-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
[FONT=Arial]06.055.2009 środa[/FONT] [FONT=Arial] Widać dojrzałość nie jest mi jeszcze pisana, bo stan równowagi znikł jak zdmuchnięty. Bez wątpienia przyczynił się do tego gips i związane z nim niewygody oraz przykre obserwacje. Od wczoraj moja wściekłość narasta lawinowo. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy po południu wsiadłam do busa, okazało się, że znowu jest wypchany jak włoski portfel. Głównie studentami wracającymi ze śląskich skarbnic wiedzy i kuźni przyszłej elity naszego narodu. Uczepiłam się lewą ręką drążka obok kierowcy mając nadzieję, że nie będzie się wygłupiał na zakrętach. Znowu prowadził ten młody kretyn, który przez cały czas rozlazłym głosem nawija przez komórkę i obsługuje wszystko jedną ręką. [/FONT] [FONT=Arial] Miejsca ustąpiła mi starsza pani. Wiem, że dla dwudziestolatków sama jestem starszą panią, ale to była naprawdę starsza pani. Certowałyśmy się przez chwilę, bo upierałam się, że nie nogę mam zagipsowaną, ale była zdecydowana. Powiedziała, że sama nosiła gips i wie, jak to jest. Podziękowałam zatem i usiadłam, żeby nie tworzyć niepotrzebnie zamieszania. Siedząca wokół młodzież, studentki, wrażliwe dziewuszki około dwudziestki, jak na komendę pozamykała oczy. Zapewne w celu intensywniejszej kontemplacji swego delikatnego i pełnego szlachetnej głębi wnętrza. Z trudem pohamowałam niezwykle silną pokusę, żeby im przy pomocy gipsu wyostrzyć to skierowane do wewnątrz, być może jednak w bezskutecznym poszukiwaniu sumienia, spojrzenie.[/FONT] [FONT=Arial] Starsza pani wysiadła po 10 minutach. W międzyczasie przypomniałam sobie parę staruszków, która jakiś czas temu jechała tym busem. On z chorobą Parkinsona, ona z kulami. Wsiedli przystanek po mnie. Wokół jak zwykle studiująca młodzież w stanie przystosowawczego spowolnienia procesów życiowych. Poderwałam się i ustąpiłam miejsca. Szkoda, że siedziałam tylko na jednym. [/FONT] [FONT=Arial] Nie pierwszy raz pomyślałam, że źle wychowałam Kaję. Czy będzie w stanie wygryźć sobie drogę wśród tych barrakud i rekinów? [/FONT] [FONT=Arial] Wysiadłam rozżarzona do czerwoności, ze zjeżonymi z furii włosami. [/FONT] [FONT=Arial] W domu jak zwykle powitał mnie tłoczący się w korytarzu tłum ubrań. Oraz książka, którą właśnie skończyłam czytać: [I]Cienka mroczna linia[/I]. Po tym wszystkim grasował uszczęśliwiony Garet. [/FONT] [FONT=Arial] Ponieważ moja cierpliwość zmarła śmiercią gwałtowną trzydzieści kilometrów wcześniej, poczułam, że właśnie przekroczyłam cienką mroczną linię, o czym świadczyło mrowienie w tyle głowy. Nawrzeszczałam prosto w uchachany pysk, co miało tylko taki skutek, że przeniósł się z fotela na skrzynię pod oknem. Koleś siedział z rozdziawioną gębą nad moimi spodniami od dresu i przetwarzał informacje. Rozwścieczyło mnie to jeszcze bardziej, bo świadczyło o tym, że portki, wleczone przez Gareta, trafiły na kałużę kociego moczu. Zebrałam wszystkie szmaty i wrzuciłam do kosza na pranie. Kiedy wreszcie moja ręka zacznie działać, poprzyszywam wieszaki do ubrań, bo przecież ta czarna klęska żywiołowa pourywała wszystkie. Od zmagań z wieszakami pozostały w ubraniach dziury po wielkich, zdeterminowanych kłach. [/FONT] [FONT=Arial] Postanowiłam również poważnie rozważyć obicie blachą drzwi od szaf w korytarzu, zanim rozpadną się na dwie przegryzione części i uwolnią wielkie szyby, które niechybnie uczynią krzywdę złośliwemu pyskowi. [/FONT] [FONT=Arial] Wieczorem Garet, mocno zniecierpliwiony niemrawym gmeraniem go lewą ręką, podjął decyzję o zdjęciu gipsu. Ledwie się obroniłam. Za to Perła mrucząc z zachwytem ocierała się konwulsyjnie o biały tłumok. Porąbało ją? [/FONT] [FONT=Arial] Gareta na pewno. Wygrzebał skądś nieużywaną dotychczas grającą piłeczkę, o której szczęśliwie wszyscy zapomnieliśmy. Dźwięki, jakie z niej wydobywał, poważnie pogłębiły mój wstrząs nerwowy. Wszystkie koty w panice wyskoczyły z tymczasowych legowisk, a Perła, tocząc wokół przerażonym okiem, zaczęła wyć niemal tak przeraźliwie, jak piłeczka. Pospiesznie wyrzuciłam Gareta z piłeczką oraz innych chętnych do ogrodu. Z jękiem oparłam się o drzwi i potoczyłam po kuchni zrozpaczonym wzrokiem. Na domagającym się szorowania zlewozmywaku naczynia umyte uczynnie przez Irenę, która ostatnio w dzikim uporze odmawia używania płynu oraz gąbki. Kuchenka jak w podupadłym kawalerskim gospodarstwie, szafkę trzeba będzie czyścić łomem, a na deseczce wśród resztek natki leżakowały kawałki ziemniaków, które moja mamusia tam wyrzuciła oznajmiając z kamiennym spokojem i niezrozumiałą dla mnie logiką, że jest jej potrzebny garnek. Podłogę starałam się omijać wzrokiem. Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego ludzie pragną umrzeć, zanim staną się od kogoś zależni i co to naprawdę znaczy. A przecież mnie tylko chwilowo brakuje prawej ręki![/FONT] [FONT=Arial] Koleś jak co noc ostatnio wtulał się we wszystkie moje krzywizny. Pomyślałam ponuro, że ani chybi rozwija mi się jakieś podstępne choróbsko i kocina robi, co może, ale najwyraźniej bezskutecznie... [/FONT] [FONT=Arial] O wpół do piątej Garet w stanie porannej świeżości wskoczył na parapet i zabawiał się zrzucaniem stamtąd to piłeczki, to ciężkiego kółka z błony. Z każdą chwilą byłam coraz bardziej przekonana, że dziś powinnam wcześniej wziąć lekarstwa przeciwko nadciśnieniu.[/FONT] [FONT=Arial] Kiedy ustały łomoty i drżenie podłogi, rozległo się szarpiące nerwy histeryczne pogwizdywanie urozmaicone rozpaczliwymi jękami. Pies koniecznie musiał, natychmiast, skonfrontować niepokojący widok z okna z rzeczywistością w ogródku. Zaraz podzielił się ze mną swoim pomysłem, ale nie znalazł zrozumienia. [/FONT] [FONT=Arial] -Spać! – warknęłam wrogo. [/FONT] [FONT=Arial] Zamiast posłuchać, galopował po domu i próbował otworzyć wszystkie drzwi po kolei, skarżąc się głośno.[/FONT] [FONT=Arial] Przed szóstą nie wytrzymałam. Sycząc ze złości wypuściłam go przez drzwi balkonowe i wróciłam do łóżka. Pozostałam tam przez najbliższe pół godziny nie zważając na energiczne próby wyłamania drzwi od piwnicy oraz wybicia balkonowych. Pies wietrzył się na progu i ogromnie go uradował mój widok. Nie zareagowałam na zachęty wspólnego powarcholenia się na kanapie, z której narzuta spływała w dramatycznych fałdach na podłogę.[/FONT] [FONT=Arial] Kuchnia w świetle dziennym wyglądała jeszcze bardziej odrażająco, niż wieczorem. [/FONT] [FONT=Arial] Wsypałam Garetowi na miskę chrupki dla szczeniąt.[/FONT] [FONT=Arial] -Nie ma mięsa. Zeżarłeś wszytko w nocy – powiedziałam zimnym głosem. [/FONT] [FONT=Arial] Zjadł całą porcję i zwinął się na skrzyni machając niemrawo końcem ogonka, ilekroć napotkał mój nieprzyjazny wzrok. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy w kilku poszarpanych częściach wydarłam się z zatłoczonego busa i na powrót zintegrowałam, zaczęłam kląć i kontynuowałam z tą samą energią przez godzinę. Potem próbowałam ochłonąć przy papierosie. [/FONT] [FONT=Arial] -Ty, ale wytłumacz Garetowi, że to wszystko przez busy, bo będzie miał poczucie winy – upomniał mnie Paweł. [/FONT]
-
Niedawno doznałam dziwnego stanu, który mnie zachwycił, to właśnie była chęć poddania się płynącemu życiu, bez tworzenia własnych scenariuszy, kóre i tak się nie sprawdzają, a wnoszą mnóstwo frustracji i powodują stan permanentnego niespełnionego oczekiwania, które oślepia na całe ''tu i teraz" i powoduje poczucie traconego, przegapionego czasu. Przynajmniej ja tak mam. No i ten dziwny stan tak mi się spodobał, głównie towarzyszący mu spokój, że chciałabym zatrzymać go na zawsze, ale, niestety, okazał się krótkotrwały. Ale chcę jeszcze! Brzytwo, teraz rozumiem Twoje "constans", dla mnie znaczy co innego, jakie to jednak ważne, żeby doprecyzować wypowiedzi. :grins:
-
Zdziwienie jest cudem. Dzieje się i ma się dziać, tak się rozwijamy. Zdziwieniem, zaskoczeniem i pokorą. Zdziwienie, dziwienie się,jest cudem.Zmiana jest nieuchronna, nie da się być constans. To jest właśnie ta bolesna próba płynięcia pod prąd. Duzo bólu i zamieszania, niewiele skutku. I tak nadchodzi. Zmiana. Nawet nieakceptowana, i tym gorzej. Jesteśmy wygrani, gdy się poddajemy. Pradoks. [FONT=Arial]02.05.2009 sobota[/FONT] [FONT=Arial]-Oj. Dlaczego odmówiłam L4? A, już wiem, nie stać mnie na nie, kocham swoją pracę i kocham ludzi, z którymi pracuję. Prawie wszystkich, no, może z jednym wyjątkiem, ale i ten wyjątek rozumiem i toleruję wkładając w dobre stosunki więcej energii niż w utrzymywanie relacji z pozostałymi. Jakoś z wiekiem przeszło mi widzenie czarno-białe i chęć do kruszenia kopii o prywatne ideały, które nikogo oprócz mnie nie interesują. Choć czasami pojawia się jeszcze nieodparta pokusa... Zwłaszcza gdy jestem okrutnie niewyspana i w złym nastroju. Ale z ulgą zauważam, że nie chce mi się już być nonkonformistką, buntownikiem, kamieniem sterczącym ze strumienia i próbującym odwrócić jego bieg, co skutkuje tylko tym, że wytwarza wokół siebie pianę i zawirowania. Podczas niedawnego wglądu zrozumiałam, co to znaczy być jak trzcina. Giętkim, elastycznym, ale wciąż podnoszącym się i zachowującym własną formę.[/FONT] [FONT=Arial]-To chyba się nazywa „dojrzałość” – roześmiała się serdecznie moja fantastyczna terapeutka. Jej radość zapewne wynikała z faktu, że z uporczywych głębin całożyciowej depresji zaczyna prześwitywać mdłe światełko zmiany. [/FONT] [FONT=Arial]-Naprawdę? Niech pani nie żartuje. Istnieje coś takiego? Koniec z cierpieniami młodego Wertera?