-
Posts
7282 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by Greven
-
Wyeksploatowana suka basseta z ropomaciczem JUŻ W NOWYM DOMKU :))
Greven replied to Cudak's topic in Już w nowym domu
Sandi cudna jest, charakter ma wspaniały, taki plapowaty, ale jak trzeba, to potrafi zagadać (wszystkie moje zwierzęta są nadal zszokowane, jak się po baseciemu odezwie - bardzo głośno i bardzo dziwnie...), a jak czegoś nie zamierza zrobić, to głuchnie dokumentnie :evil_lol: Bo trochę przygłucha na pewno jest, nie wiem, czy przez zaniedbywane latami uszy, czy z innego powodu, ale jak mówię głośno i wyraźnie, dodatkowo posługując się gestami, to doskonale wie o co chodzi i grzecznie się dostosowuje... no chyba, że to nie po jej myśli - wtedy nie pozostaje mi nic innego, jak dogonić głuchotę, wziąć na smycz i zacząć wszystko od nowa :evil_lol: Nie rusza kotów (no, miała kilka małych "wyczynów", ale generalnie wie, że nie powinna gonić), z psami dogaduje się super, konie omija i nie zauważa ich, tylko cap i koza trochę ją zastanowiły, ale chyba zdoałała oboje jakoś zaklasyfikować, bo po wczorajszej ekscytacji dzisiaj już był spokój. Sandi chodzi luzem po gospodarstwie, zapoznała się z Motkiem, Weronem, Amisiem i Łapą. Amiś pragnie na niej kopulować, na co raczej mu nie pozwalam ze względu na podeszły wiek i domniemane problemy z sercem, Weron zachowuje się, jakby nie do końca wiedział, co to za wielka parówa przemieszcza się po podwórku, Motek zaczepia do zabawy, a Łapa udaje, że nie widzi - bo tak jest dla wszystkich najlepiej. Sandi dostaje Royal Maxi Adult, który je z wielkim ociąganiem (za to bułka, kiełbasa, biały ser, szyjki indycze - znikają w niej w okamgnieniu) i bardzo dużo pije. Jest niekłopotliwa, zazwyczaj reaguje na komendy (tylko musi je na pewno usłyszeć, albo zobaczyć), trzyma się opiekuna, jest ideałem łagodności i pogody ducha. Wczoraj zabrałam ją i jamnika Amisia nad jezioro, buszowała w trawach, samo jezioro niezbyt ją pociągało (próbowała je wypić, ale się nie udało, za to moczenie łap nie było atrakcyjne), ale plener się podobał - poszła spać pod drewnianą ławką piknikową. Basecica utrzymuje czystość (jak na razie), wie co to smycz. Nie zna, albo nie ma ochoty wykonywać żadnych komend, chociaż jak ma ochotę na pieszczoty, to ze swobodą stosuje cały arsenał szcztuczek na rozmiękczenie człowieka: szturchanie łapką, wspinanie się na kolana, zagadywanie, patrzenie w oczy, całuski. Wie oczywiście, do czego służy łózko - po wejściu do domu, od razu na nie wlazła. -
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Ja jestem spokojna ;) Nikomu prawdy pisać nie będę, ani umoralniać, ani pouczać. Zadeklarowałam DT na 2 tygodnie i tego się trzymam, więc no problem - chciałam dzisiaj zawieść basetkę i jamnisia do weterynarza, ale cieszę się, że chociaż basecica zdiagnozowana ;) -
Chciałabym go odprowadzić za TM, ale jestem 500 km od Warszawy i po raz kolejny nie mogłam się wyrwać (czas, pieniądze). Dziękuję Liderbud, myszy1 i jej TZTowi. Dzięki nim Bajor poznał człowieka, wiedział co to ciepło, przytulanie, smakołyki... nie był sam, bo oderwany od matki źrebak nie musi wiedzieć, że jest "odsadzony" i że "jedzie do kliniki". On został nagle wyrwany ze środowiska, które zna, gdzieś wieziony, otaczany przez obce zapachy, obcych ludzi... Ludzie okazali się dobrzy, czuli i ciepli. Dali mu swój czas, kochali go, płakali gdy bolało. Dziękuję Wam za to, dziękuję.
