Jump to content
Dogomania

joannasz

Members
  • Posts

    593
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by joannasz

  1. [URL=http://img339.imageshack.us/i/20090707foto0006.jpg/][IMG]http://img339.imageshack.us/img339/126/20090707foto0006.jpg[/IMG][/URL][URL=http://g.imageshack.us/img339/20090707foto0006.jpg/1/][IMG]http://img339.imageshack.us/img339/20090707foto0006.jpg/1/w240.png[/IMG][/URL] [URL=http://img7.imageshack.us/i/20090707foto0007.jpg/][IMG]http://img7.imageshack.us/img7/6671/20090707foto0007.jpg[/IMG][/URL][URL=http://g.imageshack.us/img7/20090707foto0007.jpg/1/][IMG]http://img7.imageshack.us/img7/20090707foto0007.jpg/1/w320.png[/IMG][/URL]
  2. [FONT=Arial]29.06.2009, poniedziałek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Rano powitała mnie mgła jak mleko. Jęknęłam. Jeszcze kilka dni stuprocentowej wilgotności powietrza i zamieszkam na Saharze. Od miesiąca coś porypało się z pogodą. To znaczy, jest dziwnie stabilna. Najpierw pada, potem leje, wreszcie chlusta i grzmi, następnie paruje, po czym pada, leje i da capo el fine. Niewyobrażalne masy wody krążą raźno pomiędzy niebem a ziemią i nie widać końca tej pielgrzymki. Wszystko jest wilgotne. Ubrania, meble, my i sierść zwierząt. Ręczniki i pościel. Co rano zeskrobuję sobie niebieskawą pleśń z twarzy i wyrywam girlandy mchu hiszpańskiego z włosów. Każdy dawny uraz melduje się w pamięci tępym pobolewaniem, a mój łokieć tenisisty wyznaje mi gorące uczucia na okrągło. Przy wykańczaniu ścian dłubię niemrawo i bez zapału, dom wciąż jest w stanie poremontowego chaosu, co dołuje mnie do tego stopnia, że z trudem mobilizuję się do zgarnięcia największych śmieci. [/FONT] [FONT=Arial] Waldi zaordynował mi kolejną serię zastrzyków, bo jednak poprawa jest widoczna. Co wtorek jeżdżę do niego na dyżur. Ostatnio musiałam czekać prawie godzinę, bo operował. [/FONT] [FONT=Arial] Parter szpitala jest wyremontowany i może aspirować do europejskich standardów. Każdy stopień w górę prowadzi w świat coraz większego kryzysu. Korytarz na drugim piętrze przywodzi na myśl posępne budowle wymarłej cywilizacji. Siedziałam na niewygodnej, drewnianej ławie przed dyżurką asystentów i obserwowałam powiększającą się kałużę na linoleum. Kapało z góry. W ciągu godziny rząd kropel przesunął się o dobry metr anektując nowe obszary niebieskawego sufitu. Może powinnam kogoś zawiadomić? Ale kogo? Na szczęście pojawił się Waldi. [/FONT] [FONT=Arial] -Słuchaj, ja nie wiem, czy to istotne, ale z sufitu kapie woda i wędruje z prędkością metr na godzinę. Może tam pękła jakaś rura i nikt o tym nie wie? – powiedziałam ostrożnie. [/FONT] [FONT=Arial] Waldi pobieżnie zerknął w górę i machnął beztrosko ręką.[/FONT] [FONT=Arial] -E, to normalne.[/FONT] [FONT=Arial] -No, nie wiem... Ja na twoim miejscu bałabym się, że obudzę się z sufitem w objęciach...[/FONT] [FONT=Arial] Łatwo dałam się przekonać, że nadchodząca prywatyzacja szpitala wszystko zmieni. Jeśli tylko sufit wytrzyma. [/FONT] [FONT=Arial] W gabinecie zabiegowym odsłoniłam łokieć i moim oczom ukazała się zdobiąca przedramię niezmywalna, za to bardzo malownicza mozaika dwóch kolorów farby lateksowej, bejcy perłowej oraz trzech kolorów farbek do szkła. Co gorsza ukazała się też oczom Waldiego. Ups. Cholera, powinnam się dokładnie oglądać, albo profilaktycznie kąpać w rozpuszczalniku. [/FONT] [FONT=Arial] Waldi zamarł na moment ze strzykawką w ręku i rzucił mi szybkie spojrzenie, w którym dostrzegłam coś na kształt potępienia. [/FONT] [FONT=Arial] -Eeee... no tak, wymalowałam jedno pomieszczenie po remoncie. Ale było bardzo małe. Naprawdę malutkie... [/FONT] [FONT=Arial] Uśmiechnął się przelotnie i zgrabnie zagłębił igłę w moim łokciu. Nawet nie sapnęłam. Krótkotrwały ból znoszę znakomicie. Pod warunkiem, że nie jest to ból borowanych zębów, bo te mam poczwórnie unerwione. [/FONT] [FONT=Arial] Łącznie z martwymi...[/FONT] [FONT=Arial] Wstąpiłam do sklepu dla zwierząt, bo było oczywiste, że Garet ukarze mnie za spóźnienie i nie będzie zważał na łokieć. Głośniej niż zwykle będzie wołał: -Co mi kupiłaś?!!![/FONT] [FONT=Arial] Miałam nadzieję na wędzoną tchawicę, która wystarcza mu na parę dni, ale nie było. Świńskie uszy są bez sensu, bo pożera je w ciągu kilku minut. Rozważałam zakup plecionki z błony, ale były absurdalnie drogie. Za to obok stały wędzone, co najmniej metrowej długości, patyki. Wybrałam najdłuższy. [/FONT] [FONT=Arial] -Co to jest? – zapytałam zaciekawiona ekspedientkę.[/FONT] [FONT=Arial] -Piiisss – poinformowała mnie cicho. [/FONT] [FONT=Arial] -Co?![/FONT] [FONT=Arial] -Penis wędzony![/FONT] [FONT=Arial] -O Jezu. Chyba dinozaura... – wymamrotałam oszołomiona. Które, największe nawet zwierzę, ma macicę w gardle?![/FONT] [FONT=Arial] Okazało się, że klacz. Hm...[/FONT] [FONT=Arial] -Ale psy to bardzo lubią. Są jeszcze takie pocięte na kawałki. Po dwa złote. [/FONT] [FONT=Arial] -Cóż, ten chyba bardziej się opłaca... Da się go złamać?[/FONT] [FONT=Arial] Nie dało się.[/FONT] [FONT=Arial] -Może jakiś woreczek? Żeby kawałek owinąć? Resztę włożę do torby... Mam nadzieję, że nikt się nie zorientuje, co to jest – powiedziałam z rezygnacją, gdy okazało się, że do wielkiej torby na zakupy nie wchodzi. [/FONT] [FONT=Arial] Odważnie wzięłam przekąskę do ręki i pomaszerowałam do domu. Były duże szanse, że nie spotkam żadnego kolegi, który zapyta, co niosę. Nie spotkałam, a przynajmniej nie zauważyłam. Po drodze kupiłam jeszcze dwa wielkie kalafiory, kilogram pomidorów i ogórków, trzy litrowe maślanki, kapustę, kremówki dla Ireny, jajka i parę niewartych wzmianki drobiazgów, co uczyniło ze mnie obiekt przypominający maltretowanego osła, poruszającego się zygzakiem wyłącznie siłą woli w nadziei na skonanie w znajomej stajni. [/FONT] [FONT=Arial] Garet napadł mnie przy furtce, ale dorwawszy imponujący koński organ, równie gwałtownie mnie porzucił. Po kilku gorączkowych próbach udało mu się zmieścić na ukos w szerokich drzwiach frontowych i równie szerokich kuchennych. [/FONT] [FONT=Arial] Na progu powitał mnie kłąb złachmanionych ubrań, które wyglądały jak jeńcy zastrzeleni przy próbie ucieczki. Zrzuciłam z siebie jarzmo, zgarnęłam wilgotne i poszarpane łachmany i upchnęłam je na siłę w koszu na pranie. Nie miałam siły robić selekcji na te mniej i bardziej podziurawione wielkimi kłami. [/FONT] [FONT=Arial] Garet leżał na ławie, długą zdobycz wetknął ukośnie pomiędzy siedzisko i kaloryfer, koniec trzymał w łapach jak wiewiórka i gryzł zapamiętale. Ilekroć na niego spojrzałam, machał gorączkowo ogonem przesyłając mi w ten sposób powitalne i pełne wdzięczności uśmiechy, ale się nie odzywał. [/FONT] [FONT=Arial] Wieczór był wyjątkowo spokojny, przerywany tylko łoskotem spadającej z różnych mebli wędzonej końskiej dumy i gwałtownego skrobania pazurów, gdy Garet próbował odzyskać bezcenną zgubę. [/FONT] [FONT=Arial] Zaczęłam malować stół. Ogromny, stary, drewniany stół kuchenny odziedziczony po śp. ojcu znajomej, stolarzu, zamierzałam wyrzucić. Cieszyłam się na to niezmiernie, bo grat zajmuje pół kuchni i jest zupełnie pozbawiony wdzięku. Niestety, Irena nagle odkryła w sobie niezbywalny do niego sentyment. Taki wspaniały, solidny, wielki stół! Cudowne stanowisko pracy![/FONT] [FONT=Arial] Próbowałam ją przekonać, że prasuje raz na kwartał, a pierogi robi co dwa miesiące, ale to był groch o ścianę. Shit! Cóż, postanowiłam zrobić z grata dzieło sztuki użytkowej. Zamieni się z czasem w antydepresant w postaci łąki pełnej kwitnących maków. Przedsięwzięcie na miarę „Bitwy pod Grunwaldem”. Ten cholerny stół będzie wymagał grubo ciosanych zydli, które zajmą resztę wolnej przestrzeni, a które zamówię u stolarza dopiero wtedy, kiedy zapłacą mi za zrobienie zamówionej strony internetowej. [/FONT] [FONT=Arial] W nocy wyrzuciłam z łóżka koński narząd i jego wielbiciela. Narząd zmalał o połowę, co poprawiło zauważalnie mobilność Gareta. [/FONT] [FONT=Arial] Następnego dnia wyglądał jak cygaro, a kiedy Kaja wróciła po zaliczonych ostatnich egzaminach, znała go tylko z opowiadań. [/FONT] [FONT=Arial] Dała się namówić na odpuszczenie sobie i przełożenie obrony na wrzesień. Jeszcze przez wakacje będzie mogła korzystać z przywilejów studenckich i alimentów, w wysokości niezmienionej od czternastu lat. Byłabym niepocieszona, gdyby to miało zrujnować jej zamożnego ojca. Ale może będzie wielkoduszny i wliczy je w poczet nigdy niewysłanych kartek z życzeniami z okazji imienin, urodzin, świąt, dnia dziecka i innych durnowatych wymysłów umacniających więzi międzyludzkie...[/FONT] [FONT=Arial] Garet oszalał za radości, czemu dał wyraz kradnąc z mojego talerza gotowany filet z kurczaka. To był tylko jeden, szybki jak uderzenie serca, skok na stół. Gdyby filet leżał rozkosznie rozwalony w jego misce, nie zaszczyciłby go nawet spojrzeniem. Zwyzywałam go od bandytów, złodziei i recydywistów i ze złości zjadłam bardzo niedietetyczną kolację. Nawet się nie zarumienił. Zupełnie nie zasłużył na kolejną końską dłuzyżnę, którą kupiłam mu w sobotę. Zresztą, zrobiłam to głównie dla Kai, bo widziałam, że mi nie wierzy. Uwierzyła, gdy zobaczyła. Miała z tego tyle samo, jeśli nie więcej uciechy, niż Garet. [/FONT] [FONT=Arial] -O Boże, jaki śmieszny! Patrz, jakie on miny robi! Myszunia, jaki ty jesteś słodki! Mamuś, zobacz, jak sobie genialnie radzi z drzwiami od pokoju! O, spadło mu. Biedactwo, podaj![/FONT] [FONT=Arial] -Nie gadam z tym złodziejem. Garet, wiesz, że już zżarłeś co najmniej trzy pięćdziesiąt? Co ty sobie wyobrażasz, że ile ja zarabiam?![/FONT] [FONT=Arial] Garet, być może skruszony, w ramach rekompensaty skonsumował wieczorem cztery ćwiartki kurczaka, po czym zabrał się do kocich chrupek. Kaja w milczeniu wstawiła kolejne obrane ze skóry i tłuszczu kurze ćwiartki do gotowania. [/FONT] [FONT=Arial] -Chryste Panie, ten kundel mnie zrujnuje. Przecież teraz kilo kosztuje około ośmiu złotych. A on to zżera jako połowę kolacji! Nie licząc naszych śniadań, drugich śniadań i obiadów! O ubraniach nawet nie wspomnę – jęczałam, obrzucając niechętnym spojrzeniem Gareta, który zwisał ze swojego fotela i ze wzrokiem utkwionym w kredensie ociekał pożądliwą śliną wprost do mojego talerza z kalafiorem. [/FONT] [FONT=Arial] -Zabierz ze mnie tego odrażającego potwora! – zażądałam. –Skąd on ma takie wredne geny![/FONT] [FONT=Arial] -To nie ja! – zaprotestowała natychmiast Kaja. – Jako dowód mam indeks. Prawie mnie tu nie było przez te lata! Garecik, zostaw mamusię! Chodź do miseczki![/FONT] [FONT=Arial] Garet nawet nie drgnął.[/FONT] [FONT=Arial] -Dzięki za interwencję – warknęłam. [/FONT] [FONT=Arial] Jak zwykle od trzeciej w nocy odprężałam się przy swoich lękach. Od tygodnia są skupione na Uli, która umiera w wieku trzydziestu czterech lat, bo trafiła na debila, który przez dwa lata leczył jej FARMAKOLOGICZNIE nadżerkę. Kiedy wreszcie trafiła z krwotokiem na onkologię, cała dokumentacja w nadprzyrodzony sposób zaginęła. Gdyby, w równie nadprzyrodzony sposób, mógł zniknąć z powierzchni ziemi członek klanu lekarskiego, który, ku zgubie mieszkańców, opanował opiekę zdrowotną w moim ulubionym mieście, może bym się tam przeprowadziła. [/FONT] [FONT=Arial] Za oknem jednostajnie chlupotał deszcz, a pojawiająca się powoli przygnębiająca szarość wróżyła kolejny, zapleśniały dzień. [/FONT] [FONT=Arial] Około piątej przypomniał sobie o mnie Koleś i wdzięcząc się, gaworząc oraz wysyłając uwodzicielskim wzrokiem serduszka, wpasował się w zgięcie między tułowiem a udami. Mruczał rozkosznie, wciskał mi głowę w rękę, a na koniec polizał mnie szorstkim języczkiem po kciuku. Słodki był jak nieszczęście, wie, że mam do niego słabość, niestety, musiałam iść do łazienki. Gdy wróciłam, obrażony ulokował się z tyłu, w zgięciu kolan. W tym momencie Perła, warcząc jak zepsuty odkurzacz, zagnieździła się obok mojej głowy. Poprawiłam zdrętwiałe ramię i zaczęłam zasypiać. Niestety, dochodziło wpół do dziewiątej i wstała Irena. Koleś wystrzelił jak oparzony w nadziei na jakiś nadzwyczajny posiłek, Perła mocniej wcisnęła się w moją szyję i pojawił się okrutnie spóźniony Garet. Z ciężkim westchnieniem uwalił się za moimi plecami, wciskając mnie w ścianę. Głuche klapnięcie świadczyło o tym, że właśnie wypuścił z zębów pantofel Kai. Usiłowałam znaleźć trochę miejsca dla nóg, gdy wskoczył na mnie Koleś. Zdegustowany zatrzymał się na mojej kości biodrowej, niemal czułam, jak analizuje beznadziejną sytuację, machnął ogonem, aż się zachwiał, fuknął zirytowany przez nos i zeskoczył na podłogę.