-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
[FONT=Arial]31.07.2009, piątek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Gazu do końca nie mogłam wyczuć, choć miałam sandały na mięciutkiej podeszwie, więc jechałam, co jakiś czas porykując dziko. Istny Maurycy (bo mały i rycy). Z manewrami szło różnie. Albo perfekcyjnie, albo całkiem do kitu. I oczywiście: „Dodaj gazu!”. Ogarnęło mnie poczucie beznadziejności. [/FONT] [FONT=Arial] -No, to teraz ty mi będziesz mówiła, co mam robić – zaproponował Jastrząb, kiedy wsiedliśmy do jego samochodu. [/FONT] [FONT=Arial] -A, daj mi spokój. [/FONT] [FONT=Arial] -No, co tak siedzisz i nic nie mówisz?[/FONT] [FONT=Arial] -Wpadam w depresję, nie przeszkadzaj mi![/FONT] [FONT=Arial] -No nie, to było dobre![/FONT] [FONT=Arial] I co tu zrobić z facetem, który ciągle się ze mnie śmieje?[/FONT] [FONT=Arial] Noc, oczywiście z głowy. Ale powoli krystalizowała się we mnie decyzja. Rano zwlokłam się z łóżka tak skonana, że zrobienie kawy wydawało mi się nadludzkim wysiłkiem. Może w ogóle nie powinnam jej pić, bo zacznę się trząść... Przed egzaminem miałam jeszcze dwie godziny jazdy z Beatą. Czekała już na parkingu przed domem. [/FONT] [FONT=Arial] -Beatko, nie gniewaj się – powiedziałam ustawiając lusterka – ale postanowiłam nie podchodzić do egzaminu. [/FONT] [FONT=Arial] -No, przestań, chociaż spróbuj![/FONT] [FONT=Arial] -Ja tak nie mam. Jeśli nie czuję się choć trochę pewnie, od razu się poddaję, nie liczę na łut szczęścia. Poza tym dzięki temu przepada mi tylko połowa opłaty egzaminacyjnej.[/FONT] [FONT=Arial] -Może jeszcze się namyślisz i zmienisz zdanie.[/FONT] [FONT=Arial] Przy Beacie jeździło mi się spokojniej, ale i tak popełniałam kardynalne błędy czyniące mnie potencjalnym zabójcą. [/FONT] [FONT=Arial] -No i co, nie kusi cię? – zapytała, kiedy parkowałyśmy obok WORD-u. W tym momencie omal się nie złamałam, ale przypomniałam sobie, że dwukrotnie zlekceważyłam znak stopu i nie zauważyłam zakazu wjazdu, a dwa skrzyżowania z wysepkami wzięłam za ronda. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie – odparłam mężnie. Policzyłam – ostatnio w tym porąbanym WORD-zie czeka się na praktyczny cztery miesiące, więc łącznie z oczekiwaniem na teoretyczny (bo ważność poprzedniego już mi mija) następny koszmar przypadnie mi gdzieś w lutym. Jeśli do tego czasu nie nauczę się jeździć na tyle, że sama uznam to za poziom przynajmniej średni, to rezygnuję. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy wsiadłam do busa, poczułam przypływ obezwładniającej ulgi. Zadzwoniłam do Kai, która wprawdzie nie podzielała mojej radości, ale dzielnie starała się usunąć potępienie z głosu. [/FONT] [FONT=Arial] W domu serdecznie uściskałam psa, dziecko i Irenę. Najwyraźniej wyszłam ze stanu psychotycznego. Kaja była już spakowana i przygotowana do wyjazdu do Rabki. [/FONT] [FONT=Arial] Wysłałam sms-a do Jastrzębia, żeby się nie złościł. Odpisał, że się nie złości, tylko dziwi, że się nie zgłosiłam. No masz, ten pierwszy zdziwiony... [/FONT] [FONT=Arial] Poszliśmy z Garetem do ogrodu posadzić nowego hibiscusa, którego kupiłam na targu. Ma śliczny, lawendowoniebieski odcień. Jeśli rozrośnie się tak, jak ten biały przed domem, będzie cudny. Rozejrzałam się wokół świeżym, pogodnym wzrokiem. [/FONT] [FONT=Arial] Jabłek w tym roku zero, orzechów i śliwek będzie sporo, winogron też. Trawę Kaja skosiła, ale i tak ogród wygląda jak dżungla. Wszystko się rozrosło i splątało ze sobą. Co może, kwitnie. Okazało się, że z czterech drzewek – dwóch brzoskwiń i dwóch moreli – ocalało po jednym egzemplarzu. Brzoskwinia ma trochę owoców, a morela aż przygięła się do ziemi. Kaja podparła ją suchym konarem, bo pewnie by się złamała. Macierzanka, którą przyniosłyśmy z łąk, chyba się przyjęła. Tylko moje srebrne świerczki tak powoli rosną... Nie mogę się doczekać, kiedy odgrodzą nas od ulicy. [/FONT] [FONT=Arial] Garet towarzyszył mi przez chwilę, potem, pokonany przez upał, ewakuował się do domu, aby opłakiwać na parapecie utratę Kai. W przerwach właził mi na kolana i wzdychając rzewnie, domagał się głaskania. Ostatnio zmodyfikował nieco strój. Dawna kryza zamieniła się w kołnierz, którego dwa zagięte do wewnątrz końce sterczą nad cienką obróżką z czerwonej skóry. Wygląda bardzo elegancko. [/FONT] [FONT=Arial] Rano zabrał mnie z przystanku Jastrząb. Zamiast oskarowego spojrzenia numer jeden dostałam w łeb posępnym wzrokiem. Widocznie oskarowe na ten dzień miał ściśle limitowane. Ale nie, wcale nie jest zły, że zrezygnowałam z egzaminu. Nawet w komentarzach był powściągliwy. Stopił się z samochodem i ruszył dynamicznie. Według mnie jeździ wściekle ryzykownie, co mu powiedziałam natychmiast, gdy resztki mojej kolacji załomotały energicznie w ściany żołądka.[/FONT] [FONT=Arial] -Mam refleks – odparł spokojnie. [/FONT] [FONT=Arial] -Wiem, że masz, nadprzyrodzony, ale istnieje coś takiego jak nieprzewidziane okoliczności i czynnik ludzki...[/FONT] [FONT=Arial] Wzruszył ramionami. Jasne, jeśli przeżył bez szwanku ponad pięćdziesiąt lat, może nabrał przekonania, że jest nieśmiertelny – skupiłam się na utrzymaniu równowagi i właściwego kierunku pasażu w układzie pokarmowym. [/FONT] [FONT=Arial] Upał nadal trwa, ku mojej rozpaczy. Kotów wcale nie widać. Gacia roztapia się na balkonie Ireny, Marchew sypia na piętrze na stercie wysuszonego, lecz nie schowanego pranie, które postanowiłam w całości wyrzucić, bo jest dokładnie utkane białym futrem, Perła się włóczy, a Koleś, wreszcie nie nękany, całą dobę spędza w szafie Kai. [/FONT] [FONT=Arial] -Mamuś, zamknij moją szafę – poprosiła przed wyjazdem.[/FONT] [FONT=Arial] -A dlaczego sama tego nie zrobiłaś?[/FONT] [FONT=Arial] -Bo Koleś tam śpi! Trzeba wyczaić moment, kiedy wyjdzie i zatrzasnąć ją.[/FONT] [FONT=Arial] -Aha – uśmiechnęłam się szatańsko. [/FONT] [FONT=Arial] -Zamkniesz? Nie zamkniesz...[/FONT] [FONT=Arial] -Przecież Koleś tam śpi.[/FONT] [FONT=Arial] -Może ja nie mam ochoty, żeby sypiał na moich majtkach![/FONT] [FONT=Arial] -Powiedz mu to – poradziłam życzliwie. Na pewno zrozumie... A najlepiej włóż majtki do woreczka.[/FONT] [FONT=Arial] -Boże, co za dom! – przewróciła oczami z irytacją.[/FONT] [FONT=Arial] -Też tu mieszkam – wymamrotałam. –W dodatku przez cały czas, a nie tylko w weekendy. [/FONT] [FONT=Arial] W pracy też wściekle gorąco. Może w naszej piwnicy nieco chłodniej, niż na innych piętrach, ale jak dla mnie i tak za ciepło. Okno mam otwarte, ale przeciągu nie da się zrobić, a komputer grzeje jak piec. Siedzę z bosymi nogami opartymi na dolnej półce biurka i staram się spokojnie oddychać, a wychodząc na korytarz pamiętać, żeby pozapinać wszystkie guziki bluzki. Zaczęłam przygotowywać wycieczkę do Krakowa dla najbardziej aktywnej grupy moich podopiecznych. Trochę się obawiałam, że z powodu kryzysu będzie problem ze znalezieniem nawet tych kilkuset złotych, ale udało się. Głównym punktem programu będzie wizyta w Muzeum Narodowym. Potem może wizyta u smoka oraz na Wawelu i chwila w Sukiennicach. Muszę kupić baterie do aparatu. Będzie fajnie. W tę sobotę idziemy na piknik rodzinny. Potem może zabiorę się wreszcie za przebudowę portalu internetowego... – W tym punkcie moich marzeń sterta papierów na biurku straciła równowagę i rozsypała się malowniczo. Na kolana spadła mi koperta A4. Uj, cholera!!! Na śmierć zapomniałam! Tym muszę się zająć koniecznie, i to szybko! A sekap mi nie działa! Zawsze coś musi zepsuć człowiekowi humor. [/FONT] [FONT=Arial] Po powrocie z pracy, powitaniu Gareta i pozbieraniu ubrań sprzed domu zdarłam z siebie odzież, przebrałam się w strój kąpielowy i postanowiłam ostudzić wywołaną upałem furię w basenie. Było tam już bardzo ciasno. Z westchnieniem wzięłam sitko i, ostrożnie stawiając stopy na dnie, zabrałam się za wyławianie zwłok owadów. Kilka pszczół i trzmieli, ale głównie koniki polne. Cholerni samobójcy. Najgorzej szło z tymi żywymi. Z sitka, z dziką determinacją, wskakiwały z powrotem do wody. W ogrodzie jest ich zatrzęsienie. Nie wiem, czy to naturalna regulacja zbyt licznej populacji, ale skaczą na zbity łeb do basenu jak pieprzone lemingi ze skały do morza. Po dwudziestu minutach takiej pracy nawet kąpieli mi się odechciało. [/FONT] [FONT=Arial] Dziś, ku rozczarowaniu Gareta, który wyobraził sobie, że jeśli późno wstałam, to zostaję w domu, pojechałam do Krakowa. Na busa czekałam pół godziny i byłam coraz bardziej wściekła, bo z nieba lał się dziki żar. Wreszcie podjechał. Mam cholerne szczęście, znowu trafiłam na komórkowca. Oczywiście gówniarz. Starsi kierowcy mają więcej rozsądku i poczucia odpowiedzialności. Debil cholerny pisał sms-y i paplał przez komórkę niemal bez chwili przerwy, a jeśli robił sobie przerwę to tylko po to, żeby uczepić się CB-radia. Cud, że moje nienawistne spojrzenie nie zrobiło mu trepanacji czaszki. [/FONT] [FONT=Arial] Do muzeum Narodowego dotarłam po jedenastej. Miałam załatwić nieodpłatny wstęp na sobotę. Po chwili pojawiła się Luiza. Od stóp do głów w swoim ulubionym czarnym kolorze, dziewczęco drobniutka, energiczna jak mały wulkan i jak zwykle życzliwa i kochana. W rezultacie to ona załatwiała, a ja siedziałam sobie wygodnie w holu na skórzanej kanapie i na telebimie oglądałam najstarsze filmy Disney’a z moim ukochanym psem Pluto i Myszką Miki. Chwilami rechotałam, a przez cały czas byłam uśmiechnięta od ucha do ucha tak promiennie, że uśmiechali się do mnie wszyscy przechodzący. Potem spędziłyśmy trochę czasu na pogawędce przy mrożonej kawie. [/FONT] [FONT=Arial] Po wyjściu na zewnątrz runął na mnie upał i uczucie komfortu znikło. Słońce było tak jaskrawe, że poruszałam się z zamkniętymi oczami, a mimo to niemal słyszałam skwierczenie udręczonych spojówek. W domu okazało się, że mam oczy czerwone jak królik-albinos. Muszę sobie sprawić fotochromy. Ciekawe tylko, za co? Już mam sporo długów przez te przeklęte jazdy, a to jeszcze nie koniec. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatecznie dobiła mnie moja ulubiona terapeutka strofując, że obie z Ireną jesteśmy takie same. Kastrujące, bez odrobiny miłosierdzia. Co z tego, że Ciężki Przypadek jest szkaradny i niewykształcony? A może moja córka chce sobie po prostu poćwiczyć siebie w relacjach partnerskich. No dobra, ale dlaczego z nim, dobry Jezu?! Ok, wyraziłam raz swoje zdanie i przestałam się wtrącać, ale nie będę udawać, że to popieram. Dorosła jest, od dziesiątego roku życia niczego jej nie zabraniałam, tym bardziej teraz nie będę. Za to Irena zamartwia się i wieczorami z dramatyczną miną przesuwa paciorki różańca... [/FONT] I... over!:mad:
-
:buzi:Ściskam i całuję niezależnie od ilości posiadanych nóg. :loveu: Od razu mi lepiej. Szantażystką, cholera, musiałam przez Was zostać... Jeśli faktycznie uda mi się za drugim albo trzecim razem, to uznam to za największe osiągnięcie życiowe. Jazda noca to jest myśl. Spokojnie i romantycznie, o Jagienka romantycznie - to może być powód. Jeszcze raz Was całuję. Jutro wyprawa do grodu Kraka, jesli się w tym upale nie roztopił...