-
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Branie psów na siebie to nie problem - od lat płacę za adopcje, ale te 45, czy 65 zł to gówno w porównaniu z tym, że pies ma szansę na nowy dom, na nowe życie. Ja ze schroniskiem papierkowo jestem na cacy. Gdyby zarządali za jamnika pieniędzy - zapłaciłabym. A on teraz leżałby z basetką pod kocykiem, nakarmiony royalem. No ale co ja poradzę na układy i układziki :p -
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
No i robi się spychologia :lol: Bo najpierw wszyscy mądrzy i kompetentni (powiedz, że nie, to zagryzą :evil_lol: ), a jak przychodzi co do czego, to: ja nie mogę, ja się nie znam, ja chodzę do szkoły, ktoś inny na pewno zrobi to lepiej, niż ja, nie mam uprawnień itd. itp. Nadmienię tylko, że dzisiaj byłam chętna i gotowa wziąć psa na tymczas, w samochodzie dwie klatki do wyboru, nawet jakby mi kazali płacić, to bym zapłaciła. Jest dom, jest środek transportu, umówiony weterynarz... i szczecińska przepychanka :diabloti: -
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Pomyśli :hmmmm: -
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Nie wiem, to wy jesteście specjalistami od tropienia "okropnych warunków", tyle tych interwencji macie i w ogóle... A jeśli chodzi o tłumaczenie się, to zastanów się z czyich podatków TOZ jest finansowany i kto was może sprawdzić oraz poprosić o "tłumaczenie się". Z każdego psa, z każdego. Widać, że nie dostałaś jeszcze wytycznych z "centrali", ani od nikogo po nosie i wychylasz się trochę za bardzo. No cóż, młodzi gniewni. -
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
No pewnie, że może. -
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Ja ze schroniskiem staram się - nie, nie współpracować - "dobrze żyć" od jakiś 5 lat. Zabierałam nieadopcyjne rottweilery, dobermany, TTB. Oczywiście wszystkie znalazły domy. Ale mimo to nie mam złudzeń, że jestem daleko w tyle za TOZem, który bieże psy i z niczego nie musi się później tłumaczyć oraz za pewną fundacją która... a zresztą, czy mi to poterzebne? :lol: PIS END LOWE :lol: Tylko niech ktoś pomoże temu jamnikowi. I monitoruje jego dalsze losy. -
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
To potencjalny tymczasowy opiekun psa ma być tym "chcącym", czy może raczej schronisko powinno? Tak po prostu dla dobra psa. To nie jest młode zwierzę w dobrej formie, tylko pies na dożyciu. Dla niego każdy dzień ma wartość, każda noc, bo to może być jego ostatnia noc, ostatni dzień. W schronisku mnie znają. Brałam stamtąd w sumie kilkadziesiąt psów. Powiedziałam, że oferuję staruszkowi tymczas w warunkach domowych i że protekcję nad nim obejmie jamnicza fundacja. A mimo wszystko schronisko woli czekać do niewiadomo kiedy, aż zabieże go TOZ... podobno też na domowy tymczas, nie do kojców przy siedzibie. No a tu się nagle okazuje, że TOZ wcale psa nie rezerwował :roll: Ale szczecińskie przepychanki to już nie mój problem. Wybaczcie, ale nawet jeśli ten pies będzie w najbliższym czasie "do wzięcia", to nie pognam po niego naiwnie ponad 100 km w jedną stronę, żeby po raz kolejny zbawiać świat. Chciałam pomóc, nie udało się, pasuję. Uronić łezkę, pocieszyć bombonierką? -
Wyeksploatowana suka basseta z ropomaciczem JUŻ W NOWYM DOMKU :))
Greven replied to Cudak's topic in Już w nowym domu
