Jump to content
Dogomania

bunia2010

Members
  • Posts

    223
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by bunia2010

  1. Prawda o DIOZ 2.0 Nie mamy żadnego interesu, żeby kogokolwiek do czegoś przekonywać. Armia fanów (czy raczej wyznawców?) DIOZ-u liczy 700 tysięcy ludzi a nas tutaj jest garstka. Nie chcemy powielać plotek czy informacji zdobytych w niekoniecznie legalny sposób, ale nie może też być niczyjej zgody na przemilczenie tak ważnych pytań jak los zwierząt. DIOZ potrafi odnosić się do spraw, które są całkowicie nieistotne. Typu jakiś nieprzychylny komentarz pod ich postem, albo jakaś decyzja administracyjna, która nie jest im na rękę ale ostatecznie nie zmienia właściwie niczego, bo wystarczy od niej się odwołać. Kiedy za to padają ważne pytania słychać tylko głuchą ciszę. Apelujemy do ludzi, którzy nadal głęboko wierzą, że tam chodzi o dobro zwierząt, aby zapytali o te konkretne zwierzęta. Po co macie czerpać informacje od nas, skoro możecie zapytać na stronie DIOZ-u? Numer konta do BLIK-ów dostajecie zawsze, informacja o życiu lub śmierci zwierzęcia nie powinna być trudna do uzyskania. Tak więc: Co się stało z Neską? Pracownicy schroniska w Wojtyszkach przekazali policji, że spadła ze schodów. Jak to się stało? Czy udzielono jej pomocy? Spadła, bo zasłabła, ktoś ją potrącił, może to nie sam upadek był przyczyną śmierci? Zapytajcie Konrada czy mógłby to wyjaśnić, na pewno przeprowadzono sekcję zwłok a przed swoimi darczyńcami tajemnic on przecież nie ma. Co się stało z Trampem? Bo dostajemy sprzeczne informacje. Według jednej zmarł wkrótce po tym jak przerwano jego leczenie w DIOZ-ie. Według innych żyje i ma się świetnie. Ponoć aż za gruby jest teraz. Dlaczego to taki problem pokazać psa na leczenie którego zrzuciło się tylu ludzi? Okej, może ktoś nie ma czasu, bo właśnie organizuje jakiś bieg charytatywny w Poznaniu, ale krótki komunikat "żyje/nie żyje" chyba nie powinien być problemem? Zapytajcie Krystynę, ona zawsze tak dużo ma do powiedzenia. Jaki los spotkał Lunę i Hermana, dwa Rottki zabrane z rzekomych "katakumb"? DIOZ pokazywał radosne psy biegające po trawie, ich stan nie budził żadnych zastrzeżeń. Co w sumie było aż dziwne, skoro te psy miały tygodniami być trzymane bez dostępu światła i żywić się plastikiem, ale w to już nie wnikamy. Gdzie jesteście fani DIOZ-u, dlaczego dzisiaj nie interesuje Was los tych psów? Według naszych informacji jeden z nich zmarł po nieudanej operacji, drugi został zagryziony. Ale przecież my tego nie możemy wiedzieć na sto procent, bo nie byliśmy tam. Eryk był. Może poświęci 60 sekund swojego cennego czasu, aby wyjaśnić to ludziom, którzy przecież mu kibicują? No do ku*wy nędzy. Wam zależy chociaż minimalnie na tym, żeby te "ratowane" zwierzęta miały się dobrze, czy interesują Was tylko igrzyska w 7 sekundowych relacjach na jakimś Instagramie? Bo te 7 sekund można poświęcić na zadanie pytania któremukolwiek z zarządzających DIOZ-em. Niech prawda wyjdzie na jaw, od nich, to nasza strona przestanie być w jakkolwiek potrzebna.
  2. Jacek Zarzecki Skoro państwo potrafi być konsekwentne wobec babci za słowa o Owsiaku, to czy będzie równie konsekwentne wobec tych, którzy w komentarzach pod filmami o schronisku w Sobolewie na stronie DIOZ bezkarnie znieważają, obrażają i grożą funkcjonariuszom Polska Policja i pracownikom Inspekcji Weterynaryjnej ? Państwo, które toleruje i nie potępia takich zachowań nie jest państwem prawa, tylko państwem fikcji.
  3. Nawiasem pisząc Nie minęły dwa miesiące od podnoszenia przez środowiska KO-leciwowe afery w sprawie ustawy tzw. łańcuchowej, że prezydent to tak naprawdę wredna szuja jest, bo psy by trzymał na łańcuchach. Nie minęły dwa miesiące, a już wychodzi na jaw, że ta ustawa to był jeszcze większy bubel prawny, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Pamiętacie na pewno jak było - Karol Nawrocki zawetował niekorzystną ustawę, argumentując, że do przepisu o zakazie trzymania psów na łańcuchu nic nie ma, ale cała reszta tej ponad 90-stronicowej ustawy nadaje się do śmieci. Zakładała ona bowiem, ni mniej, ni więcej, że ludzie w miastach to zwierzaczki kochają i futerko im z grzbietów nie spada, ale na wsi to je tylko męczą, torturują i wykorzystują. Dlatego nie ma potrzeby nakładania jakichś dodatkowych przepisów na uśmiechniętych mieszczuchów, ale temu "motłochowi ze wsi" tak śrubę dokręcimy, że im się burków odechce raz na zawsze. Przede wszystkim absurdem było to, że organizacje prozwierzęce miały prawo odebrać psa, jeśli jego właściciel nie spełnił chociażby wymogów kojca i pies miał o metr kwadratowy za mało. Wtedy zwierzę miało być przekazywane schronisku, którego normy kojcowe nie obowiązują i tam mógł spędzić resztę życia w klatce 2x2 na przykład, a często nawet tyle nie. I oczywiście schronisko albo fundacja, do której taki pies trafiał otrzymywała pieniądze, żeby tego psa utrzymać. Już samo to w oczach rozsądnego człowieka mogło i prowadziłoby do wielu nadużyć, a kiedy jeszcze sprawdziłam sobie, kto za tę ustawę odpowiadał (właśnie największe organizacje prozwierzęce typu OTOZ Animals i, nie wiedzieć czemu, Akcja Demokracja) wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, ale wystarczyło zwęzić narrację do jednego przepisu (biedne pieski na łańcuchach) i można było ludziom pięknie zagrać na emocjach. Bo człowiek to człowiek - jeśli nic mu się w psychice nie odwala - istota zdolna do empatii. Normalni ludzie traktują dobrze i innych ludzi, i zwierzęta, nikt normalny raczej nie odczuwa przyjemności z tego, że jakiś pies zamarzł na ulicy. Większość ludzi lubi zwierzęta, więc hasło lotne, temat chwytliwy, idealna amunicja, żeby ostrzelać tego wrednego Nawrockiego, bo komu by się chciało czytać ponad 90 stron absurdalnych przepisów, skoro wszystko można uprościć do tych nieszczęsnych łańcuchów. Niedawno zresztą usiłowała ze mną dyskutować jakaś zwierzolubna, że przecież ta ustawa to raptem dwie strony i skąd ja wzięłam te 90. Szybko się okazało, że babeczka po prostu przeczytała dwie strony ustawy i na tej podstawie uznała, że jest dobra, a prezydent głupi, bo zawetował. Zapytałam, czy przeczytała resztę i uzyskałam odpowiedź, że ona jeszcze nie zwariowała, żeby czytać całą ustawę, skoro ją interesował tylko ten jeden fragment. I nie jestem przekonana, czy dotarły do niej moje argumenty, że prezydent może podpisać albo zawetować całą ustawę, a nie część stron zaakceptować, a resztę wyrzucić do kosza. A reszta tej ustawy po prostu była idiotyczna. No dobrze, ale wróćmy do tych nieszczęsnych psów, łańcuchów, schronisk i tak dalej. Bo nagle okazało się, że pieski w schroniskach mają jeszcze gorzej niż nam się wszystkim wydawało. Siedzą w jakichś obsranych, często nieogrzewanych klitkach, często zapomina się, żeby je nakarmić, zaszczepić, a leczeniem to sobie w ogóle nikt nie zaprząta głowy. Taki pies to zresztą niezły biznes, bo schronisko dostaje kasę za każdego złapanego psa, prawda? No właśnie niekoniecznie, schronisko dostaje kasę za każde złapanie psa, nawet jeśli tego samego. Przecież kto tego będzie pilnował. Schronisko więc odławia psa, trzyma go parę dni u siebie, broń Boże, nie wolno w tym czasie doprowadzić go do jako takiego stanu, bo za parę dni pies znów zostaje wyrzucony na ulicę i znowu odławiany. A skoro pies trafił do nich z ulicy, to wiadomo, że brudny, głodny i z potarganą sierścią, więc już mamy odpowiedź, dlaczego tymi psami tam się ledwo kto zajmuje. Oczywiście przeciwnikom Nawrockiego to się w żaden sposób nie skleja do kupy. Oni wyjdą na ulicę pod schronisko protestować przeciwko nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale żeby najpierw chwilę pomyśleć, dodać dwa do dwóch i zadać sobie pytanie: "Zaraz... A czy w tej ustawie łańcuchowej przypadkiem nie chodziło o to, żeby psy zabierać rolnikom z błahego powodu i wciskać je właśnie do takich miejsc... za kasę?". Nie, co to, to nie. Bo to by oznaczało, że Karol Nawrocki miał rację, wetując te absurdalne bzdury, a jego kochani politycy, którzy przecież nigdy, przenigdy by go nie oszukali - manipulowali i oszukiwali, sprowadzając ponad dziewięćdziesiąt stron do jednego łańcucha. I tutaj znowu przypomnijmy sobie, kto lobbował za tą ustawą - OTOZ Animals i inne kochające zwierzątka fundacje, za którymi stoją międzynarodowe organizacje, które oczywiście również bardzo kochają zwierzątka. I teraz, gdyby ci wszyscy celebryci, którzy wcześniej tak krytykowali pana Nawrockiego, że jest nieczułym chamem, bo pieski chce wiązać, wykonały pewien proces myślowy, być może rozjaśniłoby im się w główkach - a akurat i Doda, i pani Rozenek, które teraz wychodzą na pierwszy plan w walce o dobre warunki psów w schroniskach, były łaskawe wypowiedzieć się krytycznie o tej decyzji Nawrockiego. Jeśli organizacje prozwierzęce lobbują za ustawą (w której łańcuch miał być tylko wabikiem dla mas), która pozwala organizacjom prozwierzęcym odebrać psa właścicielowi pod byle pretekstem (za co organizacje prozwierzęce dostają pieniądze) i oddać je do schroniska albo fundacji, czyli również organizacji prozwierzęcych, jakby na to nie patrzeć (za co owe schroniska i fundacje również dostają pieniądze na utrzymanie psa), to kto na tym najlepiej wychodzi i kto trzepie kasę? Ano właśnie. Warto wziąć również pod uwagę fakt, że pod lupę wzięte zostały na razie schroniska, które podlegają wojewodom - nikt się nie będzie wychylał w stronę fundacji, za którymi stoją ci międzynarodowi giganci, więc tylko możemy mieć nadzieje, że zwierzątka mają tam miło, ciepło i przytulnie. Tylko że jakbyście próbowali przygarnąć pieska albo kotka od takiej fundacji, to Wam przedstawią takie wymagania, że mogłoby Wam przejść przez myśl, czy oni naprawdę chcą, żeby te zwierzęta znalazły dobry dom, czy może chodzi o coś zupełnie innego?
  4. „Ustawa łańcuchowa” to nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt (uchwalona we wrześniu 2025 r., później zawetowana przez Prezydenta w grudniu 2025 r.), mająca na celu wprowadzenie całkowitego zakazu stałego trzymania psów na uwięzi (łańcuchach) . Projekt zakładał zastąpienie łańcuchów odpowiednimi kojcami, precyzując minimalne wymiary kojców zależne od masy psa (np. od 10m2 do 20m2). Kluczowe założenia i kontekst ustawy: Uwięź: Uwięź miała być dopuszczalna jedynie w wyjątkowych sytuacjach (np. transport, zabiegi weterynaryjne). Weto Prezydenta: Prezydent zawetował ustawę w grudniu 2025 roku, argumentując, że przepisy były źle przygotowane. Stan prawny przed zmianami (i po wecie): Obecnie obowiązuje zakaz trzymania zwierząt na uwięzi dłużej niż 12 godzin na dobę, przy czym łańcuch musi mieć minimum 3 metry. Cel: Poprawa dobrostanu zwierząt poprzez likwidację stałego trzymania psów na uwięzi. Obowiązki: Nakładała na właścicieli obowiązek zapewnienia psom ruchu, a w przypadku stosowania kojców – spełnienie wymogów dotyczących powierzchni (zależnie od wagi: o 10 m2 do 20m). Obecnie sytuacja prawna jest skomplikowana po wetowaniu przez Prezydenta ustawy we wrześniu 2025 roku, co oznacza powrót do przepisów zezwalających na uwięź do 12h.
