przywitałam, ale bez szału. Uspokoiła się po 15 minutach. Przez ten czas pilnowała mnie, piszczała i była zestresowana. Jutro dzwonię po pomoc...
-
Prawie półtoragodzinny spacer. Pies zmęczony, zadowolony. Odesłałam na legowisko, dałam kong. "Zostań, ja wrócę". Jak tylko zobaczyła, że dotykam klamki, wyskoczyła jak torpeda. Ale została. Zeszłam piętro niżej. Pierwsze 10 minut to piszczenie, skomlenie, drapanie w drzwi, bieganie po mieszkaniu, piszczenie... I jak tu wychodzić tylko na minutkę?! Po 10 minutach zaczęła szczekać :( Na zmianę z piszczeniem. Poszłam sobie. Nie było mnie w sumie 30 minut. . Jak wracałam była cisza. Po wejściu, szał radości. I przez pierwsze minuty ciągłe pilnowanie drzwi. Pies zdyszany, widać, że szczekanie/bieganie musiało trwać długo :( Do tego nasikane. W pokoju. Mam nadzieję, że to nie będzie jej kolejna sikalnia :( Lęk separacyjny pełną gębą. Idę się powiesić :( :( :(
-
Melduję się u Senti. Zrobiłam jej kartę na stronie Fundacji, dodałam też do link do Picassy do karty schroniskowej. No i oczywiście powędrowała na katowicki wątek.
- 56 replies
-
- schronisko
- adopcja
-
(and 1 more)
Tagged with:
-
Muszę Ci Jaszo odpowiedzieć osobno, bo dogo nie lubi zbyt wielu cytatów w jednym poście ;) Też się tak pocieszam, ale marnie mi to idzie ;) No to obie jesteśmy zagubione. Bo kompletnie nie wiem jak z nią postępować, żeby było dobrze. Z Bazylkiem było jakoś łatwiej... Wiem, wiem... miałam nie porównywać... Ale naprawdę mam wrażenie, że z białasem wiele działo się samo i nie było tylu problemów na raz, nawet na początku, gdy się uczył. Troszkę mnie to przerasta. Ale przecież nie mogę się poddać. To nie wina Meli, że nie wiem co robić i najchętniej bym uciekła... 2 miesiące! Dłuuuugo. Tylko w wypadku szczeniaka to chyba nieco inaczej jest. Nie wiem czy jak dorosły pies sika w domu to czy każde takie sikanie nie ukorzenia tego nawyku coraz bardziej. Tego się boję. Zostawiłam ją już pierwszego dnia. Co prawda tylko raz. Nie było problemu. W ogóle jej nie obeszło, że sobie poszłam. Drugiego tak samo. Ale jak tylko zaczęło łapać ze mną kontakt. lubić mnie, to pojawił się dramacik z tym, że ją opuszczam. Im bardziej mnie lubi, a ja ją, tym bardziej cierpi, że wychodzę. Dziś moja głowa jest mocno w dół. Czuję się bezradna. Nie wiem jaki zrobić plan działania. Nie widać światełka w tunelu. Jestem niewyspana. Chce mi się płakać. I tęsknie za Bazylkiem. A najgorsze jest to, że Mela to czuje i się nie narzuca. Ona jest chyba nadwrażliwa jakaś. Myślę, że idealnym opiekunem dla niej byłaby osoba wyluzowana i bezstresowa. A ja taka nie jestem i raczej nigdy nie będę. Nawet jak staram się jej tych moich uczuć i lęków nie okazywać to przecież one są, ona je czuje, a ja nie wiem jak wyluzować. Bez sensu. Coś mi się porobiło z multicytowaniem... Nie pokazuje kogo cytuje, hmmm. Dla mnie też. Ja zawsze byłam uczuciowa w stosunku do psów. I nie umiem, nie chcę inaczej. Szlag by to... Pewnie trochę tak jest. Tylko, że ja naprawdę w stosunku do Meli nie jestem jakoś bardzo wylewna. Ot, lubię ją. Ale do tego, co miałam z Bazylem to jeszcze dłuuuuuga droga. I boję się pomyśleć co by/będzie się działo, gdy okażę jej tyle uczucia co Jemu.
