-
Posts
11174 -
Joined
-
Last visited
-
Days Won
4
Everything posted by Martens
-
O matko, co za wybitna NIECHĘĆ zrozumienia słowa pisanego :diabloti: Molosy mają pewną pulę cech wspólnych, ale to nie znaczy, że wszystkie rasy molosów są jak przez kalkę, identyczne. Rasy molosów też w jakimś stopniu się różnią; podobnie osobniki w rasie. To czy pies jest z papierami, rasowy, a nie "wygląda jak kaukaz" ma kolosalne znaczenie. W mojej dalszej rodzinie była kiedyś suka z papierami; miałam całkiem niedawno okazję poznać 3 psy tej rasy u ich hodowcy, plus porozmawiać z jeszcze innym, akurat wieloletnim hodowcą tej rasy, i wszystkie te doświadczenia potwierdzają to, co napisałam. Jak ktoś na podstawie wielkich przypominajacych kaukazy burych kundli podważa osobiste doświadczenia, również wieloletnie, z życia z tymi psami, to albo po prostu lubi się przekomarzać, bo nie ma lepszego zajęcia, albo jest wiedzoodporny. Ze zdania, że wcale nie trzeba poswięcać psu dużo czasu, żeby zachowywał się przyzwoicie też bije brak doświadczenia, bo są psy, które praktycznie układają się same (przy minimum chęci), a są takie, gdzie trzeba się naprawdę napocić, żeby pies był do zniesienia. Dużo by pewnie o tym mogli powiedzieć np. właściciele wilczaków czechosłowackich, ale co by nie napisali, wszystko byłoby ich nieudolnością, bo wilczak to pies jak pies :diabloti:
-
Oczywiście. Piesek od pofarbowania pasemka pigmentem do pisanek dostanie straszliwego zapalenia skóry i cały wyłysieje, a nawet jeśli nie, to inne pieski będą się z niego śmiały na spacerze i brzydko o nim mówiły, i biedny jak się przejrzy w domu w lusterku to miesiąc z posłania nie wyjdzie :)
-
Jak wytłumaczyc koleżance że jest to beznadziejny pomysł?
Martens replied to Doggerelly's topic in Farbowanie
A ja nie rozumiem, po co ktoś ma yorki. No nie rozumiem, dla mnie są za małe, za szczekliwe i w ogóle bez sensu. To znaczy, że ludzie, którzy mają yorki są głupi? :) -
[quote name='LenkaW']Witam. Z góry chciałabym uprzedzić wypowiedzi nt kupna psa z rodowodem- jestem studentką, bardzo zależy mi na tym psie. Wiem dużo o jego pielęgnacji, chorobach, wymaganiach i zdecydowałam się na kupno bez rodowodu. Chciałabym się dowiedzieć, gdzie mogę kupić takiego psa, bo z tego co wiem, to nie w hodowlach. Mieszkam w województwie podlaskim, ale mogą to być też okolice Warszawy. Przeszukiwałam Internet, ale nie znalazłam niczego na ten temat. Jeżeli ktoś posiada informacje interesujące mnie, proszę o pomoc. :)[/QUOTE] Tak po a, sprzedaż i zakup psów bez rodowodu jest od 2 lat w Polsce łamaniem prawa. Pomoc w tym, a więc udzielanie informacji o takich miejscach również, więc podziwiam tupet zakładania takiego wątku na publicznym forum. Może niedługo ludzie zaczną wchodzić na Off Topic i pytać, gdzie w W-wie dostaną dobrą kokę :evil_lol: Po be, jakoś wątpię, że Lenka jest rzeczywiście świadoma pielęgnacji, chorób, wymagań i ogólnej opieki nad psem, skoro nie rozważa zakupu peta (a więc psa w pełni rasowego na jakim jej rzekomo zależy), a który jest zazwyczaj w cenie psa bez papierów. Pełno o tym informacji w necie, ale pewnie trudno je zauważyć, jak z uporem maniaka szuka się tylko pseudohodowli. Dla mnie w ogóle to jeden wielki paradoks - "bardzo mi zależy na tym psie" - to czemu nie chcesz kupić takiego psa, na jakim Ci zależy, tylko takiego, z którego nie wiadomo co wyrośnie i czy będzie miał cechy rasy? Jak mi bardzo zależało na staffiku to odkładałam, długo, bo też byłam wtedy studentką i nie s*ałam pieniędzmi, ale psa mam. Tyle że ja miałam więcej kryteriów niż "ma być byle jaki ale już". Pies nie był JUŻ tylko prawie 2 lata po tym jak zaplanowałam rasę itd. ale cechy rasy, charakter, itd. ma dokładnie takie jak chciałam. Nie wyrósł mi zamiast staffika mix amstaffa fikający do ludzi i olewający pana. Zależy Ci na małym psie - a co jak wyrośnie duży? Wiesz ile chodzi u mnie po osiedlu rasowych yorków bez rodowodu, które dorosły do 8-10 kilo? Albo odwrotnie, ile dobermanów bez rodowodu wielkościowo jest jak połowa-2/3 psa z papierami? Jak chcesz małego spokojnego pieska to poszukaj po okolicy ludzi, którym oszczeni się mała suczka i weź szczeniaka; czasem takie maluchy są po matce i ojcu mieszkających razem i wiadomo co wyrośnie. Ja się serio pogubiłam, bo najpierw piszesz że strasznie Ci zależy właśnie na Norwichu, że dlatego odpada szczeniak kundelek, bo chcesz cech rasy, a dwa posty dalej, że pies nie musi być w 100% rasowy. To w ilu rasowy Cię usatysfakcjonuje? W 90%? Czy w 25%? Bo w tym drugim przypadku z Norwicha może mieć tylko głowę i sierść ;) a nie wiem, jak zamierzasz oszacować przy zakupie maluszka, ile % cech rasy będzie miał pies jak dorośnie. To podobna ruletka co przy szczylu ze schroniska, tylko jeszcze musisz za tą ruletkę wyłożyć ładny kawałek kasy. Tym bardziej, że Norwich to w Polsce rzadkość nawet z rodowodem, i jak ktoś kupuje tak rzadką rasę to z pomyślunkiem i pseudo nie zakłada, za to Ty jesteś świetnym materiałem, żeby zrobić Cię w jajo i wcisnąć ci np. za 800 zł brązowego szorstkowłosego szczeniaka kundelka. Szkoda tylko, że moja gadanina i tak będzie jak grochem o ścianę, skoro piszę do kogoś, kto deklaruje, że wie wszystko o zagrożeniach związanych z zakupem psa z niepewnego źródła, wie że napędza nielegalny handel psami, a mimo to chce i już. Niestety to jest takie polskie "zastaw się a postaw się"... Ludzie biorą kredyty na których spłatę ich nie stać; wydają grubą kasę na święta a potem miesiąc jedzą chleb ze smalcem, albo w przypadku psów: muszą mieć "rasowca" i nie patrzą, że ich tak naprawdę nie stać, nie odłożą ani nie zdecydują się na kundelka, tylko już teraz zaraz ma być pies ideał, i napędzają biznes, który szkodzi psom - BO ONI CHCĄ, jak bachor w przedszkolu. Dla mnie to nie są miłośnicy psów, tylko własnego tyłka.
-
[quote name='Yuki_']A może zamiast czyszczenia zębów pastą, to kupić jej miękkie surowe kości i dać jej do poobgryzania?[/QUOTE] Jeśli suczka nie jest żywiona barfem, to przy tej wielkości psa to świetny pomysł, żeby zatkać mu jelita i wysłać na tamten świat. Nigdy nie dałabym kości psu, który nie jest na barfie - jeszcze do tego zwierzakowi wielkości chihuahua. Jak się nie wie o czym się pisze, to lepiej sobie darować, bo jeszcze ktoś skorzysta z cudownej rady i zrobi psu poważną krzywdę. Do czyszczenia zębów u mnie zawsze lepiej sprawdzały się gaziki i wata niż jakiekolwiek szczoteczki.
-
Pewnie zaleci paranoją :D ale ja w momencie, kiedy spodziewam się licznych gości (święta, impreza, grill, etc.) i przewiduję problemy z kontrolą nad tym, co kto daje psu, staram się większość albo i całe menu robić ze składników, które nie uczulają psa :evil_lol: jest więc indyk zamiast kurczaka, wieprzowina zamiast wołowiny, słone paluszki, desery z galaretki czy lody wodne zamiast tych mlecznych czy tam ciast z kremem ;) Do minimum ogranicza mi to użeranie się z gośćmi czy pilnowanie psa - a jak nie da się upilnować gości ani dostosować w pełni menu, to pies imprezę spędza w kennelu. Trochę dziwne, że objawy alergii pokarmowej wychodzą Wam dopiero po miesiącu od zjedzenia czegoś - jesteś pewna, że to nie jest już reakcja na coś innego? Bo po miesiącu od zjedzenia czegoś organizm dawno powinien się już alergenu pozbyć. U nas po zjedzeniu kurczaka była wysypka pod brodą już na drugi dzień, która po 2 dniach zamieniła się w strupki. Same odpadły i żadnych leków nie dawałam, nic nie nawróciło.
-
Ja zdecydowanie poczekałabym do okresu ciszy hormonalnej po pierwszej cieczce, czyli ok. 3 miesiące od jej zakończenia. W przypadku rasy olbrzymiej nawet dłużej ;) Że inni kastrują szczeniaki (w USA próbowano przeprowadzać zabiegi nawet na 8-tygodniowych maluchach!) nie jest dla mnie żadnym argumentem, bo ci sami "inni" przykładowo wycinają psom struny głosowe, żeby nie szczekały, albo usuwają chirurgicznie kotom część palca z pazurem. Dla mnie kastrowanie szczenięcia stoi na tej samej półce co te porąbane "chamerykańskie" zabiegi, jak nie jest od tego jeszcze gorsze. Skutków ubocznych wykonywania kastracji przed osiągnięciem dojrzałości jest mnóstwo i są one faktami naukowymi, a nie czyimiś wymysłami. Szczególnie niebezpieczne jest zbyt wczesne wykonanie zabiegu u dużych psów, gdzie rozwój fizyczny ciągnie się nawet 2-3 lata. Hormony płciowe biorą udział w wielu procesach w organizmie, nie tylko w samym rozrodzie, ale też ich wytwarzanie w okresie dojrzewania inicjuje wiele procesów w organizmie, w ogóle nie związanych z rozmnażaniem, a np. rozwojem układu kostnego. Pies i układy w jego organizmie to nie są klocki lego. Są stwierdzone naukowo powiązania między wcześniejszym zabiegiem sterylizacji a występowaniem dysplazji czy złośliwych nowotworów kości, i długo by tak wymieniać. Kto naprawdę chce, ten znajdzie. Dla mnie lekarz weterynarii, który wmawia pacjentom, że sterylizacja 4-ro czy 8-miomiesięcznej suki (w przypadku większych ras) nie ma żadnego negatywnego wpływu na zdrowie, po prostu wygaduje głupoty, i chyba wagarował na fizjologii :roll: i z pewnością po usłyszeniu takiej "rewelacji" zmieniłabym lekarza. Zaczekanie kilka miesięcy dłużej z zabiegiem nie jest dla troskliwego opiekuna jakimś tytanicznym wysiłkiem, więc warto unikać niepotrzebnego ryzyka i się nie spieszyć.