[/FONT] [FONT=Arial]W połowie dnia skończyły mi się pomysłowe odzywki na okrzyk wywołany widokiem zagipsowanej kończyny:[/FONT] [FONT=Arial]-O, co ci się stało?[/FONT] [FONT=Arial]-„Najnowszy trend w modzie”, „Letnia wersja rękawiczki”, „Przycisk do papierów”, „Próba zwrócenia na siebie uwagi”. [/FONT] [FONT=Arial]Z wdzięcznością powitałam rozmowę z Zosią, opiekunką społeczną. Paliłam w korytarzyku nad stołami z ubraniami przynoszonymi workami przez nas wszystkich i bogatszych członków społeczności, a przeznaczonych dla podopiecznych. Niektórzy podopieczni wobec takiej obfitości darów zrezygnowali z prania i po prostu wymieniają ubrania na nowe, wyrzucając stare. [/FONT] [FONT=Arial]Wydmuchiwałam dym przez okno i gawędziłam z Zosią o ciuchach. Na zewnątrz nie chciało mi się wyjść, ponieważ musiałabym pokonać jedno piętro w górę i potem w dół, jako że budowlańcy wylawszy przed miesiącem betonowe obrzeża prowadzące do naszych drzwi wejściowych, do tej pory nie zdołali otrząsnąć się z wyczerpania i poniechali dalszych działań. Poza tym, mimo słońca, w poczuciu obowiązku zamieniającego ziemię i rośliny w popiół, wiał chłodny i dokuczliwy wiatr.[/FONT] [FONT=Arial]Dopiero po dziesięciu minutach rozmowy Zosia ze zgrozą zawołała:[/FONT] [FONT=Arial]-O Boże, a co ci się stało?![/FONT] [FONT=Arial]-Nic, drobiazg. Ale wiesz, co jest krzepiące? Od dzieciństwa wyobrażamy sobie, że wszyscy są w nas wpatrzeni i katujemy się fantazjami, co też im się w nas nie podoba i co o nas myślą, a w gruncie rzeczy nikt z takim napięciem się w nas nie wpatruje! – zachichotałam radośnie i zgasiłam papierosa, zostawiając przy kupie szmat zaskoczoną Zosię. [/FONT] [FONT=Arial]Jakoś udało mi się jedną ręką obrobić zdjęcia, wrzucić tekst na moją stronę internetową i zaprojektować zaproszenia na wiosenną dyskotekę integracyjną. Nie ukrywam, że klęłam obrzydliwie i z dużym zaangażowaniem, bo jakkolwiek pisanie na klawiaturze zdołałam jako tako opanować, to przy posługiwaniu się myszką moja lewa ręka była, delikatnie mówiąc, mało precyzyjna, za to niezwykle twórcza. Dokonywała cudów. Dzięki Bogu mój nowy gabinecik daje mi komfort mamrotania do komputera i rzucania mięsem bez obawy, że zbulwersuję klientów przychodzących do koleżanek. [/FONT] [FONT=Arial]Nasz informatyk był niedostępny, więc ubłagałam o przyjście jego młodego współpracownika i w ciągu kilkunastu minut wszystkie problemy z dostępem do Internetu oraz wielomiesięczne grymasy kolorowej drukarki znikły jak za dotknięciem czarodziejskie różdżki. Przestała myśleć i kombinować na własną rękę, za to zaczęła drukować. Prawie popłakałam się z wdzięczności. Wydrukowałam bez przeszkód zaproszenia, nasza prześliczna stażystka, Kasia, pocięła mi je i złożyła i – poszły w świat. Ja też. Kilkanaście minut wcześniej porzuciłam swoją rodzinę zastępczą i powędrowałam do ratusza, do swojej macierzystej instytucji, żeby dostarczyć kilka sztuk przyjaznym osobom niepełnosprawnym urzędnikom. [/FONT] [FONT=Arial]-A dokąd teraz idziesz? – zapytała szefowa działu kadr.[/FONT] [FONT=Arial]-Do busa? – spojrzałam na zegarek w telefonie. [/FONT] [FONT=Arial]-Zostań, bo to ważne, wczoraj byłam na szkoleniu, i... poczekaj. [/FONT] [FONT=Arial]Za chwilę wróciła z burmistrzem. Pani burmistrz wyjechała na urlop, więc w obecności jej zastępcy, fantastycznego, nieprawdopodobnie błyskotliwego i eleganckiego mężczyzny oraz mojej szefowej działu socjalnego odbyło się coś w rodzaju mojego ślubowania. [/FONT] [FONT=Arial]-Asiu, pani Joanno, ponieważ osoba, którą pani zastępuje, została zwolniona, czy wyraża pani zgodę na objęcie stanowiska na czas nieokreślony? Dzisiaj ustnie – Ewa spojrzała na mój gips. [/FONT] [FONT=Arial]-Ee.... no jasne, oczywiście! Kocham was tak, że musielibyście mnie wyrzucić, żebym się nie zgodziła! – odparłam oszołomiona, nie do końca oficjalnie. [/FONT] [FONT=Arial]-No dobra, to teraz już nie mam siły wyjść – odpuściłam kolejny minibus i zapaliłam papierosa. [/FONT] [FONT=Arial]Do domu dotarłam później, niż zwykle, za to z zestawem lodów z najlepszej lodziarni. Zauważyłam, że ceny za gałkę znacznie wzrosły, za to miernik zmalał i to zastraszająco. Podczas, gdy dawniej przypominał normalną łyżkę do ziemniaków, teraz jest podobny raczej do łyżeczki do kawy. A, niech tam. I tak robią z naturalnych produktów. [/FONT] [FONT=Arial]Nie próbowałam, bo to jedyne, czego mogę się bez bólu wyrzec, ale Kaja i Irena były zadowolone smakiem, choć Irena optymistycznie podzieliła się z nami posępnym spostrzeżeniem – Czy wiesz, jak bliska byłaś utraty pracy?[/FONT] [FONT=Arial]Dzięki, mamusiu. Tobie zawdzięczam pewność, że nie zasługuję na nic, co mnie dobrego spotyka. I, co gorsza, nie jesteś temu winna. Nikt nie jest winien. Może geny. Może wojna. Utrata wysokiej pozycji społecznej wskutek światowej klęski. Ale dlaczego ja mam za to pokutować? No, przynajmniej moje dziecko nie będzie. Albo w mniejszym stopniu.[/FONT] [FONT=Arial]Garet, bez obciążeń historycznych, za to obciążony histerycznie, wylizał sumiennie miseczki po lodach. Potem pognał uporządkować swoje lśniące futro. [/FONT] [FONT=Arial]-Teraz warcholi się na twoim łóżku – raportowała kaja. [/FONT] [FONT=Arial]-Dzięki – wymamrotałam znad książki i nóg wyłożonych na stół kuchenny. [/FONT] [FONT=Arial]-Popchnął nosem jasiek, zrobił zeza i popchnął go jeszcze raz... i zrzucił z łóżka! Boże, jaki on jest inteligentny![/FONT] [FONT=Arial]-Boże, jaki on jest inteligentny! – zawyłam w zachwycie, kiedy Garet, wziąwszy w pysk zbyt gorące udko, wrzucił je do miski z wodą. Przez chwilę strzygł uszami nad miską, po czym runął na drzwi i wybiegł przed dom, żeby głośno wyrazić swoją opinię na temat ostatniego szczekania sąsiada. [/FONT] [FONT=Arial]-Lepiej mu je wyjmij – poradziła Kaja.[/FONT] [FONT=Arial]-Sam sobie wyjmie, jak przyjdzie czas – odparłam z mocą głębokiej wiary. [/FONT] [FONT=Arial]-Zobacz, mamo, jaki Garet jest genialny – wrzucił gorące udko do wody, żeby mu się ostudziło! – Irena przyczłapała do kuchni, żeby nalać sobie wody.[/FONT] [FONT=Arial]-Taaa... mądry jak salomonowe gacie – parsknęła sceptycznie. [/FONT] [FONT=Arial]W tym momencie Garecik wpadł do kuchni, obrzucił bystrym spojrzeniem miski i marszcząc wargi wyjął udko z wody i zjadł. [/FONT] [FONT=Arial]-Mówiłam wam? Geniusz!!!! – Irena tylko pokręciła głową. [/FONT] [FONT=Arial]Szkoda, że inne stworzenia nie mają jego inteligencji. Ptakom można darować. Ptaki są szczególne. Gdybym nie znała Hikusia, miałabym przekonanie, że są inteligentne inaczej, jak ryby. [/FONT] [FONT=Arial]-Słuchajcie, kiedy wracałam z miasta, spotkałam na chodniku bażanta. Spacerował jak kura. W ogóle nie uciekał. Potem skręcił w Wiśniową – oznajmiła zdumiona Kaja. [/FONT] [FONT=Arial]-Ja też go widziałam, jak szłam z przystanku – powiedziała Irena. [/FONT] [FONT=Arial]-Ptaków chyba wścieklizna nie tyka? – zastanowiłam się. –Ale czekajcie, ta dentystka chyba hoduje bażanty. Przynajmniej hodowała, dopóki suka Urszuli ich nie wymordowała. Może jakieś się ostały i uciekły? – zatroskałam się. – Powinnam do niej zadzwonić? A, niech tam. Kaju, przynieś telefon.[/FONT] [FONT=Arial]Kiedy już ustaliłam dane osobowe, wyjaśniłam sąsiadce, że po głównej ulicy plącze się zagubiony bażant. Skądinąd wiem, że hodowała... Może uciekł? [/FONT] [FONT=Arial]Sąsiadka z wahaniem oświadczyła, że od czasu pogromu przez psa naszej wspólnej znajomej hodowlę zarzuciła, ale może... jakiś.. który ocalał i uciekł... Hm... [/FONT] [FONT=Arial]-No to gdyby jakiś pojawił się... gdyby ktoś zastukał... dziobem, do jej drzwi, niech otworzy – poprosiłam, tłumiąc chichot. [/FONT] [FONT=Arial]-Ewentualnie przyjmie – oznajmiłam Kai i Irenie, oczekującym na efekt rozmowy. Myśl o powracającym po rocznej nieobecności do domu bażancie rozbudziła we mnie nieuzasadnioną wesołość. Rechotałam w duchu nie mogąc opędzić się od wizji barwnego ptaka skrobiącego pazurami w drzwi z tabliczką „chirurg dentysta”. [/FONT] [FONT=Arial]-Mamuś, babcia idzie do ogródka grzać sobie nogę. Wpuścisz ją, jak będzie wracać, bo ja idę na górę?[/FONT] [FONT=Arial]-Jasne. Niech zastuka w drzwi balkonowe. Dziobem! – zachichotałam w spazmach histerycznego śmiechu. [/FONT]
-