[/FONT] [FONT=Arial] Po chwili ciszy dom zadygotał od dzikiego galopu. [/FONT] [FONT=Arial] Koleś?![/FONT] [FONT=Arial] Wpadła na ściany, rzucał sobą o podłogę z mebli, skrzypiał pazurami na zakrętach. Wreszcie Garet, zaintrygowany, zeskoczył z łóżka i poszedł się rozejrzeć. W sekundę potem Koleś z rozszerzonymi do granic możliwości źrenicami wylądował obok moje twarzy. Sapnął raz jeszcze, puścił mi wiązankę serduszek, a kiedy przewróciłam się na plecy, rozanielony ulokował mi się na nogach. Zasnęłam, masując mu kręgosłup, co zawsze wprawia go w stan ekstazy.[/FONT] [FONT=Arial] Obudziłam się gwałtownie, walcząc o życie. Złapawszy oddech ujrzałam nad sobą kretyński wzrok Gareta, który poprawiał sobie wełnianą poduszkę trzymaną w zębach. [/FONT] [FONT=Arial] -Chryste – charknęłam – ty morderco! [/FONT] [FONT=Arial] -Chciał mnie udusić! – wrzasnęłam do Kai, która stała obok mojego łóżka z odzyskanym pantoflem w ręce. [/FONT] [FONT=Arial] -No co ty, mamuś, on tylko chciał ci dać buzi, ale zapomniał, że ma poduszkę w mordce![/FONT] [FONT=Arial] -Jezus, zginę we własnym łóżku przez tego psychopatycznego złodzieja i debilnego recydywistę! [/FONT] [FONT=Arial] -Dusiciel z Olkusza! – zachichotało moje dziecko, już prawie psycholog sądowy... [/FONT]
  3. My też cmok, cmok. Ale gdybyś wiedziała, co Garet ostatnio jada, to chyba byś nie chciała...:loveu:
  4. :loveu:No to Cię zamęczę, kochana. Masz jeszcze. [FONT=Arial]Wykąpanie Gareta stało się sprawą naglącą. Nie, żeby on się upierał, albo lśnił mniej, niż zwykle. Ostatecznie kilka razy dziennie poleruje się ze wszystkich stron na kanapie albo na moim łóżku. Czułam jednak, że nosi w sobie przynajmniej pół worka poremontowych odpadów. Ilekroć byłyśmy już prawie zdecydowane, któraś z nas dochodziła do wniosku, że jest zbyt chłodno albo wieje zdradziecki wiatr. Lepiej mieć psa brudnego, niż chorego. Zresztą lada dzień... Nie spodziewałyśmy się klęski, jaką natura trzymała w zanadrzu, wyszczerzając się złośliwie. [/FONT] [FONT=Arial] W ostatni pogodny dzień przytaszczyłyśmy ze spaceru kępy maków, chabrów, rumianków i dzikich goździków, które postanowiłam zasadzić w ogrodzie. Kaja mamrotała, że to się i tak nie uda. Uwielbiam polne kwiaty, więc nie zwracałam uwagi na jej marudzenie. Przyniosła łopatę z piwnicy i zasadziła kwiaty wokół basenu. Zrobiłabym to sama, gdyby nie łokieć, ale Kaja wie, kiedy nie ma sensu dyskutować z moim obłędem, a sąsiedzi już się chyba przyzwyczaili, że w niedziele i święta na ogół dzieje się u nas coś nietypowego. Podlałyśmy kwiaty deszczówką z basenu. Niepotrzebnie, bo zaraz spadły pierwsze krople deszczu. Potem następne i tak już zostało. Leje od miesiąca. Maki, moja wielka, nieodwzajemniona miłość, faktycznie się nie przyjęły, ale pewnie dlatego, że Kai nie chciało się kopać głębokich dziur i ułożyła korzenie poziomo. Od razu jej mówiłam. Za to chabry i goździki mają się nieźle. [/FONT] [FONT=Arial] Przypomniałam sobie, że kilka dni wcześniej kupiłam Garetowi świnię i schowałam ją, żeby wręczyć mu prezent przy Kai, bo spodziewałam się niezłego widowiska.[/FONT] [FONT=Arial] Świnia było spora, wielkości małego prosiaczka. Chrumkała jak żywa i tylko czasami te dźwięki przypominały pierdnięcia. Pan w sklepie zapewnił mnie, że jest wykonana ze specjalnie wzmocnionego lateksu i pies nie powinien od razu jej rozerwać. Hm... [/FONT] [FONT=Arial] Ponieważ chrumkała od byle dotknięcia, szłam bardzo ostrożnie i uważałam, żeby niebacznie nie nacisnąć torby. Ze zdenerwowania zrobiłam się wściekle głodna, więc po chwili wewnętrznej walki zboczyłam do swojego ukochanego baru „Zosia”, gdzie mają fantastyczne żarcie i przyzwoite ceny, a za surówkę z białej kapusty, gulasz wołowy i roladę powinni dostać kulinarnego Oskara. [/FONT] [FONT=Arial] Z nabożną ostrożnością powiesiłam torbę ze świnią na wieszaku i pomyślałam z przygnębieniem, że naprawdę muszę coś ze sobą zrobić. Jeszcze rok temu byłam szczupła, a teraz, gdyby nie wzrost, toczyłabym się jak obiekt wielkości kuli ziemskiej w kierunku sterowanym pochyłością podłoża. Koszmar! A na strychu optymistycznie czeka kilkadziesiąt worków z odzieżą w rozmiarze od 38 do 42. No dobrze, do 44...[/FONT] [FONT=Arial] Zachrumkałam Kai za plecami. Złapała się za serce i odwróciła zszokowana. [/FONT] [FONT=Arial] -O Boże, co to jest?![/FONT] [FONT=Arial] -Śliczna, prawda?[/FONT] [FONT=Arial] -Jest okropna! – zawołała ze śmiechem. [/FONT] [FONT=Arial] Zachrumkałam jeszcze kilkakrotnie trzymając świnię wysoko nad głową, bo Garet nagle uniósł się nad ziemią z oczami nieprzytomnymi z pożądania. Nigdy nie widziałam go w takim stanie i jestem pewna, że gdybym zawiesiła świnię na żyrandolu, w tej fazie amoku bez wysiłku zacząłby lewitować. Chwycił zabawkę w zęby. Chrumknęła i zakwiczała. Wzdrygnął się, upuścił ją na podłogę i wszystko mu się zjeżyło. Pacnął ją łapą i odskoczył porażony okropnym dźwiękiem. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym spróbował jeszcze raz. Świnia zaprotestowała gwałtownie, ale tym razem trzymał. Zagrała w nim krew myśliwskich przodków. Tańczył, podrzucał głową i zmieniał nacisk zębów wydobywając ze świni dźwięki zarzynanego tępym nożem wieprza. Śmiałyśmy się i jęczały jednocześnie, bo to było aż nazbyt realistyczne. Omal nie wyrwałam mu zabawki z zębów, tak rozpaczliwie błagała o życie. W jej kwikach brzmiał też bunt i nienawistny protest. Garet, z nawiedzonym, obłąkanym wzrokiem, popędził do pokoju, aby dokończyć rzeź na kanapie. Świnia chrumkała resztkami sił. [/FONT] [FONT=Arial] -O Boże, to okropne! – zawołała Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] -Drugiej mu nie kupię, za droga. [/FONT] [FONT=Arial] W drzwiach pokoju natknęłyśmy się na Gacię. Stała sztywno, z najeżonymi wąsami, wybałuszonymi oczami i ogonem wciśniętym między tylne łapy. Widać było, że ze wszystkich sił stara się ogarnąć sytuację, ale możliwości poznawcze ją zawodzą. Poddała się po kolejnym, agonalnym kwiku i spanikowana umknęła do pokoju Ireny. [/FONT] [FONT=Arial] Świnia wydała jeszcze kilka chrapliwych chrumknięć i zamilkła. Bezradne poświsty przez ryjek towarzyszyły brutalnej sekcji, której Garet błyskawicznie dokonywał na specjalnie wzmocnionym lateksie. Pozbawiona uszu i nóg w zemście zza grobu wydalała z siebie watę, którą Kaja wydzierała Garetowi z pyska. Wkrótce został już sam lateks, który Garet, ogarnięty szałem niszczenia, maltretował nadal. [/FONT] [FONT=Arial] Dokonałam w myśli stosownych obliczeń i wyszło mi, że powinnam zarabiać 120 złotych na godzinę, żeby zaspokoić potrzeby łowieckie naszego psa... [/FONT] [FONT=Arial] Paweł zwolnił się z pracy nie z powodu zarobków. Nie mógł dogadać się z Ewą, z którą ja dogaduję się bez trudu. Podobno dlatego, że nie jest moją szefową, tylko koleżanką. Nie jestem o tym przekonana, wydaje mi się, że nawet, gdyby łączyły nas zależności służbowe, nadal uważałabym ją za wyjątkową kobietę. [/FONT] [FONT=Arial] Od czasu złożenia wypowiedzenia stał się wyluzowany i nagle okazało się, że ma dużo czasu. W przeciwieństwie do mnie, bo zaczęłam składać nową stronę internetową i jeśli już odrywałam wzrok od monitora, to był on nadal nieprzytomny. Mózg funkcjonował mi jednokierunkowo, w trybie css, a zdolności komunikowania się spadły niemal do zera. W dodatku żarły mnie wyrzuty sumienia, bo obiecałam miłej stażystce, że pomogę jej w rozgryzieniu nowego programu do składania gazety, ale nie byłam w stanie znaleźć ani chwili wolnej. No i męczyło mnie kozie mleko...[/FONT] [FONT=Arial] Pawła zauważyłam w kuchni, kiedy na niego wpadłam. Właśnie uprzejmie zalał mi kawę w półlitrowym kubku i wpatrywał się w tenże kubek.[/FONT] [FONT=Arial] -Ups, sorry, chyba zbyt gwałtownie wlałem wodę...[/FONT] [FONT=Arial] Zajrzałam mu przez ramię. Kawa bulgotała, wypuszczając na powierzchnię duże bąble powietrza. Pierwszy raz spotkałam się z takim zjawiskiem. [/FONT] [FONT=Arial] -O, cholera... Już nieraz myślałam, że powinnam dokładniej myć ten kubek... – powiedziałam zmartwiona. [/FONT] [FONT=Arial] Bąble leciały nadal. [/FONT] [FONT=Arial] -Paweł, może to coś jeszcze żyje i da się uratować? Sztuczne oddychanie albo co... – Spojrzeliśmy na siebie i wybuchnęliśmy śmiechem. Będzie mi go brakowało.[/FONT] [FONT=Arial] Kozie mleko to moja wielka porażka. Nasza koleżanka Hipcia usłyszawszy o jego wyjątkowych właściwościach od właścicielki miejscowego sklepu spożywczego doszła do wniosku, że wyleczy ono połowę jej urojonych dolegliwości. Sama podkarmiłam tego potwora ściągając dokładne dane z Internetu. Oznajmiłam przy tym, że smród jaki wydzielają kozie produkty, czyni je dla mnie niemożliwymi do spożycia. [/FONT] [FONT=Arial] Hipcia natychmiast wygłosiła wykład o prawidłowej hodowli kóz, która wyklucza jakikolwiek nieprzyjemny zapach. Jako dowód dała mi spróbować na końcu łyżeczki odrobinę mleka, którym raczyła się jak eliksirem życia. Faktycznie, nie czułam żadnego paskudnego zapachu. Może to faktycznie moje uprzedzenia? Bo przecież przy moim węchu... A jeśli okaże się lecznicze przy mojej rozpaczliwie suchej skórze? Obliczyłam, że na 300 ml co drugi dzień mogłabym sobie pozwolić. No i Kai trądzik. Podobno synowi jednego lekarza minął jak ręką odjął.[/FONT] [FONT=Arial] Kolejnego wykładu o prawidłowej hodowli kóz wysłuchałam od sympatycznej właścicielki sklepu spożywczego. Często u niej coś kupuję, bo jest bardzo pogodna i do każdego zwraca się czule „słoneczko”, „kochanie” albo „skarbie”. Zapisałam się w kolejce i przypominałam się co jakiś czas, a ona obiecywała, że da mi znać, gdy koźlątka staną się mniej zaborcze. W trakcie tego kilkutygodniowego oczekiwania kozie mleko stało się wreszcie dla mnie przedmiotem najwyższego pożądania. Z triumfem dzierżyłam pierwszą buteleczkę. Zdecydowanym ruchem odsunęłam z biurka myszkę i półmetrowej wysokości stos papierów. Nalałam do kubka specjału i pociągnęłam spory łyk spodziewając się smaku delikatnej, słodkiej śmietanki. Na obliczu malowała mi się błogość wywołana wizją lśniącej skóry niewymagającej kremów nawilżających i natłuszczających. [/FONT] [FONT=Arial] Wytrzeszcz i zaciśnięte gardło położyły trupem wszystkie nadzieje. Kiedy otrząsnęłam się z szoku, próbowałam sobie wytłumaczyć, że zapach jest naprawdę nikły, to cień zapachu! Poza tym to lekarstwo! I szlag by trafił mój zwierzęcy węch! Już mój eks-małżonek twierdził, że to coś nienormalnego, że czuję intensywny zapach białych lilii, które w końcu znaleźliśmy w odległym o dwadzieścia metrów zamkniętym kościele![/FONT] [FONT=Arial] Zmęczyłam tę pierwszą buteleczkę walcząc z odruchami wymiotnymi. Nieźle działało, bo przez resztę dnia było mi niedobrze i nie miałam ochoty na jedzenie. [/FONT] [FONT=Arial] Pół drugiej wypiłam z mocną kawą, która jednakże w połączeniu z zabielaczem wymagała cukru, ale i tak śmierdziała. Potem poddałam się. Przez kolejne trzy tygodnie mleko wypijał Garet, z oznakami wyraźnego zachwytu. Cera poprawiała mu się z dnia na dzień. Świadomość, że utrzymanie naszego kundla kosztuje już trzykrotnie tyle, co moje, wywoływała we mnie oznaki buntu. Wstyd mi było zrezygnować z tak ciężko wywalczonego specjału, ale wreszcie znalazłam rozwiązanie – Grażynka, moja ukochana koleżanka, z chęcią przejęła nieszczęsną butelkę. Jest właśnie na etapie wychodzenia z głębokiej, wieloletniej depresji i cieszy się jak szalona każdym przybywającym jej kilogramem. Niestety, w swej prostoduszności oznajmiła właścicielce kóz i sklepu, że ja już mleka nie chcę. Za nic. [/FONT] [FONT=Arial] Już tam nie kupuję. Jakoś mi głupio... Garet pogodził się z utratą mleka, bo odkrył nowy przysmak – kalafiora z masełkiem i bułką tartą. Pożera go z przymkniętymi z rozkoszy oczami, spluty z zachwytu. [/FONT]