-
Przy takich odpałach jakie ma ten pies, nawet nie próbowałabym pracować z nim sama ani tym bardziej pytać internetowych znawców, tylko skonsultowałabym się szybko ze specjalistą, który dokładnie o wszystko wypyta i zobaczy psa w domu i Was "w akcji". Bulteriery to bardzo specyficzne psy, nawet na tle innych bullowatych mają chyba najtrudniejsze charaktery (trochę kocie, trochę terierowate, plus jeszcze upór buldoga) i pomóc Wam może tylko osoba mająca duże doświadczenie z rasą, już lepiej doświadczony hodowca z olejem w głowie niż pierwszy lepszy behawiorysta po kursie internetowym. Bulle mają swoje za uszami, szczególnie psy niewiadomego pochodzenia i niewłaściwie prowadzone, plus niestety na tle innych ras częściej niż zwykle zdarzają im się kompulsywne zachowania agresywne na tle neurologicznym. Więcej na ten temat znajdziesz w dziełach Dodmana i niestety na zagramanicznych stronach internetowych; w polskim internecie bieda z nędzą. Co jeszcze - jeśli zachowanie psa nasila się po zmroku, być może ma on problemy ze wzrokiem, słuchem (głuchota jest częsta u białych bulli) co powoduje jego niepewność, utrudniony kontakt z otoczeniem i trudne do przewidzenia gwałtowne reakcje. Co innego pies, który wykazuje agresję w bardzo konkretnych sytuacjach, na łatwych do określenia podstawach (np. agresja przy misce) - co innego pies, któremu odpala i się na nas rzuca ot tak, bo nie pasuje mu, że ubierasz choinkę; taki pies jest zwyczajnie niebezpieczny, szczególnie, że to nie jest ratlerek. Nie ma co mówić, że nie warto szukać specjalisty, bo wyjeżdżasz - ale przecież kiedyś wrócisz, a pies jest stosunkowo młody, może spokojnie pociągnąć jeszcze nawet 10 lat, a z doświadczenia mojego i nie tylko wiem, że taka "dziwna" agresja z czasem i wiekiem lubi się pogłębiać i raczej nie mija sama, tylko postępuje. Zarówno jeśli powodem są jakieś niedociągnięcia w postępowaniu psem, czy też problemy neurologiczne, im szybciej zaczniecie działać (pracować z psem/leczyć), tym większe szanse, że problem da się opanować. Znam dziewczynę, która miała bulla i zachowywał się kropka w kropkę jak Wasz; niestety nie zdecydowali się z tego co wiem na żadną specjalistyczną pomoc, tylko omijali psa na paluszkach aż do jego śmierci, nie wiem czy naturalnej, czy zdecydowali się w końcu na uśpienie z powodu narodzin dziecka - psu w każdym razie samo nie przeszło ani sami nie dali rady opanować problemu, mimo że mieli doświadczenie z psami.
-
Przede wszystkim, jak macie psa od miesiąca, a zdążyliście "spróbować wszystkiego i nie działa", to sorry, ale nie spróbowaliście tak naprawdę niczego ;) Nauka chodzenia na luźnej smyczy w przypadku podrośniętego ciągnącego psa to nie jest "spróbowaliśmy jednej metody na kilku spacerach i nie działa, to bierzemy następną", tylko jedna metoda piłowana z żelazną konsekwencją tygodniami i miesiącami na każdym spacerze. Bez tego przelecicie lada moment wszystkie możliwe metody, a pies będzie nadal ciągnął. I kolczatka by tu nie pomogła, bo wg mnie brakuje Wam cierpliwości i konsekwencji - a psu konkretnego zajęcia, ale o tym za chwilę. Przy takim systemie zajmowania się suką jaki macie, tzn. spacery i puszczanie do zabawy z psami, możecie tak dreptać na dworze od 7.00 do 22.00, a ona i tak nie będzie zmęczona i zaspokojona przede wszystkim intelektualnie ;) To co dla Ciebie jest "długim dystansem aż Ci nogi w tyłek wchodzą", dla podrastającego aktywnego psa jest dopiero rozgrzewką do zabawy, na której to rozgrzewce zresztą niemiłosiernie się wynudził, skoro ciągał Tobą do każdej kupy, krzaczka, latarni. Gdybyś te minimum 45 min dziennie robiła z nią biegiem na joggingu, to może coś tam by poczuła. Ale największą potrzebą takiego psa, szczególnie jeśli jak piszesz ma w sobie coś z aussie/bordera, jest współpraca z Tobą, uczenie się nowych rzeczy, wykonywanie zadań, zajęcie umysłowe. Ona w żaden sposób nie ma zaspokojonej tej potrzeby ani poprzez ganianie z psami, ani dreptanie na smyczy - szczególnie że piszesz, że chodzicie ciągle tą samą trasą - no litości, to jaką ona ma mieć rozrywkę na tym spacerze? Że przebiera nogami? To nawet moim dziadkom by się znudziło po 3 dniach :D Ganianie z psami ok, socjal u młodego psa jest ważny, ale jeśli to jest jej największa rozrywka na spacerze, to aż się prosi o problemy z zachowaniem. Nie nabijaj z nią bez sensu kilometrów, tylko weź pierwszą lepszą książkę/portal o szkoleniu pozytywnym, i zacznij z nią coś robić, nawet w domu. Taki pies nie padnie nawet po 3 h biegania - za to po godzinie dziennie (oczywiście w kilku sesjach) główkowania i nauki sztuczek może w końcu zejdzie z niego trochę pary, i będziesz widziała pozytywny wpływ na całokształt - i na chodzenie na smyczy, i na opanowanie w domu, i na Wasze relacje z psem. Do tego polecam w tym dziale wątek o crate games ;) też możecie skorzystać z rad w nim zawartych. Same zabawy z innymi psami też bym ograniczyła na ten moment, bo okres socjalizacji suka ma już dawno za sobą ;) a na tę chwilę robią one Wam krecią robotę, bo nie uczą psa niczego poza tym, że najfajniesza zabawa jest z dala od Was... I co się potem dziwić, że na spacerze potraficie zwrócić na siebie uwagę suki na sekundę, a potem ona jest bardziej zainteresowana sikami innych psów, krzakami, psami, niż Wami... Sami poniekąd ją na takie zachowanie nakierowujecie. Niech bawi się z innymi psami np. raz w tygodniu, dajmy na to w niedzielne popołudnie, jako chillout po sesji ze szkoleniem pozytywnym - ale niech to nie będzie norma i jej główna aktywność, bo to nie jest bez wpływu na zachowanie psa. Jak chowacie sobie dziczka, którego największą rozrywką jest latanie z psami, to takiego dziczka będziecie właśnie mieli.
-
Nie za bardzo rozumiem, o co rodzice się denerwują, skoro to oni rozwydrzyli swojego psa i to ich suka od początku wykazywała agresję wobec Twojej ;) Co do samych suk - od początku trzeba było z jednej strony nie zmuszać rezydentki do kontaktu z nową suką, skoro nie miała na to ochoty i wyraźnie to okazywała, a z drugiej, jak młoda zaczepiała do zabawy, podchodziła niepotrzebnie - odwracać jej uwagę, odwoływać. Wszelkie przejawy agresji jednej i drugiej od raxu karcić. Mam wrażenie, że trochę pozostawiliście sytuację własnemu biegowi - stąd konflikt między sukami się zaostrzył, bo wyraźnie widać, że pierwsza jest rozwydrzona i nie ma ochoty zaakceptować Waszych decyzji co do tego, kto może przebywać w domu :evil_lol: a i młoda zaczyna pokazywać pazurki, i w sumie nie dziwne, skoro spotyka się ciągle z nieprzyjaznym zachowaniem starszej suki, a nikt jej chyba za bardzo nie pokazał alternatyw czy nie wytłumaczył, że tamta suczka to nie kolejny kolega do zabawy, tylko starszy pies, którego ma ignorować/omijać (wspomniane odwracanie uwagi). Łatwiej by poszło, gdyby obie suki wziąć w obroty, bo nawet jeśli Ty będziesz karcić je obie, ale rodzice np. "pocieszać" swoją sukę, i utwierdzać w przekonaniu o jej większych prawach, konflikty i tak pewnie będą. Przejawy agresji powinny się kończyć solidnym skarceniem obu, niezależnie od tego która zaczęła. Pilnuj, żeby żadna nie zaczepiała drugiej, nie podchodziła, nie byłą nachalna - od razu odwołuj, odwracaj uwagę zabawą. itd. Do tego jak najczęściej zabieraj je na wspólne spacery, na których idą obok siebie na smyczy - to bardzo wzmacnia poczucie więzi między psami, stają się "drużyną" i nawet jeśli w domu są na siebie nastawione wrogo, na zewnątrz już siłą rzeczy jest to jednak są one kontra reszta świata ;) Psy doskonale o tym wiedzą, i przy regularnych takich wyjściach ich poczucie wspólnoty będzie się choć trochę przenosić na relacje w domu. Daruj sobie przewalanie suk na bok, jeszcze na dodatek w momencie, kiedy są nabuzowane adrenaliną po spięciu :roll: bo to prze-idiotyczny pomysł, chyba że ktoś uważa, że ma za dużo palców u rączek. Millan to Millan, żeby stosować takie metody bez szkody dla siebie i psów, trzeba mieć ogromne doświadczenie i wyczucie sytuacji - u laika niestety zwykle tego brak i najczęściej kończy się to nie podporządkowaniem sobie psa, a wywołaniem u niego agresji. Dziwne, że wszyscy miłośnicy Cesara tak sobie biorą do serca wszystkie jego wskazówki poza jedną powtarzającą sie w każdym programie: Nie róbcie tego w domu bez konsultacji ze specjalistą :roll: Autorytet u psa zdobywa się poprzez poświęcany mu czas, pracę z nim (szkolenie, zabawę, wspólne wykonywanie zadań, najlepiej zabawy symulujące wspólne polowanie) i bycie stroną decyzyjną w jak największej ilości sytuacji, także w tym przypadku decydowanie, czy młoda może podchodzić i zaczepiać starszą, czy też nie. Jak skrewiłaś gdzieś te podstawy i suki się żrą, to sorry, nie naprawisz tego wywracaniem suki na bok. A na pewno gdzieś coś poszło nie tak ;) dla mnie Twój pies za bardzo Cię nie szanuje, skoro ani nie możesz powstrzymać go słownie od podłażenia do drugiego, ani nie możesz go zamknąć w jakimś pomieszczeniu bo się drze (a Ty go tłumaczysz że nie lubi) - tylko na siłę próbujesz nadrabiać braki w swojej konsekwencji metodami siłowymi. Nikt nie został przywódcą od przekładania psa na bok ;) to wynika z codziennego postępowania z psem, z Twojego zachowania w każdej sytuacji. Poznanie suk na neutralnym gruncie pewnie dałoby sporo ;) gdyby potem w domu prowadzono ich relację jak należy... Nabuzowanie rodziców na pewno nie pomaga, bo psy doskonale czują nastrój; suczka rodziców też czuje ich niechęć do nowej, i tym bardziej jest do niej nieprzyjaźnie nastawiona. Pytanie czy często bywasz u rodziców ;) bo jeśli jest to kilka dni kilka razy w roku to nie wiem, czy jest sens z nimi walczyć, żeby zajęli się rozwydrzeniem swojej suczki (a bez tego trudno będzie ustawić sensownie ich relację) - jak chodzi o ileś dni w roku to lepiej się o to nie szarpać tylko nauczyć swoją ignorowania starszej, tudzież przyzwyczaić do kennelu/zostawania samej w pomieszczeniu, żeby można było bez problemów je izolować, kiedy nie można zwracać na nie uwagi w domu.