Dziękuję,moje cudne. :loveu:[FONT=Arial]28.04.2009 wtorek[/FONT] [FONT=Arial]Historia z wystawą zaczęła się od wizyty u nas Kasi, mojej stosunkowo nowej przyjaciółki, pracującej w MOK. [/FONT] [FONT=Arial]Robi świetne zdjęcia i wszyscy chętnie wykorzystujemy jej talent i aparat. Gdybym miała polegać na swoich umiejętnościach, organizowane przeze mnie imprezy byłyby pozbawione dokumentacji fotograficznej. [/FONT] [FONT=Arial]Kasia przyjechała z aparatem, udało jej się nawet uchronić go przed Garetem, choć nie było to łatwe, bo rzucał się jej w objęcia w nieprzewidywalnych momentach, natarczywie domagając się buzi. [/FONT] [FONT=Arial]Mimo czarnej przeszkody zrobiła kilka zdjęć. W jakiś czas później zadzwoniła i oznajmiła, że mam wystawę podczas Wiosny Poetyckiej, protesty na nic, bo rzecz jest postanowiona i program zatwierdzony. Ciężko przerażona i lekko zszokowana pogodziłam się z losem. [/FONT] [FONT=Arial]Nie znoszę publicznych wystąpień. To znaczy, służbowo mogę, jeśli muszę, ale gdy rzecz dotyczy mnie osobiście, cofam się do czasów przedszkola i zamieniam emocjonalnie w sztywne z nieśmiałości dziecko. [/FONT] [FONT=Arial]Czas płynął, gołe ściany przypominały o nadchodzącej nieuchronnie katastrofie. Dzień przed warczałam nawet na Gareta. Patrzył na mnie zdumiony, kompletnie nie jarząc, o co chodzi. Nawet próby uprawiania seksu przerzucił ze mnie na moją kołdrę, która nie miała dziwnych fanaberii i zachowywała się z kojącą potulnością. [/FONT] [FONT=Arial]Ja tymczasem sokolim okiem obserwowałam swój organizm. Hm, czyżbym miała gorączkę? Chrypka wywołana cowiosennym suchym zapaleniem gardła wyraźnie zamieniała się w afonię. Nawet kląć nie mogłam. Kto wie, co rozwinie się do rana. Pewnie nie będę mogła wyjść z domu... [/FONT] [FONT=Arial]Do rana nie rozwinęło się jednak nic gorszego oprócz obłędu. Postanowiłam zachować się dorośle i stawić czoła koszmarowi. Zresztą do popołudnia wszystko jeszcze mogło się wydarzyć. Na przykład jakieś drobne zwichnięcie stawu skokowego. [/FONT] [FONT=Arial]Wybieranie ubrania odpowiednio maskującego doprowadziło mnie do rozpaczy. Garet jak szalony biegał za mną po schodach do garderoby i z powrotem, radośnie klekocząc noszonym w zębach kółkiem z błony. Jego kretyńskie rozradowanie doprowadzało mnie do jeszcze większej furii. Wreszcie wybrałam zgniłozieloną sukienkę z dzianiny. Dzianina ma to do siebie, że można założyć rozmiar L i wciąż pasuje, chociaż kiecka robi się krótsza o pół metra... Na to niesymetryczne, fantazyjne wdzianko z czarnego lnu, litościwie maskujące... Jeszcze dizajnerska biżuteria i wyglądałam jak Demis Russos w najbardziej optymistycznych czasach. Śladu po jęczmieniu na oku prawie nie było widać. [/FONT] [FONT=Arial]Dzień nie mógł zdecydować się co do aury, o czym przekonałam się w drodze na przystanek, doznawszy odmrożeń. [/FONT] [FONT=Arial]W naszej piwnicy temperatura oscylowała w okolicy zera. Na papierosa poszłyśmy z Grazią do korytarzyka, gdzie ludzie znoszą worki z ubraniami dla podopiecznych. [/FONT] [FONT=Arial]-Kurde, nie dożyję do piątej, zdechnę z zimna – wychrypiałam, szczękając skocznie zębami. – Może powinnam się tu w coś zaopatrzyć?[/FONT] [FONT=Arial]Spojrzałyśmy na zwały ciuchów i jednocześnie skupiłyśmy uwagę na sztucznym, czerwonym futerku, cokolwiek sfatygowanym, ale wciąż cieszącym oko świeżą barwą. [/FONT] [FONT=Arial]-To – rzekła z mocą Grażyna. –W końcu artystka ma prawo wyglądać oryginalnie. [/FONT] [FONT=Arial]Taa... – mruknęłam w kontemplacyjnej zadumie. [/FONT] [FONT=Arial]-I ten brązowy szalik w kratkę – dodała Grazia dziwnie stłumionym głosem. [/FONT] [FONT=Arial]-Idealny – zgodziłam się. [/FONT] [FONT=Arial]-I może jeszcze jakiś kapelusz... z szerokim rondem... – szepnęła słabo. W oko jednak wpadła nam tylko zimowa czapeczka z polaru, w biało-niebieskie wzory. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy opanowałyśmy histeryczny atak śmiechu, pomyślałam, że kombinowałyśmy nieźle. Po dodaniu kaftana bezpieczeństwa na pewno bym się ogrzała. No i moja nieobecność na imprezie byłaby usprawiedliwiona. [/FONT] [FONT=Arial]W sali widowiskowej MOK-u było równie zimno, jak w naszej piwnicy. Czerpałam energię z siedzącej obok naszej cudownej pani burmistrz, w której zakochałam się na zabój od pierwszego wejrzenia ponad dwa lata temu. Zanim skończyła się część związana z wiosną poetycką, straciłam władzę we wszystkim, mózgu nie wyłączając. Kaję usiłowałam przedstawić Adamowi, który wybałuszył na mnie oczy w pełnym zakłopotania osłupieniu, a potem, co gorsza, Magdzie, która dla odmiany obiecała, że powyrywa mi te śliczne kudły z głowy za to, że nic o wystawie nie powiedziałam. Renata była rozżalona z tego samego powodu. Później okazało się, że wielu ludzi było urażonych dziwnie zgodnie. Nie mówiłam nic ani nikogo nie zapraszałam, bo uznałam, że dzień powszedni jest dla większości nie do przyjęcia, znajomi i przyjaciele i tak widzieli prawie wszystko na ścianach, a chwalić się w gruncie rzeczy nie ma czym. Nawet Kaję usiłowałam odwieść od przyjazdu, po co ma opuszczać zajęcia? W końcu na mnie nawarczała, że w chory sposób uporczywie umniejszam wszystkie swoje osiągnięcia. [/FONT] [FONT=Arial]Muszę przyznać, że obecność dziecka i przyjaciół okazała się bardzo wspierająca i kojąca, a gdy w sali wystawowej przywitał się ze mną Artur, jak zwykle wyluzowany, pogodny i z ciekawością asymilujący nowe doświadczenia, poczułam się tak, jakbym włożyła wygodne, miękkie buty. Zaraz jednak na powrót straciłam przytomność, bo Ilona wygrzebała mnie z kąta i ustawiła za stołem prezydialnym. [/FONT] [FONT=Arial]-Błagam cię, nie każ mi nic mówić – szepnęłam rozpaczliwie półgębkiem. [/FONT] [FONT=Arial]-Dobrze – zlitowała się i „wzięła” słowo. [/FONT] [FONT=Arial]Stałam, uśmiechając się debilnie (mam tak nerwicowo), pozbawiona słuchu i przytomności. No super, wspaniałe świadectwo wielu lat psychoterapii...[/FONT] [FONT=Arial]Frazę, że jestem osobą niezwykle ciepłą, bardzo skromną i mam gołębie serce, zapamiętałam tylko dlatego, że moja piękna córka, obładowana kwiatami, dostała za moimi plecami ataku histerycznego śmiechu. Wyjaśniła potem, że to wszystko prawda, ale gołębie serce kojarzy się zwykle z łagodnością, a gdyby ktoś usłyszał, jak potwornie potrafię kląć...[/FONT] [FONT=Arial]Potem przemawiała moja ukochana pani burmistrz. Niestety, zarejestrowałam tylko frazę, że jestem skarbem, a to wyłącznie z zaskoczenia. W takich sytuacjach pojawia się we mnie lęk, że lada moment wyjdzie na jaw, jak mierna i niekompetentna jestem, wszyscy się nagle zorientują, że nic nie wiem, nic nie umiem i nic nie potrafię. Uuuu... jak się nabywa poczucia własnej wartości?! Cena promocyjna w sklepie internetowym? [/FONT] [FONT=Arial]...-I byłam jakby w stanie fugi – skarżyłam się dzień później mojej terapeutce. –Prawie nic nie pamiętam, stałam tam z debilnym uśmiechem na twarzy, marząc o tym, żeby zakopać się dwa metry pod ziemię![/FONT] [FONT=Arial]Sprowadzona do pionu jestem już prawie pewna, że następnym razem zdołam zachować się na poziomie. [/FONT] [FONT=Arial]Przez kilka dni nocami malowałam, żeby podołać zamówieniom na obrazy. Garet, odstawiony brutalnie od piersi, popadł w intensywny amok seksualny, a deprywacja potrzeb zamieniła go w potwora zdolnego przelecieć wszystko, łącznie z kaloryferem. Na szczęście odpuścił Irenie, bo oboje wylądowalibyśmy w przytulnym otoczeniu pojemnika na śmieci, pod modrzewiem, który jest ością w oku mojego najbliższego sąsiada, jako że zrzuca mu na parking odrażające igły. Igły te kolidują w przerażający sposób ze stosem butelek po wódce, które zrzucają z samochodu jego pracownicy, przeciążeni obowiązkami i chronicznie niedoceniani.[/FONT] [FONT=Arial]Ostatniej nocy skończyłam tryptyk „Róże w sieci” i niemal posikawszy się z bólu przy wyjmowaniu wtyczki z gniazdka, udałam się po pracy do Waldka. Akurat skończył się w szpitalu strajk specjalistów, a Waldi, jako najbardziej oblegany, i co gorsza, uwielbiany przez pacjentów ortopeda, z półrocznymi terminami, został przez dyrektora za karę oddelegowany do przychodni. Ha, nie tylko ja uważam, że powinno się go sklonować. [/FONT] [FONT=Arial]-A jak zdejmiemy gips, to dam ci jeszcze te pięć zastrzyków w łokieć, umówimy się. [/FONT] [FONT=Arial]-Garet powitał mnie z tryskającą nadzieją radością jako pozoranta. Klnąc jak cały cech wkurwionych szewców, usiłowałam ocalić wciąż jeszcze mokry gips. Prawie się udało. Wieczorem Irena odwinęła zwisające rozpaczliwie strzępy bandaża i zapakowała mnie z powrotem. [/FONT] [FONT=Arial]Wskutek czasowej ograniczonej mobilności jestem cokolwiek wkurwiona. Każda czynność zajmuje mi cztery razy więcej czasu. Jestem rozpaczliwie praworęczna! Gdybym nie miała tak długich palców, nie zdołałabym napisać tego tekstu jedną ręką. Doceńcie to. Ale jaka to męka, wie tylko Garet. Ale nawet on nie powtórzyłby tego, co mówiłam podczas pisania.[/FONT]
-
A, to w takiej sytuacji zawiesza się fachowiec i ma problem w komunikacji z jądrem...:diabloti: [FONT=Arial]Liszka, mimo optymistycznych zapatrywań Kai, według mnie czuła się coraz gorzej. Tym razem bez oporów godziłam się z pesymistycznymi opiniami Ireny.[/FONT] [FONT=Arial]-Po co my ją tak męczymy? Przecież ona zdycha. [/FONT] [FONT=Arial]Zasyczałam przez zęby. Też tak uważam, ale przecież nie mówi się tak przy pacjencie!!! [/FONT] [FONT=Arial]Jezu, socjologia medycyny mi zaszkodziła... Ludzi można oszukać, ale przecież nie zwierzęta, bardziej świadome i mądrzejsze niż my, gatunek z przerośniętym ego i zagubionym kompasem od poruszania się w wielowymiarowej przestrzeni wszechświata. [/FONT] [FONT=Arial]Liszka, z rudym futrem sklejonym śladami idiotycznych prób wlewania życia w gasnące światełko, patrzyła na nas cierpliwie i wyrozumiale jasnozielonymi, przytomnymi oczami. Bez wątpienia wiedziała, o co nam chodzi, dlatego dała nam tę szansę uspokojenia sumienia. Jedzenie. Ogłupiacz, zguba, ratunek bezradnych i zwyrodniałe, atawistyczne medium okazania miłości i troski. Prawda jest taka, że nie pomaga ani zdrowym, ani umierającym. Szkodzi, jak każdy środek usiłujący zastąpić miłość i wsparcie. Ale często nie potrafimy inaczej. Posługujemy się najprymitywniejszym rozumowaniem – jedzenie = życie. [/FONT] [FONT=Arial]Wiedziałam, że nie możemy jej pomóc. Trucizna poczyniła zbyt duże szkody w organizmie. Może, gdyby dotarła do domu od razu... Modliłam się, żeby nie cierpiała. Nie zasłużyła na to. Żadna istota nie zasługuje. Miałam nadzieję, że po prostu zaśnie, zgaśnie tak, jak gasła przez ostatnie dni. Spokojnie. Kiedy widziałam ją ostatni raz, leżała na łóżku Ireny. Odsunęłam jej spod mordki kołdrę, żeby jej się lepiej oddychało. Pogłaskałam delikatnie po rudym, bezsilnie zwieszonym łebku. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy następnego dnia wróciłam z pracy, w pokoju Ireny pachniało cardiolem. Irena leżała na łóżku twarzą do ściany. [/FONT] [FONT=Arial]-Trzeba pochować Liszkę – powiedziała matowym głosem. [/FONT] [FONT=Arial]-Umarła? – zapytałam idiotycznie.[/FONT] [FONT=Arial]-Tak, w nocy. [/FONT] [FONT=Arial]-Zaraz się tym zajmę. [/FONT] [FONT=Arial]Dopiero wychodząc z pokoju Ireny zauważyłam Lisię, częściowo przykrytą gazetą, leżącą przy komodzie. Nie wyglądało na to, aby Bóg wysłuchał moich próśb. Leżała wyciągnięta jako do skoku, z otwartymi oczami. A może jednak wysłuchał? Może to odruch.... [/FONT] [FONT=Arial]Zdzwoniłam do Kai. Ustaliłyśmy, że pochowamy ją w pobliżu malin. [/FONT] [FONT=Arial]Zanim się wyzbierałam, Irena wstała. [/FONT] [FONT=Arial]-Przy malinach? Nawet nie dasz rady wykopać dołu, tam są same kamienie![/FONT] [FONT=Arial]Pominęłam milczeniem kwestię kamieni. *******ić, na równi kamienie i mój zasrany nadkłykieć, moja jego mać, pieprzony, boczny. Zdechnę, a wygrzebię dół. [/FONT] [FONT=Arial]-Przyniesiesz ją, jak już będę gotowa? Ja chyba nie dam rady...[/FONT] [FONT=Arial]-Pewnie. Ale te kamienie...[/FONT] [FONT=Arial]Machnęłam tylko ręką.[/FONT] [FONT=Arial]Cóż, Irena miała rację. Nie uwierzyłabym, że w naszym ogródku istnieje równie skaliste miejsce. Wapień na wapieniu i wapieniem pogania. Tudzież korzeniami chwastów, czyli malin. Słabo mi się robiło z bólu i wysiłku, ale uparłam się. [/FONT] [FONT=Arial]W palącym słońcu pochowałyśmy rudą matkę kociego rodu. Przez głowę przelatywały mi wspomnienia. Okrutnie śnieżna i mroźna zima i Irena meldująca, że do piwnicy wprowadził się młody, rudy kot. Z twarzy – kotka. Śliczna. Smukła, na wysokich łapach, z jasnozielonymi oczami. Przymilna, urocza.[/FONT] [FONT=Arial]-Bierzemy – zadecydowałam. [/FONT] [FONT=Arial]I pierwszy raz, kiedy zaniosłyśmy Lisię do mieszkania. Wpadła w taką panikę, że usiłowała wyjść przez zamknięte okno, demolując cały korytarz. Ale przecież domowy kot ma być w domu. Przyzwyczaiła się. [/FONT] [FONT=Arial]I ta wczesna wiosna, kiedy poszła w długą i nie zdążyła na tabletkę. Ciąża, matura Kai i poród, który odbierałyśmy na jej łóżku, otrzymując w darze Baki (ś.p.), Liszowatego (żyje w luksusie), Kolesia, Gacię i wreszcie, ostatnią i po długiej przerwie, Perłę. Lisia, równie dojrzała do macierzyństwa jak ja, w historycznym momencie, też być może cierpiąca na depresję poporodową, zwiała i zostawiła nam na głowie swoje garnące się do życia dzieci. Rozumiem ją, choć sama nie miałam takiej możliwości. Wróciła po trzech dniach, ale wychowanie i karmienie spadło na nas. Wtedy po raz pierwszy Kaja zrealizowała się jako matka, matka idealna, perfekcyjna. I taką pozostała do dziś. „Tańcząca z kotami”. Gdyby to udokumentować nagraniem filmowym, i tak każdy pomyślałby, że to fotomontaż. A to tylko moja córeczka, wspaniała kobieta, z miłościami swojego życia.[/FONT] [FONT=Arial]Żegnaj, Lisiu. Śliczna, ruda kociczko, niezdolna wyrzec się wolności nawet za cenę życia i luksusu. Żegnaj, zielonooka. [/FONT]
-
[SIZE=3]Nie tak od razu wszystko... powoli, za duża przerwa.[/SIZE] [FONT=Arial][SIZE=3]20.04.2009 poniedziałek[/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3]PĘDY I POPĘDY[/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Po rehabilitacji mój łokieć, a konkretnie, nadkłykieć boczny, oby go sraczka męczyła przez resztę życia, ma się znacznie gorzej. I to wcale nie remont mu zaszkodził. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] W pracy już przy drzwiach powitał mnie remont. Robią wejście. Zaklęłam i powędrowałam na skróty przez pierwsze piętro. W naszym pokoju pełno pyłu i wszystkie biurka przykryte folią. Zaklęłam ponownie, znacznie serdeczniej. Koleżanki poinformowały, że będę miała swój gabinet. Z części zrujnowanych pomieszczeń, które służyły nam za palarnię. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] -Aaaa! – zmartwiłam się. –A gdzie będziemy palić?[/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Starłam kilogram tynku z fotela i odkopałam komputer. I czym powitał mnie po dwóch tygodniach nieobecności? Dwuznacznym komunikatem: „Błąd podczas komunikacji z jądrem”. Hm. Chyba nie moim. Kurde! Ilekroć porzucę go na dłużej niż kilka dni, zaczyna świrować na wszelkie możliwe sposoby. Ja rozumiem, że jesteśmy organicznie połączeni, choć nie przez jądra na szczęście, ale to już przesada. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] -Ale jaja! – ucieszył się Paweł, wpatrzony roziskrzonym wzrokiem w monitor.[/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] -No właśnie nie. Akurat z nimi nie może się skomunikować... To chyba esetowi odbiło. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Kliknęłam po więcej informacji i dowiedziałam się, że mogę je sobie przeczytać w różnych dziwnych językach, w większości obrazkowych, gdzie zdania wyglądają jak schematyczny rysunek zawartości składu meblowego. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Ledwie otrząsnęłam się z poremontowego i pourlopowego szoku, okazało się, że Paweł odchodzi. Jedyny mężczyzna w naszej grupie! I taki świetny kumpel, z którym można porozmawiać o wszystkim, od pierdół począwszy, przez dylematy egzystencjalne po rozwój osobisty i poszukiwania duchowe![/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] -Piersi mi zmalały – poinformował Paweł, kiedy paliliśmy na ruinach za drzwiami wejściowymi. Robotnicy byli nieobecni. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] -Złożyłeś wypowiedzenie i mimetyzm przestał być potrzebny? – zaciekawiłam się. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] -Na to wygląda. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] -Weźże powiedz, co chcesz na prezent pożegnalny – błagała Kasia. –Bo kupimy ci byle co i będziesz niezadowolony. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] -Na przykład maszynkę do mięsa... albo bokserki w pieprzące się słoniki – powiedziałam zmartwiona. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Po trzech dniach nagabywań Paweł wreszcie wystękał, że chce biblię, wydanie jerozolimskie. Przez te trzy dni błąkałam się bezdomna po zatłoczonych pokojach, bo w naszym nie dało się już przetrwać, bowiem prace remontowe były w pełnym, brudnym toku. Momentami podłączałam się do komputera Pawła, który z kolei błąkał się poza swoim pokojem, straciwszy motywację do pracy. Jednak większość potrzebnych mi rzeczy była w moim, więc głównie bezproduktywnie grzebałam w Internecie. Jezu, wściekłabym się, gdybym dłużej była skazana na nicnierobienie. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] W domu usuwałam pozostałości po remoncie w kuchni i robiłam nowy bałagan ściągając ze ścian obrazy i pakując je niedbale do przywleczonych z piwnicy pudeł przed wystawą.[/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Garet latał jak potłuczony, sprawiając wrażenie, że mózg nieodwołalnie osunął mu się pomiędzy tylne łapy. Zaczęłam podejrzewać, że cały świat, łącznie z naszymi ubraniami i moją pościelą ma cieczkę. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Po tygodniowej nieobecności wróciła Liszka. Wyglądała jak zmora, słaniała się na łapach i zataczała. Ulokowała się w szafie Ireny. Nawet pić nie mogła, choć sprawiała wrażenie, że chciałaby. Po kilku godzinach obserwacji i diagnozie Ireny, że zdycha z głodu i trzeba ją na siłę karmić, bo ktoś ją gdzieś na tydzień zamknął i jest wycieńczona, doszłam do wniosku, że wygląda to na truciznę. Próby podania wody spełzły na niczym, chyba z powodu porażonych mięśni. Wieczorem zadzwoniłam do Artura. Nie odbierał, ale przyjechał po dziewiątej. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Obejrzał Liszkę, obwąchał i oznajmił:[/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] -Warfaryna. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Zaaplikował jej dwa zastrzyki, dwa kolejne zostawiając mi na następny dzień. Nie wyglądał zbyt optymistycznie. Na moje oko też nie było się z czego cieszyć. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Następnego dnia przyjechała Kaja i wspólnie z Ireną podjęły akcję dopajania i dokarmiania Liszki. Kaja optymistycznie twierdziła, że jest lepiej, choć według mnie było coraz gorzej. [/SIZE][/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] Tylko do Gareta nie docierało nic oprócz obezwładniającej siły popędu. Dysząc i przewracając wybałuszonymi gałami próbował przelecieć wszystko, nie wyłączając Perły i naszego blisko dziewięćdziesięcioletniego sąsiada. Kaja uratowała pierwszą ofiarę, ja drugą. My broniłyśmy się we własnym zakresie. Oscylowałam pomiędzy chęcią mordu a głębokim współczuciem. Współczucie przechodziło mi wtedy, kiedy wyczepiałam obleśnego sukinsyna ze swoich nóg wraz z resztkami tkanek. [/SIZE][/FONT] [SIZE=3][/SIZE]
-
Dobra, Brzytwo, nawiedzaj.:multi: Mówię Ci, własnym okiem to inaczej wygląda. Aparatem to wiesz, światło się odbija od ściany, a poza tym baterie muszę kupić. Z wodą święconą to w ogóle mam jakoś ciężko, raz w roku człowiek idzie i jeszcze go nie pokropią. Może jest racjonowana... MAUPA, dzięki za sformatowanie, wczoraj nie zdążyłam (w pracy remont, pisałam na kompie kolegi, w open office, nie wiem, dlaczego taki upiór wyszedł?! Litery wielkości Pałacu Kultury).