-
Z tą cierpliwością to u mnie zawsze było słabo... Wiem, że nie powinno się robić porównań. Ale one same się nasuwają. Zwłaszcza gdy z Bazylkiem takich problemów nie było (co wiele ułatwiało). Były co prawda inne... ale z tamtymi wiedziałam jak sobie radzić. Tu czuję się bezradna :( Od lat siedzę w psich sprawach, sporo czytałam, niby wiele wiem, ale jak przychodzi co do czego to jestem jak dziecko we mgle. Miotam się i nie wiem co i jak robić. Dziękujemy :) Wzajemnie! Nie tuliłam, nie głaskałam, nie wołałam. Zachowywałam się jak gdyby nigdy nic. Nie pomogło, ani trochę. O zabawie można wtedy zapomnieć, bo w trybie strachu Mela na nic nie zwraca uwagi. Co ciekawe burzę, która przechodziła bokiem w ciągu dnia olała. Była wtedy z TZtem. Więc to może ja na nią działam jakoś stresogennie? A może o jakieś inne czynniki chodziło? Że dzień, że hałas ogólnie większy i burza była tylko dodatkowym elementem, a w nocy była na pierwszym planie? Że telewizor był włączony? Że leżała z TZtem na łóżku? Nie wiem... O matko, nie zazdroszczę, I mam nadzieję, że to mnie ominie. No niestety ja też nie bardzo się do szkolenia nadaję... Z Bazylem sobie radziłam i byłam konsekwentna, ale on po pierwsze reagował na moje nakazy, prośby i groźby (i tak było od samego początku), a po drugie te nasze problemy były znacznie prostsze. Tam gdzie się np. nakręcał (widząc kota) to moje szkolenie leżało i kwiczało. Nie jestem dobra w te klocki. Może dlatego też te kłopoty z Melą mnie przerażają, bo nie wiem co i jak robić. Żeby było dobrze, żeby nie pogorszyć sprawy, żeby dopasować metodę do psa. Dziś zostawiłam ją samą 2 razy, na krótko, kilka minut. Zostawiłam jej kong (żeby kojarzyła moje wyjścia z czymś miłym), powiedziałam, że wrócę, nie żegnałam się. Próbowała wyjść ze mną na korytarz. Potem drapała w drzwi, piszczała. Ale krótko, odpukać. Wracałam jak była cisza. Nie witałam się, zachowywałam się jak gdyby nigdy nic. Skakała, cieszyła się, a ja nic. Dopiero jak się uspokoiła to się z nią przywitałam. I niby wszystko tak, jak być powinno, ale niestety nie działa dobrze, bo ona to moje ignorowanie jej, w takich sytuacjach, odbiera bardzo źle. Na nasz ludzki język przekładając, zachowuje się jakbym ją odrzuciła. Wycofała się, zaczęła się izolować. Tak, jak pierwszego dnia. Nie narzuca się, udaje, że jej nie ma. No i co tu robić? Jak postępować?! Tez tak myślę. Chciałabym, żeby ktoś mi powiedział co i jak mam robić. Nie tylko, żeby rozwiązać niektóre problemy, ale żeby Mela czuła się komfortowo, żeby się nie stresowała. Powinnam ją brać w nieznane miejsca (np. do mojej siostry), żeby się przyzwyczajała, a nie w domu "okopywała" czy nie, lepiej jej nie stresować? Powinnam uregulować spacery, 3 razy dziennie, i chrzanić sikanie czy wychodzić często i krótko, licząc na to że zaskoczy? Powinnam okazywać dużo uczucia czy raczej ignorować i zostawić ją samej sobie? Wiele takich pytań mam i kompletnie nie wiem co robić. Toś mnie pocieszyła ;) Dziękuję. Na razie jest tak jak przewidziałam. Wyjście dywanika z domu niczego nie zmieniło. Nasikała w tym samym miejscu, na podłogę. Trzymała 23 godziny. Dałam jej rano lek, zabrałam na długi spacer. Nic. W domu zaczęła się kręcić, popiskiwać i biegać do swojej "sikalni". Szybko zgarnęłam na zewnątrz. Nic. Po powrocie od razu, z piszczeniem, pobiegła do sikalni i już nie zdążyłam zareagować, bo błyskawicznie przykucnęła i zaczęła lać. Próba przerwania jej nic nie dała. Po wysikaniu się, szał radości. Próbowała mnie zaczepiać, zignorowałam. Odczekałam chwilę i starłam siuśki, bez ekscytacji. Przy okazji namoczyłam papier toaletowy. Będę rozrzucać na trasie spacerowej. Może jakiś cud się zdarzy? Mam takie poczucie, że każde jej lanie w domu coraz bardziej oddala nas od sukcesu sikania na zewnątrz. :( Może gdyby udało mi się nie pozwolić jej kucnąć i zgarnąć ją na zewnątrz to by się udało? Choć wątpię. Bo raz, że to było tak błyskawicznie, że nie miałam szans na zapobieżenie. A dwa, że jak ona wychodzi na zewnątrz to włącza jej się tryb "spacer, zero sikania". Może ona mieszkała w kojcu i tam lała, a była wypuszczana do ogrodu, gdzie sikać jej nie wolno było? I teraz nasz dom traktuje jak kojec, a wszystko poza jak ogród? Cholera wie... Tylko co tu robić?
