-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
;)O Boże, co za ulga, Cyganeczko. Zdecydowanie wolę ludzi "normalnych"! [FONT=Arial]06.09.2008 sobota[/FONT] [FONT=Arial]SFIKSOWANI[/FONT] [FONT=Arial] -Ty już kompletnie sfiksowałaś na punkcie tego psa – powiedziała z niesmakiem Irena, przyglądając się naszemu posiłkowi. Garecik zwieszał się przez poręcz swojego fotela na mój fotel, by nie rzec – talerz, który trzymałam na kolanach. Śliczną myśliwską główkę ułożył na big milkach i spod podwiniętych rzęs sennym wzrokiem śledził kęsy niesione na widelcu. Z królewską godnością i nieopisanym wdziękiem delikatnie brał jedwabistymi wargami to, co najlepsze, przeznaczone dla niego. [/FONT] [FONT=Arial] -Mamuś, ty chyba zupełnie oszalałaś! – jęknęła Kaja na wieść, że na czas jej wyjazdu do Rabki wzięłam urlop, żeby Garecik nie sfiksował sam z tęsknoty. –Przecież w październiku wrócę do Krakowa i tak czy tak będzie sam! Spróbuj jakoś normalniej traktować tego psa, przecież ty w nim utrwalasz te patologiczne zachowania![/FONT] [FONT=Arial] -Październik to październik – odparłam z oślim uporem – a poza tym przysługuje mi jeszcze 10 dni na rehabilitację i w październiku idę na wyciąg szyjny. Poza tym ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak on cierpi. Przecież pies nie potrafi udawać! Popatrz na ból w tych cudnych oczach – jest autentyczny! Posłuchaj, jak płacze, ja to po prostu czuję i przeżywam co najmniej tak samo... [/FONT] [FONT=Arial] -Nie tak samo tylko o wiele bardziej... Odbiło Ci kompletnie – zawyrokowało moje dziecko. [/FONT] [FONT=Arial] Nie znaczy to, że nie kocha Gareta. Kocha go obłędnie. Ale rozsądnie, co nie zostało mi dane. Rozmawia z nim, przytula, całuje, karci, pieści, bawi się, bierze na spacer pomimo śmiertelnego zagrożenia wynikającego z jego natury. [/FONT] [FONT=Arial] Nigdy nie zapomnę jej reakcji po śmierci Funiaczka. Ja wyłam od piątej rano, ale obudziłam ją dopiero o ósmej. Nasz cudny król leżał w pokoju, nareszcie spokojny i niecierpiący, na miękkim kocu z wielbłądziej wełny. Czyściutki, wyczesany, jedwabisty i taki daleki. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja, zszokowana, zeszła w nocnej koszuli, uklękła i przytuliła się do niego. Przez cztery godziny klęczała przy nim, głaskała śliczne, płowe futro, płakała cicho i szeptała coś do pięknych, atłasowych uszu. [/FONT] [FONT=Arial] To moje dziecko, wyjątkowo dojrzałe i rozsądne pomimo nadmiaru wolności, pobłażliwości i rozpieszczania i zabiłabym dla niej bez mrugnięcia okiem. Wiem, że jestem nienormalną matką, bo dawałam za dużo swobody i gdyby trafiło na inną osobowość, stoczyłaby się na dno. I wiem, że czasami, jak mi się uzbiera i mam dość tego naturalnego, zdrowego (?) egoizmu, wychodzi ze mnie suka żałująca wszystkiego, co powyżej, ale te godziny, które spędziła przy Foksie, ta miłość i cierpliwość, jaką mu zawsze okazywała, dają jej takie fory, że chyba nie ma rzeczy na świecie, która mogłaby skasować te punkty do zera. Szczerze żałuję, że nie potrafię być taka, jak Kaja. Zdrowo egoistyczna, zrównoważona, a nie histeryczna, rozsądna, a nie obłąkana, dojrzała, a nie zdziecinniała. Trudno, nie każdemu jest dane. Widocznie przed urodzeniem stałam w zbyt długiej kolejce i albo dla mnie brakło, albo zniecierpliwiłam się czekaniem. [/FONT] [FONT=Arial] Garecik, jakby czuł, że Kaja go porzuca, już dwa dni przed jej wyjazdem stał się nerwowy i nieobliczalny. Nawet nienormalny o tej porze upał go nie spacyfikował. [/FONT] [FONT=Arial] Apogeum przypadło na sobotę, kiedy zbierałam się do wyjazdu na służbową imprezę. Piknik country z okazji pożegnania lata, podczas którego było rozstrzygnięcie zorganizowanego