-
Spike, akurat usypianie ślepych miotów bardzo przypomina selekcję Matki Natury, bo pomijając zwierzęta stare czy chore, w których przypadku oczywiste jest, że raczej prędzej niż później umrą, noworodki są grupą, w której śmiertelność jest bezapelacyjnie największa. Zerknij sobie na pierwszy lepszy program przyrodniczy - pierwszy rok życia przeżywa najczęściej jedno czy dwa młode z całego miotu. Często byle co sprawia, że ginie cały miot. W schronisku warunki często są jakie są, i lepiej, żeby szczeniaki umarły od igły, niż 2 padały miesiące później taplając się w swoich krwawych odchodach, od parwowirozy, albo dusiły się od kaszlu kennelowego i całe życie miały powikłania po niedbałym leczeniu i wiecznym przeziębianiu tej choroby (a schroniska jako skupiska masy psów niewiadomego pochodzenia to idealne wylęgarnie tych chorób). A co do pomagania - czy każdy jako znamię dojrzałości musi kiedyś brać tego najbrzydszego, najstarszego psa ze schroniska? Czy pomaganie innym kończy się po pierwsze na psach, po drugie na ich adopcji? To pewnie nie ma już innych form pomocy psom niż adopcja, nie ma innych celów na przekazanie pomocy jak psy. Jest masa potrzebujących ludzi, kotów, koni, ba nawet zaniedbanych zabytków - mam znajomego który hobbystycznie zajmuje się organizowaniem pomocy na ich ratowanie ;) czy to wszystko się nie liczy? Człowiek nie jest dojrzały dopóki nie weźmie psa ze schroniska? Jak hipotetycznie adoptuję 5-cioro dzieci z domu dziecka, ale kupię im szczeniaka golden retrievera, zamiast adoptować chorego staruszka, to wciąż znaczy, że nie dojrzałam do pomocy innym? ;)
-
Jakoś nie chce mi się wierzyć, że 99% osób, które napisały hejty w internecie, zrobiłoby tej dziewczynie cokolwiek w realu. Nawet by na nią nie nakrzyczeli, bo na pewno masa tam spamowych komentatorów, którzy teksty typu "powyrywałbym nogi z d*py takiemu" piszą pod każdym wydarzeniem o porzuconym czy maltretowanym zwierzęciu. Nawet w polskim prawie sama słowna groźba nie jest podstawą do ukarania kogoś, bo brane jest pod uwagę, że ludzie w gniewie mówią różne rzeczy, nijak mające się do czynów, do których są zdolni - żeby uznać rzucone na wiatr słowa za realną groźbę, muszą mieć miejsce konkretne przesłanki. Dużo bardziej martwią mnie reakcje wskazujące na to, że pies to zabawka dla dzieci i żadna krzywda mu się nie działa, tudzież osoby robiące z 12- czy 15-latek mentalnych przedszkolaków. Te dziewczyny nie wychowały się odcięte od świata, kilometry od cywilizacji, w dzikiej puszczy, z rodzicami sadystami, żeby naprawdę ich zachowanie można było zwalić na środowisko i powiedzieć, że nie miały wzorców. Sorry, ale telewizja i internet to nie tylko przemoc i agresja, jak biadolą niektórzy ;) ale masa pozytywnych wzorców, również w kwestii postępowania ze zwierzętami, do których dostęp ma praktycznie każdy. Nie wierzę też, żeby wszyscy w jej otoczeniu, rodzina, sąsiedzi i znajomi, uważali zwierzęta za rzeczy i pochwalali to co ona robi. Na pewno choćby niejeden z rówieśników powiedział jej, że jest głupia i męczy psa (gdyby tego już nie usłyszała, nie zapewniałaby w filmiku, że pieska nic nie boli) - ale olała to i robiła swoje. Wcale nie tak dawno temu 15-latka była uważana za dorosłą pannę, wychodziła za mąż i rodziła dzieci. Miała full obowiązków, miejsce w świecie i jakoś nikt nie uważał jej za bezmózgie cielę. Teraz 15-latki traktuje się w kwestii odpowiedzialności za swoje czyny niemal jak dzieci z zerówki (nie mówiąc już o wiecznych studentach, którzy zbliżając się do 30-stki wożą mamusiom pranie i wymieniają na słoiki z obiadkami). Dziewczyna w wieku 15 lat jest jeszcze młoda, ale potrzeby psychiczne w większości ma niewiele mniejsze (jak nie większe) od dorosłej kobiety. Jak w swoim środowisku jest szarą myszą, w domu rodzice traktują ją jak dziecko i spławiają, to cóż, samoocenę ma pewnie poniżej zera i chce sobie ją poprawić, zostając "kimś" - w tym przypadku "treserem psich koników". To od biedy jeszcze można rozumieć i dziwić się, czemu nikt jej w porę nie pomógł. Ale ŻADNE niezaspokojone potrzeby czy problemy emocjonalne nie usprawiedliwiają znęcania się nad słabszymi. To są rzeczy, których uczy się kilkulatek - że nie robimy slabszemu krzywdy; że nie męczymy pieska, itd.
-
[quote name='spike1975'] byłem autentycznie zdziwiony o czym ona mówi. jak może pies stanowić zagrożenie dla gości? ja się czasami śmieję z ludzi którzy zamykają psa jak ktoś do nich przychodzi bo się boją. to jest dla mnie oznaka jakiejś totalnej patologii w stosunkach z psami. absolutnego braku jakichkolwiek umiejętności. oczywiście nie mówię tu o psach które są z jakiejś patologii, skrzywione psychicznie i trzeba je "wyprostować", są w trakcie "resocjalizacji" tylko o normalnych które mamy ileś tam już lat.[/QUOTE] No i widzisz, śmiejesz się i nie ogarniasz, bo nie miałeś do czynienia z pierwotnymi dużymi psami ras stróżujących. Każdy hodowca czy osoba, która wiele lat spędziła z owczarkami kaukaskimi, środkowoazjatyckimi, kangalami, czy innymi bardzo nieufnymi do ludzi, niezależnymi psami w przeszlości samodzielnie pilnującymi stad powie Ci, że zamykanie dorosłego psa, szczególnie samca, przy gościach jest NORMĄ. I te psy nie są patologią ani nie są po przejściach - to są normalni przedstawiciele rasy o typowym dla nich charakterze i zachowaniu. Owszem, może przejść puszczenie psa luzem przy gościach, kiedy jesteś tuż obok - najwyżej będzie się gapił i pilnował. Ale wyjdź wtedy siusiu do łazienki, a gość niech źle sięgnie po solniczkę ;) I to nie jest ani brak socjalizacji, bo można te psy w opór z ludźmi socjalizować, i po dorośnięciu będzie to samo. Nie jest to brak panowania nad psem, bo na Twoją komendę dobrze ułożony pies powinien odpuścić. Natomiast są to rasy, które we krwi od wieków mają ogromną nieufność do obcych, instynkt stróża i co najważniejsze, ogromną samodzielność w podejmowaniu decyzji. Co byś nie zrobił, czy kazał zaakceptować gości przy furtce, czy siedział z nimi z psem 3 dni, po Twoim wyjściu dla psa oni nadal będą obcymi i będzie się czuł zobligowany do unieszkodliwienia ich, kiedy według niego będą stwarzać zagrożenie. Zostawianie takiego psa luzem przy gościach jest przejawem skrajnej nieodpowiedzialności, braku wiedzy o rasie i chyba zwyczajnej głupoty - a nie jak sugerujesz rozwydrzenia psa i braku więzi z nim. I jak najbardziej zdarzają się wielkie mieszańce, które mają cechy tych psów - stąd nie szokuje mnie, że ktoś w schronisku zapytał co z psem, jak przyjdą goście. Przypadków pogryzień jest już wystarczająco dużo, a nikt biorąc psa ze schroniska nie ma na czole wypisane, że świetnie psa ułoży i nad nim zapanuje.
-
Są ludzie, którzy choćby nie wiem ile im tłumaczyć i pokazywać jak krowie na rowie, jak obchodzić się z psem, i tak albo nie zrozumieją, albo zrobią to 2-3 razy i będą uważali, że powinno wystarczyć, po czym wrócą do starych zachowań ;) ile razy ja się natłumaczyłam rodzinie, u której czasem zostawały moje psy - żeby nie chodzili za psem jak koza tam gdzie ich smyczą pociągnie, tylko sami wybierali kierunek spaceru, a jak pies ciąga nie wiadomo gdzie, to kierunek zmienili, przywołali go, sami pociągnęli. Starczało na zrobienie kilku powtórzeń w mojej obecności; 2 minuty później pies znów ciągnął ich jak chciał, a oni dreptali za nim jak cielę na sznurku ;) po x prób się poddałam i po prostu moje psy po każdych "wakacjach" u rodziny mają ze mną kilkuminutową lekcję odświeżającą chodzenie na smyczy :evil_lol: bo kiedy odbieram je po kilku dniach zabawy w husky prz y saniach na każdym spacerze, w pierwszym momencie zachowują się jakby nigdy w życiu nikt ich niczego nie uczył ;) Łatwiej mi regularnie "resocjalizować" swoje psy p otakim rozpieszczeniu, niż nauczyć rodzinę, żeby ich nie psuła. Podobnie z wymuszaniem czegokolwiek - są ludzie, którzy mają po prostu wyryte w mózgu jak w kamieniu, że jak piesek chce, to trzeba mu dać. Piesek drze mordę, zaczepia, jest nieznośny - na pewno coś chce, szybciutko w nagrodę weźmy go na spacerek, pogłaszczmy, dajmy żarcie. I potem rosną rozwydrzone potworki. I takie osoby często gęsto mimo miliona tłumaczeń, odruchowo wciąż i wciąż robią to samo. Dla takich osób nadaje się co najwyżej mały, łagodny piesek (ot, będzie upierdliwy) - ale już duży pies ze skłonnościami do agresji taką osobę sterroryzuje i zeżre, albo i uszkodzi otoczenie, bo właściciel nad nim nie zapanuje. Co do podziwu który budzą choć trochę wychowane psy - ja przerażająco często spotykałam się z podziwem, że moje psy przychodzą na wołanie... A nie ma chyba bardziej podstawowej i potrzebnej do życia z psem umiejętności. Od tego powinno się zaczynać wychowanie; to ważniejsze nawet od oduczenia psa sikania w domu. Tymczasem dla ogromnej większości właścicieli psów, nawet z racji rasy bardzo predysponowanych do ścisłej współpracy z człowiekiem i bezwzględnego posłuszeństwa, jest to problem nie do przeskoczenia. Z moich obserwacji ogromna większość psów kompletnie ignoruje wołanie właściciela, tudzież przychodzi jak nie mają już nic ciekawego do roboty. Osoby, które potrafią odwołać psa w stanie pobudzenia, na przykład biegnące do obcego psa, to chyba promil ogółu właścicieli psów. Jak do moich psów leci z ujadaniem jakiś inny, to nawet nie biorę pod uwagę opcji, że ktoś go odwoła, bo właściciele albo olewają takie sytuacje, albo wrzeszczą "Pimpuś chodź tu", na co Pimpuś reaguje równie żywo, jak zapewne zareagowalby na recytację Pana Tadeusza ;) Z moją suką miałam rytuał, że przed puszczeniem luzem daję komendę "siad", odpinam smycz, i dopiero po kilku sekundach daję komendę "wolny" i suka biegnie. KAżdej osobie, która to widziała, oczy wychodziły na wierzch na szypułkach, co to za wspaniały pies. Nikt nie pomyślał, że wystarczy psa nauczyć siadania i komendy zwalniającej, i wykorzystać to na spacerze, co u psa nauczonego wspomnianych komend zajęło mi może 3-4 powtórzenia "w praniu" - jakieś 2 minuty. Efekt na ludziach robiło taki, jakbym nakłoniła tygrysa do żonglowania. Co do beagla i zapinania na smycz zaraz po przywołaniu - ja spotkałam panią z psem tej rasy, która psa po złapaniu wlała smyczą ;) i była zbulwersowana jaki jej pies jest głupi, że musi łapać go pół godziny. Pomijając czystą logikę, że kto mądry chciałby przychodzić po wp*erdol, ja zasadę "psa nie bijemy jak wróci, tylko zawsze nagradzamy" poznałam gdzieś jako 9-10 latka, z pierwszej lepszej książki z choć jednym rozdziałem o wychowaniu psa. Nawet nie miałam wtedy własnego psa ani internetu. Co w takim razie powiedzieć na dorosłą osobę lat ok. 30, która ma swobodny dostęp do internetu, for, portali z poradami, oraz literatury na temat podstawowego wychowania psa, kupuje sobie sama psa, rasowego, i popełnia tak podstawowe błędy? Ludziom się po prostu NIE CHCE włożyć choć minimum pracy w psa, tudzież znalezienie informacji na ten temat. Posiadanie psa ogranicza się do zakupu psa na giełdzie za 500 zł (co jest tak ogromną ceną, że szczeniak na pewno będzie już po szkoleniu i z dożywotnią gwarancją, że nawet sraczki nigdy nie dostanie), nasypania mu do miski karmy kupionej w Biedronce (na pewno cudownej bo na torbie napisane, że "zdrowa i zbilansowana") i dziwowania się, czemu pies jest głupi, nie wraca na wołanie i rzuca się do psów na spacerach... Choćby sytuacja z wczoraj na parkingu - na trawniku obok zawąchał się w sikach jakiś mix shih tzu - babka woła go z 10 razy, bezskutecznie. W końcu pies idzie w jej stronę, ale jak się okazuje, żeby zmienić obiekt wąchania z trawnika na latarnię :D baba w końcu idzie po niego i bierze na ręce, i mówi jakby do mnie i mojego faceta "jejku, no co za pies, jaki on jest niedobry, nieposłuszny"... Cóż, pewnie się taki urodził ;) pomijając, że ja bym niedobrego, nieposłusznego psa, szczególnie w miejscu gdzie sporo samochodów, obcych psów, ludzi, trzymała po prostu na smyczy, zamiast drzeć się na pół osiedla, ganiać za nim i tłumaczyć się przechodniom, jak bardzie nie umiem sobie poradzić z psem. Swoją drogą cieszę się, że byłam bez psów, bo zgaduję, że skoro odwołanie psa od straszliwego rozproszenia jakim jest trawa było absolutnie niemożliwe, z szarży do dwóch psów tym bardziej by się nie udało, i pewnie mielibyśmy spinę.
