-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
Cholernie dobre wieści... :/ [FONT=Verdana]10.11.2010 środa[/FONT] [FONT=Verdana] [/FONT] [FONT=Verdana] No, wszystko dobre, co się dobrze... tfu, odpukać. [/FONT] [FONT=Verdana] Choroba Dina przeraziła nas wszystkie. Na szczęście Irena zauważyła, że psina ma dziwne i przeraźliwie smutne oczy. I nic nie je. Moja telefoniczna akcja ściągnęła poczciwego Artura, który mimo zaabsorbowania urlopem przyjeżdżał codziennie, czasami dwa razy. Stwierdził anginę. Faktycznie, małemu brzydko pachniało z buzi. Nadal nie jadł, wymiotował nawet wodą. [/FONT] [FONT=Verdana]W piątek przyjechałam na przepustkę z duszą na ramieniu. Maluch nawet nie pomachał ogonkiem na mój widok. Kiepsko. Ale od soboty więcej zostawało w nim wody, niż wydobywało się na zewnątrz. I zjadł odrobinę polędwicy z indyka, więc wybronił się przed kroplówką. W niedzielę rano dostał ostatni zastrzyk i też zrezygnowaliśmy z kroplówki, bo zmamlał trochę gotowanej piersi z kurczaka. Ale leżał na moim łóżku jak kłoda. I nadal miał przeraźliwie smutne oczy. [/FONT] [FONT=Verdana] Siedziałyśmy nad nim jak kwoki, obserwując każdy oddech. [/FONT] [FONT=Verdana] -Co jemu tak tą krtanią zrywa? – zaniepokoiła się Irena. [/FONT] [FONT=Verdana] -Może ma czkawkę – powiedziałam bez przekonania, starając się stłumić nieprzyjemne przeczucia. [/FONT] [FONT=Verdana] Spojrzała na mnie z politowaniem.[/FONT] [FONT=Verdana] -Poczekamy – zawyrokowała Kaja. –Może on faktycznie tak czka?[/FONT] [FONT=Verdana] -Ale zaraz potem oblizuje się i przełyka. Bardzo mu to przeszkadza. Chyba nic z niego nie będzie – krakała Irena. [/FONT] [FONT=Verdana] -A, weź, przestań! – zdenerwowałam się. –Ale czemu on tak kuli to lewe uszko? I tylne łapy mu drgają. [/FONT] [FONT=Verdana] -Coś go łaskocze – Kaja wykazała maksimum optymizmu. [/FONT] [FONT=Verdana] Wieczorem uznałam, że czas posłuchać intuicji. Ostatnio, kiedy ją zlekceważyłam, cierpiałam przez kilka miesięcy. [/FONT] [FONT=Verdana] Zadzwoniłam do Renaty oznajmiając, że mam złe przeczucia i trzeba coś zrobić, bo Artur już jedną nogą jest w Boliwii, gdzie uszczęśliwiony będzie się poniewierał w ekstremalnie paskudnych warunkach, a gdy wrócę do szpitala, zdechnę tam z niepokoju. Ustaliłyśmy, że jej córka, Karolina, która uratowała błąkającego się psiaka, ze swoim chłopakiem Bartkiem podwiozą nas do Jacka, do Klucz. Jacek miał wrócić po dwudziestej. [/FONT] [FONT=Verdana] O ósmej zaparkowaliśmy przed lecznicą. W jednym z pokoi na piętrze świeciło się słabe światło. Wysiedliśmy. Jacek komórki nie odbierał. Zadzwoniłam do drzwi. Nic. Wsiedliśmy z powrotem do samochodu. Kaja i Karolina z maluchem z tyłu. [/FONT] [FONT=Verdana] Wszyscy obserwowaliśmy ulicę, oczekując samochodu włączającego kierunkowskaz. [/FONT] [FONT=Verdana] Pewnie tkwilibyśmy tam do końca świata, gdyby po czterdziestu minutach Bartek nie zauważył, że światło w pokoju rozjarzyło się jaśniej. [/FONT] [FONT=Verdana] Wylazłam z auta i ponownie zadzwoniłam do drzwi. Tym razem dłużej. Po chwili pojawił się Jacek. No jasne, na mnie można liczyć. Pokazowe szczęście.[/FONT] [FONT=Verdana] -O Boże, jesteś! A my czekamy jak idioci! Sorry, że w niedzielę i tak późno, ale nasze nowe dziecko... [/FONT] [FONT=Verdana] Po chwili byliśmy już w gabinecie. Jacek na czerwony pulower założył zielony fartuch i bardzo dokładnie zbadał Dina, który lekko drżał na stole o metalowym blacie. Zeznawałyśmy obie z Kają. Jacek słuchał i analizował. Temperatura normalna, gardło bez śladu zaczerwienienia, nos czysty, brak wysięku. Miał nieco zastrzeżeń co do jajeczek (wielkość i asymetria), na zewnątrz na razie nieobecnych, ale oświadczyłam stanowczo, że teraz to najmniejsze zmartwienie, może ich wcale nie mieć, jeśli o mnie chodzi. Przepytał nas na temat meldowanej przeczulicy skóry (zrywa się i próbuje drapać, jakby go coś oblazło) i drgania krtani. Potem, zestawiwszy Dina ze stołu, wygłosił nam wykład o odmianach nosówki. Prawdopodobnie w tym przypadku mamy do czynienia z zaatakowaniem układu nerwowego. Choroba musiała objawiać się już wcześniej, szczepionka ją zaktywizowała, ale, obserwując Dina obwąchującego wnikliwie okolicę, oznajmił, że jest dobrej myśli. Nic nie można już zrobić tylko wtedy, gdy wystąpią konwulsje. W tym przypadku mogą pozostać różne tiki, na przykład te skurcze szyi, których co prawda nie zauważył. Ale generalnie organizm, wsparty lekami uodparniającymi i witaminą B, powinien sobie poradzić z wirusem. Mogą być dni, gdy wystąpi temperatura. Trzeba mierzyć. [/FONT] [FONT=Verdana] Kiwałyśmy głowami. Karolina – prawie lekarz, ja – niedoszły lekarz, Kaja – psycholog. Pies olał diagnozę i po zbadaniu całego gabinetu zaparkował pod tablicą z rasami kotów. Kiedy klapnął na rudy tyłek, zaprezentował serię wszystkich niepokojących nas objawów.[/FONT] [FONT=Verdana] -Patrz! – oderwałam Jacka od notatek. [/FONT] [FONT=Verdana] Dinuś zamachnął się łapą na nieistniejące pchły, zrezygnował, za to zaczęła mu drgać okolica krtani. Parsknął i zaczął spazmatycznie przełykać. [/FONT] [FONT=Verdana] -No to mamy – wymamrotał Jacek, usadził go ponownie na stole, założył rękawiczki i rozpoczął badanie od nowa. [/FONT] [FONT=Verdana] Po godzinie, nieco uspokojone, wyszłyśmy z lekarstwami i wyraźnie znużonym psem, same wykończone. Oby tylko jako następstwo nie pojawiła się padaczka.[/FONT] [FONT=Verdana] Po powrocie uspokoiłam Renię, do północy popracowałam na komputerze obserwując śpiącego pod kołdrą Dina. Potem zwaliłam się obok niego i dopiero o świcie poczułam, że wymknął się z moich objęć. Zasnęłam jeszcze na chwilę, w tym czasie Kaja podała mu lekarstwo. Potem w panice przygotowywałam się do wyjazdu, a maluch pewnie spał u Ireny, ale nie zdążyłam sprawdzić. [/FONT] [FONT=Verdana] Irenę nękałam telefonami kilka razy dziennie. Z jękiem zapewniała, że Dino całkowicie wyzdrowiał, a naprawdę biedny jest prześladowany przez niego Garet. Kaja mówiła to samo, dodając, że nasz pierworodny nie tylko schudnie, ale najpewniej zemrze z głodu, bo mała zmora pochłania wszystko, zanim jedzenie dotknie miski. Również kocie żarcie. Ale jest sukinsyn taki słodki...[/FONT] [FONT=Verdana] Dziś przyjechałam na przepustkę przed jutrzejszym świętem. Za drzwiami powitał mnie Garet, od razu wyciągając pranie z mojej torby. Wyglądał na udręczonego. Gówniarza ani śladu. Przycwałował dopiero, gdy weszłam do pokoju Ireny, rozczulającej się nad zmaltretowanym Garetem, ofiarą ozdrowieńca. Dino runął na mnie jak szalony, w obawie o swoje obolałe gnaty zapadłam w fotel, wskoczył mi na kolana, wymył dokładnie, ze szczególnym uwzględnieniem dziurek w nosie (zboczeniec?!) i od razu zaczął zaczepiać Gareta, który z jękiem z trudem zwalczanej pokusy odwracał swoją piękną głowę. Przycisnęłam smarkacza do siebie, drapiąc jednocześnie Garecika po żabocie. [/FONT] [FONT=Verdana] -No, to masz dwa kłapouchy – oznajmiła ponuro Irena. [/FONT] [FONT=Verdana] -Co? O rany, faktycznie, to ucho mu jednak oklapło. Porażenie nerwu. Dobrze, że tylko tyle! No dobra, chłopaki, jemy obiad i idziemy do ogródka![/FONT] [FONT=Verdana] Gareta nakarmiłam osobno, bo zanosiło się na to, że Dino wyrwie mu mięso z przełyku. W międzyczasie zadzwoniła Kaja. Zostaje w Krakowie, jeśli ja przyjechałam. [/FONT] [FONT=Verdana] -No, przecież ci mówiłam. On żre jak opętany. Babcia gotuje jedną porcję mięsa rano, ja drugą wieczorem, po powrocie. Wczoraj zastałam całą kanapę w okruchach, musiał ukraść z szafki jakąś bułkę albo chleb, poza tym koci pasztet, bo leżało tam sprasowane i wylizane opakowanie, marchewka, nienaruszona, i pośrodku tego wszystkiego kamień. Dla dekoracji... Chyba już wiem, dlaczego go ktoś wyrzucił. Najpierw dostał ataku głodu, potem padaczki... Przy czym przyczyną było to pierwsze...[/FONT] [FONT=Verdana] W ogrodzie Dino najpierw maltretował wywleczoną z piwnicy plastykową doniczkę, potem kawałek drewna. W międzyczasie pastwił się nad Garetem, który z frustracji wypił mi półlitrowy kubek wody.[/FONT] [FONT=Verdana] Zrobiło się chłodno, więc wróciliśmy do domu. Z jękiem bólu padłam na podłogę w celu wykonania serii zaleconych ćwiczeń. Przy pierwszym przeproście wściekły owsik błyskawicznie wkręcił się pode mnie. Leżąc na plecach zdążył mi wymyć całą twarz, z tradycyjnym wciskaniem języka w dziurki nosa. Na wszelki wypadek przytrzymywał mnie przednimi łapami. Kwiczałam ze śmiechu starając się nie uszkodzić wariata. [/FONT] [FONT=Verdana] Kiedy wlazłam do łóżka z książką, już tam był. Rozciągnięty na całą długość, śpiąc jak kamień. Ale natychmiast, nawet nie otwierając oczu, przylgnął do mnie. Na chwilkę wtuliłam nos w jego cudnie pachnącą skroń i obudziliśmy się w dwie godziny później. Priorytet – ŻARCIE!!! Natychmiast!!! Dużo!!! [/FONT] [FONT=Verdana] O Jezu dobry, jakim cudem tak mały pies może zmieścić w sobie 1,5 kilograma mięsa dziennie?!!! I kto, k...wa, na to zarobi?!! Czy ja mogę się w tej sprawie zwrócić do pomocy społecznej?? HELP!!! [/FONT]
-
Artur mówi, że angina. Faktycznie, już gdy spałam z nim w niedzielę, brzydko mu z buzi pachniało. Ja, pieprzony medyk, nie zajarzyłam! Idiotka do sześcianu! To Irena (tak, TA IRENA! Moja matka, dawniej, przed leczeniem antydepresantami, koszmarna czarownica!) uratowała mu życie. Nie podobały jej się jego oczka. Smutne i zapadnięte. Dzięki temu zmobilizowałam kochanego Artura. Pamiętacie, to ten weterynarz o złośliwym pysku i sercu wielkim jak wszechświat. Wciąż ocieramy się o kroplówkę. Ale dziś Dinuś zjadł trochę kurczaka i parę razy odrobinę polędwicy z indyka. Siedzimy nad nim jak kwoki. Zwłaszcza Irena. Bez dwóch zdań, to jej pies. Ześwirowała na jego punkcie, chociaż Gareta też kocha do obłędu. Jezu, kosmici podmienili mi matkę! Kocham kosmitów!!! Spróbuję wstawić zdjęcia. [url]http://img186.imageshack.us/img186/6198/dsc0013ph.jpg[/url] [url]http://img215.imageshack.us/img215/[/url]