przeze mnie konkursu plastycznego dla niepełnosprawnych. [/FONT] [FONT=Arial] Dzień wcześniej, nie bacząc na fatalną sytuację finansową w tym miesiącu, kupiłam dwa śliczne kowbojskie kapelusze w promocyjnej cenie, w których chodziliśmy wszyscy troje. Oczywiście Garecik wyglądał najpiękniej. [/FONT] [FONT=Arial] W sobotę, upewniwszy się, że Kaja nie wyjdzie z domu, dopóki nie wróci Irena, poszłam na zakupy. Na szczęście z wózkiem. Przywlokłam się niemal ugotowana, z mocnym postanowieniem, że opróżnię basen i napuszczę nową wodę. Jarzębiny gorejące intensywnymi kolorami i zapach dymu z ognisk twierdziły, że już jesień, jednak rozkwitłe powtórnie azalie i temperatura – wręcz przeciwnie. Postanowiłam zaufać naturze. [/FONT] [FONT=Arial] Garet, jak zwykle, powitał mnie jak po rocznej nieobecności, starając się zedrzeć ze mnie ubranie, najlepiej w strzępach. Po awanturze uspokoił się wreszcie, więc natarłam przyprawami schabowe i zostawiłam je na szafce. Późno już było, spieszyłam się, bo za godzinę mieli przyjechać Iwona z Mariuszem i być może z Anią, których zaprosiłam na imprezę. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja zaproponowała, że mnie pomasuje przed kąpielą. [/FONT] [FONT=Arial] Zaległam na podłodze z westchnieniem ulgi, która jednakowoż nie trwała długo. [/FONT] [FONT=Arial] -Gdzie Garet? – zainteresowała się Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] Pytanie było retoryczne, bo odbiła się od moich pleców i poleciała do kuchni. [/FONT] [FONT=Arial] -Garet, fe!!! Oddaj!!![/FONT] [FONT=Arial] -Pogięło cię?! – ryknęłam znad podłogi – daj mu spokój, cokolwiek wziął, niech zeżre![/FONT] [FONT=Arial] -Schabowego ukradł! Wiedziałam, że tak będzie![/FONT] [FONT=Arial] -Garecik! Zaszkodzi ci surowy! I z przyprawami!– zdenerwowałam się. –Odsuń resztę – poinstruowałam Kaję.[/FONT] [FONT=Arial] -Jasne – wymamrotała. [/FONT] [FONT=Arial] Po masażu zastałyśmy Garecika na jego fotelu w kuchni żującego smętnie ukradzionego z mojej torby rogala, którego kupiłam dla Kai. Jak każde pieczywo, trzymał go w dwóch łapkach jak wiewiórka. Był jednak zbyt świeży, więc sprytnie wrzucił go pomiędzy fotele, żeby zamienił się w sucharek. Co kilka dni opróżnia swój magazyn i z apetytem zjada wyhodowane własnołapnie chrupki. [/FONT] [FONT=Arial] Przy smażeniu kotletów okazało się, że Garet ukradł nie jeden, a dwa, akurat te przeznaczone dla niego. No cóż, po prostu potem dostał mniej. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy przyjechali moi goście, zostawiłam ich użerających się z pełnym gościnności Garetem i zajęłam się przygotowywaniem napoi. Ania przywiozła ciasto, więc pokroiłam je i położyłam na talerzu. Garet wpatrywał się w nie jak zahipnotyzowany. Niestety, miał rywala – Mariusz patrzył takim samym wzrokiem. I był bliżej. I chyba jednak bardziej zdesperowany. Jego dziewczyna od niedawna jest na diecie, ponieważ wykryto u niej cukrzycę. W ramach solidarności Mariusz w domu nie je słodyczy. Co nie znaczy, że przestał je lubić. [/FONT] [FONT=Arial] Ja podziękowałam za ciasto, dziewczyny trochę zjadły, a resztą podzielili się chłopcy, zachowując właściwe proporcje. Po kawałku zostało dla Ireny i Kai, ale przezornie umieściłam talerzyk poza zasięgiem Gareta. [/FONT] [FONT=Arial] Impreza była bardzo przyjemna i osadzona w odpowiednim klimacie. Kowboje na koniach, polscy Indianie z całym oprzyrządowaniem łącznie z tipi, łukami i innymi gadżetami służącymi do rozrywki. Mariusz i Ania wypróbowali wszystkie. [/FONT] [FONT=Arial] Przypomniały mi się wypasione imprezy organizowane przez firmy farmaceutyczne, na które zabierała mnie moja przyjaciółka, ówczesna dyrektor szpitala, w którym pracowałam. Jedną