-
[quote name='spike1975']ale ja to wszystko o czym piszesz mam a mój pies jest ze schroniska więc to są mity ze "tylko rodowodowy" daje "przyjemność bycia razem". [/QUOTE] Nikt nigdzie nie napisał, że pies bez rodowodu = życie z nim to udręka. Psy to żywe istoty, nie rzeczy z taśmy fabrycznej, i nie da się niczego określić czarno ani biało w takich kwestiach jak "pies ze schroniska zawsze jest odchylony" albo "rasowy pies jest zawsze idealny". Wszystko rozbija się o prawdopodobieństwo. A żeby wypowiadać się z sensem o tym, czy i czym różnią się rasy/typy psów, trzeba by choć z kilkoma mieć do czynienia w codziennym życiu, najlepiej we własnych rękach. Trudno, żeby osoba która całe życie spędziła z kundelkami o przeciętnych wymaganiach, mogła wypowiadać się o prowadzeniu chartów, molosów, terierów i owczarków, i wyrokować, czy one się czymś różnią czy nie. [quote name='spike1975'] same zresztą napisałyście że "menele" mają zwykle fajne psy. no i rzeczywiście coś w tym jest a oni przecież nie mają psów rodowodowych, prawda?[/QUOTE] Psy meneli mają ostrzejszą selekcję naturalną niż wiejskie burki przy budzie jadące na obierach z kartofli ;) psy trudne, problemowe, nie umiejące się dopasować, po prostu u nich nie przeżywają. Jak nie pilnują się owego menela to tracą główne źródło pożywienia; jak ganiają samochody to coś je w końcu przejedzie; jak startują do psów nabuzowane testosteronem, to w końcu wpadają w gromadę silniejszych psów np. przy suce z cieczką i kończy się ich rumakowanie, często w krainie wiecznych łowów. Menel nie lata za psem i nie cacka się z wychowaniem, klikerem i innymi cudami - jak pies wleci pod samochód, bo nie posłuchał wołania, to będzie komentarz, że szkoda psa, ale głupi był, i za jakiś czas nowy zwierzak ;) To, że te psy są bezproblemowe jest też wynikiem tego, że tylko takie są w stanie w takim układzie żyć, a nie tylko tego, że menel ma jakieś super podejście do wychowania psa. Widzicie menela z posłusznym spokojnym pieskiem u boku - a spytaliście, ile mu się wcześniej trafiło "głupich" co się zgubiły albo samochód rozjechał je na placek?
-
[quote name='spike1975']no proszę. trafił się ktoś normalny na tym forum. z podobnym mojemu przekonaniem że "pies to pies" i jeżeli umie się z psami postępować to naprawdę obojętne jest czy pies jest rasowy czy nie rasowy czy jest 50 kg malamutem czy 2 kg pudelkiem miniaturką. no ale forumowi "rasiści" się z tym chyba nie zgodzą. tylko ciekawe ilu z nich ma te ich rasowe pieski wychowane lepiej niż mój nierasowy, wzięty ze schroniska, spokojny i zrównoważony 35 kg kundel. o, więcej normalnych.[/QUOTE] Kwestia, czy ktoś umie sobie poradzić z 50-kilowym malamutem, a czy CHCE się z takim naprawdę niełatwym typem psa użerać, to sedno dyskusji. I owszem, uważam że są ludzie, którzy ze względu na swoje cechy charakteru poradzą sobie z "łatwym" psem, ale kaukazem już niekoniecznie. I nie każdy pies nadaje się do każdych warunków mieszkaniowych i finansowych. Swoją drogą czy ty potrafisz w ogóle rozmawiać bez ubliżania ludziom? Ciężko znaleźć kilka Twoich postów, w których choć nie zasugerowałeś, że rozmówcy są nienormalni, głupi albo rozpieszczeni przez los, nie mówiąc już o bezpośrednich epitetach typu królewna, cymbał, idiota, czy jak tu dodałeś, "rasista". Jeszcze porównaj koniecznie hodowców do hitlerowców, bo prowadzą dobór odpowiednich psów do rozmnażania; to typowy tekst osobników Twojego pokroju. Nie czaję co Ty w ogóle robisz na tym forum, skoro tu same królewny, debile szkoleniowi, burżuje od rasowych psów i sadyści z kolczatkami. Prawie wszyscy rozmówcy zwracali Ci zresztą uwagę, że nie jesteś za grzeczny, albo wręcz po prostu chamski - no ale na pewno tylko przez to, że są głupi, a w kupie siła :roll:
-
W momencie, kiedy w hodowli w bliskim otoczeniu przebywa samiec z kilkoma sukami, to pomijając jakieś wyjątkowe przypadki, te samce ekscytują się sukami w cieczce znacznie mniej niż pies, który jest sam w domu i tą cieczkę czuje tylko sporadycznie na spacerze. Rzadko zdarzają się samce, które mieszkając z sukami latają jak nakręcone całe 3 tygodnie - zwykle naprawdę pobudzone są tylko w momencie, kiedy jakaś suka owulację, a to jest kilka dni, a nie miesiąc. Są zresztą różne sposoby opanowania sytuacji, nawet kiedy pies z tych bardziej nerwowych - można robić mu wakacje u rodziny na okres cieczki, można zastosować kastrację chemiczną - bez cięcia, za to w postaci małego implantu, który na 6 miesięcy hamuje pracę jąder i wycisza hormony. Naprawdę w większości przypadków zachowanie doświadczonego samca w hodowli, który suki ma wokół siebie na codzień, jest nie do porównania z psem, dla którego suka to rarytas spotykany na spacerze, i do której dostaje małpiego rozumu niezależnie od tego czy to okres płodny, czy cieczka ale w dniach niepłodnych, czy cieczka będzie dopiero za tydzień. Co do dzieci i psów - dzieci nie mam póki co, ale na ten moment psy wydają mi się dużo "łatwiejsze w obsłudze", także jeśli chodzi o wychowanie, bo działają w o wiele mniej skomplikowany sposób, mają prostsze do zaspokojenia potrzeby, itd. Jeśli z dziećmi, nawet trudnymi, jest łatwiej, to pocieszyłaś mnie, bo posiadanie dziecka w przyszłości zawsze jakoś mnie przerażało :evil_lol: A zachowanie Twoich psów, trudno w kilku postach przekazać wszystkie szczegóły, ale jak piszesz w jednym, że ten warczy na inne, że są o siebie wszystkie mocno zazdrosne, że szczekają po nocy, to naprawdę wyłania się z tego obraz kompletnego chaosu ;) i trudno sobie w takim układzie wyobrazić 5 czy 10 psów. Dużo w tym wszystkim nieporozumień związanych ze słowem pisanym, brakiem kontaktu oko w oko, gdzie ta komunikacja jest prostsza. Tobie wydaje się, że napisałaś coś neutralnie - reszta widzi, że tak naprawdę robisz przytyki do hodowców, którzy mają suki i samca w domu; piszący nie mają na celu Cię obrażać, ale Ty tak to odbierasz, itd. Co do samej wady z medycznej strony. Takie wady rozwojowe mogą mieć zarówno podłoże genetyczne, być dziedziczone po przodkach, jak i zupełnie nie być z tym związane, a wystąpić po prostu na skutek błędów w podziale komórek podczas rozwoju płodu, samoistnych czy występujących na skutek jakichś działających na sukę w czasie ciąży czynników (substancje chemiczne, promieniowanie - niekiedy jakiś czynnik niemożliwy do wyeliminowania czy nawet zauważenia). Ta sama wada może mieć kilka przyczyn, np. rozszczep podniebienia może wystąpić i pod wpływem obciążenia genetycznego ze strony przodków, i wskutek niedoboru kwasu foliowego w czasie ciąży, i przez inne niepoznane jeszcze przez naukę przyczyny. W przypadku wad kręgosłupa (tu jeszcze trzeba znać dokladną nazwę - jak ją otrzymacie, to mogę poszukać więcej informacji), problem bywa genetyczny. Z rozrodu psów rasowych w ZKwP eliminuje taka niby błaha wada jak załomek na ogonie, wyczuwalny jako nierówność, zgrubienie na ogonie. Samemu psy w żaden sposób on nie przeszkadza, jednak zdecydowanie należy odsunąć go z rozmnażania, bo ten załomek na ogonie jest niczym innym jak deformacją kręgów. W przypadku, gdy mamy deformację kręgów w ogonowym odcinku kręgosłupa, psu nic się nie dzieje. Jeśli jednak ta deformacja kręgów wystąpi u potomstwa tego psa w odcinku szyjnym, piersiowym, lędźwiowym, będziemy mieć psa kalekę. Często nawet na wystawach sędziowie "macają" ogony w poszukiwaniu tej wady. Niemniej jednak nie każda wada kręgosłupa jest genetyczna i w tym momencie chyba nie da się określić, czy jest ona związana z inbredem (kojarzeniem w pokrewieństwie, które szczególnie przy kojarzeniu niezbyt zdrowych linii sprzyja różnym problemom zdrowotnym), czy z konkretną wadą dziedziczoną po przodkach, czy po prostu z jakimś wypadkiem losowym przy rozwoju płodu. Natomiast pewne jest, że wada ta nie powstała u Was w kilka dni, szczenię było nią obciążone w momencie sprzedaży, i tu powinniście udać się z suczką do specjalisty ortopedy, który wyda Wam papier, że tak poważna wada nie mogła być przeoczona przez hodowcę - czyli sprzedał on Wam szczenię, po którym widać było, że ma problemy zdrowotne, jako zdrowe, podczas gdy powinien je zdiagnozować i leczyć (albo w ogóle wiedział o chorobie suni, tylko ją zataił). Sąd pewnie jeszcze powoła biegłego lekarza weterynarii, żeby wydał opinię o wadzie, ale dobrze mieć taką własną, od lekarza specjalisty, wydaną jak najszybciej po zakupie psa (żeby nie wyszły wątpliwości, czy objawy nie pojawiły się dopiero u Was, itd.). Jedną rzeczą jest udowodnienie hodowcy, że szczenię miało poważne wady, i związana z tym rekompensata dla Was, drugą - czy świadomie nie wprowadził Was w błąd, sprzedając szczenię, o którego poważnej chorobie, a przynajmniej jakichś objawach wskazujących na możliwe problemy, Was nie poinformował. I taka mała refleksja z mojej strony - pisałaś, że nie jesteś w stanie przy zakupie wybrzydzać, że bierzesz psa i jest Twój, chory czy nie. Ok, Twoje prawo, Twoje pieniądze na leczenie, Twoje nerwy - ale jeśli będziecie myśleli o kolejnym psie, przy zakupie pomyśl o dziecku. Ja wiem, że to oczywiste, że pies nie jest zabawką i jak zachoruje, to trzeba go leczyć, i to też chcesz dzieciom przekazać, ale kilka chorych psów po kolei, do tego tak poważnie jak ta mała, nawet dla dorosłego może być powodem do rozpaczy, a co dopiero dla chorego dziecka, które jest cholernie z tym psem związane. Wiem jak przeżywałam przewlekłą biegunkę u mojej suki, toż w porównaniu do pogiętego kręgosłupa to blahostka - a miałam 13 lat i nie miałam żadnych problemów zdrowotnych ze sobą. Gdybym miała wtedy w domu dwa chore psy, a potem trzeciego z wadą, która może skazać go na śmierć w młodym wieku, pewnie wylądowałabym na terapii u psychologa młodzieżowego, całkiem serio. Mnie teraz jako dorosłą kobietę mocno przygnębia każdy problem zdrowotny moich psów, czy jest to alergia, czy ostatnio śmierć maluszka przy porodzie - to jest naprawdę przeżycie emocjonalne, które dorosłemu człowiekowi zostawia dziury, przygnębienie i masę przykrych myśli. To co musi w takim razie przeżywać dziecko, dla którego piesek to cały świat, i które nie umie sobie zracjonalizować, że tak bywa, że takie prawa natury. Piszesz, że synek i suczka super się bawią, przeżywają mnóstwo wspaniałych chwil - ale tym bardziej ewentualna śmierć tej suni czy jej cierpienie, kalectwo, będą dla niego strasznym przeżyciem. Jeśli będziecie kupować jeszcze jednego psa, dla dziecka pozwól sobie na ten egoizm przy wybieraniu i kup psa w dobrej polecanej hodowli, powybrzydzaj przy zakupie, weź szczeniaka tylko z miejsca, które nie budzi Twoich najmniejszych wątpliwości - żeby synek nie musiał kolejnego psa opłakiwać, patrzeć na jego cierpienie i mieć zdrowego radosnego towarzysza na długie lata, który np. po roku nie opuści go w męczarniach, bo nie wiem, nie znam Twojego dziecka, ale obawiam się, że przeżycia z tak ciężkimi chorobami u ukochanych psów, wcale nie muszą mieć na nie działania antydepresyjnego (a o to przecież chodzi), tylko odwrotne.