  5. [FONT=Arial]Każdy mój remont odbywa się na wariackich papierach i konsekwentnie przypada na czas mojego urlopu lub chorobowego. Zapomniałabym – zaczyna się też całkowitym brakiem fachowców, a nawet nadziei na nich. [/FONT] [FONT=Arial] Plany miałam ambitne – doprowadzić do ludzkiego wyglądu spiżarnię, w której tynk już całkowicie odpadł ze ścian i zrobić tam stanowisko do gotowania, a w dużej kuchni urządzić jadalnię i ogólną przechowalnię dwunogów i czworonogów, bo wiadomo, że wszystko, co żyje, gromadzi się w kuchni. Z wyjątkiem Ireny, która żyje, ale się nie gromadzi. [/FONT] [FONT=Arial] Po wykonaniu kilku telefonów popadłam w posępne zamyślenie. Leszek nie mógł i Zdzichu nie mógł. Miruś nie mógł, a Mariuszowi, podejrzewam, zwyczajnie się nie chciało. Zresztą wyjeżdżał. Do Staszka nawet nie dzwoniłam. Starej Pokrzywy nie chciałam, bo liczy sobie jak za woły, poza tym jest powolny do tego stopnia, że budzi we mnie mordercze skłonności, a przy tym ględzi bez przerwy w sposób tak irytujący, że wyzwala tę ciemną stronę mojej natury, o której nawet myśleć nie chcę. [/FONT] [FONT=Arial] Intensywne rozmyślania doprowadziły do tego, że przypomniałam sobie młodego podopiecznego instytucji, która jest moją rodziną zastępczą. W zeszłym roku wyszedł z pierdla, do którego trafił za naiwność. Naiwność emanowała z niego wszystkimi porami mieszając się z wrodzoną prostodusznością i dobrocią. Dysfunkcyjna rodzina nie przygotowała go do życia i w oczy biło, że jest skazany na kłopoty. Poruszył mnie jego przypadek, oderwałam się od swoich spraw i rozmawiałam z nim długą chwilę, starając się go trochę wzmocnić, choć było jasne, że tu potrzebna jest długa psychoterapia. Dał mi swój telefon, gdybym kiedyś potrzebowała kogoś do robót budowlanych. Prostych – uprzedził uczciwie – jak na przykład postawienie murku. Chwilowo nie potrzebowałam, bo wtedy po moim domu grasował Zdzichu, siejąc kreatywne zniszczenie i cudem raz za razem unikając śmierci albo przynajmniej trwałego kalectwa. [/FONT] [FONT=Arial] Teraz telefon Chłopca okazał się nieaktualny. Koleżanki jednak pomogły i już następnego dnia przyjechał na oględziny. Widok zrujnowanej spiżarni wcale go nie przeraził. Przez miniony rok podniósł swoje kwalifikacje i gotów był mi zrobić nawet stiuki, o gładziach gipsowych nie mówiąc. Swoje pełne entuzjazmu opowieści dokumentował zdjęciami zrobionymi telefonem. Czoło zdobiła mu świeża blizna. Od czasu, gdy widzieliśmy się po raz ostatni, został kilkakrotnie okradziony i pobity, raz niemal śmiertelnie. Opowiedział mi ze szczegółami o wszystkich swoich przygodach, a ja pojękiwałam patrząc na niego ze zgrozą. Z jego przejrzystych, jasnych oczu nadal biła ta sama, bezgraniczna naiwność. Nie ma szans, przyciągnie każdego męta. Nawet ktoś z ćwiartką mózgu zauważy od razu, że nie trafi na żadne granice, bo Chłopiec po prostu ich nie posiada. W dodatku jest w nim zero agresji i jest bezbronny jak Czerwony Kapturek. Pomyślałam z rozpaczą, że trzeba by go wysłać jeszcze raz do przedszkola i wychować od nowa. Jeśli ktoś silny nie zaopiekuje się nim, i to szybko, nie wróżę mu długiego życia i naturalnej śmierci. [/FONT] [FONT=Arial] Porozmawialiśmy o kosztach. Cenę podał bardziej niż przyzwoitą, powiedział, że przyjedzie z kolegą, który mu pomoże. Kolegę spotkał w Holandii, gdzie pracowali w firmie, która ich wystawiła tak, że na bilet musieli pożyczać. [/FONT] [FONT=Arial] -Ale już wkrótce – zapewnił Chłopiec z żarliwą wiarą, zatrudnią się w naprawdę dobrej, uczciwej firmie. Jęknęłam ponownie. Boże, rzuć choć czasami okiem, jeśli nie na swoje owieczki i barany, to chociaż na jagnięta![/FONT] [FONT=Arial] Dałam mu pieniądze na busa. Przez cały wieczór i większość nocy wynosiłam nieprawdopodobną ilość rzeczy do piwnicy. Część od razu przeznaczyłam do wyrzucenia. Pozostało mieć nadzieję, że Irena, wiedziona głębokim sentymentem, nie wygrzebie ich ze śmieci. [/FONT] [FONT=Arial] Następnego dnia panowie pojawili się punktualnie. Kolega Chłopca okazał się mężczyzną niewiele młodszym ode mnie, bardzo schludnym, małomównym i dobrze zorganizowanym. Wkrótce przekonałam się, że jest pedantem i perfekcjonistą, a przy tym doskonałym fachowcem. Pojawiła się szansa, że remont jednak będzie zrobiony i to należycie. [/FONT] [FONT=Arial] Panowie bardzo uważali, żeby nie wypuścić Gareta na ulicę, pozwalali się obcałowywać, drapali i głaskali, choć Fachowiec cierpiał w widoczny sposób, kiedy obłąkany kundel osuwał się, powalony rozkoszą, wprost w gruzy. Usuwać go trzeba było niemal operacyjnie, ale wracał jak bumerang. Stałam się właścicielką najbrudniejszego psa w mieście. [/FONT] [FONT=Arial] Fachowiec pracował precyzyjnie, w sposób przemyślany, wydajny i w milczeniu. Chłopiec też czasami pracował, podejrzewam, że wtedy, kiedy nie było mnie w zasięgu słuchu, wzroku oraz odległości mniejszej niż pół kilometra. [/FONT] [FONT=Arial] Jeśli tylko zdołał mnie namierzyć, entuzjastyczny okrzyk – proszę pani! – zwiastował długą, choć z czasem coraz bardziej jednostronną rozmowę. [/FONT] [FONT=Arial] Największe problemy miałam ze zgromadzeniem materiałów. Płytek w odcieniu zieleni, na jaki się uparłam, w całym mieście nie było. Wiem, bo objechałam z Mirusiem wszystkie markety budowlane. Pozostała Castorama. Oraz Pokrzywa, którego po dramatycznym, acz bezskutecznym poszukiwaniu innego środka transportu, wynajęłam. Zapłaciłam za transport tyle, że samochód z Castoramy przewiózłby mi stado słoni wraz z kawałkiem środowiska naturalnego, choć nie natychmiast, a ja potrzebowałam materiałów na już i wyruszyliśmy charczącym polonezem w kierunku Sosnowca. Nie rozumiem, dlaczego człowiek, który ma dochód trzykrotnie większy niż ja, jeździ czymś takim. Z zastygłą twarzą przez całą drogę słuchałam czegoś w rodzaju śląskiego disco-polo. Aby nie ranić uczuć wyraźnie zachwyconego Pokrzywy, manipulującego taśmami magnetofonowymi, których nie widziałam co najmniej od dziesięciu lat, zaopiniowałam szczerze, że to jest... bardzo rytmiczne...[/FONT] [FONT=Arial] Pokrzywa jęczał przy każdej ładowanej na wózek paczce płytek. Że słabe resory mu siądą na amen. To co on myślał, że pojechałam po koperty?! Z głuchym i tępym uporem załadowałam jeszcze 10 litrów amigruntu, 30 kg superkleju do płytek oraz 8 litrów mojej ukochanej i sprawdzonej farby lateksowej, co chwilę twierdząc, że „to” wezmę na kolana. Musiałabym mieć kolana jak stumetrowy posąg Buddy. Ale ostatecznie chodziło mi też o ograniczenie kosztów, a w mieście to wszystko kosztuje o 20% drożej, nie mówiąc o odpowiednich płytkach, których nie ma... [/FONT] [FONT=Arial] W drodze powrotnej nadal słuchałam śląskich rytmicznych przebojów. W gruncie rzeczy, gdyby nie płytki, kupując wszystko na miejscu byłabym wygrana. Licząc przeżyty stres audiowizualny – podwójnie. [/FONT] [FONT=Arial] Wreszcie dobrnęliśmy z remontem do szczęśliwego końca. Chłopiec i Fachowiec z wypłatą i premią odjechali, a na gruzach pozostaliśmy w trójkę: Garet, załamany po stracie nowych przyjaciół, Irena, ziejąca ponurą nienawiścią, jak przy każdych zmianach i ja, przygnębiona ogromem czekającej mnie pracy, bałaganem, brudem, bolącym łokciem, rozwłóczącym ubrania najbrudniejszym w mieście psem i uporem Ireny w kwestii przewiercenia dziury w ścianie i przeniesienia kuchenki w nowe miejsce. [/FONT] [FONT=Arial] Bez zwykłego zapału zabrałam się do nanoszenia masy plastycznej na ściany, czyli bez eufemizmów – murowania i odciskania liści. [/FONT] [FONT=Arial] Bez radości kupiłam witrynę i dwa ażurowe regały z jakiegoś orientalnego drewna oraz ogromną lodówkę. Czekało mnie pomalowanie szyb witryny, żeby nie było widać, jakie kuchenne okropieństwa są w środku. [/FONT] [FONT=Arial] Przyjechała Kaja i ustaliłyśmy, żeby na razie zrobić coś w rodzaju jadalni w wyremontowanej spiżarni. [/FONT] [FONT=Arial] Garet, porzucony przez fachowców, z potrzebami konfluencji zdeprywowanymi przez mnie z powodu doła, słał się po nas i okolicy wzdychając rozpaczliwie. Witrynę skręcałyśmy tak długo, że szybciej wystrugałybyśmy ją własnoręcznie z pnia uprzednio ściętej sosny. Pies przylegał ściśle do każdej właśnie rozpakowanej i analizowanej pod względem konstrukcji części i to tak ściśle, że zwlekanie go i zapobieganie powtórnemu zagnieżdżeniu wyczerpywało nas całkowicie. Był wszędzie. Rozesłany jak chodnik łazienkowy, wzdychający, jęczący i domagający się wyłącznej uwagi. Po wielu falstartach witryna wreszcie stanęła obok imponującej lodówki. Z regałem poszło nam lepiej. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja pomalowała sufit, zabejcowała witrynę, regał oraz framugi okna i drzwi. Co najważniejsze, w międzyczasie obłaskawiała Irenę, którą ja ignorowałam całkowicie z powodu nienawistnych spojrzeń, jakimi mnie obrzucała, nie doceniając mojego wysiłku. [/FONT] [FONT=Arial] Po weekendzie zostaliśmy – nadal na gruzach – w trójkę – niezaspokojony Garet, spacyfikowana Irena i ja w stanie permanentnego doła. [/FONT] [FONT=Arial] Do końca mojego urlopu ściany nowego pomieszczenia pokryły się groszkową farbą z piaskowym cieniem oraz satynową bejcą, odciski liści nabrały barw jesieni, a Garet wszystkich jednocześnie. Do minijadalni powędrował nasz piękny, odrestaurowany przeze mnie dwa lata temu kredens, dwa fotele, nowy regał i holenderski stół z kaflowym blatem. Zrobiło się ciasno, ale tak przytulnie, że zaanektowałam pomieszczenie na swój gabinet. [/FONT] [FONT=Arial] Garet natychmiast przywłaszczył sobie oba fotele oraz parapet, na którym rozłożyłam dopasowany kolorystycznie błam z króliczej skórki, żeby mu nie było zimno od kafelków. Na antycznym karniszu, który jakimś cudem oparł się mojej niszczycielskiej działalności, zawiesiłam zieloną zasłonę z juty, ignorując uwagi Kai, że worek to worek, obojętne, w jakim kolorze. [/FONT] [FONT=Arial] Pierwszego ranka, kiedy przed wyjściem do pracy zamierzałam zrobić trzyminutowy błyskawiczny makijaż, szarpnęłam zasłonę, żeby ją odsunąć. Na fotel wypadła zszokowana i oburzona Gacia, która widocznie zagnieździła się na mięciutkiej króliczej skórce i przez przypadek zaplątała się w zasłonę. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
  6. :calus:Dzięki. :splat:Jak mogłam tak pomyśleć?! Przecież to po prostu konsekwentne dążenie do najdoskonalszego w naturze kształtu (kuli).
  7. :shake:No, sama widzisz, Brzytwo, co Ania pisze. Nie dość, ze będzie lał, będzie gruby, jak ja, to jeszcze nieutulony w bólu po swoich ukochanych jajeczkach.:placz:
  8. :megagrin: O Jezu, Kinga, to musiało być świetne! To, że raz zdałam plac, nie oznacza, że zaliczę go po raz drugi. Człowiek jest taki pomysłowy... Aniu, jesli kiedykolwiek kupię coś jeżdżącego, to będę jeździć, bo gdy uda mi się zdać, to znaczy, że nauczyłam się jeździć... A na sznurku uwiążę Gareta. Sukinsyn sie uwstecznia. W każdym ciuchu mam dziury od tych paskudnych, ogromnych zębów, a dziś nad ranem obsikał mi urządzenie do ćwiczeń! A ja przedtem oskarżałam o to koty!
  9. :loveu:nooo, to podniosłyście mnie na duchu. Dzięki. Od lipca znowu zaczynam jazdy.