z rozrywek było strzelanie z łuku, które zachwyciło mnie do tego stopnia, że nawet wzięłam wizytówkę od człowieka, który miał dostęp do profesjonalnego sprzętu, z niezłomnym zamiarem zakupienia tegoż. Zamiar porzuciłam, aczkolwiek z wielkim żalem, gdy zameldowała się radośnie moja koszmarna wyobraźnia. Jakiś nieszczęsny rykoszet, przefruwający na linii strzału pies albo kot... Prawie nieprawdopodobne, ale prawie... [/FONT] [FONT=Arial] Imprezę zakończyliśmy piwem i obiadem w austerii z 1701 roku stylowej i doskonale utrzymanej. Gdyby nie moi goście, pewnie nigdy bym się do niej nie wybrała, mimo iż codziennie mijam ją w drodze na przystanek. Wystrój rewelacyjny, atmosfera kojącego spokoju, obsługa w kontuszach. [/FONT] [FONT=Arial] -Panie, tak od razu z bronią na gości?! – przeraziłam się na widok szlachcica z szablą.[/FONT] [FONT=Arial] -Muszę, to moja rola. [/FONT] [FONT=Arial] -Zanim nas pan wysiecze, poprosimy o piwo. [/FONT] [FONT=Arial] Po powrocie do domu wyszliśmy do ogrodu. Na ogromne, wielkości gruszek śliwki, które Garet kradł prosto z reklamówek. Na szczęście skórki i pestki wypluwał. [/FONT] [FONT=Arial] Pogoda też sfiksowała. Przez cały tydzień upał panował nieprawdopodobny, trzydzieści stopni w cieniu przy dużej wilgotności powietrza. Garet rozsądnie większość dnia przesypiał na płytkach w korytarzu, gdzie jest najrozkoszniejszy przeciąg, bo hula przez otwarte drzwi pokoju, kuchni, piwnicy i frontowe. [/FONT] [FONT=Arial] Zabrałam się za prace polowe. Przesadziłam brzozę, posiałam koperek i pietruszkę i zaczęłam opróżniać basen. Trzy dni ciężkiej harówki, kilkaset skłonów dziennie. Za to ogródek podlany jak nigdy. Wyzbierałam kamienie, które podobno Kaja usunęła przed koszeniem nową kosiarką. Trzy wiadra z połowy ogrodu. Cud boski, że ostrze nie strzeliło. Kupiłam złotego hammerite’a i zabrałam się za malowanie balustrady na dużym balkonie. Jezu, co za harówka. Klęłam zboczeńca, który trzydzieści lat temu uznał za ozdobne skręcone spiralnie pręty. Bardzo spiralnie i bardzo drobno. Oby musiał je malować przez całą wieczność. [/FONT] [FONT=Arial] Od upału lakier zasychał na pędzlu i natychmiast na psie. Garecik, nie mogąc pogodzić się z tym, że jestem tak zaabsorbowana czymś poza nim, co chwilę wbijał we mnie pazury jak bagnety i domagał się pieszczot. Od tych wymuszonych karesów stał się złotobrewy, złotonosy i złotouchy. Mamy na sobie mniej więcej po tyle samo farby. [/FONT] [FONT=Arial] Basen udało mi się w końcu opróżnić, wyszorować i napełnić, więc codzienna kąpiel pozwalała mi odzyskać przytomność po ciężkiej pracy. [/FONT] [FONT=Arial] Wylakierowałam drzwi, sosnowe meble w korytarzu, Garetowy parapet w pokoju i skończyłam lakierowanie progów za Kaję. I tak wymagały jeszcze dwóch warstw, chociaż moje dziecko uznało, że trzeba je tylko poprawić, bo do jednego przykleiła się babcia. Tym razem babcia uważała, ale Garet okazał się głuchy na ostrzeżenia. Chociaż lakier zasychał bardzo szybko, udało mu się stanąć na każdym progu. Nie, nie przelotnie – każdą z czterech łap z okrutną precyzją stepującej w miejscu Mimi Rogers. [/FONT] [FONT=Arial] Na domiar złego znowu dostał zapalenia ucha i to w trakcie leczenia choroby jelit antybiotykiem o szerokim spektrum działania. Artur wyczytał gdzieś, że takie objawy daje jakiś krętek (?) i zgodziłam się na walnięcie z grubej rury. Oczywiście cały czas brał też lakcid. Co wzbudziło we mnie podejrzenie, że to nawracające zapalenie może mieć podłoże grzybicze, świerzbowcowe albo, co gorsza, w oklapłych zwisach zagościły beztlenowce. Chyba trzeba będzie wypróbować advocate, bo nic już nie działa. [/FONT] [FONT=Arial] Z umęczonego nieba nadal leje się żar. Najgorsze