-
Och, Dziewczyny, trzymajcie kciuki! Dinuś bardzo chory! Dzięki Bogu, Irena zauważyła, że jakiś nieswój, telefonicznie zorganizowałam akcję ratunkową i Artur czuwał podczas mojej nieobecności. Dziś wróciłam do domu i kiepsko to wygląda. Artur był dwa razy, nie wiem, jutro ewentualnie kroplówka. Napiszę, jak poszło. Obłędne popołudnie, a przed nami jeszcze noc. Pozdrawiam, na razie zrozpaczona :((
-
No to do piątku, o ile mnie wypuszczą. Całuje Was, piszcie do mnie, potrzebuję tego. Całuski. [FONT=Verdana]01.11.2010 Poniedziałek[/FONT] [FONT=Verdana] Dino za stałe legowisko obrał sobie duży fotel w pokoju Ireny, dokumentnie zszarpany przez kocie pazury. Trzyma tam swoją zabawkę – ośmiornicę, której broni przed Garetem jak lew. Niby taki łagodny szczeniaczek, a zęby potrafi wyszczerzyć bardzo wyraziście i zniechęcająco. I nic to, że nie wszystkie mu jeszcze wyrosły. Zdaje się, że w tym psim układzie jest osobowością dominującą. Gdzie się podział ten zastraszony piesek, drżący pokornie na legowisku w przedpokoju teściowej Renaty? Naszła mnie niepokojąca refleksja, że każda istota, która dostaje się pod moją opiekę, obiera nieskrępowany rozwój, ujawniając cechy, które w innym przypadku pozostałyby głęboko ukryte. Dotyczy to zarówno ludzi, jak i zwierząt. Przy czym ludzie się rozbestwiają i wyłażą z nich najgorsze cechy, wyłączając tych najszlachetniejszych, którzy pozostają w moim życiu na zawsze, a zwierzęta w pełni realizują swoją osobowość, bez żadnych zahamowań i traum. [/FONT] [FONT=Verdana] W nocy wykradłam Dina z gniazda w pokoju Ireny. Rozespany, nie protestował. Spał słodko pod kołdrą, skończyłam zabawę z komputerem i położyłam się, rezygnując z czytania do poduszki, bo smarkacz był cudownie rozleniwiający. Zasnęłam bez przeszkód i nie wiem, kiedy się wyprowadził. [/FONT] [FONT=Verdana]Rano zwlekłam się z łóżka, żeby nakarmić towarzystwo. Dino był aktywny od świtu. Słyszałam, że Irena łagodnie robi mu wyrzuty, ale nie wiedziałam, o co chodzi. Nie brzmiało groźnie. Kiedy weszłam do jej pokoju, zdębiałam. Pod drzwiami balkonowymi piętrzył się stos strzępów. Piesek solidnie popracował nad wykładziną. A dawno mówiłam, że trzeba założyć panele! Winowajca był nieobecny. Grasował w ogrodzie. Przebywa tam godzinami. Kopie dziury, szatkuje wywleczone z piwnicy śmieci, wyrywa rośliny z korzeniami. Wraca wściekle głodny, z tak zapadniętymi bokami, że wydaje się, iż żebra mu się krzyżują. Kilogram mięsa dziennie to mało. Jezu, czy on myśli, że dostałam podwyżkę i wystarcza mi do 20-go?! [/FONT] [FONT=Verdana]Pogoda przecudna, 20 stopni, jak w lipcu. Powietrze łagodne, ptaki śpiewają jak szalone, intrygując Dina. [/FONT] [FONT=Verdana]W obliczu powyższego zarządziłam kąpiel Gareta. Po codziennym przyjmowaniu tranu (obaj jedzą i efekty widać) sierść mu się poprawiła, ale brudny był jak nieszczęście. [/FONT] [FONT=Verdana]Moje dolegliwości były dziś tak dojmujące, że klęłam przy każdym ruchu. Kaja w przypływie empatii postanowiła poradzić sobie sama. Garet postawił na bierny opór. W rezultacie ja ciągnęłam smycz, a Kaja pchała jego kuper. Dino, zaciekawiony i zaniepokojony, podążał za nami. Po kąpieli nasz pierworodny ruszył w ogród i wrócił zasypany ziemią po oczy. No, cudnie. [/FONT] [FONT=Verdana]-Znowu chce być psem – zauważyła smętnie Kaja. [/FONT] [FONT=Verdana]Dino dzielnie pomagał. Gonił Gareta, wpadając mu pod brzuch albo przeskakując nad nim. Garet przewracał oczami jak foka w ataku szału, warczał i jęczał, usiłując pozbyć się upierdliwca. Złapałam Dina i wyszorowałam go mokrym ręcznikiem. Kiedy odzyskał możliwość samostanowienia o sobie, wygrzebał gdzieś truchło myszy i biegał z nim radośnie, nie reagując na prośby i groźby. Po trzecim śniadaniu (mięso) i obiedzie (placki ziemniaczane), stracił energię i zaległ w swoim fotelu u Ireny, mordując ośmiornicę. Podsiadłam go i w moich objęciach zapadł w krótką drzemkę, przytuliwszy się rozkosznie. Niestety, Garet odreagowywał kąpiel i drzemkę diabli wzięli. Pogotowie na sygnale pobudziło Garecika do popisów wokalnych. Dino zamarł i asymilował wrażenia. Po chwili ocknął się i zawył potężnym, melodyjnym głosem, budząc zachwyt Ireny. [/FONT] [FONT=Verdana]Usiadłam na leżaku i obserwowałam aktywność smarkacza. Skończył okopywanie róż (dobrze, przynajmniej mogą oddychać – skomentowała Irena), złapał coś paskudnego, co do złudzenia przypominało zdechłą mysz i prawdopodobnie nią było, nie reagował na wołanie i dopiero skakanie po Garecie odłączyło go od podejrzanego obiektu, wskoczył kilkakrotnie do basenu i wylazł stamtąd robiąc mnóstwo hałasu, po czym zajął się rozrywaniem na strzępy śmieci, które zaaportował z piwnicy. [/FONT] [FONT=Verdana]Po południu Kaja i Sebastian zabrali bachory na spacer. Dina trzeba było odrywać ode mnie operacyjnie, bo jakoś nie lubi facetów. Skąd taka dogłębna mądrość u szczeniaka?!![/FONT] [FONT=Verdana]Po powrocie zaserwowałam posiłek, potem jeszcze dwukrotnie. [/FONT] [FONT=Verdana]-Jak jemu się boki zapadają! – zmartwiła się Irena. –Ale on jest taki strasznie pracowity, że wszystko spala. [/FONT] [FONT=Verdana]-Wykończy nas finansowo – zawyrokowałam ponuro. Wyjęłam udka, zagotuj je jutro, bo już nie mają co żreć. [/FONT] [FONT=Verdana]-Dobrze.[/FONT] [FONT=Verdana]-Trzeba spojrzeć prawdzie w twarz. Już przy Garecie robiłyśmy bokami. Skończymy na ulicy. Będziemy spać w kartonach i wyżerać resztki z pojemników na śmieci... [/FONT] [FONT=Verdana] [/FONT]
-
[FONT=Verdana]Z trudem doczekałam piątku. Po drodze zrobiłam zakupy i dowlokłam się do domu obładowana jak karawana, resztkami sił. Chłopaki oszalały, ja też. Sytuację uznałam za unormowaną. Garet spisuje się bardzo dzielnie, wykazując nieprzebrany ocean cierpliwości. Kochany czarnuch, słodki męczennik. Gówniarz jest tak upierdliwy, że na miejscu Gareta co chwilę waliłabym go łapą przez dupsko. Obydwa kochane do nieprzytomności. Dino uwielbia winniczki. Co chwilę znajduje jakiegoś w ogrodzie, bawi się nim, grzechocząc skorupką, potem przynosi do domu. Irena protestuje i wyrzuca. Po czym zabawa zaczyna się od początku. [/FONT] [FONT=Verdana]Ogród wygląda jak wysypisko odpadów. Smarkacz przegryza worki ze śmieciami i rozmienia na drobne. Kaja będzie miała trochę roboty... [/FONT] [FONT=Verdana]Oba psy rywalizują o zabawki i kości z błony. Kradną je sobie spod pyska i jeden drugiego goni, aby odebrać upragnioną zdobycz. Garet powinien chudnąć w oczach. A w biodrach na pewno. Żrą jak szalone. Mały co chwilę, bo dużo spala. Zjada kilogram mięsa dziennie, ale też pracuje od świtu, kopiąc dziury w ogrodzie i wyrywając kwiaty. Róże oszczędza, widocznie skutecznie się odgryzają. Ale większość unikalnych bylin mi skasował. Trudno, niech się bawi. Ślicznie wygląda, kiedy zapiera się łapkami i zmaga z badylami. [/FONT] [FONT=Verdana]Pierwszą noc przespał w moich objęciach, Garet obok. Rano, gdy Garet przeniósł się na swój obserwacyjny punkt na parapecie, Dino zaczął się nudzić. Uznał, że czas na toaletę. Przycisnął mi twarz łapami i umył dokumentnie. Śmiałam się jak opętana, bo wsadził mi język do dziurki w nosie, a potem do ucha... Z przerwami, powtórzył ten proces cztery razy, dopóki nie zwlokłam się z łóżka, pojękując z bólu. Jęczałam, bowiem zrujnowałam dotychczasowe osiągnięcia rehabilitacji zaczynając pobyt w domu od przemeblowania. Jeśli szukacie kretynki, tu jestem! Ale teraz z dużego pokoju zrobiły się dwa mniejsze. Jest nieźle. Obmyślałam tę konfigurację przez całą noc przed przyjazdem, bowiem w szpitalu praktycznie nie sypiam. [/FONT] [FONT=Verdana]-No, podoba mi się. Ten układ jest najlepszy z dotychczasowych – pochwalił Artur, który przyjechał pogadać i wycisnąć gruczoły pieskom. Garet protestował, mały, którego trzymałam na rękach, nawet nie zauważył, co się dzieje. Mój ukochany przyjaciel był smutny, bo jego Kokunia (papuga żako) umarła na raka mózgu. Już nigdy nie zagada. Artur planuje kupić sobie następną. [/FONT] [FONT=Verdana]-Ale nie będzie już tak pięknie klęła – zmartwiła się Kaja.[/FONT] [FONT=Verdana]-Hm, zawsze mogę jej dać parę lekcji... Nawet za darmo, po znajomości...[/FONT] [FONT=Verdana]-Tak, właśnie ciebie powinien wynająć – skomentowała złośliwie Irena. [/FONT] [FONT=Verdana] [/FONT]
-