-
[FONT=Arial]14.04.2009 wtorek[/FONT] [FONT=Arial]ŚWIĄTECZNY WYPOCZYNEK[/FONT] [FONT=Arial]Wiosna spisuje się nieźle. Chciałam nawet wyłączyć piec, ale Irena zaprotestowała w obawie, że znienacka nadejdą trzaskające mrozy. Wobec tego pootwierałam wszędzie okna i cierpię na myśl o tym, ile opału niepotrzebnie idzie w komin. U Ireny w pokoju nie można wytrzymać, bo kaloryfer ma odkręcony, a w dodatku słońce wali przez okno i drzwi balkonowe. Ale niech ma, pamiętliwa nie jestem, chociaż trudno zapomnieć te lata, kiedy wolno było palić tylko po południu, wskutek czego już wieczorem szron schodził ze ścian, a jak się piec rozhulał, to temperatura dochodziła nawet do szesnastu stopni, zanim znowu po trzech godzinach wygasł. Ratując życie, stosowałam dość osobliwy system ubierania się. Przyszedłszy z zewnątrz, zdejmowałam co prawda okrycie wierzchnie, za to zakładałam dodatkową parę spodni, dwa swetry i bluzę, szalik i rękawiczki. Na noc tylko zmieniałam zestaw i starałam się owinąć kołdrą oraz kocami na tyle szczelnie, aby jak najmniejszą część twarzy narazić na odmrożenia. [/FONT] [FONT=Arial]W piątek skończyliśmy pracę na tyle wcześnie, że zdążyłam jeszcze zajrzeć na targ, gdzie zamiast świątecznych zapasów nabyłam lilie św. Józefa, bo wszystkie zdechły częściowo przy mojej, częściowo Gareta pomocy. Ja dostawszy wiosennego kopa zbyt wcześnie zabierałam się za plewienie i wykopywanie wszystkiego zielonego, co wystawiło łeb nad ziemię, zanim zapał mi minie. Garet z upodobaniem wyszukiwał sobie legowiska w miejscach zupełnie niewskazanych i co gorsza pogłębiał je w cierpliwej nadziei na dokopanie się do chłodnych pokładów gleby, czy raczej – piasku. Wspólnymi siłami potrafimy wykończyć wszystko, co przytomnie w ekspresowym tempie nie osiągnęło wysokości przynajmniej metra. [/FONT] [FONT=Arial]W Wielki Piątek przezornie posprzątałam. Dziecko przyjechało późno, taszcząc moje nowe urządzenie do ćwiczeń, które ma mi pomóc w odzyskaniu ludzkich kształtów. Najlepiej od razu i bez mojego udziału. Sama już nie biorę się do skręcania takich rzeczy, bo mam złe doświadczenia. Obrazkowa instrukcja do połączenia dwóch prostych rurek wygląda jak schemat statku kosmicznego. Kaja jakoś sobie z tym radzi. Tym razem też się starała, przy wydatnej pomocy Gareta i kotów. Koty były zainteresowane tylko pudłem, za to Garet wszystkim, co było o tyle niebezpieczne, że któraś z drobnych, acz niezbędnych części, mogła się niespodziewanie zagubić wewnątrz psa.[/FONT] [FONT=Arial]Wreszcie w pokoju została tylko Gacia. Porzuciwszy pudło, zaczęła wnikliwe badać nasz nowy, wielki kwiatek doniczkowy, oby zdechł z samotności i przeciągów. [/FONT] [FONT=Arial]-Kaja, co ona tak węszy? Już któryś zdążył to obsikać?[/FONT] [FONT=Arial]-Jak tylko węszy, to nic. Dopóki buzi nie otworzy…[/FONT] [FONT=Arial]-No masz! Właśnie rozdziawiła paszczę! – padłam na kolana i zaczęłam obwąchiwać donicę. –O cholera, ale wali! Przeklęte koty! Gdzie ten cholerny rododendron postawić, dopóki nie wyrzucimy go na dwór? Noce jeszcze trochę za zimne… Nie może tu stać, bo rano obsikał go też Garet… Pewnie ucieszył się, że wreszcie ktoś wpadł na dobry pomysł i posadził krzak w domu.[/FONT] [FONT=Arial]-Na razie postawię go w korytarzu na szafce.[/FONT] [FONT=Arial]-Gacia, won![/FONT] [FONT=Arial]-Daj jej obwąchać, niech odczyta wiadomości.[/FONT] [FONT=Arial]-Gacia, ale pamiętaj, to jest tylko skrzynka odbiorcza! – pogroziłam kocicy. [/FONT] [FONT=Arial]Po spacerze Garet był tak zmachany i tak ciężko dyszał, że Kaja wachlowała go gazetą. [/FONT] [FONT=Arial]Remont w kuchni miałam zacząć sobotę, ale uświadomiłam sobie, że nie zdążę. Klej na ściany musiałam nałożyć w piątek. Kaja z udręczoną miną okleiła, co się dało, taśmą i pomogła mi odsunąć kredens. Nie znosi zmian, a tłumaczenie, że zrobiona rok temu ściana w gałęzie jodły przestała mi się podobać, wcale jej nie przekonało. Musiałam to przerobić, bo męczył mnie widok niedociągnięć, a świadomość, że była to moja pierwsza polichromia, nie wydawała mi się wystarczającym wytłumaczeniem. [/FONT] [FONT=Arial]Zastanawiałam się, czy jakoś nie unieruchomić spuchniętego łokcia, ale uznałam, że było by to równie skuteczne, jak sypanie antybiotyków do grobu. Poczuwszy kielnię w ręce aż westchnęłam z zadowolenia. Rany, trochę lepsza kondycja i zmieniłabym zawód![/FONT] [FONT=Arial]Gdyby nie pomoc Kai, nie zdążyłabym nawet do Bożego Narodzenia. Zlitowała się i w sobotę nałożyła mi dwie warstwy farby podkładowej. Ja tymczasem poszłam po zakupy i do święcenia. Jak zwykle bez koszyczka. [/FONT] [FONT=Arial]W kościele panował przyjemny chłód. Właśnie zbierała się kolejna grupa odświętnie ubranych ludzi. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nie noszę na sobie zbyt widocznych znaków kleju albo farby. Na krześle pod ścianą drzemał jakiś gość w bardzo złej kondycji. Co chwilę odzyskiwał przytomność i chrapliwym głosem wygłaszał pełne ognia, aczkolwiek całkowicie niezrozumiałe kwestie. Jak potem wywnioskowała Kaja, widocznie to, co miał zamiar poświęcić, przyniósł wewnątrz siebie. Przedstawiciele społeczności taktownie symulowali niedosłuch i odwracali wzrok. Też odwróciłam i dopiero wtedy zauważyłam wielkanocną dekorację. Na wielkim panelu fototapeta przedstawiająca palmy na tle plaży w świetle zachodzącego słońca. Na dole, gdzie było widać obrzeże gigantycznej złotej muszli, wpasowano gustownie figurę leżącego Chrystusa. Muszla natychmiast skojarzyła mi się z Afrodytą. Opuściłam wzrok niżej. Krzykliwe kolory tropikalnego zachodu przechodziły kojąco w morze białych hortensji podświetlonych szafirowymi lampkami. Oj. [/FONT] [FONT=Arial]Ani kropla wody święconej do mnie nie dotarła, za to facetowi pod ścianą chyba się dostało, bo buntował się głośno i nawet podjął próbę opuszczenia chwilowej przystani, ale siły mu nie dopisały. [/FONT] [FONT=Arial]W domu powitało mnie zmęczone, lecz zdeterminowane dziecko i czarny, w słonecznikowe łaty, pies. Pies zrobił zachłannego zeza i już, już miał w zębach wędzoną polędwiczkę wieprzową, ale wykazałam się niebywałym refleksem. Wobec tego porwał z kredensu zgrabną czekoladową kaczuszkę, którą też mu odebrałam… Polędwicę dostał na śniadanie, które z uwagi na remont w pełnym rozkwicie, zastąpiło obiad. Zrezygnowana Irena nawet specjalnie nie protestowała. Garet też, tym bardziej, że dorwał się do zabójczego sosu majonezowo-chrzanowego. Wiem, że zabójczy, bo sama go robiłam. Mnie przyprawił o długotrwały atak rozpaczliwego kaszlu, na Garecie nie zrobił wrażenia. Zmieniłam Kaję i do drugiej w nocy nakładałam na ściany trzy warstwy przecierki oraz brokat. Pies malował się sam, za to bardzo skutecznie. [/FONT] [FONT=Arial]W niedzielę przyszedł czas na bejcę perłową, a później kolorowanie odciśniętych liści. Wieczorem zadzwoniła Baśka żeby złożyć powtórnie życzenia i zapytać, co ja tam dzień i noc robię w święta na tych ścianach…[/FONT] [FONT=Arial]Kaja spojrzała na mnie z ponurą naganą. [/FONT] [FONT=Arial]-Właśnie to interesuje wszystkich pozostałych sąsiadów, ale są w gorszej sytuacji niż Baśka. Nie mają twojego numeru… [/FONT] [FONT=Arial]Po północy kuchnia mieniła się kolorami jesiennych liści. Ja też. Starannie wyczyściłam rozpuszczalnikiem pędzle. Z rąk zeszła mi tylko wierzchnia część skorupy. Trochę oderwałam razem z naskórkiem. Żółty pies chwilowo zachował nowe ubarwienie. Takiego kurczaczka jeszcze nie mieliśmy. [/FONT]
-
Dziewczyny!!! 20 czy 30 lat temu to tych morderców w samochodach było o 80% mniej!!! No i egzaminatorzy nie zarabiali na swoje zarobki oraz premie z u******ch kursantów! To popieprzone quasi-demokratyczne prawo tak działa. "A to Polska właśnie..." [FONT=Arial]Rozszalała się wiosna. Właściwie lato. Natychmiastowe przejście od zawiei śnieżnej do upału. Wyskoczyłam z futra i wskoczyłam w żakiet. Stos płaszczy wiosennych nawet nie wyjrzał ze strychu. [/FONT] [FONT=Arial] Ledwie złapałam głębszy oddech po odłożeniu egzaminu, wypadła mi pilna praca terminowa. [/FONT] [FONT=Arial]Rano jeżdżę na rehabilitację z łokciem i kolanem. Oddział został wyposażony we współczesny sprzęt. Westchnęłam z sentymentem za przedpotopowymi urządzeniami. Ale nowe cacka mają swój urok. Uwielbiam takie elektroniczne gadżety. Obejrzałam wnikliwie i teraz obsługuję sama. W końcu obsługa urządzeń elektromedycznych to mój pierwszy zawód. Pani Ania ma i tak pełne ręce roboty. Dzięki swoim umiejętnościom i wzajemnej sympatii zawsze udaje mi się wstrzelić w jakąś lukę, gdy tego potrzebuję i nie muszę czekać w kilkumiesięcznych kolejkach. Siedzę w kabinie na leżance, wodzę głowicą po kolanie i żeby nie marnować czasu, ćwiczę mięśnie podbródka. Z jednej strony przykurcz, z drugiej starość, cholera ją bodła! Ups, nie dosunęłam do koca zasłony. Jakiś facet najwyraźniej przechodził, zerknął i już został. Wmurowało go z otwartą gębą. Nic dziwnego, baba robiąca minę śmiertelnie zaskoczonej ropuchy to rarytas! Z godnością odwróciłam się w stronę okna. [/FONT] [FONT=Arial]Po drodze ze szpitala wpadam na targ, nie mogę się oprzeć, normalnie nie mam okazji pobuszować wśród roślin. Kupiłam kilka róż i dziesięć srebrnych świerków, takich szczeniaczków, ale zdrowo wyglądają. Trzymam się planu zasadzenia szczelnej zasłony z iglaków od ulicy. [/FONT] [FONT=Arial]Musiałam trochę przemeblować mój mini las. Przesadziłam sadzone jesienią sosny. Gadałam do nich jak głupia, może nie obrażą się i przeżyją. Grzebiąc w kompoście złamałam widły i łopatę. No, super! Został mi ostatni szpadel. Na