  10. :loveu:My Ciebie też, bardzo serdecznie. A o mleku w którymś z kolejnych odcinków. [FONT=Arial]Nie da się ukryć, byłam podenerwowana, łagodnie mówiąc. Już na wstępie, po cichu, ale paskudnie, nawarczałam na Jastrzębia gdy okazało się, że snujący się po okolicy nastolatek o smętnym obliczu ma jechać z nami. Dla Jastrzębia było to oczywiste, że nie będzie robił pustego przebiegu w drodze powrotnej, bo miałam zapłacone tylko dwie godziny jazdy przed egzaminem. Zrozumiałam i też stało się to dla mnie oczywiste, więc nawarczałam, że powinien mnie uprzedzić. Przyznał mi rację, widać uznał, że w stanie psychicznym, jaki prezentuję, lepiej godzić się ze wszystkim. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatni raz próba łuku. Kiedy pojeździłam trochę, Jastrząb poradził, żebym czasami łagodnie podgazowała, to samochód będzie jechał płynnie i nie będzie gasł. Znowu się zjeżyłam, bo dlaczego mi to mówi na ostatniej lekcji?! Ale ugryzłam się w język. Mogłabym wcześniej poćwiczyć. Jak teraz podgazuję, to staranuję nie tylko wszystkie pachołki, ale i okoliczne płoty... Nic takiego się jednak nie stało. Faktycznie, jakby lepiej. [/FONT] [FONT=Arial] O smętnym młodzieńcu za plecami prawie natychmiast zapomniałam, bo nie odzywał się i być może nawet nie oddychał. Ze zdenerwowania wpadłam w wisielczy humor i rechotaliśmy z Jastrzębiem przez całą drogę. [/FONT] [FONT=Arial] -Właściwie czym ja się denerwuję? Przecież nawet nie wyjadę z placu. Najdalej za dziesięć minut będę po egzaminie! Pamiętaj, zarezerwuj dla mnie kolejne kilkanaście lekcji. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie nastawiaj się tak. Powiedz sobie, że jedziesz, żeby zdać i zdasz.[/FONT] [FONT=Arial] -Oszalałeś chyba. Przecież żadnego manewru nie wykonam prawidłowo. Wiesz, co się ze mną dzieje w mieście.[/FONT] [FONT=Arial] -Przynajmniej z placu masz wyjechać. Zobaczysz, że lepiej się wtedy poczujesz. [/FONT] [FONT=Arial] -Jasne. Fantastycznie. Na pewno wyjadę, nawet naprawdę dobrym się to nie udaje. Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Będzie drugi egzamin, piąty, dziesiąty... Jakieś hobby trzeba mieć. Za dziesięć lat będzie trochę trudniej, ale ponaklejam sobie karteczki: „kierownica”, „dźwignia biegów”, „hamulec ręczny”...[/FONT] [FONT=Arial] Po mieście jeździłam jak zwykle, żadne natchnienie na mnie nie spłynęło. Po raz pierwszy zrobiliśmy manewr zawracania przy wykorzystaniu wjazdu do obiektu przydrożnego tyłem. Jastrząb tłumaczył, że to zupełnie jak na łuku, ale zrozumiałam to dopiero kilka dni później. Na razie rozumiałam tylko, że on doskonale wiedział, że nie mam szans, a jednak uparł się, żebym do egzaminu podeszła, chociaż chciałam znowu przełożyć. [/FONT] [FONT=Arial] Na wywołanie swojego nazwiska czekałam tak długo, że ze znużenia zamiast zdenerwowania ogarnęła mnie rezygnacja. Wreszcie wybiła godzina zero. Wyszłam na oślepiające słońce. Przy samochodzie powitał mnie z niezwykłą uprzejmością elegancki gość w wieku mocno średnim. Poprosił, żebym usiadła na miejscu pasażera, sam usiadł za kierownicą, a na tylne siedzenie, ku mojemu zdumieniu, wsunął się jakiś mafioso w oliwkowym garniturze, przyciskając do piersi podkładkę do pisania. Co u diabła?!...[/FONT] [FONT=Arial] Sprawa wyjaśniła się, kiedy egzaminator przedstawił go jako kontrolera. Prawie wybuchnęłam śmiechem. No bo komuż mogło się coś takiego przytrafić, jeśli nie mnie?! Wysłuchałam instrukcji i egzaminator włączył kamerę. Przeszliśmy próbę bebechów pod maską oraz świateł, potem wjechał na łuk i reszta należała do mnie. Przejechałam ten łuk spokojnie i precyzyjnie, jakby prowadził ktoś inny. Elegancko ruszyłam z ręcznego na wzniesieniu, nawet nie wyjąc silnikiem. Obaj moi towarzysze wsiedli. Przejechałam ostrożnie przez plac, żeby przypadkiem kogoś nie rozjechać już w pierwszej minucie, przystanęłam przed wyjazdem na drogę i zrozumiałam, że godzina cudów się skończyła. Pokonałam jakoś małe rondo, potem zawróciłam w lewo, choć możliwe, że nie z lewego pasa, tylko ze środkowego, ale tego już nie pamiętam, przejechałam kolejne rondo, wyjechałam na jakąś paskudną, ruchliwą, główną drogę i zgłupiałam ostatecznie. Coś mi majaczyło, że oczekują ode mnie zawrócenia, co wiązało się ze zjechaniem na lewy pas i pokonaniem torów tramwajowych, ale w tym momencie moje władze umysłowe zażądały natychmiastowej separacji i rozwodu, natomiast histeria przycisnęła mnie czule do sparszywiałej piersi. Przypominam sobie mgliście, że naciskałam wszystkie pedały jak klawisze fortepianu, a z jakiegoś powodu jedynka wydała mi się biegiem najbardziej godnym pożądania. Jednocześnie czułam wzbierający w piersi dziki śmiech, co jednakże udało mi się resztkami sił zwalczyć. Ocknęłam się nieco, gdy zatrzymaliśmy się w jakiejś zatoczce. Egzaminator, z natury śniady, nie zbladł, ale mocno pozieleniał. Po kilku minutach wyszedł ze stanu przedzawałowego i poprosił, żebyśmy się przesiedli, na co zgodziłam się z radosną ulgą. [/FONT] [FONT=Arial] Pod WORD-em odzyskałam przytomność. Przeprosiłam szczerze, że naraziłam go na taki stres. Wymamrotał słabym głosem, że to jego zawód. Powiedziałam, że jestem całkowicie świadoma tego, iż nie jestem jeszcze gotowa do jazdy po mieście i potrzebuję dodatkowych lekcji, które na pewno wezmę. [/FONT] [FONT=Arial] -Pani Asiu, przyznam, że byłem zachwycony stylem, w jakim pokonała pani plac. Ale kiedy wyjechała pani na drogę... naprawdę mnie pani przeraziła. [/FONT] [FONT=Arial] Kontroler coś bełkotał z tylnego siedzenia, ale nie zwracałam na niego uwagi, bo był obleśny, antypatyczny i obrośnięty brodawkami. Skupiłam się na słowach egzaminatora, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że jego nienaganna uprzejmość wynika z obecności tegoż odrażającego kontrolera. Naprawdę mu współczułam. Kiedy wypełniał arkusz błędów, popadł w głęboką rozterkę. [/FONT] [FONT=Arial] -Ja nawet nie wiem, jak to nazwać... To jest dla pani instruktora, pani Asiu. [/FONT] [FONT=Arial] -Mam fantastycznego instruktora – zapewniłam. –Jest najlepszy, ale niestety, nie ma wpływu na to, że wpadam w panikę...[/FONT] [FONT=Arial] Przeprosiłam jeszcze raz. Pocałował mnie w rękę i nie puszczając jej, zapytał:[/FONT] [FONT=Arial] -Żadnych pretensji i żalów?[/FONT] [FONT=Arial] -Ależ skąd. Oczywiście, że nie. Wezmę dodatkowe lekcje i postaram się, żeby następnym razem było lepiej. [/FONT] [FONT=Arial] Wróciłam do domu w objęcia Gareta. Na progu czekał na mnie z utęsknieniem stos sponiewieranych, złachmanionych ubrań, a w spiżarce dwóch fachowców i remont. [/FONT]
  11. :diabloti:Kurde, nawet nie wiesz, jak trafiłaś. Historię o mleku (kozim) opiszę wkrótce. :loveu:
  12. :loveu:Nawet jeśli się nie odzywam, to Was kocham. No to kawałeczek: [FONT=Arial]13.06.2009 sobota[/FONT] [FONT=Arial] Uch, prawie miesiąc przerwy w pisaniu. Zmęczył mnie ten urlop z prawem jazdy, łokciem i remontem. Z tych trzech rzeczy prawo z góry skazane było na niepowodzenie. Od pierwszej jazdy pogłębiała się we mnie trauma wzmacniana przekonaniem, że moje umiejętności podlegają prawom ewolucji jadącej na wstecznym, jak większość roślin w naszym ogrodzie i domu. Lepiej by mi zrobiło, gdybym miała po dwie, trzy jazdy w tygodniu. Mogłabym otrząsnąć się z szoku i zasymilować doświadczenia. Ale Jastrząb był zdania, że powinnam jeździć codziennie, więc jeździłam. Z nim nie ma co dyskutować, wie swoje i koniec. Chociaż w autoreklamie przedstawia się jako człowiek chętny do podejmowania dialogu i polemizowania.[/FONT] [FONT=Arial] -Guzik prawda. Kiedy ostatni raz przyznałeś komuś rację? Dziesięć lat temu? – zbuntowałam się po jakieś drobnej różnicy zdań, kiedy to on pamiętał co innego, ja co innego. –Jesteś dyrektywny, nawet despotyczny, poza tym jesteś obsesyjnym pedantem. Myślisz, że spędzając z tobą tyle czasu, nic nie zauważam? Założę się, że gdy wchodzisz do domu, wszystkie buty stają karnie na baczność. A gdybyś zauważył ślad kurzu na meblach, wezwałbyś pluton egzekucyjny![/FONT] [FONT=Arial] Ugryzłam się w język zanim powiedziałam, że współczuję jego żonie. Ale i tak spojrzał na mnie tym wzrokiem od wrzodów żołądka, twarz mu lekko zastygła, ale się opanował. [/FONT] [FONT=Arial] -Pluton, to może nie...[/FONT] [FONT=Arial] -Jasne, sam byś strzelał – rzuciłam lekko i pospiesznie zmieniłam temat, bo poczułam, że wkraczam na grząski grunt. Rozeszło się po kościach. Wolałam mieć obok Jastrzębia promieniejącego dobrym humorem i ciepłymi spojrzeniami, które, jak zaczęłam podejrzewać, wyćwiczył do perfekcji w czasach, gdy parał się aktorstwem. Swoją drogą, niezwykle ciekawy i wszechstronny człowiek. [/FONT] [FONT=Arial] Miłe pogawędki kończyły się po wjeździe do Dąbrowy. Na pierwszym rondzie. Właściwie to miasto powinno nazywać się Rondowa Górnicza. Szczerze mówiąc, wolę ronda niż skrzyżowania. Najwyżej mi się pomyli droga wyjazdowa. A na skrzyżowaniach głupieję dokumentnie i ogarnia mnie panika. Im bardziej rozbudowane, tym większa. [/FONT] [FONT=Arial] -Asiu. Nie mów: „kurwa, co ja mam robić?!”, bo jesteś od razu ugotowana. Zaczynasz od złej strony. [/FONT] [FONT=Arial] -Jasne – potakiwałam potulnie, po czym w tej samej sytuacji prezentowałam objawy psychotycznego debilizmu, jeśli w ogóle psychiatria zna takie określenie. [/FONT] [FONT=Arial] W rezultacie skrzyżowania pokonywałam na zasadzie bata trzaskającego nad głową. [/FONT] [FONT=Arial] -No?!!! Teraz!!! Gaz!!! Dwójka!!! Gdzie jedziesz?! Pod prąd?! Ten pas!!! – i Jastrząb łapał za kierownicę, ratując nas od stłuczki. [/FONT] [FONT=Arial] Przytomność i władzę w kończynach odzyskiwałam jakieś pięć minut później. Akurat w czasie tych pięciu minut tłumaczył, co powinnam była zrobić. Przegwizdane. Biedny facet. Powinien mnie prowadzić instruktor skazany na dożywocie, w ramach kary, przed zwolnieniem warunkowym. Chyba błagałby o przywrócenie wyroku śmierci. [/FONT] [FONT=Arial] Przerywnikiem koszmaru była kolacja imieninowa. Dwa dni przed, w piątek, akurat wszyscy mogli. [/FONT] [FONT=Arial] Oczywiście zbyt optymistycznie obliczyłam czas. Spałam za długo. W południe, po panicznej kąpieli, przy pomocy Ireny przygotowałam pierogi z nadzieniem jak na jajka faszerowane plus zielony groszek. W cieście szpinakowym. I sos serowy, mój numer popisowy. W pośpiechu i niedbale wykonałam makijaż, po czym pognałam na busa do Krakowa. Cudem zdążyłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Pani Joanno, jeśli nie czuje się pani gotowa, czy może pani przełożyć egzamin? Może tak było by lepiej, żeby nie potęgować traumy – podsunęła mi terapeutka. [/FONT] [FONT=Arial] -Mogę. Ostatecznie wciąż bezskutecznie leczę łokieć. Miałam nawet takie pokusy. Ale Jastrząb chce, żebym chociaż wyjechała z placu. Wydaje mu się, że wtedy lepiej się poczuję. A, niech ma. Przynajmniej przekonam się, jak to jest. [/FONT] [FONT=Arial] Potem przeszłyśmy do tematu złości i agresji. Składnik osobowości u mnie całkowicie wyparty. [/FONT] [FONT=Arial] -To istnieje. U każdego. To jest biologiczne. A u pani nie. Ludzie postrzegają panią jako osobę niezwykle ciepłą, wspierającą, spokojną, całkowicie pozbawioną złości czy agresji. Jest coś takiego, co projektuje pani nieświadomie. Bo gdyby pojawiła się złość, agresja, normalne dla wszystkich stany, to trup i koniec relacji. Dlatego ta agresja musi znaleźć ujście i obraca się przeciwko pani, jako zachowania autoagresywne. To, co panią niszczy. Nie umie pani wyrażać złości. [/FONT] [FONT=Arial] -Ale to nieprawda! –Błysnęłam intelektem, przypomniawszy sobie jak na zawołanie wyładowanie złości na Jastrzębiu.[/FONT] [FONT=Arial] -I komu pani dokopała wtedy, mówiąc, że pani jest do niczego? Jemu, czy sobie?[/FONT] [FONT=Arial] -Sobie – wymamrotałam po chwili. [/FONT] [FONT=Arial] Na jazdę zdążyłam. Jeśli będę mieć pod nosem ściągę, zdołam wykonać, być może, parkowanie równoległe. Albo i nie. Wciąż wchodzi mi w paradę krawężnik. Gdzie mam widzieć tego sukinsyna?! I kiedy?![/FONT] [FONT=Arial] Widok parkingu przed domem uzmysłowił mi, że goście dotarli tam przede mną. Pożegnałam się z Jastrzębiem i przejęłam kontrolę nad sytuacją. Przede wszystkim zebrałam wszystkie ubrania wywleczone przez Gareta, pozostawiając ocenę ich stanu na później. Od początku fatalnie reagował na moje napięcie związane z lekcjami jazdy i ciągłą nieobecnością fizyczną oraz psychiczną. Tą ostatnią traktował gorzej. W tym czasie, włączając w to szafę z podręcznymi ubraniami, zniszczył mi tyle rzeczy, że za ich równowartość kupiłabym sobie używany, dziesięcioletni samochód średniej klasy. Gdybym doliczyła te, które zmasakrował od początku naszej relacji rodzinnej, miałabym w garażu nowego!!! Chryslera cruisera, samochód najpiękniejszy od czasów zaistnienia motoryzacji. [/FONT] [FONT=Arial] Pierogi okazały się przebojem, a gwiazdą wieczoru. Gospodyni ani jednym, ani drugim.