-
[FONT=Arial]29.07.2009, środa[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Im bliżej egzaminu, tym gorzej ze mną było. Nikt się nie mógł ze mną dogadać. Zwykle jestem roztargniona ponad normę, ale teraz moje rozkojarzenie biło rekordy. W pracy niby coś załatwiałam, ale bez specjalnego ognia, przeważnie wpatrywałam się dramatycznym wzrokiem w monitor.[/FONT] [FONT=Arial] -Asiu, przerwa na papierosa? – zaproponowała Kasia.[/FONT] [FONT=Arial] -Co? A, jasne....[/FONT] [FONT=Arial] -Asiu – zagadnęła łagodnie i wyrozumiale, kiedy wyszłyśmy z pokoju – idziemy na papierosa, dlaczego ty niesiesz kubek?[/FONT] [FONT=Arial] -Co? Och, cholera! Niech mnie ktoś wreszcie zamknie w jakimś odosobnieniu![/FONT] [FONT=Arial] Przestałam sypiać, więc po nocach grzebałam w Internecie, a rano resztkami sił zwlekałam się z łóżka. Na rękach pojawiły mi się nowe ślady od oparzeń, na ciele sińce od niezamierzonych spotkań z meblami. Najbardziej jednak bolały dwa opuchnięte krwiaki trzydziestocentymetrowej długości, które zrobił mi ukochany kundel. Kiedy wróciłam któregoś wieczoru po jeździe, rzucił się na mnie szczupakiem przez cały korytarz i trafił w udo. Tymi okropnymi, twardymi szponami! Zadusiłabym go, gdyby nie umknął. Oczywiście, gdy go dopadłam, zwinął się w fotelu jak precelek, ruszał końcem ogonka, pierzaste trójkąciki zsunął na tył głowy i spod długich rzęs rzucił mi zabójcze spojrzenie skacowanego saksofonisty. [/FONT] [FONT=Arial] Podczas, gdy szukałam czegoś do jedzenia, Kaja pospiesznie raportowała, co zaszło w ciągu dnia, bo wiedziała, że zaraz zażądam spokoju i samotności. [/FONT] [FONT=Arial] -Jadłam sobie pieczywo ryżowe, Garecik przyszedł z resztką tego gryzaka z błony, przez chwilę go mamlał, potem zdecydowanie wcisnął mi go na kolana i patrzył z napięciem w oczy.[/FONT] [FONT=Arial] -Chciał się zamienić – uśmiechnęłam się blado. –A wędzonych końskich niewymownych znowu nie dowieźli. Już trzeci tydzień. Biedna psina nie ma się czym bawić. [/FONT] [FONT=Arial] -Kiedy ty pojechałaś, a ja poszłam na zakupy, sprawiedliwie wywlókł przed furtkę twoje i moje spodenki. Ale gdy wróciłam, witał mnie z moimi w pysku.[/FONT] [FONT=Arial] -Myszunia, jaki ty jesteś inteligentny – rozczuliłam się.[/FONT] [FONT=Arial] Garet, ulokowany w strategicznym miejscu na poręczach łączących się foteli, uśmiechnął się skromnie i natychmiast uruchomił zawias odchylając tylną łapę. A nuż przed wspólną obiadokolacją przyjdzie mi ochota pogmerać w psiej pachwinie? No dobra, nie, to nie, ale spróbować warto. Zwiesił nos i utkwił mysi wzrok w talerzu z piersią kurczaka duszoną w bardzo pikantnych warzywach. Cierpliwie czekał na swój przydział. Każdego normalnego psa by to zabiło, bo moją ukochaną przyprawą jest pieprz cayenne, ale Garet to uwielbia. Łagodzi sobie potem maślanką. Kiedy zaspokoi zachcianki, towarzyszy mi przez pół nocy drzemiąc w sąsiednim fotelu albo na parapecie w otwartym oknie. Króliczy błam okazał się przebojem, wszystkie zwierzaki chętnie na nim sypiają. Z wyjątkiem kocura, który ostatnio wprowadził się do szafy Kai na półkę z bielizną. Spędza tam całe dnie ku rozpaczy Kai. Niedawno oznajmiła z tryumfem:[/FONT] [FONT=Arial] -No, zdążyłam zatrzasnąć szafę.[/FONT] [FONT=Arial] -Nie zrobiłaś tego? – spojrzałam na nią ze zgrozą. [/FONT] [FONT=Arial] -Owszem.[/FONT] [FONT=Arial] Do kuchni wkroczył Koleś, pobekując żałośnie jak pogrążony w głębokiej rozpaczy baran i słaniając się na wielkich łapach. [/FONT] [FONT=Arial] -Och, moje biedactwo! – rozczuliłam się. Tuż za nim weszła Irena.[/FONT] [FONT=Arial] -Mamo, ty wiesz, że Kaja zamknęła przed Kolesiem swoją szafę? [/FONT] [FONT=Arial] -Nie?! O, biedny, maleńki kocurek... Idź natychmiast otwórz! – zażądała Irena. [/FONT] [FONT=Arial] -Dwie wariatki! – zirytowała się Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] W piątek zrozumiałam, że dłużej tak nie pociągnę i wzięłam urlop na poniedziałek i wtorek.[/FONT] [FONT=Arial] W sobotę byłam umówiona z Beatą na parkingu przed domem za dwadzieścia siódma. Nastawiłam budzik i o trzeciej nad ranem, kiedy Kaja wróciła z nocnych wojaży, walnęłam się spać. Kaja ostatnio wraca coraz później. Mazury zaowocowały. Niech to cholera, miałam parszywą rację!!![/FONT] [FONT=Arial] -Chyba nie zaczniesz z nim chodzić? – zapytałam z niepokojem. Nie musiałam uszczegóławiać, obie wiedziałyśmy, że chodzi o Ciężki Przypadek. [/FONT] [FONT=Arial] -Chyba nie, bo wyjeżdża na misje. [/FONT] [FONT=Arial] Zmartwiałam. Ale argument... Boże, nie rób mi tego! [/FONT] [FONT=Arial] Ze snu graniczącego ze śmiercią wyrwał mnie chropawy głos Armstronga i wspaniała muzyka. Fascination... przez chwilę słuchałam z półprzytomnym ukontentowaniem, zanim dotarło do mnie, że to moja komórka![/FONT] [FONT=Arial] Beata dzwoniła spod domu. [/FONT] [FONT=Arial] -Jezu, przepraszam cię bardzo – wymamrotałam. –Nie wiem, jak to się stało... daj mi parę minut... [/FONT] [FONT=Arial] -Spokojnie, Asiu, czekam cierpliwie. [/FONT] [FONT=Arial] Po piętnastu minutach, obijając się o wszystko po drodze, wypadłam na parking. Wsiadając do samochodu walnęłam się w głowę, aż mi się czarno w oczach zrobiło, ale to mnie bynajmniej nie otrzeźwiło. W Będzinie, na placu, przesiadłam się za kierownicę. Ziewałam rozdzierająco, a zamiast mózgu miałam ligninę. Czułam to wyraźnie, wraz z jej fakturą.[/FONT] [FONT=Arial] Beatko, błagam cię, uważaj, bo jestem nieobliczalna. [/FONT] [FONT=Arial] Do Dąbrowy dojechałam na pniu mózgu i może dlatego bezbłędnie. Kaja stwierdziła, że dzięki temu nie miałam możliwości kombinować. Na stacji Shella napiłam się piekielnie mocnej, mojej ukochanej kawy dallmayr i nieco się ocknęłam. Niewiele. Na tyle, żeby nie robić większych głupstw. [/FONT] [FONT=Arial] W domu od razu walnęłam się do łóżka. Oczywiście nie mogłam zasnąć, w stanie półczuwania snuły mi się koszmary na temat jazdy... [/FONT] [FONT=Arial] Podczas niedzielnej, wieczornej, zaczęłam dochodzić do wniosku, że chyba czas uznać, iż pewne dziedziny wiedzy i umiejętności są dla mnie niedostępne.[/FONT] [FONT=Arial] W poniedziałek załamałam się całkowicie. Po południu miałam ostatnią, umówioną miesiąc wcześniej, jazdę z Jastrzębiem. Tym razem dojechałam bez przeszkód, a do ośrodka trafiłam jak po sznurku, z niemal nonszalancką pewnością siebie. A walcie się, szczury uczące się po drugiej próbie! Jak się uprę, to po dziesiątej, w sprzyjających okolicznościach, potrafię odnaleźć nieskomplikowaną drogę. [/FONT] [FONT=Arial] Siedziałam sobie w cieniu, na schodkach, paląc papierosy i obserwując bezpańskie koty, dożywiane przez panią Elę, która tam mieszka, jej drzwi wejściowe wychodzą na plac, a ona życzliwie zawiaduje kluczami i dowodami rejestracyjnymi od samochodów. Na placu stała tylko astra Jastrzębia i punto Beaty. Hm. Czym będę jeździć?[/FONT] [FONT=Arial] Parę minut po piątej przyszedł Jastrząb. Okazało się, że nastąpiły jakieś zawirowania i musimy czekać na auto, które przyjedzie ze Sławkowa. Siedzieliśmy i żuliśmy przywieziony przeze mnie agrest. Pachniał słońcem. Porzuciłam agrest na rzecz jabłka z jabłonki przy bramie wjazdowej. [/FONT] [FONT=Arial] -Za wcześnie – ostrzegł mnie Jastrząb. – Jeszcze ze dwa, trzy tygodnie. [/FONT] [FONT=Arial] Wbiłam zęby w najbardziej dojrzałe, według mnie, jabłko i wykrzywiłam się straszliwie. [/FONT] [FONT=Arial] Wybuchnął śmiechem. [/FONT] [FONT=Arial] -A mówiłem?[/FONT] [FONT=Arial] -Spoko. To tylko pierwszy szok ślinianek. Za trzy tygodnie będzie ok... [/FONT] [FONT=Arial] Zjadłam prawie połowę, zanim nadjechał samochód. Na jego widok i głos rozsądku (wolałabym nie spędzić reszty czasu przeznaczonego na jazdę w kiblu WORD-u), wyrzuciłam resztę do śmietnika. Poczekałam, aż kierowca się oddali i wyszeptałam konfidencjonalnie: [/FONT] [FONT=Arial] -Jastrzębiu! Muszę ci coś powiedzieć... Tylne drzwi mu zarosły! [/FONT] [FONT=Arial] -Co?[/FONT] [FONT=Arial] -Ma tylko dwoje drzwi, co to, *****, jest?![/FONT] [FONT=Arial] -Punto! – zachichotał. [/FONT] [FONT=Arial] -No, ja nie wiem, ale wierzę ci na słowo.[/FONT] [FONT=Arial] -Miał być grande, ale się nie udało... sorry. Ale dobrze, że wypróbujesz różne samochody. [/FONT] [FONT=Arial] -Bardzo się nie udało – warknęłam. -Nie mam uprzedzeń – oświadczyłam po chwili namysłu, patrząc z odrazą na małe gówno. [/FONT] [FONT=Arial] Wsiadłam, włączyłam i ruszyłam na łuk, choć proponowałam, żeby łuk odpuścić, bo jeśli nie zdam, to na mieście, na łuku to musiałby być naprawdę fatalny przypadek. [/FONT] [FONT=Arial] -Gdzie on, *****, ma gaz?! – przeraziłam się nie na żarty. –W ogóle nic nie czuję! Cholera, nie ma gazu! I co jest z tym tyłem i wycieraczką?! On nie ma pieprzonego środka z tyłu! Jak mam trafić na ten cholerny słupek?!!![/FONT] [FONT=Arial] Jastrząb zwijał się w fotelu. [/FONT] [FONT=Arial] -Drzwi podprowadzili, gaz podprowadzili, a teraz tylną wycieraczkę![/FONT] [FONT=Arial] -Zamknij się – warknęłam. –Jakiegoś skurduplałego rzęcha mi tu dajesz i oczekujesz cudów![/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] cdn., jeśli będzie odzew. Chromolę imponujące statystyki odwiedzin, chcę Was.