-
Dzięki za wszystkie wpisy. Miło mi, że Melka Wam się podoba :) Dzięki również za rady. Dywanik niestety nie jest mały, a do tego dość sztywny. Bo to w zasadzie kawałek wykładziny jest ;) Nieporęczne do noszenia. Ale jak trzeba będzie... ;) Na razie wywędrowal przed drzwi wejściowe, na korytarz. Zobaczymy co się wydarzy. Pewnie naleje na podłogę... Straciłam już nadzieję. Sposob z papierem toaletowym wypróbuję, dzięki :) Na spacerach Mela wygląda na zrelaksowaną. Ogon machający, krok sprężysty, tu sobie wąchnie tam sobie wąchnie, trochę pobiega na długiej lince, cieszy się. Ale może to tylko pozory? No bo dlaczego nie sika? Nawet kropelki? Tak, ja piszesz soboz, to pewnie jest mega stres. Ona się bezpiecznie czuje w domu. I tu sika. Na zewnątrz w ogóle jej to nie interesuje. W domu co prawda sika dopiero wtedy, gdy pęcherz mocno zapełniony. Raz na 18-20 godzin. I to też pewnie tylko dzięki lekom. No ale tutaj sika, na zewnątrz nic a nic. Kupalona robi też tylko raz na dobę i też chyba dlatego, że już musi, nie może się powstrzymywać. Tak to przynajmniej wygląda. Rozważałam kontakt z Beatą Leszczyńską. Jak nic się nie zmieni, będę do niej dzwonić po weekendzie. Leki antystresowe dostaje. Konkretnie Zylkene. Ale nie wiem czy to działa. Zaczynam być nieco załamana. Problemy z sikaniem - to raz. Strach przed burzą (co wyszło przed chwilą) - to dwa. Burza była daleko, lekkie pomruki, a ona kręciła się niespokojnie, szukała ciasnego miejsca do schowania się, drapała legowisko/wykładzinę/łóżko, dyszała. Aż boję się pomyśleć co będzie jak burza będzie się przetaczać nad Katowicami :( Zawału dostanie albo zadyszy się na śmierć :( Histeryzowanie u weta i histeryzowanie w domu, gdy cokolowiek jej się robi - to trzy. A teraz musiałam codziennie czyścić jej i zakraplać uszy (stan zapalny). Z dnia na dzień było gorzej, coraz większa panika. Wije się jak wąż, na nic nie reaguje, myśli tylko o tym, by uciec. Na szczęscie dziś był ostatni raz. Ale niestety takie uszne atrakcje pewnie będą się powtarzały. Po zupelnie bezproblemowym (co ogromnie mnie uradowało) kilkukrotnym samotnym zostawaniu w domu (na krótki czas - max 40 minut), od dzisiaj zaczęła cyrkować, gdy wychodzę - to cztery. Wygląda na to, że się ze mną zżyła (to co będzie dalej?!) i teraz gdy sobie idę to niucha pod drzwiami, drapie (delikatnie) i piszczy, pojękuje. Gdy wyszłam dziś do schronu, to skomlała przez pół godziny (będąc w domu z TZtem). Po południu, w ramach cwiczeń, zafundowałam jej kilka krótkich wyjść (na minutę, dwie), bez pożegnań, bez powitań. Po trzecim było trochę lepiej, ale nie była zupełnie sama (był TZ). Jutro porobię kolejne ćwiczenia-próby. Jutro będzie zupełnie sama. Nie wiem co dalej. Teraz mam urlop, ale niebawem wracam do pracy. Będzie musiała zostawać sama na 8 godzin i radzić sobie w tym czasie z różnymi sprawami (np. burzą...). Taka fajna Mela, a problemy zaczynają się mnożyć :( Co jeszcze się okaże? Naprawdę już wystarczy, aaaaa. Wygląda na to, że trafił nam się dość lękliwy/stresujący się pies. I to mnie zaczyna przerażać. Wiem, że psiak ze schroniska to mogą być kłopoty. Zresztą przecież pisałam tutaj o tym, snując rozważania jakiego psa wziąć. Bałam się tego. No i mam. I teraz dopiero się boję... Raz, że nie mam doświadczenia, Bazylek był zupełnie inny. Dwa, że nie mam siły, tak ogólnie życiowo. Już samo to sikanie mi wystarczy do prostowania, a tutaj kolejne rzeczy do ogarnięcia wyskakują, jakby wreszcie coś nie mogło pójść dobrze. #_#($%&*$&_$!@$&%#)*#($&!!! Trzy, że nie umiem się z nią porozumieć, nie wiem od czego zacząć naukę podstawowych rzeczy (reagowania na przywołanie, "masz", "zostań", "nie wolno", "zejdź", itp.), chaos jakiś się wkrada, marny ze mnie szkoleniowiec.