  5. Vet-Alert Fundacja Ochrony Zwierząt Wszyscy żyjemy dramatem zwierząt z Sobolewa. To schronisko stało się symbolem upadku nadzoru nad ochroną zwierząt w Polsce. Ale historia psa Ułana, zabranego stamtąd przez Marianna Schreiber, odsłania drugą, równie przerażającą twarz systemu: bezduszny i bezrefleksyjny model leczenia podporządkowany procedurom, nie pacjentowi. Pies wyciągnięty z piekła. Wymiotujący, skrajnie zestresowany, wychłodzony (temperatura 37,4°C), z masywną kwasicą metaboliczną (wynik z gazometrii - BE -19!). Czego potrzebuje takie zwierzę w pierwszej kolejności? Ciepła. Spokoju. Stabilizacji, Obserwacji i Czasu, by kortyzol opadł, a organizm się ogrzał. Co wydarzyło się w nocy w prestiżowej, korporacyjnej klinice? [ZOBACZ ZDJĘCIA KARTY WIZYTY ] Sedacja (narkoza) – u psa z kwasicą metaboliczną i hipotermią, co rodzi poważne wątpliwości co do bezpieczeństwa takiej decyzji. Pełny pakiet RTG i USG, mimo że w opisie badań czytamy: „nie uwidoczniono złamań”. Czy były to badania ratujące życie tu i teraz – czy raczej procedury, które można było bezpiecznie odroczyć? Szczepienie przeciwko wściekliźnie – rodzi poważne wątpliwości co do zgodności z zasadami sztuki.. Producent szczepionki pisze wprost: "Szczepić tylko zwierzęta zdrowe". Czy pies z kwasicą, po wymiotach i w szoku jest zdrowy? A co z kwarantanną? Skąd lekarz wie, czy ten pies kogoś nie ugryzł w schronisku? A może wczoraj był szczepiony? Gdzie tu jest dobro pacjenta? To klasyczny przykład "naddiagnostyki" i monetyzacji cierpienia. Nieświadomy opiekun chce dla psa "wszystkiego co najlepsze". Lekarz – zamiast ostudzić emocje i powiedzieć: "Niech on odeśpi, ogrzeje się, ustabilizujemy go i zbadamy za kilka dni" – uruchamia machinę diagnostyczną. Licznik tyka, a organizm psa walczy o przetrwanie w stanie skrajnego stresu i pod naporem leków. Nic dziwnego, że po tej wizycie i nocy spędzonej w kolejnym obcym miejscu, stan Ułana się nie poprawił, za to pojawiła się prośba o wsparcie finansowe, a w tle już słychać o "koniecznej operacji". STOP przedmiotowemu traktowaniu zwierząt i zarabianiu na nieświadomości. To, co zrobiono temu psu, budzi nasz najwyższy sprzeciw. Pamiętcie o zasadzie Primum non nocere (Po pierwsze nie szkodzić)? Czasem najlepszym lekiem jest święty spokój, a nie "przegląd" i faszerowanie lekami psa, który ledwo stoi na nogach. Za to faktura jest zapewne konkretna i nie ma tutaj wątpliwości, kto odniósł z tej wizyty korzyść. Jeśli chcesz zakończyć #KoszmarZwierząt – zostań z nami. Kliknij "Obserwuj" profil Vet-Alert. Im nas więcej, tym trudniej będzie ignorować nasze pytania. Bądź z nami, bo ta walka o normalność dopiero się zaczyna. Aha, w komentarzu link do petycji w sprawie "normalizacji" przepisów w sprawie szczepienia przeciwko wściekliźnie. [ Zdjęcie ilustracyjne – nie przedstawia psa opisanego w poście]
  6. Ekopatologia O poczwórnym finansowaniu DIOZu było. Wywołało lawinę histerii... Podobnie jak przy tej kiedy młody youtuber opublikował film z nielegalnej działalności DIOZ i po nawołaniu do linczu na instagiewnie Kuźmińskiego, młodego namierzono i wór. Prawie, ale pobity został. Marzy Wam się pelikany, co? Gaszę zapał. No to jest finansowanie "po piąte" i to nie żart. Duża piguła dla tych bez rozeznania w temacie. 1. Wojtyszki jako "azyl" są zarejestrowane pod własnością spółki handlowej Złotego (nadanie WNI pewnie jeszcze kiedyś zdąży omówić Prawda o DIOZ 2.0 ). Spółka nosi nazwę Instytutu Ochrony Zwierząt sp.z.o.o, siedzibę ma we Wrocławiu na ul. Rybackiej 7 i jest jedną z 2 firm Złotego przy Fundacji DIOZ (nie mylić ze Stowarzyszeniem DIOZ Kuźmińskiego pelikany). 2. Na terenie Azylu Złotego w Wojtyszkach poza schroniskiem dla bezdomnych zwierząt, swoją siedzibę ma także ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt z całą gamą różnych gatunków, przy czym jest tam cała plejada ssaków chętnie roznosząca wściekliznę i wszyscy się kochają. Na terenie tego samego Azylu gościnnie przebywa Stowarzyszenie DIOZ Kuźmińskiego i Kuźmiński zwierzątek z #Sobolewa nie posiada, gdyż formalnie posiada je Złoty na firmie, która je odebrała. Nadążacie? I teraz biedny Kondzio i Złoty z łapką #dej bo mnie nie stać na 71 zwierzątek należących do firmy Złotego wyrusza do Was poza blikiem i zbiórkami na pieski z Sobolewa, z jeszcze jedną propozycją - ZAKUP KARMY "CALIDI". Producentem karmy jest Wytwórnia Karmy dla Zwierząt (Animaldi). Natomiast dystrybutorem i właścicielem marki jest Złoty z firmą Instytut Ochrony Zwierząt sp. z.o.o z siedzibą we Wrocławiu - czyli niebywałego sortu karm o niesamowitych właściwościach uzdrawiających. Czyli jeszcze raz. Właściciel (Złoty) firmy Instytut Ochrony Zwierząt sp. z o.o., prowadzący dystrybucję karmy "CALIDI", zwraca się z Kuźmińskim o zakup tejże karmy dla zwierząt ("nieodpłatnie przyjętych") z Sobolewa wraz z wysyłką pod adres siedziby swojego Azylu w Wojtyszkach. Czego nie rozumiecie? Przy okazji możecie też wysyłać karmę do Pietrzykowa
  7. Vet-Alert Fundacja Ochrony Zwierząt W ostatnich dniach obserwujemy żenujący spektakl. Urzędnicy i Inspekcja Weterynaryjna prześcigają się w chwaleniu się "doraźnymi kontrolami" w schroniskach. Trakują je jak dowód skutecznego nadzoru. Dla nas to gorzki paradoks. Dlaczego? Bo te kontrole przeprowadzają dokładnie te same organy, które do tej pory te miejsca nadzorowały! Przez lata nie widzieliście brudu, głodu i bicia? A teraz nagle zakładacie peleryny superbohaterów i jedziecie "naprawiać" to, co sami zepsuliście swoją biernością? Ciekawi nas niezmiernie, jak będzie wyglądała ta "kontrola przeprowadzanych kontroli". Czy kolega z powiatu wpisze naganę koledze z biurka obok? Czy system, który jest niewydolny, sam sobie wystawi diagnozę? To wyższy poziom absurdu. Kluczowe decyzje w resorcie rolnictwa podejmuje m.in. Wiceminister Jacek Czerniak, który wystepował na ostatniej konferencji w MRiRW – z wykształcenia politolog i historyk - sprawuje nadzór nad WETERYNARIĄ! W Ministerstwie Rolnictwa z politycznego nadania. Brak kompetencji kierunkowych widać w efektach. Dowód? Załączone pismo (skan poniżej). Ministerstwo (ręką Pana Jacka Czerniaka) blokuje możliwość tańszego leczenia zwierząt przez organizacje pożytku publicznego, nazywając to "niezasadnym". W ten sposób urzędnicy chronią "rynek weterynaryjny", zamiast chronić zwierzęta.” Dlatego Vet-Alert mówi: DOŚĆ. Nie wystarczy zamknąć Sobolewa. Trzeba zmienić system. Oto 6 FUNDAMENTÓW PRAWDZIWEJ KONTROLI, których wdrożenia żądamy natychmiast: NIEZALEŻNOŚĆ: KONIEC Z UKŁADAMI Kontrolujący nie może być sąsiadem kontrolowanego. Żądamy niezależnych kontrolerów spoza powiatu i udziału NGO. Ręka rękę myje – zwłaszcza w małych gminach. To musi się skończyć. WETERYNARZ-KLINICYSTA, A NIE URZĘDNIK Urzędowy lekarz weterynarii często nie leczy zwierząt na co dzień. Jak ma ocenić stan zdrowia psa, skoro od lat zajmuje się tylko dokumentacją? Kontrolę musi przeprowadzać praktyk, który widzi problemy i chorobę, a nie tylko rubrykę w tabeli. LECZENIE PONAD CZYSTĄ PODŁOGĘ Czysty kojec to za mało, jeśli pies w środku umiera w bólu. Priorytetem kontroli musi być weryfikacja stanu klinicznego, leczenia, rokowań i dokumentacji medycznej, a nie stanu posadzki. OGRANICZENIE ROLI INSPEKCJI WETERYNARYJNEJ Inspekcja, która kontroluje sama siebie i swoich znajomych, nie jest wiarygodna. Jej pieczątka "zgodności z przepisami" zbyt często staje się alibi dla miejsc kaźni. KONTROLE TYLKO NIEZAPOWIEDZIANE Zapowiedź kontroli to czas na "pudrowanie trupa" – posprzątanie brudu i ukrycie chorych zwierząt. My chcemy widzieć prawdę, a nie wyreżyserowany spektakl. KAMERY I NAGRANIA (BODYCAM) Słowo przeciwko słowu? Koniec z tym. Każda kontrola musi być nagrywana i archiwizowana. Kamera nie ma "znajomych" i nie odwraca wzroku od cierpienia. Vet-Alert: SPRAWDZAM. Nie wierzymy w wasze wewnętrzne audyty. Składamy oficjalną deklarację: Nasza Fundacja, na wniosek gminy, pojedzie do KAŻDEGO schroniska "skontrolowanego" przez Inspekcję Weterynaryjną. Zweryfikujemy ten urzędniczy optymizm. Obserwuj nas. My nie odpuścimy.
  8. Nielegalny azyl czy ratunek dla zwierząt? Inspekcja weterynaryjna w Kuflewie Karolina Daczkowska / am 2026-01-30 https://warszawa.tvp.pl/91332465/nielegalny-azyl-czy-ratunek-dla-zwierzat-inspekcja-weterynaryjna-w-kuflewie Inspekcja weterynaryjna w kolejnym azylu dla zwierząt, tym razem w Kuflewie w powiecie mińskim, w gminie Mrozy. Zdaniem starosty mińskiego i burmistrza Mrozów miejsce działa nielegalnie, nie widnieje w żadnym rejestrze, a zwierzęta są zaniedbane. Z tymi zarzutami nie zgadza się właściciel azylu. Azyl dla zwierząt w gminie Mrozy, prowadzony przez stowarzyszenie "Pogotowie dla zwierząt" działa od 5 lat. Mieszkańcy pobliskich domów już wtedy zaczęli zgłaszać problemy z hałasem i smrodem. W związku z tym w Urzędzie Miasta i Gminy Mrozy odbyło się spotkanie starosty z burmistrzem. – Ujawniliśmy na terenie powiatu coś, co można nazwać schroniskiem a schroniskiem nie jest, dlatego, że jest to miejsce nielegalnego przetrzymywania kilkuset zwierząt domowych: kotów i psów – mówił Remigiusz Górniak, starosta powiatu mińskiego. – Oni nigdy nie podjęli starania. Tu nie było takiej sytuacji że oni wystąpili, a gmina odmówiła zezwoleni czy wydała negatywną opinię - zaznaczał z kolei burmistrz Mrozów, Dariusz Jaszczuk. Toczą się dwie sprawy w prokuraturze przeciw azylowi w Kuflewie Po skargach mieszkańców, w 2021 roku burmistrz złożył zawiadomienie do prokuratury w związku z prowadzeniem nielegalnej działalności i łamaniem ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminie. Obecnie toczą się dwa postępowania. Akt oskarżenia skierowany przez prokuraturę oraz sprawa z powództwa cywilnego jednego z sąsiadów, który narzekał na ciągły smród i hałas. W azylu odbyła się kolejna inspekcja weterynaryjna. W tym samym czasie przyjechały budy zakupione przez piosenkarkę Dodę. – Jesteśmy bardzo wdzięczni tym bardziej, że jest ich aż 29. Prowadzimy tu azyl jako wolontariusze. Organizacja jest zarejestrowana, prowadzimy też hotel dla zwierząt. Ratujemy zwierzęta, rocznie odbieramy około 2 tys. zwierząt. – mówił Grzegorz Bielawski, ze stowarzyszenia "Pogotowie dla zwierząt", które prowadzi azyl w Kuflewie. Postępowanie o palenie zwierząt w Kuflewie umorzone Do burmistrza Mrozów wpływały też zawiadomienia, że na terenie azylu znajduje się spalarnia zwierząt. – Był zawiadomienie że są spalane zwłoki zwierząt i sąd umorzył to postępowanie bo nie znalazł dowodów. Wcześniej też mieliśmy podobne sprawy i sądy mnie uniewinniały – podkreślał Grzegorz Bielawski z "Pogotowia dla zwierząt". – Grzegorz Bielawski zasłania się tym, że on właściwie nic złego nie robi, bo to nie jest schronisko tylko azyl – mówił z kolei Remigiusz Górniak, starosta powiatu mińskiego. Wolontariusz "Pogotowia dla zwierząt" uważa, że azyl jest zarejestrowany jako szpital dla zwierząt, a on sam prowadzi własną firmę – Czy ktoś może nam zakazać jako wolontariuszom opiekować się na prywatnym terenie zwierzętami? – pytał Grzegorz Bielawski. Karolina Daczkowska, reporterka Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego zapewnia, że zwierzęta, które widziała w azylu w Kuflewie były wykarmione i codziennie wychodzą na wybieg. W miniony weekend azyl przyjął kilkadziesiąt psów ze zlikwidowanego schroniska w Sobolewie. Obecnie w Pogotowiu dla Zwierząt jest ok. 220 psów.
  9. Jacek Zarzecki 2 dni trwała kontrola IW w asyście Polska Policja w Kuflewie w zdelegalizowanym Pogotowiu dla Zwierząt Bielawskiego. Mam nadzieję, że protokół z tej kontroli wraz z załącznikami, gdzie widać, padłe psy oraz hałdy darów od ludzi do wywalenia trafią do opinii publicznej. Pora pokazać Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi jak działają patoorganizacje zajmujące się zarabianiem a nie pomaganiem. Może wtedy politycy oraz społeczeństwo zrozumieją jak działa ten system, o kulisach którego mówimy od lat.