Justyna, w jakim stanie są inne psy i inne zwierzęta tych... ludzi? :angryy: Bo basetka to obraz nędzy i rozpaczy, ona jest skrajnie zaniedbana!!! [B][SIZE=3]Jeszcze kilka dni i w ogóle by jej nie było. Ma ropomacicze![/SIZE][/B] Na szczęście ujście jest otwarte, wszystko schodzi i dzięki temu możemy najpierw trochę sukę wzmocnić. Termin sterylki na wtorek na godz.13, chyba żeby jej stan się pogarszał - wtedy mam po prostu przyjechać i od razu ciachną, ale będzie duże ryzyko, bo jest słaba i wyniszczona. No k* szlak mnie trafia. Jak można tak psa zaniedbać?! Wizyta u weterynarza trwała ponad godzinę. To mój najnowszy rekord, więcej czasu zajęło tylko obsłużenie całego samochodu pitbulli, z czego dwa miały parwo. No ale do rzeczy... Lekarz zajrzał w zęby. Załamka. Zajrzał w uszy. Załamka. Jak pchły wielkości autobusów zaczęły skakać po gabinecie, to nie musiałam drugi raz prosić, żeby pierwszym krokiem, przed uszami, zębami, pobieraniem krwi i USG, było odpchlenie. Brrr, mam wrażenie, że one teraz skaczą po mnie :shake: Jedno wielkie zapalne ognisko jest pod szyją i na klatce piersiowej, drugie u nasady ogona. Została odpchlona [I]frontline[/I] w spraju i dostała jeszcze obrożę - [I]adventic[/I], albo [I]fripex[/I], nie pamiętam. Najpierw została pobrana krew na morfologię i biochemię. Suńka zachowywała się super spokojnie i grzecznie. Już w poczekalni zauważyłam, że ma sluzowato-ropny wyciek z pochwy, dlatego wyniki morfologii tylko potwierdziły przypuszczenia o ropomaciczu. Lekarz zrobił dodatkowo USG. Następnie dokładnie przejrzał zęby. Dziąsła są krwistoczerwone, miejscami zasiniałe. Gniją. Część zębów kwalifikuje się do usunięcia, reszta do gruntownego oczyszczenia z kamienia. Zabieg zostanie wykonany przy okazji sterylizacji. Smród z pyska zabójczy. Smród z uszu nie mniejszy. Czyszczenie (płyn rozmiękczający, masowanie, usuwanie brudu tamponami waty) trwało prawie 20 minut, a i tak było to ledwie pobieżne oczyszczenie, żeby już basecicy nie dręczyć. Dokładne czyszczenie - gdy będzie się wybudzać z narkozy po sterylce, w celu redukowania stresu. Przed czyszczeniem pobrana została próbka do badań laboratoryjnych. Uszy bardzo jej ciążą, ma problem z wytrząśnięciem ich. A jak już w końcu wytrząsnęła, to zalegające je czarne czopy wielkości pięciozłotówek rozbryzgły się po ścianach, stole, podłodze gabinetu, na moim ubraniu i fartuchu doktora. Nie jestem jakaś szczególnie dalikutaśna, ale zebrało mi się na wymioty. Potem dostała zastrzyk z antybiotyku. Skowytnęła i spojrzała na lekarza z takim wyrzutem, jakby chciała powiedzieć "czemu mi to zrobiłeś?!". Zero agresji - zarówno przy zastrzyku, jak i podczas wszystkich wcześniejszych zabiegów. Trochę próbowała uciekać, ale to był mały bunt, trochę panikowała, ale generalnie zachowała spokój i przede wszystkim - mimo ogromnego stresu, bólu, dyskomfortu - ani razu nie okazała agresji! Na koniec doktor zabrał się za obcinanie jej masakrycznie przerośniętych, częściowo połamanych, deformujących stopy i utrudniających poruszanie się pazurów. I tu basecica powiedziała STOP. Była histeria, skowyty, wyrywanie się. Lekarz zrobił z grubsza tylko te najgorsze pazury, resztę zostawił, żeby jej nie męczyć. C.D.N -