-
isabelle301, ja w zeszłym roku usypiałam chorą na nowotwór 13-letnią sukę. Od diagnozy żyła pół roku, większość czasu czuła się dobrze, ale co jakiś czas miewała 2-3 dni, kiedy nie chodziła i jechała na kroplówkach. Uśpiłam ją prawdopodobnie w dniu, kiedy guz pękł i doszlo do krwotoku wewnętrznego, bo zwyczajnie się przewróciła, osłabła, nie mogła wstać. Po diagnozie też miałam długo rozterki, co robić. Suka 13 lat, spora, więc wiek dość podeszły. Guz 10 cm na otrzewnej, rozsiany, bo obok już liczne małe zmiany. Do operacji się to nie kwalifikowało, najwyżej do radioterapii, czyli musiałabym tą ledwo zipiącą sukę targać 100 km na każdy zabieg naświetlania do W-wy i wciągać do kliniki, której panicznie się bała od momentu sterylizacji. Z wetką podjęłyśmy decyzję, że leczymy paliatywnie, w razie gorszego samopoczucia dostawała kroplówki, w domu miałam w razie czego zastrzyki przeciwbólowe. Może z radioterapią pożyłaby kilka miesięcy dłużej - a może organizm wykończyłby się jeszcze szybciej wskutek stresu (nowotwór zresztą "ruszył z kopyta", kiedy suka była po sylwestrowym petardowym stresie). Dla mnie to była mądra miłość. Stać by mnie teraz było i na chemioterapię, i inne bajery - tylko dla kogo by to było, dla mnie czy dla suki? Przeżyła ostatnie miesiące w domu, bez niepotrzebnych stresujących zabiegów, w znanym otoczeniu, rozpieszczana - sama chciałabym tak umierać, odchodząc już od tematu psów, bo to co się robi teraz starym ludziom w stanie terminalnym, wożąc ich na siłę po szpitalach, kłując, krojąc i stresując, zamiast dać im godnie odejść w domu wśród bliskich, to po prostu okrucieństwo. Psiakowa, jak spojrzałaś w końcu po mojej prośbie o sprawdzenie daty wątku, to zauważyłaś zapewne, że ja o tą opinię pytałam 7 LAT TEMU. Teraz opinie nie są mi jakoś wybitnie potrzebne, bo otrzymałam ich dość od specjalistów w dziedzinie szkolenia i weterynarii, żeby mieć na ten temat własną. Temat śmierci, a już szczególnie uśpienia czyjegoś psa jest na tyle delikatny, że wypada się 10 razy zastanowić, zanim rzuci się kamieniem w kogoś kto rzeczywiście kochał psa, starał się i tego psa opłakiwał. Nie napisałaś mi NIC konstruktywnego, tylko stek bzdur. Napisałaś, że mogłam jeździć po specjalistach, kiedy jak krowie na rowie wyjaśniałam, że nie miałam na to pieniędzy, wsparcia rodziców nawet takiego, żeby mnie gdziekolwiek zawieźli, a "behawiorysta" to w 2002 czy 2004 roku w Polsce była jakaś chińska potrawa. Opisałam na wątku klasykę objawów agresji na tle padaczkowym, dosłownie książkowy przykład z Dodmana (wiesz w ogóle kto to jest?) - a Ty mi pierniczysz, że może pies "miał nieodpowiednią relację z właścicielem". Piszę x razy na wątku, że pies wył i szczał na widok wieszaka w czyjejś ręce albo majtnięcia nogą w powietrzu - a Ty mi na to za chwilę, że "może u poprzedniego właściciela był bity". Nie MOŻE, tylko NA PEWNO, i nie mam wątpliwości, że to przyczyniło się w dużej mierze, jak nie całkowicie do jego stanu. Pytanie tylko, co to zmienia w kwestii, że pies był niebezpieczny dla otoczenia i uniemożliwiał normalne funkcjonowanie domownikom i to przez 3 LATA, zanim podjęto decyzję o uśpieniu? Naprawdę, idź się bulwersować ludźmi, którzy chcą oddać psa, bo sika i gryzie meble, albo walą po łbie, bo warknął przy misce; nie brak tu takich. Ten pies to naprawdę nie Twój level wiedzy i obyś nigdy na takiego nie trafiła.
-
Faktycznie, tam po burknięciu wygłodzonego bezdomniaka na sztuczną rękę w misce z jedzeniem ów piesek idzie do chłodni :roll: Gdybym mieszkała w Stanach, po pierwszej akcji, kiedy omawiany tu pies pogryzł dziecko na kilka szwów, moja rodzinka zapłaciłaby solidną karę, a on poszedłby pod igłę... W Polsce faktycznie, znajdą się stada oszołomów, które ratują i szykują do adopcji dużego psa, który wyrwał dziecku pół twarzy - nawet tu na forum, więc myślę, że Psiakowa się na dogomanii odnajdzie ;) Tak jeszcze wracając do jej wypowiedzi - że może byłabym zła, gdybym pojechała do szkoleniowca i by nie pomogło, bo to problem neurologiczny i kasa w błoto - litości, zła? Ja bym tą kasę wydała z radością, i nawet jeśli nic by nie dała, to zawsze miałabym uczucie, że zrobiłam coś jeszcze - tylko najpierw musiałabym kasę MIEĆ. Niestety dzieciom z ery, w której normą jest dla nich laptop z kamerką i york, nie śni się, że można nie mieć na coś kasy, a psa utrzymywać z kieszonkowego, i często gęsto uwijać się i dorabiać, prosić dalszą rodzinę o forsę, bo np. na weta nie starcza. Jednorazowa wycieczka do specjalisty to byłyby na tamte czasy 2 miesiące utrzymania moich psów ;)
-
[quote name='chris8585']Miałem agresywnego psa. Był to owczarek niemiecki i z całej rodziny tolerował i słuchał wyłącznie mnie. Na resztę rodziny wyłącznie warczał. Problem pojawił się kiedy mało co nie pogryzł mojej siostry. Nie zrobił jej krzywdy, ponieważ w porę interweniowałem ale nie wiem co by się stało jakby mnie tam nie było. Nie chciałem go uśpić i szukałem innego rozwiązania. I znalazłem ! Dałem kilka ogłoszeń i w końcu pojawił się pewien Pan, który potrzebował takiego psa do ochrony gospodarstwa w nocy. I na koniec puenta. Po kilku latach, przejeżdżałem przez miejscowość w którym zostawiłem mojego pieska. Odwiedziłem właściciela i okazało się że Szarik biega sobie po zagrodzie. Kiedy jednak mnie zobaczył – zawarczał na mnie. Chyba był zły że go oddałem :)[/QUOTE] Przy dużym psie, który może mieszkać na zewnątrz i stróżuje, to fajne rozwiązanie i na pewno wtedy wzięłabym takie pod uwagę. Tyle że 8-kilogramowego psa, który w ogóle nie reaguje na obcych wchodzących do mieszkania/na teren, nikt nie weźmie do stróżowania ;) [quote name='Psiakowa']ZAWSZE jest jakieś rozwiązanie. ZAWSZE znajdzie się rozwiązanie lepsze niż uśpienie psa. Jeśli pies był agresywny, a ty go wzięłaś i świadomie zdecydowałaś się na borykanie się z problemem, to nie rozumiem dlaczego to się skończyło w ten sposób. Rozumiem, że może nie miałaś pieniędzy, że rodzice nie mieli pieniędzy, ale mając 17 lat mogłaś sama poszukać kogoś, bo moim zdaniem naprawdę warto. Jakby się nie udało - trudno. I nie sądzę, że natrafiłabyś na samych kolczatkowych ludzi, nie sądzę, żeby NIKT w Warszawie nie miał takiej wiedzy, żeby Tobie pomóc. Chociaż oczywiście mogło być tak, że to faktycznie było coś neurologicznego, a ja nie oceniłam sytuacji dobrze, bo w końcu jej na żywo nie widziałam i rozumiem, że wtedy mogła byś być zła, że wydałaś tyle kasy na nic. Ja wtedy uśpiłabym psa, ale zrobiłabym to z czystym sumieniem, wiedząc, że naprawdę NIC się nie da zrobić. A w momencie, kiedy dostęp do behawiorystów miałaś, tyle że do mniejszej ilości i utrudniony, to serio tego nie rozumiem. I u ciebie nikt na niego nie podniósł reki, nie wiesz, jak było wcześniej - mógł być bity, mógł być psem łańcuchowym - o socjalizacji to już nawet nie wspomnę - więc coś co się stało wcześniej mogło spowodować takie zachowania, bo nie znałaś psa od początku.[/QUOTE] Jeśli myślisz, że ZAWSZE jest rozwiązanie lepsze od uśpienia, to albo masz 15 lat i nie wiesz nic o życiu, albo należysz do przerażających idealistów, którzy rzucającego się na każdego wielkiego bezpańskiego psa trzymaliby w klatce metr na metr w schronisku, bez szans na adopcję przez x lat - byle tylko go nie uśpić. Pies chodząc po ulicy na mrozie 20 stopni nie miał na czole kartki "jestem agresywny i pogryzę 30 osób" :) więc rozumiem, że każdy biorąc małego pieska z ulicy, musi być przygotowany na jeżdżenie po Polsce w poszukiwaniu neurologów i behawiorystów. Rozumiem też, że lepiej by było, gdyby pies został na tej ulicy i zamarzł/wpadł pod samochód/został złapany przez hycla i wywieziony do schroniska w Ostrowi, do której nigdy by nie dotarł, bo 90% psów wywożonych z mojego miasta nigdy do tego schroniska nie dojeżdżało, więc jak to często bywa, po wzięciu kasy przez hycla od gminy, dostawały po drodze siekierą przez łeb. Będę miała to na uwadze zanim wezmę z ulicy kolejnego psa :D czyli pewnie już nigdy się nie zdecyduję ;) Pies pierwszy rok czy półtora mieszkał u mojej rodziny, tam też nikt go nie bił, za to były pierwsze pogryzienia. Rozumiem że moja głupota, że go od nich zabrałam - mogłam pozwolić żeby został i gryzł ludzi, bo nie był tam odpowiednio dopilnowany, albo żeby np. jak zostaną pogryzieni, wywieźli go na wieś czy oddali byle gdzie :) Ty chyba w ogóle nie przeczytałaś tego wątku, tylko rzuciłaś okiem na pierwszy post - bo wiedziałabyś, że pies na pewno był bity zanim zabrałam go z ulicy. Był na pewno kopany, bity jakimś narzędziem, bo żaden pies niemaltretowany czy tylko lekko kopnięty, nie reaguje na majtnięcie nogą w powietrzu czy wieszak w ręce właściciela wyciem i szczaniem pod siebie. I serio, ile Ty masz lat? Bo kompletnie nie ogarniasz jak wyglądała kwestia behawiorystów, szkolenia, dostępu