gwałt potrzebuję narzędzi z aluminiowymi uchwytami! Te drewniane są do kitu. Od nowości klekoczą złowieszczo, potem obsychają i zaczynają się chwiać, a wreszcie się łamią. U nas nie ma. Och, Boże, samochód! Pojechać do hipermarketu budowlanego i problem z głowy! Taaa... już się wybrałam. [/FONT] [FONT=Arial]Zasadziłam świerczki, róże, gipsówkę, trawę pampasową, jakieś liliowate i inne, atrakcyjne, przynajmniej na zdjęciu. I białe floksy, te najbardziej pachnące, na grobie Funiaczka. I Baki, bo pochowałam ją obok. Na grobie Maksi, w rok po jej śmierci, same wysiały się jakieś białe kwiaty, których nigdy nawet w okolicy nie widziałam. [/FONT] [FONT=Arial]Po pracach ogrodniczych, kiedy mój łokieć wyje, siadam do komputera. Odpadam od klawiatury nad ranem. Jezu, nigdy nie byłam tak zmęczona! Po trzech dobach takiej harówki usiłuje się zabić, waląc głową w obramowanie drzwi minibusu, a w kwadrans później – w półkę na rehabilitacji. Możliwe, że kilkudniowe bóle głowy to nie wstrząśnienie mózgu, tylko zmiany ciśnienia i nadmiar gapienia się w monitor. [/FONT] [FONT=Arial]Jako przerywnik wypada kolacja u Magdy z pyszną sałatką gyros. Nażarłam się jak prosię, poza tym niewiele pamiętam, bo byłam zbyt zmęczona. Artur nieobecny, podobno przeziębiony. Kiedy był u mnie kilka dni wcześniej już jakoś dziwnie chrumkał. Prawie mi tynk z sufitu odpadł. Zrobiłam mu jego ulubioną herbatę z miodem. [/FONT] [FONT=Arial]Magda ma problem, bo Jarek I Renata namawiają ją na wypuszczenie Hikusia. I zamknięcie okna (Renata). Hikuś, od pisklęcia w domu, może nie poradzić sobie w środowisku naturalnym. Też jestem tego zdania. Ucywilizowany, zatracił naturalny instynkt przetrwania. Jestem pewna, że wypuszczony, zostanie skazany na pewną śmierć. Renata się nie zgadza. Ja nie zgadzam się z nią. Ona go po prostu nie lubi. Gdyby nie te cholerne koty, natychmiast bym go adoptowała. Jest uroczy, ma naturę psychopatycznego mordercy, jak Baki. Poprosiłam Kaję, żeby zrobiła wywiad wśród swoich znajomych, czy ktoś nie chce ślicznej, zabójczej kawki. Hikuś tak cudnie naśladuje papugi! Jego śpiew godowy jest ładniejszy, niż śpiew papug, co tam, piękniejszy niż śpiew słowików! Sama słodycz. [/FONT] [FONT=Arial]Garet źle znosi odstawienie od piersi. Jedyne, na co mnie stać, to pełne roztargnienia drapanie, głaskanie i całowanie w poczuciu winy po ślicznym buziaczku. Przyjazd Kai na chwilę wyrównał tę deprywację emocjonalną. Ale Kaja, ta zdrajczyni, przez chwile tylko całuje i ściska „Myszunię kochaną” i leci do kotów. Myszunia, porzucona i zżerana zazdrością, cierpi nadal i wyładowuje się na przedmiotach. Nosi ze sobą kółko z błony od ciotki Ewy i rzuca nim po okolicy. Najlepsze efekty dźwiękowe uzyskuje na panelach, w nocy, w moim pokoju. Dzięki. Łoskot, jakby się sufit zawalił. Wędzona tchawica jest znacznie lżejsza, ale w połączeniu z psem może człowieka zaprowadzić prosto do grobu. [/FONT] [FONT=Arial]-Jezus Maria, Kaja, zobacz szybko, co temu psu się dzieje?! Czemu tak okropnie charczy?! [/FONT] [FONT=Arial]-Oddycha przez dwie tchawice – odpowiada uspokajająco moje dziecko. [/FONT] [FONT=Arial]Dziecko, skądinąd miłe, rozgadane i pogodne, rano prezentuje humor wkurwionego kata-sadysty. Łazi po domu w nocnej koszuli, smarka, fuczy i warczy obrzydliwym głosem. Pospiesznie robię rachunek sumienia i empatycznie wpadam w furię. Kaja tłumaczy się pantoflami. Że niby gdybym musiała chodzić boso i lokalizować swoje pantofle – jeden na parapecie w pokoju, a drugi na fotelu w kuchni albo Bóg wie, gdzie, też byłabym wkurwiona. Wkurwiona to ja jestem, gdy rano odkrywam w coraz to innym punkcie mieszkania kocie siki. A sprawcy mruczą czule, tulą się do nóg i patrzą w oczy obłudnym, miłosnym wzrokiem. Zabić, to mało. Tym bardziej, że każdego ranka wita mnie w łazience obok umywalki świeżutkie kocie gówno. Czasami, dla urozmaicenia, w brodziku. I to większe, niż moje własne. Nienawidzę kotów!!![/FONT] [FONT=Arial]Moja terminowa praca przekroczyła termin i granice mojej wytrzymałości z powodu opieszałości laptopa. Przy tekście kilkuset stron każdą czynność przeżuwa jak bezzębny wielbłąd, minutami, a mnie trafia jasny szlag. Klnę jak szewc i dostaję piany na pysku. A przecież, choć ma ponad rok, wciąż jego cena w sklepach oscyluje od trzech tysięcy dwustu wzwyż!!! Pamięci operacyjnej ma tyle, co kot napłakał. Potrzebuję więcej i to natychmiast, zanim zwariuję! [/FONT] [FONT=Arial]Robert, męczony telefonami, zareagował pozytywnie i w niedzielę przywiózł. Co prawda nie dwa, ale jeden giga, co w sumie daje wolnej półtora. Dobre i to. Kiedy siedział na taborecie przy stole w kuchni i zmagał się z laptopem oraz niedopieszczonym Garetem, coś walnęło o podłogę. Zapatrzyliśmy się wszyscy w ciężkim zdumieniu w dębowy kołek. [/FONT] [FONT=Arial]-Co to jest? – zapytałam ostrożnie. Przemęczona jestem, więc mogło mi coś umknąć. [/FONT] [FONT=Arial]Pozostali, łącznie z Garetem, patrzyli na zjawisko z kompletnym brakiem zrozumienia. [/FONT] [FONT=Arial]-Przecież z fotela nie wypadło, bo niczego takiego nie kojarzę, a poza tym musiałby to wypluć – kontynuowałam. [/FONT] [FONT=Arial]-O rany, chyba wiem! – olśniło Roberta. –To z wieszaka od teściów! Musiałem przynieść w bluzie! [/FONT] [FONT=Arial]-No, tego tu jeszcze nie grali! – ucieszyłam się, kiedy Robert równocześnie z Garetem rzucili się po kołek. Robert wygrał. [/FONT] [FONT=Arial]Pogadaliśmy chwilę o moim ewentualnym wznowieniem współpracy z portalem regionalnym. Horoskop, który miał takie powodzenie i ewentualnie jakiś felieton albo coś o niepełnosprawnych. Nie wiem, czy się zdecyduję. Chyba nie. Z tym miastem wiąże mnie tylko to, że tu mieszkam. Nie dało mi pracy, nie dało mi niczego. Sypialnia. Kiedy podejmuję jakieś zobowiązanie, wkładam w to wszystko. A tyle godzin pracy za pięćdziesiąt złotych? I tak brakuje mi czasu. Doba jest za krótka, a ja za stara i za mało zmotywowana, żeby pracować dla idei. [/FONT] [FONT=Arial]-No, wreszcie ten grat hula, jak należy – powiedziałam z zadowoleniem. – Ale nie do końca? No nic, i tak jest lepiej i może wreszcie przestanę na niego kląć jak świr.[/FONT] [FONT=Arial]-I tak stale się z nim kłócisz – ostudziła mnie Kaja. [/FONT] [FONT=Arial]-O, Jezu. Mogłaś mi wcześniej uprzytomnić, że gadam z komputerem![/FONT] [FONT=Arial]Kupiłam w markecie pistolet na klej, wobec którego mam duże plany, gdy tylko się odrobię. Zostawiłam go na szafce w korytarzu. Zajrzałam znowu na targ i wiedziona sentymentem kupiłam lilie św. Józefa. Tym razem zasadzę je na właściwej głębokości, a nie pół metra pod ziemią i będę podlewać – obiecałam sobie. [/FONT] [FONT=Arial]Następnego dnia wracałam właśnie do domu i ujrzałam Irenę idącą na przystanek. Garecik przez chwilę był osierocony całkowicie. Przy furtce zaskoczył mnie dziwny dźwięk. Zorientowałam się, że to bolesne, rozdzierające serce psie wycie. Moje maleństwo tak płacze, kiedy zostaje samo! Rzuciłam się otwierać drzwi. W korytarzu, oprócz rozpełzłych spodni, powitał mnie stęskniony śmiertelnie pies i widok zjedzonej do połowy reklamówki oraz tekturowego opakowania, z którego już wyglądał na światło dzienne pistolet do kleju. Kiedy on to zdążył zrobić?! Przez tę nędzną minutę?![/FONT] [FONT=Arial]Przechodząc następnego ranka przez targ, kupiłam mleko prosto od krowy. W gruncie rzeczy mogło być równie dobrze zlane z kartonu, nie znam się. Ale ufam. W paranoicznym przerażeniu chemią we wszystkich produktach nabywanych w sklepach, zaczynam szukać tych najmniej skażonych. [/FONT] [FONT=Arial]Po drodze wpadły mi w oko stoiska z mięsem. Spojrzałam i zamarłam. Na drewnianym stole, coś, bez wątpienia duży ptak, czyli drób, jakiś taki dziwie smukły i pokryty ściśle żółtą skórą. KURCZAK?! Jezu dobry, w niczym nie przypomina tych pulchnych, obładowanych tłuszczem, skrzydlatych tworów obciągniętych luźną, białawą, galaretowatą skórą, które nabywamy zwykle. O, żeż, jego mać, gdybym miała więcej czasu, mój światopogląd przeformułowałby się całkowicie. Obok jakiś ssak wyciągnięty jak do skoku. Też chudy. Kot? Mały pies? Chryste!!! Nie, to pewnie królik. No, smacznego. Żadnych sierściuchów! [/FONT] [FONT=Arial]Wstrząśnięta, z lekkimi mdłościami, pospiesznie opuściłam rejon targowiska. Otarłam pot z czoła. Gorąco jak diabli. Już w odległości stu metrów od ulubionego sklepu warzywniczego poczułam boski zapach. Węsząc zachłannie, weszłam do środka. Ogórki! Małosolne! Oooch, po dwadzieścia złotych za kilo. Poprosiłam o jednego i delektując się smakiem oraz zapachem pożerałam go po drodze. [/FONT] [FONT=Arial]Wyzwolona wreszcie od pracy terminowej, zajrzałam do hipermarketu. Dziadowy, ale a nuż coś fajnego się trafi? No i trafiło się. Stękając z wysiłku przydźwigałam do domu wielki rododendron. W myślach majaczyło mi się święto kwitnących azalii w Mosznej. Już się szykowałam, żeby zakopać to biało kwitnące cudo w ogrodzie, kiedy spojrzałam na plakietkę reklamową. [/FONT] [FONT=Arial]„Podlewanie – stała wilgotność podłoża”. – No dobra, postaram się. [/FONT] [FONT=Arial]„Stanowisko – z dala od korytarzy powietrznych i przeciągów”. -??? Znaczy, jak mu zawieje, to zdechnie?! Gdzie ja mam te korytarze? Powietrzne?[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]„Pielęgnacja – nie lubi bezpośredniego towarzystwa innych roślin”. –Kurde, eremita? Czy trawa, to według niego też roślina? Pogięło go?![/FONT] [FONT=Arial]„Może być eksponowany w domu, ogródku jak i na balkonie”. – Co znaczy, eksponowany? Nie mogę go normalnie wsadzić, tylko eksponować?! [/FONT] [FONT=Arial]„Po siedmiu latach osiąga wysokość 150 cm.”. Cholera, ale sobie narobiłam. Właśnie zakupiłam humorzasty kwiatek doniczkowy! Utwierdziła mnie w tym ostatnia informacja:[/FONT] [FONT=Arial]„Temperatura 12-30 oC”. [/FONT] [FONT=Arial]Przesadziłam tę znarowioną krowę do wielkiej donicy. Niestety, worek z ziemią był obsikany przez koty. Długo myłam ręce. Postawiłam świra w pokoju, z dala od korytarzy powietrznych, jak mi się zdawało.[/FONT] [FONT=Arial]Garecik uprzejmie wymijał go w biegu na parapet. [/FONT] [FONT=Arial]Kaja przyjechała dzień później niż zwykle, w sobotę. Zaabsorbowała ją wojna na poduszki, która odbyła się w Krakowie. [/FONT]