[/FONT] [FONT=Arial] -Potrafi malować, pisać, a w dodatku gotowanie wychodzi jej idealnie – wymamrotała zawistnie Magda, grzebiąc bez przekonania w jednym pierogu. Pozostali sapali po czwartej porcji, Artur domagał się pozwolenia na zjedzenie reszty sosu, a Magda przesuwała coraz bardziej sponiewierane zwłoki pieroga z jednego końca talerza na drugi. Przyzwyczaiłam się już do sposobu bycia Madzi, więc nie reagowałam. Zawsze zaczyna się od wyliczania, ile potrafi zjeść i ile właśnie zjadła na obiad. Kiedy wszyscy inni raczą się kolacją, ona dłubie widelcem w porcji zdolnej doprowadzić głodującego chomika do śmierci z niedoboru podstawowych składników niezbędnych do przeżycia, ale jest przy tym tak czarująca, że wszyscy godzą się z poklaskiem na śmierć chomika. [/FONT] [FONT=Arial] Znowu okazałam się równie komunikatywna jak skrzypiąca podeszwa. Na zachęcające pytania otwarte, które u normalnego człowieka wywołałyby słowotok, wymamrotałam półgębkiem krótkie odpowiedzi. Zreflektowałam się i nieco emocji włożyłam w swoje klęski niedoszłego kierowcy, co jednakże jedynie u Magdy spotkało się z empatycznym zrozumieniem. Reszta moich przyjaciół usiłowała mnie zmobilizować do większego wysiłku pohukiwaniem w stylu poganiaczy mułów. No i masz, oczekuj tu, że ktoś cię przytuli i poklepie pocieszająco po plecach. Chyba batem. W rezultacie ograniczyłam się do dialogu z Garetem, który rozsiadł się na kanapie pomiędzy mną i Arturem i przy pomocy pazurów oraz miny żebrzącego sieroty usiłował wymóc głaskanie i przytulanie. Ze mną szło mu łatwiej, bo Artur już zaangażował się w rozmowę, której dominującym tematem jak zwykle byli wspólni znajomi (których ja, jako element napływowy i niezainteresowany plotkami, nie znam). Pewnie po tylu wspólnych spotkaniach zaczęłabym kojarzyć chociaż ze słyszenia, o kogo chodzi, ale nudzi mnie to, więc wchodzę w rolę autsajdera. Nałożyłam Garetowi solidną porcję pierogów, potem dokładkę. Wymył talerz do połysku i zdecydował, że najwyższy czas na deser. Akurat Magda zaczęła szeleścić papierkami michałków. Garet miał okazję się zrewanżować. Przeszedł po ignorującym go Arturze jak po sfałdowanym dywanie, podążając do źródła pachnącej czekoladą nadziei. Uszy sterczały mu jak obszyte frędzlami trójkąty, a oczy przybrały mysi wyraz – objaw najwyższego pożądania. Nie wskórał wiele, ale wytłumaczyłam mu, że psom czekolada szkodzi. Wątpię, abym go przekonała. W odwecie zmiótł ogonem ze stołu kubek z kawą i kieliszek wina. Jarek w ostatniej chwili ocalił naczynia, aczkolwiek bez zawartości. [/FONT] [FONT=Arial] Garecik zbadał całą okolicę pod kątem porzuconych w zapomnieniu przysmaków, a nie znalazłszy ich, wywlókł z miski udko kurczaka i podstępnie porzucił je na trasie do łazienki. Zawsze istniała możliwość, że ktoś widowiskowo się wyglebi... Potem z ciężkim westchnieniem wylazł na kanapę i uwalił mi się na kolanach.[/FONT] [FONT=Arial] W niedzielę z życzeniami przyjechali Adam i Ewa. Moja ulubiona para. Nadzieja na to, że w każdym wieku można trafić na swoją połówkę jabłka. Niemal od początku jestem świadkiem ich sekretnej miłości i uczę się z pokorą, jak otwarcie można mówić o uczuciach i wyrażać swoje potrzeby. Chociaż nie wiem, czy ja bym tak potrafiła. [/FONT] [FONT=Arial] A od poniedziałku zaczął się remont. Zaplanowałam, że po doprowadzeniu do stanu używalności sypiącej się (dosłownie) spiżarni, zrobię w niej kuchnię, a w dotychczasowej kuchni – jadalnię. Warunkiem koniecznym było usunięcie z domu Ireny choćby na jeden dzień, żeby ludzie z gazowni mogli przewiercić ścianę, dospawać rurki i podłączyć w nowym miejscu kuchenkę. Razem z Kają, podstępnie, usiłowałyśmy nakłonić naszego domowego tyrana, żeby wybrał się w góry do kuzynki, której właśnie zmarł mąż na raka prostaty. Moja mamusia jednak głucha na napomnienia, że zmartwionych należy pocieszać, wierzgnęła i zaryła kopytami tak stanowczo, że pospiesznie wycofałyśmy się na nieupatrzone z góry, acz odległe pozycje. [/FONT] [FONT=Arial] W odruchu rozpaczy zadzwoniłam do Marka w nadziei, że może akurat jest w Polsce, bo zaproszeniu od ukochanego syna na pewno by się nie oparła. Marek wysłuchał, zarechotał dziwnie radośnie oznajmiając, że niestety, jest w Wiedniu i nieprędko wraca, po czym zreflektował się i ze współczuciem powiedział, że mam przechlapane. Jakbym sama nie wiedziała. Zgodził się pogadać chwilę z Ireną, która była już mocno rozjuszona po tym, jak przez pół nocy wynosiłam do piwnicy hałdy śmieci ze spiżarni, żeby opróżnić ją przed nadejściem fachowców. Irena wyładowywała złą energię w ogrodzie, obrzucając paskudnymi spojrzeniami pleniące się bujnie chwasty. Złapałam telefon i poleciałam do niej nie zważając na to, że co prawda mam na sobie bluzkę, ale jestem w samych majtkach. Zresztą w pobliżu nikogo nie było, bo i kto miałby być? [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy kłusowałam z powrotem w kierunku schodów balkonowych, za bramą, na posesji Arka, znienacka objawili się Miruś i ojciec mojego sąsiada. Chyba zamierzali rozpalić w zbudowanym przez seniora grillu-wędzarni. [/FONT] [FONT=Arial] -Ale masz zajebiste spodenki! – zawołał spontanicznie Mirek. Stary wydał z siebie jakiś świst, być może ostatni, nie sprawdzałam, bo rączo niczym jeleń pokonałam schody na balkon i znikłam w domu. Shit. Za mną radośnie pędził Garet, szeroko uśmiechnięty nad niesioną w zębach wełnianą poduszką. [/FONT] [FONT=Arial] Pospiesznie uzupełniłam garderobę i popędziłam na jazdę. Akurat, kiedy doszłam na plac, upał zamienił się w ulewę. Naprawdę, natura coś próbuje mi powiedzieć. Nawet wiem, co. Nie jestem gotowa!!![/FONT] [FONT=Arial] -Nie powinnam iść na ten egzamin. Przecież ja nic nie umiem – warczałam do Jastrzębia. –Nawet gdybym wyjechała z placu, nie zawrócę jak trzeba „na trzy”, nie zaparkuję równolegle ani skośnie, a prostopadle prawdopodobnie też nie. Jezus, mam nadzieję, że egzaminator ma taki refleks, jak ty. [/FONT] [FONT=Arial] -Co ja mam zrobić, jeśli po drodze ten facet dostanie zawału? – wróciłam do tematu, kiedy chowaliśmy się przed ulewą w jakiejś bramie, bo zachciało mi się papierosa. –Przecież on teoretycznie jest przygotowany na to, że kursant podchodzący do egzaminu, też teoretycznie, umie jeździć. [/FONT] [FONT=Arial] -Zawieziesz go do WORD-u, zatrzymasz samochód nie wyłączając silnika i nie wysiadając i poczekasz, aż ktoś się wami zainteresuje –odparł beztrosko racząc mnie historyjką, jak to w Opolu, gdzie są wyznaczone trasy egzaminacyjne, egzaminator zasnął i obudził się dopiero pod WORD-em, dokąd dowiózł go spokojnie kursant.[/FONT] [FONT=Arial] -Oszalałeś? A niby jak ja trafię do WORD-u?[/FONT] [FONT=Arial] Jastrząb spojrzał na mnie z osłupieniem. Fakt, że codziennie stawaliśmy przed WORD-em albo na papierosa, albo do ubikacji, ale za cholerę bym tam nie trafiła z żadnego miejsca w mieście. [/FONT] [FONT=Arial] -Przecież ci mówiłam, że mam zaburzenia orientacji w terenie. Potrafię zaginąć nawet w prostym korytarzu![/FONT] [FONT=Arial] -Wyśpij się – polecił mi przy pożegnaniu. –Jutro rano masz przyjść wypoczęta. [/FONT] [FONT=Arial] -Ciekawe, jak to zrobię. Od kilku tygodni praktycznie nie sypiam, a jeśli zasnę, śnią mi się koszmary związane z samochodem. [/FONT] [FONT=Arial] -No przecież są jakieś tabletki nasenne – wymamrotał półgębkiem, przekazując mi trefny sposób na spokojny sen.[/FONT] [FONT=Arial] Do jedenastej wygrzebałam się z przygotowaniami, łyknęłam hydroxyzyny i położyłam się. Nie dam się zastraszyć. Nie zdam, to trudno, zresztą nie mogę zdać ze swoimi umiejętnościami. Nawet ci, którzy sami twierdzą, że dobrze jeżdżą, zdają po kilka razy. Choćby ta dziewczyna, którą dwa dni temu podwoziliśmy po egzaminie. Uważa, że umie jeździć, a trzeci raz oblała na placu. Poza tym mam pięćdziesiąt lat, a nie osiem i podejdę do tego dojrzale. [/FONT] [FONT=Arial] Zasypiałam właśnie słodko przytulona do rozkosznie chrapiącego Gareta, kiedy mrożące krew w żyłach jęki i rzężenia poderwały nas na równe łapy i nogi. Jezzzu! Kiedy moja matka ma koszmary, nie ostanie się nikt przy zdrowych zmysłach w zasięgu dźwięku. Potykając się o siebie popędziliśmy z Garetem do jej pokoju. Pies zafundował jej mokrą truflę w policzek i usiłował wdrapać się na nią z akcją niesienia pomocy. W ostatniej chwili złapałam go za szmaty. [/FONT] [FONT=Arial] -Mamo! – ryknęłam łagodnie.[/FONT] [FONT=Arial] -Co??? – wymamrotała nosowo.[/FONT] [FONT=Arial] -Coś ci się śni.[/FONT] [FONT=Arial] -Aaa... dziękuję. [/FONT] [FONT=Arial] -Ułóż się jakoś inaczej, bo wiesz, ja mam dzisiaj ciężki dzień i za chwilę muszę wstać![/FONT] [FONT=Arial] -Dooobrze...[/FONT] [FONT=Arial] Po długich mękach zdrzemnęłam się na chwilę bez przekonania, aby pogrążyć się we własnych krwawych koszmarach. O czwartej mogłam zaczynać dzień. Wzięłam prysznic, ubrałam się i zakropiłam oczy w nadziei, że spojówki z wiśniowych przejdą w odcień choćby głębokiego różu. Pogoda chwilowo się wyrównała. W kierunku ogłuszającego upału od szóstej rano. Przetestowałam wszystkie baleriny, wybrałam te o najcieńszej podeszwie i pomaszerowałam na plac. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
  13. :loveu:Pozdrawiam, dziewczyny. Łokieć jak zawsze, prawko -plac zdany,miasto oblane, egzaminator stan przedzawałowy. Remont w trakcie, ogólnie dół :placz: Nie mam siły pisać.
  14. :sg168:Taaa... luzik. Tacy ludzie jak my powinni się rodzić w czołgu, żeby coś tę zbyt cienką skórę zastepowało.:glaszcze: A ja za chwilę za kierownicę. :eek2:
  15. Kochanie moje, masz uraz, czyli traumę. Dowalili Ci, to źle odbierasz. Nic w tym do Ciebie, jesteś słodka jak Garecik i ostra jak brzytwa, ale to intrygujące połączenie. Ale ja też tak mam, jak uderzą w stół, to nożyce nie zdążą się odezwać, bo reaguję wcześniej. Bo komuż można dokopać, jeśli nie mnie? Taki fajny obiekt. Ale m:iloveyou:y Cię [FONT=Arial]19.05.2009 wtorek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Kaja przyjechała z Krakowa z taką anginą, że ledwie zipała. Twarz miała żółtawoniebieską. Oprócz tego zapalenie spojówek w jednym oku. Wyglądała tak strasznie, że jęknęłam z przerażenia, a kiedy obrzuciła mnie wściekłym spojrzeniem przekrwionego i zapuchniętego ślepia, wybuchnęłam śmiechem. [/FONT] [FONT=Arial] -Tylko nie mów „a nie mówiłam”! – wycharczała. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie powiem, bo już mówiłam![/FONT] [FONT=Arial] Garet, nie zważając na fruwające wszędzie zjadliwe bakterie, przybyłe razem z Kają, omdlewał w fotelu domagając się pieszczot i z ogromną determinacją usiłował jej dać buzi. Jego zamglony niezaspokojonym pragnieniem wzrok wyraźnie mówił, że zwrotu „zarazisz się” nie pojmuje, a jeśli nawet, to ma go w mokrym nosie. Na przemian jęczał i mruczał jak niedźwiedź. [/FONT] [FONT=Arial] Powitalne karesy przerwało przybycie przez otwarte frontowe drzwi Perły. Jednooka mysz wyścigowa rozdarła się i wyhamowała dopiero przy miskach. Garet runął za nią i jak zwykle z niezwykłym zainteresowaniem zaczął ją wnikliwie obwąchiwać od głowy do ogona i z powrotem. Nawarczała na niego paskudnie, ale to go nie zniechęciło. [/FONT] [FONT=Arial] -Garet, zostaw kota! – wyzgrzytała Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] -Daj spokój, on ją czyta jak newsletter. Ta mała łazęga przynosi na sobie intrygujące zapachy z całej dzielnicy. [/FONT] [FONT=Arial] Z pokoju nadszedł zawadiackim krokiem Koleś, puszczając nam serduszka jasnozielonymi oczami. Na widok Perły zaniechał uwodzenia i rzucił się do niej jak do świeżo oklejonego słupa ogłoszeniowego. [/FONT] [FONT=Arial] -Mówiłam, wszyscy ją czytają...