-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
[FONT=Arial]11.12.2009 piątek[/FONT] [FONT=Arial]Kurs grafiki komputerowej zbliża się ku końcowi, a stosik zaproszeń na imprezy na moim biurku znacząco schudł, co budzi we mnie nieśmiałą nadzieję, że nadejdą dni, gdy będę wracać do domu o pierwszym zmierzchu, a nie w środku nocy, zataczając się ze zmęczenia i warcząc na każdą żywą istotę, która, stęskniona, garnie się do mnie. Może nawet zacznę cieszyć się nadchodzącymi świętami nie tylko pod kątem możliwości spania do dowolnej godziny. [/FONT] [FONT=Arial]Dziś właśnie wykorzystałam jedno z zaproszeń. XXV-lecie MOK-u. [/FONT] [FONT=Arial]Po powrocie z Krakowa udałam się do swojego ulubionego baru pod wielce wymowną nazwą „Bar” na doskonały domowy obiad. Wiem, że powinnam zjeść tylko jedno danie, ale to nie moja wina, za dobrze gotują. W swoich zmaganiach z nadmierną ilością tkanki buforowej mam na tyle uczciwości, że nie tłumaczę się nigdy hormonami i kiepską przemianą materii („Naprawdę, mówię pani, jem jak ptaszek, a jednak tyję”.). Wiem, dlaczego częściej tyję, niż chudnę. Jem jak kosiarz przejawiając szczególne upodobanie do potraw niezdrowych i tuczących, z poczuciem winy spoglądając w oczy więdnącym w lodówce, porzuconym bezlitośnie sałatom. Przemianę materii mam w porządku, w przeciwnym przypadku już spokojnie mogłabym sobie przyprawić kółka i zamontować żagiel w celu łatwiejszego przemieszczania się. [/FONT] [FONT=Arial]Opuściwszy zaprzyjaźniony bar, potoczyłam się znowu na przystanek, wsiadłam do busa i pojechałam do swojego ulubionego miasteczka. Kłusem przebiegłam trzy ulice i ciemny park, ale i tak się spóźniłam. Weszłam w samym środku uroczystego otwarcie imprezy. Zebrałam się w sobie i przebiegłam przed sceną, potykając się o czyjeś nogi. Jak się potem okazało, pani burmistrz, pana burmistrza i przewodniczącego rady miejskiej. Z westchnieniem ulgi zapadłam w fotel, który zarezerwowała dla mnie jedna z moich ulubionych, niepełnosprawnych podopiecznych. Odsapnęłam trochę i dyskretnie wyjęłam z torby kupioną pod drodze butelkę wody mineralnej. Oprócz kilku łyków kawy i zupy żadnych płynów od rana nie miałam w ustach i zaczęłam dostrzegać objawy panicznego odwrotu najważniejszych elektrolitów. [/FONT] [FONT=Arial]Część oficjalna, jak zwykle u nas, trwała bardzo krótko, dzięki rzeczowości i normalności pani burmistrz. W dodatku była całkiem przyjemna i pogodna, bez tego denerwującego napuszenia i uderzania w górnolotne tony, które zwykle zdarza się w takich sytuacjach. [/FONT] [FONT=Arial]Przy występach ożywiliśmy się wszyscy. Fakt, że MOK działa wyjątkowo prężnie – pomyślałam z podziwem. I każdy, w każdym wieku, ma możliwość rozwijania swoich talentów, uczestniczenia w różnorodnych sekcjach i klubach, sympatycznych i twórczych kontaktów z ludźmi. O rany, chyba się przeprowadzę. Jeśli nie, to tylko z uwagi na opiekę zdrowotną, która jeży mi ze zgrozy włosy na głowie. [/FONT] [FONT=Arial]Na scenie prezentowały się zespoły, począwszy od dzieciaków w wieku przedszkolnym. Miałam szczęście, bo siedziałam w drugim rzędzie i widziałam wszystko doskonale... Bawiłam się świetnie. Aż do krytycznego momentu. Bez żadnych złych przeczuć oklaskiwałam młodzieżowy zespół „Czarny Pies”, który właśnie się pojawił i fachowo grzebał przy aparaturze. Klawisze, „gary”, bas, gitara i solista. Pewny siebie, przystojny i charyzmatyczny.[/FONT] [FONT=Arial]Młodzież w wieku późnej adolescencji i wczesnego odwrotu owłosienia. Ja nie wiem, co się teraz dzieje. Nawet w ostatniej klasie liceum wszyscy moi koledzy mieli włosy. Na CAŁEJ głowie. No dobra, nieważne. Łysiejący optymiści od dawna twierdzą, że „na mądrej głowie włos się nie utrzyma”. A mój łysiejący wykładowca anatomii rzucił niezobowiązującą uwagę, że mężczyźni z nieczynnymi jądrami nigdy nie łysieją. Nie, żeby chciał się jakoś zareklamować... [/FONT] [FONT=Arial]Młodzi muzycy połączyli kablami wszystko, co połączyć mieli i po paru próbnych akordach wystartowali. [/FONT] [FONT=Arial]O, dobry Jezu... Kiedy opadłam z powrotem na fotel, nie zdoławszy osiągnąć pierwszej prędkości kosmicznej, w odruchu samoobrony wcisnęłam palce do uszu i skuliłam się za oparciem poprzedzającego fotela. [/FONT] [FONT=Arial]Miałam pecha, bo siedziałam w drugim rzędzie... Na mojej twarzy musiała malować się groza i szczera udręka, bo siedząca dwa miejsca dalej prezeska klubu literackiego, raz spojrzawszy na mnie, dostała histerycznego ataku śmiechu i tak ją trzymało przez trzy okropnie długie utwory, które waliły się na mnie lawiną potwornego hałasu i wycia. Kilka plomb straciłam nieodwołalnie, ale przynajmniej ocaliłam błony bębenkowe. Choć dla pewności zarejestruję się do mojej laryngolog... Nawet nie było mi wstyd, że nie zdołałam wykazać odpowiedniego poziomu. Rozterka trwała krótko, zwyciężył instynkt samozachowawczy. Cóż, lepiej nie wykazać poziomu, aby zachować na przyszłość pion. Pocieszyło mnie to, że sporo osób pospiesznie opuściło salę; zaczęło to wyglądać niemal jak exodus. Po zapowiedzeniu ostatniego utworu, „Krzyk gwiazd”, wydałam bezwiedny, acz bolesny jęk. Jeśli teraz ma być krzyk.... Moje palce wciśnięte w uszy niemal się zetknęły, a prezeska pękała ze śmiechu. [/FONT] [FONT=Arial]Potem już nie byłam w stanie powrócić do poziomu poprzedniego rozluźnienia. Moja czaszka wciąż wibrowała, czułam, że włosy stoją mi dęba i być może tak im już zostanie, a prawe, bardziej wrażliwe ucho zgłasza uzasadnione pretensje...[/FONT] [FONT=Arial]Pół godziny później przemknęłam przed sceną potykając się o nogi pani burmistrz, pana burmistrza i prezesa rady miejskiej.[/FONT]
-
Emotikony przytrzasnęło wieko trumny. Za to jest opcja "insert image", ale jak insert, ja nie wiem. bo dwa razy próbowałam i nie weszło. Widocznie za tępa jestem, a Garecik tak pięknie się relaksuje na stole w jadalni... Wypłata przyszła. Przysięgam, ze jutro kupię składniki i zaczynam po nocach lepić. Aniołki znaczy, jakieś obsceniczne, oczywiście. Buziaczki dla Was, ten potwór chrapie w fotelu.
-
Kurde, co się z tą Dogo porobiło? Błądzę jak dziecko (albo ja) po lesie... Ja rozumiem, to miała być modernizacja? Uuuu... nie wyszło. Wyraźnie widac, że lepsze jest wrogiem dobrego. Stronę www już kończę, aniołki jeszcze w stanie surowców, w sklepach... Jakie aniołki, jakie świeta, ratunku!!! Toż to wiosna przecież! Na własne oczy widziałam kwitnące forsycje, kwitnące róże i koty wypatrujace skowronków. To jak z tym jest właściwie? Chyba sobie chlapnę drinka, żeby mi sie rzeczywistość właściwie osadziła. Wasze zdrowie!
-
:evil_lol: cudne zombie... gdzie mi tam... [FONT=Arial]15.11.2009, niedziela[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Przez cały weekend odsypiałam napięcie ostatnich tygodni, ale wciąż czuję się znużona. [/FONT] [FONT=Arial] Na egzamin z premedytacją wybrałam 13-go, bo przypadał w piątek, a odkąd pamiętam, była to dla mnie szczęśliwa data. Tym razem byłam niezłej myśli, to znaczy, gdyby nastąpiło niespotykane w naturze sprzężenie szczęśliwych przypadków, mogłabym zdać. [/FONT] [FONT=Arial] Przełom nastąpił tydzień przed egzaminem. Jeździłam wtedy z Jastrzębiem. Wieczór był, czyli jak zwykle odczuwałam gwałtowną potrzebę wystawienia białej laski przez okno, ale samochód chodził jak anioł. [/FONT] [FONT=Arial] -Boże, a cóż to za cudowny egzemplarz? – Zachwyciłam się, głaszcząc czule kierownicę. [/FONT] [FONT=Arial] -Diesel – roześmiał się Jastrząb. –Jest różnica, prawda?[/FONT] [FONT=Arial] -Jest absolutnie cudowny! Kocham go![/FONT] [FONT=Arial] Po raz pierwszy poczułam, że oporny dotychczas mechanizm stanowi przedłużenie mnie. Odprężyłam się i skupiłam na drodze. Jeździło mi się dobrze. Nareszcie zaczęłam widzieć i rozumieć. Eureka! Jastrząb też wyglądał na odprężonego. [/FONT] [FONT=Arial] -Gazu!!! Pokaż im, jak jeździ L-ka![/FONT] [FONT=Arial] I pokazywałam, czując się dobrze z Jastrzębiem obok. Jezu, ależ to auto miało zryw i przyspieszenie. Jeśli kiedyś zdam w końcu egzamin i stanę się cudem na tyle bogata, że stać mnie będzie na samochód, na pewno kupię diesla. Żadnych pierdziołek na benzynę i pyrkaczy na gaz. [/FONT] [FONT=Arial] Po trzech godzinach przyjemności skierowaliśmy się do Będzina. Oboje w doskonałym nastroju. Zdawałam Jastrzębiowi dokładną relację z pierwszego egzaminu, bo dotychczas nie miałam okazji. Pomiędzy wybuchami histerycznego śmiechu, rzucał mi spojrzenia pełne grozy... [/FONT] [FONT=Arial] -Ale, jeśli facet przypłacił to atakiem serca, to już wyszedł ze szpitala, bo ostatnio widziałam go przy sikaniu w WORD-zie... Mam nadzieję, że nie trafię na niego po raz kolejny, bo to by była wyjątkowa złośliwość losu... [/FONT] [FONT=Arial] Jastrząb otarł łzy, odetchnął spazmatycznie i powiedział:[/FONT] [FONT=Arial] -Wiesz co, są takie zabawki militarne... kup sobie granat, powieś na szyi i wsiądź z ponurą miną, w milczeniu, do samochodu... [/FONT] [FONT=Arial] Zachichotałam, porażona wspaniałą wizją. [/FONT] [FONT=Arial] -Upudruję sobie twarz na biało, pod oczami wymaluję granatowe cienie, a usta śliwkową kredką... [/FONT] [FONT=Arial] -Wybuchnęliśmy śmiechem, obdarzeni tym samym rodzajem plastycznej wyobraźni. [/FONT] [FONT=Arial] -...I zapytam posępnym tonem: „Czy ma pan rodzinę?”[/FONT] [FONT=Arial] -Nic nie musisz mówić – wyrzęził Jastrząb, zgięty w pół, z głową na kolanach.[/FONT] [FONT=Arial] -Jezus, nic nie widzę, bo jak się śmieję, zamykam oczy! – jęczałam. –Ty patrz![/FONT] [FONT=Arial] -Nie mogę!...