  10. Portal Warszawski "Schronisko Na Paluchu to "państwo w państwie", w którym gwałci się wszelkie zasady . Jest źle zarządzane, marnotrawione są pieniądze obywateli i generuje się niepotrzebne cierpienie zwierząt. (...) Mimo wielu skarg i petycji nic nie zmienia się Na Paluchu oprócz dekoracji. Obecną sytuację sankcjonują od lat urzędnicy Biura Ochrony Środowiska, mimo wielu skarg i osobistych rozmów wspomagają dyrekcję w tworzeniu fałszywego wizerunku tego miejsca!" - tak brzmią pierwsze zdania wielkiego raportu, który otrzymaliśmy od naszego czytelnika, a który był tam wolontariuszem. Dlatego już dziś zapraszamy Najwyższa Izba Kontroli (𝐍𝐈𝐊), Rafał Trzaskowski, ale i pozostałych prezydentów Warszawy i wolontariuszy z SOS Paluch. Co ciekawe nikt, ŻADNA warszawska redakcja NIE CHCIAŁA tego opublikować - co jest kolejnym dowodem na mafijny charakter Miasto Stołeczne Warszawa. Swoich chronimy - kosztem naszych stanowisk. "W następnych latach dyrekcja zabrała się za wylewanie betonu na wybiegach ,aby wyrównać poziom, ale robiono to zimą w 20 st. mrozy ,Beton nie wiązał, zrywano go trzy razy, gdy pracownik sprzątał, beton kruszał i zostawał na łopacie . Psy w tym czasie na wiele dni zagoniono do środka i zabito wyjście na wybieg dechami. Ostatecznie spadek na wybiegach pawilonów zrobiono ..do wewnątrz ,zbiera się tam woda z odchodami ,sierścią , i resztkami, nie można tego w żaden sposób „ wybrać”. PSY PRZEBYWAJĄ W WIECZNYM „BAJORZE” Również zimą sadzono rośliny, pracownicy kilofami rąbali lód , ROŚLINY POUSYCHAŁY. CO NA TO ZASTĘPCA DYREKTOR BOŚ PAN MIEJSKI ARCHITEKT ZIELENI? Skala marnotrawstwa i bałaganiarstwa ,którego nikt nie monitoruje jest przerażająca" "DLACZEGO W NAJBOGATSZYM SCHRONISKU W POLSCE NIE SĄ WYSTERYLIZOWANE WSZYSTKIE ZWIERZĘTA ? Psy przeciągają się przez niezabezpieczone klatki, odgryzają sobie nawzajem ogony ,uszy, łapy." Z listu wolontariusza: "Upiększone z zewnątrz schronisko nie staje się miejscem bardziej przyjaznym zwierzętom. Nadal masowo zdarzają się tu pogryzienia przez niezabezpieczone kraty. W tym celu pomiędzy klatki montuje się dykty. Dykt jednak powszechnie brakuje i psy gryzą się przez kraty, często dokonując poważnych i rozległych zranień. Psy zagryzają się w zle dobranych stadach, w walce o miskę i przy cieczkach. Poniżej zagryziony pies" "Przychodząc tam byłem pełna nadziei, że pomagam zwierzakom, wyprowadzając i dokarmiając je ile się da. Z czasem zacząłem widzieć, iż wiele zwierząt cierpi tam nie z traumy z powodu zamknięcia w klatce i braku spacerów, ale również z gnicia we własnych odchodach, z powykręcanych łap, z powodu nie obciętych pazurów, głodu, wiecznego rozwolnienia, picia wody z zielonych od glonów misek, doprowadzania psów i kotów do stanów agonalnych i braku pomocy w godnym odejściu, tylko trzymaniu w agonii aż do śmierci ( tak naprawdę z głodu i odwodnienia gdyż w agonii zwierzę nie wstaje, nie je, nie pije). Wiele starych psów jest w stanie skrajnego wychudzenia, gdyż nie są w stanie dostać się do miski i zdobyć pokarm. W geriatrii trzyma się tam psy zdrowe lecz stare, ślepe, głuche, z powykręcanymi reumatyzmem łapami, przede wszystkim BRZYDKIE psy, gdzie nikt ich nie ogląda (bo szpecą ogólny wygląd schroniska) i nie mają szans na dom. Wyprowadzam psy w w/w schronisku od lipca 2011. Przez około półtora roku zaobserwowałem wiele nieprawidłowości, a przede wszystkim krzywdę schroniskowych zwierząt. W wyniku tych obserwacji obiektywnie stwierdzam, że osoba zarządzająca schroniskiem wyraźnie sobie nie radzi z tak wielką placówką. Dziesięć lat temu była to placówka o połowę mniejsza. Wiadomo, że zwierząt przybywa, standardy się zmieniają, sposoby zarządzania się zmieniają i trzeba iść z duchem czasu. Stare komunistyczne sposoby zarządzania nie sprawdzają się w dzisiejszym świecie! Osoba kierująca schroniskiem źle zarządza finansami, budując „ogrody Saskie” z betonowymi gazonami w miejscu, gdzie jest potrzebna przestrzeń do pracy, by móc dowieźć jedzenie i wodę do klatek na wózkach, zwłaszcza w zimie, w śniegu. Tworząc dodatkowe zajęcie dla pracowników – czyszczenie gazonów z psich odchodów – odbiera czas potrzebny do pracy z psami. Rozumiem, że ważnym jest wizualne wrażenie miejsca, dokąd przychodzą ludzie adoptować zwierzaki, lecz kwiatami nie przykryje się fatalnego wyglądu psów, braku ich wychodzenia z klatek po parę lat (bo są i takie przypadki) czy gnijących rozpadających się bud. " Raport, po którym muszą być wyciągnięte konsekwencje - i my wszyscy musimy TEGO DOPILNOWAĆ - liczy dobrze ponad 100 stron. Dlatego też będziemy publikować wybrane fragmenty, - jutro pierwsze z nich! Natomiast całość już dziś może dostać Najwyższa Izba Kontroli (𝐍𝐈𝐊), która otrzymuje od nas właśnie dodatkowe dowody na piekło, które od DEKAD towarzyszy zwierzętom na warszawskim Paluchu! UWAGA! Według oficjalnych danych na rok 2025, budżet Schroniska na Paluchu wynosi 23 423 260,00 zł. - zatem pytamy - gdzie są te pieniądze A my też potrzebujemy wsparcia, bo miasto i wszystkie podmioty należące do niego, od ponad dekady robią wszystko abyśmy przestali istnieć. Możesz: postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/portalwarszawski
  11. Filip Jan Wąs Bardzo ważne . Mam sporo pytań od Was i telefonów w sprawie prawa i ochrony Waszych zwierząt - głównie od hodowców, ale też od opiekunów psów. Najczęściej pytacie, co zrobić w sytuacji, kiedy na Waszej posesji pojawia się organizacja prozwierzęca oraz jakie macie prawa i jak z nich faktycznie korzystać. Zasada numer jeden jest banalnie prosta i jednocześnie najczęściej łamana: w każdym przypadku, bez względu na to, co mają napisane na koszulkach, kamizelkach czy samochodach, nie rozmawiacie z nimi i nie próbujecie się „dogadać po ludzku”. To nie jest rozmowa przy kawie ani negocjacje. Natychmiast wzywacie Policję, informujecie o agresywnie pobudzonych osobach przed posesją lub już na niej i wyciągacie telefon. Od tej chwili wszystko nagrywacie. Prawo jest w tym miejscu wyjątkowo czytelne. Naruszenie miru domowego: „Kto wdziera się do cudzego domu, mieszkania, lokalu, ogrodzonego terenu albo wbrew żądaniu osoby uprawnionej miejsca takiego nie opuszcza, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.” Posesja, hodowla, dom, ogród, a nawet nieogrodzony parking znajdujący się na Waszym terenie są prawnie chronione. Nie trzeba się włamywać. Wystarczy, że ktoś przebywa tam bez Waszej zgody i nie chce wyjść. To już jest przestępstwo. Macie też prawo do obrony koniecznej, bo zagrożone jest Wasze mienie i Wasi bliscy. To nie jest opinia - to kodeks. Fundacji i OPP nie wolno wejść na Wasz teren „bo pies szczeka”, „bo ktoś zadzwonił”, „bo chcą zrobić dokumentację”, ani „bo przyjechali z weterynarzem”, jeśli nie ma Policji i jeśli wyraźnie się sprzeciwiacie. Każdy z tych wariantów jest złamaniem prawa. Oni o tym wiedzą, ale liczą, że Wy nie wiecie. Liczą, że się zestresujecie, że sprawa nie trafi do sądu albo że wystarczy postraszyć mediami. Tymczasem prawo stoi po stronie właściciela, o ile nie było Policji, nie było bezpośredniego zagrożenia życia i był wyraźny sprzeciw. Fundacja i lekarz weterynarii bez Policji nie mają prawa wejść na teren prywatny. I jeszcze jedna ważna rzecz: osoba odpierająca naruszenie miru domowego w swoim domu ma znacznie szersze uprawnienia niż w innych sytuacjach. Przekroczenie granic obrony jest tu oceniane zupełnie inaczej, bo naruszenie miru domowego jest traktowane jak realny atak. Macie prawo się bronić. Jak to wygląda proceduralnie? Fundacji nie musicie wpuszczać nigdy. Policji - tak, ale tylko Policji. Macie obowiązek podporządkować się decyzjom Policji. Ocena stanu zdrowia zwierząt należy wyłącznie do lekarza weterynarii. Nie do fundacji, nie do Policji i już na pewno nie do emocji osób postronnych. Policja sama ani Policja w duecie z fundacją nie ma żadnych kompetencji do oceny stanu zdrowia Waszych psów. Jeżeli policjanci zaczynają Was „delikatnie” namawiać do oddania psów, straszyć kosztami, problemami czy „lepszym rozwiązaniem dla wszystkich”, to jest to przekroczenie uprawnień i działanie na rzecz prywatnego podmiotu, jakim jest fundacja. W takich sytuacjach nagrywanie bardzo szybko studzi entuzjazm. Fundacja nie ma żadnych uprawnień do oceny stanu zdrowia ani warunków utrzymania zwierząt. Jeżeli przyjeżdżają z Policją, pytacie spokojnie: kto, na jakiej podstawie i w jakim trybie. Wpuszczacie Policję i mówicie jasno: wyrażam zgodę na czynności Policji, nie wyrażam zgody na obecność osób trzecich. Lekarza weterynarii wzywa Policja albo Wy, nie fundacja. Prawidłowy model interwencji to Policja i lekarz weterynarii, bez „społecznego nadzoru”. Wpuszczacie Policję i lekarza, żądacie opinii lekarza na piśmie i wskazania konkretnego zagrożenia życia. Obserwujecie i nie przeszkadzacie. Lekarz odpowiada zawodowo i prawnie, dlatego jego opinia musi dotyczyć zdrowia, a nie estetyki, wrażeń czy narracji fundacyjnej. Jeżeli pojawiają się naciski na oddanie zwierząt bez dokumentów, mówicie jedno zdanie i powtarzacie je do znudzenia: nie wyrażam zgody na dobrowolne przekazanie zwierząt, proszę działać wyłącznie w ramach prawa i procedury. „Dobrowolne oddanie” jest dla Was prawnie zabójcze - zamyka drogę do sądu, odbiera możliwość odwołania, przerzuca odpowiedzialność na Was i legalizuje bezprawną interwencję. To jest mechanizm, na którym fundacje jadą. Będą naciski, presja psychiczna i granie na emocjach. To rosyjska ruletka, tylko że Wy możecie im ten pistolet spokojnie wyjąć z ręki. Powtarzacie: proszę o prowadzenie czynności wyłącznie w granicach prawa, nie wyrażam zgody na działania niepoparte decyzją lekarza weterynarii lub sądu. Nie istnieje coś takiego jak „kontrola fundacji”. Żaden byt, nieważne jak się nazywa i jak bardzo jest „społeczny”, nie ma prawa kontrolować Waszych podwórek ani zdrowia Waszych psów. Od tego jest Policja i lekarz weterynarii. Zwierzęta mogą zostać odebrane wyłącznie na podstawie art. 7 ustawy o ochronie zwierząt i wyłącznie na skutek decyzji lekarza weterynarii działającego przy zabezpieczeniu Policji. Lekarz może podjąć decyzję o czasowym odebraniu tylko konkretnych zwierząt, wobec których stwierdzono realne zagrożenie życia lub zdrowia albo faktyczne przesłanki znęcania. Tylko te chore, skrajnie zaniedbane lub ranne. Nie wolno zabrać wszystkich zwierząt, bo jedno było chore, nie wolno zabrać wszystkich „profilaktycznie”, nie wolno opierać się na emocjach, zdjęciach, wrażeniach czy donosach bez weryfikacji. To są poważne naruszenia prawa. Dla każdego zwierzęcia osobno musi być opis stanu, rozpoznanie lekarza, wskazanie zagrożenia i decyzja o odbiorze. Macie prawo żądać, aby w protokole znalazła się dokładna liczba zwierząt, ich identyfikacja, dane lekarza, podstawa prawna, miejsce przewiezienia, podmiot odpowiedzialny oraz stan zwierząt w chwili odbioru. Policja ma obowiązek wpisać dokładny adres przetrzymywania zwierząt. „Adres zostanie ustalony później” albo „to tajne” nie istnieje w prawie. Brud, bałagan, duża liczba zwierząt, kojce, hodowla, trening obrony, brak „standardów fundacji” czy używanie klatek kennelowych nie są podstawą do odbioru zwierząt. W polskim prawie nie ma zakazu używania klatek, limitu godzin ani definicji „klatka równa się znęcanie”. Jeśli pies ma wodę, jest karmiony, wyprowadzany, nie ma obrażeń, a klatka służy bezpieczeństwu lub pracy behawioralnej, jest to standard kynologiczny, nie patologia. Prawo ochrony zwierząt to Wasze prawa, nie fundacji. Do momentu decyzji lekarza weterynarii przy zabezpieczeniu Policji fundacja nie ma prawa wstępu ani żadnych działań. Ostatnie ataki na państwową inspekcję weterynaryjną nie są przypadkowe - chodzi o przejęcie kompetencji i narracji. Tymczasem każdy z Was może żądać kontroli fundacji i ich domów tymczasowych, a robi to Policja i lekarz weterynarii w imię realnej ochrony zwierząt. Następnym razem napiszę, dlaczego udział OPP w odbiorach interwencyjnych powinien zostać zakazany ustawowo. Fundacje ryzykują, kłamią i straszą, licząc na Waszą niewiedzę i emocje. A to jest gra, w której bardzo szybko można odebrać im broń. Filip Jan Wąs