[FONT=Verdana]31.10.2010 Sobota[/FONT] [FONT=Verdana] [/FONT] [FONT=Verdana] Dina poznałam jeszcze przed pójściem do szpitala. Zadzwoniła do mnie przyjaciółka, Renata, że jej córka przygarnęła błąkającego się od kilku dni pieska. Niestety, u nich zostać nie może, z powodu ich psa oraz męskiej części rodziny, przy czym drugi powód jest bardziej istotny. Piesek jest cudowny i wszystkie się w nim śmiertelnie zakochały, na razie umieściły go u babci, ale pomysł okazał się chybiony. Babcia po śmierci męża straciła całą miłość do psów. Może znam kogoś, kto chciałby pięciomiesięcznego szczeniaka? Jest grzeczny jak anioł, leży w korytarzu i nie rusza się stamtąd, a przynajmniej nie często. Zaopiekowany weterynaryjnie. [/FONT] [FONT=Verdana] Ha, kto chciałby psa? Oddać, owszem, ale przygarnąć?[/FONT] [FONT=Verdana] Następnego dnia poszłam do Reni zaplombować ząb. To jedyna osoba, której pozwalam zajrzeć do ogarniętej fobią paszczy. Jest aniołem, należy do mojego wewnętrznego kręgu przyjaciół. Cudowna kobieta, prześliczna, mądra, asertywna, ze szczerozłotym sercem. Unikat. Przy okazji postanowiłam obejrzeć pieska. Opierając się na kuli wdrapałam się po stromych schodach do mieszkania jej teściowej. Z legowiska w korytarzu mrugało do mnie cudo o strzępiastych, stojących na baczność uszach. Tricolor, biało-rudo-czarny, mordka umaszczona niesymetrycznie, zabójczy makijaż wokół oczu wymalowany grubą, czarną kreską przeciągniętą na skronie. Po ciemnej stronie pyszczka wąsy czarne, po białej białe, ale wyrastające z punkcików nakreślonych sadzą. Cudo na mój widok wykoleiło się. Spojrzeliśmy na siebie i od razu ujawniło się pokrewieństwo dusz. Złapałam klocusia na ręce i padłam na skórzany fotel. Nie bardzo wiedziałam, o czym rozmawiam z teściową Reni, bo Dino wtulił się we mnie i zamarł, oddychając cichutko. Praktycznie stopiliśmy się w jedno. Poczułam, jak ogarnia mnie ściskające za gardło wzruszenie i jednocześnie błogi spokój. Całowałam mięciutką główkę wdychając ten niepowtarzalny, niemowlęcy zapach. Teściowa patrzyła na nas oszołomiona. [/FONT] [FONT=Verdana] -Ależ on się do pani przytula! Coś podobnego! Ja go chyba zatrzymam. Trochę brudzi w domu, a mnie się źle schylać... [/FONT] [FONT=Verdana] -Przecież to jeszcze niemowlę.[/FONT] [FONT=Verdana] Rozmawiałyśmy przez kilkanaście minut, ja całkowicie machinalnie, skupiona na rodzącej się więzi. Przepadło. Wpadłam po uszy. [/FONT] [FONT=Verdana] -Joanna, chodź, bo pacjenci się schodzą!!! – krzyknęła z dołu Renia. [/FONT] [FONT=Verdana] -Już idę! – odwrzasnęłam kłamliwie. [/FONT] [FONT=Verdana] W końcu jednak musieliśmy się od siebie oderwać. Poczułam, jakby mi ktoś wyrwał kawałek duszy. Dino spojrzał na mnie czarnymi oczkami z żalem i niedowierzaniem i podreptał pokornie na swoje legowisko. Jezzzzu!!![/FONT] [FONT=Verdana] Zeszłam do gabinetu z błędnym wzrokiem i rozpaczą na twarzy. [/FONT] [FONT=Verdana] -Widzę, że ciebie też trafiło – pokiwała głową Renata, przystępując do pracy. -Nie wiem, co w nim jest, od razu chwyta za serce.[/FONT] [FONT=Verdana] -To nie jest pies, to anioł! – wybełkotałam poprzez zwitki ligniny. –Muszę go mieć!!! Boże, żeby Garet się zgodził... [/FONT] [FONT=Verdana] Byłyśmy w kontakcie telefonicznym. Po dwóch tygodniach, kiedy przyjechałam na przepustkę ze szpitala, postanowiłyśmy przedstawić sobie psy. Teściowa wyjeżdżała na imprezę, więc Dino, gdyby Garet nie próbował go zeżreć, miał zostać. [/FONT] [FONT=Verdana] -Te, doktorantka, rusz swoim psychologicznym mózgiem, lepiej w domu czy na spacerze? [/FONT] [FONT=Verdana] -Na spacerze, bo dom to teren Gareta – orzekła Kaja. –O ile łąki też nie uznaje za swój teren – dodała z powątpiewaniem. –Czarno to widzę... jego wybujałe ego... [/FONT] [FONT=Verdana] Renia przyjechała z córkami – Karoliną, studentką medycyny i młodszą i kilka lat Madzią. Obie prześliczne tak, jak matka. [/FONT] [FONT=Verdana] Garet, nabuzowany przed spacerem, nerwowo obwąchał Dina. Zesztywniał i odskakiwał przy każdym ruchu szczeniaka. Madzia zaraz złapała Dina na ręce i z wielką niechęcią wypuściła go dopiero na łące. Była na pograniczu łez i wiedziałam, że nienawidzi mnie, Gareta i myśli, że musi rozstać się z ukochanym pieskiem. Karolina podchodziła do wszystkiego bardziej zdroworozsądkowo. [/FONT] [FONT=Verdana] -On u babci nie może zostać. Wiem, że u pani będzie mu dobrze. [/FONT] [FONT=Verdana] Psy ładnie regulowały sobie kontakt. Mały wcale nie był spolegliwy, próbował zachęcić Gareta do zabawy, Garet sztywniał i przewracał oczami jak znarowiony koń, przy szybszym ruchu odskakiwał jak oparzony. Madzia od razu reagowała, nie dając im szans na bliższe poznanie się. Rozumiałam ją doskonale. Na jej miejscu reagowałabym tak samo emocjonalnie, może nawet bardziej. Rozumiałam też to, że kurczyła się ze wstrętu przechodząc przez naszą okropną piwnicę do ogrodu, gdzie po spacerze zabrałyśmy chłopaków. Inna klasa, nie tyle społeczna, co materialna. I w dodatku uraza a priori – oddaje ukochanego pieska, bo musi, nie ma innego wyjścia, a warunki nie są idealne... [/FONT] [FONT=Verdana] Dino chromolił warunki. Zachwycało go wszystko, badał piwnicę, brykał po ogrodzie. Garet asymilował niezwykłe zjawisko. Jego zdolności poznawcze pracowały pełną parą. Z uszu mu dymiło. [/FONT] [FONT=Verdana] Wkrótce pożegnałyśmy się. Serce mi się krajało na widok Madzi. No, ale gdybym ją próbowała przytulić, dałaby mi w zęby... [/FONT] [FONT=Verdana] -Nie martw się, będzie mu tu dobrze – pocieszyłam ją niemrawo. Uśmiechnęła się dzielnie, acz bez przekonania. [/FONT] [FONT=Verdana] Umówiłam się z Renią na telefon. [/FONT] [FONT=Verdana] Obserwowałyśmy z Kają jak sępy oba psy. Konflikt pojawiał się, gdy w Garecie budziła się zazdrość. Obsypywałyśmy pieszczotami obydwa. Wreszcie uspokoiłyśmy się. Garet nie zrobi mu krzywdy. Zrozumiał, że to dziecko. Co prawda molestował go okropnie, obwąchując bez przerwy, szczególnie wnikliwie pod brzuszkiem. Oczy miał wybałuszone, jęzor przekrwiony, dyszał jak parowóz i Kaja zaczęła się obawiać, żeby nie zszedł na zawał. [/FONT] [FONT=Verdana]Zarządziłam, ku niezadowoleniu Kai, obchód ogrodu i terenu przed drzwiami frontowymi. Z histeryczną dokładnością pozatykałam cegłami szpary pod ogrodzeniem, którymi mógłby się przedostać najwyżej szczupły szczur. Kaja z ponurą miną przybijała listwę pod drewnianą bramą dzielącą nas od posesji sąsiada. Tamtędy miał szansę przeleźć nieco grubszy szczur. Ratlerek na pewno nie, Dino tym bardziej. Uspokoiłam się, ale mój kręgosłup wył z bólu. [/FONT] [FONT=Verdana] Mały zaparkował wreszcie za zabytkowym fotelem w korytarzu, na którym Garet wpada w rozłąkową depresję. Podścieliłam mu wełniak i położyłam jego smycz. Wychodził, żeby zwiedzać mieszkanie, pilnował Kaję w łazience przy kąpieli, zjadł pół puszki pedigree, odwiedził pokój Ireny wprawiając wszystkie koty w dziką panikę. Wreszcie zasnął. [/FONT] [FONT=Verdana] Irena, fachowiec w wychowaniu psów (jeździła z Wajsem na tresurę aż do Chorzowa), powiedziała:[/FONT] [FONT=Verdana] -Niech Renata przywiezie mu jakieś rzeczy pachnące nimi. Nieprane. Najlepiej skarpetki. Będzie czuł się lepiej na początku. [/FONT] [FONT=Verdana] Zadzwoniłam do Reni, że wszystko w porządku, ale żeby po drodze na imprezę podrzuciła jakieś ciuchy... [/FONT] [FONT=Verdana] Renia po godzinie zaparkowała pod płotem swoją cudną brykę i podała mi przez furtkę kołderkę, kocyk i skarpetki Madzi. Nie chciała widzieć Dina, bo serce jej się krajało z tęsknoty. [/FONT] [FONT=Verdana] Przeżyłam chwile grozy. Nie spodziewałam się możliwości, że teściowa Reni może zażądać zwrotu pieska. [/FONT] [FONT=Verdana] -To niemożliwe – zaprotestowałam. –Przecież to nie przedmiot, to żywa istota. Nie można go tak przerzucać, bo zgłupieje! Przecież on myśli, czuje! Nikt nie zniesie takiego zamieszania emocjonalnego! Nie oddam go. [/FONT] [FONT=Verdana] Wieczorem Dino zregenerował się. Pobrykał po domu, a kiedy weszłam do łóżka, wskoczył do mnie cztery razy, żeby wymyć mnie dokumentnie i dać mi buzi z jęzorkiem. Był szybki jak błyskawica. Udręczony Garet wodził za nim baranim wzrokiem, wreszcie westchnął spazmatycznie i uwalił się obok mnie. W nocy kilkakrotnie wstawałam, żeby sprawdzić, jak się maluch miewa. Spał na zabytkowym fotelu w korytarzu. [/FONT] [FONT=Verdana] O świcie, w nocnej koszuli, wyprowadziłam chłopaków do ogrodu. Ciepło było, niebo przecierało się, błękitniejąc nieśmiało. Przycupnęłam na marmurowej ławie i patrzyłam, jak Dino najpierw obficie sika, przykucnąwszy skromnie, ignorując węszącego wokół Gareta, a potem radośnie kłusuje po całym terenie. Po chwili kłusowali obaj. Dino gonił Gareta szczekając groźnie. W oczach mi migało, cud, że nie pozabijali się o drzewa i nie wpadli do basenu. [/FONT] [FONT=Verdana] Po kilkunastu minutach zarządziłam odwrót. Wpełzłam do łóżka, Dino wtulił mi się w objęcia, Garet z udręczonym westchnieniem zaległ z drugiej strony. Odprężyłam się. Jest dobrze. [/FONT] [FONT=Verdana] Uspokoiłam się. Dino zostaje. Stosunki między psami uregulowały się. Garet jęcząc z udręki znosi zaczepki malucha. A gówniarz poczuł się panem otoczenia. Uwielbia rozrabiać w ogrodzie. Garet, kanapowiec-parapetowiec z konieczności zaczyna zażywać ruchu i świeżego powietrza. Legowisko w korytarzu przeszło do historii. Sypia w dużym fotelu w pokoju Ireny, albo na którymś z foteli w moim. Żre jak lew. Raz spróbował gotowanych, obranych ze skóry i tłuszczu udek kurczaka i od puszkowego jedzenia odskakuje jak oparzony. Muszę znaleźć kogoś, kto karmi psa takim paskudztwem. Żadne nasze zwierzę tego nie tknie. [/FONT] [FONT=Verdana] Wyjeżdżałam po południu z ogromną niechęcią. Przez cały tydzień dzwoniłam do domu co parę godzin. [/FONT] [FONT=Verdana] -Nie świruj – uspokajała mnie Kaja. –Jeśli Babcia każe ci się od*******ić, to znaczy, że wszystko jest w porządku. [/FONT] [FONT=Verdana] Jednak Irena chętnie ze mną rozmawiała, bo dotychczas nie narzekała na nadmiar kontaktu z mojej strony. Poinformowała mnie, że w poniedziałek została w domu, żeby obserwować psy. We wtorek pojechała do miasta, po powrocie oba miały się dobrze, przy powitaniu głaskała jednego i drugiego, jakoś poszło. Renia przywiozła różne smakołyki dla nich i dla Ireny. [/FONT] [FONT=Verdana] W środę przysłała człowieka, żeby wypompował brudną wodę z basenu. Przyjechała z nim Madzia. Garet najeżył się po raz pierwszy w życiu i Irena obawiała się, że faceta pogryzie. Renia poinformowała mnie, że to prymitywny typ, który nie znosi psów, więc nie ma się co dziwić Garetowi, że rozpoznał troglodytę. [/FONT] [FONT=Verdana]Dino przegryzł swoją smycz, ale mamy inne. Dużo czasu spędza w ogrodzie i szczeka grubym głosem na każdego, kto przychodzi do domu. Nareszcie mamy psa obronnego! Wskoczył do basenu i Irena zastanawiała się, kogo wezwać, żeby go wydostał. Ale wyszedł sam, bez problemu. Koty zaczynają się przyzwyczajać, ale Pancernik się awanturuje i śmiertelnie wystraszył Dina. Maluch przybiegł do Ireny po ratunek. Rano, po wyjściu Kai, obaj chłopcy przychodzą do pokoju Ireny. Garet włazi na największy fotel, Dino układa się na wełniaku przy łóżku. [/FONT]