-
[FONT=Arial]24.07.2009, piątek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Czy ja już mówiłam, że nienawidzę upałów? Pewnie tylko ze sto razy. Nienawidzę! [/FONT] [FONT=Arial] Powinnam była wziąć urlop na ten obłąkany tydzień. O świcie pobudka, moje powieki skrzypią, kiedy usiłuję je otworzyć. W przelocie witam się z Garetem – ostatnio chyba czuje, że nie ma szans na dłuższe zabawy, bo sam schodzi mi z drogi i z fotela obserwuje sennym wzrokiem mój chaotyczny galop po domu. Do prysznica trafiam bezbłędnie, za to gubię poszczególne części ubrania, okulary i biżuterię, z której najczęściej rezygnuję, bo i tak nie mam czasu jej założyć. Podczas piętnastominutowego marszobiegu na przystanek moje uczucie dyskomfortu wzrasta. Obrzucam nienawistnymi spojrzeniami bezchmurne niebo i wyszczerzone radośnie słońce. W pracy od razu rzucam się do okna. [/FONT] [FONT=Arial] Nie da się ukryć, że po południu jest jeszcze gorzej. Powietrze skwierczy. Bus albo nie jedzie, albo się spóźnia, co wydatnie podnosi moją wrażliwość na ciepło oraz włosy na głowie. [/FONT] [FONT=Arial] Do domu wpadam na krótszą lub dłuższą chwilę, pospiesznie wtykam Garetowi jakiś przysmak w zęby, żeby dał mi spokój, Kaja i Irena schodzą mi z drogi, wpadam pod prysznic, zakładam świeże ubranie i znowu pędzę na busa, żeby zdążyć na lekcje. Do domu wracam w nocy, prysznic, wszyscy z drogi i najpilniejsze zajęcia, które naprawdę nie mogą poczekać. I robi się druga nad ranem. Czasami mam czas, żeby na chwilę wskoczyć do basenu. Udało mi się to dopiero dwa razy i przyznam, że za drugim miałam lekkie opory, bo Kaja mówiła, że rano Szkaradny Kocurek był bardziej mokry, niż tłumaczyłaby to obecność rosy na trawie... A uparcie parch chybocze godzinami na krawędzi basenu i gapi się w wodę. Zawahałam się, ale weszłam, ostatecznie woda jest chlorowana... Za każdym razem zaczynam od wyławiania sitkiem koników polnych, najnowszej z trzech plag. Byłam pewna, że wyłowiłam wszystkie... [/FONT] [FONT=Arial] -Kaja! – wrzasnęłam z łazienki – zgadnij, co miałam pod kostiumem?[/FONT] [FONT=Arial] -Boję się...[/FONT] [FONT=Arial] -Cholernego konika polnego![/FONT] [FONT=Arial] -O, biedactwo... – jakoś nie miałam wątpliwości, że nie mówi o mnie – nie żyje?[/FONT] [FONT=Arial] -Obawiam się, że bardzo.[/FONT] [FONT=Arial] -Ty wiesz – poinformowała mnie radośnie w nocy – ten konik odżył![/FONT] [FONT=Arial] Ha, wyglądał na całkowicie martwego. Cóż, widocznie moja bezpośrednia bliskość tak działa... [/FONT] [FONT=Arial] Od razu przypomniał mi się skrzydłokwiat. Ewa, która jest perfekcyjna panią domu, a przy tym, naturalnie, ma rękę do kwiatków, udekorowała nimi niemal cały MOPS. Kilkakrotnie rzucała potępiające spojrzenia na pusty parapet w moim gabinecie, aż wreszcie nie wytrzymała i postawiła tam doniczkę z ogromnym skrzydłokwiatem. [/FONT] [FONT=Arial] -Jakiś taki oklapnięty po przesadzaniu, ale może odżyje. Będziesz pamiętała, żeby go podlewać?[/FONT] [FONT=Arial] -Jasne – zapewniłam, nie odrywając wzroku od monitora. –Co mówiłaś?... - ocknęłam się po chwili. [/FONT] [FONT=Arial] Spojrzała na mnie ciężkim wzrokiem. [/FONT] [FONT=Arial] Skrzydłokwiat, niestety, nie odżył. Przynajmniej nie do końca, choć czasami go podlewam, naprawdę. [/FONT] [FONT=Arial] Niedawno wpadł do nas nasz uroczy, choć trudny do ściągnięcia informatyk. Na szczęście wzywamy go rzadko, bo radzę sobie niemal ze wszystkimi problemami, ale tym razem Kasi wysiadł Internet po tym, jak zabrała laptopa do domu. Z ponownym ustawieniem konfiguracji nie udało mi się, bo jej zwyczajnie nie znałam.[/FONT] [FONT=Arial] Waldi rzucił okiem na mój parapet.[/FONT] [FONT=Arial] -O, Asia, a co z tym twoim kwiatkiem? Wszystko mu opadło... [/FONT] [FONT=Arial] -Niektórzy tak przy mnie mają – odparłam ponuro i wybuchnęliśmy śmiechem. [/FONT] [FONT=Arial] Wczoraj upał osiągnął apogeum. Po południu, gdy wpadłam do domu, żeby wskoczyć do basenu, potem pod prysznic i przebrać się, termometr w cieniu za kuchennym oknem wskazywał 38 stopni. Rozpacz. W słońcu co najmniej pięćdziesiąt. W jakim, do cholery, klimacie my żyjemy?![/FONT] [FONT=Arial] Garet przytomnie nie wychodzi z domu, gdzie dzięki izolacji panuje znośna temperatura. Dopóki ja nie pootwieram wszystkich okien i drzwi. Niby wiem, że w ten sposób wpuszczam żar do środka, ale przy zamkniętych dostaję klaustrofobii. Czyżbym zaczynała rozumieć Gareta?[/FONT] [FONT=Arial] Obiad zjedliśmy razem. [/FONT] [FONT=Arial] Przy czym on trzy dokładki zupy koperkowej, placki ziemniaczane bez dokładek, bo się skończyły, a herbaty z cytryną opił się tylko dlatego, że przypomniałam sobie, jak bardzo ją lubi i zrozumiałam, dlaczego z taką pożądliwością smarka mi do szklanki. [/FONT] [FONT=Arial] Potem Kaja pospiesznie starała się zreanimować mój kręgosłup, bo znów mi lewa strona pleców wysiadła. [/FONT] [FONT=Arial] -Dzięki – pozbierałam się z podłogi. –Co tam leży? – skupiłam wzrok – mucha? – akurat trzymałam pantofel w dłoni, a ostatnio wyćwiczyłam rzuty płaskie. [/FONT] [FONT=Arial] -Tak, ale nie żyje. Nie widzisz, że ma zmętniałe oczy?[/FONT] [FONT=Arial] W nocy, po skończonej jeździe, Beata odwiozła mnie pod dom. [/FONT] [FONT=Arial] Obie byłyśmy wykończone. Wyciągnęłam się w kierunku lusterka wstecznego i jęknęłam ze zgrozy.[/FONT] [FONT=Arial] -Jezus, wyglądam jak panda! Czy znasz jakiś tusz do rzęs, który się nie rozmazuje?[/FONT] [FONT=Arial] -Jeszcze takiego nie spotkałam – roześmiała się, wjeżdżając na parking. Przyhamowała ostro, bo spod kół nagle wyłoniła się szkaradna postać Szkaradnego Kocurka. [/FONT] [FONT=Arial] Beata, zaprzysięgła miłośniczka zwierząt, rozczuliła się.[/FONT] [FONT=Arial] -To twój kotek? Kici, kici! No, nie uciekaj, misiaczku! Chciałabym go pogłaskać![/FONT] [FONT=Arial] -Nie chciałabyś – odparłam z przekonaniem. –Niezupełnie mój, to jeden z tych bezpańskich. Na szczęście zaprzeczenie kociego wdzięku przesączyło się pod bramą, wlokąc za sobą cienki, długi, wyleniały ogon. [/FONT] [FONT=Arial] Dziś, po nocnej burzy, która w naszym rejonie minęła bezproblemowo, było nieco lepiej, ale wciąż fatalnie. [/FONT] [FONT=Arial] Jak zwykle – prysznic, praca, Kraków. Bus był nagrzany jak piekarnik, a moje ulubione pierwsze pojedyncze siedzenie, gdzie bez trudu mieszczą mi się nogi – zajęte. Usiadłam za kierowcą w nadziei, że będzie mi dmuchać przez otwarte okno. Po chwili wsiadł starszy pan w szortach i podkoszulku. Rozejrzał się i utkwił wzrok we mnie. Natychmiast sprawdziłam, czy mam na twarzy wystarczająco wrogą i odpychającą minę. Ostatecznie samochód był niemal pusty. [/FONT] [FONT=Arial]-Można? – zapytał.[/FONT] [FONT=Arial]Okazał się uparty, a ja mało asertywna. [/FONT] [FONT=Arial]-Proszę – warknęłam nieprzyjaźnie. – Pod warunkiem, że usiądzie pan pod oknem, bo mnie się nogi nie mieszczą.[/FONT] [FONT=Arial]Starszy pan na szczęście był zadbany okazał się rozmowny, inteligentny i zajmujący. Całe życie spędził w Stanach, po emeryturze wrócił do kraju. Gawędziliśmy przez całą drogę, przy czym ja głównie słuchałam. W Krakowie pożegnaliśmy się serdecznie, zgodziłam się, że przy następnym spotkaniu pójdziemy na solidną wódkę, bo zasłużyliśmy. [/FONT] [FONT=Arial]Po powrocie prysznic, bieg do busa, cholernik nie jechał, a dziś startowałam z Będzina, z Jastrzębiem. Dojechałam innym, do Dąbrowy, po drodze zadzwoniłam, żebyśmy spotkali się w Dąbrowie. Spóźniłam się dwadzieścia minut. No dobra, i tak ja płacę... [/FONT] [FONT=Arial] Jastrząb już czekał, rozglądając się po okolicy. Większość butów mam na miękkiej podeszwie, więc podeszłam bezszelestnie. Miałam ochotę go wystraszyć, ale dałam sobie spokój, tylko delikatnie dotknęłam jego ramienia. [/FONT] [FONT=Arial] Wymieniliśmy parę uwag o pogodzie – ja negatywnych, on optymistycznych, cóż, bez wątpienia jest lepiej, niż było, ale wciąż źle – i ruszyliśmy. [/FONT] [FONT=Arial] -Co ty robisz? Jeśli mi zamkniesz to okno, to Cię zwyczajnie zabiję – zagroziłam.[/FONT] [FONT=Arial] -Twojego nie zamykam. Swoje muszę, mam problemy z uszami...[/FONT] [FONT=Arial] -No, wiem, ale przy takim upale?! Jak ja przeżyję bez przeciągu?! [/FONT] [FONT=Arial] -Asiu...[/FONT] [FONT=Arial] -No, już dobrze, jakoś to zniosę – muszę mu oddać sprawiedliwość, że przy każdym zwolnieniu i zatrzymaniu się opuszczał okno ze swojej strony. Samochód nadawał się na złom. [/FONT] [FONT=Arial] -Chryste, nie było gorszego rzęcha? Sprzęgło ma twarde jak kość, a gazu w ogóle nie czuję, taki jest miękki – narzekałam. [/FONT] [FONT=Arial] -No, sorry, chciałem grande, ale nie było... Te dwójki są naprawdę dobre i przyjazne dla was, kursantów. [/FONT] [FONT=Arial] -Ta na pewno nie. Coś z nią jest bardzo nie tak – wymamrotałam niezadowolona. [/FONT] [FONT=Arial] Po spokoju Beaty znowu musiałam się przyzwyczajać do dynamiki Jastrzębia. Adrenalina w połączeniu z upałem zresetowały mnie do reszty i czułam, jak w mgnieniu oka się uwsteczniam. Widziałam znaki tam, gdzie ich nie było i nie widziałam ich tam, gdzie twardo i oczywiście stały. Shit. Jastrząb pochwalił mnie tylko raz, gdy ruszyłam na skrzyżowaniu wyrywając spod kopyt asfalt w sytuacji, którą z własnego wyboru przeczekałabym spokojnie i rozsądnie. [/FONT] [FONT=Arial] -No, to było piękne! Ale im pokazałaś! – cieszył się. Typowy facet, Boże ty mój. Niestety, był to ostatni zryw tego rzęcha. Zaczął uporczywie gasnąć i skakać jak zając. [/FONT] [FONT=Arial] -Gaz, gaz!!![/FONT] [FONT=Arial] -Mam gaz do dechy, on zdycha![/FONT] [FONT=Arial] -Podnieś nogi.[/FONT] [FONT=Arial] Podniosłam, czemu nie. Poprawienie dywanika niczego nie zmieniło. Silnik wył, samochód stał albo żałośnie kicał. [/FONT] [FONT=Arial] -Mówię ci, że coś się s*******iło...[/FONT] [FONT=Arial] -Chyba tak. – Andrzej pogmerał przy przełączniku i po rezygnacji z gazu na rzecz paliwa udało nam się zjechać z głównej drogi, a potem powoli ruszyć. [/FONT] [FONT=Arial] -Kurczę, a miałem go zabrać do jutra, żebyś jeszcze sobie przejechała trasę... teraz się nie odważę, bo jak nam zdechnie po drodze, to nie dojadę, a rano mam wykłady... No, szkoda. [/FONT] [FONT=Arial] -Trudno. Jedźmy do WORD-u.[/FONT] [FONT=Arial] Przystanek przy WORD-zie oznacza skorzystanie z toalety, kontakt z zimną wodą i wypalenie papierosa. [/FONT] [FONT=Arial] Skorzystałam ze wszystkiego. Wracając do szeroko uśmiechniętego Jastrzębia sama uśmiechałam się szeroko i to bynajmniej nie z powodu pozytywnej oceny własnych możliwości prowadzenia samochodu. [/FONT] [FONT=Arial] -Wiesz, czym próbowałam zapalić papierosa? Pojemnikiem kropli do oczu![/FONT] [FONT=Arial] -No, nie! – to już wyraźnie masz dosyć![/FONT] [FONT=Arial] Dojechaliśmy szczęśliwie na plac w Będzinie. [/FONT] [FONT=Arial] -Jastrzębiu? Powiem to jak dama – jakiś ptak wypróżnił ci się na samochód – oznajmiłam, przyglądając się jego astrze. Tak na moje oko musiał to być kondor... – Dobitnie mówiąc, sfajdał się okrutnie – dodałam. [/FONT] [FONT=Arial] -Kurde, to był zrzut z powietrza, przecież nie stoję pod drzewem... – narzekał, zmywając guano przy pomocy wody mineralnej i chusteczki higienicznej. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