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Kamila, czy zanim rozpętałaś na pół dogo akcji "ratujemy jamnika", nie mogłaś dowiedzieć się w biurze, czy nie jest on aby przypadkiem zarezerwowany? :angryy: czy nie mogłaś się tego dowiedzieć już po rozkręceniu akcji, ale zanim ja zapieprzałam przez całe miasto, w godzinach szczytu, w locie odbierając auto z warsztatu i basetkę od Cudaka, żeby zdążyć przed 16 do schroniska? weź się dziewczyno ogarnij, bo nie uzyskałaś podstawowych informacji, mimo że pilotujesz sprawę jamnika, założyłaś mu wątek i jesteś stałą bywalczynią schroniska, a konkretnie jego biura (bo to chyba Ciebie tam zwykle widuję) Byłam w schronisku tuż przed 16, poszłam do biura i zapytałam, czy mogę wziąć na tymczas jamnika z kwarantanny. Usłyszałam, że nie, bo pies jest od początku zarezerwowany przez TOZ. Zapytałam więc, kiedy TOZ ma zamiar jamnika odebrać i uzyskałam odpowiedź, że może jutro, a może pojutrze. Powiedziałam, że ja mogę zabrać go dzisiaj, w tej chwili. Przecież to dla niego lepiej - warunki domowe zamiast zimnego boksu. Nie, bo oni obiecali tego jamnika TOZowi. Więc UWAGA UWAGA! Jeśli gdzieś macie stare, ślepe jamniki jedną łapą na Tęczowym Moście, to dawajcie je do Szczecina, bo u nas to towar deficytowy :roll: -
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Amiśka się nie kontaktowała. Justyna weź klatkę!!!!!! Wychodzę z domu, tylko tel. -
Jamniś Amiś - charrrrakterny starszy pan za TM :(
Greven replied to Isadora7's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Proszę o szybką decyzję, teraz jadę odebrać auto z warsztatu w Podjuchach, potem na Słoneczne po bassetkę od Cudaka i stamtąd zdążyłabym jeszcze przed zamknięciem schroniska po jamnika. Zarówno jamnik, jak i basecica wymagają natychmiastowej wizyty u weterynarza, więc z obydwojgiem pojechałabym bezpośrednio na Szopena. Jedyny problem w tym, że mam 2 moje pitbulle w aucie. Jedna pojedzie z przodu, druga w klatce, basetka z tyłu na pace uwiązana, ale jamnika bez klatki, czy innego transportera nie zapakuję - dla jego własnego dobra. Oferuję tymczas na ok 2 tygodnie, bo nie mam warunków dla staruszka z krótką sierścią. Kasa tylko na jedzenie dla seniorów, ewentualne zabiegi weterynaryjne i paliwo. Inaczej nie mogę pomóc. Wstaję teraz od kompa, więc proszę o kontakt telefoniczny, mysza podała numer. -
Bezpośrednio to nie Twoja wina, że szczeniaczek umarł. Walczyłaś o niego, stosowałaś się do zaleceń lekarza. Czasem tak po prostu jest, że rzeczywistość przestaje być bajkowa i bezbronne maleństwo odchodzi na Twoich rękach. Czy w rodzinie suki, bądź psa kryjącego zdażały się podobne przypadki? Skoro suka miała szczenięta, to zakładam, że pochodzi z hodowli i ma wyrobione uprawnienia, a kryta była reproduktorem. Wersja sielankowa jest taka, że wszyscy hodowcy to pasjonaci i każdy Ci powie, czy w jego hodowli "coś nie wyszło", a wersja dla dużych dziewczynek - często takie rzeczy się zataja i Twoja suka, bądź ojciec szczeniaków, mogą być psami obciążonymi, których nie powinno się albo kojarzyć, albo w ogóle rozmnażać.
-
Dzwonił do mnie kierowca, żeby zapytać, co z Bajorem. Musiałam mu powiedzieć. Wszystkim nam trudno to zaakceptować. Prosił, żeby pożegnać źrebaka od niego. Powiedział, że on jest taki piękny, wdzięczny, duży, pełen życia. Tak bardzo chciał, żeby mu się udało. Że myślał, że się uda. Ja też tak myślałam. Dzisiaj po południu przefaksowałam do kliniki zgodę na eutanazję. Mysza, Julia... dziękuję, że z nim jesteście. Ja nie mogę, chociaż chętnie rzuciłabym wszystko i pojechała do Warszawy. Choćby po to, żeby odprowadzić go na Tamtą Stronę. Jutro już go nie będzie.