[/FONT] [FONT=Arial] Jakimś cudem pokonaliśmy bez przeszkód i w całości odcinek remontowanej drogi ze zmienioną organizacją ruchu. Na parkingu szkoły z trudem wytoczyliśmy się z samochodu. [/FONT] [FONT=Arial] W drodze powrotnej Jastrząb włączył moją płytę i otoczyła nas magia Nino Rosso. [/FONT] [FONT=Arial] -Jak to jest, że odtwarzacze samochodowe dają takie cudowne efekty? – zapytałam urzeczona. W domu nigdy nie mogę tego uzyskać... [/FONT] [FONT=Arial] Jastrząb uśmiechnął się pod nosem. [/FONT] [FONT=Arial] -To zależy od sprzętu. Tutaj jest dwanaście głośników. [/FONT] [FONT=Arial] Pozostałe godziny przed egzaminem przejeździłam z Beatą. W dzień, bo ostatecznie w dzień miałam zdawać. Od pamiętnej jazdy z Jastrzębiem, gdy, jak stwierdził, zaczął dostrzegać u mnie przebłyski, sama zaczęłam dostrzegać tych przebłysków coraz więcej. Prowadzenie samochodu zaczęło sprawiać mi prawdziwą przyjemność... [/FONT] [FONT=Arial] Wizja egzaminu z granatem na szyi ucieszyła Beatę nadzwyczajnie. [/FONT] [FONT=Arial] -Zapytaj... zapytaj: „na ile jest pan ubezpieczony?” – wyrechotała. [/FONT] [FONT=Arial] No cóż, wszyscy zakładaliśmy, że jak poprzednio, wyjadę z placu. Przecież plac to moje ulubione miejsce. Od początku. Nie dałabym grosza za parkowanie równoległe i zawracanie „na trzy”, ale plac?[/FONT] [FONT=Arial] W piątek wstałam przed świtem, pochmurna jak poranek i, jak się okazało, zestresowana bardziej, niż za pierwszym razem. [/FONT] [COLOR=black][FONT=Arial]Beata jak zwykle gadała jak nakręcona. Do siebie, do innych kierowców, do chmur, do deszczu, do świateł, do kałuż... Do mnie. Zorientowałam się, że jestem zdenerwowana, bo ta paplanina nagle zaczęła doprowadzać mnie do irytacji wywołującej gęsią skórkę, choć zazwyczaj działa na mnie odprężająco. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Jazdy po placu odmówiłam, bo przecież plac od pierwszej godziny pokonuję z zamkniętymi oczami i niezwykłą precyzją. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Na teoretycznym z trudem opanowałam drżenie rąk (nigdy mi nie drżą). Jeśli to nie wczesne objawy Parkinsona, to jest gorzej, niż się spodziewałam. W dodatku popełniłam jeden błąd. Prędkość z przyczepą. Zawsze mam z tym problem, zaniżam, bo jestem zdania, że wszystko jeździ za szybko... Wyjąwszy mnie, na trasie. (-Hej, zwolnij, to nie autostrada!)[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Czekając na praktyczny, zasnęłam. Na tyle głęboko, że ledwie zareagowałam na imię "Joanna". Nazwiska nie słyszałam, ale postanowiłam wyjść i sprawdzić. Oszołomiona, poszłam w przeciwnym kierunku, ale egzaminator mnie zawrócił. Tym razem nie miałam kontrolera jako dodatku, ale praktykanta. Widocznie takie moje przeznaczenie... Wciąż nie mogłam oprzytomnieć. Wylosowałam spryskiwacz (spoko) i kierunkowskazy. Włączyłam lewy i stwierdziłam odkrywczo, że działa, natomiast prawe nie. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-No pewnie, bo przecież pani ich nie włączyła... [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Och, przepraszam! - Zawołałam ze skruchą (-obudź się, do cholery! - Nakazałam sobie w myśli).[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Bez skutku. Najpierw zgasł mi silnik, bo za szybko puściłam sprzęgło. Potem nastąpiło potrącenie pachołka ze skutkiem śmiertelnym. Byłam tak zaskoczona, że oczy mi niemal wypadły. Na łuku?! Ja?! No cóż, życie uczy pokory. Zbyt wolno wyprostowałam koła. Zapewniłam, że nie mam żadnych pretensji, to było widać, słychać i czuć. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Szkoda, jest pani taką przemiłą osobą! Rzadko się spotyka! - Zawołał z żalem egzaminator (z kim oni mają do czynienia?! Z nabuzowanymi potworami?) - ale, do cholery, dlaczego nie patrzyłaś w lusterka? [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Nie patrzyłam, bo kazano mi się uczyć łuku bez lusterek... Tylko szyby. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-I zaskoczenie! Egzaminator mówi, że można patrzeć w lusterka! Po to są! Bardzo żałuję, ale nie mogłem zignorować tego błędu. Tym bardziej, że najpierw zgasł pani silnik. No, strasznie pani jest miła. Jestem pewien, że zdałabyś na mieście. Łuk to pic, zupełnie niepotrzebny, trzeba po prostu wyjechać na miasto![/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Może następnym razem - uścisnęłam mu rękę. Bo przecież jestem miła jak cholera. I właśnie się obudziłam i poczułam obezwładniającą ulgę. Mam to z głowy na trzy miesiące.[/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]W domu powitał mnie stęskniony Garet. Machnięciem ogona przewrócił ogromną donicę z oleandrem. Na zabytkowym fotelu w korytarzu, gdzie tradycyjnie popada w depresję, leżał mój szalik, biała bluzka, spodnie od dresu i bluza od Calvina Kleina, wyciągnięte z kosza z bielizną. W szary kaszmirowy sweter na podłodze za drzwiami wsiąkły kocie siki. Na ławie w jadalni leżał postrzępiony paskudnymi zębiskami szlafrok, tak mokry, że było oczywiste, że Irena przyniosła go z ogrodu. [/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Ty idioto!!! – Zdenerwowałam się. -Odwal się ode mnie, czy ty nigdy nie dorośniesz?! – Z irytacją odwróciłam się od uszczęśliwionego kundla, stepującego na stole, gdzie znalazł się w mgnieniu oka, waląc ogonem w rozłożystą chryzantemę, która sypała wokół żółtymi płatkami. [/FONT][/COLOR][FONT=Arial][/FONT]
-
[FONT=Arial]Smaczny poranny sen przerwał mi dzwonek telefonu. Telefon w niedzielny ranek może oznaczać tylko pomyłkę, złośliwego sadystę albo mojego brata. Zazwyczaj to ostatnie. Przytuliłam Kolesia i wcisnęłam się głębiej w poduszkę ignorując radosne gruchanie Ireny. Garet opuścił mnie wcześniej, zaraz po dźwięku dzwonka. Tym razem rozległ się gong przy furtce. Po krótkiej szamotaninie, szuraniu pazurów i pantofli Irena z Garetem zgodnie runęli do drzwi, a Koleś wyskoczył z łóżka jak oparzony, żeby schronić się przez nieznanym zagrożeniem. Westchnęłam, zdecydowana przetrwać w łóżku i zadowolić się komfortem humorystycznego słuchowiska. [/FONT] [FONT=Arial]Kłąb dźwięków złożony z popiskiwania i dzwonienia pazurów Gareta, uszczęśliwionego mamrotania Ireny i szurania jej pantofli oraz pięknego barytonu Marka, przetoczył się do jadalni. Huknęły o stół torby z prezentami. Już dawno doszłyśmy z Kają do wniosku, że mój szalony brat podjąwszy w ułamku sekundy decyzję o wyjeździe, robi przelot przez swoją rezydencję i gorączkowo wrzuca do worków to, co mu wpadnie w rękę. W jednym transporcie mogą przyjechać: ekskluzywne płyny do kąpieli, kilogramy dobrej gatunkowo kawy, egzotyczne przyprawy, nieznane nam ryby, swojskie wędliny, grill elektryczny, papier toaletowy, wymyślne konfitury i urządzenie wielofunkcyjne albo laptop, ale bez zasilacza. [/FONT] [FONT=Arial]Przeglądamy to z pełną zachwytu uciechą, a Irena, która każdy inny prezent potrafi ofiarodawcy obrzydzić dokumentnie, zanim weźmie go do ręki, zachowuje się jak dziecko, które doczekało się prawdziwego św. Mikołaja. [/FONT] [FONT=Arial]Chichotałam cicho, nasłuchując dialogu z jadalni, który kierował się w stronę pokoju Ireny. Moja mamusia, pobudzona widokiem uwielbianego syna jak butlą koniaku, załomotała w drewniane przepierzenie mojej sypialni.[/FONT] [FONT=Arial]-Wstawaj, Marek przyjechał! [/FONT] [FONT=Arial]-Cześć! – wychrypiałam nieużywanym jeszcze tego dnia głosem.[/FONT] [FONT=Arial]-Cześć![/FONT] [FONT=Arial]Garet nie odstępował ich na krok, potrafiłam sobie dokładnie wyobrazić jego pełen zachwytu wzrok, jakim wpatruje się w gadającego do niego czule Marka. [/FONT] [FONT=Arial]Jęknęły sprężyny fotela. Potem jeszcze raz.[/FONT] [FONT=Arial]-Oooooo, nie, buzi nie dostaniesz, bo by mnie moje psy zeżarły – zaprotestował Marek. [/FONT] [FONT=Arial]-To jak, Mamuś, o której zawieźć cię do kościoła?![/FONT] [FONT=Arial]-Jeszcze nie, jeszcze mamy czas – oznajmiła pogodnie Irena. [/FONT] [FONT=Arial]-A do plebana aparat zakładasz?[/FONT] [FONT=Arial]-Co? Muszę założyć aparat... [/FONT] [FONT=Arial]Zachichotałam.[/FONT] [FONT=Arial]-Już.[/FONT] [FONT=Arial]-Teraz słyszysz?[/FONT] [FONT=Arial]-Ale jakoś słabo słyszę...[/FONT] [FONT=Arial]-Może bateria wysiadła? – podpowiedział Marek.[/FONT] [FONT=Arial]-...może bateria wysiadła... – kontynuowała Irena swój wątek. [/FONT] [FONT=Arial]-No to masz próbkę naszej codzienności! – zawołałam pomiędzy wybuchami dzikiego rechotu. [/FONT] [FONT=Arial]-A masz nowe? To może zmienimy – zaproponował Marek nabrzmiałym rozbawieniem głosem. [/FONT] [FONT=Arial]-...chyba trzeba zmienić... – powiedziała odkrywczo Irena. [/FONT] [FONT=Arial]Wysłuchałam operacji wymiany baterii i szamotaniny towarzyszącej zakładaniu aparatu, przy którym nagle bezradna Irena potrzebowała pomocy. Uśmiech zahaczał mi o uszy. Aparat najwyraźniej wylądował na swoim miejscu, ale dobiegł mnie niemal podprogowy pisk. [/FONT] [FONT=Arial]-Teraz słyszysz?![/FONT] [FONT=Arial]-Słyszę, ale mi dzwoni prosto do ucha![/FONT] [FONT=Arial]-Wyłącz budzik!!! – wrzasnęłam, zaśmiewając się histerycznie. Marek wybuchnął śmiechem i chwilę trwało, zanim zapanowali nad elektroniką. Zwlokłam się z łóżka, założyłam niegdyś elegancki szlafrok, obecnie z fantazyjnej koronki frotte, wydzierganej przez Gareta, i masując obolały brzuch podążyłam do pokoju Ireny. [/FONT] [FONT=Arial]Mój zabójczo przystojny brat chichotał półleżąc w fotelu, Irena z rozanielonym wyrazem twarzy paliła przy stole, Garet tkwił obok fotela jak przymurowany i wpatrywał się w Marka z bezgranicznym uwielbieniem, nastawiwszy uszy i przekrzywiając głowę, jakby zapamiętywał i analizował każde jego słowo. [/FONT] [FONT=Arial]-Obudź Kaję! – zażądała Irena. [/FONT] [FONT=Arial]-O, babci trąbkę trzeba kupić, ustawia was równo! – zarechotał Marek.[/FONT] [FONT=Arial]-Niech sobie śpi – machnęłam jednocześnie bagatelizująco ręką czując nagle, że całe rozbawienie gwałtownie mnie opuszcza. [/FONT] [FONT=Arial]Irena westchnęła, zgasiła papierosa i raźnym krokiem wymaszerowała z pokoju. [/FONT] [FONT=Arial]-Jezzzu – jęknęłam spanikowana, no to klęska. Kaja jest u swojego faceta, ale Irena o tym nie wie... Ona go nie znosi... Co robić?! – nagle poczułam się jak dziecko, które coś przeskrobało i zmartwiałe ze strachu oczekuje kary, bo przestępstwo właśnie wyszło na jaw. Do głowy mi nie przyszło, że jestem co najmniej dorosła, mało tego, Kaja też od dawna jest dorosła... [/FONT] [FONT=Arial]-No, to ładnie tu macie – mruknął Marek drapiąc Gareta za uchem. [/FONT] [FONT=Arial]-Kai nie ma! – Irena wtargnęła do pokoju z ponurą miną. [/FONT] [FONT=Arial]-To co, mamuś, zbieramy się?! Pleban czeka...