[FONT=Arial] Opuszczenie domu w taką pogodę było czystym szaleństwem. W dodatku w samo południe. Ale cóż. W busie chwila ulgi, bo dzięki otwartym oknom z przodu hulał przeciąg. Po wyjściu jeszcze gorzej. Niepokoiłam się, czy znowu się gdzieś nie zawieruszę, ale wyglądało na to, że wyjątkowo trafiłam za pierwszym razem tak, jak trzeba. Z obawą czekałam na instruktora. Ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się kobieta, ładna brunetka o południowym typie urody. Jak się okazało, w moim wieku. Zapamiętałyśmy się z placu w Będzinie. Od razu uprzedziłam ją, że jestem rozhisteryzowanym świrem. Lepiej, jeśli będzie czujna od początku. [/FONT] [FONT=Arial] -Nic się nie przejmuj. Wszystko będzie dobrze – powiedziała z pogodnym przekonaniem. –Powoli, spokojnie, nigdzie nam się nie spieszy. [/FONT] [FONT=Arial] Spojrzałam na nią ze zdumieniem. Uśmiechnęła się promiennie. Stopniowo przestałam wewnętrznie dygotać. [/FONT] [FONT=Arial] -Powoli, spokojnie… – mówiła Beata, na skrzyżowaniach też. To naprawdę tak można?... Nie na oślep? W głowie wciąż jeszcze coś mi pokrzykiwało: -Ruszaj! Teraz! Gaz, gaz!, ale coraz ciszej. Jazda zaczęła sprawiać mi przyjemność i zalęgło się we mnie nieśmiałe podejrzenie, że po kilku takich, pełnych luzu i spokoju lekcjach, zaczęłabym widzieć otoczenie bez histerycznych zniekształceń. Rozluźniłam się do tego stopnia, że musiałam sprawdzać, czy nie jadę z otwartą gębą i śliną cieknącą z kącika ust…[/FONT] [FONT=Arial] -Wszystkie jazdy z Dąbrowy chcę tylko z tobą! Ale jak to zrobić? – zawołałam z rozpaczą. –Nie mam pojęcia, do kogo mnie w poszczególnych dniach przypisali… [/FONT] [FONT=Arial] Beata poradziła, żebym w poniedziałek zadzwoniła do biura i poprosiła o zamianę instruktorów. Może się uda. Przy moim szczęściu pewnie nie, ale spróbuję. [/FONT] [FONT=Arial] Podróż do domu minęła mi szybko. Problemy zaczęły się po wyjściu z busa. Mimo maksymalnej koncentracji nie byłam w stanie utrzymać linii prostej. Mój kurs wiódł od jednego brzegu chodnika do drugiego i już nie tyle martwiłam się, że wyglądam na ubzdryngoloną w biały dzień, co tym, że wytoczę się na ulicę… Za to prawa dłoń przestała mi drętwieć. Z trudem doturlałam się do celu. Garet litościwie odpuścił i tylko eskortował mnie, kiedy czepiając się krzaków toczyłam się w kierunku basenu. Kontakt z wodą zrobił mi znakomicie, ale wciąż miałam poważny przechył na lewą burtę. Właściwie nie powinnam iść na tę imprezę do Renaty. A nuż wpadnę ryjem prosto w ognisko? Ale symboliczne wmurowanie kamienia węgielnego pod jej nowy dom to naprawdę ważna sprawa. No i ktoś po mnie przyjedzie… Kiedy zadzwoniła, czy wreszcie jestem, odparłam, że kończę prasować bluzkę i za dziesięć minut będę gotowa. [/FONT] [FONT=Arial] Spory kawałek nowego gniazda już stał. Na wzgórzu, z widokiem na łąki i las oraz na nowo wybudowane domy, niektóre imponujące. Przywitałam się ze wszystkimi. [/FONT] [FONT=Arial]Żar pod żeliwnym garem wygasał, Artur darł się, że jest wściekle głodny i on chce zaraz i pierwszy, za stół służyły deski, drinki w plastykowych, jednorazowych szklaneczkach musieliśmy trzymać w garści, bo zerwał się wiatr, a poszarzałe niebo wyraźnie meldowało, że aura właśnie przechodzi z jednej histerycznej przemiany w drugą. Było mi wszystko jedno, byle by ten wściekły upał nie powrócił. [/FONT] [FONT=Arial]Dzieliłam się radosnymi wrażeniami z jazdy i usiłowałam zapalić papierosa, co z powodu pokręconych podmuchów wciąż mi się nie udawało. [/FONT] [FONT=Arial]-No, to ja już wszystko rozumiem! – zawołał Jarek. –Tobie po prostu o płeć chodziło! Pojawiła się kobieta i od razu wszystko lepiej! A my? Dlaczego tak? – wymamlał żałośnie głosem Czesia. [/FONT] [FONT=Arial]-Bo ja was, *****, tak jakoś nie lubię… [/FONT] [FONT=Arial]Magda zakrztusiła się dymem. Renata rozbroiła garnek, bo Artur za nic nie chciał się zamknąć i trzeba mu było natychmiast zatkać gębę. Cudowna woń rozpłynęła się wokół. Smak będzie taki sam, gwarantowane, Renata świetnie gotuje. [/FONT] [FONT=Arial]Jedliśmy duszoną mieszankę różności walcząc o talerzyki z nasilającym się wiatrem. Przewody wysokiego napięcia obsiadły chmary ptaków. Wyglądały imponująco, Jarek wysklamrzał coś o Hitchcocku roztaczając wizję naszych rozdziobywanych ciał. Powiedziałam uspokajająco, że zaczną od Artura, bo on jest już faszerowany, a my zdążymy uciec. [/FONT] [FONT=Arial]Jedzenie było znakomite. Przełknęłam ostatni kawałek buraka i zapytałam: - czyja to taka wypasiona bryka stoi tam, przy silikatach? – wskazałam plastykowym widelcem na chevroleta captivę. [/FONT] [FONT=Arial]Wszyscy się zapowietrzyli, tylko Artur dziwnie sklęsł. [/FONT] [FONT=Arial]-Jego! Naszego wrednego kolegi![/FONT] [FONT=Arial]-Ma nowe auto od pół roku i nic nie powiedział! – wołali po kolei.[/FONT] [FONT=Arial]-Chujek jesteś, wiesz? – naburmuszyła się Magda. –Ale i tak cię kocham – dodała zaraz.[/FONT] [FONT=Arial]-On tak specjalnie zrobił, żeby uniknąć imprezy i oblewania – domyśliła się Renata. –A i tak ci nie popuścimy! [/FONT] [FONT=Arial]-Burżuj wstrętny, i w dodatku taki nieużyty – powiedziałam z niesmakiem. –Imprezy pożałował… [/FONT] [FONT=Arial]Nowy samochód miałam okazję wypróbować od razu, bo musieliśmy się ewakuować w pośpiechu, żeby nas z całym majdanem nie zdmuchnęło. Jezu. Skóra i palisander, ale gdy sprawdziłam potem cenę w Internecie, to się przestałam dziwić. [/FONT] [FONT=Arial]Resztę wieczoru spędziliśmy w wynajętym przez Renatę mieszkaniu. Skupiłam się na tym, żeby przypadkiem nie pomylić Gucia z Polą, bo gdyby tak zareagował na agresywne Garetowe feromony, mogłabym skończyć jak Jonasz, choć nie w brzuchu wieloryba. [/FONT] [FONT=Arial]Artur był w nastroju wojowniczo-zaczepnym. Kiedy przestał mnie prześladować za niewyprasowane ubranie (bo niby prasowałam, a jak wyglądam? Magda jest wyprasowana, Renata wyprasowana, a ja co?), wbił zęby w Jarka i Magdę jako nadopiekuńczych rodziców. Tym razem obie z Renatą przyklasnęłyśmy. Magda tylko uśmiechała się pod nosem. Cóż zrobić, co pół godziny któreś z nich musi, po prostu MUSI sprawdzić, co robi ich licealista. Temat był wdzięczny, więc zaczęliśmy snuć wizje przyszłości. Nawet według najłagodniejszych prognoz wyszła nam mania prześladowcza, problemy z potencją i terapia do końca życia. Obrzucaliśmy się jadowitymi złośliwościami i wieczór upływał tak przyjemnie, jak rzadko. [/FONT]
-
Nie zdążyłam dziś dopisać reszty, bo późno wróciłam z imprezy. Ale w sobotę jazda, mimo obaw i nieludzkiego upału, była ok. Trafiłam na instruktorkę, która miała na mnie tak uspokajające oddziaływanie, że musiałam zbierać żuchwę z klatki piersiowej. Denerwowałam się tylko tym, że jestem taka rozluź;)niona!
-
obiecuję. Od tej pory będę się balsamować jedynie od wewnątrz (co dziś uczyniłam), chyba że los zrządzi inaczej. [FONT=Arial]15.07.2009, środa.[/FONT] [FONT=Arial]Skończyła się moja ulubiona pora jaśminów i lip. Świat pachnie rozprażoną gumą, a w przyjemniejszych momentach skoszoną trawą. [/FONT] [FONT=Arial]Duchy zamordowanych żab przy nowym pawilonie meblowym z satysfakcją obserwują dramatyczną walkę o pozbycie się wody z okolicy budynku. Wokół stoją samochody firmy zajmującej się przewiertem pod drogami. Przewiert jest zrobiony, organizacja ruchu na ulicy chwilowo zmieniona, kładki na chodnikach, jakieś urządzenia pracują gorączkowo i hałaśliwie, tak na moje oko pompują wodę z jednej strony drogi na drugą. Nie znam się na tym. Możliwie, że efekt będzie trwały, chociaż wątpię. Coś się pamięci tych żab należy...[/FONT] [FONT=Arial]Upał jest ogłuszający i odrażający, bo wilgotność powietrza jest wciąż bardzo wysoka. W domu nieco lepiej, o niebo lepiej! Współczuję ludziom, którzy mieszkają w blokach, szczególnie na najwyższych piętrach. Garecik chłodzi się na płytkach w jadalni. Na dwór wychodzi bardzo niechętnie i na krótko. W fotelu zwija się tylko rano i wieczorem, w nocy opuszcza mnie i idzie spać do Kai. Chciałabym, żeby cieszył się jej obecnością przez cały dzień, ale nic z tego. Gdy tylko wtaczam się do domu, ogłuszona upałem i marząca o natychmiastowym kontakcie ze strugami zimnej wody, próbuje mnie rozerwać na strzępy, kontroluje uważnie i gorączkowo torbę na zakupy (-co mi przyniosłaś?!), a potem niecierpliwie przeczekuje moje ablucje i przebieranie się w strój kąpielowy, uprzejmie przymykając uszy na przekleństwa, jakie rzucam pod adresem obłąkanej pogody. Przygotowanie błyskawicznego posiłku znosi z pełną nadziei cierpliwością. I wreszcie nadchodzi TA chwila. Siadam z nogami na opartymi na kafelkowym blacie stołu, z talerzem na klatce piersiowej i książką w ręce. O czytaniu nie ma mowy, bo nade mną stoi Kaja gadając i obserwując z uciechą Gareta zaparkowanego na sąsiednim fotelu, który stoi nareszcie we właściwej pozycji – poręcz w poręcz z moim. Bardziej interaktywna część psa zwisa na moją stronę. Garet wpatruje się w zamyśleniu w rustykalny kredens, od czasu do czasu zezując w mój talerz rozpaczliwym, acz ukradkowym spojrzeniem. Przełyka spazmatycznie ślinę, a mnie ogarnia coraz większa irytacja. [/FONT] [FONT=Arial]-Do cholery! – nie wytrzymuję wreszcie. Czy moglibyście się stąd wynieść, żebym raz mogła coś zjeść nie zapowietrzając się i bez zgagi?!! Nie znoszę, kiedy ktoś gapi mi się w zęby!!![/FONT] [FONT=Arial]-A kto ci się gapi? – chichocze Kaja. [/FONT] [FONT=Arial]-Obrzucam Gareta spojrzeniem pełnym pasji, a on przełyka głośno i wpatruje się obojętnie w ścianę, ukazując szlachetny, myśliwski profil. Na meszku otaczającym wargi perlą mu się drobniutkie kropelki. Czeka łajdak, aż wymięknę i podam mu talerz z resztą obiadu. Nieważne, co to jest. Gdybym jadła gwoździe, też by je pochłonął przymykając z rozkoszy oczy. [/FONT] [FONT=Arial]Nagle zamieram, słysząc tuż przy uchu wściekłe kłapnięcie i czując na małżowinie ostrzegawczy podmuch powietrza. Przepycham przez zaciśnięte w panice gardło kawałek pieroga z mięsem, a Kaja krztusi się ze śmiechu. [/FONT] [FONT=Arial]-Chryste, co to było?! – zgaga radośnie wędruje przełykiem ku górze. [/FONT] [FONT=Arial]-Mucha! Chyba nie myślisz, że chciał ci dziabnąć to, co miałaś na widelcu. Gdyby miał taki zamiar, nie zjadłabyś ani kęsa![/FONT] [FONT=Arial]Co może nie byłoby takie złe – myślę, odstawiając talerz z resztą pierogów na podłogę. [/FONT] [FONT=Arial]-I to żywy dowód na to, że między ustami a brzegiem pucharu wiele jeszcze wydarzyć się może... – konkluduję ponuro. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy mam jazdę, przedstawienie jest zawieszone. Wpadam do domu jedynie na moment, który wystarczy na szybki prysznic i zmianę ubrania. Odpędzam nerwowo wszystko żywe, co plącze mi się pod nogami i próbuje nawiązać ze mną kontakt. [/FONT] [FONT=Arial]Na drugą jazdę wyruszyłam tramwajem z Dąbrowy. Do OSK w Będzinie, dzięki wyczerpującej lekcji pokazowej Jastrzębia, trafiłam jak po sznurku. Gęsto okrzewiony plac okalało coś w rodzaju zaplecza jakiejś kuchni. Pachniało jedzeniem, zza otwartego okna słyszałam głosy kobiet. Na podeście kilku schodków pożywiały się dwa koty, najwyraźniej bezpańskie, ale zadbane. W moim ugotowanym przez upał sercu zamigotała sympatia. Dobrzy ludzie, dobra aura. Przysiadłam na murku okalającym sąsiedni podest, żeby nie denerwować kotów, i zapaliłam papierosa. Z okna wychyliła się kobieta pytając życzliwie, czy może mi w czymś pomóc. [/FONT] [FONT=Arial]-Nie, dziękuję bardzo, czekam na mojego instruktora – odparłam równie życzliwie. Słońce prażyło jak oszalałe, czułam, jak twarz pokrywa mi się kropelkami wilgoci. Na szczęście gdzie indziej się nie pocę. Nie pamiętam kto powiedział, że to psychosomatyczne i niezdrowe, wynikające z mojej obsesyjnej niechęci do nieładnych zapachów. Fakt, nieprzyjemny zapach potrafi mnie prawie zabić. Unikam jak zarazy najmilszego nawet człowieka, który brzydko pachnie. [/FONT] [FONT=Arial]Na ciasny plac wjechał niezwykle zręcznie ciężarowy samochód w barwach i sloganach reklamowych szkoły. Wyskoczył z niego Jastrząb, który na szczęście zawsze ładnie pachnie. [/FONT] [FONT=Arial]-O, ho, ho! – zdziwił się na mój widok. Może, znając mnie, z dużą dozą słuszności przewidywał, że błąkam się beznadziejnie po jakimś przejściu podziemnym wyskakując na powierzchnię w niewłaściwych miejscach, jak żałosny diabeł z pudełka. Uśmiechnęłam się z dumą. A co, trafiłam! Skupiłam się i trafiłam![/FONT] [FONT=Arial]Zadowolenie z siebie zwiędło mi natychmiast po wyjechaniu na ulicę i to niekoniecznie od upału. Pewnie, że się starałam, ale ostatecznie wyszło na to, że bez smukłej dłoni Jastrzębia na kierownicy i jego nieprawdopodobnego refleksu i wskazówek, przepchnęłabym kraj, w i tak dramatycznej sytuacji statystycznej, na pierwsze miejsce pod względem wypadków w Europie, a może na świecie. Nie mam aż tak dużej potrzeby zaistnienia w Księdze Guinessa, tym bardziej pośmiertnie.[/FONT] [FONT=Arial]Podczas masażu Garecik, oddawszy Kai bez protestu poduszkę Ireny, odszukał gryzaka z błony i z ciężkim westchnieniem uwalił się przy mojej głowie. Chcąc sobie zapewnić większy komfort, po namyśle starannie ułożył zabawkę na moim przedramieniu i objąwszy ją łapkami jak wiewiórka, skubał, dopóki nie zmorzył go wywołany upałem sen. [/FONT] [FONT=Arial]Kaja, nie zważając na zwiastuny burzy, powędrowała z przyjaciółmi do Baszty. Zaczęło się błyskać, więc Garet zrezygnował z manifestowania objawów choroby sierocej i wskoczył na moje łóżko, sapiąc nerwowo. Czochrałam go uspokajająco, ale nie dał się zmylić. Próbowałam mu zasłaniać oczy, ale z masochistycznym uporem wpatrywał się w gniewną manifestację natury. Okna nie zdecydowałam się zamknąć, było na to zbyt duszno. Wspaniale. Albo depresja i przeżuwanie nieszczęść, albo empatia i współodczuwanie strachu pupila. Zapowiedź snu opuściła mnie pospiesznie wśród imponujących grzmotów. Dotrwałam do powrotu Kai, grubo po północy. Garet natychmiast się ewakuował. Ułożyłam się na boku, już zapadałam w sen, gdy coś na mnie wskoczyło. Jak zwykle, nad ranem, Koleś przypomniał sobie, że mnie kocha i z dzikim uporem usiłował zakotwiczyć na mojej kości biodrowej wykorzystując jako podpórkę moją rękę. Byłam tak wymęczona, że otrząsnęłam się z irytacją, na co mój jedyny wielbiciel obraził się śmiertelnie. Zanim wygasiłam wyrzuty sumienia, zaczęło świtać. Burza umilkła, za to jednostajnie padał deszcz. Straciłam przytomność, śniąc o wypadających zębach, ucieczce z rąk terrorystów, pożarze i cierpiącej, umierającej Uli, o której myśl towarzyszy mi w tle zawsze. Zawsze. [/FONT] [FONT=Arial]18.07.2009, sobota.[/FONT] [FONT=Arial]Uch, ależ to był dzień. Ciężki, ale nagroda. [/FONT] [FONT=Arial]Już czwartek, kolejny pamiętny dzień jazdy z Jastrzębiem, wydawał mi się nie do przeżycia. Niewyobrażalny żar lał się bezlitośnie z nieba. Po pracy, oszołomiona, zdążyłam wpaść do domu na chwilę potrzebną do wzięcia prysznica i przebrania się. Nawarczałam na Gareta, potem na Irenę i Kaję, bo zaginął mój jedyny wyprasowany podkoszulek, który ostatecznie Kaja znalazła wiszący na haku w łazience i gotowy do założenia. Z domu wyszłam na wszelki wypadek wcześniej. Niestety, takie samo szlachetne założenie przyjął minibus, zazwyczaj spóźniający się około 20 minut. Tym razem jechał 10 minut przed czasem. Z furią spojrzałam na jego tylne światła. Świnia wypastowana. Czując, jak twarz pokrywa mi się drobnymi kropelkami wilgoci, dopadłam przystanku. Bez szans. Każdy przejazd łączony pozwoliłby mi dotrzeć na miejsce akurat na ostatnie 30 minut opłaconych dwóch godzin jazdy. Z bezradności łzy stanęły mi w oczach. Po kilku minutach autoperswazji (mam nadzieję, że nie gadałam na głos), popadłam w rezygnację. Zrobiłam, co mogłam, reszta nie zależy ode mnie. Ciche bulgotanie w czaszce nasunęło mi podejrzenie, że jestem, chwilowo świadomym, świadkiem gotowania się własnego mózgu. I wtedy nadjechał minibus z Buska Zdroju do Katowic. Jakieś dziwne miejscowości miał wymienione na tablicy, z czego tylko Racławice kojarzyły mi się z powodu historycznej bitwy, ale bynajmniej nie z powodu lokalizacji. Na wszelki wypadek zapytałam kierowcę, czy jedzie przez Dąbrowę. [/FONT] [FONT=Arial]-Tak.[/FONT] [FONT=Arial]Prawie popłakałam się z ulgi. Teraz groziło mi tylko pół godziny spóźnienia. Po drodze zaczęłam kombinować na zasadzie oczekiwania serii cudów i w Dąbrowie zapytałam z nieśmiałą nadzieją, czy jedzie przez Będzin. [/FONT] [FONT=Arial]-Tak.[/FONT] [FONT=Arial]Stłumiłam szloch szczęścia i uparłam się, żeby zapłacić z Dąbrowy, ale nie chciał. Dodał tylko złotówkę do przejazdu z Olkusza. Boże, co za cudowni ludzie powożą tymi busami?![/FONT] [FONT=Arial]Wysiadłam nad kanałem i zdążyłam akurat na czas, trafiając bez problemu. Idzie ku lepszemu? Nad błotnistą wodą fruwały cudne ważki o skrzydełkach koloru ultramaryny. Pachniało mułem i rozgrzanym asfaltem. Siedzący na ławkach ludzie wydali mi się sympatyczni i swojscy. Zaniepokoiłam się lekko na widok starszej pani, która wpatrywała się obsesyjnie w moje nogi. Owszem, miałam na sobie asymetryczną spódnicę z bladoróżowego lnu wystrzępioną artystycznie dołem, ale żeby aż tak...[/FONT] [FONT=Arial]-Och! – zawołała z ulgą, zrównawszy się ze mną. – Zastanawiałam się, dlaczego idzie pani boso![/FONT] [FONT=Arial]Roześmiałam się z taką samą ulgą. Miałam na stopach baleriny ze skóry, których kolor zlewał się z moimi opalonymi nogami i z daleka faktycznie mogłam wyglądać na bosonogą hippiskę. Na jazdy noszę wyłącznie buty na płaskiej i cienkiej podeszwie, żeby czuć te wszystkie pedały... Raz nawet jechałam boso i dopiero wtedy miałam właściwe wyczucie. [/FONT] [FONT=Arial]Jastrząb już czekał. Radość na jego widok sklęsła natychmiast po wyjechaniu na drogę. Czy ja naprawdę nigdy nie nauczę się jeździć prawidłowo?! Czy zawsze te tajemnicze znaki poziome na jezdni będą mi się zlewać w przypływie paniki w język zrozumiały dla każdego normalnego człowieka, ale nie dla mnie?! (w domyśle – nienormalnej). [/FONT] [FONT=Arial]Jastrząb po pokonaniu każdego skrzyżowania wzdychał z udręką, która wreszcie odnalazła drogę do kanału ulgi. Nie łudziłam się, nie z powodu upału. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy wracaliśmy do domu jego samochodem, oparłam się o zagłówek i odetchnęłam. [/FONT] [FONT=Arial]-Co, nareszcie relaks?[/FONT] [FONT=Arial]-Tak – odparłam, obserwując z przyjemnością płynne i pewne ruchy jego rąk. Wyglądało to jak balet. Widać było, że jest wręcz zrośnięty z samochodem. Powiedziałam mu to. [/FONT] [FONT=Arial]Ułożył usta w trójkąt, co zwiastowało poważny wykład [I]ex cathedra[/I]. [/FONT] [FONT=Arial]-Asiu. Ty masz tak, że jeśli w innych dziedzinach jesteś bardzo dobra, to tu też spodziewasz się tego samego. A kiedy ci się nie wiedzie, zamiast starać się rozwiązać problem i zastanowić, jak mam wybrnąć z tej sytuacji, jak sobie poradzić, przestajesz w ogóle myśleć, obraz ci się zlewa i zamazuje, myślisz – co ja mam zrobić?! – i szukasz winnego, czyli siebie. [/FONT] [FONT=Arial]-Dokładnie tak jest – przytaknęłam przygnębiona. – Ale naprawdę bardzo się staram.[/FONT] [FONT=Arial]-Widzę to. Może starasz się za bardzo? Po to tu jestem, żebyś mogła popełniać błędy i nie obwiniać się o nie. Przy mnie możesz się mylić, po to się uczysz. [/FONT] [FONT=Arial]-Boże, nie chcę nawet myśleć o tym, co będzie przez ten tydzień lekcji bez ciebie, z innymi instruktorami. [/FONT] [FONT=Arial]-A z kim jeździsz?[/FONT] [FONT=Arial]-Nie mam pojęcia, z różnymi przypadkowymi, którzy akurat byli wolni. Każdy będzie miał jedną, zasadniczą wadę – nie będzie tobą. A potem wynajdę jeszcze parę innych. Jezu, przy nikim nie będę się czuła bezpieczna![/FONT] [FONT=Arial]Przez dwa dni dzielące mnie od soboty, moje zdenerwowanie narastało. Upał też, wbrew prognozom, że ma zelżeć. Grzało tak, że wziąwszy pod uwagę to, że organizm składa się w większości z wody, ulice powinny zaludniać same szkielety odziane w kolorowe, uwodzicielskie, obwisłe wdzianka. [/FONT] [FONT=Arial]Wieczorem wyszłyśmy z Kają do ogrodu nazrywać wiśni. Garet zrobił wyjątek i oderwał się od chłodnych płytek w jadalni. Po ogrodzie z irytującym szelestem grasowała plaga koników polnych. Plaga mrówek zachowywała się ciszej. Wiśnie były małe, ale w ilościach wskazujących na kolejną plagę. Urodzaju. Bardzo szybko uzbierałyśmy całą reklamówkę. Garet plątał się pod iglakami. [/FONT] [FONT=Arial]-Mamuś, patrz, szybko! On zrywa agrest z krzaka! Myszunia, jaki ty jesteś mądry![/FONT] [FONT=Arial]Faktycznie, Garecik ostrożnie zerwał owoc agrestu, przez chwilę przeżuwał go w zamyśleniu, po czym plunął na sporą odległość resztkami. Cud, że nie pokłuł sobie tej ślicznej, aksamitnej mordki. Nasza zachwyty skwitował leniwym poruszeniem kity i lekkim uśmiechem.