  12. Przeciwstawianie sobie hodowców "prawdziwych" i "pseudo" to konflikt pozorny, ukrywający brak regulacji rynku zwierząt domowych przez państwo, a taka regulacja jest standardem w cywilizowanych krajach. Spory o to "czyj" ma to być rynek skutecznie zastąpiły dyskusję "jaki" powinien to być rynek. Nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt z 2011 r. spowodowała gwałtowny rozwój zjawiska nazywanego powszechnie "pseudohodowlami", przez co zwykle rozumie się hodowle psów niezrzeszone w Związku Kynologicznym w Polsce (ZKwP) albo hodowle w których dochodzi do znęcania się nad zwierzętami i oszukiwania nabywców. Albo jedno i drugie. Pseudohodowlom przypisuje się znaczący wkład z zjawisko bezdomności zwierząt. 1. Jak do tego doszło? Poselski projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt z 2011 r. autorstwa Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt (PZPZ), pod przewodnictwem posła Pawła Suskiego, przewidywał generalny zakaz handlu zwierzętami domowymi ("wprowadzania do obrotu"), stanowiąc wyjątek dla: "hodowli zwierząt zarejestrowanych w organizacjach społecznych, których wykaz określi w drodze rozporządzenia minister rolnictwa" (1) Oczywistą intencją było tu oddzielenie właściwych, porządnych hodowli, przypisywanych Związkowi Kynologicznemu w Polsce, od czarnego rynku rozmnażania tanich "podróbek" modnych ras. Jednak ostatecznie pod obrady Sejmu trafił i został uchwalony przepis w innym brzmieniu, stanowiący wyjątek dla: "hodowli zwierząt zarejestrowanych w ogólnokrajowych organizacjach społecznych, których statutowym celem jest działalność związana z hodowlą rasowych psów i kotów". Realny skutek uchwalonego przepisu był odwrotny do zamierzonego, co było oczywiste od momentu przyjęcia takiego sformułowania w podkomisji. Hodowcy działający dotąd (w powszechnym przekonaniu) pokątnie, na czarnym rynku psów nibyrasowch, otrzymali prezent w postaci podstawy prawnej traktowania ich na równi ze ZKwP. Oprócz zgłoszenia działalności w "dziale specjalnym produkcji rolnej" wystarczyło teraz zgłosić staroście założenie stowarzyszenia zwykłego (podpisy 7 osób) i już można było legalnie produkować rasowe psy, wystawiać własne certyfikaty a nawet rodowody. Poseł Paweł Suski tłumaczył się potem, że ta zmiana przepisu narzucona została podczas prac podkomisji sejmowej przez "legislatora" (tak nazywani są potocznie etatowi prawnicy Sejmu służący posłom pomocą). Ale przecież tu nie szło o jakieś formalne uchybienie, ale o sprawę zasadniczą – o to czy ustawa ma zjawisko pseudohodowli ograniczać czy wspierać. Czy legislator może narzucać posłom sam kierunek zmian ustawowych? Warto to konkretne "nieporozumienie" przeanalizować, bo przejawia się w nim sedno patologii rynku psów w Polsce. 2. Trochę historii Związek Kynologiczny w Polsce powstał w 1948 r. w sytuacji, gdy dorobek przedwojennych związków kynologicznych został niemal całkowicie zniszczony, a usilnie wprowadzany nowy ustrój nie przewidywał ani swobody stowarzyszania się, by ten dorobek reaktywować, ani nie przewidywał hodowli i rynku zwierząt domowych. Podobnie, w konsekwencji nacjonalizacji lasów straciło też rację bytu tradycyjne łowiectwo, oparte na prawie do polowania, które z kolei wynikało z prywatnej własności lasów. Z powodów, na których omówienie nie ma tu miejsca, łowiectwo nie zostało jednak po prostu upaństwowione, lecz przybrało dziwaczną formę szczególnego, para-państwowego niby-stowarzyszenia myśliwych, w której to formie trwa do dzisiaj. Rasowe psy potrzebne były przede wszystkim myśliwym i to pod ich patronatem powołano do życia ZKwP jako "młodszego brata" Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ). Rola PZŁ została określona w ustawie, ale rola ZKwP już nie. W praktyce, sytuacja obu związków wynikała najbardziej z ich – tak to nazwijmy – elitarnego charakteru. Dość powiedzieć, że honorowym prezesem PZŁ był premier, generał Piotr Jaroszewicz, a szefami ZKwP były takie postaci jak minister Władysław Wolski czy generał Edwin Rozłubirski. ZKwP miał więc nieformalny, politycznie gwarantowany monopol na hodowlę rasowych psów, podobnie jak PZŁ na polowanie (2). Zadbano też o to, by urząd skarbowy nie zawracał hodowcom głowy. Hodowanie rasowych psów i kotów zakwalifikowano do "działów specjalnych produkcji rolnej", to znaczy praktycznie zwolniono z podatków. Pomimo, że psów ani nie wypasamy na łąkach, ani nie pozyskujemy ich mięsa, mleka czy skór. Dziesięciolecia takiego naturalnego monopolu ZKwP spowodowały, że w powszechnej świadomości samo pojęcie rasy psa, stanowiące normę wewnętrzną tego stowarzyszenia, traktowane było jak norma prawa powszechnie obowiązującego. Na przykład, w ustawie o ochronie zwierząt z 1997 r. ustawodawca uregulował utrzymywania psów "ras uznawanych za agresywne" nie troszcząc się o definicję prawną rasy psa i odwołując się w ustawie do normy wewnętrznej stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce (3). Monopol ZKwP na hodowlę rasowych psów całkowicie wyręczał państwo od jakiejkolwiek regulacji w tym zakresie, co miało i ten skutek że tolerowany był czarny rynek zwierząt "rasowych bez rodowodu" czy też "w typie rasy", nie mówiąc o "zwykłych" psach i kotach. Bo nikomu tak naprawdę nie przeszkadzał. 3. Trzeba było coś uchwalić Czymś naturalnym było więc, że Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt, podejmując — już w nowym ustroju — walkę z pseudohodowlami, z motywów humanitarnych i przeciw nadpopulacji generującej bezdomność psów, uznał że najprostszym środkiem będzie prawne usankcjonowanie "naturalnego" monopolu ZKwP, co dałoby narzędzia do delegalizacji psudohodowli i pozwoliło je wytępić. Ten sam pomysł różnie formułowano w kolejnych projektach. Raz wpisywano do projektów ustawy wprost nazwę Związku, kiedy indziej wskazywano go pośrednio, przez przynależność do organizacji międzynarodowej, zaś w 2011 r. uznano, że najlepiej będzie gdy to minister umieści Związek w wykazie organizacji jedynie uprawnionych do "wprowadzania do obrotu psów i kotów" (zapewne razem z którymś ze związków hodowców kotów). Obecny na obradach podkomisji legislator mógł nie mieć pojęcia o ochronie zwierząt, kynologii i przedmiocie obrad, ale był pewny jednego — że w obecnym systemie prawnym nie może być mowy o żadnym arbitralnym tworzeniu przez jakiegoś ministra jakiegoś wykazu uprawnionych do czegoś organizacji społecznych, bez umocowania takiej kompetencji w systemie prawa powszechnie obowiązującego w Polsce. W dzisiejszych czasach, inaczej niż w PRL, funkcjonuje realna wolność zrzeszania się, a system prawny zawiera liczne zasady skutecznie chroniące przed taką prostacką arbitralnością władzy, jaką proponował PZPZ. Jedyne ustępstwo, na jakie legislator zgodził się pójść, to ustawowe przyznanie takiego uprawnienia równo i sprawiedliwie wszystkim organizacjom społecznym o odpowiednim celu statutowym. Czyli na wzór licznych wskazań na takie organizacje w obowiązującej ustawie. Wprawdzie takie przepisy z punktu widzenia systemu prawa też są anachroniczne — no ale przynajmniej jest precedens. Winą przedstawiciela projektodawców, posła Pawła Suskiego było to, że akceptując sprzeciw legislatora nie wycofał się z pomysłu nowelizacji w tym zakresie, lecz podpisał się pod proponowaną przez legislatora zmianą, byle tylko projekt przeszedł. W przeciwieństwie do legislatora, musiał zdawać sobie sprawę z konsekwencji. Przeważyła jednak koncepcja, którą trafnie ujął potem wiceprzewodniczący PZPZ Marek Suski, że "lepiej było zrobić coś niż nic". To zrozumiałe, bo projekt był ogromnie napompowany medialnie. Na koniec kadencji ocieplał wizerunek posłów, którzy "jednogłośnie, ponad podziałami, dla dobra zwierząt" ...itd. Pod Sejmem czekała już radosna manifestacja miłośników zwierząt i media, którym nie można było powiedzieć, że coś poszło na opak. 4. Konflikt zastępczy Zwalczanie pseudohodowli monopolem ZKwP na produkowanie psów, czy to zapisanym wprost czy np. za pośrednictwem ustawowej definicji rasy (projekt "piątka dla zwierząt"), są niepoważne bo nierealne z powodów systemowych. Jednak przejawiany latami upór i pomysłowość autorów takich projektów nasuwa przypuszczenie, że nie chodzi tu o realne ograniczenie podaży psów lecz raczej o podtrzymywanie wojny hodowców z psudohodowcami, jako tzw. konflikt zastępczy w interesie całego pet-biznesu. Trwanie takiego konfliktu pozwala z jednej strony wykazywać się miłością do zwierząt pomstując na "pseuduchów", a z drugiej dbać o to by jak najwięcej ludzi nabywało i posiadało jakiekolwiek zwierzęta. Profesjonalny pet-biznes doskonale zdaje sobie sprawę, jak wielkie negatywne emocje w społeczeństwie budzi obecnie znęcanie się nad zwierzętami. Tym bardziej zorganizowane i dla zysku. Wiadomo też, że najważniejszą dźwignią dla tego biznesu są pozytywne emocje i naturalna empatia dla zwierząt, choć wymagająca umiejętnego pokierowania nią dla sformatowania konkretnych potrzeb i wykreowania popytu. Skupienie emocji na konflikcie "dobre organizacje hodowców" kontra "złe organizacje hodowców" służy konserwowaniu cennego dla pet-biznesu spadku po PRL, kiedy to rynek rasowych psów nie tylko nie był opodatkowany, ale także wyjęty spod jakiejkolwiek kontroli państwa. Polska nadal pozostaje jednym z nielicznych krajów europejskich, które nie przystąpiły do Europejskiej konwencji ochrony zwierząt domowych, która przewiduje nadzór państwa nad hodowlami tych zwierząt (4). Dzięki temu ilość zwierząt domowych utrzymuje się w Polsce na wyjątkowo wysokim poziomie. A to jest podstawowy, wspólny interes pet-biznesu, wszystkich jego branż: hodowców, weterynarzy, schronisk, organizacji miłośników, producentów karmy, gadżetów. reklamy i różnych usług. Państwo dysponuje rozbudowanymi instrumentami regulowania i nadzorowania wszelkiej działalności gospodarczej, więc jest w stanie prowadzić politykę uzgadniania interesu producentów i konsumentów z nadrzędnym interesem społecznym jakim jest w tym przypadku ograniczenie nadpopulacji i deprecjacji zwierząt domowych. Ale nie ma instrumentów prawnych wobec stowarzyszeń, które formalnie niczego nie produkują i niczym nie handlują ani za nic nie odpowiadają, bo tylko skupiają miłośników zwierząt, np. rasowych psów. Dopóki państwo nie uzna wszelkich producentów zwierząt domowych za przedsiębiorców prowadzących działalność regulowaną, obecny kształt rynku zwierząt domowych się nie zmieni. 5. Rynek Populacja zwierząt domowych w Polsce nie została wyprodukowana ani przez hodowców ani pseudohodowców, bo nie wzięła się z obrotu handlowego, tylko zacofania. Tradycyjnie, czyli na wsiach, suki "się" szczeniły a szczenięta topiono lub rozdawano chętnym. Umyślnie wyhodowane psy użytkowe były marginesem populacji. Potrzeba posiadania psa, analogiczne jak inne potrzeby ludzi, została z czasem skomercjalizowana. Powstał rynek i marki produktów (rasy), choć w Polsce, gdzie nigdy nie podjęto radykalnych działań przeciw nadpopulacji psów, nadal dominuje "naturalne" nabywania zwierząt, w tym niemała "adopcja" psów bezdomnych, która wprawdzie ogranicza ona obrót zwierzętami wyhodowanymi, ale dla całego petbiznesu jest per saldo korzystna. Hodowcom, prezentującym się oczywiście jako miłośnicy zwierząt, wytykane jest, że działają dla zysku, więc często tłumaczą jakie to ogromne koszty trzeba ponosić, by wyhodować rasowego psa zgodnie z najlepszymi wzorami światowej kynologii. Zatem nie zarabiają a dokładają do tego interesu, co ma uzasadniać ich status amatorów, odrębny od normalnych przedsiębiorców, którzy płacą podatki. Nie jest to tłumaczenie logiczne, wszak jeśli zyski są minimalne lub żadne, to i podatki byłyby takie same. Duże koszty profesjonalnych hodowców to prawda, tyle że nie cała. Normalny producent, który ponosi racjonalnie wysokie koszty, rekompensuje je sobie wysoką ceną. Problem w tym, że obecnie w Polsce nie bardzo może, bo zwierząt nie sprzeda z powodu nadpopulacji i ogólnej deprecjacji zwierząt domowych. Wysokie ceny możliwe są między profesjonalnymi hodowcami, ale powszechny popyt zadowala się tańszym psem "w typie rasy", o ile nie darmowym bez pozorów żadnej rasy. Skoro hodowcy trudno zarobić na kosztownej jakości, musi zarabiać na taniej ilości. Prawdziwi hodowcy potrzebują więc rynku pseudohodowli. Zaś pseudohodowcy, nawet ci najbardziej bezwzględni, potrzebują wzorców ras i modnych marek, by klient przyszedł i dał się oszukać u nich, a nie ryzykował nabycia dowolnego psa w schronisku, psa uratowanego ze schroniska, uratowanego z innej hodowli, czy po prostu z ogłoszenia o psie "szukającym domu". A te marki i mody tworzą prawdziwi hodowcy. Jedni i drudzy potrzebują siebie nawzajem, a pytaniem jest tylko to, jaka część hodowców działa równocześnie po obu stronach konfliktu. 