są noce. Ponieważ zamykam drzwi do piwnicy i frontowe, uchylone okna nie wyrabiają. Dotychczas posługiwałam się spryskiwaczem. Metoda bardzo pracochłonna i brutalna w pierwszym momencie, ale skuteczna. Niestety, na krótko. Tej nocy zasnęłam dopiero rano, kiedy owinęłam się w mokre prześcieradło. [/FONT] [FONT=Arial] Odsunęłam łóżko od ściany, bo kiedy Garecik porzuci fotel/kanapę/podłogę, anektuje całą poduszkę i 4/5 szerokości łóżka. Kij z poduszką, mam jeszcze jasiek, ale nie mogłam się zmieścić leżąc na baczność na boku na szerokości 20 cm. Za gruba jestem. Teraz jest lepiej, bo wszystkie odrosty zwisają mi w szparze przy ścianie i jakoś się mieścimy. Zaobserwowałam niepokojące zjawisko. Nawet, gdy Garet rozkosznie chrapie na fotelu/kanapie/podłodze, ja zwisam w szparze za łóżkiem. Odruchowo. Chyba rzeczywiście już do reszty sfiksowałam... [/FONT]
-
:loveu:Och, Dziewczyny, podnosicie mnie na duchu. Pewnie, że obłąkany Garecik wielkości 3/4 to nie adhdek-bernardyn! Albo inne duże miłości naszego życia! Czy nawet małe wielkie miłości naszego życia stające w szranki z olbrzymami w obronie swojej donny. Cyganeczko, proszę, powiedz mi, że Twój atawar to nie Twoje zdjęcie?! Nikt bezkarnie nie może być tak piękny. Suka Natura na to nie pozwala. A w ogóle, to Twoja Onka zmieękłaby przy Garecie jak wosk i to natychmiast, przy pierwszym obwąchiwaniu. Facet ma to "coś" w ilości 2000% na centymetr kwadratowy. [FONT=Arial]26.08.2008 wtorek[/FONT] [FONT=Arial]WCIĄŻ DWUCYFROWA[/FONT] [FONT=Arial] Dzień żałoby. Moje urodziny. Lepiej nie pytajcie, które. Za rok będzie, kurna, o wiele gorzej. Na życzenia odpowiadałam ponuro, że w tym wieku składa się solenizantom kondolencje. Anka odparła pogodnie, że obchodzenie urodzin zakończyła w wieku czterdziestu ośmiu lat i nie zamierza mieć więcej. Hmmm.. Może i racja. Powinnam uznać, że dopóki jestem dwucyfrowa, nie jest źle.[/FONT] [FONT=Arial]W dzień urodzin, jak zwykle ostatnio, obudziłam się o wpół do trzeciej w nocy i jak kruki opadły mnie myśli pełne paniki i lęku. Na każdy dowolny temat. W głowie swobodnie toczyły mi się dialogi, co jeden, to bardziej stresujący, zęby miałam zaciśnięte a mięśnie miałam napięte jak mokre rzemienie. [/FONT] [FONT=Arial] Z góry wiedziałam, jak będę się czuła rano – jak po trzech godzinach snu. Chlapnęłam sobie zdrowo hydroxyzyny, ale od jakiegoś czasu na mnie nie działa. Prawy bok, pracowite kształtowanie jaśka i okropne myśli – drętwieje mi prawa ręka, a lewe ramię spada własnym ciężarem na ucho. Lewy bok – układanie jaśka wyżej, od razu dają do wiwatu przykurcze mięśniowe i kurcze mięśni oraz paskudne myśli i toczące się w głowie dialogi. W szyi mam za krótki, bolesny sznurek, w emocjach niesmak po wieczornej kłótni z Kają. Właściwie to nawet nie była kłótnia, puściły mi hamulce po raz pierwszy od wielu lat i darłam się jak dzika na tle zaszłości. Głównie na temat sprzątanej i niewysprzątanej od trzech miesięcy piwnicy, łazienki, czyli jedynego pomieszczenia, które ma sprzątać moje dziecko, a w którym widzi jedynie podłogę, oraz kilku przęseł ogrodzenia, które maluje od trzech lat. Dodałam jeszcze parę innych rzeczy, wywołujących u mnie chroniczną, emocjonalną, wieloletnią niestrawność. Na koniec zażądałam podania realnych terminów zakończenia tych syzyfowych prac i zabrałam się za mycie naczyń, tłukąc się z dziką furią, co daje mi znakomite świadectwo jako terapeutce i osobie poddanej wieloletniej terapii. [/FONT] [FONT=Arial] Garet początkowo rozpaczliwie próbował zlokalizować wrednego kota, który wywołał we mnie aż tak potworny gniew, a nie znalazłszy go, zakłopotany, ewakuował się na korytarz. Kaja, trzaskając wszystkim podobnie, jak ja, zabrała się za prawdziwe, solidne sprzątanie łazienki. Po godzinie pomieszczenie wyglądało olśniewająco, jak nigdy dotąd. Niemniej, o trzeciej w nocy, porzucona przez Gareta, koty, a nawet owady, na tle innych, różnorodnych, makabrycznych wątków zastanawiałam się, jak zakończy się ten konflikt i czy przyczyną mojej bezsenności są rozliczne lęki i katastroficzna wyobraźnia czy też cierpienia fizyczne i niemożność znalezienia wygodnej pozycji.