-
Uch, Paskudy, czy ja już mówiłam, jak Was kocham? Ty wredna Brzytwo, opcjo zaawansowana, pamiętasz o obietnicy? No a teraz męczcie się. I piszcie do mnie, bo to miód na moje zharatane serce. [FONT=Verdana]3.10.2010 Niedziela[/FONT] [FONT=Verdana] [/FONT] [FONT=Verdana] Poranny telefon i ćwierkający głos Ireny uświadomił mi, że Marek [I]ad portas[/I]. Garet swoimi kanałami został o tym poinformowany, zanim w dziesięć minut później samochód zatrzymał się na parkingu. Jęczał i biegał z parapetu do drzwi. Przylgnęłam do poduszki zamierzając przespać nawet wizytę Dalajlamy. Niestety. Kundel, dopełniwszy powitalnych obowiązków, postanowił całe stado spędzić w jedno miejsce. Podszedł do tego na tyle ambitnie, że po prostu wydrapał mnie z łóżka. [/FONT] [FONT=Verdana] Zwlokłam się w nienajlepszym nastroju, a to, co nastąpiło potem, doprowadziło mnie do stanu wstrząsu. [/FONT] [FONT=Verdana] Gdy naciągnęłam niedbale narzutę na skotłowaną pościel, na podłogę posypały się z klekotem elementy, które zidentyfikowałam jako niejadalne kawałki łopatki cielęcej. Kawałek wędzonej kości z wcześniejszej dostawy zaparł się i został na prześcieradle. Narzuta wyglądała jakoś inaczej. Kiedy ostatnio ją widziałam, była w kolorze czekoladowego brązu. Teraz miała coś jakby białe plamy. Skupiłam wzrok i osłupiałam. Plamy, to owszem, miała, ale tłuste. Najwyraźniej część nocy mój pies spędził na gonieniu po niej złośliwie uciekającego pożywienia. Następnie postanowił usunąć ślady swojej działalności. Radykalnie. Wygryzając tłuste plamy. To białe, to była pościel przeświecająca przez dziury... [/FONT] [FONT=Verdana]Kiedy mój znękany mózg wyświetlił komunikat „transfer complete”, wywrzeszczałam ciąg czegoś, co bardzo uprzejmie można nazwać kolokwializmami z niższej półki i ruszyłam w ślad za kundlem, żeby go zabić. Zastałam go w łazience, żłopiącego wodę z muszli klozetowej... [/FONT] [FONT=Verdana]-KURRRWA MAĆ!!!! TY DEBILU!!! – ryknęłam tyleż rozjuszona, co zszokowana. Kundel znikł, za to pojawiła się Kaja. [/FONT] [FONT=Verdana]-Pił wodę z kibla![/FONT] [FONT=Verdana]-Niemożliwe, nigdy tego nie robił – odruchowo zajrzała do łazienki. –O cholera. Kibel się zatkał...[/FONT] [FONT=Verdana]-Co? – zapytałam słabo. [/FONT] [FONT=Verdana]-Zatkał się. [/FONT] [FONT=Verdana]-Wyprowadzam się. Nie wytrzymam w tym domu! Wstaw duży garnek wody, potrzebujemy wrzątku![/FONT] [FONT=Verdana]-Dobrze – odparło moje dziecko i powędrowało w kierunku głosów Marka i Ireny.[/FONT] [FONT=Verdana]-Dobra, ja wstawię – warknęłam z furią chwytając garnek i wywołując głośną lawinę w szafce. [/FONT] [FONT=Verdana]-No, zaraz! Krzyczysz na mnie od samego rana! – nadęła się Kaja. [/FONT] [FONT=Verdana]-Bo powiedziałam – wstaw wodę, a nie – udaj się na towarzyskie pogawędki! – wysyczałam. [/FONT] [FONT=Verdana]W chwilę później wpadłam do pokoju Ireny. [/FONT] [FONT=Verdana]-Chodźcie zobaczyć! Ty też! – spojrzałam na Marka, który usiłował się wycofać na bezpieczne pozycje. Potulnie powędrowali do mojego barłogu. [/FONT] [FONT=Verdana]-Ojej, co się stało? – zdziwiła się Irena. [/FONT] [FONT=Verdana]-Twój ulubiony piesek spożył posiłek na moim łóżku. Tu są resztki, z którymi spałam, a to są dziury, bo powygryzał z narzuty tłuste plamy! Nie zdążył wszystkich... [/FONT] [FONT=Verdana]-Garutek?[/FONT] [FONT=Verdana]-Odradzałbym ci nocne przekąski – zasugerował jednocześnie z dezaprobatą Marek. [/FONT] [FONT=Verdana]Zazgrzytałam zębami. [/FONT] [FONT=Verdana]-A oprócz tego kran cieknie od dwóch miesięcy i właśnie zatkał się kibel – poinformowałam, przemieszczając się za nimi do pokoju Ireny. [/FONT] [FONT=Verdana]-I co teraz zrobimy? – zmartwiła się.[/FONT] [FONT=Verdana]-Spróbujemy przetkać. [/FONT] [FONT=Verdana]-To wszystko przez papier toaletowy – zawyrokowała. [/FONT] [FONT=Verdana]Spojrzeliśmy na nią w osłupieniu. [/FONT] [FONT=Verdana]-Wszyscy ludzie używają papieru toaletowego – powiedziała ostrożnie Kaja. [/FONT] [FONT=Verdana]-Chyba tak... Ale powinien być pojemnik, do którego się to wrzuca...[/FONT] [FONT=Verdana]-Proszę cię, już nic nie mów! – zażądałam stanowczo. [/FONT] [FONT=Verdana]-Babciu!!! – jęknęła Kaja. Marek przewrócił oczami. [/FONT] [FONT=Verdana]Sytuację rozładował Garet, który zaparkował przed Ireną i przyciągnął sobie jej rękę do głaskania. Potem przeniósł się do mnie.[/FONT] [FONT=Verdana]-Wynocha. Nie znam cię. [/FONT] [FONT=Verdana]Spojrzał na mnie wzrokiem dogłębnie zranionej niewinności i jęknął głucho usiłując dać mi buzi. [/FONT] [FONT=Verdana]-Won! Nigdy więcej![/FONT] [FONT=Verdana]-Oj, mamuś, nie bądź taka, zdążył się już parę razy oblizać![/FONT] [FONT=Verdana]Marek zarechotał. – Śliczną ma mordę, taką szlachetną... [/FONT] [FONT=Verdana]-Tak, szkoda tylko, że ostatnia szara komórka zmarła tej nocy – powiedziałam zjadliwie, odruchowo gmerając kundla po ślicznej mordzie... [/FONT] [FONT=Verdana]-Babciu, nie ruszaj nogą, masz mysz przy prawej stopie! – zawołała ostrzegawczo Kaja. [/FONT] [FONT=Verdana]-Co? – Irena zajrzała pod stół. Wszyscy podążyliśmy za jej wzrokiem, ale nic tam nie było. [/FONT] [FONT=Verdana]-Naprawdę, tam jest mysz![/FONT] [FONT=Verdana]-Jaki ładny kot! – zawołał Marek, wpatrując się w drzwi balkonowe, które Kaja natychmiast otworzyła. [/FONT] [FONT=Verdana]-Jaki kot? Nic tu nie ma... [/FONT] [FONT=Verdana]-No przecież widziałem![/FONT] [FONT=Verdana]-No dobra, ktoś jeszcze ma jakieś zwidy? – zapytałam trzeźwo. [/FONT] [FONT=Verdana]-O, mysz! Z drugiej strony![/FONT] [FONT=Verdana]Irena pochyliła się w lewo. Tym razem przy jej lewej stopie siedziała płowa mysz i dyszała nerwowo. [/FONT] [FONT=Verdana]Jęknęłam cicho. [/FONT] [FONT=Verdana]-Żywa mysz! – zdumiał się Marek. [/FONT] [FONT=Verdana]-Adoptuj mnie – poprosiłam. –Ten dom mnie wykończy![/FONT] [FONT=Verdana]-Myszunia – rozczuliła się Irena. –Chodź, malutka! – złapała stworzenie przez chusteczkę do nosa, wyniosła na balkon i wyrzuciła. [/FONT] [FONT=Verdana]-Ups. Nie wiem, jak ona zniosła lądowanie na modrzewiu – powiedziała z powątpiewaniem Kaja. [/FONT] [FONT=Verdana]-Koty zakładają hodowlę na zimę – poinformowałam Marka. [/FONT] [FONT=Verdana]-No tak, lepiej mieć zaplecze na miejscu – dochodził do siebie, ale rzucał niespokojne spojrzenia na szeroko uśmiechniętą Irenę, która lokowała się na krześle w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. [/FONT] [FONT=Verdana]-W kuchni też była mysz. Irena ją dożywiała. [/FONT] [FONT=Verdana]-Bo biedactwo było głodne, a to takie ładne stworzonka! [/FONT] [FONT=Verdana]Marek wybałuszył oczy na naszą matkę. [/FONT] [FONT=Verdana]-Irena na haju – wyjaśniłam cicho, zastanawiając się na plusami i minusami antydepresantów. [/FONT] [FONT=Verdana]-O ***** – wymamrotał, unosząc brwi.[/FONT] [FONT=Verdana]-Tak szepczecie, że nic nie słyszę, chociaż mam aparat![/FONT] [FONT=Verdana]-E... hm.. w tym domu nie powinno być nawet jednej czwartej myszy przy tylu kotach! – oznajmił gromko Marek. [/FONT] [FONT=Verdana]-Czasem bywa mniej niż jedna czwarta. Zostaje tylko główka. Ale to lepsze niż cała, która ostatnio zdechła pod szafką w kuchni – stwierdziła rzeczowo Kaja. –Kiedy ją znalazłyśmy, po zapachu, była napuchnięta i pełna robaków... [/FONT] [FONT=Verdana]-Może kanapeczkę? – zaproponowałam.[/FONT] [FONT=Verdana]-Nie, dziękuję – Marek, lekko zielony na twarzy, oparł się o stół. –Postanowiłem, że dziś żadnej paszy... Czas się zbierać, wszyscy wstali, wersal się skończył. [/FONT] [FONT=Verdana]Ochłonął stosunkowo szybko. [/FONT] [FONT=Verdana]-Cóż, podobno koty na sztucznej karmie długo nie pociągną... Potrzebują tego, co jest w myszach... co to jest?[/FONT] [FONT=Verdana]-Strychnina? – podpowiedziałam usłużnie. [/FONT] [FONT=Verdana]-Nie... [/FONT] [FONT=Verdana]-O, Garet przyniósł resztki kości, ktoś chce się poczęstować? – wskazałam na stos krwawych szczątków ułożony starannie na podłodze. [/FONT] [FONT=Verdana]-O *****, sytuacja się rozkręca – jęknął Marek.[/FONT] [FONT=Verdana]-Po prostu dom budzi się do życia, zapraszamy... – zachichotałam szatańsko. [/FONT] [FONT=Verdana]Przed południem pogoniłam Kaję i zabrałyśmy kundla na spacer. Miałam nadzieję, że się wybiega i przestaną mu przychodzić do głowy przerażające pomysły. Przechadzka minęła bezkolizyjnie niemal do ostatniego momentu. [/FONT] [FONT=Verdana]-Co to za gwizdy? – zapytałam.[/FONT] [FONT=Verdana]-To brzmi jak „mam psa, ale nie wiem, gdzie on jest” – odparła ponuro Kaja.[/FONT] [FONT=Verdana]-A jak będzie brzmiało „znalazłyśmy twojego psa”? [/FONT] [FONT=Verdana]-Jak głuchy charkot![/FONT]
-
O Boże, jak dobrze znowu być z Wami! Całuję Was wszystkie! Irena bierze XETANOR. Aż się wierzyć nie chce, trochę chemii, a działa cuda. A Ty paskudna Brzytwo jeszcze żyjesz? A już się ucieszyłam, że przegapiłam pogrzeb! Gdzie tu są te cholerne emotikony?! Faktycznie, przy pierwszym linku do zdjęcia zeżarłam "h". Teraz edytowałam, ale jakoś nie może zapisać zmian. Od kwadransa się męczy... Więc jeszcze raz: [url]http://img214.imageshack.us/img214/5155/dinoy.jpg[/url] Za chwilę napiszę coś więcej. Na razie.