-
A weź, 20 lat temu to bym zdała z kneblem w gębie i opaską na oczach!!! Wtedy się nie utrzymywali z opłat zdających! Komu nie zależy na zarobkach? [FONT=Arial]Została mi ostatnia jazda – z zaświadczeniem lekarskim do WORD-u. Dobry nastrój opadał mi z każdym krokiem, a było ich sporo, bo do placu manewrowego mam 40 minut drogi. Z każdą chwilą bardziej byłam świadoma swojej nieudolności. Odłożenie egzaminu niczego nie zmieni. Pewnie wykupienie dodatkowych jazd również. Poprzedniego wieczoru, w przypływie rozpaczy, przegrzebałam w hipermarkecie stoisko z zabawkami i papiernicze. Na pierwszym, po długim grymaszeniu, kupiłam komplet ośmiu samochodzików, na drugim blok rysunkowy. W pośpiechu i niechlujnie na bloku rysunkowym namalowałam kilka wariantów rond i skrzyżowań. Gdyby takie istniały w rzeczywistości, kierowcy dostaliby rozmiękczenia mózgu. Nic to, przyświecał mi szlachetny cel – zmagania z moją nieudolnością. Gdybym znalazła na tyle spory samochód – zabawkę, że zmieściłabym się w nim, pewnie bym go kupiła, żeby jeździć po ogródku i budzić dziką sensację w okolicy. Mogłabym sprzedawać bilety za miejsca widokowe przy płocie i szybko by mi się zwróciło...[/FONT] [FONT=Arial] Wiatr walił śniegiem w twarz bardzo wiosennie. Jastrząb już czekał z szerokim uśmiechem na twarzy. Jak to mówił Pietrzak? Optymista, czyli pogodny kretyn. Nie, Jastrząb nie jest kretynem ze swoją błyskotliwą inteligencją, ale jego optymizm, energia i radość życia mnie dołują. Tak mam. Pamiętam wakacje po liceum, podczas których, począwszy od komersu, na którym mi towarzyszył, gościł u nas kuzyn Ireny, w wieku tak pośrodku między nami. Fatalny przypadek beznadziejnego optymizmu i porąbanej energii zdolnej wygasić Wezuwiusz. Od świtu do nocy chciał gdzieś pędzić, coś robić, spacerować, pływać, chodzić po górach, grać w tenisa, latać za własnym ogonem. Lato było gorące jak skurczybyk, marzyłam o tym, żeby zamieszkać w piwnicy, a ten wariat miał napęd jak startujący prom kosmiczny. Usiłowałam go unikać, ale nie bardzo się dało. Dzieliło nas tylko jedno piętro tej samej willi. Góry piętrzyły się dookoła, park kusił basenem i kortami, okoliczne zabytki zwiedzaniem. W przypływie natchnienia oznajmiłam, że nie mam stroju kąpielowego, a poza tym regeneruję zerwane ścięgno Achillesa, co owszem, było prawdą, ale pięć lat wstecz. Natychmiast dostałam w prezencie obsceniczne bikini w róże, zakrywające sutki oraz bardziej strategiczne dolne części, a w większości składające się z tasiemek. Zmartwiałam ze zgrozy. Były to czasy, że spokojnie mogłam ten minimalizm założyć, gdybym nie była wychowana przez moją matkę. Wówczas jeszcze nie miałam pojęcia o asertywności, ba, coś takiego w języku w ogóle nie istniało, toteż zamiast powiedzieć – spadaj, frajerze, porypało cię?! – zwróciłam się o pomoc do rodzicielki, która ostatecznie wyzwoliła mnie od obecności naszego kuzyna i jego obłąkanej energii.[/FONT] [FONT=Arial] -No i jak tam? – zagadnął pogodnie ściskając moją zziębniętą dłoń na powitanie. Rękawiczki na ogół gdzieś tam mam, w torbie, ale nigdy nie chce mi się szukać.[/FONT] [FONT=Arial] -Do dupy – odparłam ponuro obrzucając wrogim wzrokiem samochód. W porównaniu z tym rozwód był przyjemnością... [/FONT] [FONT=Arial] -No nie! – wybuchnął śmiechem – tak mnie jeszcze nikt nie podsumował! [/FONT] [FONT=Arial] Jezu, kocham tego faceta, ale czemu śmieje się z byle czego? Tu trzeba wyć z rozpaczy![/FONT] [FONT=Arial] -Idzie ku lepszemu – warknęłam posępnie. – Kupiłam sobie pieprzone samochodziki jak jakiś porąbany bachor i będę ćwiczyć ronda i skrzyżowania. [/FONT] [FONT=Arial] -I bardzo dobrze! Ćwicz jak najwięcej. Ćwicz też na komputerze! W końcu zgra ci się teoria z praktyką. Teorię masz opanowaną doskonale, ale jak zobaczysz wokół więcej niż dwa samochody, wpadasz w panikę i nie wiesz, co masz robić. [/FONT] [FONT=Arial] Na razie przećwiczyliśmy łuk na placu. Spoko. Potem ruszanie z ręcznego na wzniesieniu. Poprzednio szło nieźle, teraz wycie silnika wyrywało szyny z pobliskiej stacji kolejowej. Kurde. Postępy jak cholera. [/FONT] [FONT=Arial] -Mogę przejechać tego faceta? – zapytałam z nadzieją wynikającą z dojmującej frustracji.[/FONT] [FONT=Arial] -Nie. [/FONT] [FONT=Arial] Po dramatycznym pokonaniu skrzyżowania, na którym miałam skręcić w lewo – Jezu, kogo mam przepuścić i na który pas wjechać?![/FONT] [FONT=Arial]Pruliśmy bezkolizyjnie do Dąbrowy. [/FONT] [FONT=Arial] -Przestań piracić, zwolnij! Ile tu możesz jechać?[/FONT] [FONT=Arial] -Pięćdziesiąt?[/FONT] [FONT=Arial] -A ile jedziesz?[/FONT] [FONT=Arial] -O kurde, dziewięćdziesiąt! Cholera, nie mogę patrzeć równocześnie na prędkościomierz i drogę! Bo zaraz mi samochód zjeżdża na bok! Zaczynam rozumieć tych, co to nie mogą jednocześnie żuć gumy i myśleć. I co ja sobie próbuję udowodnić? Po cholerę mi to prawo jazdy? I tak mnie nie stać kupno samochodu, a nawet, gdyby ktoś dał mi go w prezencie, nie mogłabym go utrzymać! A, zresztą i tak jeszcze nikt nie produkuje modelu, którym mogłabym jeździć. [/FONT] [FONT=Arial] -Jakiego?[/FONT] [FONT=Arial] -Z Jastrzębiem uczepionym kierownicy![/FONT] [FONT=Arial] Jezu, z czego tu się tak cieszyć? Widoki są marne. [/FONT] [FONT=Arial] -Mów głośno – zachęcał Jastrząb, gdy już ochłonął. Miałem taką kursantkę, która dopiero na przedostatniej jeździe się do tego przekonała. I poszła jak burza. Oblała tylko dlatego, że tuż przed zjazdem do WORD-u jakiś kretyn wlazł jej wprost pod koła. No, mów głośno! Nie wstydź się![/FONT] [FONT=Arial] -Jestem małomówna – wymamrotałam przez zaciśnięte szczęki. –Gadam tylko z komputerem. I ze sobą, bo warto porozmawiać z kimś inteligentnym... [/FONT] [FONT=Arial] Przy parkowaniu równoległym tyłem mój mózg odmówił współpracy. Jajecznica. Znowu syndrom rozłączenia części ciała i umysłu jak na wuefie przy staniu na rękach przy drabinkach. Nie wie góra, co robi dół, nie wie lewica, co czyni prawica. Kurde jej mać!!! Przerypane. A zaraz potem popieprzone skrzyżowanie z mnożącymi się jezdniami. Może jednak to mówienie głośno...[/FONT] [FONT=Arial] -Co mam robić?! – wrzasnęłam.[/FONT] [FONT=Arial] -Po południu wypłakiwałam się w Krakowie w rękaw swojej terapeutce.[/FONT] [FONT=Arial] -Pani Joanno. Przecież zaburzenia orientacji w przestrzeni ma pani od zawsze. I koordynacji ręka – oko. To cecha mózgu, niestety, z tym nic nie da się zrobić. Tylko ćwiczyć, ćwiczyć. Niektórym pomagają gry komputerowe, symulacja jazdy. [/FONT] [FONT=Arial] -O, Jezu! Niedawno trafiłam na taką w Internecie. Od razu przejechałam pieszego i spowodowałam kolizję na skrzyżowaniu. Kurde! Patrzę jak baran, nie reaguję, a świat się sypie!!! Wymiękłam.[/FONT] [FONT=Arial] -No właśnie. Niech pani na tym ćwiczy. I na tych samochodzikach, które pani sobie kupiła. Może się udać. [/FONT] [FONT=Arial] -No to, kurde, dzięki. Jakbym Jastrzębia słyszała. Jezu, jestem w takiej depresji, jakby mi słoń nadepnął klatkę piersiową. Byłam, dopóki nie uzyskałam odroczenia. A teraz znowu. Nawet organicznie jestem upośledzona! [/FONT]
-
Dalszy ciąg horroru nastąpi, wcześniej czy później :crazyeye: [FONT=Arial]NIC NAS NIE CIESZY[/FONT] [FONT=Arial]03.04.2009 piątek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] -Uuu... fiu, fiu! Ummm... Ołk! Iiii!!!– i któż tak gwiżdże, stęka, świszcze i szlocha? To nasz Garecik pogrążony w głębokim, egzystencjalnym bólu. Wydaje z siebie bukiet żałosnych jęków średnio dwa razy na kwadrans, patrząc mi tragicznym wzrokiem w oczy. W przelocie pomiędzy parapetem kuchennym i w pokoju, drzwiami balkonowymi, do piwnicy i frontowymi. Od tych przeraźliwych dźwięków kruszą mi się zaciskane z frustracji zęby. Z włosów od wczepiania w nie pazurów zrobił mi się filc, a głosem zawładnęła chroniczna chrypka od pełnych furii wrzasków:[/FONT] [FONT=Arial] -Zamknij się do nierządnicy nędzy!!![/FONT] [FONT=Arial] Wrzaski czasem działają; na chwilę potrzebną do zlustrowania okolicy, co za kot mnie znowu tak wkurzył. Bo przecież nie pies. Psy nie wkurzają ludzi, a Garety tym bardziej. Nigdy. [/FONT] [FONT=Arial] Błagania i próby pocieszania nie działają wcale.[/FONT] [FONT=Arial] -Garecik, co ci jest, do cholery, błagam cię, zamknij się...