do informacji, etc. w Polsce 10-12 lat temu. Internet w domu miał mało kto - u mnie w klasie może z 5 osób. Dogomania właściwie raczkowała; nie było zatrzęsienia for internetowych, portali, behawiorystów, szkoleniowców, zoosychologów tak jak od kilku lat. W ogóle słowo "behawiorysta" było egzotyczne :megagrin: Mieszkając na zadupiu i nie mając jak pojechać z psem do większego miasta, mogłaś iść z psem co najwyżej do weterynarza "od krów" i spytać co sądzi. Owszem, byłam z psem u kilku, każdy mi powiedział, że nie ma możliwości diagnozowania psa, że nie wygląda to na dominację, że może jakiś guz mózgu, a jeden poradził mi zwyczajnie zlać psa kablem :) I nie wiem, czego nie rozumiesz w stwierdzeniu "nie mieć pieniędzy" - skoro piszę, że do szkoleniowca musiałabym wyjechać do W-wy 100 km, oczywiście autobusem - z nieobliczalnym psem :D (sam dojazd plus bilety miejskie to 40-50 zł), i za tą konsultację jeszcze zapłacić - tyle że czym, bo ja z kieszonkowego i kasy "na urodziny" tudzież "na święta" musiałam utrzymywać swoje psy, nakarmić, mieć na weta, szczepienia, itd. Chcialabym mieć tego psa teraz, nawet mając 15 lat i będąc bez kasy, bo mogłabym wejść na dogo, popytać o szkoleniowców, nawet amatorów z doświadczeniem, czy nie mogliby mi pomóc, a kasę wyżebrać tutaj na PsachWPotrzebie. Wtedy tego po prostu NIE BYŁO. Miałaś tak jak mówię, kilka książek z poradami "jak dbać o pieska" na półce w księgarni, i kilku weterynarzy od krów. Koniec pola do popisu ;) Właściwie to mogłam po prostu zgodzić się z rodzicami i psa oddać byle gdzie, niech kogoś pogryzie i dostanie za to kijem i wywiozą go do lasu, albo odwrotnie, niech pogryzie poważnie jakieś dziecko ;) ważne, że piesek by żył :) nieważne ile i jak. Ewentualnie w ogóle mogłam zostawić go na ulicy, gdzie błąkał się na mrozie od kilku tygodni, i był bliski zamarznięcia. Wtedy pewnie uważałabyś, że podjęłam dobrą decyzję :) tudzież nie była ona moja, ani pies mój, więc też nie moja wina :) Naprawdę, mniej Animal Planet, a więcej doświadczenia i polskich realiów, bo mając pieska jeszcze mniejszego niż mój agresor, który fika tylko do psów i przechodniów, nie masz w ogóle możliwości ogarnąć co to jest pies, który gryzie na serio i jak wygląda życie z nim, ani tym bardziej co mogłaś zrobić z tym 10 lat temu na zadupiu, bez kasy, auta i czyjejkolwiek pomocy ;) Osoby, które są na tym forum i miały tego typu agresora, jakoś się nie dziwiły, a trochę już się ich wypowiedziało i na tym wątku, i na innych, kiedy o tym psie pisałam. Jeśli jednak masz niewyżyte ambicje doradzać przez internet o psiej agresji, to serio, są tu wątki nowsze niż sprzed 7 lat, i nie traktujące o psach, które nie żyją od lat 10-ciu. Sam takt nakazywałby przemilczeć sytuację, kiedy czyjś kochany mimo wszystko pies (bo psa trzeba kochać, żeby kilka lat żyć z nim w każdej chwili gotowym na jego atak i nie podnosić na niego ręki nawet jak leje się z Ciebie krew) nie żyje, i wiadomo że uśpienie nie było decyzją z dnia na dzień ani łatwą - a nie po 10 latach wytykać komuś, że będąc dzieciakiem mógł stanąć na uszach, okraść sklep i jechać autostopem, żeby szukać po Warszawie behawiorystów, którzy wtedy w ogóle nie istnieli. Rozumiem, że chcesz zabłysnąć, ale sorry, wywlekanie takich rzeczy i wkręcanie komuś poczucia winy za naprawdę agresywnego psa, który zrobił kilku osobom krzywdę, jest po prostu żenujące.
-
[quote name='Psiakowa']Szczerze mówiąc nie do końca się z tym zgadzam. Sama mam psa agresywnego, a ty mówisz że twój był wielkości jamnika - mój podobnie, chociaż jest trochę lżejszy… Atakuje psy i ludzi spotkanych na ulicy, domowników na szczęście nie, więc problem mamy mniejszy.[/QUOTE] To jest OGROMNA różnica - pies agresywny w stosunku do obcych ludzi czy psów, a do domowników. Mając psa w pierwszej wersji, masz konkretne sytuacje, kiedy musisz mieć psa pod kontrolą i nie obawiasz się, że zrobi krzywdę Tobie albo Twoim bliskim. Przy agresji wobec domowników nie odprężasz się nigdy, nawet kładąc się spać czy siedząc na kanapie, bo pies miewał wyskoki, że rzucał się na osobę, która usiadła 2 metry od niego, nawet na niego nie patrząc, nie wykonując żadnych gestów, które byłyby jakąś sensowną prowokacją do ataku. Ktoś, kto nie mial takiego psa, w ogóle nie ogarnia jaki to jest problem w codziennym życiu. [quote name='Psiakowa']Z tego, co piszesz, można wywnioskować, że twój pies nie był agresywny "z wrodzonej złości", tylko zwyczajnie ze stresu. Mówisz, że po ataku lizał ręce i kładł się na podłodze - oznacza to strach przed właścicielem. Uległość też, ale te dwie rzeczy są ze sobą ściśle powiązane. Nie twierdzę, że zrobiliście mu coś złego - może to wcześniejsze doświadczenia z człowiekiem? Jednak stres miał, nie da się ukryć - i coś go powodowało również w nowym otoczeniu. Po prostu nie miał na czym tego stresu wyładować i robił to na właścicielu. A ta uległość oznacza zagubienie w całej sytuacji - "nie bij mnie, nie jestem zły, ja się tylko broniłem".[/QUOTE] O jakim wyładowaniu stresu mówimy, kiedy pies przechodził w sekundę z wyluzowanego leżenia na kanapie do ataku na serio z gryzieniem a nie tylko capnięciem zębami, a sekundę później witał ugryzioną osobę jakby nic się nie stało, często znowu w pełni wyluzowany i radosny? :) albo wpadał w opisaną fazę płaszczenia się. Dodam, że nie były to sytuacje, kiedy pies był nagle obudzony ze snu, nie miał problemów ze wzrokiem i ze słuchem, i była to osoba, która nigdy nie zrobila mu krzywdy, której się nie bał. Ja nie twierdzę, że ten pies miał jakąś wrodzoną złość, że nie był zagubiony ;) chodzi o to, że w nowym domu nie był ani rozwydrzony, ani bity czy zastraszany; nigdy nikt mu nie przyłożył nawet za przejawy agresji. Ja też nie byłam kynologicznym tumanem, wyprowadziłam dorastającą sukę z agresji lękowej, ogarniałam się w postępowaniu i przyczynach agresji lękowej, dominacyjnej, przeniesionej, etc. - i do żadnej z nich to nie pasowało ;) bo ciężko było w ogóle określić sytuacje, które wywoływały atak. [quote name='Psiakowa']Dokładną przyczynę trudno mi stwierdzić, bo nie musiało to być jedno zdarzenie, tylko cały ciąg wydarzeń - mogła zaważyć nieprawidłowa relacja z człowiekiem lub po prostu wydarzenia z przeszłości. Bo bardzo ważne: pies NIGDY nie atakuje bez powodu.[/QUOTE] Owszem, ale powód nie zawsze jest możliwy do wyeliminowania. I serio, jestem bardzo ciekawa co ja nie tak robiłam w relacji z tym psem, bo naście lat i x psów później nadal nie wiem, jak inaczej mogłabym traktować tego psa, żeby zapobiec rozwojowi tego problemu. Mogę opisać cały schemat postępowania z psem, zasady jakie miał, moje reakcje na problemy - tyle, że słyszała o tym już niejedna osoba z doświadczeniem w pracy z agresywnymi psami i zgodnie twierdziły, że z psem coś było mocno nie halo i nie było to efekt moich błędów, tylko prawdopodobnie urazów z przeszłości plus problemów neurologicznych (które notabene mogły być efektem bicia psa czymś lub kopania po głowie, co na pewno zanim trafił do mnie, miało miejsce). [quote name='Psiakowa']A uważam, że uśpienie psa nie było konieczne, bo istnieje mnóstwo behawiorystów, szkoleniowców, zoopsychologów itp.[/QUOTE] Czy Ty spojrzałaś na datę wątku...? :roll: Założyłam go prawie 7 lat temu; pies został uśpiony kilka lat przed założeniem tematu - jak dobrze pamiętam rok 2003/2004. O jakim "mnóstwie" behawiorystów, szkoleniowców i zoopsychologów wtedy mogła być mowa? W moim mieście nie było żadnego. Najbliższe miejsce, gdzie mogłabym uzyskać taką pomoc to była Warszawa, ok. 100 km. Pozostałoby jeszcze namówienie rodziców, żeby wydali na agresywnego głupiego psa kupę kasy, żeby jechać z nim do Warszawy, tłuc po "zoopsychologach" i najpewniej jeszcze psich neurologach i tomografach, bo pies wykazywał objawy agresji na tle padaczkowym. Naprawdę, chciałabym zobaczyć, jak mówisz to moim rodzicom, którzy karmienie psa "Pedigree dla championów" uważali za burżujstwo :) a mając tego psa miałam 14-17 lat i byłam od nich uzależniona finansowo i mieszkaniowo. Rok 2013 na Animal Planet i rok 2003 w polskim małym wsio-miasteczku to trochę inne bajki. Poza tym w obecnym "mnóstwie" behawiorystów mamy większość ludzi, którzy w swoich kompetencjach nadają się nauczenia psa siadania i leżenia. Znając realia szkoleń w tamtych czasach, pierwszy szkoleniowiec do którego bym nawet w tej W-wie trafiła, wsadziłby psa w kolczatkę i kazał pokazywać kto rządzi w domu. Chyba nawet Ty wiesz, że u psa z takimi problemami to byłoby znęcanie się i prawdopodobnie doprowadzenie do jeszcze większej eskalacji agresji. [quote name='Psiakowa']Uśpić by psa należało, gdyby był: a) psem nieuleczalnie chorym psychicznie (bo są takie przypadki) b) psem, nad którym nie można by fizycznie zapanować (wyrywał by ci się na