-
Hej, Kochane!! Jestem. Tzn. bywam, w weekendy. Na przepustce. Tak w ogóle, to leżę w szpitalu od 3 tygodni. Jeszcze miesiąc. I cóż, chciałam Wam powiedzieć, że Garet już nie jest samotny. Ma towarzysza, zmorę swojego życia. Zmora ma na imię Dino, rasa prawie shelty, tricolor, biało-rudo-czarny. 5 miesięcy, jakiś sk..syn go wyrzucił, no to co miałam zrobić? No co?! Przygarnęłam, tym bardziej, że zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia. A o tym opowiem wkrótce. Bałam się, że Garet, pełen miłości do ludzi i żywiołowej nienawiści do psów, z ego wielkości Pałacu Kultury, zeżre małego w mgnieniu oka. Początki były ciężkie, umierałam ze strachu, tym bardziej, że po dobie zadomowienia gówniarza wyjechałam i zostawiłam ten pasztet na głowie Ireny. Ale UWAGA!!! Irena to już nie ta Irena. Bierze leki p/depresyjne i z wiedźmy zmieniła się w anioła. No, kurde, mam nową matkę! Szkoda, że tak późno. Organizm nieprzyzwyczajony... Po serii panicznych telefonów powoli uwierzyłam, że moje ukochane dziecko z ADHD nie zamorduje szczeniaka. Teraz sytuacja się wyklarowała. Dino jest cholernie upierdliwy, napastuje biednego Gareta, który jęczy i zagryza zębiska, żeby nie ulec pokusie... Smarkacz o tyle dobrze na niego wpływa, że zmusza go do ruchu. Bieg po ogrodzie, obrona przed atakami w domu. Może Garecik pozbędzie się trochę tłuszczyku. Mały, oprócz odgryzania frędzli z narzuty na łóżko, ma hobby - kolekcjonowanie winniczków. Wyszukuje w ogrodzie i znosi do domu. Oprócz tego uwielbia mnie myć. Nie wiem, czy ja taka brudna jestem? Ale o świcie, kiedy zaczyna się nudzić w łóżku, w moich objęciach, zabiera się energicznie do roboty. Jezu, jeszcze żaden pies nie wsadzał mi języka do nosa! Przysięgam, że nie mam dużego. Żaden tam Cyrano de Bergerac. Przeciętny. Uszy też. Nikt mi ich z takim zapałem nie mył. Wyspać się nie mogę, ale rechoczę jak obłąkana. Cholera, nie wiem, jak się teraz wstawia zdjęcia, na razie ściskam Was i całuję bardzo. Joanna
-
Jezu, czy nikt nie jest w stanie zapanować nad ustawieniami tego portalu?!! Po co byo zmieniać dobre na gorsze?! Gdyby zrobione przez mnie strony tak działały, zabiłabym się!!! [COLOR=black][FONT=Arial]16.02.2010, wtorek[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Spokojnie, na razie żyję. Podejrzewam, że ta jesienna choroba to była po prostu świńska grypa, niezdiagnozowana, za to z powikłaniami. Do niedomagań Ireny, na szczęście już historycznych (i histerycznych), wrócę przy okazji. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Na razie mam doła. Na tematy egzystencjalno-bilansowe. Jak pisał Sztaudynger „Zanim się opamiętasz, kołyska, ołtarz, cmentarz – i robisz smutne odkrycie, że to już całe życie”.[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Dwa dni temu dostałam sms-a od przyjaciółki: „Serdeczne całuski z okazji Walentynek dla najlepszej przyjaciółki. Mam doła. Czemu się nie odzywasz, małpo zielona? Czy ja coś zrobiłam?!” Odpisałam, zgodnie z prawdą: „Nic nie zrobiłaś. Ja też, k...a, mam doła. Najserdeczniejsze uściski z wyżej wymienionej okazji dla Ciebie”. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Kiedy dzisiaj pełzłam przygnębiona po chodniku mojej okropnie długiej ulicy, zastanawiałam się, skąd to ogólne zdołowanie. Przejście było akurat na jedną stopę, bo nikt nie odśnieża, a za zimno, żeby straż miejska jeździła. A zresztą przyjedzie, każe odśnieżyć i co? Jeszcze jakiś staruszek z laską wytknie im, że sam od czasu do czasu zamienia laskę na łopatę, a wzdłuż murów kilku rezydencji, w ogóle, nawet jedną nogą, przejść się nie da, chyba że w okolicy automatycznej bramy, po koleinach wyjeżdżonych przez wypasione terenowce z napędem na cztery łapy i okolice. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Więc stawiam sobie tę stopę i czekam, aż pokona kilka lodowych garbów, żeby jakoś się ustabilizować, stawiam drugą, czekam, dotarłam do przejścia dla pieszych zabezpieczonego od strony ulicy półmetrową hałdą śniegu i postanowiłam przedostać się na drugą stronę, bo wiem, że na tamtym chodniku chwilami da się postawić obie stopy. Wyjąwszy moment, gdy ktoś nadchodzi z naprzeciwka. O, to jest ciekawe. Wąska ścieżka wydeptana w śniegu, dwie zbliżające się osoby w porywie gorliwej uprzejmości dają susa w zaspy i brną po obu stronach pustej ścieżki. A niechby ktoś nie uskoczył i wygodnie sobie przeszedł, od razu się myśli „ale cham...”. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Stanęłam przed półmetrową hałdą zbierając siły i komunikując wyraźnie zamiar przejścia na drugą stronę ulicy (zgodnie z ustawą prawo o ruchu drogowym). Ulica jest ruchliwa. Jestem w Polsce. Nie jestem w Krakowie. A zatem pokonanie przejścia dla pieszych oznacza, że w dowolnie wybranym momencie muszę rzucić się pomiędzy pędzące samochody oddając swoją duszę komuś tam, a ciało anatomopatologowi. Uff!!! Jeszcze raz się udało! [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Wspięłam się na kolejną półmetrową hałdę zasyfiałej zmarzliny, ostatnie całe więzadła w kolanach nie puściły, dobrze jest! W poczuciu triumfu rozejrzałam wokół. Dół? No jasne! Wszystko w kolorze owsianki. Niebo, ziemia, powietrze... I jak to nie popadać w nastroje depresyjne? Baterie słoneczne się wyczerpały! Po prostu. Zadanie dla naukowców: nie żadne tam około tematu, konkretnie: odkryć miejsce (od razu mówię, to nie mózg), gdzie jest kieszonka zawierająca baterię słoneczną. I umożliwić dostęp, aby dało się bez trudu naładować. Psychiatrzy po pięciu latach pracy będą mogli przejść na emeryturę, a ludzkość będzie wdzięczna do grobowej deski. No i Nobel, Nobel... Z całą pewnością jest to miejsce najrzadziej poddawane badaniu rezonansem i tomograficznemu. Tyle mogę podpowiedzieć. Z pozdrowieniami dla wszystkich zdołowanych. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]23.02.2010, wtorek[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Boże mój, wreszcie od kilku dni słońce! Czuję, że nieśmiało wraca mi chęć do życia. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak okropnego doła miałam przez całą zimę. I nagle – jakby spełzła ze mnie jakaś straszna, mroczna zmora. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Przechodząc przez pokój koleżanek dobrowolnie wypowiedziałam kilkanaście pełnych zdań pogodnym głosem, po raz pierwszy od miesięcy, czym wprawiłam je w radosne osłupienie. Naprawdę, trzeba mieć do mnie masę cierpliwości.... [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] -Ty powinnaś się w zimie naświetlać – zawyrokowała Ewka. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] -Powinnaś stale nosić lampkę na czole – roześmiała się Grażyna. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] -Jasne, taką jak górnicy, tylko skierowaną nie na zewnątrz, a w oczy – zgodziłam się. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] W nocy nadal prawie nie sypiam, ale poziom energii zdecydowanie mi się podniósł. Przemeblowaliśmy z Garetem pokój. Teraz jest znacznie lepiej. Oczywiście, fotel musiał zostać pod oknem, żeby pies mógł swobodnie wchodzić na parapet. Pod okno powędrowało też biurko, co budzi niepokój Kai. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] -Jak on przeleci na skróty albo wygodniej się ułoży, to po twoim monitorze – kracze ponuro. –Lepiej go przesuń jak najbardziej do siebie...[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Faktycznie, Garet żyje w złudnym przekonaniu o poszerzeniu parapetu. Monitor w realnym o zwężeniu blatu biurka. Na razie żaden wypadek nie nastąpił, choć parę razy widziałam taki błysk w oku Gareta, jakby przymierzał się do wskoczenia na łóżko zgrabnym łukiem wprost z parapetu. Na razie bada nowe ustawienie kanapy, skacząc ponad stołem na fotel. Chwała Bogu i Holendrom, że te meble są tak solidne. Żaden polski nie przetrwałby nawet roku takiego traktowania. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Dziś, na fali przemian, postanowiłam zmienić meble w swoim gabinecie. Część koleżanek z mojej rodziny zastępczej dostała nowe biurka, a stare powędrowały do graciarni. Weszłam tam i przy mdłym świetle słabej żarówki, w przenikliwym zapachu pleśni, zrobiłam inwentaryzację. Od razu uznałam, że przyda mi się ażurowe biurko pod komputer, biurko tradycyjne i mały regał. Wszystko czarne, pasujące to mojego fotela i tapicerowanych krzeseł. Może uda mi się wycyganić od dziewczyn szafę w zamian za trzy ohydne plastikowe biurowe szafki na dokumenty? Szafki są jasnoszare z żaluzjowym zamknięciem. Cymbał, które je projektował, wymyślił zapewne, że żłobienia wewnątrz, komponujące się z zewnętrznymi, zapewnią dodatkowe pół etatu sprzątaczce. Przytomnie też zaokrąglił górę, aby zmniejszyć pojemność tych paskudztw i uniemożliwić położenie na nich czegokolwiek. Sukces stuprocentowy. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Biurko też doprowadzało mnie do rozpaczy. Miejsce na komputer jest szczelnie zabudowane z tyłu, co powoduje, że gorące podmuchy od duszącego się kompa lecą mi wprost na nogi i w twarz. Dodawszy do tego dwie potężne karbowane rury stanowiące kaloryfer, a ciągnące się przez całą ścianę gabinetu oraz nagrzane do nieprzytomności rury biegnące górą i zmierzające na wyższe piętra, można sobie wyobrazić, jakie męki cierpiałam w tym niewielkim pomieszczeniu. Co chwilę skakałam jak małpa po krześle, żeby otworzyć albo zamknąć wielkie, poziome okno umieszczone pod sufitem. I tak nie miałam najgorzej. Każdy wchodzący jęczał z rozkoszy, że jest czym oddychać... Z jakiegoś powodu palacz grzeje na ful puszczając z dymem pieniądze podatników, na kaloryferach brak regulatorów ciepła, na wyższych piętrach wszyscy chodzą roznegliżowani, resztkami sił powstrzymując się od rozebrania do bielizny albo gremialnej ucieczki, bo w takich warunkach mózg funkcjonuje na pół gwizdka, uległszy częściowe koagulacji. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Do przemeblowania przystąpiłam z samego rana, kiedy tylko doszłam do siebie po podróży zatłoczonym busem. Kiedy wsiadam, wolne miejsca są tylko z tyłu, bo ci jadący do Katowic z perfidną złośliwością zajmują przód pojazdu. Po drodze pasażerów przybywa, w rezultacie, żeby wysiąść przystanek poza centrum, muszę w rynku przedrzeć się do przodu. W połowie drogi wsiadła Beata. Stała obok mojego siedzenia i jako pierwsza rozpoczęła przedzieranie się do przodu. Ruszyłam za nią. Dobrze jej szło, dopóki jej stopa nie zaklinowała się pomiędzy moimi. Nie miałam możliwości manewru, bo na zwolnione przeze mnie miejsce rzuciła się z całą mocą korpulentna i zdeterminowana pani, przejście jest wąskie, z przodu jęczeli taranowani przez ową damę, ja jęczałam odsuwana do tyłu przez nią, za mną jęczeli dociskani przeze mnie... Sytuacja patowa. Coś w rodzaju: „niech pan wyjmie nogę z mojej kieszeni, bo ta pani, która pode mną leży, chce wysiąść...”