[/FONT] [FONT=Arial]Podlałyśmy rośliny wykorzystując deszczówkę z basenu. [/FONT] [FONT=Arial]-Och, jak cudownie by było zanurzyć się teraz w chłodnej wodzie! – westchnęłam tęsknie i natychmiast dotarło do mnie, że w podtekście brzmiało to jak: - wybierz, do cholery, tę resztę brei, umyj basen i napuść wody![/FONT] [FONT=Arial]Kaja wstawiła bukiety róż do wazonów i poszła do siebie. W drzwiach jadalni, którą zamieniłam na swój gabinet, stanęła Irena. [/FONT] [FONT=Arial]-Wciąż masz problem z tymi jazdami?[/FONT] [FONT=Arial]Oderwałam wzrok od laptopa i spojrzałam na nią ze zdumieniem. [/FONT] [FONT=Arial]-Chyba nie jest dobrze, skoro on (Jastrząb) wciąż musi ci wszystko podpowiadać...[/FONT] [FONT=Arial]-Nawet nie wiesz, jak! Jestem zrozpaczona! – wyznałam szczerze. –Ale nie mogę się poddać, bo wpadnę w skrajną depresję i już nigdy nie uwierzę w siebie! Skonam, a muszę to doprowadzić do końca![/FONT] [FONT=Arial]-Ale nie przyjdziesz i nie powiesz, o co chodzi. Tylko ja muszę myśleć...[/FONT] [FONT=Arial]Uszy mi oklapły w poczuciu winy. Dżizesss. Irena przemówiła ludzkim głosem, w dodatku ma całkowitą rację... [/FONT] [FONT=Arial]-To wypłać sobie z mojego konta tyle, ile potrzebujesz na te jazdy... Tylko daj mi znać.[/FONT] [FONT=Arial]Osłupiałam. Zarumieniłam się pod opalenizną i usiłowałam otrząsnąć się z szoku. [/FONT] [FONT=Arial]-Dzięki! Zwrócę ci![/FONT] [FONT=Arial]-A, tam... – wymamrotała bez odrobiny wiary, znając moją kondycję finansową i poczłapała zaparzyć sobie kawę. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy zdawałam Kai relację z niezwykłego incydentu, tylko się roześmiała. [/FONT] [FONT=Arial]-Ty naprawdę nie doceniasz babci. Myślisz, że ona tam tylko tak siedzi i układa pasjansa albo czyta i nic nie dostrzega...[/FONT] [FONT=Arial]No, nie, wiem, że Irena nieźle główkuje i jej mózg ekonomisty działa o wiele sprawniej niż mój, chaotyczny, humanisty, ale do głowy by mi nie przyszło, że zwraca uwagę na moje problemy, a jeśli nawet, to że się nimi przejmuje. [/FONT] [FONT=Arial]-I tak zostałam sprowadzona do właściwego poziomu – wyznałam mojej, szeroko uśmiechniętej, terapeutce. Uśmiecha się rzadko, bo moje pełne autonienawiści wynurzenia do tego nie skłaniają, ale jeśli już, robi to ślicznie. [/FONT]
-
[FONT=Arial]14.07.2009, wtorek.[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Kaja wróciła szczęśliwie, w jednym kawałku. Opalona (chociaż tam niemal przez cały czas padał deszcz), pogryziona (na szczęście tylko przez owady) i tryskająca wrażeniami jak gejzer. Odetchnęłam, bo dobrze mieć ją w domu dla niej samej, a poza tym liczyłam na to, że gdy trochę odsapnie i wygada się, wyruszy z kosiarką w dżunglę otaczającą nasz dom. Raz próbowałam wyprawić się po białe porzeczki, ale niestety, nie miałam maczety. Zanim dotarłam do krzaczka, kilkakrotnie natrafiłam na pokrzywy, od których natychmiast dostałam paskudnego uczulenia. Gorsze mam tylko po kontakcie z kosodrzewiną. Zaraz potem okazało się, że Irena była tam przede mną i na gałązkach wisiało tylko kilka bladozłotych gron. Co roku jada tylko czarne, które mnie pachną kocimi sikami, nie tykając czerwonych i białych, tego lata zaczęła akurat od nich. I po co ja się przedzierałam przez ten gąszcz?[/FONT] [FONT=Arial] Podjęłam niemrawą próbą uwolnienia winorośli od spływających po murze od strony sąsiada pędów dzikiego wina. Z rozpędu obcięłam też gałęzie bujnie obrastające pień lipy i mój pieprzony łokieć, pieprzonego tenisisty, się odmeldował. Pojękując z bólu zaskoczyłam, że równie dobrze, choć nie tak komfortowo, mogę trzymać sekator w lewej ręce. Garet, dyszący w cieniu pod wierzbą mandżurską, przyglądał mi się z politowaniem. Na murze poskrzekiwał żałośnie Szkaradny Kocurek, pielęgnując sfrustrowaną potrzebę bliskich kontaktów społecznych. Garet łypał na niego jednym okiem gotów w każdej chwili wybić mu z głowy spoufalanie się. Nasze koty leżały jak rozprasowane na balkonie. Brakowało im tylko panierki. Te to mają zdrowie. [/FONT] [FONT=Arial] Pomasowałam rwący bólem łokieć. Ostatnio nadwyrężyłam go sobie zabijając komara poduszką. Komar miał się bez wątpienia gorzej, chociaż cierpiał krócej. Komarzyca, znaczy. Ten gatunek ma odwrotnie niż ludzki... Waldi poradził, żebym kupiła coś na komary i przestała się wygłupiać. Czy to znaczy, że do końca życia będę się zmagać z tym niewydarzonym stawem? [/FONT] [FONT=Arial] Garet pogonił Marchew na śliwę i dał sygnał do odwrotu. W domu jest zdecydowanie chłodniej. Ocieplenie działa jak ścianki termosu. Obrzuciłam ostatnim spojrzeniem ogród. Huśtawka wymaga (już po roku!) zabezpieczenia kilkoma warstwami sadolinu. Basen wymaga opróżnienia z osobliwej substancji, w którą przez wiele miesięcy zamieniła się obficie dostarczana z nieba woda deszczowa, umycia i napełnienia czystą wodą. Wszystko, co zielone, wymaga zdecydowanego przetrzebienia. W tropikalnym klimacie, który nam nastał, roślinność rozbuchała się do granic możliwości. Naturalnie, to, co powinno być zdyscyplinowane lub nieobecne, wybujało najbardziej. Plagi winniczków, mrówek i koników polnych nie da się zwalczyć, więc trzeba odpuścić. Poobcinane gałęzie należy spalić nie alarmując straży miejskiej. Dzikie wino, porastające litościwie skonstruowany przeze własnoręcznie murek, przy którym krzywa wieża w Pizie zielenieje z zazdrości, muszę opanować, bo zarosło całą okolicę. No i muszę umyć taras pod balkonem. Niestety, części zniszczonej przez domalux chyba nie da się uratować. [/FONT] [FONT=Arial]Bez wątpienia jest to najlepszy lakier, z jakim miałam do czynienia. Schnie błyskawicznie, tworząc wyjątkowo trwałą i twardą powłokę. Jego zalety są również wadami. Pędzel nie da się użyć powtórnie, bo nawet oczyszczony i zanurzony w wodzie kamienieje na amen już po kilkunastu minutach. Lakier zasycha w trwałą i twardą powłokę również w puszce, jeśli nie zużyje się go od razu. Co najgorsze, otworzenie puszki wymaga nie tyle siły, co niezwykłej pomysłowości i kreatywności w doborze narzędzi, stanowi bowiem monolit. [/FONT] [FONT=Arial]Podsmażałam się na leżaku zastanawiając się, jak długo jeszcze wytrzymam. Obok, na ławce, Irena grzała sobie wybiórczo kręgosłup krzyżowy, poza nim szczelnie osłonięta. Garet posapywał w cieniu zwisających z mojego nieszczęsnego murku pędów dzikiego wina, roznamiętniony Szkarady Kocurek charczał tęsknie na balkonie, nad naszymi głowami. [/FONT] [FONT=Arial]-Mamuś, spróbujesz otworzyć tę cholerną puszkę? – Kaja wyrwała mnie z agonalnej drzemki wręczając mi domalux i śrubokręt. [/FONT] [FONT=Arial]-Jasne – wymamrotałam, opuszczając leżak do pozycji nogami w dół. [/FONT] [FONT=Arial]W trakcie pracy, która zdawała się z góry skazana na niepowodzenie, mój upór narastał. [/FONT] [FONT=Arial]-To już może daj spokój? Spróbujemy czym innym...[/FONT] [FONT=Arial]-W życiu! – wysapałam. –Już prawie...[/FONT] [FONT=Arial]-Proszę cię, nie wbij sobie w coś tego śrubokrętu...[/FONT] [FONT=Arial]-Spoko... Mam ją! – wrzasnęłam z triumfem. W tym samym momencie, kiedy przemknęła mi przez głowę myśl, że powinnam unikać gwałtownych ruchów, poczułam zapach lakieru oraz rozlewającą się na brzuchu, udach i dłoniach lepką ciecz. [/FONT] [FONT=Arial]Wrzasnęłyśmy obydwie. Garet przytomnie zerwał się i odskoczył, zanim przed oczami pojawiła mi się wizja wygolonego psa... [/FONT] [FONT=Arial]-O, nierządnica jego mać! – jęknęłam, z niespodziewaną bystrością umysłu rejestrując fakt, że jest sobotnie popołudnie, a nie przypominam sobie obecności rozpuszczalnika w domu... [/FONT] [FONT=Arial]Kaja pobiegła po papierowe ręczniki, a ja tkwiłam osłupiała, nie ruszając się, aby nie zwiększać szkód. Lakier spływał ze mnie i impregnował leżak. [/FONT] [FONT=Arial]-I co ty teraz zrobisz? – zadała zasadnicze pytanie Irena, gapiąc się z pełnym grozy zaciekawieniem na moje polakierowane ciało. Gdyby temperatura była o trzy stopnie wyższa, pewnie stanęłabym w ogniu...[/FONT] [FONT=Arial]-Sama chciałabym wiedzieć... – wymamrotałam zgnębiona. [/FONT] [FONT=Arial]Wytarłam się przyniesionymi przez Kaję ręcznikami. Z mizernym skutkiem. To, co nie spłynęło na leżak i gresowe płytki, zastygało w piorunującym tempie. Odkleiłam się od leżaka i ostrożnie, jak rycerz zakochany w swojej zbroi, ruszyłam do piwnicy. Po gorączkowych poszukiwaniach w szafkach, przyklejając się sama do siebie, odnalazłam resztkę szwedzkiego rozpuszczalnika, który kilkanaście lat temu kupiłam do szwedzkiego lakieru, którym malowałam opalone z farby drzwi. Pytanie, czy jeszcze działa i czy wejdzie w interakcję z polskim lakierem. Prawie popłakałam się z ulgi, gdy okazało się, że działa. Większość powłoki udało mi się usunąć. Reszta zeszła razem z naskórkiem. Dzięki Bogu, bo pozbawiona możliwości dodatkowego schładzania, padłabym trupem z przegrzania. [/FONT] [FONT=Arial]Pogoda, histerycznie zaburzona, oscyluje od upiornych upałów do wściekłych burz. Stała pozostaje jedynie blisko stuprocentowa wilgotność powietrza, zapewniająca zwielokrotnione doznania. Najchętniej noszę obwisłe, przewiewne, lniane męskie koszule. I guzik mnie obchodzi, jak w nich wyglądam. Czasami przebieram się za kobietę, ale nie kończy się to dobrze. Tego dnia, gdy ubrałam się na biało w nadziei, że większość słonecznego światła odbije się ode mnie i podąży ku bliźnim, już przy porannym zaparzaniu ziół zaplamiłam sobie podkoszulek. Rozproszyło mnie gwałtowne rozstanie z łyżeczką, którą w drugim, półlitrowym kubku, mieszałam sobie kawę. Niedawno Ewa, kierowniczka mojej rodziny zastępczej, cieszyła się, że znowu mamy łyżeczki. Świeżo zakupione. Bo poprzednie jakoś się wykruszyły... Wszyscy wiedzą, że kolejno znikały w niedostępnych czeluściach za kuchennym blatem przysposobionym ze starych, laminowanych drzwi. Zdradziecka szpara zieje tuż za ociekaczem do sztućców. Nemezis. Zerknęłam w dziurę, ale oczywiście nic tam nie zauważyłam. Za parę lat poziom utraconych sztućców podniesie się do tego stopnia, że będzie je można wyjmować ręką. [/FONT] [FONT=Arial]-Tak już mam – poskarżyłam się Kasi, z którą paliłyśmy w cieniu pod schodami, przy pojemnikach na śmieci. Kasia wzdychała spazmatycznie i ocierała łzy wywołane moją opowieścią o egzaminie na prawo jazdy. Cudowna, mądra, odpowiedzialna i dojrzała dziewczyna, o parę lat starsza od Kai i bardzo do niej z usposobienia podobna. [/FONT] [FONT=Arial]-Powinnam stale nosić śliniak. A moje umiłowanie do naturalnych włókien skutkuje tym, że zaraz po prasowaniu, którego nienawidzę, wyglądam tak, jakbym spędziła niespokojną noc w kartonie przy miejskim śmietniku...