[/FONT] [FONT=Arial]-Ja mam złe przeczucia. Jej tu nie było w nocy. [/FONT] [FONT=Arial]-Pewnie poszła na poranną mszę! – nagle spłynęło na mnie natchnienie. –Tak, chyba mówiła, że po południu ma jakieś spotkanie! – zawołałam z ulgą, że nie muszę kłamać, bo faktycznie coś takiego mówiła... A domniemanie, że poszła rano na mszę nie jest kłamstwem... bo przecież mogła pójść... [/FONT] [FONT=Arial]Marek spojrzał na mnie z mieszaniną niedowierzania i współczucia. [/FONT] [FONT=Arial]-Widzisz, to dzięki temu wciąż czuję się jak nastolatka – wyjaśniłam, odzyskując nieco rezon. [/FONT] [FONT=Arial]Irena paliła z zawziętą miną i widać było, jak walczy w niej chęć zaufania ukochanej wnuczce z wrodzoną podejrzliwością i permanentnym pesymizmem. [/FONT] [FONT=Arial]-Mamuś, za drzwiami balkonowymi stoi jakiś kot z jednym okiem! – zaraportował Marek. [/FONT] [FONT=Arial]-O, to Perła, trzeba ją wpuścić! [/FONT] [FONT=Arial]Oboje wstali, Garet skoczył do drzwi i szczęknął krótko na powitanie, pierwszy wyskoczył na zewnątrz, ale Perła na widok Marka czmychnęła. [/FONT] [FONT=Arial]-Kici, kici! – zawołała Irena. -Malutka, wystraszyła się, bo ten dureń szczeknął... [/FONT] [FONT=Arial]-Jasne, ona się go śmiertelnie boi – parsknęłam zjadliwie. [/FONT] [FONT=Arial]-Tak, sam się przestraszyłem – potwierdził ze śmiertelną powagą Marek. –Do tej pory tak jakoś nieswojo się czuję... [/FONT] [FONT=Arial]-A, wy sobie tylko żartujecie![/FONT] [FONT=Arial]Garet przygalopował z ogrodu mokry, szczęśliwy i ubłocony. Bez namysłu skoczył Markowi w objęcia. [/FONT] [FONT=Arial]-Tak, Garecik, ty jesteś taki okrutnie groźny pies... Szczekasz, straszysz ludzi, ty tu pilnujesz – Marek pieścił zachwyconego kundla przemawiając do niego jak do dziecka. Garet słuchał zahipnotyzowany głębokim, kulturalnym głosem z doskonałą dykcją. – Pracujesz tak ciężko, że powiesimy ci przy furtce puszkę na pieniążki i każdy będzie ci wrzucał trochę drobnych... Ktoś w tym domu musi zarabiać... [/FONT] [FONT=Arial]-A wiesz, że ten dureń od razu wyczuł Marka? – Irenie wrócił dobry humor. –Jeszcze drzwi nie otworzyłam, a on węszył w szparze i machał ogonem jak głupi! – spojrzała z dumą na rozanielonego kundla. Zaraz potem zerknęła na zegarek. –No, musimy wychodzić. [/FONT] [FONT=Arial]Marek pomógł jej założyć płaszcz. Jego spojrzenie padło na dębową komodę i brwi podjechały mu do góry. [/FONT] [FONT=Arial]-Czy ja dobrze widzę? To są jajka? – zapytał, wskazując na wytłoczkę przyrzuconą robótką na drutach. [/FONT] [FONT=Arial]-Proszę, nie pytaj – jęknęłam. –Kupiłam lodówkę o pojemności niespełna 400 litrów... [/FONT] [FONT=Arial]Pokiwał wyrozumiale głową. [/FONT] [FONT=Arial]-Na jajecznicę nie dam się zaprosić! – oznajmił. [/FONT] [FONT=Arial]-A właściwie, czemu nie? Jest szansa, że byś ją dogonił... [/FONT] [FONT=Arial]-Marku, to weź sobie te przepisy na zastosowanie miodu! – Irena usiłowała mu wcisnąć plik kartek formatu A4 zapisanych swoim pięknym charakterem pisma, który w naszej rodzinie nieodwołalnie zakończył się na niej. [/FONT] [FONT=Arial]Spojrzałam i wpadło mi w oko jedno z podkreśleń „Ropnie i wrzody”. [/FONT] [FONT=Arial]-Nie, dziękuję bardzo, nie chcę ci tego zabierać. [/FONT] [FONT=Arial]-Na pewno ci się przyda![/FONT] [FONT=Arial]-Tak, nauczyłem się na pamięć – oznajmił ze śmiertelną powagą. [/FONT] [FONT=Arial]Zachichotałam. [/FONT] [FONT=Arial]-Proszę, przeprowadź się tutaj! Będzie śmiesznie... [/FONT] [FONT=Arial]-Tak, zajebiście. Przez pierwsze dwadzieścia minut... – wzdrygnął się nerwowo, bo wyobraźnię mamy tak samo plastyczną. [/FONT] [FONT=Arial]Odprowadziłam ich do wyjścia. Wręczyłam Markowi tegoroczny bukiet z jesiennych liści. Zrobiłam tylko trzy, bo nieoczekiwany śnieg odciął mnie od materiału. Mój brat, niezdolny usiedzieć na jednym miejscu trzech kwadransów, zdradzał już przejawy najwyższego zniecierpliwienia właściwego ADHD-owcom. Miałam wrażenie, ze jeszcze moment, a złapie Irenę pod pachę i zaniesie ją do samochodu. [/FONT] [FONT=Arial]-Idźcie, idźcie, zamknę za wami! – zawołałam, przypomniawszy sobie, że Kaja zabrała ze sobą klucz od wewnętrznych drzwi, żeby mogła wrócić niepostrzeżenie o dowolnej porze. [/FONT] [FONT=Arial]-Nie ma klucza, Marek, zabrałeś? – Irena wpatrzyła się podejrzliwym wzrokiem w zamek. Jej mina mówiła, że przygotowuje się do przeprowadzenia dogłębnego śledztwa. Jezu, podobno na starość ludzie stają się mniej spostrzegawczy?! Dlaczego ja nie dostrzegam nawet ułamka tego, co moja matka?![/FONT] [FONT=Arial]-No chodź, mamuś, bo się spóźnisz! – ponaglał Marek. [/FONT] [FONT=Arial]-Klucz pewnie wpadł pod szafkę, zaraz go poszukam – uspokoiłam ją. [/FONT] [FONT=Arial]Wreszcie z ulgą zatrzasnęłam drzwi i wpełzłam wyczerpana do łóżka. Kaja wróciła w chwilę później. Zaczęłam jej zdawać raport z wydarzeń poranka. [/FONT] [FONT=Arial]Garet, po gorączkowych powitaniach, usiadł na mnie. Kaja skuliła się w fotelu i zaczęła płakać. [/FONT] [FONT=Arial]-Hej, przestań – zepchnęłam dupsko Gareta z mojego biodra. –No, chodź tu, przytul się. Julia miała gorzej.[/FONT] [FONT=Arial]-Ja nie wytrzymam w tym domu. Czuję się jak... czuję się... [/FONT] [FONT=Arial]-A pomyśl, jak ja się czuję? Ja to mam przez całe życie, od urodzenia. I nie miałam żadnego wsparcia, a ty masz. Kiedy babcia poczłapała na górę, żeby cię obudzić, omal nie umarłam. Miałam wrażenie, że jestem małą dziewczynka, która zaraz zostanie skazana na śmierć. Zmartwiałam z przerażenia! Jezzzu, dwie dorosłe kobiety o kierunkowym wykształceniu sterroryzowane przez małego gestapowca! No, już, przestań! Zaraz Ci opowiem resztę...[/FONT] [FONT=Arial]Po chwili Kaja płakała, ale ze śmiechu. Nie jest łatwo przeżyć w tej rodzinie... [/FONT]
-
Ktoś to musi zorganizować; nie ja :-o Najbliższe już w planie w okolicznych miastach. Na pocieszenie kolejny fragment. [FONT=Arial]20.10.2009 wtorek[/FONT] [FONT=Arial]Wciąż prześladują mnie ślady poszpitalnej i pobadaniowej traumy. Budząc się rano myślę nerwowo, czego mam nie robić: nie pić, nie jeść, nie myć zębów? Wreszcie dociera do mnie, że mam to już za sobą i oddycham z ulgą. Mogę pić i jeść o dowolnej porze, a przede wszystkim, o ulgo, myć zęby! Wiem już na pewno, że nie mam żadnych pasożytów ani helicobacter, a moja tarczyca działa w sposób zadowalający, choć każdy endokrynolog z odrażającym uporem próbowałby skontaktować mnie z chirurgiem. Mam niemiłe wspomnienia i dlatego do nich nie chodzę. Mam może nietypową, ale silną potrzebę, aby wszystkie moje, organicznie przynależne mi części, pozostały ze mną do końca. Rozstanie z pęcherzykiem żółciowym było na tyle traumatyczne, że wolałabym nie powtarzać podobnego doświadczenia; szczególnie narkozy, która omal nie przyprawiła mnie o sen wieczny. [/FONT] [FONT=Arial]Czeka mnie jeszcze kilka badań i wizyta u kardiologa; ta ostatnia w tak dalekiej przyszłości, że na razie o niej nie myślę. Terminy, jak się okazało, są na czerwiec przyszłego roku. Świetne pole do popisu dla selekcji naturalnej. Ewentualnie można sobie prywatnie... To od razu budzi we mnie bunt. Gdybym odkładała połowę tego, co ze mnie w każdym miesiącu zdzierają na fundusz zdrowia, w momencie, gdy tego potrzebuję, mogłabym się leczyć jak VIP. O, nie! Prywatnie w ostateczności. Moja twarz musiała wskutek furii przybrać lekko apoplektyczny wygląd, bo pani rejestratorka zapytała, czy jestem pierwszy raz. [/FONT] [FONT=Arial]-A, to w takim razie znajdziemy pani wcześniejszy termin. [/FONT] [FONT=Arial]Pogrzebała w gęsto zapisanym terminarzu i wcisnęła mnie na 21 stycznia. O rany. Poczułam się tak, jakbym miała już, zaraz, zasiąść w poczekalni... Nawet gibnęłam się lekko w kierunku krzesła... [/FONT] [FONT=Arial]Temperatura mi spada i leukocytoza również. Niemniej wciąż jeszcze jestem na prawach chorego, a chorego, jak mówią jakieś przykazania, należy odwiedzać. Bardzo mi miło, że moi przyjaciele pamiętają o tym. Okazali się naprawdę wspaniali. [/FONT] [FONT=Arial]W sobotę mieli przyjechać Magda z Jarkiem oraz Stanisław. Hm... a gdyby tak zebrać wszystkich razem?... rozmarzyłam się na myśl o leniwej niedzieli. Spanie do południa, plątanie się po domu w dresie, może nawet upragniona chwila nudy? Jak to się robi?! Może sobie przypomnę... Wymieniłam spojrzenie z Garetem. Lekko ociężały po wspólnym i swoim obiedzie zwisał smętnie z parapetu w jadalni, trzymając ogon w doniczce z paprotką. Błysk w moim oku podpowiedział mu, że znowu będziemy jeść, więc ożywił się i zastrzygł uszami. [/FONT] [FONT=Arial]Musiałam pomyśleć, co w miarę szybkiego przygotować na sobotnią kolację, a to wymagało dostarczenia mojemu wycieńczonemu organizmowi kalorii. I to najlepiej pochodzących z węglowodanów. Zajrzałam do naszej ogromnej lodówki. Oj. Kicha. Nie był to co prawda stan utrwalony ostatnio na zdjęciu, gdy jedyną jej zawartość stanowiła połówka cytryny i gałązka natki pietruszki przymarznięte do tylnej ścianki, ale i tak niewesoło. Garet, który przyczłapał do kuchni za mną i też zaglądał, westchnął ciężko. [/FONT] [FONT=Arial]-Spoko, stary, coś wymyślimy. [/FONT] [FONT=Arial]Ubiłam jajka, dodałam maślankę oraz mąkę i upiekłam ołatki. Przeszukałam przetwory na półce w nadziei znalezienia czegoś kwaskowatego, najlepiej porzeczki. Ponieważ zrobienie dżemu jest tak wyczerpujące, że nikt już nie ma siły na opis, trzeba dokonywać rozeznania na oko. Dokonałam. Pudło. Trafiłam na brzoskwinie, słodkie do obrzydliwości. Jakoś zmęczyliśmy pierwszą porcję oboje z Garetem, ale dalej się nie dało. Zaniosłam Irenie placuszki z brzoskwiniami i zostawiłam na stole, bo spała, owinięta w Perłę. Znowu zawisłam nad półką z przetworami. Tym razem wybrałam ciemniejsze. Czarna porzeczka, na bank! Niestety, okazało się, że to borówki. STRASZLIWIE słodkie!!! Co gorsza, należące, razem z brzoskwiniami, do wyrobów ściśle limitowanych. Spojrzałam ze zgrozą na Gareta. Odpowiedział mi