-
Proszę Państwa, oto Mela :) Wcześniej znana jako Margo. Tak, jak mówiłam wcale taka wielka nie jest ;) Około 40 cm w kłębie i niecale 18 kg wagi. Przywieźliśmy ją z daleka, bo z Lubartowa za Lublinem. Tam czekała na nas w lecznicy, po sterylizacji. Wcześniej przez 3 miesiące "mieszkała" w schronisku w Nowodworze. Trafiła tam z "łapanki". Nie wiadomo jaka była jej przeszłość. Jedyne co wiadomo na 100% to, ze rodziła nie raz. I że wśród przodków musiała mieć gończe. Mela jest fajowska :) Łagodna, przyjazna. Lubi ludzi, lubi psy. Nie ma w niej cienia agresji. Troszkę z niej jeszcze wypłoszek. Człowiekowi woli schodzić z drogi, nie narzuca się. Widać, że była "uczona" nie przeszkadzać i chyba musiała być często karcona (na szczęscie wygląda na to, że nie była bita). Ale gdy tylko jej się pozwoli, zachęci się ją to uwielbia się przytulać i wtulać. I macha szczęśliwa ogonkiem, że człowiek głaszcze, że spojrzal na nią, że jest. Na łóżko nie odważyła się wejść nieproszona, ale gdy dostała pozwolenie to z niego praktycznie nie schodzi :D Poznajemy się. Jest troszkę dziwnie. Inaczej. Na razie nie do końca czuję, że to nasz pies, taki na zawsze. Ale lubię panienkę. Jest u nas od poniedziałkowego późnego wieczora, ale dopiero dziś zaczęła reagować na przywoływanie, łapać lepszy kontakt i dziś przywitała mnie jak wróciłam do domu. Wcześniej miala nas w d... Początkowy ogromny lęk przed windą i przed wejściem do bloku został przełamany. Choć w windzie jeszcze nie czuje się pewnie. Samochodem nie bardzo lubi jeździć (jest zestresowana), ale tez trudno jej się dziwić. Ma słabe skojarzenia - najpierw dluuuuga podróż z obcymi ludźmi, potem kilka wyjazdów do weterynarza. Trzeba będzie kiedys autko "odczarować". Wiemy już, że większość jedzenia jest be, ale rozjechany gołąbek jest mniamuśny. No i gotowany kurczak jest the best! Sucha karma kłuje w ząbki i w obliczu kurczaka jest oprotestowywana. Wiemy, że wizyty u weta nie będą lekkie, łatwe i przyjemne... Na usg kładliśmy ją w 3 osoby, a potem w 2 prawie na niej leżeliśmy. Wiemy, że ciężko będzie z podawaniem leków. Wiemy, że ciężko będzie z wszystkim co nowe i co trzeba oswoić. Najbezpieczniej czuje się w mieszkaniu i wraca do niego chętnie. Do poznawania świata używa nosa. Nigdy w życiu nie spotkałam się z takim psem. Psem, który dosłownie wszystko sprawdza na węch. I po obwąchaniu decyduje czy coś mu się podoba czy nie. Nasze mieszkanie zwiedzała 15 minut obwąchując wszystko bardzo dokładnie, nawet ściany ;) Wygladalo to tak jakby robiła sobie węchową mapę lokalu. Każde nowe miejsce jest rozpoznawane węchem. Na spacerach prawie cały czas z nosem przy ziemi. Jak tak na nią patrzę to myślę, że ma potencjał na psa tropiącego ;) Niestety mamy z nią jeden problem. A może nawet dwa. Z niesikaniem. I z sikaniem jednocześnie. Przyjechaliśmy w poniedziałek późnym wieczorem. We wtorek rano zrobiła duże siku na dywaniku w przedpokoju. I na tym zakończyla... Były wizyty u weta, były badania (wszystko ok), było usg (też ok), były prośby, masaże, liczne spacery, namawiania. Nic. Po ponad 60 godzinach niesikania wisiała nad nią groźba cewnikowania, a nade mną zawału (nowy pies i na dzień dobry chory...). Wet orzekl, że na 99,9% podłoże jest stresowe. Ciągłe zmiany w krótkim czasie, do tego widać, że Mela jest z natury wycofana, w trybie "obserwatora", który wycofa się, gdy trzeba będzie, gdy