[/FONT] [FONT=Arial] Niedawno, w pracy, moja ukochana Grazia skarżyła się, że mimo wielokrotnych prób właściwego ułożenia jaśka stale ma wyleżane miejsce na potylicy, na którym robi jej się kołtun. Poradziłam, żeby przykleiła sobie poduszkę do szyi, wtedy na pewno jej się nie przesunie i pocieszyłam ją, że przy odwracaniu się na każdy bok rozbudzam się całkowicie, bo muszę ukształtować poduszkę do zniekształceń sylwetki, co wymaga więcej wysiłku niż poranna gimnastyka. Którą, w obliczu powyższego, zarzuciłam. Oprócz tego za każdym razem poprawiam uszy, bo od pewnego czasu płatki mi się zawijają, a także policzki, żeby nie wciskały mi się do ust. I jak tu się, kurde, można wyspać?! Grażyna powiedziała, że czytała, iż w celu zachowania właściwych krzywizn kręgosłupa przy ułożeniu na boku powinno się podkładać poduszeczkę pod kolano. Zaproponowałam, żeby też przykleić. Od razu na jednej i drugiej nodze. Zatem, włączywszy te z boków szyi i na karku człowiek w naszym wieku powinien być oklejony co najmniej pięcioma poduszkami oraz czterema plastrami, aby zapewnić sobie w miarę bezkolizyjny sen. Jeśli kilkakrotny przemarsz do łazienki w tej skomplikowanej zbroi można uznać za bezkolizyjny. O żesz, kurna jego mać, to już można pójść o krok dalej i założyć sobie cewnik. Wszystko by grało, dopóki Garecik nie uznałby go za piszczącą piłeczkę... W przypływie emocji kompletnie się nie kontroluje. Ciekawe, po kim to ma? [/FONT] [FONT=Arial] Ostatnio, po moim powrocie z pracy pomimo kilkusekundowej, wnikliwej lustracji, nie zdołał namierzyć żadnego obiektu do aportu, więc w przypływie natchnienia złapał tacę z wędzonymi szprotkami. Niestety, karmiąc dzień wcześniej koty, zdjęłam z niej foliową osłonę. Gejzer szprotek rozsypał się po obu fotelach i połowie kuchni. Rzucaliśmy zgodnie – ja mięsem, a Garet szprotkami. Widok i długo utrzymujący się zapach były imponujące. Nawet Kaja, zaangażowana bez reszty przez ostatnie dwa tygodnie w przygotowania do królewskiego ślubu przyjaciółki, była pod wrażeniem. Właśnie wpadła na chwilę do domu, żeby coś skłapnąć przed ponownym wyjściem. Padło jej na pączka. Wyrzuty sumienia skłoniły ją do zaproponowania mi masażu przed wyjściem, więc położyła pączka obok pozostawionych przez Irenę parówek dla bezpańskich kotów i poszłyśmy do pokoju. Po chwili zorientowałyśmy się, że ten dziwny niepokój wywołuje w nas nieobecność Gareta, który powinien być już co najmniej na etapie wydłubywania mi oka, zdzierania skóry z pleców lub kończenia utworu na grającej piłeczce i dawania wszystkim serdecznie buzi z różowym języczkiem. [/FONT] [FONT=Arial] -Kiedy on jest tak cicho, to kradnie - zdenerwowała się Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] -Chyba już po pączku... a dopiero przed chwilą Irena awanturowała się, gdzie się podziały parówki, które zostawiła na szafce dla kotów...[/FONT] [FONT=Arial] Kaja poderwała się z podłogi i pobiegła do kuchni.[/FONT] [FONT=Arial] -Garet, fe!!! – wrzasnęła.[/FONT] [FONT=Arial] -To przecież się nie drzyj, bo mu zaburzysz trawienie i znowu będzie miał sraczkę – zirytowałam się. –A ja nic, tylko wydaję majątek na te cholerne leki! Boże, czemu on nie może być taki normalny, Funiaczek?! – po raz kolejny pomyślałam, że Foks przygląda nam się z nieba z mieszaniną rozbawienia i politowania. Podejrzewam, że królewskie maniery zachował i na drugim świecie. Codziennie proszę go, żeby czuwał nad swoim obłąkanym następcą. Na razie działa.