naiwnym, pytającym spojrzeniem. [/FONT] [FONT=Arial]-Mam przejebane, jeśli babcia to zobaczy! – jęknęłam. [/FONT] [FONT=Arial]-O, Jezu, mamuś, masz przejebane! – wykrzyknęła Kaja, nakładając sobie na ołatki mieszankę brzoskwiniowo-borówkową. –Lepiej idź umyć zęby, bo jak babcia zobaczy... [/FONT] [FONT=Arial]Westchnęłam z przygnębieniem i poszłam do łazienki, pośliznąwszy się na kawałku gotowanego udka, które Garet podstępnie umieścił tuż pod progiem. [/FONT] [FONT=Arial]Obrzydliwe węglowodany okazały się jednak skuteczne, bo zdołałam wymyślić menu na sobotnią kolację. Żurek z zapiekaną kiełbasą, dwużółtkowymi jajkami oraz zapiekanym chlebem chłopskim, tak fantastycznym, że powinien być otoczony drutem kolczastym już w chwili zakupu. [/FONT] [FONT=Arial]Niestety, nie był, toteż zeżarliśmy z Garetem połowę ze świeżym masłem, cierpiąc nieznacznie z powodu wyrzutów sumienia oraz znacznie z powodu niestrawności. Myślałam, że pozostała połowa to aż nadto, ale byłam w błędzie. [/FONT] [FONT=Arial]Kilka minut po piątej rozległ się dzwonek. Za furtką stali: Magda, Jarek, Renata oraz Stanisław, z herbacianą różą w ręce i wyrazem lekkiego oszołomienia na twarzy, bo spodziewał się większej intymności... [/FONT] [FONT=Arial]-Chodźcie, chodźcie! – Zawołałam radośnie. Garet, wijąc się dziko, usiłował powitać wszystkich jednocześnie, co poniekąd mu się udało, zważywszy na liczne ślady błota na ubraniu gości. [/FONT] [FONT=Arial]Usadowiłam wszystkich w pokoju, zaopatrzyłam w napoje i poprosiłam o cierpliwość, jako że kiełbasa w piekarniku wydawała się zdumiewająco odporna na wysoką temperaturę. Kaja przygotowywała w kuchni szarlotkę, która miała zająć ciepłe miejsce kiełbasy i, jak obawiałyśmy się, przejąć część jej zapachu... [/FONT] [FONT=Arial]-Tu jest koc szetlandzki, okna nie mogę zamknąć, bo cholerna klamka się odłamała! [/FONT] [FONT=Arial]Zadziałał dominujący męski gen. Obaj panowie poderwali się jak konie pocztyliona na dźwięk trąbki i usłużnie rzucili, aby rozwiązać problem. Po trzykrotnym kłusie do piwnicy po narzędzia z przerażeniem zauważyłam, że zaczynają odkręcać klamkę od drugiego okna. [/FONT] [FONT=Arial]-Cholera, porypało was?! – Wrzasnęłam zdyszana, bez śladu wdzięczności. – To drugie zamierzam zachować w stanie nienaruszonym! Natychmiast to zostawcie! [/FONT] [FONT=Arial]Jarek z łagodną perswazją w głosie rozpoczął jakieś zawiłe tłumaczenia, ale przerwałam mu brutalnie. [/FONT] [FONT=Arial]-Nie! A... może dam wam po prostu tę ułamaną klamkę? [/FONT] [FONT=Arial]Obaj odwrócili się i spojrzeli na mnie paskudnym wzrokiem. [/FONT] [FONT=Arial]-To trzeba było tak od razu...[/FONT] [FONT=Arial]-Ale dobrze wam szło, nie chciałam przeszkadzać, dopóki nie zaczęliście demolować...[/FONT] [FONT=Arial]Kursowałam pomiędzy kuchnią i pokojem, to mobilizując wściekłymi spojrzeniami kiełbasę, to przysiadając na chwilę na poręczy fotela, w którym rozkosznie wylegiwał się Garet. [/FONT] [FONT=Arial]-Joanna, usiądź na podłodze, przecież mu przeszkadzasz! – Nie wytrzymała Renata. [/FONT] [FONT=Arial]Zachichotałam. –I tak co chwilę wstaję, niech sobie psina leży. Stanisław obrzucił mnie potępiającym spojrzeniem. [/FONT] [FONT=Arial]Kiełbasa i cebulka wreszcie się upiekły, przeszliśmy do jadalni na żurek. [/FONT] [FONT=Arial]-Co to za kiełbasa? [/FONT] [FONT=Arial]-O, tu są po dwa żółtka, gdzieś ty takie jajka kupiła?[/FONT] [FONT=Arial]-Jeeezu, ten chleb to rewelacja! – Jak go robiłaś?![/FONT] [FONT=Arial]-Hm...no cóż, najpierw zasiałam zboże, potem...[/FONT] [FONT=Arial]-Joanna, co dodałaś do tego żurku? Jaka to przyprawa?[/FONT] [FONT=Arial]-No cóż... – Uśmiechnęłam się tajemniczo, myśląc jednocześnie gorączkowo, co ja tam, u diabła, mogłam wrzucić? Nigdy w życiu nie gotowałam niczego według przepisu, po prostu wyobrażam sobie smak potrawy i gotuję. Staram się przy tym tracić na kuchenne zajęcia jak najmniej czasu, doprawiam w biegu i w sposób przypadkowy. Dlatego moje potrawy są niemożliwe do odtworzenia, a ich smak trudny do przewidzenia. Bez wątpienia to wyższa sztuka kulinarna... [/FONT] [FONT=Arial]Od odpowiedzi uratował mnie Garecik, który wpakował się na ławę i tęskny zez utkwił w półmisku z kiełbasą. [/FONT] [FONT=Arial]Chleb znikał tak szybko, że Artur z każdą chwilą tracił szanse na spróbowane go. Zostało tylko pół kromki, gdy z hałasem wtargnął do domu. Temperatura od razu podskoczyła o kilka stopni i zapanował nastrój radosnego oczekiwania, jak przed odpakowaniem prezentów gwiazdkowych, które były na tyle dobrze ukryte, że adresaci pozostali nieświadomi ich zawartości. [/FONT] [FONT=Arial]-Może trochę mięska na kolację?! – ryknął na powitanie. [/FONT] [FONT=Arial]-Operowałeś? – domyśliły się dziewczyny. [/FONT] [FONT=Arial]Spojrzałam na niego podejrzliwie. [/FONT] [FONT=Arial]-Kocie maciczki – wyjaśnił, wciskając się za stół, po serdecznym powitaniu ze wszystkimi. [/FONT] [FONT=Arial]-Obrzydliwy jesteś. Odgrzeję ci żurek i kiełbasę. Zostawcie mu ten ostatni kawałek chleba, bo więcej nie ma![/FONT] [FONT=Arial]Nie słuchałam ożywionej dyskusji, jaka zapanowała przy stole, bo zajęłam się reanimacją kolacji. Kiedy wróciłam, Jarek zapytał, czy mam „Przegląd”. [/FONT] [FONT=Arial]-Mam... gdzieś... odparłam z wahaniem, spoglądając na szafkę pod zlewozmywakiem. [/FONT] [FONT=Arial]-To daj. [/FONT] [FONT=Arial]-Naprawdę musicie go mieć? Jest w koszu. No, dobra. – Przegrzebałam kosz na śmieci i wyjęłam tak pożądane czasopismo, mamrocząc przy tym, że chyba moim cholernym przeznaczeniem jest grzebanie w śmietnikach, bo ciągle to robię. [/FONT] [FONT=Arial]-Za szybko wszystko wyrzucasz – zauważyło złośliwie moje dziecko.[/FONT] [FONT=Arial]Artur karmił siedzącego obok na ławie Gareta kiełbasą, więc tym razem pełne potępienia spojrzenia skupiły się na nim. Jednocześnie udzielał mi nagany za przekarmianie psa mięsem, co bez wątpienia doprowadzi do przebiałkowania, zerkając przy tym na talerz pełen gotowanych, obranych ze skóry udek. [/FONT] [FONT=Arial]Oburzyłam się, bo Garet stosuje bardzo zbilansowaną dietę. Tego dnia jadł już szpinak, boczniaki i grejpfruta, popił to maślanką i odrobiną herbaty z cytryną. A mięsem dojada sobie gdy i kiedy chce. Zasłoniwszy sobą obiekt licznych już teraz spojrzeń, otworzyłam szafkę i z irytacją zaczęłam grzebać w koszu na śmieci. [/FONT] [FONT=Arial]-Czego szukasz? „Przegląd” już mamy...[/FONT] [FONT=Arial]-Joannie się spodobało, nie przeszkadzaj jej – stanęła w mojej obronie Renata. [/FONT] [FONT=Arial]Wybuchnęłam śmiechem. [/FONT] [FONT=Arial]-Gdzieś... tu... miałam zapisane, kiedy odbierają śmieci wielkogabarytowe... ale to nic, najwyżej zadzwonię. [/FONT] [FONT=Arial]-Zajrzyj na stronę urzędu – podpowiedział usłużnie Jarek. [/FONT] [FONT=Arial]Przenieśliśmy się do pokoju. Stanisław pożegnał się, bo musiał obsłużyć swoją menażerię. [/FONT] [FONT=Arial]Artur zapalił papierosa z paczki, którą sam przyniósł, co zadziwiło nas niepomiernie, bo na ogół dym mu przeszkadza. [/FONT] [FONT=Arial]-Wiecie, Jola to ma talent do handlu. Potrafi sprzedać dosłownie wszystko![/FONT] [FONT=Arial]Już prawie się wyłączyłam w przekonaniu, że muszę przeczekać kolejną rozmowę o ludziach, których nie znam, ale ostatnie zdanie sprawiło, że nastawiłam uszu. [/FONT] [FONT=Arial]-Wyobraźcie sobie, wczoraj dopiero w połowie ulicy ocknąłem się, że kupiłem dwie pary oddychających majtek po 56 złotych sztuka, których wcale nie miałem zamiaru kupować... [/FONT] [FONT=Arial]-Oddychających majtek? –zdziwiłam się.[/FONT] [FONT=Arial]-Z dożywotnią gwarancją. [/FONT] [FONT=Arial]-Co znaczy dożywotnią? – zainteresowała się Renata. –Do końca twojego życia czy majtek?[/FONT] [FONT=Arial]-No mówię wam, wyszedłem i dopiero po chwili zauważyłem, co trzymam w ręce. [/FONT] [FONT=Arial]Cóż, mogłeś wyjść jeszcze z deską snowbordową pod jedną i latawcem pod drugą pachą – pocieszyłam go. –Tylko nie trzymaj ich w woreczku foliowym, bo się uduszą...[/FONT] [FONT=Arial]-Za to masz majtki z hm... głowy do końca życia, bo one są niezniszczalne – zachichotał Jarek.[/FONT] [FONT=Arial]-Przepraszam, a czy ja mogłabym się dowiedzieć, co znaczy dożywotnią... [/FONT] [FONT=Arial]-No właśnie, nawet nie trzeba ich prać! [/FONT] [FONT=Arial]-Rozumiem – pokiwałam głową. –Tylko się je wykrusza... ale z czasem chyba zmieniają kolor na khaki?[/FONT] [FONT=Arial]-Fajnie mieć takie oddychające majtki – rozmarzyła się Magda, wyraziście pokazując nad swoją miednicą pracę ich płuc, gdziekolwiek się znajdują. [/FONT] [FONT=Arial]-Chwileczkę, a ta dożywotnia gwarancja... [/FONT] [FONT=Arial]-Byle tylko nie sapały za głośno...[/FONT] [FONT=Arial]-A jak się przeziębią i zaczną kaszleć?[/FONT] [FONT=Arial]-To jakiś syrop musisz ze sobą nosić...[/FONT] [FONT=Arial]-Albo ACC Max – zaproponowałam. –Tylko, że to musujące...[/FONT] [FONT=Arial]-A jakby tak, nie daj Boże...[/FONT] [FONT=Arial]-To jeszcze defibrylator. [/FONT] [FONT=Arial]-Taki mały zestaw do reanimacji...[/FONT] [FONT=Arial]-Tylko jak im zrobić sztuczne oddychanie metodą usta-usta?[/FONT] [FONT=Arial]-Może ktoś mi wreszcie wytłumaczy, czy dożywotnia gwarancja... [/FONT] [FONT=Arial]Dźwięki dobiegające z kuchni zwiastowały, że ta szarlotka będzie ostatnim dziełem mojego dziecka. [/FONT] [FONT=Arial]-Stanisław miał zrobić ognisko, ale śnieg mu przeszkodził – próbowałam gorączkowo zmienić temat. [/FONT] [FONT=Arial]-O! O! Tylko nie przeskakuj w nich przez ognisko! Bo w przypadku oparzenia...[/FONT] [FONT=Arial]-E, tam, same na siebie podmuchają, fu, fu...[/FONT] [FONT=Arial]I tak ciągnęły się nocne, głębokie rozmowy inteligencji polskiej... [/FONT]
-
:loveu:A jakże! Prześwietny Garet będzie, dziko spragniony przytulania i dawania buzi. Ksiązki też, wydawnictwo obiecało dostarczyć. Na ostatnim wieczorku Garet od razu wgramolił mi się na kolana, potem wycałował wszystkich ze słabszą kondycją i refleksem, a na koniec zaburzył ceremonię dawania prezentu, wyrwawszy go brutalnie z ręki organizatorki... Będzie się działo... Przyjeżdżajcie!