6. Interes publiczny Interes publiczny w tej dziedzinie określić jest łatwo. Zwierząt domowych powinno być mniej za to powinny mieć lepszą opiekę, więc nabywanie psów musi być ograniczane. Psy specjalnie wyhodowane na sprzedaż powinny być drogie, zaś psy bezdomne utrzymywane z pieniędzy publicznych powinny być darmowe. Państwo musi zadbać o przestrzeganie profesjonalnych norm w hodowli, a z drugiej strony o gwarancje właściwej opieki w przypadku nieodpłatnego nabywania zwierząt bezdomnych. Posiadanie zwierząt domowych powinno być związane z odpowiedzialnością za nie, w tym za ich zdolność do rozrodu. Aby realizować ten interes publiczny, państwo powinno przyjąć jakąś spójną politykę w tym zakresie, obejmującą całość problemu, zatem określającą wiele różnych środków prowadzących do wspólnego celu. Jak dotąd, podstawowym problemem jest jednak to, że państwo w ogóle nie widzi tu ani problemu, ani interesu publicznego, zatem też nie ma zamiaru prowadzić żadnej spójnej polityki na szczeblu centralnym. Pierwszy i podstawowy warunek zmiany, to uznanie hodowli psów i kotów za działalność gospodarczą. Po drugie, działalność regulowaną, tj. dostępną za zezwoleniem i nadzorowaną. Oczywiście hodowla rasowych zwierząt to nie wypiek ciastek, które każdy przedsiębiorca może sobie produkować osobno od innych, lecz efekt zorganizowanej współpracy wielu hodowców. Ale hodowcy nie potrzebują do tego związku miłośników, amatorów i hobbystów lecz związku o charakterze samorządu profesjonalistów, który będzie regulował a także nadzorował działanie swoich członków. Regulacja ustawowa może polegać na koncesjonowaniu takich związków pod warunkiem przestrzegania przez nie ich własnych, profesjonalnych norm hodowlanych (wzorce rasy, regulaminy, księgi rodowodowe), na nadzorze nad ewidencjonowaniem i opodatkowaniem obrotów zwierzętami, a w końcu także nad wymogami humanitarnej ochrony zwierząt. Tadeusz Wypych Fundacja dla Zwierząt "Argos" 15.06.2021 P r z y p i s y projektowany art. 10a ust. 6 u.o.z, druk sejmowy 4257 z 12.05.2011, art. 1 pkt 5 Ustrój słusznie miniony stworzył własny model stowarzyszeń, jako "pasów transmisyjnych od Partii do mas". Organizacje społeczne nie realizowały swobody zrzeszania się obywateli lecz aktualną politykę władz. W jednej dziedzinie działało tylko jedno stowarzyszenie, ściśle nadzorowane ale i finansowane przez państwo. Zwierzętami zajmowały się: Polski Związek Łowiecki, Polski Związek Wędkarski, Liga Ochrony Przyrody (ochrona gatunkowa), Związek Kynologiczny w Polsce i Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami (ochrona humanitarna), Patrz art. 10 ust. 3 ustawy o ochronie zwierząt. Normy hodowli rasowych zwierząt są prawem powszechnie obowiązującym, ale wyłącznie w ścisłym zakresie zwierząt gospodarskich (bydło domowe, świnie, owce, kozy, koniowate). Obecnie reguluje to unijne Rozporządzenie 2016/1012 z dnia 8 czerwca 2016 w sprawie hodowli zwierząt. patrz art. 8 Europejskiej konwencji ochrony zwierząt domowych, Strasbourg 1987 https://www.coe.int/en/web/conventions/full-list/-/conventions/treaty/125także > konwencja.boz.org.pl
  13. 1. Czy adoptujący bezdomne zwierzę nabywa prawo własności do niego? Potoczne rozumienie adopcji zwierzęcia domowego jest dziś w Polsce jasne. Termin adoptio oznaczał w prawie rzymskim to, co dziś w prawie cywilnym nazywane jest "przysposobieniem", tj. uznanie za własne dziecka biologicznie obcego i przyjęcie go do rodziny. Analogia jest uprawniona o tyle, że ustawowa definicja zwierzęcia domowego określa je jako „towarzysza” człowieka w jego domu (art. 4 pkt 17 ustawy o ochronie zwierząt, dalej: „u.o.z.”). Na tle ogólnej koncepcji prawnej dereifikacji zwierząt jest to krok dalej, w kierunku antropomorfizacji tej grupy zwierząt. Najwięcej psów i kotów adoptowanych jest ze schronisk, do których trafiły w ramach zadań publicznych gmin. Od czasu wprowadzenia w 1997 r., zakazu uśmiercania zwierząt domowych z powodu ich bezdomności, powszechnie przyjmuje się, że celem i zwieńczeniem zadania publicznego jest właśnie oddanie bezdomnego zwierzęcia do adopcji. Dlatego zastanawiający jest fakt, że choć przepisów o bezdomnych zwierzętach jest nadmiar, to na temat samej adopcji prawo milczy. Jedynym przepisem ustawowym, nawiązującym pośrednio do praktyki adopcji, jest wprowadzony w 2011 r. do u.o.z. przepis o tym, że gminne programy opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt powinny obejmować m.in. "poszukiwanie właścicieli dla bezdomnych zwierząt" (art. 11a ust. 2 pkt 5 u.o.z.). Skoro zwierzę bezdomne zdefiniowane jest przez brak możliwości ustalenia właściciela (art. 4 pkt 16 u.o.z.), to należy odczytywać, że chodzi tu o przyszłych, nowych właścicieli dla tych zwierząt, a nie o tych pierwotnych. Ustawodawca nie użył jednak słowa "adopcja", więc to tylko powszechny i konieczny domysł, że przez "poszukiwanie (nowych) właścicieli" rozumie się także przekazywanie im zwierząt. Co ważniejsze, z przepisu tego wynika, że dochodzi tu do przeniesienia własności, wszak mowa o nowych „właścicielach”. Takie przekonanie ma istotne znaczenie dla gmin i schronisk, bo w konsekwencji uzyskania właściciela, zwierzę przestaje być bezdomne na mocy jego definicji, więc wygasają wszelkie powody do dalszego interesowania się nim. Z punktu widzenia prawa rzeczowego, nabywanie własności zwierzęcia drogą adopcji wydaje się nader wątpliwe. Prawo własności powstaje na dwa sposoby. Jest albo pochodne, przeniesione od poprzedniego właściciela (czyli zmienia się tylko podmiot tego prawa), albo pierwotne (tj. nowe, nie związane z ewentualnym poprzednim właścicielem). Pochodne prawo własności nabywa się najczęściej w drodze umowy o świadczenie wzajemne (kupno-sprzedaż, zamiana) lub umowy bez świadczenia wzajemnego (darowizna), albo w drodze dziedziczenia. Pierwotne prawo własności można nabyć przez zawłaszczenie dobra wolnego (np. łowiąc ryby w morzu), przez zasiedzenie lub przez zawłaszczenie rzeczy niczyjej, tj. porzuconej z zamiarem wyzbycia się prawa własności do niej (np. grzebiąc po śmietnikach). Pod pewnymi warunkami można je nabyć także w wyniku znalezienia rzeczy cudzej. Nabycie zwierzęcia ze schroniska oczywiście nie jest pierwotnym sposobem nabyciem prawa własności do niego. Zaś nabycie pochodnego prawa własności zakłada, że prawo własności posiadała gmina lub schronisko. Bowiem nikt nie może przenieść na drugiego więcej praw, niż sam posiada. Należy zatem zapytać o sposób nabycia prawa własności do zwierzęcia bezdomnego przez gminę, które to prawo mogłaby ona przenieść (ew. za pośrednictwem schroniska) na osobę chętną do adopcji. W tej kwestii literatura prawnicza zna jeden tylko pomysł. Opiera się on na tej części definicji zwierzęcia bezdomnego, która mówi, że zwierzę bezdomne to takie, które "uciekło, zbłąkało się lub zostało porzucone". Wywodzi się, że skoro zostało przez kogoś porzucone, a ponadto z zamiarem wyzbycia się prawa własności do niego, to zgodnie z art. 180 i 181 kodeksu cywilnego (dalej: „k.c.”), gmina wchodząc w posiadanie takiego zwierzęcia nabywa od razu prawo własności do niego. Na tej zasadzie, że celowe porzucenie rzeczy ruchomej jest zasadniczo legalnym zadysponowaniem swoim mieniem przez właściciela, w wyniku czego rzecz ta staje się niczyja i jako taka podlega legalnemu zawłaszczeniu przez kogokolwiek. Pomysł ten ma szereg wad. Wada pierwsza, ale od razu dyskwalifikująca, to ta, że w przypadku tak szczególnej rzeczy jak zwierzę, porzucenie nie jest legalnym zadysponowaniem swoim mieniem przez właściciela. Bo jest przestępstwem opisanym w u.o.z. Znajduje tu zastosowanie nie tylko zapisana w tej ustawie zasada dereifikacji zwierząt i przepis karny tej ustawy, ale także generalna klauzula zawarta w art. 5 k.c., która niweczy cywilnoprawne skutki czynów przestępczych. Druga wada polega na tym, że koncepcja ta miałaby zastosowanie tylko do zwierząt „porzuconych”, nie obejmując „zbłąkanych” i tych co „uciekły”. Po trzecie zaś, pomysł ten zakłada, że w każdym przypadku niemal stu tysięcy zwierząt trafiających corocznie do schronisk, daje się ustalić nie tylko fakt, że doszło do „porzucenia” – w odróżnieniu od „zbłąkania” lub „ucieczki” – ale także daje się ustalić świadomy zamiar wyzbycia się zwierzęcia przez porzucającego. Z reguły jest to jednak niemożliwe, skoro – jak zakłada definicja zwierzęcia bezdomnego – nie udało się ustalić nawet osoby tego właściciela. W sumie nie ma więc żadnych podstaw prawnych, by zgodzić się z powszechnym przekonaniem, że praktykowana obecnie adopcja bezdomnych zwierząt ze schronisk skutkuje sama z siebie nabyciem prawa własności do nich. Niejasna wzmianka w art. 11a ust. 2 pkt 5 u.o.z. o nowych właścicielach zwierząt nie znajduje niezbędnego oparcia w prawie rzeczowym i może być traktowana tylko jako wyraz beztroski ustawodawcy. Pozostaje rozpatrzyć, czy gmina lub schronisko może mieć jakiś inny tytuł prawny do bezdomnego zwierzęcia – taki który mogłyby przenieść na adoptującego. Realizując ustawowe zadanie publiczne sformułowane jako „zapewnianie opieki oraz wyłapywanie” (art. 11 ust. 1 u.o.z.) gmina niewątpliwie wchodzi w legalne władanie zwierzęciem, a ponadto powinna przekazać to władanie schronisku (art. 11 ust. 3 u.o.z., a zwłaszcza §4 rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z dnia 26 sierpnia 1998 r. w sprawie zasad i warunków wyłapywania bezdomnych zwierząt). Ale czy jest choćby posiadaczem zwierzęcia? Z posiadaniem mamy do czynienia, gdy obywatel po prostu przygarnia zwierzę by je mieć jako swoje (częściej nie ma takiego zamiaru lecz rychło chce je już za swoje uznawać). Gmina jednak nie włada zwierzęciem bezdomnym jak swoim i nie po to, by mieć je dla siebie. Z punktu widzenia prawa rzeczowego, gmina a następnie schronisko są więc tylko dzierżycielami zwierzęcia – czyli władającymi rzeczą w czyimś imieniu i dla kogoś. Inaczej niż w typowych przypadkach dzierżenia rzeczy ruchomej (przez przewoźnika, pocztę, zakład naprawczy albo po prostu szatnię), nie dochodzi tu do dzierżenia w wyniku umowy z właścicielem lub posiadaczem, lecz z tytułu sprawowania władzy publicznej przez organ gminy, ewentualnie umowy wykonywania zleconych przez tę władzę zadań publicznych (np. umowy wójta z przedsiębiorcą prowadzącym schronisko). Adopcję można by zatem uznawać za przeniesienie dzierżenia zwierzęcia na kolejny podmiot, gdyby nie to, że w momencie przekazania do adopcji znika istotna cecha władania rzeczą w czyimś imieniu i dla kogoś. Wszak do adopcji oddaje się zwierzęta w zgodnej intencji obu stron, by adoptujący władał nim jak swoim (posiadanie), a nawet nabył prawo własności do niego. Podsumowując, trzeba stwierdzić, że polityka oddawania bezdomnych zwierząt do adopcji nie tylko nie powoduje powstania prawa własności do tych zwierząt, ale w ogóle nie daje się ująć w kategoriach prawa rzeczowego. Krótko mówiąc, jest to praktyka pozaprawna. W tym znaczeniu, że niekoniecznie sprzeczna z prawem, ale nie wywołuje sama przez się żadnych tych skutków prawnych, w szczególności tych, które są jej powszechnie przypisywane. Pozaprawny charakter adopcji ma inne znaczenie dla gmin i działających dla nich schronisk, a inne dla osób adoptujących zwierzęta. Organy gmin, jako organy władzy publicznej, mogą działać wyłącznie na podstawie przepisu prawa i w granicach prawa. Obywatel zaś może czynić wszystko, czego prawo wyraźnie nie zakazuje, zaś nabywając rzecz w dobrej wierze, korzysta z ochrony prawa. Adoptujący może więc po trzech latach nabyć pierwotne prawo własności przez zasiedzenie rzeczy ruchomej (art. 174 k.c.). Może też ewentualnie powołać się na art. 169 k.c. i uzyskać pochodne prawo własności, jeśli nabył zwierzę w dobrej wierze od osoby nieuprawnionej do rozporządzania nim. Gmina jest niewątpliwie uprawniona do rozporządzania zwierzęciem z mocy ustawy, zatem jest i schronisko, ale w wielu przypadkach można by podnosić, że wadliwa umowa gminy ze schroniskiem niweczy uprawnienie schroniska do rozporządzania zwierzęciem, zatem zwierzę zostało nabyte od osoby nieuprawnionej. Na przykład, w nierzadkich przypadkach, gdy umowa ze schroniskiem nie jest oparta na uchwale rady gminy lub umowa zawarta jest ze schroniskiem nielegalnym w rozumieniu przepisów dotyczących schronisk. Tym bardziej wtedy, gdy gmina przekazała zwierzę podmiotowi innemu niż schronisko.). 