[/FONT] [FONT=Arial] Nic dziwnego, że jestem taka kurewsko nerwowa. Jeśli przy królu Funiaczku moje najbardziej koszmarne sny polegały na tym, że zabłąkał się gdzieś i nie mogłam go znaleźć, teraz do podobnych dołączyły takie, w których Garet wyrywa się na wolność, pewny oddania i miłości całego świata wpada pod samochód, i niestety, znajduję go, konającego na ulicy. A wtedy i moje życie się kończy. Dlatego marzy mi się miejsce na uboczu, ciche, spokojne, oddalone od cywilizacji, ale na wszelki wypadek blisko kliniki weterynaryjnej i szpitala. Chyba odrobinę trudne do zrealizowania... [/FONT] [FONT=Arial] Coś zbliżonego, przynajmniej pod względem ciszy i spokoju, odnalazłam odwiedziwszy Rysicę. Pojechałam z Iwoną, która kocha jeździć i chętnie wyrywa się co jakiś czas z Krakowa, odpoczywając od katorżniczej pracy twórczej księgowej w kilku miejscach. Jest genialna w swoim zawodzie, zarabia masę kasy, ale przypłaca to ogromnym wysiłkiem i niewyobrażalnym stresem. [/FONT] [FONT=Arial] Dojechałyśmy bezkonfliktowo na GPS-ie. Rysica, początkowo nieufna, zachwyciła się Iwoną i vice versa. Jurek, wychwalana druga połowa jabłka Rysicy, okazał się tak cudowny, jak przedstawiała go żona. Od pierwszej chwili miałam wrażenie, że znam go od lat. [/FONT] [FONT=Arial] Serce mnie zakłuło na widok pieska na łańcuchu. Niby wiedziałam, że jest spuszczany wieczorem, ale nie mogłam pogodzić się z taką niewolą. W pewnym sensie było to wytłumaczalne. Na posesjach, nieogrodzonych całkowicie, psy mordowali złodzieje łatwo dostępnych płodów rolnych. Pojawiła się rysa w moim wyobrażeniu raju... [/FONT] [FONT=Arial] Posiadłość Jurka i Rysicy leżała na uboczu, odgrodzona od drogi posadzonym przez nich lasem. Początkowo siedzieliśmy na tarasie. Ogłuszająca cisza, grające koniki polne, śpiewające pięknie ubarwione ptaki, nie mam nawet pojęcia, jakie... Raj, o jakim marzyłam. Słońce grzało, rośliny pachniały, ptaki ćwierkały, świerszcze cykały... a mnie ogarniał coraz większy niepokój. Zanim przybrał rozmiary paniki, poszłam do łazienki i chlapnęłam sobie zdrowo hydroxyzyny z noszonej zawsze butelki. W kilkanaście minut później byłam już w stanie obejrzeć posiadłość, zwiedzić śliczny las, przyjąć prezent w postaci świeżo zerwanych ogórków, pomidorów, fasolki, pietruszki oraz torebki przechowywanych w zamrażarce, doskonałych w smaku orzechów wyłuskanych w ubiegłym roku. [/FONT] [FONT=Arial] Po przyjeździe do domu odetchnęłam z ulgą. Nareszcie te przeklęte, znienawidzone, hałasujące potwornie samochody, szczelnie ogrodzony dom i mój, w najlepszy możliwy sposób, zabezpieczony samiec alfa, kanapowo-parapetowy, nieznający pojęcia łańcucha w żadnej postaci, rozbestwiony do granic możliwości, najpiękniejszy na świecie i we wszechświecie Garecik. [/FONT]
-
Mnie to się marzy jakieś pustkowie. adhdki (i my z nimi) najlepiej by funkcjonowały w okolicy, gdzie jest tylko niekrwiożercza natura, czyli flora, żadnych innych zwierzów w pobliżu, duzo fajnych zabawek (dla Gareta grających) i dużo ludzi chętnych do pieszczenia nienasyconego psa. Gdybyś mieszkała bliżej, Garet na pewno zakochałby się w Twojej dziewczynie. Tutaj ma jedną Julię, z którą kontaktuje się pzrez ogrodzenie. Julia ma tak powalającą urodę, że musi mieć mnóstwo zalet, bo przecież nawet natura nie może być tak okrutna... :lol:
-