-
Okładka po lewej wsytepuje w naturze. ZAPRASZAMY NA WIECZÓR AUTORSKI. 23.10.2009 godz. 18.00 Miejski Ośrodek Kultury Olkusz, ul. Fr. Nullo 29. Joanna i Garet :loveu:
-
[FONT=Arial]12.09.2009 sobota[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]W piątek, dzień pierwszego wieczoru autorskiego, czułam się dziwnie spokojna. Nawet ogłuszona. Ten stan nieco mnie dziwił, dopóki pieczenie oczu i wrażenie, że o moją skórę ocierają się wielkie bryły lekkiego pumeksu nie uświadomiły mi, że mam wysoką gorączkę. [/FONT] [FONT=Arial]Wszystkich w pracy zapewniłam, że Garet czuje się dobrze i wyraziłam jedynie nadzieję, że nie będzie puszczał bąków... Prorocze słowa... Kiedy dotarłam do domu, Kaja na wstępie poraziła mnie złowieszczą informacją: [/FONT] [FONT=Arial]-Mamuś, on pierdzi od piątej rano...[/FONT] [FONT=Arial]-O Jezus, to przerąbane! – jęknęłam z rozpaczą oglądając żakiet z jedwabnego aksamitu w nadziei, że nie wymaga prasowania. Nie wymagał. [/FONT] [FONT=Arial]-Jedyna nadzieja w tym, że on to robi bezgłośnie... Ludzie będą podejrzliwie patrzyli na siebie...[/FONT] [FONT=Arial]-I tu się mylisz. Będą podejrzliwie patrzyli na nas! – niestety, sukienka w kolorze starego srebra bezwzględnie wymagała prasowania. Garet siedział na ławie w jadalni, mrugał pogodnie i puszczał okrutnie smrodliwe bąki... [/FONT] [FONT=Arial]Pospiesznie wskoczyłam pod prysznic i ten właśnie moment Artur wybrał na telefony. Wydłubując pianę z ucha przyjęłam do wiadomości, że bardzo chciałby wpaść choć na chwilę, choć zaraz wyjeżdża z bratem odebrać rodzinę z nadmorskiej kuracji. Ledwie zaczęłam się spłukiwać, zadzwonił z pytaniem, czy może zabrać ze sobą Czarka, bo prosto stamtąd pojadą nad morze odebrać rodzinę z.... Walnęłam dłonią w bok głowy wytrzepując z ucha mleczną odżywkę do włosów. Tak, może zabrać Czarka, wszystkich bliższych i dalszych krewnych, co za pytanie?![/FONT] [FONT=Arial]-Jak wyglądam? – warknęłam do mojego dziecka, które, jak zwykle, wyglądało cudnie, bo cudne jest. [/FONT] [FONT=Arial]-Dobrze. No, naprawdę dobrze... [/FONT] [FONT=Arial]Warknęłam w przestrzeń i założyłam kolczyki z kryształów Swarovskiego. Kaja zapięła mi naszyjnik do kompletu. [/FONT] [FONT=Arial]Garetowi udzieliło się nasze podenerwowanie i latał jak potłuczony. Przy zapinaniu smyczy niemal wyleciał na orbitę okołoziemską. [/FONT] [FONT=Arial]Nasi przyjaciele przyjechali po nas, Renata ma samochód przystosowany do przewozu swoich psów, ze specjalną płachtą, więc Garet, gdyby się uparł, mógłby nawet rzygać (nie jest przyzwyczajony do jazdy samochodem), ale nie rzygał, skupił się na działaniu drugim końcem. Jechałam za nimi z Magdą i Jarkiem. Renata pruła jak szalona. W pewnym momencie wybuchnęliśmy śmiechem, bo Garet ustawił się centralnie i z tyłu wyglądało to tak, jakby szybę omiatała rytmicznie wielka, czarna, włochata wycieraczka. [/FONT] [FONT=Arial]Przyjechaliśmy dziesięć minut przed czasem. Sporo samochodów stało na parkingu, a kolejne podjeżdżały. Dopiero teraz poczułam się lekko zestresowana. Garet z zapałem penetrował okolicę podsikując krzaki. Czekałam z utęsknieniem, że dojdzie do kompromisu ze swoimi jelitami ratując nas od kompromitacji, ale okazał się zbyt twardym negocjatorem. [/FONT] [FONT=Arial]Przyszło sporo osób, których się nie spodziewałam i nie przyszło sporo z tych, których się spodziewałam (większość usprawiedliwiła się uprzednio). [/FONT] [FONT=Arial]Brakowało tylko Artura, bo w ostatniej chwili przywieźli mu psa z wypadku i operował. Niestety, rokowania były złe - i Staszka, bo nie zdążył dojechać, choć miał na to nadzieję. Obaj bombardowali mnie sms-ami, które odebrałam znacznie później. [/FONT] [FONT=Arial]Garet zaprezentował się od razu. Wylazł mi na kolana i próbował dalej, na stół, ale trzymałam go z całej siły. Właściwie można było już nic nie mówić... Poruta. Był zdenerwowany, ale nie poszło mu w agresję, jest naprawdę słodki i łagodny, wszyscy go wygłaskali i połowa, ta ze słabszym refleksem, dostała buzi...[/FONT] [FONT=Arial]Ilona, perfekcjonistka, prowadziła spotkanie z ogromnym zaangażowaniem. Wszystko było doskonałe. Odczuwałam niebywały komfort psychiczny, bo musiałam się tylko dopasować do struktury spotkania. Luksus! Kasia zaśpiewała dla mnie prześlicznie trzy piosenki – dedykacje. „Bez ciebie jesień”, „To, co mam” i „Szukaj mnie”. [/FONT] [FONT=Arial]Na szczęście wysłuchałam ich dnia poprzedniego, kiedy ćwiczyła w sali widowiskowej. Uryczałyśmy się wtedy obydwie z Iloną. Mnie tłumaczy gorączka i choroba. Tego dnia usilnie starałam się nie zwracać uwagi na słowa i jakoś przetrwałam. [/FONT] [FONT=Arial]Garecik strzygł uszami jak szalony i robił powalające miny, ale nie zaczął wyć, dzięki Bogu. Za to pierdział, dając upust szalonym emocjom. [/FONT] [FONT=Arial]Dziewczyny z kółka recytatorskiego czytały fragmenty książki, z tak dramatyczną dykcją jakby głosiły wieszcza... Nie wiem, kto wybrał najmniej śmieszne momenty. Przetrwałam ze zgrzytaniem zębów. [/FONT] [FONT=Arial]Potem Garecik wylazł na stół i siłą wyrywał z ręki Ilony swój prezent w postaci pięknie udekorowanych psich przysmaków. Przez cały wieczór pierdział radośnie i zasmrodził całą salę balową... wrrr...[/FONT] [FONT=Arial]A potem kilka słów mojej ukochanej pani burmistrz (władze miasta stawiły się w komplecie) kwiaty, gratulacje i komplementy. [/FONT] [FONT=Arial]W powrotną drogę wyruszyliśmy w tym samym składzie. W Olkuszu Renata popruła prosto, a Jarek sprytnie wepchnął się na lewy pas, co po początkowym triumfie okazało się fatalną pomyłką. Ale kto spodziewałby się takich dramatycznych korków późnym wieczorem?! Staliśmy na skrzyżowaniu i staliśmy, aż mech porastający seata zaczął wypełzać na dach... [/FONT] [FONT=Arial]-Renata pyta, czy my, *****, jedziemy przez Kraków – raportowała Magda z tylnego siedzenia. –I czy, *****, kiedyś wreszcie dotrzemy, bo już zamarzają...[/FONT] [FONT=Arial]Kiedy wreszcie dotarliśmy na nasz parking, Renata powitała nas posępną miną, Kaja szerokim uśmiechem, a Garet szampańskim humorem przekładającym się na szaleńcze skoki i machanie ogonem. [/FONT] [FONT=Arial]-*****! – warknęła ponuro Renata – miałyśmy już trzy propozycje, tylko z psem nikt nie chciał... [/FONT] [FONT=Arial]Potem zrobiła się spontaniczna impreza i siedzieliśmy pijąc wino, klnąc radośnie i oglądając zdjęcia z imprez; od razu zrobiło się swojsko. Cały dom tonął w gigantycznych bukietach kwiatów. Stoją nawet przy kocich miskach.[/FONT] [FONT=Arial]Zdjęcia wzbudziły w nas żywe emocje. [/FONT] [FONT=Arial]-O rany! Tego nie widziałam! Ty, popatrz, jaką masz minę! Jak naćpana! Joanna, wyglądasz świetnie! Po prostu promieniejesz![/FONT] [FONT=Arial]-Porypało was? A te cztery podbródki? [/FONT] [FONT=Arial]-No to zobacz, ile ja tu mam! Raz, dwa, trzy... sześć![/FONT] [FONT=Arial]-A ja tutaj?! Cholera, zabierz to sprzed moich oczu... raz, dwa, trzy, cztery...[/FONT] [FONT=Arial]-No dobra, chciałabym mieć sześć! – jęknęłam z rozpaczą – a mam jeden, ogromny, wyglądam jak knur!!! Ratunku!!![/FONT] [FONT=Arial]-Ona zawsze tak ma? – zwróciła się Renata do szczerzącej zęby Kai. – Współczuję Ci. Przecież to trudno wytrzymać![/FONT] [FONT=Arial]-Wiem, ja z nią mieszkam – odparło moje wredne dziecko. [/FONT] [FONT=Arial]Potem Renata namawiała mnie na lektorat do filmu, który jej syn (startujący w tv) nakręcił na jakiś międzynarodowy festiwal. Szukają kogoś z głębokim głosem podobnym do głosu Czubównej. Na razie mój minął fazę Ładysza i robi konkurencję Armstrongowi. [/FONT] [FONT=Arial]-Za ile? – zachrypiałam. [/FONT] [FONT=Arial]-Za sławę![/FONT] [FONT=Arial]-A, to chromolę. Sława mnie nie rusza – wycharczałam. [/FONT] [FONT=Arial]-I jak wypadło? – zapytałam Kaję, zmywając makijaż. [/FONT] [FONT=Arial]-Świetnie – zapewniła mnie. [/FONT] [FONT=Arial]-A, w cholerę... wiem, że niewiele do mnie docierało, ale miałam wrażenie, że wszyscy siedzą z ponurymi, udręczonymi minami z rozpaczliwą cierpliwością oczekując końca... [/FONT] [FONT=Arial]-Pogięło cię?[/FONT] [FONT=Arial]-Powinnam była zapytać naszych, zapomniałam...[/FONT] [FONT=Arial]-Nie wpadłaś na to, licytowałyście się na podbródki – odparła bezlitośnie Kaja. [/FONT] [FONT=Arial]W sobotę rano, dręczona gorączką, poddałam się i poszłam na dyżur do przychodni. Przede mną tylko 2 osoby, ale czekałam godzinę.[/FONT] [FONT=Arial]Przyjmowała bardzo sędziwa lekarka, w stanie furiackiego zniecierpliwienia podejrzewałam, że z demencją starczą. [/FONT] [FONT=Arial]Weszłam i napotkałam skrzące się inteligencją oczy. Owszem, stara i prawie łysa, ale dama z powalającą osobowością. Mówiła z perfekcyjną dykcją. I początkowo nawet dużymi literami. [/FONT] [FONT=Arial]-PROSZĘ PANI, JAK –MOŻNA –BYŁO –DOPROWADZIĆ -SIĘ- DO-TAKIEGO -STANU?![/FONT] [FONT=Arial]-Zupełnie nie rozumiem, że pani jeszcze funkcjonuje. [/FONT] [FONT=Arial]Hmm... kiedy mnie już ochrzaniła, porozmawiałyśmy sobie. I też spędziłam tam pół godziny. A stan całkiem miły, mam wrażenie, że wszystko dzieje się gdzieś obok, nic mnie nie porusza (oprócz dreszczy). Fajnie jest. Jutro naprawdę zacznę brać antybiotyki. Ale to po grillu u Kasi. Będę, bo obiecałam. [/FONT]
-
[FONT=Arial]10.09.2009, czwartek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Po dwutygodniowych zmaganiach przegrałam nierówną walkę z paciorkowcem. Oczywiście, że to on, nic innego. Rozpoznaję sukinsyna, jakby się przedstawił. Chrypka, suchość w gardle i temperatura z objawami krańcowego wyczerpania. Chociaż wyczerpanie można tłumaczyć też niezwykle rozsądnym zagospodarowaniem życia od świtu po noc – praca, szkolenia – praca w domu. Sen się ze mną rozwiódł, za to zyskałam wiernych przyjaciół w postaci ciągłego podenerwowania i zmęczenia. W pracy mogę skupić się tylko na jednym, a gdy ktoś do mnie mówi, patrzę jednocześnie tępym i lekko obłąkanym wzrokiem sugerującym zawieszenie wszelkich funkcji intelektu. Na szkoleniu przestaję oddychać i na kilka godzin całkowicie stapiam się z komputerem. W domu nie skupiam się na niczym, za to prezentuję obłęd pełnoobjawowy z przejawami hipermanii. Oznacza to niezwykłą, acz wyłącznie spontaniczną kreatywność w czynieniu licznych zniszczeń. Kaja chodzi za mną i stara się niweczyć ich skutki. Kiedy miotana niepokojem porzuciłam obraz i udałam się do jadalni tylko po to, żeby wylać tam pół litra kawy, która w niezrozumiały sposób zalała całe pomieszczenie, stanowczo podłączyła mnie do urządzenia do hydromasażu stóp (-nareszcie zaczniesz dbać o siebie) polecając mi skończyć obraz. Urządzenie kupiła mi na urodziny i do tej pory stało obwiązane wstążką i obrzucane moimi pełnymi winy spojrzeniami. Zanurzyłam stopy w bulgoczącej wodzie i złapałam za pędzel. Obraz wychodził świetny, pełen pasji. Garet wybałuszył oczy i nastawił uszy w trójkąt; nie na widok obrazu, tylko z powodu moich stóp, które znienacka zaczęły wydawać tak zaskakujące dźwięki. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy dziecko odłączyło mnie od masażera, zapewniłam, że jestem naprawdę zrelaksowana. Poleciałam do jadalni, wpadłam na kratę, po której pnie się bluszcz i oczy zachowałam wyłącznie dzięki okularom. Potem, z godnością, udałam się na balkon, gdzie natychmiast zaplątałam się w ogluciałą spiralę, którą kilka dni wcześniej porzuciła tam Kaja, a nad którą ambitny biolog spędziłby z rozkoszą resztę życia. [/FONT] [FONT=Arial] Gdy gorączkowo zaczęłam szukać pendrajwa w koszyku z farbami (słusznie, bo tam był), Kaja zażądała, żebym natychmiast zaprzestała wszelkiej działalności. Wobec tego zasiadłam do komputera i na GG zaczęłam rozmawiać z aktualną fascynacją mojego życia z takim zaangażowaniem, że Kaja tylko przewróciła oczami i zaopatrzona w dwa telefony poszła do siebie, aby rozmawiać z pierwszą fascynacją swojego życia... [/FONT] [FONT=Arial] Następnego dnia po szkoleniu miał mnie odebrać Artur, który znienacka ogłosił zaproszenie na pizzę w Da Grasso. Z wysiłkiem przebadałam zasoby umysłu i upewniłam się, że nie ma imienin/urodzin, zatem jest to czysto spontaniczny zryw. Świetnie, przynajmniej normalnie wrócę do Olkusza. Nadal nie mam pomysłu, jak wrócić z Klucz wieczorem. Ostatnio po forsownym marszu wyszłam kilka kilometrów za miasto (wszędzie linia ciągła, droga wąska jak spaghetti, brak możliwości zatrzymania się), żeby złapać okazję. Udało mi się wyjątkowo szybko, ale wolałabym tego nie powtarzać. [/FONT] [FONT=Arial] Artur przyjechał tuż przed końcem kursu. Odebrałam komórkę wychodząc pospiesznie z sali. Niestety, głośność słuchawki, w przewidywaniu zniwelowania ruchu ulicznego, mam ustawioną na maksa. [/FONT] [FONT=Arial] -NO, GDZIE TY JESTEŚ?!!! – ryknął mój ulubiony przyjaciel. Zapewniam was, że gdy Artur gromkim głosem domaga się informacji, gdzie jestem, całe otoczenie intensywnie zastanawia się nad tym samym. W pośpiechu runęłam w drzwi słysząc za sobą wybuch radosnego śmiechu. Bo powoli zaczynamy się integrować. Jako grupa. Rozśmieszam wszystkich nieoczekiwanym dialogiem z komputerem. Moje odzywki typu: - o, kurde! albo: -odwal się! (to do uporczywych informacji „brak połączenia z siecią bezprzewodową”) – padające w śmiertelnej ciszy, pobudzają wszystkich do histerycznego chichotu. I wiem już, z kim będę wracać do domu wieczorami. Z Pauliną. Jest podobna do mojej ulubionej Sandry Bullock. [/FONT] [FONT=Arial] Wskutek zapachów otaczających Da Grasso moje postanowienie odchudzania się zmarło śmiercią gwałtowną i radosną. Zamówiłam sałatkę grecką i pikantne skrzydełka oraz pół litra żywca z beczki. Skrzydełek miało być 6 sztuk, ale na szczęście liczyli je na fragmenty – przy dużej dozie wyrozumiałości były 3 sztuki, to nie KFC. Sałatka była baaardzo obfita, ale zawierała coś obrzydliwie pachnącego, być może oliwki, których dotychczas konsekwentnie unikałam. A pizza Artura 4 sery była absolutnie genialna. Zwłaszcza z sosem czosnkowym. Boże, przecież by umarł zżarłszy samotnie dużą pizzę... [/FONT] [FONT=Arial] W rezydencji Artura znalazła się cała nasza dogomaniacka paczka. Albo temperatura mi rosła, albo naprawdę byłam wyczerpana. Jedno nie wyklucza drugiego. Nawet owinięta grubym polarem Artura dygotałam dzwoniąc zębami. Z obawą. A nuż mi te dwa na sztyftach wypadną? I co stanie się wówczas z moim legendarnym, zawdzięczanym Renacie uśmiechem?! Z punktu przestanie być promienny i olśniewający.[/FONT] [FONT=Arial]Przypomniał mi się mąż koleżanki. Poznałam go jako wielkiego, bykowatego faceta. W parę lat później w hypermarkecie uściskał mnie znienacka wysoki szkielet błyskając upiornie dwoma kłami. Dzięki Bogu byłam zbyt zaskoczona, żeby wrzasnąć. A to ten sam uroczy, serdeczny facet! Z brakiem funduszy na wyrównanie ubytków. Nie czarujmy się, jeszcze trochę szczękania, a czekałoby mnie to samo...[/FONT] [FONT=Arial]Z wysiłkiem usiłowała zastosować autosugestię, kiedy Artur zaserwował nalewkę z wiśni własnej roboty. Od razu przypomniało mi się, jak kilka lat wcześniej zapomniał założyć ten cały kręcony szklany interes do dymiona i cała zawartość eksplodowała na sufit. Efekt spektakularny. Tym razem też. Smakowo. Chyba nigdy w życiu nie piłam nic lepszego. Rewelacja! Po paru kieliszkach czułam, że moje krążenie niemrawo wraca do formy, a ja powracam do życia. No, nasz Piotruś Pan i sybaryta potrafi zabłysnąć! A poza tym jest najlepszym, kochanym, bezinteresownym, uczynnym przyjacielem. Tylko charakter ma tak wredny, jak ja. I dlatego wszyscy go uwielbiamy. [/FONT] [FONT=Arial]Wczoraj pobiłam rekord tygodnia. Po pracy pojechałam do Klucz na kolejne zajęcia z kursu grafiki. Podróż była komfortowa, udało mi się stać na jednej nodze przyciskając do siebie wypchaną torbę. Co jakiś czas robiłam głęboki skłon, żeby mniej więcej zorientować się, gdzie jesteśmy. Z moimi zaburzeniami orientacji w przestrzeni jeszcze nie czułam się na tyle pewnie, żeby nie zakładać, że znienacka, acz bez wcześniejszego postanowienia, dotarłam do sąsiedniej gminy jako śmiertelnie zaskoczona turystka. [/FONT] [FONT=Arial]Wypadłam z busa z poczuciem całkowitego wymięcia i przegrzania. Babie lato i moja choroba w pełnym rozkwicie, toteż potrzebowałam chwili na odzyskanie równowagi. Wróciła do mnie nieco chwiejna, zebrałyśmy się do kupy, zapaliłyśmy papierosa i charcząc oraz pokasłując ruszyłyśmy na poszukiwanie Urzędu Gminy. To, że byłam tam już trzy razy, o niczym nie świadczy. Przynajmniej kierunek mniej więcej zapamiętałam. [/FONT] [FONT=Arial]Pani (bardzo miłe panie są w tamtejszym urzędzie) wpuściła mnie do sali, zachęciła do zrobienia kawy (dzięki, w pracy wypijam półlitrowy kubek o mocy zdolnej przepalić beton) i jedzenia ciasteczek (błe, ale z wdzięczności dla EFS-u dla Gareta wzięłam kilka wyglądających na najmniej toksyczne). Nalałam sobie wodę, włączyłam laptopa, za chwilę pani wróciła i spojrzała na mnie na mnie z lekką obawą i przepraszającym uśmiechem. [/FONT] [FONT=Arial]–Dziś, hm... jest asystent prezesa, jest angielski, ale grafika nie ma... [/FONT] [FONT=Arial]-O, Boże! – walnęłam się w czoło – ale jestem zakręcona![/FONT] [FONT=Arial]-To może ja pani wydrukuję grafik...[/FONT] [FONT=Arial]-Ależ nie, dziękuję, mam grafik, tylko po prostu do niego nie zajrzałam![/FONT] [FONT=Arial]-Ale ja pani wydrukuję taki duży... – nalegała z życzliwym współczuciem. Zaprotestowałam powtórnie, z trudem, bo czułam, że za chwilę wybuchnę śmiechem i już nie przestanę... [/FONT] [FONT=Arial]Na koniec bardzo miła pani uparła się, że odwiezie mnie do domu. Prawie stamtąd uciekłam, chichocząc po drodze. [/FONT] [FONT=Arial]Wszystko tego dnia szło nie tak. Konrad nie przygotował podkładu muzycznego, a jeśli Kasia nie dostanie go do jutra, to nie zaśpiewa. Przeszukałam Internet, ale wersji instrumentalnej free nie ma. To oznacza, że na wieczorze autorskim nie będzie mojej ulubionej piosenki... [/FONT] [FONT=Arial]Ilona mówi, że pecha powoduje to, że w dacie są same dziewiątki, w odwróceniu szóstki, czyli liczba szatana, tfu, na psa urok. [/FONT] [FONT=Arial] Dziś wstałam ze świadomością, że życie i świat funkcjonują obok, niepowiązane ze mną. Oznaczało to temperaturę na tyle wysoką, że rozumnego człowieka skłoniłaby do pozostania w łóżku. Ponieważ chwilowo nie mogłam sobie takiego znajomego przypomnieć, opuściłam zaśmiecony przez Gareta barłóg i polazłam do łazienki. Widok w lustrze nieco mnie otrzeźwił, acz w sposób niezbyt zachęcający. Stłumiłam okrzyk grozy. Włosy uleżały mi się tak, jakbym czesała się z pożyczką... Przypomniałam sobie, że poprzedniego dnia po kąpieli nie zastosowałam odżywki. No i jest. Cudnie... Nawet moja fryzjerka nie uwierzyłaby, że mam gęste i przestałaby wycinać z grubości... [/FONT] [FONT=Arial] Z jękiem rozpaczy zamoczyłam szczotkę w wodzie i spróbowałam coś z tym zrobić. „Coś” zaczęło sugerować, że oprócz pożyczki mam też treskę nad czołem. Zdecydowanie odwróciłam się od lustra. Jaki sadysta to urządzenie wymyślił?! [/FONT] [FONT=Arial] Spojrzenie w małe lusterko typu „jedno oko albo nic” pogłębiło moją rozpacz. Trzyminutowy makijaż w życiu nie zamaskuje granatowych cieni pod oczami. A, chromolić to. [/FONT] [FONT=Arial] Po drodze do pracy zrobiłam zakupy. Głód rano, nietypowe zjawisko, oznacza, że jestem naprawdę chora. Powarkując na wszystkich, którzy mi przeszkadzali, zaaportowałam w końcu do biurka wszystkie potrzebne produkty i oddałam się uczcie Lukullusa, pozbawionej jednakże przyjemności, za to zaopatrzonej w poczucie winy. Wbrew oczekiwaniom przytomności po tym nie odzyskałam, a nawet jakby zrobiło mi się gorzej. [/FONT] [FONT=Arial] Po licznych pomyłkach (wgrałam na pendrajwa nie ten plik/zdjęcie), udało mi się wreszcie coś wrzucić na stronę internetową. Tę płatną. Moja leży odłogiem. W międzyczasie wgrałam Ewie GIMP-a i nauczyłam ją skalować zdjęcia. W odróżnieniu od swoich rozpuszczonych podwładnych wykazuje zainteresowanie obsługą komputera, moje lekcje przyswaja szybko i z wdzięcznością. Sama przyjemność tłumaczyć prostym językiem, obrazowo, takiej uczennicy. [/FONT] [FONT=Arial] W południe pozbierałam się i polazłam do MOK-u. Cud nastąpił. Konrad, po wyrównawczej przemowie Ilony, zrobił podkład. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy omówiłyśmy najpilniejsze sprawy przed wieczorem autorskim, przeszłyśmy na salę widowiskową, żeby posłuchać, jak Kasia ćwiczy. Tym razem weszłyśmy od góry. Czepiając się pazurami podłoża, wpełzłam na fotel, zostawiając Ilonie miejsce obok. Otarłam pot z czoła i skupiłam się na widocznej w świetle reflektorów Kasi. Moja piosenka na życzenie, „Bez ciebie jesień”, szła jej coraz lepiej. [/FONT] [FONT=Arial] -A teraz będzie następna, o tobie, dedykowana tobie – szepnęła Ilona. [/FONT] [FONT=Arial] -„Zdyszana biegnę z żaru w żart, z podróży w podróż z wiersza w wiersz...” – poczułam ucisk w gardle. Łzy obeschły mi po „Bez ciebie jesień”, więc zamierzałam się trzymać.[/FONT] [FONT=Arial] -A teraz, to miało być dla... ale skoro nie przyjedzie... [/FONT] [FONT=Arial] -”Szukaj mnie, cierpliwie, dzień, po dniu...”[/FONT] [FONT=Arial] Łzy spływały mi po twarzy, Ilona klepała mnie pocieszająco po dłoni. [/FONT] [FONT=Arial] -Przecież ja nigdy nie płaczę! – wyszlochałam. –Mam zespół suchego oka – dodałam bezradnie. –Ale dobrze, że dzisiaj, jestem uprzedzona, jutro muszę się trzymać! – otarłam policzki. –Nie będę płakać, bo nawet mój szczątkowy makijaż spłynie... A teraz już chcę stąd wyjść. Dłonie mam mokre i niedobrze mi, bo mam lęk wysokości... Wykłady w Wielkiej Auli na U[/FONT] [FONT=Arial]Ś-u mi się przypominają.. Gdyby nie nagrania kolegów, chyba nie skończyłabym studiów! [/FONT] [FONT=Arial]-O Boże, czemu nie powiedziałaś?! Weszłybyśmy dołem! Chociaż, jeśli mi nadepniesz na odcisk... co jest absolutnie niemożliwe, Asieńko... wprowadzę Cię tutaj! A teraz, chodź – Ilona bezpiecznie doholowała mnie do wyjścia. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