2. Czy pozaprawny charakter adopcji ma realne znaczenie? Gminy z reguły przyjmują, że ich publiczne zadanie i odpowiedzialność za bezdomne zwierzęta kończy się automatycznie w przypadku przekazania zwierzęcia do zewnętrznego schroniska (tj. innego niż jednostka budżetowa gminy), a już na pewno w momencie, gdy zwierzę oddano do adopcji. Bo wtedy uzyskało właściciela, a więc nie jest już bezdomne. Na gruncie prawa rzeczowego można się z takim rozumowaniem zgodzić tylko w przypadkach określonych w art. 169 k.c. a więc przyjmując, że gmina lub schronisko były nieuprawnione do dysponowania zwierzęciem, a tym samym uznając, że oddając zwierzę do adopcji (lub zlecając to schronisku) gmina działa poza granicami prawa. Paradoksalnie, praktykę adopcji daje się łatwo i spójnie przedstawić w kategoriach prawa rzeczowego, właśnie przy założeniu, że gminy działają wbrew prawu ochrony zwierząt, choć działają zgodnie z innymi przepisami, np. ustawą o utrzymaniu czystości i porządku w gminach (dalej: „u.c.p.g.”). Wygląda to tak, że zgodnie ze swym zadaniem ustawowym określonym w u.o.z., gminy wyłapują bezdomne zwierzęta do schronisk, ale wcale nie w celu wykonywania tam swego zadania „opieki”. Konkretyzacji zadania „opieki” próżno bowiem szukać, zarówno w przepisach prawa, w uchwałach rad gminnych, jak i w umowach gmin ze schroniskami. Należy przyjąć, że jest odwrotnie – gminy porzucają zwierzęta w schroniskach, podobnie jak legalnie porzucamy rzeczy na śmietniku czy na składowisku złomu, opłacając przyjęcie naszych odpadów do takiego miejsca. Nieprzypadkowo przepisy u.o.z. mówią tylko o ”umieszczeniu”, „zapewnieniu miejsca w schronisku”, a umowy gmin ze schroniskami jako tytuł płatności za usługę wymieniają samo „przyjęcie”, „odebranie” lub inne, równoznaczne określenie. Również przepisy regulujące działanie schronisk (tj. u.c.p.g. i prawo nadzoru weterynaryjnego) traktują schroniska jako szczególne zakłady utylizacji, więc nie ma tam mowy o żadnej opiece. Schroniska, do których gminy zobowiązane są odstawiać zwierzęta są zatem tylko dzierżycielem szczególnych odpadów, tak samo jak przedsiębiorcy wywożący szambo albo prowadzący spalarnie padliny – wyliczani w tym samym przepisie art. 7 ust. 1 u.c.p.g. co prowadzący schroniska. Odbieranie odpadów przez takie zakłady naturalnie wymusza jakieś ich pozbywanie się. Przed 1997 r. legalnie pozbywano się zwierząt ze schronisk przez ich uśmiercanie. Zabraniając tego w ustawie o ochronie zwierząt, nie wskazano jednak innego legalnego celu działania schronisk, tworząc dziurę prawną, którą wypełniło rozdawnictwo pod nazwą „adopcja”. Zwierzęta opuszczają schronisko tylko z powodu faktycznego interesu przedsiębiorcy, by się ich pozbyć i zwolnić miejsce na przyjmowanie nowych (a bywa, że ma interes odwrotny, gdy rozlicza się stawką dzienną utrzymywania). Z punktu widzenia przepisów prawa, adopcja zwierząt ze schronisk ma ten sam status prawny, co praktyka pokątnego nabywania rzeczy ze składowisk złomu czy wysypisk śmieci. Zjawisko adopcji zwierząt ze schronisk stanowi swoisty „recycling” zwierząt domowych, nieformalny ale napędzany publicznymi pieniędzmi gmin z opłat za możliwość porzucenia zwierzęcia w schronisku. Z drugiej strony, taki „recycling” zwierząt to praktyka powszechnie akceptowana, reklamowana i głośno wspierana, bo odwołująca się do powszechnej empatii wobec zwierząt. Cóż bardziej chwalebnego niż adopcja bezdomnego psa ze schroniska, a ten dobry los spotyka obecnie aż 90% psów trafiających do schronisk – jak to wynika z dostępnych statystyk. Mechanizm publicznego zajmowania się bezdomnymi zwierzętami oparty na ich porzucaniu przez gminy i pozaprawnym rozdawnictwie, jest jednak wysoce patologiczny. Z tego zasadniczego powodu, że finansowane z publicznych pieniędzy działania pozaprawne, choćby były chwalebne co do zamierzeń i skutków, nie poddają się żadnej kontroli. Oto przykładowe skutki uboczne takiego żywiołowego „recyclingu” zwierząt: Statystyka 90% adoptowanych psów (w tym odbieranych przez dotychczasowych właścicieli) dotyczy tylko ok. 210 schronisk nadzorowanych przez Inspekcję Weterynaryjną, do których trafia 80% wyłapywanych zwierząt. Los reszty wyłapywanych zwierząt pozostaje niejawny. Urzędowa wiedza o losie zwierząt z nadzorowanych schronisk polega na schroniskowym rejestrze zwierząt lub oświadczeniu prowadzącego schronisko. Rejestry te nie są weryfikowane spisem z natury. Najwyższe ujawnione manko w jednym schronisku obejmowało ponad tysiąc zwierząt. Zakres nadzoru Inspekcji Weterynaryjnej nad schroniskami nie obejmuje weryfikacji wykazanych w rejestrach adopcji. Umowy adopcyjne, traktowane są jako należące do sfery tajemnicy handlowej przedsiębiorcy oraz sfery prywatności adoptującego i pod tym pretekstem nie są publicznie ujawniane. W nielicznych przypadkach gdy badał to prokurator, stwierdzano fałszowanie rejestrów i umów adopcyjnych. Los zwierząt z zamykanych schronisk jest nieznany, bo ich status prawny jest nieokreślony. Po prostu znikają z pola widzenia nadzoru weterynaryjnego. Wielokrotny zakaz działania schroniska i powtórne jego rejestrowanie jest doskonałym sposobem na ukrycie losu znacznych ilości zwierząt. Jako „adopcja” wykazywane jest także hurtowe pozbywanie się zwierząt, W tym transporty za granicę, „adoptowanie” licznych zwierząt przez osobę prowadzącą schronisko, lub podstawione „słupy”. Rozdawanie zwierząt do adopcji nie opłaca się przedsiębiorcy, który zainwestował znaczne środki w kombinat na wiele tysięcy psów i narzucił gminom usługi płatne wedle stawek dziennych. Przemysłowy chów tysięcy bezdomnych psów jest wtedy bardziej opłacalny niż szybkie obroty nimi w typowym schronisku, bo psy zarabiają wtedy ciągle i „dożywotnio”. Średni ogólnopolski czas pobytu psa w schronisku wynosi 0,5 roku, a np. w schronisku w Wojtyszkach wynosi prawie 4 lata. Z takich schronisk wydawanych jest mniej niż połowa przyjmowanych zwierząt. Adopcja taka, jak chcielibyśmy ją rozumieć, znacznie różni się od tej z optymistycznych statystyk rozchodu zwierząt ze schronisk. Bliższa prawdy jest ocena, że tylko połowa wyłapywanych psów znajduje jakieś nowe domy. Druga połowa ginie. Najgorsze jest jednak to, że w niewielkim tylko stopniu przez profesjonalne i humanitarne uśmiercenie, a przeważnie przez zadręczenie na śmierć. Bo najtańszym bezpiecznym sposobem rozchodu zwierząt jest stłoczenie ich w zamknięciu byle gdzie i zaniechanie opieki. 3. Ucywilizowanie obrotu bezdomnymi zwierzętami Brak możliwości znalezienia dla praktyki adopcji podstaw w prawie rzeczowym ma swe źródło w tym, że sama u.o.z. postrzega zjawisko bezdomnych zwierząt jako żywioł przyrody, a nie jako rezultat dysponowania przez ludzi swoim mieniem. To przesądza, że zasadniczo przepisy prawa rzeczowego nie mają zastosowania, bo zwierzęta bezdomne mają tu status odpadów. Przepis art. 4 pkt 16 u.o.z. definiuje zwierzę bezdomne przez nawiązanie do prawa rzeczowego, bo przywołuje pojęcie „właściciela lub opiekuna” (generalnie – posiadacza zwierzęcia), który zobowiązany jest do zapewniania mu opieki. Brak możliwości ustalenia takiego posiadacza czyni zwierzę domowe bezdomnym. Z drugiej strony jednak, inaczej niż w prawie rzeczowym, ustawa nie dopuszcza by ów posiadacz mógł zwierzę zgubić, tak jak może zgubić każdą inną rzecz ruchomą. Zwykła rzecz zgubiona – gdy tylko ktoś się nią zainteresuje – nabywa status rzeczy znalezionej i podlega szczególnym procedurom prawa rzeczowego. Natomiast wedle definicji w u.o.z., zwierzę nie jest gubione, a może tylko samo z siebie „uciec” „zbłąkać się” lub „zostać (celowo) porzucone”. Zauważmy, że definicja bezdomnego zwierzęcia sformułowana jest tak, że podmiot sprawowania należnej opieki (posiadacz) nie jest podmiotem sprawczym braku opieki (bezdomności), a jest nim samo zwierzę. Zaś sprawczość samych zwierząt może być traktowana tylko jako żywioł natury, którego niesposób ujmować w kategoriach cywilnoprawnych. Konsekwentnie, rozporządzenie wykonawcze o wyłapywaniu rysuje obraz stałego zagrożenia żywiołem bezdomnych zwierząt, który to żywioł gminy mają ograniczać okresowymi akcjami wyłapywania bezdomnych zwierząt, uprzedzając mieszkańców o terminie i zasięgu takich akcji. Podobnie do akcji odszczurzania. Skoro tak, to można by spytać, dlaczego zadanie walki z takim żywiołem sformułowane zostało w u.o.z., a nie na bardziej właściwym gruncie u.c.p.g., gdzie jest już mowa o „ochronie przed bezdomnymi zwierzętami” i o schroniskach. Umieszczenie „wyłapywania” w u.o.z. ma to znaczenie, że pozwala, na zasadzie dereifikacji zwierząt, wykluczyć „znajdowanie”, czyli ominąć stosowanie do zwierząt bezdomnych przepisów prawa o rzeczach znalezionych. Bowiem przepisy prawa o rzeczach znalezionych mówią wyraźnie, że mają zastosowanie także do zwierząt, które zbłąkały się lub uciekły (do 2015 r. był to art. 184 §2 k.c., obecnie art. 2 ustawy o rzeczach znalezionych). Szło o to, by uniknąć angażowania w problem bezdomnych zwierząt administracji rządowej i pozostawić go w wyłącznej gestii gmin. W rezultacie, podległe starostom powiatowe Biura Rzeczy Znalezionych odmawiają przyjmowania zgłoszeń o znalezieniu zwierząt, tłumacząc, że „zwierzę nie jest rzeczą” a sprawa zwierząt bezdomnych jest uregulowana w u.o.z. i powierzona jest gminom. Szczytna zasada dereifikacji zwierząt znalazła tu więc takie praktyczne zastosowanie, że zwierzę nie jest nawet rzeczą, bo jest tylko odpadem. Naturalnym jest, że, przepisy o odpadach komunalnych nie precyzują, co ma się dziać ze zwierzętami odstawionymi do schronisk. Podobnie, jak nie precyzują co ma się dziać ze śniegiem usuniętym z ulic. Problem bezdomnych zwierząt nie zostanie rozwiązany bez usunięcia z u.o.z. instytucji „wyłapywania” bezdomnych zwierząt i zastąpienia jej ich „znajdowaniem” w rozumieniu prawa rzeczowego. Przewiduje ono, że rzeczy znalezione mogą trafiać do nowego właściciela, o ile nie odebrał ich pierwotny właściciel, a po drodze nie mogą znikać w niejawnych okolicznościach. Zaprzestanie „wyłapywania” pociąga za sobą usunięcie przepisów o zwierzętach bezdomnych z u.c.p.g. (ochrona przed bezdomnymi zwierzętami i schroniska jako zakłady utylizacji). Przepisy u.o.z. powinny natomiast skoncentrować się na sprecyzowaniu czym ma się różnić postępowanie ze znalezionymi zwierzętami w odróżnieniu od postępowania ze zwykłymi rzeczami ruchomymi. Są trzy konkretne powody modyfikacji tych przepisów w odniesieniu do zwierząt. Pierwszy to taki, że zwierzęta znalezione, a nie odebrane i nie znajdujące nowego właściciela, nie mogą być likwidowane. Stąd wynika, że zamiast licytacji rzeczy, których nie odebrano i likwidacji rzeczy, których nie udało się zlicytować, zwierzęta będą przechowywane w zasadzie dożywotnie i przez cały czas oferowane nabywcom. Drugi to taki, że przechowywanie zwierząt jako rzeczy znalezionych musi uwzględniać, że są to istoty żywe i zdolne do odczuwania cierpienia. Zatem warunki ich przechowywania muszą być zupełnie inne niż te, określone dla rzeczy ruchomych. Właściwym sposobem przechowywania zwierząt domowych jest dom tymczasowy, ewentualnie miejsce ich zbiorowego utrzymywania, spełniające wymagania co do właściwej opieki. Trzeci powód jest taki, że w przypadku zwierząt domowych, ponad celem ochrony mienia jest cel dobra samych zwierząt, tj. zapewnienia im opieki przez osobę utrzymującą je w domu w charakterze towarzysza. Stąd wynika, że warunki zbywania zwierząt nie mogą mieć formy licytacji, sprzedaży czy też rozdawnictwa komukolwiek, lecz wymagają jakiejś gwarancji, że dostały się w „dobre ręce”. Tadeusz Wypych Fundacja dla Zwierząt „Argos” 24.08.2018
  14. Ruch Ludzi - Prawa Zwierząt DLACZEGO KŁAMIE? Śliwa-łobacz, prezeska Fundacji Mondo cane kłamie, dlaczego? przecież była twarzą nowelizacji Ustawy o ochronie zwierząt w roku 2011, gdzie wprowadzono zapis, że psy mają mieć 3 metrowy łańcuch i powinny być spuszczane z łańcucha co 12 godzin. --------------------------- Tadeusz Wypych https://www.boz.org.pl/ Ustawa dla pet-biznesu lipiec 2011 ''Uwagi do projektu zmiany ustawy o ochronie zwierząt z maja 2011 Zaletą tego projektu zmiany ustawy o ochronie zwierząt jest to, że w jego uzasadnieniu szeroko opisane są przejawy patologii dotyczącej wyłapywania bezdomnych zwierząt i działalności schronisk. We wcześniejszym projekcie, rok wcześniej, całe to zjawisko zostało nazwane krótko "hyclostwem". Dzięki miłośnikom zwierząt i mediom opinia publiczna coraz silniej domaga się likwidacji tej patologii i można oczekiwać, że do zmian prawa na tym tle w końcu dojdzie. Rzecz jednak w tym, by były to zmiany na lepsze, a nie na gorsze. Jeśli zmiany przepisów wprowadzane będą bez rzetelnej diagnozy problemu, bez rozpoznania mechanizmów patologii i bez analizy kreujących ją interesów, to prowadzić mogą do pogorszenia sytuacji, a nie do poprawy. A taki właśnie jest ten projekt. Projekt głosi, że od prowadzenia schronisk dla zwierząt trzeba odsunąć przedsiębiorców i powierzyć je wyłącznie organizacjom społecznym. Podział na złych przedsiębiorców i dobre organizacje jest jednak wyłącznie faktem medialnym. Lista schronisk-mordowni prowadzonych przez organizacje pozarządowe nie jest krótsza niż tych prowadzonych przez przedsiębiorców lub same gminy. Działanie organizacji w tej branży generalnie nie różni się od działania przedsiębiorców ani w efektach, ani w sposobach, ani nawet w pod względem formalnym. Choćby dlatego, że organizacje są przedsiębiorcami faktycznie i bywają nimi całkiem formalnie. Co więcej, projekt przewiduje, że schroniska powinny być prowadzone wyłącznie przez organizacje o statusie organizacji pożytku publicznego. Dlaczego - nie wyjaśniono. To znów tylko odwołanie się do pozytywnych skojarzeń kształtowanych przez media. Wszak przepisy o statusie OPP nic nie mówią o opiece nad zwierzętami, a status ten uzyskiwany jest po spełnieniu przez organizację czysto formalnych, niewygórowanych wymogów. Nadzór państwowy nad takimi organizacjam https://www.facebook.com/share/v/1AowPwp6TH/
  15. I jeszcze jedna biegła sądowa. Również nie jest lekarzem weterynarii. To jest fragment grupowego czata, gdzie aktywiści zmawiali się co i jak. Jakaś policjantka im podpadła, bo chyba nie takie jak trzeba zeznania złożyła, czy tam niesympatyczna była dla nich- nie pamiętam dokładnie. W każdym razie wspólnie szukali haka na nią.