[/FONT] [FONT=Arial] Kaja, zmożona chorobą, błąkała się półprzytomna po domu łykając leki i zakrapiając sobie oko. [/FONT] [FONT=Arial] Ja, zestresowana zbliżającymi się jazdami i wściekle bolącym łokciem, błąkałam się po domu i ogrodzie jęcząc, że jest tyle pracy, a ja nie mogę... próbowałam trochę malować, czytałam durnowate książki starannie omijając wzrokiem ćwiczenia z ruchu drogowego i wpadałam w coraz większy dołek. Garet łaził do jednej do drugiej i usiłował nas zgonić w przyzwoite stado, najlepiej siedzące na kanapie i głaszczące psa wszystkimi kończynami. W przerwach rozwłóczył po okolicy trzy, niegdyś kremowe, wełniane poduszki ukradzione z pokoju Kai. Kaja nie reagowała, więc ja też nie. Zebrałam do prania wszystkie ubrania, które podczas mojej nieobecności złachmanił w ogrodzie. Westchnęłam boleśnie na widok nowej dżinsowej bluzy z dołem przerobionym na makaron wstążki. Nie zdołał jej wyrwać wraz z hakiem ze ściany, ale robił, co mógł. Może powinnam porozdzierać ją malowniczo w kilku innych miejscach? Ten czub nigdy nie zmądrzeje. [/FONT] [FONT=Arial] W niedzielę, straciwszy nadzieję na deszcz, podlałam skamieniały piasek w ogródku. Z zadowoleniem zauważyłam, że wszystkie dziesięć świerczków przyjęło się. Śliczne szczeniaczki. Za to dwie przesadzone wiosną sosny uschły. Wyrwałam je z bólem serca. Ale i tak od strony ulicy za pięć lat wyrośnie całkiem przyzwoity las iglaków. Za rok kupię grzybnie. Kanie, zasadzone wraz z huśtawką z bali, obrodziły zeszłego lata jak szalone, ale szybko nam się znudziły. Właśnie, huśtawkę trzeba na nowo zabezpieczyć drewnochronem. Cholerny łokieć! [/FONT] [FONT=Arial] Jęcząc i przeklinając zabrałam się za przycinanie pędów wionorośli i krzewu krwawnika. Po dłuższej chwili zajarzyłam, że mogę to robić lewą ręką. Pozszywałam leżak i wyciągnęłam się z ulgą. Złotokap opływał kwiatami. Po raz pierwszy zakwitła też glicynia, sięgająca już pierwszego piętra. Bladofioletowe grona kwiatów wyglądały wręcz bajkowo. Podczas kilkusekundowych przerw w huku czynionym przez samochody słychać było zajadle świergolenie ptaków. Garecik co chwilę przybiegał dać buzi. Było cudnie. [/FONT] [FONT=Arial] Po południu w domu zapadła cisza. Kaja spała, Garet ze zmęczenia słaniał się na łapach, ale widocznie odprawiał jakąś pokutę, bo siedział w fotelu z poduszką w zębach i spojrzeniem emerytowanego saksofonisty tkniętego chorobą Graves-Basedowa. Policzki rozlały mu się na kremowej wełnie, dolne powieki obwisły, a górne co rusz opadały. Wyjęłam wydrukowane z Internetu plansze ze skrzyżowaniami, książkę do ćwiczeń oraz pudełko z dziesięcioma samochodzikami. Klnąc pod nosem rozpoczęłam ćwiczenia swojego tępego umysłu. Po kilkunastu minutach załapałam. Ale co z tego, tylko wirtualnie! Patrząc z góry mogę sobie przez resztę życia jeździć prawidłowo po planszy! [/FONT] [FONT=Arial] Irena przyczłapała ze swojego pokoju, żeby zaparzyć sobie kawę. Na chwilę zamarła. Widok dramatycznie rozczochranej latorośli jeżdżącej po kuchennym stole miniaturowymi autkami musiał zachwiać jej władzami umysłowymi. Szybko jednak zajarzyła. [/FONT] [FONT=Arial] -To kiedy zaczynasz jazdy?[/FONT] [FONT=Arial] -Jutro – jęknęłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Denerwujesz się?[/FONT] [FONT=Arial] -Jak cholera – spojrzałam na nią udręczonym wzrokiem. [/FONT] [FONT=Arial] Moje przeklęte prawo jazdy kosztuje już dwa tysiące dwieście, a to zapewne nie koniec. Będzie drugi egzamin, jazdy, trzeci, jazdy, czwarty, jazdy, alzheimer... wyzwolenie. [/FONT] [FONT=Arial] W poniedziałek tak mi się wszystko składało, że sporo się spóźniłam. Jastrząb siedział w aucie i usiłował dodzwonić się do mnie. Na mój widok uśmiechnął się radośnie. Dlaczego ten facet jest ciągle w dobrym humorze? – pomyślałam z irytacją. [/FONT] [FONT=Arial] -Ćwiczyłaś? – zapytał, długo potrząsając na powitanie moja ręką. Łokieć zaprotestował ostro, ale zacisnęłam zęby i nie jęknęłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Jasne. Wczoraj, całe popołudnie. No... z godzinę – sprostowałam.[/FONT] [FONT=Arial] -To rzeczywiście dużo. A jak łokieć?[/FONT] [FONT=Arial] -Nie pytaj. Wyję przy większości ruchów i bardzo brzydko mówię. [/FONT] [FONT=Arial] Roześmiał się. Jasne, zawsze brzydko mówię, niewielka różnica. –-Pewnie będę ci musiał biegi zmieniać? No to zróbmy przygotowanie samochodu - puścił moją rękę.[/FONT] [FONT=Arial] Zrobiliśmy. Właściwie o co ja się martwię? Zanim zamorduję kogoś w mieście, wyłożę się na sprawdzaniu świateł. W ogóle nie powinnam się martwić. Mam najprzystojniejszego instruktora, inteligentnego i z poczuciem humoru oraz anielską cierpliwością, przede mną dwadzieścia godzin jazdy, a w ogóle, czym to jest wobec wieczności?[/FONT] [FONT=Arial] Początkowo rzeczywiście Jastrząb wrzucał mi na łuku wsteczny, ale po chwili opracowałam najmniej bolesny sposób łapania za rączkę biegów. Przysięgam, że bocznego pachołka przewrócił wiatr, a nie ja. [/FONT] [FONT=Arial] Wiszące nad miastem ciemne chmury podjęły decyzję i zaczęły wypluwać z siebie strumienie wody oraz malownicze błyskawice. Dopiero przed Dąbrową wjechaliśmy w zaduch i przedburzową aurę. Tu jeszcze nie dotarło.[/FONT] [FONT=Arial] -Asiu, zaufaj mi. Rób tylko to, co ci mówię, potem będziesz decydować sama – prosił Jastrząb w dwie godziny później. [/FONT] [FONT=Arial] -Ale...[/FONT] [FONT=Arial] -Jasne. Artystyczna dusza, wciąż buntownik przeciwko wszystkiemu i wszystkim – roześmiał się. Cholera, jakbym na sesji terapeutycznej była... [/FONT] [FONT=Arial] -I nie roztrząsaj stale sytuacji, które się zdarzyły kiedyś. Były, nie ma, szlus. A ty nic, tylko przeżuwasz to, co było, zamiast skupić się na tym, co się dzieje teraz. [/FONT] [FONT=Arial] Spojrzałam na niego z nabożnym podziwem. Prorok, kurna, czy co?[/FONT] [FONT=Arial] W drodze powrotnej, na trasie, jechałam już wyluzowana, jak zwykle. Jednak na skrzyżowaniu mi zdechł. [/FONT] [FONT=Arial] -Gaz! – wrzasnął Jastrząb. –No dobra, zapal. W tym momencie przed maską, po pasach, przemaszerował owczarek niemiecki. [/FONT] [FONT=Arial] -O Boże! – jęknęłam, sapnęłam nerwowo i oblałam się potem. –Dzięki Bogu, że zgasł! Jezus Maria, zabiłabym go! [/FONT] [FONT=Arial] Niebo postanowiło dołączyć się do mojego nastroju. Rzygnęło deszczem i błyskawicami. [/FONT] [FONT=Arial] Lało przez całą noc i cały ranek. Obiecałam sobie, że jeśli każdy urlop w tym roku mam spaskudzony przez cholerne prawo jazdy, to przynajmniej będę się wysypiać. [/FONT] [FONT=Arial] Przed południem też lało, co zarejestrowałam dość mgliście, tuląc do siebie Gareta, i szukając najmniej bolesnej pozycji. Garet zrezygnował z zachęcania mnie do porannej aktywności i wlazł do łóżka. Pachniał cudnie, był miękki, cieplutki i prześlicznie sapał, nie zwracając uwagi na moje bezdechy i chrapanie. Partner idealny. W momencie, kiedy poczułam, że mój organizm zaakceptował sen do łagodnej śmierci, wylazłam z łóżka. Wpół do dwunastej. Pogimnastykowałam się niemrawo z psem układającym się uparcie na mnie i weszłam pod prysznic. Garet dowlókł się do kuchni i padł w fotelu, ułożywszy się na jedynej wełnianej poduszce, która akurat nie mokła w ogródku. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy wybrałam ubranie na górze, w garderobie, zajrzałam do łazienki, gdzie nad wanną z wodą leżakowały baloty z boczniakami, które w piątek przywiózł mi Artur. [/FONT] [FONT=Arial] -Jezu!!! – Kaja nie dokręciła kurka i kapiąca woda zaczynała właśnie pokonywać brzeg wanny. W panice dokręciłam wszystko, co się dało. Cholera, dom by nam zalało. Ale boczniaków ani śladu. Przyjrzałam się bardzo dokładnie. Kurde, zapłaciłam siedemdziesiąt złotych za dwa worki ze spleśniałym sianem?...[/FONT] [FONT=Arial] Pojechałam do Waldiego na dyżur. Tym razem zastrzyk bolał jak cholera. Ale łokieć też. [/FONT] [FONT=Arial] -Następnym razem przygotuj zestaw do amputacji – poprosiłam. [/FONT] [FONT=Arial] Waldi roześmiał się. [/FONT] [FONT=Arial] -To jest schorzenie przewlekłe, niestety. Leczenie trwa długo. Te zastrzyki... no wiesz, czasami dopiero po czwartym jest efekt. [/FONT] [FONT=Arial] -Wiem, to moja wina. Kiedy pojawił się stan ostry, czekałam trzy miesiące w nadziei, że samo przejdzie. [/FONT] [FONT=Arial] -Samo nie przejdzie. [/FONT] [FONT=Arial] Porozmawialiśmy chwilę o prywatyzacji szpitala i poszłam na przystanek. Przez pół godziny nic nie jechało i już myślałam, że znowu fatalnie spóźnię się na jazdę. Wreszcie pojawił się bus. Spóźniłam się tylko kilka minut. [/FONT] [FONT=Arial] Ledwie zetknęły się nasze ręce, zaczęło padać. [/FONT] [FONT=Arial] -Nawet natura protestuje, kiedy mam usiąść za kierownicą – zauważyłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Tak to sobie tłumaczysz? – roześmiał się Jastrząb. [/FONT] [FONT=Arial] Łuk był zajęty, więc od razu pojechaliśmy do Dąbrowy. Gadać i się nie chciało, więc z natury gadatliwy Jastrząb też milczał. Odezwałam się tylko raz.[/FONT] [FONT=Arial] -Ta sytuacja wczoraj, wiesz, ten pies... Gdybym cię posłuchała i dała gazu, gdyby samochód mi nie zdechł, zabiłabym go! Jaki zrobiłam błąd, że go nie zauważyłam?! Gdyby na moim miejscu był dobry kierowca, pies by zginął![/FONT] [FONT=Arial] -Znowu. Rozpamiętujesz i przeżywasz. Nie, nie zginąłby. Zdążyłby przejść. Poza tym dobry kierowca zdążyłby zahamować. To żadna prędkość przy ruszaniu. Nawet gdybyś ruszyła, ja bym zahamował. [/FONT] [FONT=Arial] Beznadziejne. Bez sensu!!! Nigdy nie nauczę się jeździć! Samochód gasł mi częściej, niż wczoraj, uparcie myliłam gaz z hamulcem, a na hasło „sprzęgło!” od razu wciskałam też hamulec. [/FONT] [FONT=Arial] Zrobiliśmy sobie przerwę na papierosa. [/FONT] [FONT=Arial] -Mylisz pedały. Może to dlatego, że przy zatrzymywaniu się w mieście po sprzęgle wciskasz hamulec i tak ci się utrwaliło. Posłuchaj mnie i mów głośno. Widzę to i to, ten znak, robię to i to. Mówiłem ci to już. Każdemu mówię. [/FONT] [FONT=Arial] -Taa, na ostatniej lekcji.[/FONT] [FONT=Arial] -Nie, wcześniej![/FONT] [FONT=Arial] -Nieprawda, na ostatniej![/FONT] [FONT=Arial] Jastrząb poruszył szczękami ale nie spierał się. [/FONT] [FONT=Arial] Resztę czasu przejeździliśmy z moim mamrotaniem. Faktycznie, jakby lepiej. I tak stale gadam sama do siebie, więc co za różnica. Tyle, że on spostrzega to, czego ja w ogóle nie widzę. Nie jestem w stanie wykonać wszystkich manewrów rękami i nogami, zauważyć znaków pionowych i w dodatku poziomych. I te moje pieprzone manewry sprzęgłem. Od początku to mam. Międlę je nerwicowo jak Irena swoje zęby. Tyle, że w przypadku zębów niczym to nie skutkuje oprócz wkurzania otoczenia. W przypadku sprzęgła kończy się zdychaniem silnika. [/FONT] [FONT=Arial] -Przestań sobie wmawiać, że musisz być super, bo w każdej dziedzinie, w której działasz, jesteś świetna. [/FONT] [FONT=Arial] -Nieprawda!!! – wrzasnęłam całkowicie wyprowadzona z równowagi. Wcale nie myślę, że jestem świetna! We wszystkim jestem do dupy! Do niczego się nie nadaję! Niczego nie robię dobrze! A najgorzej się czuję, kiedy ktoś tak mówi, gdy mnie chwali! Mam wrażenie, że zaraz wyjdzie na jaw moja niewiedza i niekompetencja i sprawa się rypnie! Że nic nie wiem i nic nie umiem!!![/FONT] [FONT=Arial] -Już?[/FONT] [FONT=Arial] -Już. – burknęłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Próbuję ci powiedzieć, że dotychczas miałaś do czynienia głównie z teorią, w której jesteś dobra. Ale tu to się przekłada na praktykę. Musisz się tego nauczyć. Widzisz tę wieżę kościoła?[/FONT] [FONT=Arial] -Jaką wieżę? A, tam, daleko. Nie mam takiego dobrego wzroku, jak ty. [/FONT] [FONT=Arial] -A te czerwone światła? [/FONT] [FONT=Arial] -Jakie światła?! A, tam, daleko?[/FONT] [FONT=Arial] -Jak będziesz tam patrzeć, to będziesz widziała wszystko przed sobą i zdążysz przewidzieć wszystko, co się dzieje. Dwójka. Kierunkowskaz. Patrz w prawo. Teraz patrz w lewo. [/FONT] [FONT=Arial] -W cholerę samochodów – jęknęłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Ale skręcają. Widzisz kierunkowskazy?[/FONT] [FONT=Arial] -A, za cholerę! Jak ty to robisz?![/FONT] [FONT=Arial] -Bo ty patrzysz na samochód, jak na zagrożenie. A ja patrzę na światła. [/FONT] [FONT=Arial] Jakoś doturlaliśmy się do Olkusza. Na trasie spoko. Na skrzyżowaniach jednak wypatrywałam w panice psów. [/FONT] [FONT=Arial] -Gdzie dzisiaj? Do domu?[/FONT] [FONT=Arial] -Do domu. [/FONT] [FONT=Arial] Przejechałam ładnie ulicę, prawie całą. Na gazie pod górę. Na wysokości sklepu spożywczego zaskoczył mnie widok jakiegoś łachmana na jezdni. Skojarzenia zadziałały natychmiast. Jezdnia – zwierzę – kot. Szarpnęłam kierownicą w prawo, chcąc wyminąć rozjechanego zwierzaka, który okazał się jakąś szmatą. [/FONT] [FONT=Arial] Jastrząb, grzebiący w swoim telefonie, zareagował w ostatniej chwili, dzięki czemu nie wbiłam się w samochód parkujący przed sklepem. [/FONT] [FONT=Arial] -Co ty robisz?! – spojrzał na mnie tym swoim wzrokiem, od którego robią się spontanicznie wrzody żołądka. –Jezu, no teraz to mnie zaskoczyłaś. Kierunkowskaz. Sprzęgło! Co robisz? Nie hamulec, sprzęgło! To teraz jedynka. Trochę gazu. Już.[/FONT] [FONT=Arial] -Coś ty zrobiła? Naprawdę mnie zaskoczyłaś. [/FONT] [FONT=Arial] -Myślałam, że to kot...[/FONT] [FONT=Arial] -Nawet, jakby tam leżały trzy koty i pięć psów, masz jechać. Nie możesz wjeżdżać w samochód! Rozumiesz?![/FONT] [FONT=Arial] -Tak – potaknęłam potulnie. [/FONT] [FONT=Arial] Ale jak to zwalczyć? Tę głupotę, że życie czworonoga jest ważniejsze, niż moje? Nie wiem. [/FONT] [FONT=Arial] Mój czworonóg witał mnie tak entuzjastycznie, że wybaczyłam mu dżinsową kurtkę, która, sądząc z wyglądu, zwiedziła cały ogród i to kilkakrotnie. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
