Nie jestem fundacją mającą obowiązek ratowac zwierzęta, tylko robię to z potrzeby serca, czy chcę, czy nie. Jeśli potrzebujący zwierzak staje na mojej drodze, wbrew zdrowemu rozsądkowi, odkładam na bok swoje sprawy i ratuję. Nie jestem mobilna, żeby z Bielska na klaśnięcie w dłonie jechać do Głogoczowa i przewozić w trybie natychmiastowym psa do lecznicy (nie ma zagrożenia życia), nie ma też na to środków finansowych. Dopiero dzięki osobom, chcącym pomóc, organizuję środki na koncie zaprzyjaźnionego stowarzyszenia. Pies dzięki moim przyjaciołom trafił w środę do hotelu a ja w nocy dojechałam do Bielska. Przez znalezienie Nutka nie zostałam do końca sympozjum i zrezygnowałam z bycia na wernisażu w Warszawie, mimo, że jestem uczestnikiem wystawy. Wszystko podporządkowałam pod psa bo miałam ultimatum, że mam go zabrać do poniedziałku i była wersja, że będę obciążona kosztami do momentu zabrania. W czwartek byłam z 13-tką zwierząt w domu, bo mąż musiał dojechać do Warszawy na otwarcie wystawy (też jako uczestnik), w piątek musiałam być na wernisażu w Bunkrze Sztuki w Krakowie (biorę udział). Żyję nie tylko psami, mam też inne obowiązki i zawodowe i rodzinne. W sobotę umówiłam się z weterynarzem, że zacznie od wtorku pracę przy psie "na kredyt" (jeżdżąc do hotelu) a dzisiaj jest niedziela rano. W środę będą i zdjęcia i orzeczenie lekarza, zamierzam wtedy to wysłać do Fundacji. Robię to najszybciej jak potrafię, nie jestem w stanie inaczej.
Dodam jeszcze, że czekałam aż moja Pani weterynarz wróci z urlopu (dlatego od wtorku), bo znając mnie i mając zaufanie, będzie jeździła do hotelu "na kredyt" a lecząc u obcego weterynarza, byłoby trzeba od razu zapłacić. Sama teraz nie jestem w stanie założyć, a na psa mam tylko 30 euro i to, co uzbieram na dogomanii.