:loveu:I to jest dowód prawdziwej miłości. Wstać w środku nocy, żeby zabrać swój skarb na spacer! [FONT=Arial]KORYTO[/FONT] [FONT=Arial] -Kto, do cholery, popełnił na moim łóżku podwójne morderstwo?! – wrzasnęłam, gapiąc się z niedowierzaniem na dwie rozległe, krwawe plamy zdobiące rozgrzebaną pościel. –Czy zawsze po powrocie z pracy muszę napotykać jakieś makabryczne niespodzianki?![/FONT] [FONT=Arial] -A...to. Babcia kupiła Garetowi mostek wołowy – wyjaśniła spokojnie Kaja. –I zdaje się, że go zjadł. [/FONT] [FONT=Arial] Dokładna rewizja przeprowadzona w łóżku uspokoiła mnie nieco. Istotnie, zjadł. Poprzedni nosił przez dwa dni, co rusz zakopując go w ogrodzie i ekshumując. Tropiłam ich obu, żeby po każdej ekshumacji urządzić mostkowi kąpiel. Nareszcie denat znikł. Niestety, odnalazł się wieczorem. Czekał na mnie w łóżku, uświniony ziemią. [/FONT] [FONT=Arial] Garet od zawsze, z niezrozumiałych powodów, uznaje mój barłóg za swoje zaplecze gospodarcze. Niestety, zjawisko się nasila. I nic nie pomaga zasłanianie parawanem, to żadna przeszkoda dla naszego geniusza. Parę zręcznych ruchów aksamitną mordką i parawan jest złożony.[/FONT] [FONT=Arial] To, że uwielbia się na moim łóżku warcholić, wskutek czego pościel mam wełnianą bez względu na porę roku, a na niej przegląd wszystkich rodzajów psich kłaków od łonowych począwszy, jeszcze mogę wytrzymać. Ale okruchy, resztki chrząstek, a przede wszystkim zimne okłady z indyczego mięsa oraz kleiste z galarety powstałej z wywaru doprowadzają mnie do szału. Tej nocy wstałam tylko na chwilę, żeby pójść do łazienki. Kiedy wróciłam, łydka natychmiast pokryła mi się liftingującym okładem z indyczej galarety. [/FONT] [FONT=Arial] -Garecik! Ty świnio! Musisz żreć w nocy?! – zawołałam rozżalona. Garet leżał wyluzowany w fotelu obok łóżka, big milki mu zwisały, śliczną mordę trzymał na miękkim podłokietniku i wpatrywał się we mnie nieco sennie, z bezgraniczną wyrozumiałością. [/FONT] [FONT=Arial] Chyba każę mu się dokładać do opłat za prąd i wodę. Nasz kosz z praniem jest stale przepełniony – cóż, pościel zajmuje dużo miejsca... Kaja doszła już do małpiej wprawy w akrobacjach oblekania materaca bez odsuwania regału. Oczywiście wymieniane prześcieradło trzeba najpierw zamieść. Z różnych, mniejszych i większych, resztek organicznych. Garet przygląda się temu z fotela, czujnie obserwując straty, jakie ponosi. Większe szczątki żegna żałosnym spojrzeniem, bezskutecznie dopatrując się w naszych twarzach nadziei na ułaskawienie. Największy niepokój okazuje przy opróżnianiu spiżarni, która mieści się między regałem a brzegiem materaca. Ostatnio aż wstał, żeby lepiej widzieć. Ustawił uszy w trójkąt i błyskał półksiężycami żegnając papierki po ukradzionych słodyczach i niedostatecznie jeszcze wysuszone resztki pieczywa. [/FONT] [FONT=Arial] -A co to jest? – zdziwiła się Kaja, wyjmując duży papier. [/FONT] [FONT=Arial] -Ha, opakowanie z twarogu wiejskiego – rozpoznałam. –Musiał ukraść resztkę poprzedniego wieczoru. To te białe okruchy... [/FONT] [FONT=Arial] Garet, głęboko zafrasowany, ze zmarszczonym czołem, śledził grabienie swojego mienia. [/FONT] [FONT=Arial] -Taak, wszystko tu znosi, ale sypia, łajdak, z tobą – odezwał się we mnie głos zazdrości. [/FONT] [FONT=Arial] -No przecież nie będzie sypiał w misce![/FONT] [FONT=Arial] Też racja.[/FONT]
-
Jasne, im większy, tym bardziej atrakcyjny obiekt. Groza! Ostatnio Kaja chodzi na łąki rano, kiedy jest tam mniej tłoczno. Jak ich niedawno napadł jakis bokserowaty mieszaniec większy i cięższy od Gareta, zanosiło się na śmiertelną walkę, bo pan Garet Waleczne Serce w życiu (krótkim) by nie ustąpił. Cóż, Kaja po prostu wrzeszczała "Ratunku!!!". Na szczeście właściciele napastnika zdążyli, zanim nasz wariat poległ. Skończyło się na kilku strupach. Każdy spacer to stan przedzawałowy. Koszmar!