[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] -Chciałabyś odzyskać swoją stopę? – zagadnęłam z bolesną ironią. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] -Przydało by się – stęknęła Beata. Wokół rozległy się chichoty, ktoś poradził prącej do wolnego miejsca pani, żeby obróciła się bokiem; różnica wymiarów, choć niewielka, rozładowała korek. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Po otworzeniu okna i paru łykach aromatycznej kawy odzyskałam władzę nad ciałem i zabrałam się za wypakowanie śmieci z dotychczasowych mebli, a potem za przesuwanie. Po jakimś czasie Ewka nie wytrzymała i pomogła mi. Nasza nowa sprzątaczka, perfekcjonistka, perła, brylant, istny cud – zabrała się za mycie ohydnych, plastikowych szafek. Potem Grażynka zabrała się za założenie żaluzji w moim oknie, która odpadła rok temu. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] O dziesiątej w moim gabinecie było dwa razy więcej mebli, niż poprzednio, i dwa razy więcej miejsca. No, cud po prostu! Za to mój kręgosłup, zmuszony do działań absolutnie zabronionych, zaprotestował ostro i złośliwie. Ledwie dwa dni wcześniej skończyłam serię dwudziestu zastrzyków, które miały mi przywrócić sprawność po rehabilitacji, która tę sprawność obniżyła... No cóż, widocznie dobrze być nie może, ale jest nieźle – stwierdziłam, panosząc się w przemeblowanym wnętrzu. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Po powrocie do domu padłam na łóżko i przez godzinę usiłowałam się zregenerować. Irena też leżała, w domu było ciemno i cicho. Garet pochrapywał w fotelu... Nagle poderwało nas popiskiwanie gumowej zabawki. Cholerny Pancernik!!! Pomimo brutalnego wyrzucania z mojego pokoju, to paskudztwo wciąż tu bezczelnie włazi!!! Ma wredną naturę swojej antypatycznej matki! A, co za czort przygnał do nas tę przeklętą rodzinę!!![/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial] Garet zerwał się z ujadaniem, ja też próbowałam, ale mi nie wyszło. Ani w prawo, ani w lewo, ani na wprost. Zamiast ujadania wydałam z siebie pełen cierpienia i furii jęk, a Perły nie było, żeby zaprowadzić porządek. Wreszcie zwlekłam się z łóżka i z mordem w oczach ruszyłam chwiejnym i bolesnym krokiem w kierunku okrągłego stoliczka na kółkach, na którego dolnej półce osiadł Pancernik, doprowadzając Gareta do stanu wrzenia przenikliwym popiskiwaniem. Jęknęłam po raz ostatni i szarpnęłam stolikiem, żeby wypłoszyć Pancernika. Niestety, Garet skoczył, żeby mi pomóc, i dostał stolikiem w nos. Zawyłam wściekle, tym razem szarpnęłam w drugą stronę, Pancernik skoczył na sosnową biblioteczkę i popędził przed siebie taranując witrażowe świeczniki. Powstrzymałam się od rzutu pantoflem, Garet runął za obrzydliwą kocicą i wypłoszył ją do piwnicy. Kiedy wrócił, wymasowałam mu i wycałowałam mordkę, wybaczając wywleczenie całego kosza z bielizną do prania do ogrodu. [/FONT][/COLOR][FONT=Arial][/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
[COLOR=black][FONT=Arial]05.01.2010, piątek [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Wciąż czuję się dziwnie, pisząc datę 2010. Jeszcze się nie oswoiłam. Ile jeszcze tych 20.. będzie? Któż to wie. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Tym razem mój jedyny wyjazdowy wypoczynek nie spełnił swojej roli. Nawet raz na trzy lata nie mogę... [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-W złym momencie wypadł ten twój wyjazd – wymamrotała z niezadowoleniem Irena. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Mój fatalny wyjazd wypadł w momencie, kiedy nasiliły jej się dolegliwości nerwicowe. Powód oczywisty – Kaja powoli odchodzi do swojego życia, w dodatku z nieakceptowanym przez Irenę facetem, ja, jak na złość, jeszcze pracuję, a gdy nie pracuję – wyjeżdżam. Irena zostaje w domu z całym dniem do zagospodarowania. I nie wie, jak to zrobić. Jedyny pomysł, na jaki wpadła jej podświadomość, to złe samopoczucie. Notorycznie złe, fatalne i jeszcze gorsze. Codziennie szantażowała nas potrzebą wezwania pogotowia. Tłumaczyłam cierpliwie, że poczucie oszołomienia nie jest bezpośrednim zagrożeniem życia, więc albo pogotowie w ogóle nie przyjedzie, albo, co gorsza, przyjedzie, i trzeba będzie za to zapłacić. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Ale ja źle się czuję – upierała się. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Co drugi dzień któraś z nas (głównie ja) transportowała ją do lekarza rodzinnego. Nasz ukochany doktor znosił z anielską cierpliwością i uprzejmością te najazdy, tylko twarz czerwieniała mu bardziej, niż zwykle. Irena została przebadana od A do Z, budząc swoimi wynikami wściekłą zazdrość doktora i moją. Każde z nas życzyłoby sobie takich wyników... Złe samopoczucie jednak nie mijało. Powód oczywisty – tło psychogenne. My to wiedzieliśmy, Irena prawie rozumiała, ale nie miało to w najmniejszym stopniu wpływu na rzeczywistość. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Dziś już naprawdę chciałam wezwać pogotowie, ale nie wiem, co by się z twoim psem stało... Pewnie by wyskoczył na ulicę... – moja mamusia rąbnęła mnie między oczy tą informacją, kiedy, rezygnując z zabiegów, przejechałam do domu na baaardzo wczesny weekend. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Zrobiło mi się niedobrze i jako żywo stanął mi przed oczami incydent niewydolności krążeniowej, stanowiący ukoronowanie mojej długiej, a niezidentyfikowanej, jesiennej choroby. Prawdopodobnie był to pierwszy w naszym mieście przypadek świńskiej grypy. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Akurat wyszłam na przepustkę ze szpitala i przyjechali mnie odwiedzić Kasia i Tomek. Czułam się średnio, a w trakcie rozmowy zrobiło mi się wściekle gorąco, słabo, a moja twarz przybrała apetyczny kolor ćwikły. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Asia, czy ty się dobrze czujesz? – zapytała niepewnie Kasia. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Ależ tak, doskonale – zapewniłam, walcząc z brakiem oddechu i wściekłym, nierytmicznym, biciem serca. –Zaraz sobie otworzę okno... [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Wspomniane objawy nasiliły się do tego stopnia, że postanowiłam wywiesić białą flagę. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-No dobra – wysapałam – nie czuję się najlepiej... Właściwie...[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Wezwać pogotowie? – zapytała rzeczowo Kasia, zrywając się z kanapy. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-I to szybko – wycharczałam, zbierając się z łóżka, na którym polegiwałam. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Co ty robisz?![/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Idę się wykąpać, mam tłuste włosy – sapnęłam, po czym miękko zaliczyłam podłogę w progu kuchni. –Albo nie – zmieniłam zdanie, wypełzając po framudze do pozycji prawie stojącej. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Przez szum w uszach i czarną pajęczynę zasnuwającą oczy starałam się kontrolować sytuację. Kasia chwilę pertraktowała z Ireną, potem zadzwoniła na pogotowie, ja tymczasem padłam na zabytkowy fotel w korytarzu przysięgając sobie, że już nigdy nie dopuszczę do przetłuszczenia włosów, jeśli tylko przeżyję, co wydawało mi się mocno wątpliwe... Właściwie, przez całe życie się męczę, miotając się wśród różnorodnych lęków. Niczego ważnego nie zostawiam, niczego dobrego się nie spodziewam... Niech to tylko nastąpi jak najszybciej, niech ma to z głowy – myślałam, walcząc o oddech i mrugając oczami w narastającej ciemności. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]W chwilach przebłysków świadomości widziałam, ze stoją nade mną wszyscy, a przy życiu trzymała mnie przerażająca myśl – Garet, znajdujący się w tej chwili w stanie skrajnej histerii, wyskoczy na ulicę...[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Kasia.. pies.. piwnica.. zamknij... – wyszeptałam.[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Dobrze, nie denerwuj się.[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Zmagania z Garetem przekroczyły jej możliwości, Tomek też nic nie pomógł. Garet, skomląc i jęcząc, wyrywał się i przednimi łapami uderzał we mnie, zawodząc rozpaczliwie. Zestresowana do nieprzytomności charczałam, ale nie byłam w stanie się ruszyć. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]W tym momencie wpadli ratownicy medyczni zażądali zamknięcia psa. Pies wpadł w amok, Kasia robiła, co mogła, Irena starała się pomóc, ja myślałam, że to najgorszy rodzaj śmierci, ratownicy usiłowali dostać się do mnie, ja usiłowałam mentalnie uratować Gareta, wreszcie jakoś udało się go wepchnąć do piwnicy i zamknąć drzwi na klucz, z ulgą zaczęłam tracić świadomość, gdy nagle Irena stanęła nade mną i zawołała:[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Gdzie jest klucz od bramy?!! Jutro jest wywóz śmieci! Trzeba kosz wystawić!!![/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Z wysiłkiem uniosłam powieki. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Kasia... – wyszeptałam resztkami sił – niech... ona... się ...od*******i... [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Pani Ireno, nie teraz, później! [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]W jakiś sposób z korytarza znalazłam się na kanapie w pokoju i ratownicy usiłowali mi zrobić ekg. Słyszałam, jak wymieniają uwagi, że ciśnienie wysokie, akcja serca niemiarowa, a elektroda nie trzyma. Zażądali mokrego ręcznika, Kasia przyniosła, a mnie było pikuś. Garet, dobijający się wściekle do drzwi, był bezpieczny. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Posmarowali nie po raz kolejny wodą, znowu elektroda nie trzymała, kobieta ją docisnęła, a dwóch panów usiłowało zapanować nad urządzeniem. Ach, mój pierwszy zawód! Gdybym mogła tylko wstać i sama sobie zrobić ekg... [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Kiedy zdecydowali się na rozrzutność i zastosowali żel zamiast wody, aparat wysiadł. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Co się dzieje?[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Bateria siadła.[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Daj drugą![/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Nie mam.[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Zasilacz?[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Nie wziąłem kabla... [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Nosze i do karetki![/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Pomyślałam mgliście, że gdyby taki dialog trafił na kogoś z zawałem, mieliby z głowy. Ach, jakże bym mogła wzbogacić swoje badania na temat komunikacji pomiędzy personelem medycznym i pacjentem... gdyby mnie to jeszcze interesowało... [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]W karetce zostałam oblepiona elektrodami, założono mi wenflon, i staliśmy pod domem do czasu zrobienia odczytywalnego ekg, po czym ruszyliśmy triumfalnie na sygnale do szpitala. Dostałam niekontrolowalnego napadu drgawek, który towarzyszył mi przez najbliższe trzy godziny. Nic nie pomogły tony kocy. Na oddziale ratunkowym udało się obniżyć ciśnienie, wyrównać akcję serca, ale dygotałam nadal, jak wściekła. Po czterech godzinach, z moją najlepszą przyjaciółką, Kasią, wciąż zszokowaną, wróciłam do domu. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Powitał mnie rozhisteryzowany Garet i dziwnie energiczna Irena. Jej własne dolegliwości minęły bez śladu, poinformowała mnie, że zatrudniła sąsiada do wywleczenia przed dom pełnego kosza na śmieci, po czym wyznała, że sądziła, że już z tego nie wyjdę... [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-No to, kurde, dzięki, mamusiu! Ostatnia wiadomość, jaką bym zabrała na drugi świat, to twoje pytanie, gdzie jest pieprzony klucz do pieprzonej bramy!!! Bardzo, kurde, wspierające!!! [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Irena uśmiechnęła się promiennie i wróciła do układania pasjansa, a my z Garetem, scaleni, wynieśliśmy się do swojego pokoju. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]cdn[/FONT][/COLOR]
-
[FONT=Arial]03.01.2010, niedziela[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Od początku zimy nastąpiło u nas przegrupowanie kotów. Pod koniec lata odszedł Szkaradny Kocurek. Nie znalazłyśmy jego zwłok, ale było dla nas oczywiste, że tajemnicza, wrodzona, wyniszczająca choroba, pomimo desperackich prób leczenia w ślepo, zwyciężyła. Z całej rodziny pozostałą tylko siostra. Ponieważ ubyła nam tragicznie zmarła Lisia, logicznym się wydawało, aby wpuścić do domu to bure paskudztwo. Irena oswajała ją przez parę tygodni, ku żywiołowemu niezadowoleniu naszych kotów i Gareta. Ostatecznie Kocica zalęgła się na stałe na komodzie Ireny, pod ścianą ciepłą od przebiegającego w tym miejscu komina pieca. [/FONT] [FONT=Arial] Zimą nasze koty osiągają spore gabaryty. Najwyraźniej to widać po Perle i Kolesiu. Kolesia przybywa z 300%, dobija do ośmiu kilogramów i zyskuje przydomek „Kocuś-Klocuś”. Perła wygląda jak mała, tłusta mysz. Marchew jak zwykle napuszona i nikt nie wie, co pod tym futrem się kryje, a Gacia, po przejściach z żuchwą, trzyma się w normie fizycznej, natomiast ego jej się rozrosło do rozmiarów wszechświata. Ale to, co prezentuje sobą nowa mieszkanka naszego domu, przechodzi ludzkie pojęcie. I to nie tylko zimą, ona tak ma. Jej matka była szczupła, jej brat rozpaczliwie chudy, a ona kojarzy się z osobliwym skrzyżowaniem solidnie opancerzonego pojazdu z pancernikiem. Zawieszenie zerowe, nad zawieszeniem masa zdolna udźwignąć kulę ziemską. Od razu nazwałam ją Pancernikiem. [/FONT] [FONT=Arial] Pancernik stopniowo i niemal niedostrzegalnie rozpanoszył się w całym domu. Z komody Ireny przeniósł się na moje miejsce na ławie w jadalni. Nawet Garet wie, że lubię siedzieć pod oknem na jedwabistej skórze z merynosa. Do niej to nie dociera. W zaciętym milczeniu, obrzucając się wrogimi spojrzeniami, walczymy o miejsce – ja o moje, ona o świeżo nabyte. Garet tylko czeka na najmniejszy znak z mojej strony, żeby pogonić Pancernika. Nie jest w tym odosobniony. Perła, o dziwo, całkowicie porzuciła wędrowny tryb życia i nie rusza się z domu. Swoim jedynym, płonącym okiem namierza wroga, ogon jeży jej się jak gigantyczna kukurydza, i z dzikim wyciem rusza do walki. Pancernik piszczy jak gumowa zabawka, okopując się w swoim imponującym ciele, Garet rusza na odsiecz Perle i awantura grzmi na cały dom. Podobnie reaguje Gacia. Niestety, większość tych wojen odbywa się w nocy, co potęguje moją niechęć do Pancernika. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia szczuję na nią Perłę i Gareta. Zwłaszcza, gdy okazało się, że paskudztwo ostrzy sobie pazury na kosztownym, zabytkowym fotelu w korytarzu, na którym Garet zwyczajowo wpada w depresję. [/FONT] [FONT=Arial] Pomimo naszych zmasowanych wysiłków, Pancernik rozpanoszył się w całym domu. Zaplułam się, ujrzawszy ją na kanapie w moim pokoju. No, już bez przesady. Za chwilę znajdę ją w swoim łóżku! [/FONT] [FONT=Arial] Perła, porzuciwszy dotychczasowy, wędrowniczy tryb życia, zmieniła się w kota obronnego. Większość dnia spędza na moim łóżku, w każdej chwili gotowa do konfrontacji. Noce przesypiamy razem. Zawsze była przytulna, to znaczy w rzadkich chwilach swojej obecności. Teraz ujawnia tę słodką część swojej natury przywierając do mnie jak broszka. Gdy wstaję do łazienki, siada na łóżku i czeka. Ostrzega mnie miauknięciem, żebym się na niej nie uwaliła po powrocie, bada sytuację, na którym boku się ułożę i z potężnym mruczeniem wtula się w moje ramię lub szyję. Opuszcza mnie na chwilę tylko wtedy, gdy Pancernik narazi się Gaci, o czym świadczy nocne wycie jednej i irytujące popiskiwanie drugiej. Zrobiwszy z tym wszystkim porządek, natychmiast wraca. Gładzę jej sprężystą, zjeżoną sierść i zasypiamy w swoich objęciach. Czujne oko przymyka się, utulone rozkosznym mruczeniem. Pancernik nadal zawłaszcza teren, co wisi tylko filozoficznie nastawionemu Kolesiowi i ostrożnej Marchwi; Gacia przechodzi różne fazy psychozy, a Perła cudownym trafem zamieniła się w domowego kota. Pancernik rekompensuje sobie brak sympatii grasując po miskach. Sądzę, że przebiła sikorkę. Zjada kilkakrotnie więcej, niż waży... [/FONT]
-
Irena za chwilę; na razie ten pomysłowy idiota! [FONT=Arial]01.01.2010, wtorek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Zima w tym roku nie żartuje, a ma być tylko gorzej. Z obawą patrzę na szybko topniejący, w przeciwieństwie do śniegu, zapas groszku. Cud będzie, jeśli wystarczy do marca...[/FONT] [FONT=Arial] Szampana przed Sylwestrem wystawiłam do schłodzenia pod ścianę domu. Kiedy ja zamartwiałam się nad węglem, Garet brykał po ogrodzie. Kaja była w pracy, bo jednak ją dostała. Wiedziałam. Ta to ma szczęście! Pracuje dokładnie tam, gdzie chciała, jako specjalista ds. szkoleń i będzie zarabiać więcej ode mnie... [/FONT] [FONT=Arial] Oderwałam wzrok od pieca, bo dotarło do mnie, że pies szczeka w jakimś dziwnym miejscu. Zaniepokojona wyskoczyłam z piwnicy i serce mi zamarło. Cholerny kundel stał za bramą, na podjeździe sąsiada. Na szczęście sąsiada nie było, więc furtka od ulicy była zamknięta. Z martwoty wpadłam w pasję. Darłam się jak opętana, walcząc z zasuwką bramy, a podły przestępca przyglądał mi się ze sceptycznym uśmiechem na wrednym pysku. [/FONT] [FONT=Arial] Od razu wiedziałam, co się stało. Mówiłam Kai w jesieni, że niepokoi mnie wspornik przy murze pod modrzewiem. [/FONT] [FONT=Arial] -On po tym wylezie jak nic i przejdzie przez siatkę![/FONT] [FONT=Arial] -Mamuś, daj spokój, to duży pies, a nie kotek![/FONT] [FONT=Arial] Mimo wszystko wywlokłam z piwnicy duży kawał sklejki i zasłoniłam wspornik. Kaja wymownie popukała się w głowę i wymamrotała coś o paranoi. [/FONT] [FONT=Arial] Teraz sklejkę odrzucił albo wiatr, albo czarny wicher, a modrzew po wczesnych, obfitych opadach śniegu, które wykarczowały nam z korzeniami trzydziestoletnią jabłoń, stracił najniższy konar. Dla tego paskudnego bystrzaka wypatrzenie drogi na drugą stronę siatki to był drobiazg. Wdrapanie się po wsporniku na wysokość metr trzydzieści i przeciśnięcie między gałęziami – pikuś. [/FONT] [FONT=Arial] Trzęsąc się z furii i strachu, bo wyobraźnia pracowała mi jak szalona, zawlokłam zdumionego potwora do domu i pobiegłam do Ireny. Musiałam wyglądać co najmniej niepokojąco, bo wybałuszyła na mnie oczy i chwilę trwało, zanim zrozumiała, o co mi chodzi. [/FONT] [FONT=Arial] -A wiesz – zdjęła okulary – od jakiegoś czasu miałam wrażenie, że on gdzieś znika... [/FONT] [FONT=Arial] -Jezu... – padłam na fotel płosząc Marchew, bo zrobiło mi się słabo. –Przecież oni tę furtkę na ulicę trzymają otwartą przez cały dzień... To cud, że ten przeklęty idiota jeszcze żyje... Zabiję tego cholernego kundla!!! On mnie wykończy! – nie mogłam się zdecydować, co nastąpi wcześniej...[/FONT] [FONT=Arial] Kiedy nieco ochłonęłam, zadzwoniłam do Kai. Ubawiła się, jak rzadko. No cóż, przynajmniej ktoś jeden się ucieszył... [/FONT] [FONT=Arial] -Bo ty, mamuś, wymyślasz taki okropieństwa, zupełnie jak babcia, a potem Garet je realizuje![/FONT] [FONT=Arial] -Nieprawda! Ja tylko staram się uprzedzić jego chory, zbrodniczy umysł![/FONT] [FONT=Arial] Kaja i Sebastian poszli na Sylwestra do Klaudii i Mariusza. Szczęśliwych do nieprzytomności, bo Klaudia jest w ciąży. [/FONT] [FONT=Arial] Garet i ja włączyliśmy sobie telewizor (udało mi się już za drugim razem, a myślałam, że zapomniałam, którym pilotem najpierw i którym klawiszem potem) i oglądaliśmy komedie romantyczne, pociągając nosami. Od tego wpadłam w takiego doła, że łzy mi ciekły do martini asti. Jak wiadomo, komedie romantyczne wymyślono po to, aby budzić nierealistyczne oczekiwania, i żeby człowiek mógł gładko wpadać w stany depresyjne, zastanawiając się, czemu ma przerypane, skoro może być tak pięknie... Przecież życie jest takie krótkie... [/FONT] [FONT=Arial] Smarkając w świąteczną serwetkę z kwiatami poisencji i jagodami ostrokrzewu, odbierałam telefony i sms-y od przyjaciół i znajomych. Z życzeniami, a jakże, szczęśliwego... spełnienia... i innych idiotyzmów, w które chyba nikt nie wierzy. Tylko Jarek uczciwie napisał, że mają dość tego pieprzonego sylwestra, pies się trzęsie z wybałuszonymi oczami, siedząc pomiędzy nimi na kanapie, pęcherz mu pewnie pęknie, chyba że wcześniej dostanie zawału. [/FONT] [FONT=Arial] Garet spisywał się dość dobrze, dopóki kanonada nie przybrała na sile. Zahamował gwałtownie przy choince, uszy mu stanęły, oczy zapłonęły, warknął, zaszczekał i widać było walkę pomiędzy jego prawdziwą naturą, skłaniającą go do stanięcia do konfrontacji z wrogiem, a lękiem, podpowiadającym ukrycie się. Lęk zwyciężył i uciekł, jak się okazało, do łazienki. Koty już dawno kolejno wpełzły pod moje łóżko. [/FONT] [FONT=Arial] Północ i okolice spędziliśmy w łazience. Siedziałam przygnębiona na kiblu, paląc papierosa, Garet dygotał oparty o moje kolana. Miejsce wybrał najlepsze z możliwych, łazienka jest położona pośrodku domu i w miarę izolowana, chociaż wybuchy i tak było słychać.