:loveu: I niech Ci umila całe życie! [FONT=Arial]30.08.2009 niedziela[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Chociaż moje pięćdziesiąte urodziny przypadały w dzień zainstalowania nowej kuchni, stypę urządzałam w piątek. W czwartek, kiedy okazało się, że nadal tu mieszkam, kontynuowałam generalne sprzątanie i doprowadzanie wyglądu jadalni do perfekcji. [/FONT] [FONT=Arial]Dopieszczanie jadalni doprowadziło mnie do ruiny finansowej i zaciągnięcia drugiej, błyskawicznej pożyczki, na którą mnie nie stać, ale przytomnie wyparłam się Kai oraz Gareta, przez co mój dochód na osobę wzrósł trzykrotnie. Pierwsza pożyczka o pojemności 375 litrów mroziła jak szatan, mruczała uwodzicielsko w nowej kuchni, co rusz wywalała korki i przepalała przedłużacze jeden po drugim, co nasunęło mi paskudne podejrzenie, że uszkodziłam coś przy przesuwaniu, a także granitową pewność, że powinnam wziąć trzecią pożyczkę na same przedłużacze. A jeszcze lepiej – kredyt odnawialny. [/FONT] [FONT=Arial]Druga pożyczka, molestowanie sąsiadki i jej córki oraz zięcia, który mnie nie lubi, z wzajemnością, ponieważ kilka lat wcześniej zaczęliśmy fatalnie przy deskach podłogowych, zaowocowały dwiema ławami z niedbale, artystycznie ciosanego drewna, które doskonale pasowały do takiegoż zydla, nabytego rok temu oraz starego, topornego, drewnianego stołu, którego blat pomalowałam w optymistyczne maki. Ławy, z zasobów prywatnych, zakupiłam po cenie promocyjnej, co nieco poprawiło moje samopoczucie, lecz nie poprawiło stanu finansów. [/FONT] [FONT=Arial]Pospieszne bejcowanie ław i zydla, w celu ujednolicenia koloru, oraz psa, w żadnym celu, tylko z powodu jego wścibstwa, przeplatałam sprzątaniem piwnicy. Wreszcie zydel i pieczenie naleśników zostawiłam Kai, a sama skupiłam się na piwnicy. Wieczorem skończyłam. Podłogę zostawiłam Kai. Wspólnie zabrałyśmy się za przetykanie odpływu pod zlewem. Całe szczęście, że w ubiegłym roku kupiłam nową spiralę. [/FONT] [FONT=Arial]-Ja trzymam, ty kręć. Tylko błagam cię, uważaj, żebyśmy nie straciły oczu i zębów. Bo jak odbije... Garet, ty cymbale, wyłaź z tej szafki! – kundel wyjął rozczochrany łeb spod zlewozmywaka i spojrzał na mnie z urazą. Jak to, ja się pcham w tak interesująco pachnące miejsce, a on nie może? W rezultacie przepychaliśmy się w ciasnej przestrzeni, Kaja kręciła i chichotała, aż spirala weszła cała. Wylazłam z szafki, żeby trochę rozprostować kości, Garet za mną. [/FONT] [FONT=Arial]-No to wyciągamy![/FONT] [FONT=Arial]-A jak nie wyjdzie? – zapytała z niewinnym fatalizmem Kaja. Wszyscy troje spojrzeliśmy na siebie, my ze zgrozą, pies z zachęcającym uśmiechem. Bez trudu mogłam sobie wyobrazić trzy metry spirali tkwiące w rurze i wiadro pod zlewem... Pospiesznie zanurkowaliśmy z Garetem z powrotem do szafki. Na szczęście spirala wyszła i to nawet dość gładko. Nic dziwnego, zważywszy na to, co ją oblepiało.[/FONT] [FONT=Arial]-Kaju, zabierz gdzieś to obrzydlistwo, a ja przytrzymam psa – chwyciłam Gareta, któremu aż oczy wyłaziły z zafascynowania czarną, mazistą substancją wydzielającą obiecujący smród.[/FONT] [FONT=Arial]O północy, gdy rozczesywałam włosy po kąpieli, spojrzałam niebacznie w lustro i wrzasnęłam. [/FONT] [FONT=Arial]-Co się stało?! – przeraziła się Kaja porzucając zydel i puszkę z lakierobejcą. [/FONT] [FONT=Arial]-Jezu! No, przecież zobacz! Spojówki mam wiśniowe! Jakiegoś cholernego zapalenia dostałam, albo coś mnie uczuliło w tej sparszywiałej piwnicy! Przecież mowy nie ma, żeby mi do jutra przeszło! I syf mi wyskoczył na policzku! Pewnie coś mnie ugryzło... [/FONT] [FONT=Arial]-No, rzeczywiście... nieciekawie te oczy wyglądają... ale nie drzyj się tak, bo zawału dostanę! Myślałam, że coś strasznego się stało, a Garet od razu pogonił Marchew![/FONT] [FONT=Arial]-Bo się stało! Wspaniale! Zamiast wybrać się po raz trzeci w życiu do kosmetyczki, zachciało mi się grzebać w piwnicy i jakaś zaraza mnie dopadła. Ale skądże, nie ma powodu do zmartwienia. Oczy płoną mi tak zabójczą czerwienią, że gdy wyglądam przez okno, samochody hamują z piskiem, ale jest ok. – marudząc okrutnie powędrowałam do łóżka, ale spać nie mogłam, bo stan hipermanii to wykluczał, a poza tym miałam dreszcze i wrażenie, że męczy mnie jakaś utajona infekcja. I pewnie tak jest, bo Koleś dziwnie chętnie ze mną sypia. Rano schodzi na chwilę, żeby wrzucić coś na ruszt i wraca, rozkoszny, gadatliwy i domagający się kontaktu wzrokowego, co wyklucza odsypianie bezsennej nocy. Oczywiście wszystko musi być na jego warunkach. Kiedy Kaja zeszła na dół, gruchał do mnie z okolicy kolan i wysyłał mi cudnymi oczami słodkie serduszka. Uwodziciel paskudny. Wreszcie nie wytrzymałam, złapałam go pod pachy i posadziłam sobie na klatce piersiowej, co skwitował morderczym spojrzeniem. [/FONT] [FONT=Arial]-No to już nie żyjesz. Trzy razy! – Kaja wybuchnęła śmiechem. Wyściskałam paskudnika serdecznie, czemu poddawał się biernie, z udręczoną miną, bo jego filozofia życiowa polega na przeczekaniu tego, czego zmienić nie można. Gdy uwolnił się z moich objęć, fuknął jak rozjuszony byk, otrzepał się, wkleił w zgięcie moich kolan i zagruchał, mrużąc miłośnie oczy. Te odgłosy zaalarmowały zazdrosną Marchew, która pojawiła się bezgłośnie niczym smuga cienia, wydała parę pisków na granicy słyszalności i czule owinęła się wokół Kolesia unieruchamiając go jak kaftan bezpieczeństwa.[/FONT] [FONT=Arial]Z żalem porzuciłam menażerię okupującą moje łóżko. Właściwie drobiazg – pozostało mi tylko sprzątanie tych pomieszczeń, do których na pewno ktoś wejdzie i do których niebacznie mógłby wejść. W sumie z osiemdziesiąt metrów kwadratowych, bo na piętro raczej nikt nie zabłądzi, a do pokoju Ireny nikt przy zdrowych zmysłach i jako tako rozwiniętym instynkcie samozachowawczym nie będzie się pchał. Kaja zajmowała się przegrzebywaniem dużego strychu w poszukiwaniu pudła z zastawą stołową, żeby chociaż talerze były takie same. Wszystko, co mamy pod ręką, nie zdradza najmniejszych cech pokrewieństwa. Prawdziwy dom dziecka. [/FONT] [FONT=Arial]Cudem zdążyłam się wykąpać i ubrać przed przyjściem gości. Chwalebne plany pomalowania paznokci w biegu odpuściłam, bo piekliłam się przez dwadzieścia minut, nie mogąc znaleźć łańcuszka, który na pewno zostawiłam gdzieś na wierzchu. Zerkałam przy tym oskarżycielsko na Kaję, która z wysiłkiem zagryzała zęby żeby nie eksplodować. Mamy taką niepisaną umowę, że gdy jedna, już spóźniona, prezentuje wszelkie objawy szaleństwa i furii, druga stara się wytrzymać. W końcu łańcuszek znalazł się w ostatniej chwili w kieliszku do czerwonego wina, w towarzystwie pendrajwa, kilku złotych, zmiętych pięćdziesięciu koron duńskich i jednego kolczyka z brylantami. Wolałam nie dociekać, gdzie jest drugi. Garet, któremu udzieliło się moje podniecenie, miotał się po domu w chaotycznych kierunkach, podobnie jak ja, przy czym nasze drogi przecinały się irytująco często i kolizje były nieuniknione.[/FONT] [FONT=Arial]-GARET!!! Siad, leżeć, wynoś się, odczep się ode mnie!!! – wrzasnęłam doprowadzona do ostateczności, nie zastanawiając się nad tym, jak ma wykonać tyle sprzecznych poleceń jednocześnie. Mogłam się odprężyć, gdyż nie zamierzał wykonać żadnego. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy, wyjąc cicho, usiłowałam trafić kolczykiem w ucho, zadzwonił Artur, że nie da rady wpaść ani na chwilę, bo wcześniej niż myślał wyjeżdża zawieźć rodzinę do sanatorium nad morze. Byłam już w takim stanie, że gdyby wszyscy po kolei zadzwonili z podobną informacją, z jękiem ulgi opadłabym na fotel. [/FONT] [FONT=Arial]Punktualnie o szóstej rozległ się dzwonek. Nikt z moich znajomych nie przychodzi punktualnie, więc byłam pewna, że to moja niespodzianka na dzisiejszy wieczór, czyli Staszek. Stosunkowo nowy znajomy, przed kilku laty porzucił zawód chemika, przeprowadził się na wieś i zajął uprawą ziemi oraz hodowlą różnorodnych zwierząt. Danieli, kóz, owiec, szwajcarów, perliczek, kur i Bóg wie, czego jeszcze. Koty hodują się same. Prócz tego wyrabia wędliny i sery, piecze chleb, robi przetwory, a przede wszystkim sam się tym wszystkim zajmuje, co wydaje mi się nieprawdopodobne. Jak rdzenny Krakus zdołał opanować tę wiedzę tajemną, nie pojmuję. Ponadto ciekawie pisze, a przede wszystkim jest świetnym gawędziarzem. Chichotałam w duchu na myśl, że moi ukochani znajomi, zamiast wpaść w zwykły ciąg rozmów o swoich znajomych, których nie znam, będą musieli słuchać nie mogąc dojść do głosu. Bo tego akurat byłam dziwnie pewna. [/FONT] [FONT=Arial]Zmobilizowałam się, przybrałam odprężony wyraz twarzy i wyszłam przywitać gościa rozluźniona mnie więcej tak, jak samochód z wciśniętym jednocześnie pedałem gazu i hamulca. Garet, oczywiście, mnie wyprzedził. Ujrzawszy ogromnego faceta zawahał się jedynie przez sekundę. [/FONT] [FONT=Arial]-Broń się sam – powiedziałam do Staszka, starając się unikać szalejącego potwora. Kiedy zbici w osobliwy kłąb wtoczyliśmy się do jadalni, Garet bez chwili namysłu wskoczył na ławę, a stamtąd na stół. Chciał buzi i słusznie wyobraził sobie, że z tej wysokości dosięgnie... [/FONT] [FONT=Arial]-Garet! – wysyczałam półgębkiem – przynajmniej udawaj, że jesteś dobrze wychowany![/FONT] [FONT=Arial]Powoli schodzili się inni, Kasia przywiozła ogromny tort orzechowy i świeczki tworzące ponurą liczbę 50. Zaopatrzyłam ich w napoje i zostawiłam na pastwę Staszka, żeby zrobić sos serowy do naleśników ze szpinakiem. Kaja ubijała śmietanę do deseru z malinami i bezami. [/FONT] [FONT=Arial]Dalsza część wieczoru przebiegła zgodnie z moim oczekiwaniem. Staszek mówił, wszyscy słuchali. Wzrok mieli lekko szklisty, być może z przejedzenia. Garet pożarł swoją porcję wszystkiego i padł, wyczerpany wrażeniami. Tylko Magda, jak zwykle, pracowicie przesuwała ten sam kęs wokół talerza. Może powinnam namalować jej tam jakiś labirynt, żeby miała z tego choć odrobinę rozrywki? Postanowiłam wyjaśnić zagadkę raz na zawsze. [/FONT] [FONT=Arial]-Co z tobą, do cholery, jest? Nigdy u mnie nie jesz, tylko opowiadasz jakieś legendy o tym, że właśnie jesteś po obiedzie i maltretujesz to nieszczęsne żarcie ciągając je tam i z powrotem po talerzu. Brzydzisz się, czy co?[/FONT] [FONT=Arial]-Nie, no, Joanna, jest świetne, naprawdę. Masz tyle talentów, malujesz, piszesz, gotujesz...[/FONT] [FONT=Arial]-No to o co, do kurwy nędzy, chodzi? – zaciekawiłam się, dając sygnały, że tematu nie popuszczę. [/FONT] [FONT=Arial]-Bo wiesz... ja lubię mięso... – wyznała Magda. [/FONT] [FONT=Arial]-O rany... – zakłopotałam się. –No dobrze, następnym razem będzie mięso – obiecałam. [/FONT] [FONT=Arial]-Nie, bo wszyscy uwielbiają twoje jarskie potrawy![/FONT] [FONT=Arial]Fakt, uwielbiają. Ale to nie znaczy, że raz na jakiś czas Magda nie może być usatysfakcjonowana. [/FONT] [FONT=Arial]-Jakoś to pogodzę – obiecałam. [/FONT] [FONT=Arial]W nocy upał nieco zelżał. Wszyscy żegnali się zapewniając, że wieczór był cudowny. Nie miałam tej pewności, bowiem przez cały czas jedyne odgłosy, które z siebie wydawali, to okrzyki niedowierzania, podziwu i pytające chrząknięcia. Wieczór bezsprzecznie należał do Staszka. [/FONT] [FONT=Arial]Kasia została dłużej. Rozmawiałyśmy i dopijałyśmy fantastyczne greckie wino imiglykos, polecone mi przez Maćka, przyjaciela z Warszawy. Kto nie pił tego wina, nic nie pił. Doskonałe w smaku i zdumiewająco nietoksyczne. [/FONT] [FONT=Arial]Garet, rozbudzony pożegnaniem, przesiadł się na kanapę do Kasi. Początkowo z zapałem ogryzał swoją kość z błony, na której szczęśliwie nikt się nie poślizgnął, potem stopniowo coraz bardziej przybliżał się do Kasi, patrząc na nią łakomym wzrokiem. Robiłam zdjęcia, przekonując się coraz bardziej do tego, że Nikon D40 został stworzony specjalnie dla mnie. Idealny ciężar, idealny kształt wpasowujący się w dłoń i to cudowne kliknięcie lustrzanki zamiast elektronicznego pierdnięcia. Byłam zakochana po uszy! Muszę sprzedać swojego dobrego Fuji i kupić Nikona. Nic to, że ma o połowę mniejszą rozdzielczość. Kocham go i już. A Fuji prawie nie używałam. Jest świetny, nie da się ukryć, ale nie dla mnie. Każdy ma swojego świra. [/FONT] [FONT=Arial]Kasia z Garetem byli już na etapie wymiany delikatnych buziaczków. Ostatnie zdjęcie tego wieczoru okazało się bestsellerem. Aparat nieomylnie uchwycił moment, gdy Garet wepchnął Kasi cały ozór do ust! W życiu nie dało by się tego zaaranżować![/FONT] [FONT=Arial]-O, Boże. Dasz wiarę? Mam już pięćdziesiąt lat! – wyjęczałam z przygnębieniem do Kai myjącej naczynia. –Stypa się skończyła. Mam doła. [/FONT] [FONT=Arial]-Co ty powiesz? Nigdy bym tak nie pomyślała! Tak się śmiałaś, że nie mogłaś zdmuchnąć świeczek![/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