-
Wyeksploatowana suka basseta z ropomaciczem JUŻ W NOWYM DOMKU :))
Greven replied to Cudak's topic in Już w nowym domu
Do tej pory dwa moje zwierzątka nazywały się Sandra i nie miały szczęścia... tzn. życie miały bardzo dobre, ale krótkie. Także nie wiem, czy nazywanie basecicy moim imieniem przyniesie jej szczęście. Jeśli bassetom czyści się uszy na sucho, to dostosuję się, ale ja zawsze moim psom namaczam ucho przed czyszczeniem specjalnymi preparatami. -
Wyeksploatowana suka basseta z ropomaciczem JUŻ W NOWYM DOMKU :))
Greven replied to Cudak's topic in Już w nowym domu
Ja bym najchętniej zrobiła tak: odbieram basecicę w Szczecinie od Justyny i od razu jadę z nią do weterynarza. Justyna odrobaczyła ją, więc można będzie zaszczepić. W razie potrzeby weterynarz od razu zrobi badania krwi i jeśli nie będzie przeciwwskazań, to umówimy sterylizację. Czy tę trzecią powiekę można zoperować? Justynka, jak basecica się nazywa? :razz: -
Nie utożsamiajcie Kariny z jej dziadkiem. Ona nie mieszka z dziadkiem, nie ma nic wspólnego z hodowlą z której pochodzi Bajor. Interwencja Kariny dała Bajorowi szansę. Kontaktowała się z "dużymi" fundacjami z Warszawy i okolic, a więc najbliżej Ełku, ale niestety zbywano ją. Ja zadziałałam tak szybko, jak dałam radę, biorąc pod uwagę odległość, telefoniczne i mailowe załatwianie wszystkiego - od zrzeczenia źrebaka począwszy, poprzez transport (polecony przez Karinę), na klinice kończąc. Wszyscy robimy, co możemy. Boję się jutra. Niech on ma te cholerne "grzebienie", cokolwiek to jest...
-
Mysza, Julia - dziękuję, że jesteście tam na miejscu przy Bajorze :buzi::buzi::buzi: Zacznę od początku, czyli od piątku. O 10:40 ja i Tanga byłyśmy w Warszawie. Na dworcu przejęła nas mysza. Kierowca wiozący Bajora był ze mną umówiony na 12 w klinice, więc ruszyłyśmy na Służewiec. Jeszcze gdy jechałam pociągiem, kierowca zadzwonił, żeby powiedzieć, że wiezie źrebaka na leżąco, co mnie zmartwiło, bo dzień wcześniej Bajor jeszcze samodzielnie wstawał, żeby napić się mleka. W klinice na Służewcu ani stajenni, ani jakiś lekarz w podeszłym wieku i niecechujący się kulturą osobistą, nie wiedzieli - albo twierdzili, że nie wiedzą - że jedzie do nich źrebak, o którym informowano ich już dwa dni wcześniej. W związku z tym poprosiłam o przygotowanie boksu, powiedziałam że koń ma przykurcze na 4 nogi i że leży. Pojawił się dr S., który miał być lekarzem prowadzącym. Powiedział, że wszystko wie i wszystko jest gotowe na przyjęcie Bajora. Klinika nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia - było brudno, śmierdziało amoniakiem i odchodami, żaden z boksów nie miał "zmiękczonych" ścian, nie było podnośnika, ani pasów, a o jakości siana w ogóle nie ma co mówić. Źrebak przyjechał z trzygodzinnym opóźnieniem, bo kierowca - świetny, ciepły człowiek, jak się po chwili okazało - zachowywał się, jakby wiózł nitroglicerynę i bał się szybciej pojechać, żeby maluszkowi nie stała się jakaś krzywda. W międzyczasie przybyła Faza i tylko dzięki jej interwencji, po około 10 minutach oczekiwania pod drzwiami kliniki z leżącym w przyczepie, przestraszonym, wymęczonym i obolałym źrebakiem, pojawił się lekarz i personel pomocniczy, żeby pomóc w rozładunku. Podprowadzili wózek, na który mógłby się od biedy zmieścić szetland. Ja dostałam zjeb* od jednego z lekarzy, że nie wiem, kto źrebaka do tej pory leczył i na co, mimo że tłumaczyłam, że został dopiero co przejęty przez fundację. Atmosfera była naprawdę niemiła i nerwowa. Panowie nie wymyślili, jak przetransportować Bajora do boksu, w związku z czym kilka metrów wlekli go po betonie za ogon i głowę. Boks był zasyfiały i niedościelony. Znów zainterweniowała