[/FONT] [FONT=Arial]-Nie martw się, tej plamy prawie wcale nie widać – pocieszyła mnie Kasia, pociągając nosem i osuszając oczy. [/FONT] [FONT=Arial]W południe zrobiłam sobie sałatkę z pomidora. Przytomnie wsunęłam się głęboko pod biurko. Dodatkowo zasłaniała mnie szuflada z klawiaturą, której już nic nie zaszkodzi, skoro wytrzymała ze mną i nieprzewidzianą przez producenta, dodatkową zawartością, której nie da się wytrząsnąć, przez dwa lata. Niestety, jeden z ostatnich kawałków pomidora wymknął mi się spod kontroli. Ujrzawszy biel, zakrzyknął radośnie: -Jeeee!!! Jaki piękny tor saneczkowy! – I omijając zręcznie klawiaturę ruszył zgrabnym ślizgiem przez spódnicę w dół. [/FONT] [FONT=Arial]Rozpaczliwe działania reanimacyjne przy pomocy płynu do mycia naczyń przyniosły efekty tyleż niezadowalające, co skłaniające do refleksji. [/FONT] [FONT=Arial]Ledwie pozbyłam się problemów ze stroną internetową złośliwie rozłażącą się w mozilli, a perfekcyjną w eksplorerze, zaczęły mi się jazdy. Zgodnie z moim życzeniem, z Dąbrowy, a raczej z Będzina o rzut beretem od Dąbrowy. Świetnie to sobie wykombinowałam, żeby nie płacić za godzinę przejazdu trasą z Olkusza i z powrotem, aby mieć tę godzinę do wyjeżdżenia po mieście. Niestety, nie wzięłam pod uwagę tego, że Jastrząb, robiąc dla mnie wyjątek, jest związany innymi zobowiązaniami i moich grymasów (po południu!) w pełni nie zaspokoi. Zdołał wcisnąć mnie na dziesięć godzin, czyli pięć sesji. Zachciało mi się nagle racjonalności. Pogięło mnie chyba, cholera! Czy potrzeba było specjalnego wglądu, żebym sobie uświadomiła, że chcę jeździć tylko z nim, obojętne, z jakiego miasta, nawet z Gdańska?! Ale przepadło. Kolejne godziny muszę wziąć z kimkolwiek. Z Dąbrowy. Ta sama rodzinna firma, ale nie ten sam instruktor. A przecież tylko to, zatabaczony łbie, było ważne! No, trudno. Nadzieja umiera ostatnia, a głupota żyje wiecznie (to mój własny aforyzm wynikły z doświadczeń).[/FONT] [FONT=Arial]Dziesiątego wsiadłam do matbusa, jadącego wprost do Będzina. Spoko, przez niemal dwa lata dojeżdżałam nim na kurs języka migowego. Wysiadanie na właściwym przystanku miałam opanowane do połowy. 50 na 50 procent. Większość trafnych zależała od najstarszego kierowcy, który z wyrozumiałym uśmiechem wyrzucał mnie z pojazdu tam, gdzie trzeba. Jeśli prowadził kto inny, pojawiał się problem. [/FONT] [FONT=Arial]Wydrukowałam sobie mapę, zupełnie nieświadoma tego, że w mojej zaburzonej wyobraźni przestrzennej umiejscowiłam ją dokładnie odwrotnie. To znaczy, że gdybym usiłowała się nią kierować, powoli, ale nieuchronnie, zawędrowałabym z powrotem do Dąbrowy, nie zahaczywszy nawet o OSK w Będzinie. Opatrzność przewrotnie czuwała. [/FONT] [FONT=Arial]Postanowiłam wysiąść na dworcu autobusowym, bo miałam być na osiemnastą, więc miałam sporo czasu w zapasie. Zaniepokoił mnie lekko widok okalających jakiś cmentarz białych, posępnych figur aniołów, które mgliście kojarzyłam ze Śląskiem, ale niekoniecznie z Będzinem. Przedarłam się do kierowcy.[/FONT] [FONT=Arial]-Przepraszam bardzo, czy nie wjeżdża pan na dworzec w Będzinie?[/FONT] [FONT=Arial]-Od ponad roku tam nie wjeżdżamy. Jesteśmy w Sosnowcu...[/FONT] [FONT=Arial]-O, Jezu! – jęknęłam rozpaczliwie. [/FONT] [FONT=Arial]Nie chciał ode mnie dopłaty, zatrzymał pojazd, pokazał palcem, na którym przystanku mam wsiąść i w którym kierunku jechać, aby wrócić. [/FONT] [FONT=Arial]Udało mi się dojechać na właściwe skrzyżowanie. Po przejściu kilkuset metrów zorientowałam się, że to nie ten kierunek. Zawróciłam. Pestka! Wystarczy pokonać przejście podziemne i będę na właściwej drodze. Rozejrzałam się uważnie, ustaliłam kierunek i wlazłam w mroczne podziemia. Wydostałam się na powierzchnię, rozejrzałam się uważnie, ustaliłam właściwy kierunek... [/FONT] [FONT=Arial]Po piątej próbie wychynęłam z podziemi w odpowiednim miejscu. Szczury laboratoryjne tarzały się i kwiczały ze śmiechu.[/FONT] [FONT=Arial]Dotarłam pod znany hipermarket i zadzwoniłam do Jastrzębia, starając się wygasić histerię w głosie. Po krótkiej dyskusji (jestem już prawie na miejscu!) przytomnie poprosił, żebym czekała na parkingu, nie ruszała się stamtąd, on przyjedzie. Błyskawicznie zrozumiał, że jeśli pozwoli mi na dalszą eksplorację okolicy, nawet zmasowane wysiłki policji w celu odnalezienia mnie spełzną na niczym. [/FONT] [FONT=Arial]Wkrótce z obezwładniającą ulgą patrzyłam, jak perfekcyjnie parkuje i wysiada z samochodu. Wreszcie, po raz pierwszy od półtora miesiąca, poczułam się pewnie i bezpiecznie. Jak w wymarzonym domu. O Boże! Dlaczego piorun nie mnie trafił prosto z rozprażonego nieba w rozkudłany łeb, kiedy wyobraziłam sobie, że jestem dorosła, dojrzała i uparłam się przy tych cholernych popołudniach? Przecież jeszcze mam urlop. I dobrze mi tak. Zasłużyłam na wszystko za moją głupotę. Cholera. To jedyny człowiek, który ma dla mnie anielską cierpliwość, który rozumie mnie lepiej niż moja terapeutka, a przynajmniej tak samo, przy którym nie zdążyłam uruchomić wszystkich mechanizmów obronnych, bo się zagapiłam na początku, a potem już było za późno... Jedyny człowiek, przy którym mówię ludzkim głosem, w dodatku bez oporów, szczerze i jestem w stanie wydusić z siebie więcej niż dwadzieścia pełnych zdań (dziesięć dziennie to ewenement) ... Ale sobie spieprzyłam dalszą naukę jazdy... Naukę życia, shit!!![/FONT] [FONT=Arial]-To jest pierwszy raz po długiej przerwie, więc będę ci podpowiadał. [/FONT] [FONT=Arial]Pokiwałam głową i przymierzyłam się do miejsca pasażera. [/FONT] [FONT=Arial]-O, nie! – roześmiał się bezlitośnie Jastrząb, błyskając bursztynowymi oczami drapieżnika. –Ty prowadzisz. Stąd. [/FONT] [FONT=Arial]Z westchnieniem wgramoliłam się na miejsce kierowcy i zaczął się koszmar. Dzięki jego nieprawdopodobnemu refleksowi przeżyliśmy oboje. Starałam się dać z siebie wszystko, ale to było mniej więcej tyle, ile daje z siebie ogłupiały kot dostając się w światła reflektorów, zanim trafią go koła i przeniesie się za Tęczowy Most. Reszta niech będzie litościwym milczeniem. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
:roll: Rany, czuję się jak przed porodem. Wtedy wszystkie koleżanki opowiadały o wszelkich możliwych patologiach. Poważnie zwątpiłam w to, że jest to akt fizjologiczny i tak mi już zostało. Gdyby wszyscy poszli w moje ślady, wkrótce liczba ludności świata zmniejszyłaby się o połowę. A potem było by coraz luźniej... :diabloti:
-
:diabloti: I proszę mi tu zaraz uwagi. Potrzebuję dopingu i wsparcia, bo mam doła. [FONT=Arial]03.07.2009, piątek.[/FONT] [FONT=Arial] Boże, co za lato. Zero równowagi, zupełnie, jak w moim życiu. W pracy elektronika zaczęła świrować od wilgoci. Alarm o pierwszej w nocy ściągnął kierowniczkę mojej rodziny zastępczej do pracy. Z urlopu, żeby wszystko było jasne. Okno było otwarte tylko w mojej norce. Shit. Przyzwyczaiłam się do tego, że Paweł przed wyjściem zamykał i gasił wszystko. Od kiedy jest na wypowiedzeniu, nie wysila się, więc uznałam w poczuciu winy, że to moja niedbałość zafundowała Ewie dramatyczną pobudkę. Po weekendzie, kiedy zajrzała na chwilę do pracy, pełna skruchy przeprosiłam i przysięgłam, że będę wyłączać i zamykać wszystko, co tylko możliwe. [/FONT] [FONT=Arial] Machnęła lekceważąco ręką. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie przejmuj się, Joasiu, podczas weekendu byłam tu dwa razy. To chyba myszy. Kazałam kupić i zainstalować pułapki. [/FONT] [FONT=Arial] -Myszy?! – zdumiałam się. –Niemożliwe. Nigdy nie zauważyłam żadnych śladów. Niemożliwe. To już raczej od niespotykanej wilgotności powietrza wszystko się sypie. Daj spokój z tymi pułapkami, bo się same w nie połapiemy... Coś czuję, że ja, jako najprzytomniejsza, będę pierwsza. [/FONT] [FONT=Arial] Z dreszczem grozy wyobraziłam sobie kolejny dzień, kiedy w moim ulubionym mieście (a robią to często) wyłączają prąd. W naszych podziemiach świecą się jedynie dające nikłe światło (akurat takie, żeby wycelować w kibel) znicze nagrobkowe i nagle ktoś trafia na pułapkę. Sera nie zeżre, ale jak potem opisać taki wypadek w pracy?! W swoim gabinecie nie pozwolę postawić żadnej. I tak z trudem poruszam się w tym zorganizowanym chaosie. Szczególnie teraz, kiedy perfekcyjnie opracowana nowa strona internetowa wali mi się w mozilli. W IE wygląda perfekcyjnie, w mozilli div-y zachodzą na siebie i nie wpisuje się formatowanie tekstu. Shit, shit!!! Co ja, bitch jego mać, robię źle?!!! W ciągu dnia wypowiadam jakieś dziesięć zdań, a wszystkie to tłumaczenie powyższego. No, może bardziej dosadne. Nic mnie nie cieszy, a problem śni mi się po nocach, w ciągu tych nędznych kilku godzin, kiedy w ogóle zasypiam. A przecież css jest w porządku! Cholera. Ale padnę, a znajdę przyczynę. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatni dzień pobytu Kai w domu oraz nienajgorszą chwilowo pogodę postanowiłam wykorzystać na wykąpanie Gareta. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja, zdawszy egzaminy, postanowiła jechać na Opener’a do Gdyni, a potem na kilka dni na Mazury. Rozważa poważnie moją propozycję studiów doktoranckich. Nie dlatego, żeby miała realizować to, czego ja żałuję. Że musiałam zrezygnować, bo nie było mnie stać, a ona będzie mieć stacjonarne za darmo. Lubi życie studenckie i wciąż nie jest pewna, co chciałaby robić. Terapię na pewno nie.[/FONT] [FONT=Arial] -A gdybym... a gdyby udało mi się znaleźć ci jakiś fajny staż tutaj?... – zapytałam z wahaniem, jednocześnie analizując w myśli dostępne możliwości. Sto razy łatwiej komuś, niż sobie.[/FONT] [FONT=Arial] -Mamuś, ja nie jestem małomiasteczkowa! – zaprotestowała gorąco. –Może nie wykorzystuję wszystkich możliwości dużego miasta, ale nie potrafię gdzie indziej żyć! Jeśli nie Kraków, to może Wrocław, albo coś innego...