  16. [FONT=Arial]W poniedziałek, już bez gipsu, udałam się do Waldiego. Długotrwały strajk specjalistów zaowocował tym, że dyrekcja szpitala skorzystała ze swoich przywilejów i do przyjmowania nagłych przypadków wyznaczyła tychże specjalistów w określone dni. Wiadomo było, że Waldiego trafi. Zamiast półrocznych terminów stał się dostępny dla maluczkich. Oczywiście tych, którzy przytomnie stanęli w kolejce do rejestracji dobę wcześniej. Nie stanęłam, bo nie mam takiej możliwości. [/FONT] [FONT=Arial]-Bolało ?– zapytał, zaklejając mi łokieć plastrem. [/FONT] [FONT=Arial]-Po raz pierwszy – nie. Już czuję, że działa – zapewniłam go optymistycznie. [/FONT] [FONT=Arial]-To dobrze, wiara to podstawa – uśmiechnął się, przez co jego podobieństwo do mojego brata zwielokrotniło się. Obaj przystojni i z klasą jak jasna cholera.[/FONT] [FONT=Arial]-Zwłaszcza przy lekach homeopatycznych – wymamrotałam. [/FONT] [FONT=Arial]-Zadzwoń, to umówimy się na kolejny, za tydzień.[/FONT] [FONT=Arial]Korzystając z pobytu w rzadko odwiedzanej dzielnicy miasta, zrobiłam zakupy w ukochanym markecie. Między innymi nabyłam bardzo tani, włoski przecier pomidorowy, z którego od razu ugotowałam zupę. Likopen i te rzeczy. Degustowaliśmy ją z Garetem, gdy do kuchni weszła Irena. Znaczy, weszła po raz wtóry, znowu zastając nas nad miskami. [/FONT] [FONT=Arial]-Odchudzamy się? – zapytała z lekką złośliwością. [/FONT] [FONT=Arial]Cóż, jeśli w ciągu półtorej godziny w oczy rzuca się bardzo dobrze wyglądająca córka i nieźle wyglądający pies, oboje dzwoniący nerwowo miskami, złośliwe komentarze same cisną się na usta. [/FONT] [FONT=Arial]-Tak jest – odparłam potulnie. Nie chciało mi się tłumaczyć, że widmo zbliżających się, dokupionych jazd i przekonania o ich bezużyteczności, od tygodni wprawia mnie w stan paniki oraz bezsensu i to wymaga gwałtownego zażerania stresu. To powiem mojej terapeutce. O ile nie wyskoczy coś niespodziewanego. [/FONT] [FONT=Arial]Z góry zeszła chrumkająca i kaszląca Kaja, w której najwyraźniej rozwijała się nowa infekcja. Gdy powiedziałam, że według mnie jest permanentnie przeziębiona, smarka i kaszle bez ustanku, obraziła się. Wysnułam wniosek, że prawdopodobnie wynika to z alergii, według mnie, na kocią sierść. Nie zdążyłam poprzeć swoich obserwacji argumentami, bo Garet, nażarty, ale niezaspokojony, wlazł na stół i zaczął dobierać się do puszki z duńskimi ciastkami, które kupiłam w Sławkowie przed dyskoteką. [/FONT] [FONT=Arial]-Kaja! Patrz! On jest genialny! – zawołałam pełna podziwu, gdy nasz pies wlazł na stół i mordką przytrzymując pokrywkę, prawą łapką usiłował ją podnieść. –Boże, to geniusz! Daj mu ciasteczko![/FONT] [FONT=Arial]Wieczorem, gdy z ogromnymi stratami poiłam Gacię miksturą z miodu spadziowego, masła i cytryny, według recepty Artura, zadzwoniła Kaja. Że zaraziła się chyba od Gaci i czuje się fatalnie. No, nie mówiłam?![/FONT] [FONT=Arial]Gacia zaczęła uciekać ode mnie jak od zarazy. Na mój widok zadzierała ogon i szła w długą. Czy te bydlaki nie rozumieją, że robi się coś wbrew sobie, ale dla ich własnego dobra? Gdy kolejnego wieczoru złamała wszelkie ograniczenia i korzystając z momentu, kiedy wpuszczałam Gareta sprzed domu, wyprysnęła mi między nogami na ulicę, a potem nie pozwoliła się zwabić przez drzwi balkonowe, wpadłam w furię. Klnąc jak szewc oznajmiłam wszem i wobec, że chromolę to leczenie, Gacię, Kaję i Artura, mam dość, nie będę się stresować kocicą z tendencjami samobójczymi i poszłam spać. [/FONT]
  17. [quote name='rea']Spróbuję Joasiu na pewno. Zdradź mi tylko jeśli to nie tajemnica o ile kilo jest cięższy? :crazyeye:[/quote] Och, Garecik to teraz drobniutkie, słodkie, z idealną fryzurą jakieś 40 kg, tyle co Ty, to już nie przesadzajmy, macie równe szanse, przeżycie zależy od determinacji. A jak mu się wepchnie coś fajnego do gęby na starcie, to szanse wzrastają :evil_lol:
  18. [quote name='Maupa4']A co Ty chcesz od statystyk wątku ? :crazyeye: Aż sprawdziłam ... ... 42 wejścia na 1 (jeden) post to ... to tylko ... POZAZDROŚCIĆ ... :cool1: Boszeee ... nawet nie można poczytać z przyjemnością ... ... zaraz "każą" gadać a tym samym ujawniać się ... ;)[/quote] A nie można, Misiu. A co, jeśli eks-redaktorka walnie byka z formatowaniem? To kto jej pomaga? Koleżanka moderatorka/redaktorka. Buziaczki. :loveu:
  19. [quote name='ockhama']A... i zapomniałam dodać, że jak tylko coś gdzieś napiszę... w dobrej wierze... :diabloti: to zaraz robi się jazda... po mnie oczywiście, ta jazda się robi :diabloti: więc już się boję odzywać :eviltong: no to sobie uważaj z kim się zadajesz/przyjaźnisz...[/quote] Przyjaźnię się z tymi, co to nie tylko we własny pępek lukają i są nieszczęśliwi wyłącznie na własny temat (patrz Hipka). Bo jak słyszę, że cały swiat obraca się przeciwko jednej jednostce, to zaczynam podejrzewać, że nie ze światem jest coś nie w porządku. Więc, Brzytewko, ja po Tobie jazdy nie zrobię. Mam dość kłopotu z własnymi:-( jazdami, realnymi. :loveu:
  20. A za cholerę nic więcej nie wkleję, jeśli nie będziecie się odzywać. Znam statystyki wątku, ale jeśli ma pisać na zasadzie gadał dziad do obrazu, to ja to chromolę. Mam gdzie pisać. [FONT=Arial]W nocy coś na mnie zległo. Pomacałam – chude. Nic mi to nie mówiło, bo wszystkie koty na wiosnę zrobiły się chude i zamiast na miłe krągłości ręka trafia co rusz na żałośnie wystające łopatki, sterczące kości biodrowe, haczykowaty kręgosłup i klekoczące żebra. Zważywszy jednak na to, że nie było w dotyku jak chłodny jedwab (Gacia), puszyste (Marchew), szorstkie, małe i wściekle mruczące (Perła) oraz przy każdym moim ruchu na powrót wtulało się w krzywizny ciała, wywnioskowałam, że to mój ukochany Koleś. Coś ostatnio często ze mną sypia, czyżby znowu rozwijało się we mnie jakieś paskudne choróbsko, które leczy? Tfu, na psa, a raczej na kota, urok. Zasnęłam w miłym poczuciu, że mogę spać dowolnie długo, jeśli tylko Garet mi pozwoli. Należało mi się po sześciotygodniowym tygodniu pracy. [/FONT] [FONT=Arial] W środku nocy poderwały mnie dramatyczne dźwięki świadczące o tym, że jakiś tapicerowany mebel, ani chybi kanapa, jest rozdzierany na strzępy i lada moment zadzwoni dramatycznie wypstrykującymi w sufit sprężynami. [/FONT] [FONT=Arial] -Fe! – wycharczałam groźnie. Bez skutku. [/FONT] [FONT=Arial] -Fe!!! – wrzasnęłam energiczniej i rzuciłam się na łóżku, które zaprotestowało rozpaczliwie. Zero reakcji. [/FONT] [FONT=Arial] Mamrocząc pod nosem przekleństwa zapaliłam lampkę i wcisnęłam na nos okulary. [/FONT] [FONT=Arial] Nowa narzuta na kanapie falowała gwałtownie, gdy coś pazurzastego pod nią przebiegało w dzikim pędzie tam i z powrotem wczepiając się szponami w obicie, żeby uzyskać większą skuteczność. Na siedzisku Koleś, upozowany w komodę, siedział i gapił się baranim wzrokiem w błyskawicznie przemieszczające się, chroboczące pazurami wybrzuszenie. [/FONT] [FONT=Arial] -Perła! Wynoś się, cholerna wariatko!!! – ryknęłam, łapiąc pantofel w morderczych zamiarach. [/FONT] [FONT=Arial] Perła wyskoczyła spod narzuty i tupiąc dziko popędziła do drzwi. Rzuciłam pantofel na podłogę i spojrzałam z wyrzutem na Kolesia. [/FONT] [FONT=Arial] -A ty tam sterczysz jak zardzewiały kosz na śmieci i nic nie mówisz![/FONT] [FONT=Arial] Koleś, nie zmieniając pozycji, spojrzał na mnie pustym wzrokiem. Westchnęłam i opadłam na łóżko. [/FONT] [FONT=Arial] O wpół do piątej zerwałam się półprzytomna, usiłując zrozumieć, co oznacza potworny hałas, od którego zadrżała podłoga i meble. [/FONT] [FONT=Arial] Na parapecie siedział radośnie uśmiechnięty Garet, spoglądając jednym rozradowanym okiem na mnie, drugim na podłogę, na którą upadło mu kółko z błony, wstrząsając fundamentami domu. [/FONT] [FONT=Arial] -Porypało cię już całkiem? Jest niedziela, do cholery! Spać!!![/FONT] [FONT=Arial] Garetowi, uradowanemu moją reakcją, myśl o spaniu nawet nie wykiełkowała w upartym, czarnym łbie. Rzucił się do łóżka, zignorował moje żałosne próby udawania głębokiej nieprzytomności i przyrżnął mi łapą w szyję. Jęknęłam, wygrzebałam się z pieleszy i wypuściłam go przed dom, zostawiając drzwi otwarte. [/FONT] [FONT=Arial] Dwadzieścia po szóstej obudziła mnie moja komórka. Zapomniałam wyłączyć budzik. Wyłączyłam i desperacko wczepiłam się w poduszkę. [/FONT] [FONT=Arial] Wylazłam z łóżka przed dziesiątą, bo Irena nadymiła mi swoimi odrażającymi papierosami. Tyle razy prosiłam, żeby zamykała drzwi do swojego pokoju, jeśli kopci rano! Ja nie palę w pokoju, tylko w kuchni. Poza tym moje, mentolowe, tak nie cuchną. [/FONT] [FONT=Arial] Przez okno wpadały strumienie słońca i upojne trele ptaków. W domu panowała cudowna cisza, najwyraźniej Garet po wczesnoporannej aktywności wrócił do łóżka Kai. [/FONT] [FONT=Arial] Każda chwila – pomyślałam optymistycznie – przynosi nową szansę i nowe nadzieje...[/FONT] [FONT=Arial] Podzieliłam się swoim odkryciem z Kają na spacerze.[/FONT] [FONT=Arial] -No i, kurna, zapamiętaj to! – zawołało moje dziecko. [/FONT] [FONT=Arial] Żar lał się z nieba, trawy i zioła pachniały, skowronki zachłystywały się śpiewem. Garet biegał, sikał, wąchał i co chwilę podcinał mi piętnastometrową linką nogi. Był podniecony spotkaniem ze swoją szkaradną Julią, która była na dworze i pozwoliła się przez ogrodzenie solidnie obwąchać. Na dworze była również pani Julii, która przyglądała się z uśmiechem psim karesom. [/FONT] [FONT=Arial] -On ją tak bardzo lubi! – zawołałam z rozczuleniem. –Tylko rzadko się spotykają. [/FONT] [FONT=Arial] -Ona rzadko wychodzi, jest już stara! – odkrzyknęła. –Według ludzkiego wieku ma już osiemdziesiąt pięć lat![/FONT] [FONT=Arial] -Ale wciąż jest... bardzo przystojna – odpowiedziałam, wykazując się zdumiewającym, jak na tę porę, refleksem. [/FONT] [FONT=Arial] -Jak świnia w rajtuzach! – odwrzasnęła radośnie. [/FONT] [FONT=Arial] Wybuchnęłam śmiechem. Tego jeszcze nie słyszałam, ale co racja, to racja. Jednak Garetowi to nie przeszkadza. Jak stwierdził Sztaudynger: „Zakochani są ślepi. Ale może to dla nich lepiej”. [/FONT] [FONT=Arial] Dreptałam wyboistą ścieżką gapiąc się pod nogi, bo miałam świeżo w pamięci opowieść sąsiadki, jak to dziecko w pobliskiej miejscowości otworzyło drzwi wejściowe i na progu spotkało wygrzewającą się w słońcu żmiję. Od zawsze twardo stoję na stanowisku, że naturę najlepiej podziwia się z okna samochodu. [/FONT] [FONT=Arial] Potknęłam się, omijając prezerwatywę wkomponowaną w kępę trawy, gdy nagle spod nóg wylazła mi wielka jaszczurka i bez pośpiechu zniknęła w wysokich trawach, ciągnąc za sobą okrągły brzuch. [/FONT] [FONT=Arial] -Chryste!!! – wrzasnęłam, łapiąc się za łomoczące serce. [/FONT] [FONT=Arial] -Co? – zaniepokoiła się Kaja, lustrując dla odmiany okolicę, w przewidywaniu puszczonych luzem psów-morderców. [/FONT] [FONT=Arial] -Jaszczurka – wystękałam. –Ogromna. Spasiona, cholera. Jasnoszara, w ciemne plamy. [/FONT] [FONT=Arial] -A, jaszczurki tu się zdarzają – powiedziało lekceważąco moje dziecko i pomaszerowało dalej. Nigdy nie zrozumiem tego, że mając o dziesięć centymetrów krótsze nogi, porusza się o wiele szybciej, niż ja. [/FONT] [FONT=Arial] -Poczekaj, niech odzyskam oddech. O Boże, zawał. Jezu, ta była naprawdę wielka. Nie życzę sobie takich atrakcji! Kurde, nie znoszę spacerów na łonie pieprzonej natury! Albo atakujące mnie mutanty bąków i pszczół albo porąbane przepiórki startujące spod stóp, albo jakieś płazy i gady!!! Chcę do domu!!![/FONT] [FONT=Arial] -Nie marudź. Tych wielkich bąków jeszcze nie ma. A co ci może zrobić jaszczurka?[/FONT] [FONT=Arial] -Może mnie zabić samym widokiem! [/FONT] [FONT=Arial] Reszta spaceru minęła spokojnie. Przedyskutowałyśmy zmianę menu kotów. Kaja zastanawiała się, co w jedzonej przez Gacię namiętnie wątróbce może tak niszczyć zęby. [/FONT] [FONT=Arial] -Żelazo. Makabrycznie niszczy szkliwo. Nigdy nasze koty nie były żywione takimi syfami. Żadnych wątróbek, żadnych pasztetów czy chrupek. Jadły wszystko to, co my plus gotowane ryby. I żaden z nich nie miał nigdy problemów z zębami. [/FONT] [FONT=Arial] -No to musimy im zmienić dietę. Tylko trzeba o tym przekonać babcię. [/FONT] [FONT=Arial] Garet, od początku żywiony naturalnymi produktami, bo za nic w świecie nie pozwoliłabym na nic innego, w drodze powrotnej, na ulicy, kicał jak szalony i ciągnął linkę, co powodowało niezamierzone, ale bardzo widowiskowe, kicanie Kai. [/FONT] [FONT=Arial] -Wiesz co, widziałam pod jednym z marketów psa niezwykle podobnego do Gareta. Był trochę mniejszy, ale zachowywał się tak samo. Rzucił się na swoją panią, zmaltretował ją, a potem pokicali tak samo, jak wy. To muszą być jakieś geny tej spontanicznie wykształconej rasy – powiedziałam. –No, co prawda czekał na tę panią przywiązany na smyczy przed marketem – przyznałam smętnie, wyobrażając sobie naszego myszunia w tej sytuacji. [/FONT] [FONT=Arial] -O, czyli to nie to samo, bo jakby przywiązać Gareta, to market byłby wleczony na smyczy – wysapała Kaja, z trudem wyciągając Gareta z żywopłotu sąsiada.[/FONT] [FONT=Arial] Po powrocie odwodniony pies padł na podłogę przy kredensie i dyszał jak szalony klekocząc niedomkniętymi drzwiczkami, wywołując u nas nerwowe drgawki. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
  21. :diabloti: No, to wreszcie wyszła prawda na jaw. Czyli diabeł na jaw wyszedł i przestaną mi wciskać, jaki to słodziak i aniołek. Bo zwykle to wygląda na to, że sobie wszystko zmyślam. :shake: Ale czasami cwaniak zapomina się maskować. A swoją drogą, spróbuj jeszcze raz!