[/FONT] [FONT=Arial] -Fiu, fiu! Iiiiii!!! – na odczepnego pospieszny całus, zawsze częściowo w okulary, a w oczach bezdenna rozpacz walcząca o lepsze z depresją. [/FONT] [FONT=Arial] Nie wiem, co w tego gada wstąpiło oprócz diabła, który ma stałe zameldowanie. Jęczy w ogrodzie, jęczy w domu. Nawet układając się do snu skrzypi i stęka jak rodząca foka. Roztrzęsiona w dzień, w nocy przez sen jęczę, stękam i skrzypię w daremnych próbach upuszczenia nagromadzonego napięcia. Jeszcze trochę poćwiczymy i zaczniemy dawać występy. Nowoczesny duet Garjo albo coś w tym rodzaju. Nazwy jeszcze nie przedyskutowaliśmy. [/FONT] [FONT=Arial] Tym, co mnie na duszy legło ciężarem lokomotywy, były jazdy przedegzaminacyjne. U normalnego człowieka mechanizm jest taki, że każde powtórzenie czynności doskonali umiejętności. U mnie na odwrót. Wykazywałam pewną ponurą konsekwencję, systematycznie uwsteczniając się. Ogarnięta coraz większą rozpaczą i nienawiścią do siebie, z Jastrzębiem uspokajająco trzymającym rękę na kierownicy, miałam ochotę wyć, jęczeć i świstać głośniej niż Garet. [/FONT] [FONT=Arial]-Sprzęgło. Nie hamulec, sprzęgło!!! No to teraz jedynka. Gaz, więcej gazu, ruszaj! Dwójka. Ty męczyduszo, trójka. Hamuj delikatnie... – ŁUP! -Delikatnie! Jedynka. Powoli puszczaj sprzęgło... Dwójka. Zdejmij nogę z gazu!!![/FONT] [FONT=Arial] -Asiu, ty się musisz rozluźnić. Jak widzę ten nieobecny wzrok i zaciśnięte szczęki, to już wiem, że nic do ciebie nie dociera. Jesteś w innym wymiarze. Nikt od razu nie jest doskonały. Teraz się uczysz i masz prawo popełniać błędy. Musisz je popełniać! Ale dopóki nie wyluzujesz, nawet nie będziesz słyszeć, co do ciebie mówię. A zresztą sama to doskonale wiesz, co ja ci będę tłumaczył. To przestań panikować i rozluźnij się![/FONT] [FONT=Arial] -Jak się mam, *****, rozluźnić, skoro stale jestem w konflikcie z tą pieprzoną jedynką, sprzęgała, parszywca, nie czuję, hamulca też, co chwilę trzeba cię zeskrobywać z przedniej szyby! Nie wyczuwam odległości, nie widzę znaków, szczególnie zakazu, nie wiem, co do cholery, z tym jest, przecież odróżniam biały i czerwony! Gaz mi się myli z hamulcem, jakby mi ktoś wlazł pod koła, to na bank go zabiję, dodam gazu, bo przecież nie pozwalasz mi używać hamulca! Nic, tylko się drzesz, „gaz, gaz, więcej gazu”![/FONT] [FONT=Arial] -To ja zahamuję, jak będzie trzeba. Zaufaj mi chociaż trochę. [/FONT] [FONT=Arial] Zarżałam ironicznie. Akurat. Siedzę w niekontrolowanym, rozpędzonym narzędziu mordu, wokół pędzą inne narzędzia mordu i mam ufać. Jeszcze nie zgłupiałam. [/FONT] [FONT=Arial] -Wyluzuj! Ten łokieć ma być luźny! A ty się tak wczepiasz w kierownicę, że nie mogę ci jej wydrzeć z ręki![/FONT] [FONT=Arial] -Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, ale jutro masz przyjść wyluzowana – powiedział stanowczo Jastrząb, kiedy paliliśmy ostatniego papierosa po zakończeniu jazdy. [/FONT] [FONT=Arial] Mam kilka pomysłów, ale chyba prawo ich nie popiera – wymamrotałam ponuro. [/FONT] [FONT=Arial] Na jazdy zmarnowałam sześć dni urlopu, bo nie byłam w stanie znieść dodatkowego obciążenia pracą. Garet świstał w dzień, ja jęczałam i zgrzytałam zębami po nocach, dzień egzaminu zbliżał się nieubłaganie, a moja trauma nabrała rozmiarów osiemnastokołowca i rosła nadal. [/FONT] [FONT=Arial] Każde spotkanie rozpoczynaliśmy od papierosa. Doszłam do dwóch paczek dziennie. Wiatr piździł i śnieg walił iście wiosennie. Dygocząc wpatrywałam się w zielone punto, z którego wysiadła blond Barbie, w białej, kusej kurteczce, zabójczo różowej bluzce i białych kozaczkach, z trudem balansująca na cieniutkich jak szpileczka obcasach. Zawiść walnęła mnie między oczy. [/FONT] [FONT=Arial] -Patrz, kurde, przecież ona ledwie trzyma się na nogach w tych obcasikach, a na pewno nie ma problemów z tymi cholernymi pedałami![/FONT] [FONT=Arial] Przygotowanie samochodu, w gruncie rzeczy proste, też zaczęło mi sprawiać trudności. Zrozumiałam, że mam wszystkie objawy wstrząsu. Pustka w głowie, rozkojarzenie, poziom inteligencji jak temperatura na Syberii. Ale starałam się. Od czasu, kiedy urwałam dźwignię do otwierania maski, Jastrząb rycersko wykonywał tę czynność za mnie. Najważniejsze bebechy potrafiłam rozpoznać korzystając z uniwersalnych określeń „ten, tego, jak mu tam”. I jeśli bardzo się zmobilizowałam, mniej więcej wiedziałam, jak jaki poziom się sprawdza. [/FONT] [FONT=Arial] -A jak sprawdzisz poziom płynu do spryskiwaczy?[/FONT] [FONT=Arial] -Zdejmę nakrętkę – oznajmiłam z niezachwianą pewnością siebie.[/FONT] [FONT=Arial] -To zdejmij. I co zobaczysz?[/FONT] [FONT=Arial] -I zobaczę... sitko. [/FONT] [FONT=Arial] Jastrząb zgiął się w pół. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie, nie mogę! Tak mi jeszcze nikt nie odpowiedział!- rechotał. [/FONT] [FONT=Arial] Potem jazda po łuku. Z odwróceniem się do tyłu miałam problemy, bowiem stawy w moim kręgosłupie, od dawna zlane w blok kostny, były nieobecne. Poza tym środkowy fakulec pojawiał się akurat w ślepym polu, tuż za miejscem, gdzie kończą się szkła moich okularów, więc równie dobrze mogłoby go nie być. Zatrzymywałam się na intuicję. [/FONT] [FONT=Arial] -No, o jazdę po łuku jestem spokojny. Ty to czujesz. [/FONT] [FONT=Arial] Oszalał? O połączenie samochodu ze mną nikt nie może być spokojny![/FONT] [FONT=Arial] Ruszaniem z hamulca ręcznego na wzniesieniu pozbawiłam błony bębenkowej wszystkie istoty, które nie przerwały jej sobie same implantem ze słuchawek podłączonych do dygoczącego odtwarzacza mp3. Przy parkowaniu równoległym tyłem doznawałam podobnego uczucia jak przy bezskutecznych próbach stanięcia na rękach przy drabinkach na gimnastyce. Części mojego ciała ulegały niekontrolowanemu rozłączeniu, następowała całkowita utrata komunikacji, a mózg udawał się na zasłużony odpoczynek. Prostopadłe przodem jeszcze jako tako szło, dopóki nie postanowiłam podkształcić się teoretycznie. Sumiennie przetrząsnęłam Internet, wydrukowałam sobie wszystkie porady dotyczącego wszelkiego rodzaju parkowania, przestudiowałam je i od tego dokumentnie pomieszało mi się we łbie. Kiedy skręcam, gdy widzę znaczek samochodu? Tylną lampę? Klamkę? Drzwi przednich czy tylnych? I gdzie to widzę? W lusterku bocznym? W przedniej szybie? Tylnej szybie? Kryształowej kuli?![/FONT] [FONT=Arial] Nic jednak nie dorównywało skrzyżowaniom i rondom. Doskonale zdany egzamin teoretyczny okazał się nieprzydatny, a dobrze opanowana wiedza teoretyczna pospiesznie pakowała walizki przed najprostszym, pieprzonym rondem. Na wysokości wzroku miałam tylko krawężniki, drogi wyjazdowe mnożyły mi się do absurdalnych ilości, za to znaki redukowały do zera. W jednej trzeciej łuku traciłam kompletnie orientację i gdyby nie Jastrząb, pobiłabym rekord tej pani, która 53 razy objechała rondo, zanim wydostała się z niego w eskorcie dwóch radiowozów, z policjantami, podejrzewam, swobodnie sikającymi ze śmiechu po mundurowych spodniach. Jastrząb, po dramatycznej walce wydarłszy mi kierownicę, rozpaczliwymi komendami wyprowadzał mnie na prostą, w ostatniej chwili ratując przed jazdą pod prąd. Na dziko migające kierunkowskazy już nawet nie zwracał uwagi. Dobrze, że są tylko dwa. [/FONT] [FONT=Arial] -Bo są drogi wjazdowe i wyjazdowe. To, co widzisz podwójnie, to w gruncie rzeczy jedna jezdnia! – oświecił mnie na przedostatniej jeździe. – I nie muszą być cztery. Mogą być trzy, może być pięć. [/FONT] [FONT=Arial] -To czemu mi tego, *****, wcześniej nie powiedziałeś?! – wrzasnęłam rozżalona. [/FONT] [FONT=Arial] Były też i miłe chwile. Momenty, kiedy wydostawałam się z cholernej Dąbrowy, moja tępota mijała i rwałam poprawnie, co koń wyskoczy, do domu. Albo chwile normalnych, ludzkich rozmów z Jastrzębiem, chorym na umyśle optymistą, pełnym radości życia i kompatybilnego z moim poczucia humoru. Oraz momenty zatrzymywania się na sikanie. Tradycyjnie przy WORD-zie. Było tam mniej obrzydliwie niż na stacjach benzynowych. [/FONT] [FONT=Arial] Mimo nowoczesnego wystroju, ubikacje publiczne w Polsce w gruncie rzeczy są takie same, jak w czasach socjalistycznych. Wyglądają i pachną tak, jakby każdy dopadał ich w ostatniej chwili, lejąc i srając już od drzwi, z wyjątkiem tych bardziej zdyscyplinowanych, którzy leją i srają na deskę sedesową. [/FONT] [FONT=Arial] W gruncie rzeczy każda chwila przerwy, gdy nie trzymałam się kurczowo kierownicy, była miła. [/FONT] [FONT=Arial] -Co to jest to tam, takie wysokie i kolczaste? – zapytałam, kuląc się od wiatru zacinającego śniegiem i stukając zębami o papierosa. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie wiem. Jakaś antena? Rozgłośnia radiowa? [/FONT] [FONT=Arial] A, pewnie rozgłośnia WORD-u. [/FONT][FONT=Arial]Halo, halo, to radio WORD. [/FONT][FONT=Arial]Mamy dobre wiadomości. Dziś u*******iliśmy na egzaminie 90% kursantów. Wypłata będzie w terminie i szykują się duże premie. Gratulujemy egzaminatorom doskonałej pracy![/FONT] [FONT=Arial] Jastrząb wybuchnął śmiechem i okręcił się wokół własnej osi. [/FONT] [FONT=Arial] Mój łokieć tenisisty oznajmił, że zastrzyki ze sterydów ma w dupie. Jęczałam przy każdym ruchu. Waldi dał mi skierowanie na zabiegi. Zbiegło się to z moją nieodwołalną decyzją odłożenia egzaminu. Po drugim podejściu przy sikaniu w WORD-zie trafiłam na śliczną, miłą blondynkę, która wyjaśniła mi, że jest możliwość przesunięcia egzaminu bez konsekwencji finansowych, jeśli przyniesie się zaświadczenie od lekarza. Może być nawet od rodzinnego. [/FONT] [FONT=Arial] -To dlaczego mi nikt tego wczoraj nie powiedział?! Dowiedziałam się tylko, że jeśli się nie zgłoszę, to przepada mi połowa opłaty! No dobrze, jutro przywiozę zaświadczenie. [/FONT] [FONT=Arial] Nie ma to, jak wyczerpujące informowanie petentów. [/FONT] [FONT=Arial] -Jastrzębiu, gazu, muszę zdążyć do lekarza. [/FONT] [FONT=Arial] Trasę pokonałam jak wytrawny kierowca. Żaden sukces, po prostej, ze skrzyżowaniami, ale bez rond. Pod przychodnią, po raz pierwszy, bez uprzedzenia, przetrenowałam parkowanie ukośne. Jastrząb otarł pot z czoła, kiedy szybko i zgrabnie zahamowałam we właściwym miejscu. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]