spacerze, a ty nie mogłabyś nic zrobić) c) psem, który był by zagrożeniem dla życia domowników (amstaff jak skoczy do gardła, to po ukochanej pańci) Z tego, co wiem, choć gryzł mocno, to nie wiązało się to z wzywaniem karetki. Na chorobę psychiczna też nie wygląda, więc można by spokojnie pogadać z behawiorystą przed podjęciem takiej decyzji, a moim zdaniem już na początku problemu trzeba by to zrobić. Podsumowując - moim zdaniem problem dałoby się rozwiązać, a na pewno można było próbować go rozwiązać - to zawsze jest możliwe! U mnie zadziałał behawiorysta i chociaż nadal nie jest różowo, to jest znacznie lepiej:)[/QUOTE] Na chorobę psychiczną może nie, ale pies miał typowe symptomy zaburzeń neurologicznych - ataki bez wyraźnej przyczyny, x razy nie występujące w danej sytuacji, a za setnym razem pełna furia; brak kontaktu z psem przez kilka chwil przed atakiem, otępiałe spojrzenie; po ataku kompletny reset, brak późniejszego nabuzowania typowego dla agresji dominacyjnej czy lekowej - po prostu jakby ktoś go wyłączył i włączył. Brak też było typowych przejawów agresji czy to lękowej, czy dominacyjnej, czy terytorialnej, które przejawiają się w określonych sytuacjach. Pies nie bronił miski, nie sadził się domownikom, nie miał problemów z dotykaniem przez domowników mp. przy pielęgnacji, nie stróżował, nie żarł się z innymi psami, nie atakował w konkretnych sytuacjach tylko w tych samych, zupełnie niekonfliktowych, raz się rzucał, a raz był zupełnie normalnym psem. To są typowe objawy choroby. Piszesz, że pies nie był amstaffem i nikogo by nie zagryzł - więc w imię tego moja rodzina miała z uśmiechem dawać się gryźć? Blizny na rękach czy brzuchu albo szwy na nodze to taka przyjemność? Tak, pies potrafił wskoczyć na kanapę i z niej wyskoczyć do ramienia czy tułowia - nie myśl, że jak był mały, to satysfakcjonowało go dziabanie po kostkach. Teriery tej wielkości potrafią zabić w norze lisa albo borsuka. Uważasz, że taki pies nie jest w stanie zrobić człowiekowi poważnej krzywdy? W domu przebywała często babcia, która panicznie bała się psów (była dwa razy poważnie pogryziona, raz jako dziecko, raz jako dorosła kobieta) i ma problemy z sercem, ciśnieniem. Zdarzało się, że pies wyskakiwał z posłania i rzucał się na nią idącą 2 metry dalej np. do łazienki. Sugerujesz, że trzeba było wywalić babcię z domu, bo piesek się stresuje albo narażać jej zdrowie? Tak jak pisałam, o wyjeździe do behawiorysty czy szkoleniowca mogłam zapomnieć ze względów finansowych, byłam na utrzymaniu rodziców i by taki pomysł wyśmiali. Jaka więc była alternatywa? Skradanie się po własnym domu i kolejne blizny? Jedne na ręce mam po nim do dziś - weszłam do swojego pokoju, brałam coś z tapczanu, pies leżał na jego drugim końcu. Patrzył na mnie tępo, wyskoczył i zawiesił mi się zębami na ramieniu. Chwilę później puścił i zaczął się witać. I takie sytuacje zdarzały się pod koniec jego historii kilka razy dziennie, tyle że na ogół zdążyłam się obronić. Ty serio żyłabyś z takim psem, nie mając możliwości poradzić się specjalisty? Narażałabyś na pogryzienie rodzinę? Ja pod koniec czułam się niepewnie kładąc się spać, bo pies potrafił w nocy fiknąć do nóg pod kołdrą, a rodzina po x ataków postawiła mi veto, że pies nie ma prawa wychodzić z mojego pokoju ;) Mogłam jeszcze go oddać - na szczęście już jako 17-latka miałam dość oleju w głowie, żeby wiedzieć, że psa w takim stanie się nie oddaje, bo albo weźmie go ktoś, kto będzie jego agresję wykorzystywał, albo po pierwszym wyskoku spuści mu łomot albo wyrzuci. Masa bezproblemowych psow czeka latami na dom i chętni po agresorów niebezpiecznych dla otoczenia nie ustawiają się w kolejce, nawet kiedy są to rasowe psy. Była też opcja, że nie będzie dopilnowany i znowu pogryzie dziecko - a przypominam, że jedno po nim zszywano. To nie jest przypadkowe capnięcie zębami. Jeśli po psie trzeba szyć rany to niestety pies chciał ugryźć tak, żeby zrobić solidną krzywdę, a nie tylko np. ostrzec. Z perspektywy czasu, przy możliwościach jakie są teraz, pies pewnie trafiłby do weterynarza specjalisty, pojechał na lekach przeciwpadaczkowych (takie stosuje się przy agresji na tle neurologicznym) i albo by działały, albo poszedłby pod igłę. Gdyby psa nie dawało się opanować ani lekami, ani wychowaniem (a do dziś nie spotkałam szkoleniowca, ktory na temat pracy z takim psem powiedziałby mi coś odkrywczego), zostałby uśpiony jeszcze szybciej niż wtedy, bo sama się teraz dziwię swojej naiwności, że tyle czasu wierzyłam, że nic się nikomu nie stanie i zawsze ktoś zdąży pieska złapać. Właściwie to szczęście, że zanim został uśpiony, nie pogryzł kolejnego dziecka, albo nie zrobił naprawdę poważnej krzywdy mi albo komuś z domowników. Tyle, że widzę to dopiero po takim czasie, bo wcześniej naprawdę miałam wyrzuty sumienia - w końcu pies nie został zabrany zimą z ulicy, żeby kilka lat później go usypiać. Niestety czasem utopia, możliwości rodem z USA i dobre chęci to jedno, a realia i bezpieczeństwo otoczenia, i wlasne - zupełnie co innego.
-
On w dawnym stylu ma wspaniały dom w Warszawie
Martens replied to konfirm13's topic in Już w nowym domu
A ile on waży? Myślę, że psu o takiej wielkości możecie spokojnie dać 1/2-3/4 ludzkiej dawki; nawet cała by pewnie nie zaszkodziła ;) -
Ja wiem doskonale, że trafił mi się ewenement ;) u żadnego psa, który wyszedł ode mnie z DT nie było takich problemów. Niemniej jednak pokazuje to, na jak problemowego psa można trafić. Inna sprawa, że agresja na tle neurologicznym może wystąpić u każdego psa, także rasowego z hodowli, choćby rage syndrom u cockerów ( a mój pies miał kropka w kropkę jego objawy). Nigdy się nie dowiem co mu dolegało, ale myślę, że przyczyny neurologiczne skumulowały się z jego przejściami (jestem pewna, że był męczony przez dzieci, bity jakimś narzędziem, kopany z całej siły - panicznie bał się wymachu nogą; na pewno nie miał takich urazów na psychice po paru klapsach czy lekkim kopniaku, musiał dostawać regularny wp*rdol). Możliwe, że jedno wynikało z drugiego, bo bicie czymś ciężkim po głowie mogło spowodować uszkodzenia mózgu, pourazowe problemy padaczkowe (wspomnianą agresję), które z biegiem lat się nasilały. Możliwości diagnostyczne miałam wtedy żadne - to było kilkanaście lat temu, małe miasteczko, a ja niepełnoletnia na utrzymaniu rodziców, którzy uważali, że dawanie psu Pedigree, karmy dla championów, to burżujstwo, i gdybym powiedziała, że mają mnie wozić 100 km i płacić kupę kasy za neurologa i np. tomografię dla głupiego agresywnego psa, to by mnie samą do czubków wysłali ;) Inna sprawa odnośnie psa z adopcji/hodowli... Cholernie kocham w swoich psach to, że nie boją się sylwestrowych strzałów. Zarówno opisany pies, jak i Barył miały lęk strzału, który u suki pod koniec życia osiągnął naprawdę straszne rozmiary. W miarę jak się starzała i postępowała choroba, zostawała nam w sumie farmakologia, a i tak atrakcje typu pies zaszczał 2 piętra na klatce schodowej moczem trzymanym 12 h (bo tyle trzymał i nie chciał wyjść przez strzały), bo ktoś akurat strzelił petardą jak schodziłam na dwór, były normą. Miałam cały grudzień, ferie zimowe i pół wakacji (kiedy dzieci się nudzą i strzelają) armagedon, bo suka po 2-3 strzałach na drugim końcu osiedla chowała się do łazienki. Na starość wszystko jej się masakrycznie nasiliło i o wyjściu na sylwestra nie było mowy - było wiszenie z psem pod choinką, albo puszczanie w wannie z wodą papierowych statków, przy zatkanej ręcznikami wentylacji :roll: Staffiki mają bardzo stabilną psychikę, strach przed strzałąmi to u tego typu ras ewenement. Dla mnie to ogromny plus i ulga, naprawdę. Sto razy bym się zastanowiła zanim wzięłabym teraz rasę, u której lękliwe nerwowe reakcje są częste, albo psa, o którym nie wiem, jak reaguje na strzał. Biorąc psa z DT na pewno zwracałabym na to uwagę - mógłby być problemowy pod różnymi względami, choćby alergiczny, bo tu jestem zaprawiona w boju i mi to nie przeszkadza, ale horroru z psem panicznie bojącym się strzałów never ever nie chcę już przechodzić.
-
U nas niestety nie było żadnej agresji terytorialnej czy jakiejś możliwej do logicznego wytłumaczenia. Pies nawet nie szczekał na osoby wchodzące do domu, nie miał za grosz instynktu stróża, nie atakował innych psów, pozwalał sobie grzebać w misce, wszystkie komendy wykonywał bez szemrania, na skarcenie płaszczył się na podłodze, zdarzało mu się nawet siknąć. Ktoś mógł wejść do domu bez żadnej reakcji psa, siedzieć i rozmawiać 2 godziny, wykonać jakiś gest milion razy bez reakcji psa, aż nagle na ten sam gest pies rzucał się z odległości kilku metrów, i to wcale nie na żarty. Nie warczał, nie szczekał. Warczeć zaczynał dopiero jak "w locie" go złapano, i wiedział, że już nie dosięgnie obiektu agresji.