:loveu:spotkanie 23.10.2009 godz. 18.00 Miejski Ośrodek Kultury. Z Krzeszowic jeżdżę busem do Krakowa i stamtąd (spod Ikei, Makro) do Olkusza. W CRNR będę 9.10. może się spotkamy? a teraz zaległości. Jestem chora (wciąż, jutro szpital i badania) więc nadrabiam. [FONT=Arial]30.08.2009, niedziela[/FONT] [FONT=Arial]Od środy wzięłam wolne, środa bowiem miała być dniem historycznym, bo Irena z Kają wybrały się w całodniową podróż. Jedyna okazja. Przygotowałam się na wyrzucenie z domu, ale zdecydowałam, że dłużej nie będę znosić tego chaosu i przeprowadzę kuchnię do wyremontowanego pomieszczenia po spiżarce. Potrzebny był mi tylko facet z gazowni. Odkopałam zanotowane kiedyś przytomnie numery i zaczęłam dzwonić. Wszyscy zbyt zajęci! Ale życzliwie podawali mi namiary jeden na drugiego. I co z tego! Obdzwoniłam cały łańcuszek i moja nadzieja oklapła jak dziurawy balon. Usiadłam w fotelu i mierząc kuchenkę nienawistnym wzrokiem, zaczęłam pogrążać się w depresji. [/FONT] [FONT=Arial]Nagle moja komórka zaryczała radośnie „Pretty women” i natychmiast Garet, uwarunkowany w jakiś dziwny sposób, z ujadaniem rzucił się do drzwi. Oddzwaniał ten jedyny, który się wcześniej nie zgłosił. Znajdzie trochę czasu w środę! Mało tego, mieszka ulicę dalej i po drodze do domu, za jakieś dwadzieścia minut, wpadnie ocenić zakres robót. Od razu się ożywiłam.[/FONT] [FONT=Arial]-Kaja!!! – wrzasnęłam u stóp schodów.[/FONT] [FONT=Arial]-Co?! –odwrzasnęło bez entuzjazmu moje dziecko. [/FONT] [FONT=Arial]-Chodź tu szybko!!![/FONT] [FONT=Arial]Niechętne mamrotanie nadciągające wraz z Kają miało mi dać do zrozumienia, że ma ważniejsze, niecierpiące zwłoki zajęcia. Najpewniej stukanie na GG do Sebastiana. Kiedy zeszła na dół, w oczach odbijała się jej jeszcze poświata monitora.[/FONT] [FONT=Arial]-Słuchaj, za chwilę przyjedzie facet od gazu. Idź do babci i zajmij ją czymś. Opowiedz jej coś, pokaż zdjęcia, czy ja wiem... tylko niech siedzi w pokoju. [/FONT] [FONT=Arial]-Dobra. [/FONT] [FONT=Arial]Za chwilę brzęknął krótko dzwonek. [/FONT] [FONT=Arial]-To do mnie! – krzyknęłam na wszelki wypadek w kierunku pokoju Ireny. [/FONT] [FONT=Arial]Garet rzucił się z radosnym powitaniem do wielkiego, pogodnie uśmiechniętego faceta. W trójkę, potykając się o siebie wzajemnie, wtoczyliśmy się do środka. [/FONT] [FONT=Arial]-Trzeba przewiercić tę ściankę działową i kuchenkę przenieść do tego pomieszczenia – wyjaśniłam krótko, usiłując utrzymać Gareta czterema łapami na podłodze. Lepiej, żeby się facet nie rozpraszał. [/FONT] [FONT=Arial]Fachowiec oglądał i oglądał, kombinował i gadał, aż zaczęłam nerwowo zerkać na drzwi. Jak znam swoje szczęście, Irena zaraz się w nich pojawi. [/FONT] [FONT=Arial]I rzeczywiście! Wydałam głuchy jęk i warknęłam półgębkiem: [/FONT] [FONT=Arial]-Teraz niech pan nawet nie patrzy na kuchenkę, bo oboje nie żyjemy! – Facet istotnie oderwał wzrok od kuchenki, ale tylko dlatego, że zagapił się na mnie zdumiony, najwyraźniej nic nie rozumiejąc. Nie był to jednak właściwy moment na wyjaśnienia. Irena obrzuciła go podejrzliwym wzrokiem i poczłapała do łazienki. Na szczęście szybko się pożegnał i oddalił z wyrazem oszołomienia na twarzy. [/FONT] [FONT=Arial]-Kto to był? – zapytała moja matka.[/FONT] [FONT=Arial]-Kolega z pracy – rzuciłam bagatelizująco, jednocześnie robiąc groźne miny do Kai. Zamiast się przejąć, zakrztusiła się ze śmiechu. [/FONT] [FONT=Arial]-Kolega z pracy! – zarechotała, kiedy zostałyśmy same. –W bojówkach, glanach i obwieszony ciężkimi, srebrnymi łańcuchami! Po prostu wzór urzędnika poważnej instytucji... [/FONT] [FONT=Arial]-I czemuś jej nie zatrzymała? [/FONT] [FONT=Arial]-Próbowałam, słowo, jak wstała, to nawet zapytałam, co jej przynieść, a na to babcia, że kibel...[/FONT] [FONT=Arial]Teraz ja zarechotałam. Napięcie zaczęło mnie opuszczać, ale powróciło szybkim krokiem, gdy wyobraziłam sobie następny wieczór. Jezu, co ja robię! No, ale muszę, po prostu muszę, bo jestem chora od samego patrzenia. Zero harmonii, meble boczą się na siebie, przestrzeń jest źle wykorzystana i źle zagospodarowana. Trudno, raz kozie śmierć. [/FONT] [FONT=Arial]Od świtu zaczęłam ciężką pracę. Do przyjazdu fachowca postanowiłam wszystko poprzenosić, żeby potem zostało już tylko umycie podłóg. Truchlałam z przerażenia, kiedy wyobrażałam sobie, że nie przyjedzie w ogóle albo przyjedzie za późno i Irena przyłapie nas na gorącym uczynku. Od tych myśli robiło mi się gorąco, a gorąco jak diabli było i bez tego. [/FONT] [FONT=Arial]Niewiarygodne, ile człowiek gromadzi rzeczy! Większość zupełnie niepotrzebnie. Gdybym wyrzuciła wszystko, czego nie używam... Na przykład te dwa roboty kuchenne. Jednego nawet nie rozpakowałam. Przenosiłam, przenosiłam i przenosiłam. Przewlokłam szafki, witrynę i wyścielaną skrzynię. Przytaszczyłam stylowy, kamienny gar z piwnicy jako pojemnik na ziemniaki. Został mi tylko kredens. Tak na oko bydlę waży z trzysta kilo, może więcej. Ostatnio z trudem dałyśmy mu radę we dwie z Kają. Chyba będę musiała poprosić o pomoc sąsiada. Chociaż... byłam już na tyle wkurzona, żeby zabrać się do rzeczy ponad siły. Po kilku chwilach uważnego badania własnego wnętrza doszłam do wniosku, że poziom adrenaliny mam wystarczająco wysoki. Głupiemu kredensowi nie dam rady?! Akurat! [/FONT] [FONT=Arial]Trochę to trwało, ale ostatecznie kolos trafił na swoje miejsce. Chyba trochę mi pomagał, wdzięczny za renowację. Gdybym się nim nie zajęła dwa lata temu, pleśniałby pożerany przez wygłodniałe korniki. [/FONT] [FONT=Arial]Przeżyłam chwilę zwątpienia, kiedy kobylasty mebel utknął w drzwiach pomiędzy kuchnią i jadalnią. W kuchni stał zablokowany Garet uśmiechając się łagodnie z ufnością w oczach i przeżuwając żółtą piłeczkę. Patrzyłam na niego pomiędzy blatem i nadstawką zastanawiając się, czy to nie jest właśnie ten moment, kiedy powinnam zawołać sąsiada. Bo przecież chyba nie zdołam dźwignąć tego giganta o cztery centymetry w górę, żeby przelazł nad progiem. Garet nadal uśmiechał się cierpliwie. Rozważyłam wszystkie możliwości oprócz sąsiada. Rozbicie okna, żeby tą drogą wydostać Gareta. Przeciśnięcie się bokiem, obok nadstawki, co wymagało by przybrania gabarytów węża. Po to, aby otworzyć okno i wydostać się tamtędy razem z Garetem... Wsunięcie kredensu z powrotem, co groziło zmiażdżeniem jakiejś części ufnego kretyna z piłeczką. Och, do diabła, przecież muszę tylko dźwignąć te kilkaset kilogramów o dosłownie cztery centymetry w górę! Cztery, a nie czterdzieści! W ekstremalnych sytuacjach ludzie podnoszą samochody! Tam jest uwięziony mój pies, a za parę godzin wraca moja matka... Przypomnienie sobie tego ostatniego spowodowało, że żołądek mi się ścisnął z przerażenia, szarpnęłam za doklejony blat pomalowany w tulipany, blat zatrzeszczał ostrzegawczo, mój kręgosłup również, nadstawka zachybotała się niebezpiecznie, ale drewniany odpowiednik Pałacu Kultury drgnął i wpełzł z niechęcią na podłogę jadalni. Hurra! Uśmiechając się od ucha do ucha i dysząc spazmatycznie wewlokłam go do środka, wchodząc po kolei w kolizję ze stołem (siniec na tyłku), naczyniami ustawionymi pod nim (niepokojący łomot), parapetem (drugi siniec na tyłku), ażurowym regałem z drewna orzechowego i lodówką. Uwolniony Garet potruchtał radośnie śladem kredensu i zagrał mi dramatyczny utwór na piłeczce.[/FONT] [FONT=Arial]Pozostało mi czekanie na gaziarza. Wszystko w jego rękach. Otarłam pot z czoła i dla zabicia czasu zaczęłam bejcować regał. Przyjechał! A raczej, przyjechali! Trzech. Spóźnieni tylko o kwadrans, a już ogryzałam nerwowo skórki przy paznokciach, zamalowane lakierobejcą. [/FONT] [FONT=Arial]Trójca składała się z dwóch fachowców i jednego chłopca na posyłki. Chłopiec na posyłki biegał tam i z powrotem – do samochodu, żeby przynieść niezbędne części i narzędzia, a ja musiałam trzymać Gareta, który nie tylko chciał mu towarzyszyć, ale również usiłował dostać się do głównodowodzących, żeby się przytulić i dać im buzi, co było o tyle niewskazane, że posługiwali się wiertarką oraz spawarką. Przeżyłam chwilę paniki, gdy otrzymałam od Kai sms-a, że właśnie wyjeżdżają z Krakowa i będą za godzinę, a fachowiec mi oznajmił, że brak im jakiegoś elementu, który musi przywieźć. Jezu. Byle szybko. Bo jeśli spotkają się z Ireną w drzwiach, uciekam przez okno. Na szczęście był to jedyny problem i fachowców pożegnałam pół godziny później. W pośpiechu zabrałam się za ostateczne ustawianie mebli, układanie ich zawartości i mycie podłogi. Końcowy rzut oka upewnił mnie, że wszystko jest na swoim miejscu. Jest idealnie![/FONT] [FONT=Arial]Chrobot klucza w drzwiach wejściowych przyprawił mnie o atak serca. Nie, nie byłam w stanie stawić temu czoła... Ukryłam się w swoim pokoju. Właściwie, to rozumiem Irenę. Na starość wszelkie zmiany znosi się trudno. Zwłaszcza, gdy człowiek jest nastawiony na tryb zachowawczy. A ilekroć ona oddala się z domu dłużej, niż na dwie godziny, zastaje po powrocie rewolucyjne zmiany. Pewnie obawia się, że gdy pewnego dnia wróci, dom nie będzie stał w tym samym miejscu. A jeśli nawet, to nie będzie ten sam dom... [/FONT] [FONT=Arial]Litościwie nie przytoczę komentarzy Ireny. Były... bardzo treściwe. I tendencyjne. Ale było w nich zbyt mało ognia, jak na nią, co świadczyło o tym, że zmiana jej się podoba, ale nie przyzna tego, póki życia. [/FONT]