[/FONT] [FONT=Arial] Położyliśmy się wkrótce potem. Wyjątkowo, bez błagania i umizgów, miałam w łóżku rozkosznie przytulonego psa, a pod łóżkiem wszystkie koty... Z wyjątkiem Pancernika, ale o Pancerniku następnym razem. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja i Sebastian wrócili rano i Garet poszedł spać do nich, na piętro. Perła i Koleś przeniosły się na moje łóżko. [/FONT] [FONT=Arial] Wczesnym popołudniem przegrzebałyśmy piwnicę w poszukiwaniu rolki siatki. Potem, zaopatrzone w kombinerki i piłę, zabrałyśmy się do rozpinania pomiędzy ogrodzeniem wewnętrznym a tym od ulicy zasieków uniemożliwiających Garetowi popełnienie samobójstwa. Kaja wciąż nie dowierzała, że kundel ma zdolności akrobatyczne. Bardziej była skłonna wierzyć w teleportację. Uwierzyła, gdy wrednielec zręcznie jak kozica wylazł po wsporniku i stanął nad naszymi głowami, balansując swobodnie na murku szerokości dziesięciu centymetrów. Od razu mi się dłonie spociły, a kręgosłup zdrętwiał. Oczywiście naszemu psu obce jest poczucie lęku wysokości. [/FONT] [FONT=Arial] Nie założyłam rękawiczek i sprężynujące druty co chwilę waliły mnie w przemarznięte dłonie. Buty ślizgały się po warstwie lodu ukrytej pod śniegiem. Wystrojeni sąsiedzi, wędrujący do kościoła, z zaciekawieniem przyglądali się naszym zmaganiom. [/FONT] [FONT=Arial] -Super jest – warknęłam, drapiąc się piłą po głowie po odcięciu kolejnej gałęzi z modrzewia. –Święto, a u nas jak zwykle fascynująca impreza![/FONT]
-
Ożeż, kurde, jak ja nie lubię tego nowego wystroju Dogo! To taka pomyłka, jak Amerykanin w szortach z polskiej flagi! No dobra, może to tylko moja opinia... Już jestem, wymiekłam i wypisałam się. Nadrabiam zaległości. Całuję Was. [FONT=Arial]22.12.2009, wtorek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] W pracy dziwne pomieszanie przedświątecznego luzu i nawału podsumowań związanych z końcem roku. Skoncentrowana na swoich zajęciach, siedziałam w swoim gabineciku i nie zwracałam uwagi na to, co się dzieje w sąsiednim pomieszczeniu. Na obrzeżach świadomości majaczyła mi się jakaś rodzina z psem. Potem rodzina znikła, a pies chyba został... i było wokół niego jakieś zamieszanie. Właśnie zaczynało to do mnie mgliście docierać, gdy zagadnęła mnie Grazia. [/FONT] [FONT=Arial] -Joasia, taki ładny piesek jest tutaj, a ty nic?[/FONT] [FONT=Arial] Pospiesznie osiągnęłam mentalnie ziemię, a moja powłoka fizyczna przemieściła się w kierunku biurka Grażyny, obok którego stało cudo bardzo myśliwskie w sylwetce i kształcie mordki, w kolorach podpalanych rudości i brązów, z uszkami pierzastymi jak u Gareta. Spojrzeliśmy sobie w oczy.... To była miłość od pierwszego wejrzenia. Cudo uśmiechnęło się ciepło, zamerdało zgrabnym ogonkiem i uwaliło mi się na stopach. [/FONT] [FONT=Arial] -O Jezu, jakiś ty cudny! – jęknęłam ugodzona w samo serce, dokonując skomplikowanych czynności, aby, nie niepokojąc szczeniaka wyrywaniem spod niego stóp, jednocześnie móc go głaskać. Kotłowaliśmy się przez chwilę na podłodze, tymczasem Grazia wprowadzała mnie w sytuację. [/FONT] [FONT=Arial] Szczeniak, owszem, przyszedł za kimś, ale nikt się do niego nie przyznaje. Na dworze kilkanaście stopni mrozu, przecież nie da się go wypędzić w taką pogodę... Jedna naszych Kaś zgłosiła chęć zostania zastępczą matką, jednak niepokoi się, bo jej posesja jest nieogrodzona i piesek nie będzie bezpieczny. [/FONT] [FONT=Arial] Nagle wściekle zatęskniłam za posiadaniem jeszcze jednego psa. Mój rozsądek uderzył w dzwon Zygmunta, ale nadaremnie. Przypomniałam sobie, że rano kupiłam na święta trochę wspaniale wyglądającej szynki z kością. Powinna mu smakować... Wzięłam pieska na ręce, przytulił się do mnie tak ufnie i słodko, że nogi mi się ugięły z rozczulenia. Zeżarł spokojnie i metodycznie całą szynkę, napił się wody i zasnął zwinięty na moim kaszmirowym swetrze, który rozścieliłam na podłodze. Znacznie lepiej czuł się na kolanach, patrząc z zaciekawieniem na klikającą klawiaturę, ale jednak musiałam jeszcze trochę popracować. Jakoś mi nie szło. Oczyma wyobraźni widziałam malucha w domu. Zadzwoniłam do Kai. [/FONT] [FONT=Arial] Zgasiła mój entuzjazm natychmiast, we właściwy sobie, zdroworozsądkowy sposób. [/FONT] [FONT=Arial] -Mamuś, opanuj się. Przecież wiesz, że Garet w stosunku do zwierząt ma tylko dwa rodzaje zachowań: przelecieć albo zeżreć. No i wyobraź sobie babcię. Mrozy są, gdzie będziesz mieszkać?... [/FONT] [FONT=Arial] -Ale może...[/FONT] [FONT=Arial] -Weź, przestań. Nie bądź dzieckiem. [/FONT] [FONT=Arial] Odłożyłam słuchawkę i z ciężkim westchnieniem zanurzyłam się w dorosłość. Dziewczyny poszły w teren, zostałam sama. Piesek spał, wdychając i pojękując. Łapki mu drgały. Co za świnia wyrzuciła malucha na taki mróz? Natrętne myśli skrystalizowały się we wspomnienie. Z tydzień wcześniej widziałam go na rynku! Siedziałam na przystanku i obserwowałam pieska, który z nieśmiałym uśmiechem podchodził do przechodzących ludzi. Staruszka z laską rozczuliła się.[/FONT] [FONT=Arial] -Chodź ze mną, chodź, ja cię wezmę![/FONT] [FONT=Arial] -On chyba jest czyjś, bo się tu stale plącze – powiedziała jakaś kobieta. Staruszka po chwili zachęt zrezygnowała i odeszła, a psiak podbiegł do kogoś innego. [/FONT] [FONT=Arial] Poczułam, że włosy jeżą mi się ze złości. No pięknie, pies się błąka od dłuższego czasu. Dzięki Bogu to miasto, gdzie psy mogą sypiać na ulicach i nic ich nie przejeżdża ani nie potrąca, a ludzie zawsze coś rzucą. Sama niejednokrotnie dzieliłam się z czworonogami śniadaniem albo przyszłym obiadem. Co z nim zrobić? U kogo miałby jak w raju? Ha, no przecież. Moja serdeczna przyjaciółka Kasia niedawno przygarnęła kota, a marzy o psie. Po dwudziestu latach małżeństwa jej dom zaczyna się wzbogacać o pełnych miłości mieszkańców. Może...[/FONT] [FONT=Arial] -Kasia? Musisz tu zaraz przyjechać. To bardzo ważne. Wiem, ale to coś nadzwyczajnego! Nie, nie powiem ci. No to zbieraj się. Jestem pewna, że będziesz zachwycona! [/FONT] [FONT=Arial] Zerknęłam z zachwytem na śpiące cudo i w tym momencie jakiś spóźniony klient otworzył drzwi. Piesek zerwał się na równe łapy, najeżył i oszczekał natręta okrutnie groźnym głosem. [/FONT] [FONT=Arial] -Pracowników socjalnych nie ma! Proszę przyjść jutro, po siódmej! – wrzasnęłam przez dwa pomieszczenia. -Dobry pies – pochwaliłam cicho, z dumą, gdy drzwi się zamknęły. Dobry pies zamerdał szaleńczo ogonem, uśmiechnął się uszczęśliwiony, zwinął w kłębek i padł na sweter. [/FONT] [FONT=Arial] Na naszą stażystkę, która weszła chwilę potem, nawet nie warknął. Bożżże, jaki inteligentny! Zupełnie, jak Garet. Z wdziękiem przyjął porcję pieszczot i zachwytów. [/FONT] [FONT=Arial] -Edytko, bardzo cię proszę, mogłabyś go wyprowadzić? Masz chwilkę? Może chce mu się siusiu... [/FONT] [FONT=Arial] Wróciwszy z krótkiej wycieczki, maluch z powrotem zwinął się na moim swetrze i zasnął słodko. [/FONT] [FONT=Arial] Po chwili przyjechała Kasia. Też jej wcześniej nie widział, ale na jej wejście zareagował tylko machaniem ogonka. Kiedy podeszła do mojego biurka i z okrzykiem zachwytu przykucnęła, wywrócił się kołami do góry. Westchnęłam. No, to już mamy jasność. Są sobie przeznaczeni. [/FONT] [FONT=Arial] Smętnie śledziłam zabiegi Kasi podejmowane w celu zapewnienia męża, że niezbędnie potrzebują psa. MMS-y i rozmowy telefoniczne. Wreszcie, ku naszemu obopólnemu zdumieniu, zapadła decyzja na „tak”. Przynajmniej będę mogła odwiedzać swoje chrzestne dziecko... i pomyśleć, że chrzestną matką człowieka nie chciałam zostać ani razu... [/FONT] [FONT=Arial] -Zbieramy się – zdecydowałam z westchnieniem. Do zakończenia pracy zostało mi pięć minut, i tak wiedziałam, że następnego dnia muszę zostać godzinę dłużej, żeby ze wszystkim się uporać. Dwa artykuły i obróbka zdjęć. [/FONT] [FONT=Arial] Złapałam malucha w objęcia i z nosem zanurzonym w słodko pachnącym futerku poszłam za Kasią do samochodu. Po kilku minutach wjechałyśmy przez otwartą pilotem bramę. Drzwi otworzył jej najstarszy syn. Osłupiałemu, wepchnęłam w objęcia szczeniaka, hamując napływające do oczu łzy. Piesek zapiszczał. [/FONT] [FONT=Arial] -To jest Mati. Mati, to jest bezdomny szczeniaczek, którym się macie zaopiekować. Uczulam cię na to, żeby uważać na otwieranie bramy. Potrzebuje dużo ciepła i czułości. No to pa, malutki. Odwiedzę cię. Odwróciłam się zdecydowanie od drżącego szczeniaka i wybałuszonego Mateusza, któremu, co było widać gołym okiem, IQ chwilowo spadło ze 175 do 75. [/FONT] [FONT=Arial] W domu popadłam w przygnębienie. Paląc papierosa i masując obolałą szyję, rzucałam Kai ponure spojrzenia, jakby to ona była winna utracie moich marzeń o drugim psie... Nie zainteresowałam się nawet, czy dostała odpowiedź z firmy szkoleniowej odnośnie pracy, na którą czekała. Wiem, że i tak ją dostanie, jest w czepku urodzona, dostaje wszystko, czego chce...[/FONT] [FONT=Arial] Zniecierpliwiło ją to w końcu. [/FONT] [FONT=Arial] -No dobra, mamuś, wyjarasz i się wyglebisz, ok?[/FONT] [FONT=Arial] Zakrztusiłam się dymem i wybuchnęłam śmiechem. Kiedy się uspokoiłam, ułożyłam się do masażu z Garetem na głowie, kompletnie nieświadomym tego, że o mały włos miałby towarzysza zabaw, o ile wcześniej by go nie zeżarł. [/FONT] [FONT=Arial] Wieczorem zadzwoniłam do Kasi. Zapewniła mnie, że wszystko ok, rodzina się integruje, tylko kot zalicza przestrzenie pod meblami, sycząc z oburzenia. Uspokoiłam ją, że wkrótce sytuacja się unormuje. Zapytała, czy mogliby pieska nazwać „Garet”. Próbowali wszelkie możliwe imiona, ale żadne im nie pasuje, jak to... [/FONT] [FONT=Arial] -Ależ oczywiście – odparłam. –Tylko, czy zdają sobie sprawę z konsekwencji, jakie to imię niesie... [/FONT]