[/FONT] [FONT=Arial] -Jasne. To równie dobrze możesz wyprowadzić się na Grenlandię – wymamrotałam zgnębiona. [/FONT] [FONT=Arial]Fakt, Kaja urodziła się w dużym mieście, przez pół życia mieszkała w dużym mieście, a tutaj wylądowała z konieczności, po moim rozwodzie. Nigdy się nie skarżyła, ale muszę uszanować jej priorytety. O Boże, please, doktorat! Na macierzystej uczelni, UJ!!! W końcu mój dziadek studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, mój ojciec jeden kierunek też, drugi na Śląskim, jak ja, niech będzie, że to kontynuacja... [/FONT] [FONT=Arial]Chyba przeżywam samotnie syndrom „pustego gniazda”. Jak sobie z tym poradzić? Zero wsparcia. [/FONT] [FONT=Arial]-Spaliśmy w trójkę – ziewnęła Kaja w południe, gdy zwlokła się z łóżka. –Garet, penis i ja. [/FONT] [FONT=Arial]Zachichotałam. –Słuchaj, jest w miarę przyzwoicie, musimy go wykapać. On nie wytrzyma do twojego powrotu! Oblezie ze skóry![/FONT] [FONT=Arial]-No dobra – powiedziała z nikłym entuzjazmem. [/FONT] [FONT=Arial]-Chyba nie będziemy musiały go nieść, jak poprzednim razem? Mój łokieć tego nie wytrzyma – jęknęłam, rejestrując nieobecność Gareta w zwykle zajmowanych miejscach, to znaczy na wszystkich parapetach, fotelach i kanapie. –Gdzie on, do cholery, jest?![/FONT] [FONT=Arial]-Przed domem – odparła ponuro Kaja. –I nie zamierza wejść. [/FONT] [FONT=Arial]Po zamknięciu wszystkich możliwych drzwi oraz użyciu wszystkich możliwych sposobów perswazji, udało nam się wywabić kundla na balkon. [/FONT] [FONT=Arial]-Garecik, jesteś już dorosłym mężczyzną. Żadnego świrowania, pokaż swoją dojrzałość! – zażądałam dość beznadziejnie, za to z wystarczającym ogniem, aby nasz kanapowiec-parapetowiec zwlókł się do ogrodu. Potem już poszło gładko. Kaja ciągnęła przód, ja pchałam bagażnik. Wkrótce cały taras pod balkonem, leżaki, my oraz ręczniki pokryły się czarnym włosiem. Garet, uwolniony od brudu, z karbowaną sierścią, ruszył galopem w poszukiwaniu wystarczająco suchego, szkaradnie zanieczyszczonego miejsca, w którym mógłby się wytarzać, aby zniweczyć nasz wysiłek.[/FONT] [FONT=Arial]Ups. Nie znalazł! Ta cholerna pogoda! Fatalnie! Trawa urosła po kolana i to taka bujna, że nie było śladu piasku. W amoku rzucił się w największe krzaki. [/FONT] [FONT=Arial]-O Boże, mamuś, patrz, co on wyprawia! Jakiego zeza robi! Boże, jaki jest śmieszny! Przecież te tuje wyglądają, jakby napadło je stado po******ch wiewiórek!!! [/FONT] [FONT=Arial]Stado pokręconych wiewiórek wyschło wreszcie, zostało profilaktycznie spryskane Frontline’m i zajęło się końskim niewymownym, zredukowanym do wielkości cygara. [/FONT] [FONT=Arial]Obsychałam na mokrym leżaku wpatrując się w dżunglę, w jaką zamienił się ogród. Splątane rośliny oplatały się wzajemnie tworząc ścianę rozbuchanej zieleni. Kwiaty róż zbrązowiały od deszczu, za to mszyce chyba się potopiły. Natomiast setki tysięcy ślimaków mają się świetnie. Całe szczęście, że to winniczki, więc nie wyglądają obrzydliwie. Ale i tak moja sympatia do ich gwałtowanie zmalała, od kiedy ich populacja przybrała rozmiary plagi. Nie da się postawić nogi, żeby nie usłyszeć chrupnięcia skorupki. Muszę pogadać z siostrą Szalonego Ogrodnika, ciągle sprzedaje jakieś płody natury, może je sobie pozbiera i zawiezie do skupu, zanim nas zeżrą jak myszy Popiela. Na razie zeżarły Irenie jej nadzieję na sałatę. Irena, w wyjątkowym jak na nią porywie energii, powtykała w ziemię sadzonki. Nic nie mówiłam, bo cieszę się, ilekroć odrywa się od krzesła i książki, bo naprawdę potrzebuje ruchu. [/FONT] [FONT=Arial]-Nie ma – zawiadomiła mnie następnego dnia głosem pełnym ponurego zdumienia i spojrzała na mnie podejrzliwie.[/FONT] [FONT=Arial]-Czego nie ma?[/FONT] [FONT=Arial]-Sałaty. Może zadeptałaś?[/FONT] [FONT=Arial]-No weźże, daj spokój, już się rozpędziłam, żeby skakać po deszczu i twojej sałacie... chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz. Ślimaki ci zeżarły.[/FONT] [FONT=Arial]-Ale wszystko? Ani jeden listeczek nie został. [/FONT] [FONT=Arial]-Wreszcie się doczekały zdrowej przekąski. Pewnie rzucały losy, którym przypadnie...[/FONT] [FONT=Arial]Irena w dzikim uporze zasadziła następną porcję sadzonek, które tym razem dostała od sąsiadki mieszkające kilkaset metrów dalej, do której jeszcze plaga nie dotarła. Następnego dnia poinformowała mnie, że z kilkunastu sałatek została tylko jedna, pod pokrzywą.[/FONT] [FONT=Arial]-To jeszcze jej zdążysz pomachać na do widzenia –pocieszyłam ją. [/FONT] [FONT=Arial]Zaczęłyśmy rozważać zbieranie ślimaków do reklamówek i wynoszenie ich na ostatni kawałek nietkniętej ludzką ręką łąki, który jeszcze się ostał przy hipermarkecie, ale na gadaniu się skończyło. [/FONT] [FONT=Arial]Łąka jest gęsto zamieszkana, bo przeniosły się tam kaczki i bażanty z podmokłego terenu po drugiej stronie ulicy, na którym postawiono wielki pawilon meblowy. Bardzo rozsądnie, w odległości pięćdziesięciu metrów od innego. Pawilon powstał w rekordowym tempie kilku miesięcy. Na moje niefachowe oko nie przeprowadzono właściwego drenażu gruntu, bo budynek niemal natychmiast otoczyła woda. Kotłowały się w niej i rechotały setki żab. Niedawno, wracając z pracy, byłam świadkiem ich pogrzebu. Po przyszłym parkingu jeździła jakaś wielka maszyna rozgarniając i wyrównując nawiezioną kamienistą ziemię. Żegnajcie, ropuszki. Pomyślałam z mściwą satysfakcją, że właściciel pawilonu doświadczy ich zemsty zza grobu. Woda pojawi się z powrotem, choćby pękł. Te łąki zawsze były podmokłe. Odkąd pamiętam, rosły tam trzciny szeleszczące sucho przy każdym podmuchu wiatru, kaczeńce, wierzby i jakieś rośliny pachnące jak dobra woda kolońska – zawsze zwalniałam kroku, żeby powdychać ten aromat. Podobno przed którąś wojną były tam tereny rekreacyjne i stawy. [/FONT] [FONT=Arial]Po południu nadciągnęła kolejna burza, na którą nie zwróciłam uwagi, zajęta rozpracowywaniem problemów z arkuszem css. Na masaż poszłam lekko nieprzytomna. Garet bez oporów oddał bawełniany chodnik, za to przyniósł sobie wełnianą poduszkę z pokoju Ireny. Kaja natychmiast mu ją wyrwała. Wobec tego z westchnieniem zajął się cygarem. [/FONT] [FONT=Arial]-To mu chyba dobrze nie robi – zauważyła Kaja, gwałtownie machając dłonią przed nosem. [/FONT] [FONT=Arial]-Co masz na myś... oooo BOŻE!!!! Garecik, wynocha na dwór! Jakie ty smrodliwe bąki puszczasz! – wrzasnęłam, kiedy i do mnie dotarła fala uderzeniowa. –Powietrza![/FONT] [FONT=Arial]Szersze otwarcie okna niewiele dało, a Garet ani myślał pozbawić nas swego cennego towarzystwa. Skubał w skupieniu resztki wędzonego konia i tylko co jakiś czas z lekkim zdumieniem i niedowierzaniem zerkał przez ramię na okolice swojego ogona. Pewnie usiłował zlokalizować miejsce, które spontanicznie produkuje tak mocny aromat. Wreszcie zmęczył się gryzieniem, westchnął ciężko, uwalił się na mojej głowie i zasnął.[/FONT] [FONT=Arial]-Jaki on jest cieplutki – wymamrotałam rozmarzonym głosem przez gąszcz pachnącego futra. –I promieniuje taką dobrą energią, tak samo, jak Funiaczek. To taka szczególna aura... [/FONT] [FONT=Arial]-Myszunia, tylko teraz nie pierdnij, bo wszystko zepsujesz – powiedziała ostrzegawczo Kaja.[/FONT] [FONT=Arial]Wybuchnęłam śmiechem wprost w krzyże Gareta i nie mogłam przestać. [/FONT] [FONT=Arial]Wieczorem Kaja zaczęła gromadzić rzeczy na wyjazd. Kiedy zobaczyłam wypchany po brzegi nowy plecak, śpiwór, karimatę i pożyczony, pięciokilogramowy namiot, zrzucone w korytarzu, zwątpiłam. [/FONT] [FONT=Arial]-Dziecko, przecież ty tego nawet nie podniesiesz! [/FONT] [FONT=Arial]-Spoko, mamuś, podniosę. [/FONT] [FONT=Arial]-Jasne, tylko po to, żeby zaraz przewrócić się na plecy – powiedziałam zgryźliwie. –Będziesz leżała i wierzgała jak żuk. [/FONT] [FONT=Arial]Na Opener’a Kaja jechała w licznym towarzystwie, za to na Mazury gorzej, niż sama. Początkowo było wielu rozentuzjazmowanych chętnych, ale wykruszali się po kolei. Ostatecznie zadzwoniła do kolegi z liceum, obecnie zawodowego wojskowego, który zgodził się uszczęśliwiony. Niestety, wiem, że pojechałby nawet, gdyby miał zdezerterować.[/FONT] [FONT=Arial]-Nie będziesz zadowolona – zawahała się Kaja. [/FONT] [FONT=Arial]-Kto to jest? – zapytałam, tknięta paskudnym przeczuciem. Uwielbiam wszystkich jej kolegów z wyjątkiem jednego. [/FONT] [FONT=Arial]-No właśnie – powiedziała Kaja.[/FONT] [FONT=Arial]-Nie?! Ciężki Przypadek Dermatologiczno-Psychiatryczny?! – zawołałam z bolesnym protestem. [/FONT] [FONT=Arial]-No. Teraz już chyba tylko psychiatryczny. [/FONT] [FONT=Arial]Cholera jasna i szkaradna. Nawet nie mogłam zagrozić, że psem go poszczuję... Burze szalały za oknem i w mojej duszy. Nigdy Kai niczego nie zabraniałam, od pierwszej komunii miała całkowicie wolną rękę, nigdy jej nie kontrolowałam, owszem, mijałam ją na ulicy nie zauważając, ku uciesze jej przyjaciół, ale ten typ rozżarzył mnie do białości. I to nie tylko dlatego, że wyglądał jak wyglądał. Wyglądał mianowicie tak, że gdyby ta dziedzina medycyny jeszcze nie istniała, na jego potrzeby natychmiast stworzono by dermatologię. Już nie pamiętam, jak to się stało, że w wyleniałym łbie pokrytym tłustymi brudnoblond strąkami utkwił mu numer mojej komórki. Może kiedyś Kaja wysłała z niej sms-a do niego, nie pamiętam. W każdym razie zaczął bombardować mnie wiadomościami w przekonaniu, że pisze do Kai. Na moje zdecydowane żądania wyprowadziła go z błędu, ale najwidoczniej informacja nie dotarła. Sygnały i sms-y podrywały mnie na nogi o różnych dziwacznych porach doby, nierzadko nad ranem. Wkurzona do nieprzytomności naciskałam na Kaję, żeby go spacyfikowała, bo długo już nie wytrzymam i posunę się do rzeczy strasznych. Wreszcie, którejś nocy, po kolejnym dzwonku o drugiej po północy, rozjuszona do białości, drżącym kciukiem wystukałam sms-a: „Od******* się ode mnie, ty obłąkany kretynie!!! Jestem matką Kai, ty zboczeńcu i nie życzę sobie, żebyś mnie prześladował!!! Jeszcze raz, a naślę na ciebie policję!” (wówczas miałam takie możliwości i znajomości).[/FONT] [FONT=Arial]Z wściekłości nie mogłam już zasnąć, a rano zrobiłam awanturę Kai. Jeśli ten idiota nie odczepi się ode mnie, i to natychmiast, pójdę do jego rodziców, pójdę do szkoły i pójdę na policję! Nie zniosę ani odrobiny więcej! Niech się odwali i idzie do psychiatry, albo zniszczę gnoja!!![/FONT] [FONT=Arial]Kaja chyba nigdy nie widziała mnie w stanie takiej furii. Musiała zadziałać energiczniej, bo Ciężki Przypadek wreszcie dał mi spokój, choć poczucie zagrożenia towarzyszyło mi jeszcze długo. I teraz jedzie z nim na Mazury! Chryste, oszalała, ale znalazła sobie ochroniarza![/FONT] [FONT=Arial]Przez kilkanaście minut przeżuwałam wiadomość i biłam się z myślami. Nawet nie słyszałam, co Kaja paplała, a gadała, jak zwykle, jak nakręcona. Nie wiem, po kim ona to ma. Ja jestem zaprzysięgłym milczkiem, jej ojciec miał podobnie... [/FONT] [FONT=Arial]-Słuchaj – powiedziałam wreszcie – jeśli ci coś głupiego strzeli do głowy, przysięgam, że się ciebie wyrzeknę! Możesz sobie jechać nie tylko do Wrocławia, ale na Alaskę![/FONT] [FONT=Arial]-No co ty, mamuś, przecież mnie znasz![/FONT] [FONT=Arial]Jasne, znam, ale jeśli złośliwy los wepchnie incydent w sferę mojego życiowego pecha, żeby przypadkiem nie naruszyć paskudnej równowagi we Wszechświecie... tfu, na psa urok![/FONT] [FONT=Arial]Garet zastrzygł uszami i zaklekotał końskim Ciężkim Przypadkiem. [/FONT]