  22. [FONT=Arial]15.05.2009 piątek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Bez gipsu jazda busami stała się mniej kłopotliwa i mniej mnie wkurza, bo mieszczę się normalnie, a nie po przekątnej. Staram się jednak unikać, jeśli to możliwe, otwierania i zamykania drzwi, żeby nie wyć z bólu przy ludziach. [/FONT] [FONT=Arial] Gips zdjęłam w ubiegłą sobotę, żeby móc robić zdjęcia na imprezie. Imprezą była Dyskoteka Wiosenna, a moi kochani niepełnosprawni hulali aż miło. Bawią się tak fantastycznie, że serce rośnie. Zamiast gipsu miałam aluminiową szynę, która nie przeszkadzała mi manewrować dłonią. Tańczyć nie umiem, więc trzymałam się kurczowo aparatu wyszczerzając przyjaźnie zęby, bo przy tym natężeniu dźwięku jakiekolwiek porozumiewanie się oprócz języka migowego (wszystko już zapomniałam) w ogóle nie wchodziło w grę. Ostatecznie przy tej konfiguracji mogłabym w spektakularnej konfiguracji zaprezentować „kaczuchy”. Od potwornego łoskotu, całkiem zresztą przyjemnej muzyki, dostawałam lobotomii i czułam, że zaczynają kiwać mi się zęby, a jakby mnie podłączyć do dużego monitora, obraz byłby jak przy rezonansie magnetycznym... Pocieszałam się, że w znacznie gorszej sytuacji jest wierny pies przewodnik jednego z gości. Choć sędziwy, słuch ma zapewne lepszy, niż ja, a w dodatku warował przez cały czas na rozwibrowanym parkiecie przewracając nieco błędnie oczami. [/FONT] [FONT=Arial] Chwilę przerwy na poczęstunek powitałam z jękiem ulgi. Pstryknęłam parę zdjęć w Sali Biesiadnej i opadłam bezsilnie na zydel żeby wyżłopać resztkę zimnej kawy. [/FONT] [FONT=Arial] Akurat wpadła na chwilę koleżanka, z którą przez blisko rok siedziałam biurko w biurko. Ten rok to był okres między końcem jej rekonwalescencji po operacji i nawrotem, po którym nastąpiły cykle chemioterapii, a wreszcie – domowa opieka hospicyjna. Zwolniła tylko trochę. Nadal jest żywa jak iskra, a wrodzony optymizm wprost z niej tryska. Ilekroć się spotykamy, mam równocześnie ochotę dać sobie po mordzie za własne stany depresyjne i paść przed nią na kolana pełna pokory i podziwu. [/FONT] [FONT=Arial] Kilka dni wcześniej odwiedziła nas w pracy. Zagadnęła ją nasza koleżanka Hipka, której obie nie możemy strawić. Czysty i potwornie wkurzający przypadek hipochondrii i bezgranicznego zapatrzenia w siebie. Przez kilka godzin dziennie słucham zbolałego głosu opisującego kolejne urojone dolegliwości. Choć siedzę naprawdę daleko, w moim nowym gabineciku, jękliwe ględzenie zdołało pokonać mój mechanizm obronny i tracę zdolność wyłączania się. Włosy jeżą mi się z furii i co chwilę robi mi się gorąco. Ostatnio wszyscy muszą słuchać o paradontozie, którą u siebie wypatrzyła sokolim wzrokiem. Objechała połowę stomatologów w okolicy, u żadnego nie znalazłszy należytego zrozumienia, więc szuka wsparcia w pracy. Mnie nie lubi, bo co jakiś czas tracę cierpliwość i sprowadzam ją do poziomu. Pół roku wcześniej oznajmiłam zimno, że nie życzę sobie słuchać przez pół dnia, codziennie, o wrzodach w dupie, bo wtedy to było na tapecie. Wrzody się skończyły, przez jakiś czas ogólnie była „licha” i słabego zdrowia, zakupiła mnóstwo nowych świństw i obstawiona butlami i fiolkami łykała je z miną zbolałego cierpiętnika. Każdy normalny człowiek padłby trupem od takiej ilości paramedycznych specyfików. Jej tylko rozwinęła się chora imaginacja. I teraz, gdy zobaczyłam, jak siedzą naprzeciwko siebie zdrowa, skrzywiona kobyła nawijająca o paradontozie i młodsza od niej o piętnaście lat dziewczyna z przerzutami, pogodnie uśmiechnięta, mówiąca, że ostatnio musiała podwoić dawki „plasterków”, ale generalnie nie jest źle, szlag mnie trafił taki, że zaczęłam pod nosem mamrotać jak mantrę – kurwakurwakurwa!!! [/FONT] [FONT=Arial] -Dawniej tego tak nie czułam, teraz wiem, że niedługo umrę. Trudno, trzeba się z tym pogodzić. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie mów tak! – oburzyła się Hipka, polecająca jej właśnie jakąś niekonwencjonalną terapię polegającą na spożywaniu spopielonych tkanek nowotworowych, którą sama profilaktycznie przeszła. –Nie można się poddawać, trzeba próbować wszystkiego! Przecież masz dziecko, musisz myśleć o nim![/FONT] [FONT=Arial] -I myślę. Dlatego muszę pogodzić się z realiami, a nie karmić złudzeniami. Muszę się przygotować. Muszę przygotować dziecko. To nie znaczy, że chcę umrzeć. Nie chcę. Żałuję, że nastąpi to tak wcześnie, chciałabym jeszcze żyć. Chciałabym widzieć, jak moja córka idzie do bierzmowania, jak wychodzi za mąż... Ale cieszę się, że będę mogła wziąć udział w jej pierwszej komunii. Będę z nią tak długo, jak się da, w najlepszej formie, jaką zdołam utrzymać. A potem – cóż, trudno. To już nie zależy ode mnie – głos jej się załamał. –No to cześć, dziewczyny, lecę, bo już po mnie przyjechali – pomachała energicznie dłonią, obdarzając nas serdecznym uśmiechem. [/FONT] [FONT=Arial] Zdzwoniłyśmy się tego wieczoru i długo rozmawiałyśmy. Skarciła mnie, że nie powiedziałam jej o wernisażu. Owszem, zaprosiłam ją na imprezę, ale gdyby wiedziała, że będzie też wystawa moich obrazów, to by się pozbierała i przyszła. Rumieniec wstydu rozlał mi się aż do wnętrza żołądka. [/FONT] [FONT=Arial] Na dyskotekę wpadła, żeby obejrzeć obrazy. Sama maluje. Mamy podobny gust, podobają nam się te same. Porozmawiałyśmy o technikach, o materiałach, wymieniłyśmy się doświadczeniami. Zaprosiłam ją od razu na wieczór twórczości własnej, który zamierzam zorganizować jesienią. Jeszcze nie wiem, jak to nazwę, ale chcę, żeby każdy mógł zaprezentować to, co robi z pasją, z potrzeby ducha. [/FONT] [FONT=Arial] Człowiek jest takim pyłkiem we wszechświecie – pomyślałam, wpatrując się w opustoszałą salę. Ale tworzy sobie swój własny wszechświat, w którym jest najważniejszą planetą – kombinowałam dalej w natchnieniu wywołanym zmęczeniem i egzystencjalnymi lękami. Otrząsnęłam się i powlokłam w kierunku Sali Lustrzanej, gdzie grzmiała skoczna muzyka. Lada chwila miał nastąpić oczekiwany przez wszystkich punkt wieczoru – karaoke. Każdy chciał śpiewać. Z wyjątkiem Arona, psa przewodnika, który prawdopodobnie chciał tylko wyć. Zmobilizowałam się i robiłam fotki, w myślach układając treść artykułu, który wrzucę na naszą stronę internetową i do lokalnej gazety. [/FONT] [FONT=Arial] Impreza oczywiście przeciągnęła się. Uciekły mi wszystkie busy, a na ostatni autobus zdążyłam tylko dlatego, że podwieźli mnie do rynku zachwyceni rodzice jednej z uczestniczek, przybyli zresztą z innego miasta. Rzuciłam się zdeterminowana pod koła ruszającego pojazdu i dzięki temu, objechawszy wszystkie okoliczne miejscowości i zapłaciwszy jak za woły, po godzinie byłam w domu. Akurat na czas, żeby dać zastrzyk Gaci. Zaciśnięcie palców na strzykawce i wciśnięcie tłoka wydobyło ze mnie głuche wycie. Kiedy trzymałam się za łokieć, Irena i Kaja pochwaliły mnie, że poszło mi równie sprawnie, jak Arturowi. Jasne. Nie przestaje mnie zdumiewać, jak grubą kot ma skórę. Chyba łatwiej przebiłabym się przez swój but zimowy. [/FONT] [FONT=Arial] Gacia od kilku dni kaszlała szkaradnie. Na moje ucho to było co najmniej zapalenie tchawicy. W piątek wieczorem zadzwoniłam do Artura, który poradził, żeby jej podać rutinoscorbin. Chyba do odbytu, odprawiwszy wcześniej obrzędy magiczne. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy zjawiła się Kaja, zadzwoniła po niego i przyjechał. Zgodził się, że jest to paskudne zapalenie górnych dróg oddechowych i podał Gaci antybiotyk i sterydy. Potem razem z Kają dokonywał dalszych oględzin, ale przysłuchiwałam się temu wyrywkowo, bo w pośpiechu robiłam niechlujny makijaż i przygotowywałam się do wyjścia. [/FONT] [FONT=Arial] -O Boże, patrz, jakie ona ma zęby! Tragedia! To stąd ten stan zapalny. Ty słuchaj, jak ona wydobrzeje, to ja będę musiał jej w narkozie wyczyścić ten kamień, a te zęby, które są zniszczone, usunąć. [/FONT] [FONT=Arial] -Chyba mi słabo – jęknęła Kaja w odpowiedzi. [/FONT] [FONT=Arial] -Cholera, nie zdążę – jęknęłam równolegle. –Artur, jedziesz w kierunku miasta?[/FONT] [FONT=Arial] -No, jadę.[/FONT] [FONT=Arial] -To dobrze, podwieziesz mnie. –Zgarnęłam szynę i bandaże elastyczne i powędrowałam do pokoju. [/FONT] [FONT=Arial] -Zawiń mi ten łokieć. [/FONT] [FONT=Arial] -A po co? Przyjdź do mnie, u*******ę ci rączkę i będziesz miała święty spokój na zawsze. [/FONT] [FONT=Arial] -Od******* się – odrzekłam uprzejmie, wręczając mu akcesoria. [/FONT] [FONT=Arial] -Wiesz co, ten bandaż to mogłabyś sobie wyprać....[/FONT] [FONT=Arial] -Nie marudź. Gdzieś mam nowy, ale nie mam czasu szukać. A wiecie – rozrzewniłam się, spoglądając na bandaż, ozdobiony na obrzeżu niebieskim paskiem – on ma... zaraz, ile... jest z osiemdziesiątego drugiego roku, z darów! Kiedy pracowałam w Opolu...[/FONT] [FONT=Arial] -No pięknie – zarechotał Artur. Czyli on był czysty w osiemdziesiątym drugim! [/FONT] [FONT=Arial] -Odwal się – warknęłam. –I bandażuj. Nie tak niechlujnie! Jedną ręką lepiej to zrobię![/FONT] [FONT=Arial] -Byle nie razem z ogonem – dodała niewinnie Kaja.[/FONT] [FONT=Arial] Lata temu Funiaczek spadł z tych cholernie stromych schodów na piętro i zwichnął sobie łapkę. Oczywiście, była to niedziela. Regułą jest, że wszystkie okropności zdrowotne przydarzają się w czasie weekendu. Pracowałam wtedy w szpitalu, a po zawale kolegi miałam tam dodatkową, dobrze płatną fuchę, mianowicie wróciłam do pierwszego swojego zawodu i obsługiwałam rentgen. Dyrektorem była wówczas Wiktoria. Zadzwoniłam do niej skrajnie rozhisteryzowana (bo a nuż złamanie?!). Podjechała po nas bez słowa, odziana w markowy dres w kontrowersyjnych kolorach i gdy my z Kają ukradkiem taszczyłyśmy Foksa do archaicznej pracowni rentgenowskiej, szczęśliwie mieszczącej się w podziemiach, ona niespodziewanie nawiedziła jeden z oddziałów, ze strategicznym widokiem, budząc siny strach wśród personelu, któremu do głowy nie przyszło gapić się przez okna. [/FONT] [FONT=Arial] Łapa na szczęście nie była złamana. Artur unieruchomił ją szyną, co ku naszemu głębokiemu zdumieniu uczyniło psa całkowitym inwalidą, dopóki nie zorientowaliśmy się, że w pośpiechu unieruchomił mu kończynę wraz z ogonem. Zraz potem kupiłam gumowy chodnik do łazienek i Kaja oblepiła nim schody. Do tej pory fantastycznie spełnia swoją rolę antypoślizgową. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] cdn. albo i nie
×
×
  • Create New...