Faza, prosząc o kostkę słomy, ale okazało się, że to zbyt duży problem, bo słoma jest na strychu i nie ma komu po nią iść. Potem okazało się, że Bajor i tak w tym boksie nie zostanie, bo tu ma być inny koń i po raz drugi wleczono go po betonie za kantar i ogon. Przypominam - klinika był już dwa dni wcześniej uprzedzona o jego przyjeździe, a nawet, gdyby to komuś z głowy wyleciało, to od 12 do 15 jest dość czasu, żeby się zorganizować na przyjęcie leżącego źrebaka. Mnie i towarzyszącą mi myszę traktowano, jak irytujące idiotki, chociaż niczym sobie na to nie zasłużyłyśmy. Dr S. zmierzył Bajorowi temperaturę i na tym - jak się później okazało - zakończyły się wszelkie badania przeprowadzone przez klinikę na Służewcu. Ogierek próbował wstawać, mocno zapierał się przodem, ale miał wyraźny problem z tyłem. Ślizgał się na niedościelonej podłodze. Na pożegnanie zostałam poinformowana, że dzisiaj, bądź jutro mam się spodziewać tel od dr S., który poinformuje mnie o stanie źrebaka i dalszych krokach w kierunku diagnozowania oraz ewentualnego leczenia. Zarówno ja, jak i mysza oraz kierowca, zwracaliśmy uwagę dr S. na nienaturalnie ogromne kolana Bajora, które sprawiały mu wyraźny ból. Stwierdził, że to jakaś infekcja bakteryjna. Zapytałam, czy będzie robił artroskopię, na co odpowiedział, że nie, bo co z tego, że ściągnie płyn, jak następnego dnia będzie to samo. Powiedział, że jak Bajor będzie mógł sam stać po kroplówkach z leków rozkurczających, to po weekendzie podetnie mu ścięgna w przednich nogach. Nie zadzwoniono do mnie ani w piątek wieczorem, ani w sobotę. U maluszka była mysza z TZem - mysza już o tym pisała. Okazało się, że dr S. w ogóle nie będzie w klinice do poniedziałku. Zadzwoniłam do niego w sobotę wieczorem, zapytałam jakie badania miał już wykonane Bajor, jakie są wyniki i czy widać może jakąś poprawę. Na to usłyszałam wygłoszone podniesionym głosem kilka zdań, których ogólny sens był taki, że mam się nie interesować, pozwolić im działać (no przecież nie zabraniałam, a wręcz przeciwnie!) i że jak nie obdarzę go zaufaniem, to nie będzie leczył mi konia. Jeszcze raz próbowałam się mimo to dowiedzieć, czy Bajor miał badania krwi, punkcję, USG, może RTG... cokolwiek? Nie, nie miał. I mieć nie będzie, ponieważ nie ma takiej potrzeby. A kolana ma spuchnięte, bo ma. Howgh! W niedzielę u Bajora była mysza z TZtem i Julia, za co jeszcze raz serdecznie im dziękuję. Dostał od cioci Julii porządne siano i musli dla źrebaków, a mysza zrobiła mu wcierki i owijki, bo wszystko wskazywało na to, że nikt w klinice nie ma ochoty podejmować żadnych czynności przy Bajorze (łącznie z regularnym sprzątaniem boksu, choćby usuwaniem z pod niego zasikanej ściółki, żeby się nie odparzył), ograniczając się tylko do podawania mu kroplówek. Dzięki nieocenionej pomocy Julii, dzisiaj rano Bajor - za moją wiedzą i zgodą oraz po konsultacjach telefonicznych z dr Dziekanem - pojechał do kliniki na SGGW. Z relacji Julii wynika, że zajęto się nim odpowiednio. Co więcej, od razu zwrócono uwagę na jego kolana i niestety okazało się, że rzepki są zwichnięte. Dlaczego nie zdiagnozowano tego na Służewcu, dlaczego bagatelizowano problem kolan? Nie mogę tego pojąć. Źrebak niepotrzebnie męczył się trzy dni dłużej, ze swoim bólem, z bezskutecznymi próbami wstania. Poobijał się i pokaleczył. Jutro obiecała pojechać do niego mysza, w środę Julia. W środę też dr Kłos ma zadecydować, co dalej - po dokładnej diagnozie, po obserwacji, jak organizm odpowiada na leki. Czekamy dalej, operujemy, czy może - wyczerpawszy wszelkie możliwości - odprowadzimy go za Tęczowy Most. A teraz bedzie okrutnie prozaicznie: NIE MAMY PIENIĘDZY!!! POMÓŻCIE!!!