-
[quote name='ania pe'] Wnioskuje że o zaciekach u maltańczyków nie wiecie za wiele. A ja i owszem. Oczywiście że zacieki wciąż są, bo zbyt ciasne kanaliki łzowe to przekleństwo tej rasy, raczej nie do odetkania, ale chodzi o KOLOR tych łez. ZABARWIENIE WŁOSKÓW. oczywiście że często jest to też problem bakteryjny, dlatego przeleczyłam swoje sunie atecortinem, ale jest to też kwestia diety o tyle że jeśli jest w diecie np.kurczak, to te zacieki są takie rude i farbują włosy.[/QUOTE] To ja pozwolę sobie uzupełnić Twoją jakże fachową wiedzę o fakt, iż charakterystyczne rude zabarwienie zacieków pod oczami nie jest na ogół ani wynikiem zakażenia bakteryjnego ani przebarwienia barwnikami z pożywienia (w takim wypadku przebarwiałby się cały pies), a działalnością grzybków [I]Malassezia pachydermatis[/I]. Bytują one na psie naturalnie, natomiast namnażają się pod wpływem sprzyjających czynników, oraz często u psów z objawami alergii. Sprzyjającym czynnikiem jest ciągłe wilgotnienie sierści, np. pod wpływem wydzieliny gruczołu łzowego. Łączenie tych przebarwień z kurczakiem, a szczególnie kośćmi, ma zapewne źródło w tym, iż wiele psów jest na kurczaka uczulonych, podawanie go powoduje objawy alergii, namnażanie się na skórze i w sierści wspomnianego grzyba, i owe przebarwienia sierści (bo nie jest to tylko osad; [I]Malassezia [/I]potrafi trwale przebarwiać włos i pazury). Natomiast nie są to przebarwienia stricte od kurczaka, a od grzybka, którego namnożenie powoduje alergia, jeżeli pies jest na tego kurczaka uczulony, i jest mu on podawany. Podawanie konkretnie kości nasila z kolei pracę gruczołu łzowego w ogóle, bo przy gryzieniu kości i pracy mięsnia żwacza jest on drażniony, co powoduje większe wilgotnienie sierści i jeszcze lepsze warunki dla grzybów. Tak oto powstaje kolejna wyssana z palca teoria o farbujących psu sierść kościach z kurczaka ;) [quote name='ania pe']bo Pani wet zabroniła nowej nawet royala z kurczakiem, bo z kurczakiem problem jest jeszcze taki, i dziwię się czy tego nie wiecie, że naszpikowany jest hormonami wzrostu i antybiotykami, ( największa kumulacja w podrobach i szpiku) i moja wetka - choć może ona się nie zna bo w kynologii pewnie aż tyle nie siedzi, twierdzi że do tych problemów hormonalnych moją nową mogły właśnie te hormony oddrobiowe doprowadzić - tym bardziej daje do myślenia że jest większa od swoich rodziców - a jest naprawde szczupła - po prostu nadmiernie wyrośnięta. Ja osobiście w domu takiego drobiu nie daję ani ludziom ani psom,tym bardziej że mam córę w wieku pokwitania i lekarze bardzo przed tym przestrzegają.[/QUOTE] Oczywiście, że kurczaki, ale fermowe, zawierają hormony wzrostu i antybiotyki. Z kurczakami ekologicznymi takiego problemu nie ma (pozostaje ewentualne ryzyko alergii na samo białko kurze). Stąd nikt przy zdrowych zmysłach nie zaleca nikomu diety opartej tylko na kurczaku, bo może to doprowadzić do takich objawów jak piszesz. Natomiast spożywanie kurczaka, nawet fermowego, na przemian z kilkoma innymi rodzajami mięsa, i w umiarkowanych ilościach, żadnych problemów spowodować nie powinno. Stąd zalecenia urozmaicania diety - im większy rozrzut spożywanych składników, tym mniejsze ryzyko, że szkodliwe substancje z jakiegoś spowodują niemiłe efekty. Całkowitą rezygnację z fermowego kurczaka zaleca się bezwzględnie tylko u zwierząt hodowlanych, szczególnie suk w okresie cieczki i ciąży. Jak kogoś stać, żeby ani samemu nie jeść, ani zwierzętom nie podawać ani grama sklepowego kurczaka, to bardzo fajnie, ale nikt nie umiera ani nie ląduje w szpitalu po zjedzeniu np. 200 g takiego kurczaka tygodniowo. [quote name='ania pe']Najlepszy numer z tym barfem, idiotkę ze mnie robisz, co innego barf, czyli kości surowe, a co innego kości ugotowane i o takich właśnie pisałam, o karmieniu resztkami z obiadu czyli kośćmi z pieczenia lub gotowania.[/QUOTE] To ja w tym momencie mam wrażenie, że próbowałaś zrobić ze mnie idiotkę, bo w poprzednim poście napisałaś o podawaniu kości z kurczaka jako takich - i do tego się odniosłam. Po mojej odpowiedzi masz natomiast dziwną satysfakcję z tego, że nie czytam w myślach przez internet i nie odgadłam, że pod stwierdzeniem "kości z kurczaka" należy jeszcze dopisać "gotowane" i "resztki z obiadu". Po wypowiedziach o ciąży urojonej etc. nie przypuszczałam, że masz wiedzę np. na temat barfu, bo nawet dla wielu dość doświadczonych psiarzy jest to herezja i zabójstwo dla psa ;) [quote name='ania pe']żadnej surowizny, - zresztą z tego co wiem dorosłe psy trudno na to przestawić. Moja pani wet, której raczej ufam, a już na pewno nie uważam za mitomankę opowiadała mi natomiast o psie, którego się nie dało uratować bo zaostrzona kostka z kurczaka mu się wbiła w przełyk, a na osiedlu na którym mieszkam, pies dorwał kość na trawniku - taką co dobrzy ludzie wyrzucają z okna i też się przekręcił - znam właścicieli. Jak byłam dziewczynką mieliśmy wyżła i miał coś w rodzaju hemoroidów - bardzo przez to cierpiał i pan wet taki jeden z najlepszych w kraju, stwierdził że to też jest wynikiem licznych mikrouszkodzeń po kościach z drobiu[/QUOTE] Psa w każdym wieku, może poza psami ciężko chorymi i bardzo starymi, bardzo łatwo na barf przestawić stosując na początku okres podawania nieoczyszczonych żwaczy. Jest wiele dorosłych psów, które i bez tego bez problemu zmieniają dietę. Kostka z kurczaka wbita w przełyk i odpowiednio szybko usunięta nie powinna sprawić większych problemów, chyba że rozwinął się tam stan zapalny i długo lekceważono objawy. Kości na trawnikach też raczej nie bywają surowe, a gotowane lub pieczone, a tych zdaje się zgodnie twierdzimy, że podawać nie należy, więc trudno uznać to za argument przeciwko surowiźnie. Co do mikrouszkodzeń jelit - u psa z prawidłowym pH żołądka, karmionego barfem, nie otrzymującego zbożowych wypełniaczy, kości docierają do jelit elegancko strawione. Jeśli podaje się znienacka kość, nawet surową, psu żywionemu karmą albo gotowanym jedzeniem, trzeba się liczyć z ryzykiem, że pH żołądka jest zbyt wysokie, by kość była należycie strawiona kiedy z tego żołądka wyjdzie dalej - i mogą wystąpić problemy. Uszkodzenia i "hemoroidy" mogą natomiast być efektem wieloletniego zbyt częstego udziału kości w diecie (barfie też) lub tego co pisałam wyżej, podawania kości przy żywieniu karmą lub gotowanym jedzeniem ze zbożowymi wypełniaczami. [quote name='ania pe']Co do ciąży urojonej przyznaję moja wiedza może być mała i gdyby tu istniała przyjazna atmosfera na tym forum mogłabym się bez nerwów dowiedzieć jaka jest prawda i że mi ktoś bzdur naopowiadał, a moje akurat doświadczenia były takie że mi się to w jakąś całość składało.[/QUOTE] Atmosfera na pewno byłaby przyjaźniejsza, gdybyś jak ktoś zauważył, nie wpadała na forum, i nie głosiła teorii zasłyszanych od jednej osoby i uzupełnionych swoimi "na-chłopski-rozum" wnioskami, niczym prawdy objawionej, w dodatku w kontekście takim, że wynikało z tego, że ogromna większość hodowców (zapewne dla kasy) nie dba o dobrostan swoich zwierząt trzymając w jednym mieszkaniu psy i suki. Tu naprawdę loguje się wiele osób z małą wiedzą, i są traktowane znacznie przyjaźniej, bo najpierw czytają, pytają, przedstawiają jakąś teorię jako swoją opinię - a nie na dzień dobry szafują ocenianiem osób, które na psach zjadły zęby, bo ktoś im powiedział jakąś bzdurę, a one do niej coś jeszcze dopowiedziały. [quote name='ania pe']A i ja o żadnym syfie i brudzie nie pisałam chodziła mi raczej o komfort psychiczny psów[/QUOTE] A jaki dyskomfort psychiczny mogą mieć psy, które mają zapewnione odpowiednie miejsce do spania, spacery, ruch, zajęcie i są wychowane tak, by pokojowo współżyły w swojej rodzinnej grupie? [quote name='ania pe']dokładnie że jak się powiększa hodowlę to wskazane jest zwiększenie metrażu[/QUOTE] Oczywiście. Tyle, że nie sprowadza się to do stwierdzenia, że 3 czy 4 miniaturowe pieski w mieszkaniu to za dużo ;) [quote name='ania pe']MArtens jakim prawem pozwalasz sobie na taki ton. Skąd wiesz o mnie aż tyle? Rozbeztwione psy - nie po prostu mam bardzo żywiołowe szczenię - jak to maluch rzadko przesypia całą noc - ten cyrk to takie chwile czasem męczące, ale najczęściej też zabawne, że są chwile, że każdy zwierzak jest pobudzony i każdy co innego - moja bernenka często np. pełni funkcję psa pasterskiego w domu - tzn. sczeka na małe psy i moje dzieci jak za bardzo szleją, mała maltusia biega wciąż do królików i probuje namówić je też niestety nie cicho do zabawy, nowa maltusia wciąż łazi za ludźmi ładuje się na kolana i jest okropnie zazdrosna warczy jak podchodzi mała się wepchnąć na kolanka - w ogóle są bardzo o siebie zazdrosne, a najgorsze że jak w nocy króliki hałasują, bo prowadzą nocny tryb życia, to mała maltanka czujnie zaczyna szczekać, potem starsza, a potem jeszcze duża przychodzi sprawdzić co jest i to właśnie nazywam cyrkiem a nie żadne rozbestwienie.[/QUOTE] Przede wszystkim - jaki ton? Ubodło Cię, że nie tylko Ty możesz pozwolić sobie na ocenianie hodowców na podstawie jakichś wymyślonych bzdur, ale i hodowca może nie uważać Cię za właściwego kandydata do powierzenia swojego szczeniaka? To wszystko co Ty opisujesz, to są dla mnie właśnie potwornie rozwydrzone psy, a nie norma! Nieprzesypiający nocy szczeniak to norma w wieku 2-3, no, 4 miesięcy - starszy pies jest po prostu rozwydrzony, bo nie przekazano mu, że noc jest od spania. Psy, które na budzącego się w nocy jednego z nich reagują robieniem harmidru też są rozwydrzone, i każdy następny zapewne będzie taki, skoro nikt psom nie wyjaśnił, że noc nie jest po to, żeby się bawić i hałasować. To co nazywasz zazdrością też jest rozwydrzeniem, bo nie pies jest od decydowania, kogo może głaskać właściciel, i od zarządzania tym, co kto dostał, a kto nie, czy gdzie kto może podejść. Tak samo ujadanie na króliki, czy to do zabawy, czy dlatego, że ktoś śmiał się w nocy poruszyć. Ja serio się dziwię, jak Ty możesz funkcjonować w takim chaosie, bo gdyby moje dwa psy się tak zachowywały, chyba bym oszalała - na szczęście nie będą, bo wiedzą, że jazgotanie, szczególnie w nocy, czy uprawianie zazdrości (jak rozumiem agresji) na innych członkach psiego stada jest niemile widziane. W tej chwili mam na 40 metrach kwadratowych 3 psy - dwa dorosłe i 4-tygodniowego szczeniaka, który jak najbardziej potrafi się rozedrzeć w nocy - ale jakoś śpię spokojnie, bo nawet jak maluch zacznie hałasować, pozostałe psy nie uznają tego za przyzwolenie na robienie cyrku w środku nocy. Gdybym z kolei mówiła, że moja suka tak ma, że jest zazdrosna, bo fika jak jest ze mną, a podejdzie drugi pies, to już pewnie byłąbym z którymś z nich na szyciu, bo konflikty między takimi psami jak moje nie skończyłyby się wydarciem kłaków, jak przy maltańczykach. Niestety, to chyba syndrom "małego białego pieska" - który tak rozkosznie drze się na innego, "bo chce się bawić", tak rozkosznie warczy na innego psa w domu, bo wymyślił sobie, że tamten nie ma prawa gdzieś podejść... Przy psach typu doberman takie zachowania byłyby niedopuszczalne i traktowanie ich jako normę szybko skończyłoby się nieprzyjemnie - ale przy maltańczykach, czemu nie, niech się drą po nocy, warczą na siebie, ale przecież wcale nie są rozwydrzone. Przy tak zachowujących się psach ani trochę mnie nie dziwi, że nie wyobrażasz sobie trzymania w mieszkaniu 5 czy 6 psów. W tej sytuacji to i przy dwóch u mnie samiec miałby marny komfort psychiczny, gdybym pozwalała suce ustawiać go z zazdrości tak jak ona ma ochotę, albo gdybyśmy wszyscy się notorycznie nie wysypiali, bo któryś pies drze się w nocy na chomika w drugim pokoju. [quote name='ania pe']Mam tu chyba, przepraszam nikogo nie chcę urazić, do czynienia z hodowcami, którzy do psów podchodzą - przynajmniej w momencie zakupu jak do przedmiotów i ja właściwie argumentów na swoją obronę nie mam - pewnie tak rozsądniej, tylko że ja tak nie potrafię -sprawdzam jak umiem - w inrernecie np., ale jak już widzę psa rozum przegrywa z sercem. Nie mogę się pochwalić kilkunastoletniem doświdczeniem, ale za to przez większość mojego życia przebywałam też raczej z ludźmi, nie tylko z psami i mam raczej dobre maniery, czego o Tobie Martens nie powiem.[/QUOTE] Owszem, jak widać ja podchodzę do psów przedmiotowo, bo nie rozwydrzam ich jak dziadowski bicz, a sercem kieruję się, jak chcę pomóc bezdomniakowi, a nie kupić rasowego psa, która to transakcja nie tyczy się tak naprawdę tylko tego jednego zwierzaka, ale ma jakiś (niewielki ale zawsze) wpływ na rynek i hodowców zwierząt rasowych. Z moich manier zadowolona być nie musisz ;) natomiast ja do Twoich też mam zastrzeżenia. Według Ciebie pewnie jestem jakąś chamką, która siedzi z 10 psami, które traktuje jak przedmioty - jednak w przeciwnieństwie do Ciebie, kiedy logowałam się na tym forum, wystarczyło mi samokrytyki i szacunku do innych, żeby najpierw poczytać, zweryfikować swoją wiedzę, a dopiero długo później wygłaszać kategoryczne sądy czy oceniać hodowców czy innych właścicieli psów - mimo że miałam wtedy raptem 19 lat, zapewne mniej niż Ty teraz, a wiedzę i doświadczenie z psami zapewne już wtedy większe.