  16. A tutaj inna biegła sądowa. Też nie jest lekarzem weterynarii, ale właśnie dokonuje jakiejś weryfikacji leków weterynaryjnych. Bo w sumie czemu nie. I tak sobie sprawdza, sprawdza, a tu pani aktywistka- przedstawicielka oskarżyciela posiłkowego idzie sobie. Pewnie dawno się nie widziały, więc trzeba było się uściskać. https://www.facebook.com/reel/1152870072717143
  17. Czarna Lista Organizacji Prozwierzęcych Z tym patentem "na biegłego sądowego" też wypadałoby skończyć. No bo ileż można. Rozumiem, że tworzono go przez całe lata i wyszło fantastycznie. Że to w sumie najlepszy manewr jaki to środowisko wykształciło. I myślałem, że zostało to już wyjaśnione, a teraz czytam, że kolejny sąd opiera swoje decyzje na takich "opiniach". Nie trzeba być profesorem prawa karnego, żeby wiedzieć, że biegli sądowi powinni być, już z samego założenia, bezstronni. Podobnie jak sędziowie. W praktyce opinia biegłego potrafi przeważyć szalę lub wręcz zdecydować o wyroku. I w sumie to jest całkowicie oczywiste, bo przecież żaden sędzia nie musi mieć specjalistycznej wiedzy w jakiejś wąskiej dziedzinie. Podobnie urzędnik, policjant czy prokurator. Dlatego też jeżeli w przeszłości zatrudniałeś konkretnego biegłego sądowego, uczestniczyłeś w wielu spotkaniach z nim, wymieniałeś się uprzejmościami w social mediach, zamawiałeś prywatne opinie u niego, robisz sobie z nim zdjęcia, należysz do grupowego czata w którym wspólnie knujecie, składasz mu życzenia z różnych okazji, przytulasz się obok kamery, pozwalasz mu publikować treści na swojej stronie internetowej, zwracasz się do niego publicznie w zdrobniałej formie i wszyscy, ale to kur*a wszyscy ludzie wokół Was wiedzą, że to Twój dobry znajomy, to niestety. Nie może być mowy o żadnej bezstronności. Tutaj przykład jednej, wieloletniej współpracy, gdzie można odnieść wrażenie, że zatrudniając adwokata w pakiecie dostaje się biegłego sądowego. W komentarzu bonus, dwie inne panie biegłe sądowe. --- 2011: Dorota Wiland zostaje uznana winną składania fałszywych zeznań i nakłaniania do poświadczenia nieprawdy. W ocenie sądu miała przekonywać weterynarza, żeby podał nieprawdziwy stan zdrowia psa. Sama też miała zeznawać niezgodnie z prawdą. 2014: Fundacja (Ius Animalia), której Prezesem jest biegła sądowa Dorota WIland jest oskarżycielem posiłkowym w sprawie przeciw hodowcy ZKwP. Pełnomocnikiem biegłej sądowej jest mec. Katarzyna Topczewska. 2015: Fundacja SOS Bokserom, za pośrednictwem swojego pełnomocnika, mec. Katarzyny Topczewskiej, składa w Urzędzie Gminy opinię biegłego sądowego. Autorką opinii jest biegła sądowa Dorota Wiland. (...) 2020: miejsce ma głośna sprawa Pumy Nubii. Jednym z pełnomocników przeciwko właścicielowi jest mec. Katarzyna Topczewska. Opinię w tej sprawie wystawia biegła sądowa Dorota Wiland. 2021: Fundacja Mondo Cane dostarcza do postępowania karnego w Wągrowcu "opinię prywatną". Autorstwa biegłej sądowej Doroty Wiland, ale podpisaną jako "eksperta z zakresu psychologii zwierząt". Pełnomocnikiem Fundacji jest mec. Katarzyna Topczewska. 2021: Prokuratura w Brzezinach zleca biegłej sądowej sporządzenie opinii ws. hodowli zwierząt w Pile. Zwierzęta z niej zostały zabrane przez Fundację Mondo Cane. Fundację reprezentuje mec. Katarzyna Topczewska. 2022: Na zlecenie Prokuratury w Legnicy biegła sądowa Wiland sporządza opinię na temat Palmiarni w Legnicy. Zwierzęta zostają zabrane do poznańskiego ogrodu zoologicznego. Dla którego pracuje mec. Katarzyna Topczewska. 2022: Strona 'czarnej listy' porusza publicznie temat wykształcenia oraz niejasności związanych z opiniami biegłej sądowej Doroty Wiland. Ze strony 'znajdzbieglego', pod nazwiskiem biegłej, znika wzmianka o naukach weterynaryjnych. Dziedzina specjalizacji zostaje zmieniona na 'inne'. 2023: Tutaj na pewno coś się wydarzyło, ale nie wiem co. Nie chce mi się szukać, a głupio by wyglądało, gdyby jeden rok został pustą rubryką. Ma ktoś pomysł, jak dowiedzieć się o wszystkich opiniach wystawianych przez danego biegłego? 2024: Sąd Rejonowy w Pile odrzuca opinię biegłej sądowej Doroty Wiland stwierdzając, że może ona być "pozbawiona rękojmi bezstronności". Warto zaznaczyć, że jednocześnie sama opinia stała w kontrze do nie jednej, a trzech (!) opinii faktycznych fachowców, w tym profesora dr. hab. nauk weterynaryjnych. 2025: Sąd Rejonowy w Zawierciu uznaje opinię biegłej sądowej Doroty Wiland za wiarygodną i skazuje właściciela Pumy Nubii za znęcanie nad zwierzętami. --- Powyższe to tylko te sprawy, które ja znam, bo ktoś mi je podesłał lub było o nich głośno. Z pewną dozą pewności można założyć, że było ich znacznie więcej, choć już ta ilość na przestrzeli lat wskazuje na jakąś stałą relację. Mogę też postawić dolary przeciw orzechom, że w większości ludzie oskarżeni o coś nie mieli o tym pojęcia a co za tym idzie nie wnioskowali o wyłączenie biegłego. Zagadką pozostaje jakim cudem sądy czy prokuratury zwracają się do akurat tej biegłej płacąc za to czasem całkiem spore pieniądze. W końcu od oceny stanu zdrowia zwierzęcia są lekarze weterynarii, a nie filolożki angielskie. Ale ten temat zostawię na inną okazję, bo nie mam jeszcze kupionego biletu do Budapesztu. Dodatkowo, same opinie to przecież nie wszystko. Bo biegłego sądowego to można przecież przywieźć na "interwencję". Wtedy już na pewno żaden policjant czy prokurator nie podważy konsensusu aktywistycznego. --- Tutaj można wesprzeć ideę zbierania informacji i obserwacji petbiznesu. Bo tak bardzo cieszy mnie, że dziś już nieco więcej osób zainteresowało się tą tematyką, tak sporo wody w Wiśle upłynie, zanim dojdą do tego zbliżonego poziomu rozumienia mechanizmów tego środowiska. Trzymam kciuki. Link: https://suppi.pl/czarnalistapro Ps: Dosia, było nie pisać tej opinii ws. Amora w 2015, gdzie dowodziłaś, że ucieczka psa z ogródka jest znęcaniem nad nim. Pamiętliwy jestem. Jeśli chcesz możemy ją przedyskutować raz jeszcze, po 10 latach, bo to chyba Twoje najlepsze dzieło. Lepsze niż to o żółwiach czy ptakach jakichś, gdzie część treści to kopiuj-wklej z Internetu. Daj znać!
  18. Murem za Skałowem · Dawno nas tu nie było a to dlatego, że wolimy czas spędzać przy zwierzętach, niż wchodzić w polemikę z abstrakcją. Żyjemy tu i teraz. No ale czasem trzeba sprowadzić na ziemię niektóre osoby, choć jak już wiemy, to walka z wiatrakami. No, ale spróbujemy. Zanim przejdziemy do sprostowania kolejnego kłamstwa Pani Wiceprezes Fundacji Mondo Cane to mamy taką krótką refleksję. Ile wolnego czasu trzeba mieć, żeby wymyślać takie bzdury? Albo raczej: jak wygląda dzień osoby, która tworzy te kłamstwa na temat naszego schroniska? Czy ktoś taki budzi się rano, zjada śniadanie, następnie wymyśla jakieś bzdury, robi przerwe na kanapkę, znów grzebie w archwium szukając podstaw do oszukania ludzi, zjada obiad i później już do kolacji produkcja kłamstw na temat schroniska dla zwierząt? Przecież w Pile jest też schronisko. Pani Aleksandra Śniecikowska mogłaby wziąć jakiegoś psa na spacer. Na pewno byłby wdzięczny a i jej pomogłoby to w utrzymaniu odpowiedniej kondycji zdrowotnej. Ale zamiast tego mamy kolejne snucie teorii spiskowych. A co tym razem wymyśliła nasza ulubiona hejterka? Tym razem wyszło jej, że schronisko podało nieprawdę na temat pracy więźniów w schronisku. Pani Ola zapytała schronisko, czy pracują w nim jacyś więźniowie. Otrzymała odpowiedź, że nie pracują. Pani Ola teraz krzyczy, że to skandal i kłamstwo. Bo pomyliła pojęcie "więzień" oraz "skazany". Tych pierwszych w schronisku nie ma. Ci drudzy w schronisku są, ale o nich Pani Ola nie pytała. Nie każdy skazany jest więźniem a prace społeczne nie muszą odbywać się w ramach odbywania kary bezwzględnego więzienia. Wielka ekspertka od przepisów nie ogarnęła tej subtelnej różnicy. I tyle. Cały skandal. Czekamy na kolejne odcinki tego szukania dziury w całym, ale poważnie, rozsądniej byłoby ten czas spożytkować jednak na spacer z psem. Niedługo zacznie się pełnowymiarowa wiosna, psy w pilskim schronisku na pewno ucieszyłyby się.