czlowiek będzie niezadowolony. Dostała leki odstresowujące oraz jeszcze jeden, który ma spowodować dodatkowy "kop" w zwieracz pęcherza, zmuszając go do otwarcia się i dania ujscia siuśkom. Wczoraj wieczorem, po godzinie od zastrzyku, w przedpokoju, na dywaniku, zaistniała ogromna śmierdząca kałuża. Uffff.... nie trzeba cewnikować. Ale nie ufff, bo suczysko sika w domu. Na zewnątrz uparcie nie chce. Od wczorajszego wieczora znowu zero sikania. Na spacerach robi tylko kupalony i to raz na dobę. Po południu wysikała się, ale znowuż w domu (15 minut po powrocie ze spraceru), na dywaniku w przedpokoju, ktory położyłam z powrotem z 10 minut wcześniej. Pewnie na niego czekała :P No i teraz nie wiem co robić. Z jednej strony się cieszę, że się odblokowuje i w ogóle sika. Z drugiej, rzecz jasna, wolałabym, żeby sikała na zewnątrz. Z trzeciej, jak ona taka delikatna psychicznie, to nawet nie można jej lekko skarcić za siuranie w domu, bo znowu gotowa się zblokować. Motywować też się nie da ani wychwalać gdy siknie na zewnątrz, bo tam nie sika. Smaczkami też nie bardzo będzie się dało pracować, bo niechętnie bierze jedzenie (nawet parówki, które wszystkie psy kochają sa be), a gdy jest zestresowana to żarcie nie interesuje jej w ogóle, pochwaly zresztą też. Co robić?! Na razie przyszło mi do głowy, że jeśli jeszcze raz się zleje w domu, w przedpokoju na dywaniku, to dywanik wyjedzie za drzwi, a jak trzeba będzie to pójdzie z nami na spacer :D Zobaczymy co będzie dalej. Wieczorem kolejna dawka leku 'kopacza zwieracza" + antystresowy. Lek mieliśmy jej podawać w zastrzykach. Optymistycznie stwierdziłam, że luzik, że damy radę i że lepsze to niż wciskanie jej tabletek (podanie tabletek na robale to była walka o życie...). Ale wyszło to dość słabo. Pies panikował tragicznie. Nie dało się jej utrzymać. Skończyło się na 4 wkłuciach (w tym 1 w mój palec), naszym zawale i psim mega stresie. Tak przerażonej to jej jeszcze nie widziałam. Bez sensu taka robota, więc poszłam i załatwiłam receptę na tabletki. Tym bardziej, że okazalo się, że jest rzecz, w ktorej tabletkę można sprobować przemycić - gotowany kurczak. Jest więc nadzieja że połknie... Trzymajcie kciuki, żeby zaczęła regularnie sikać. I żeby siurała na zewnątrz! Na razie ciężko jej zrobić jakieś fajne zdjęcia. Bo albo się stresuje i wygląda jak wypłoch albo idzie do mnie i włazi na aparat. Troszku nieostre... A tutaj namiastka nastawionych uszu. W lecznicy, telefonem robione. Oczywiście nie obyło się bez przeskakiwania pewnych przeszkód psychicznych pobazylowych i różnych dramatów moich osobistych z tym związanych. Ciagle ogromnie tęsknię za Łosiem i bardzo mi Go brakuje... Ale cieszę się, że Melka jest z nami. Mam nadzieję, że Bazylek jakoś się z nią dogada i że psica nie przeszkadza Mu bardzo... Łośku, przecież wiesz... jesteś dla mnie i zawsze będziesz naj naj naj... Postanowiłam nie zakladać Meli nowego wątku, tylko pisać tutaj, bo tu nasze zycie jest, bo to pewnego rodzaju kontynuacja, bo tutaj jest Bazylek, a ja zawsze razem z Nim.
-
Link zmieniony, zdjęcie też.
- 57 replies
-
- do adopcji
- schronisko
-
(and 3 more)
Tagged with:
-
Zdjęcie zmienione.
-
Taka wielka to ona wcale nie jest :P Odezwę się niebawem.
-
FRED i Baca za TM, teraz majestat rządzi a rudy dodaje kolorytu ;)
maciaszek replied to 3 x's topic in Już w nowym domu
Jaki lew piękny!!!!!! -
Wspaniała wiadomość :)