  19. Murem za Skałowem Nieśmiało pochwalimy się, że kolejną kontrolę przeszliśmy wzorowo. Panie z Inspekcji Weterynaryjnej zdają się również już być zmęczone tym, że muszą reagować na każdy bzdurny donos na nasz temat. Mogłyby ten czas poświęcić na kontrolę miejsca, które faktycznie uwagi służb państwowych potrzebuje, ale niestety. Dzięki naszym upartym hejterkom muszą przyjeżdzać do nas. Na naszej stronie pojawiają się też kolejne pytania. Około północy szeregiem komentarzy zaszczycił nas Nieistniejący Piotr oraz Fejkowa Joanna. Zarzucili nas swoimi nocnymi wątpliwościami. Wyszło im, że ponoć 10 lat temu stowarzyszenie wspierające schronisko zmieniło nazwę. Do tego ponoć mieszkańcy mogliby przekazywać darowizny bezpośrednio do urzędu gmin, więc w sumie nie powinno być żadnego stowarzyszenia. I jeszcze adres do korespondencji kilka lat temu ponoć był zbieżny z urzędem gminy. Skandal niesamowity. Tylko jak mamy na to odpowiedzieć? No może tak było, a może nie. Jeżeli tak, nie jest to w żaden sposób nielegalne, nie narusza żadnych przepisów a już na pewno nie ma nic wspólnego z obecną sytuacją schroniska i zwierząt. Bo to wszystko było dawno temu i nie dotyczy ani pracowinków, ani wolontariuszy schroniska. Wystarczy? Czy trzeba cały elaborat napisać, żeby jakaś znudzona życiem pani mogła spać spokojnie? Fundacji Mondo Cane i Radnej Baranowskiej życzymy powodzenia w kolejnych donosach i szukaniu dziury w całym. Lecimy do zwierząt Zapraszamy do odwiedzin i polubienia strony schroniska: https://www.facebook.com/share/19zg766Scd/ Murem za Skałowem Jakże zaskakujące wieści! Okazuje się, że Schronisko dla Zwierząt w Skałowie, będące obiektem troskliwych donosów i oskarżeń, spełnia wszelkie wymagane przepisami warunki opieki nad zwierzętami. Cóż za ulga! Mamy nadzieję, że szanowne panie będą już spać spokojnie, wiedząc, że lokalne schronisko jednak działa zgodnie z literą prawa, a próba podważenia jego reputacji była po prostu nieuzasadniona. Zapraszamy do przeczytania artykułu https://radiopoznan.fm/informacje/pozostale/donos-na-schronisko-dla-zwierzat-w-skalowie-chybiony Murem za Skałowem Każdy dzień to nowa informacja od przeciwników naszego schroniska. Kilka godzin temu dostaliśmy olbrzymią dawkę informacji od Pani Aleksandry Śniecikowskiej z Fundacji Mondo Cane. Trzeba przyznać, Pani Ola dokonała potężnego researchu. Ogrom informacji i masywnie zakreślone dokumenty mówią wprost: sprawa jest gruba. W tym odcinku niesamowitych rewelacji, których chyba już nikt nie czyta, mogliśmy dowiedzieć się, że pracownicy schroniska otrzymują wynagrodzenia. W opinii Fundacji Mondo Cane zbyt wysokie. Wiceprezes Fundacji nazwała to "nieuzasadnioną, rozbudowaną administracją". I faktycznie, kwota robi wrażenie. "Ponad 600 tysięcy złotych"! Tyle... że rocznie. I to na 5 osób. I to brutto. Kalkulator w dłoń i średnia wychodzi ok. 7 tysięcy złotych przelewu na konto, a w rzeczywistości miesięcznie otrzymuje się jeszcze niższą kwotę. Tak więc... co by tu dodać... Pani Olu, my bardzo przepraszamy, że ktoś otrzymuje pensję za swoją pracę w schronisku. Może powinniśmy, jak Pani założyć zrzutkę na kilkadziesiąt tysięcy i wtedy wynagrodzenie byłoby zbędne. Jak na złość nie mamy tyle polotu ani wolnego czasu, żeby napisać wystarczająco porywającą treść. Zostaniemy więc przy tym, na czym się znamy. Żadną tajemnicą, że praca w schronisku bywa obciążająca. Praca w schronisku w Skałowie, gdzie nie ma dnia aby Radna Baranowska lub Wiceprezes Śniecikowska zarzuciła nam coś, jest jeszcze bardziej obciążająca, przynajmniej psychicznie. Może mimo wszystko warto się zastanowić, czy chcemy mieć dobre schroniska, z dobrze opłacanymi pracownikami, czy wręcz przeciwnie. A gdyby ktoś chciał się wzbogacić to Bursztyn czeka na dom
  20. Murem za Skałowem · 2% budżetu Związku przeznaczone jest na wyżywienie zwierząt. Tak prawda. Dla przykładu w 2023 roku Związek przeznaczył na karmę 42 760,00 zł. Związek nie ma jednak podstaw prawnych otrzymywania darowizn, dlatego przy wsparciu Członków Zgromadzenia powstało Stowarzyszenie Przyjaciół Schroniska dla Zwierząt w Skałowie. Intencja wpisywała się w oczekiwania osób chcących wspierać Schronisko, między innymi poprzez przeznaczanie 1%, a teraz 1,5% odpisu podatkowego. W 2023 roku Stowarzyszenie przekazało Schronisku karmę wartości 150 088, 17zł, z czego 41 443, 71 zł to wartość zakupionej karmy specjalistycznej. Podsumowując: w 2023 roku wartość karmy, jaka trafiła do Schroniska wyniosła 192 848 zł, co w bezpośrednim przeliczeniu wynosi prawie 8%.
  21. Murem za Skałowem OBALAMY MITY - czyli Wolontariusze sprawdzają czy psy w Schronisku w Skałowie są aby na pewno zaczipowane Odpierając ostatnio znów nasilone ataki „pewnej grupy osób” (w przestrzeni medialnej, internetowej i ogólnie rzecz biorąc publicznej) na Skałowskich Wolontariuszy typu: „Co tam Pani wie jako Wolontariuszka o funkcjonowaniu schroniska? Czy miała Pani w ręce CZYTNIK CZIPÓW?! Czy sprawdziła Pani chociaż jednego CZIPA???” Odpowiadamy: „ANO SPRAWDZIŁAM Jeżeli kogoś jednak bardziej interesują same zwierzęta, niż kręcenie kolejnych sztucznych afer, może wypatrzy na nagraniu psa dla siebie. Może Wasza krewna szuka towarzysza, może znajoma wspominała, że chciałaby mieć psa, może Wy sami zakochacie się w którymś zauważonym na wideo Wolontariusze pozdrawiają - z przymrużeniem oka https://www.facebook.com/share/r/1D89DjVEs9/
  22. Murem za Skałowem Prokuratura skomentowała te wszystkie "rewelacje" kolportowane przez Fundację Mondo Cane, Radną Baranowską i ludzi nieprzychylnych naszemu schronisku oraz naszym zwierzętom. I zrobiła to tak dobitnie, że bardziej się chyba nie da. Tylko jeszcze słowem wstępu. Wiecie ile razy musieliśmy, jako pracownicy i wolontariusze schroniska, tłumaczyć komuś, że to co przeczytali na stronie Fundacji Mondo Cane czy Radnej Baranowskiej-Graczyk, to nie jest prawda? Albo jak często ktoś znajomy mówił, że ponoć źle się u nas dzieje, bo na Facebooku napisano, że toczą się jakieś postępowaina? Takich sytuacji było wiele. Czy to podczas spotkania rodzinnego, czy kawy z dawno nie widzianą znajomą. Bo wszyscy czytają Internet, a przynajmniej jego nagłówki. Jedna Fundacja złożyła zawiadomienie, jej koleżanki porozsyłały po lokalnych forach (pozdrawiamy grupę Kórnik) i coś tam się przykleiło. A dzisiaj możecie przeczytać co o tym wszystkim sądzi Prokuratura, czyli organ zajmujący się weryfikacją takich "zawiadomień". Jak możemy się domyślać, urzędnik państwowy musi trzymać pewien fason, więc zamiast powiedzieć "to jest kompletna bzdura" mówi, że ktoś ma skrajnie subiektywne postrzeganie rzeczywistości. Zamiast napisać "te kobiety zwyczajnie kłamią", stwierdza, że ich zawiadomienie nie jest poparte żadnymi faktami. Jak na rzecznika prokuratury to są bardzo, ale to bardzo mocne określenia. I chyba nie pozostawiają żadnych złudzeń. Jednocześnie dziękujemy za wszystkie słowa wsparcia. Nawet nie wiedzieliśmy, że mamy przyjaciół w Chorzowie, Szemudzie czy Lublinie. To wiele dla nas znaczy. Dziękujemy również Radio Poznań za rzetelne zbadanie tematu sięgając do źródła. To oczywiście nie jest żaden koniec, ale na pewno krok w dobrym kierunku. Spodziewamy się, że za moment Pani Radna i jej koleżanki z Fundacji wyślą trzy kolejne "zawiadomienia", i znów przez rok będą głosiły w Internecie, że "toczą się postępowania". Jesteśmy na to gotowi, choć na nadmiar czasu nikt tutaj nie narzeka. Zapraszamy do czytania https://radiopoznan.fm/.../prokurator-odmawia-wszczecia... A my wracamy do zwierzaków. Dobrego dnia wszystkim
  23. Murem za Skałowem W najnowszym odcinku „Schroniskowe Teorie Spiskowe” pojawił się wątek dyrektora, który- idąc tokiem myślenia grupy osób chcących upodlić schronisko- rzekomo zgarnia ćwierć miliona miesięcznie. Tak, dobrze czytacie – nie w skali roku, nie w marzeniach sennych, a co miesiąc! Brzmi jak scenariusz do filmu akcji, o fortunie zakopanej na wybiegu Tymczasem rzeczywistość jest brutalnie prosta – nie ma podwójnych wypłat, złotych kart ani ukrytych skarbców w boksach psów. Jest za to codzienna, ciężka praca na rzecz zwierząt, którą można łatwo sprawdzić w oficjalnych dokumentach. Ale może właśnie dlatego tak bardzo ktoś chce dostać się do schroniska? Może liczą, że odkryją tam legendarny skarbiec i będą mogli sprawować nad nim pieczę? Cóż, mogą się mocno zdziwić, gdy zamiast złotych sztabek, odkryją, że jedynym „skarbem” są tu zwierzęta – a ich utrzymanie wymaga więcej pracy niż ktokolwiek z zewnątrz może sobie wyobrazić. Prawda bywa mniej sensacyjna, ale za to bardziej uczciwa- zarówno Dyrektor Skałowa jak i jego zespół nie żyją z tych zwierząt. Oni dla nich żyją. Poniżej tekst zaczerpnięty ze strony Schronisko dla Zwierząt w Skałowie "Dyrektor Schroniska Paweł Kubiak w 2011 roku pełnił funkcję Dyrektora Biura Związku, które utworzone zostało decyzją 11 Członków Zgromadzenia. Jego głównym zakresem obowiązków była organizacja oraz sprawowanie nadzoru nad budową obiektu dzisiejszego Schroniska. W 2015 roku decyzją Zarządu zwiększony został zakres obowiązków o sprawowanie jednocześnie funkcji Dyrektora Schroniska. Do dnia dzisiejszego Paweł Kubiak pełni obie te funkcje. Z tego tytułu NIGDY nie przysługiwało mu podwójne wynagrodzenie. Dyrektor Paweł Kubiak pełniąc do dziś funkcje Dyrektora Biura Związku i Dyrektora Schroniska OTRZYMUJE JEDNO WYNAGRODZENIE."
  24. Murem za Skałowem Dzięki Posłowi Franciszkowi Sterczewskiemu mieliśmy zaszczyt dotrzeć nawet do salonów sejmowych. Otóż nasze schronisko stało się elementem politycznej układanki. Pan poseł Franciszek Sterczewski z Poznania, został zmanipulowany—przynajmniej mamy taką nadzieję —i wykorzystany. Przekonano go, że w Skałowie dzieje się źle, że nie przestrzegamy zasad. Nie przyjechał osobiście, by to sprawdzić, postanowił od razu działać i skierował interpelację do Marszałka Sejmu, do samego Szymona Hołowni Standardowe zarzuty: brak chipów, brak kontroli, psy zamknięte i niewypuszczane na światło dzienne… Jednak odpowiedź na interpelację mówi coś zupełnie innego: "Weryfikacja nadzoru nad schroniskiem była już dokonywana przez Wielkopolskiego Wojewódzkiego Lekarza Weterynarii poprzez uczestniczenie w dniu 1 czerwca 2023 r. w kontroli Powiatowego Lekarza Weterynarii w Poznaniu. W kontroli tej, za zgodą Powiatowego Lekarza Weterynarii w Poznaniu, uczestniczyli również przedstawiciele Fundacji na Rzecz Ochrony Praw Zwierząt „MONDO CANE". Z akt sprawy wynika, że w toku kontroli przedstawiciele fundacji wielokrotnie sugerowali występowanie nieprawidłowości na podstawie własnych przekonań, które nie miały odzwierciedlenia w przepisach prawa, jak i w stanie faktycznym schroniska. Nie potwierdziły się m. in. zarzuty, że schronisko nie prowadzi ewidencji zwierząt oraz dokumentacji lekarsko-weterynaryjnej. Przedstawicielom Fundacji na Rzecz Ochrony Praw Zwierząt „MONDO CANE" umożliwiono dostęp do każdego psa i kota, niemniej uprawnionym do kontroli identyfikacji zwierząt był Powiatowy Lekarz Weterynarii w Poznaniu, który dysponował odpowiednim urządzeniem do odczytu mikrochipów. W dniu 1 czerwca 2023 r. stan zoohigieniczny budynków i pomieszczeń, w których przebywały zwierzęta nie budził zastrzeżeń. Psy były wypuszczane na wybiegi i wyprowadzane na spacery, co potwierdzała prowadzona przez podmiot ewidencja wyprowadzania psów. Nie stwierdzono odchyleń od norm w zachowaniu zwierząt przebywających w schronisku - sprawdzony został każdy boks i pomieszczenie, w którym przebywały psy i koty." Niestety, tą odpowiedzią nikt się nie chwali, a wyssane z palca zarzuty są wciąż powtarzane. Panie Pośle, zapraszamy! Przyjedź Pan i przekonaj się osobiście, jak działa Skałowo. Wtedy sam Pan zdecyduje, o co tak naprawdę chodzi w tej sprawie.
  25. Murem za Skałowem W związku z bezpodstawnym atakiem na Skałowo i oszczerstwami rozsiewanych przez grupę osób, którym najwyraźniej nie zależy na dobru zwierząt, a jedynie na sianiu zamętu. NIE BĘDZIEMY MILCZEĆ! Dziś rozpoczynamy serię postów, w których OBALIMY WSZYSTKIE KŁAMSTWA! Prawda musi wybrzmieć głośno i wyraźnie – dlatego LICZYMY NA WASZE UDOSTĘPNIENIA! Część 1 Związek Międzygminny Schronisko dla Zwierząt w Skałowie tworzy 11 gmin. Organami Związku są Zgromadzenie, Zarząd oraz Komisje. Każda gmina w Zgromadzeniu ma jednego przedstawiciela, może być nim Wójt, Burmistrz lub Radny wskazany przez Radę Gminy. Jako jeden z nielicznych Związków Międzygminnych od 2010 roku, czyli od początku działalności Związku ŻADEN z Członków Zgromadzenia- czyli żaden Wójt, Burmistrz lub Radny wskazany przez Radę Gminy NIGDY nie otrzymał wynagrodzenia lub diety z tytułu pełnionej funkcji w Związku Międzygminnym Schroniska dla Zwierząt w Skałowie.
×
×
  • Create New...