-
A ja myślę, że to jest tak, jak z atakujacymi łabędziami. Jeśli oceni, że przeciwnik jest większy i ma większą rozpiętość skrzydeł (np. człowiek trzymający w wyciągnietych rękach jakieś gałęzie), to odpuszczają sobie i wycofują się z godnością. Toteż te nasze z ADHD pewnie uznają, że burza jest na tyle silnym i hałasliwym przeciwnikiem, że najlepiej ją po prostu olać. :stormy-sad:
-
:loveu:Mimiś, dzięki. Naprawdę, bardzo. Ciekawe, czy istnieje na tym świecie ktoś, kto uzna Gareciunia mojego ukochanego najbardziej na świecie aż do bólu serca za samca Alfa, którym jest, z eleganckim i subtelnym zachowaniem wszelkich ludzkich i psich form, oraz będzie miał ochotę przedrzeć się przez ostrokół z kolców jadowych oraz złośliwe IQ 167 kryjących nadwrażliwe, roztrzęsione, osamotnione, przerażone i histeryczne wnętrze? A cha, cha, cha! :lookarou: Koń by się uśmiał, a pies na pewno. Zapraszam single do zabrania głosu w tej sprawie. I całuski, moje piękne. Wilgotność 90%, łapki Garecika i Waszych miłości pachną odurzająco odchodzącym latem. Trochę grzmi, gdzieniegdzie klęska żywiołowa, a nasze cudności wahają się pomiędzy odpyskowaniem na każdą sąsiedzką obelgę i zapadnięciem w sen babioletni, w każdym razie do nadejścia wyżu. Zamierzam założyć profesjonalną grupę wsparcia dla XXL. Co Wy na to?
-
[FONT=Arial]Po południu wycinałam nożem trawę z zakątków, gdzie nie mogła wjechać kosiarka, bo Kaja jakoś niezręcznie szarpnęła żyłką i zepsuła podkaszarkę. Kaja zaś znosiła do piwnicy deski i cegły pozostałe z wiosennych zasieków po sadzeniu fasolki szparagowej, czego zażądałam po raz n-ty z furią bezapelacyjnie sugerującą zabójstwo. Potem zgodnie zabrałyśmy się do opróżniania plandeki w basenie. Sporo jeszcze tej wody zostało. Kiedy wydawało mi się, że już koniec, Kaja uniosła plandekę i spojrzała na mnie z krzywym uśmiechem. [/FONT][FONT=Arial]-Ups...[/FONT][FONT=Arial] -Co jest?[/FONT][FONT=Arial] -Pod plandeką też jest woda. Dużo wody... [/FONT][FONT=Arial]Kiedy skończyłyśmy, był już późny wieczór, a ja trzęsłam się ze zmęczenia i bólu, który radośnie promieniował do lewej nogi. [/FONT][FONT=Arial]Około północy basen był już prawie napełniony. Rano dopuściłam resztę wody, zauważywszy z niezadowoleniem na obrzeżu basenu piaszczysty ślad kocich łap, a na dnie piasek. [/FONT][FONT=Arial]-Mówiłaś, że pies zabrudzi wodę w basenie? Nie, moja droga, to twoje wredne koty! Któryś włochaty sukinsyn wlazł w mokry piasek, a potem cały ten ładunek zostawił na obrzeżu, po czym zapewne wlazł po raz drugi i wskoczył, żeby się wypłukać – warczałam do Kai.[/FONT][FONT=Arial] -O, biedactwo, wpadło? – zmartwiła się. [/FONT][FONT=Arial]-Możliwe, że nie, może po prostu złośliwa bestia nabrała w mordę piasku i wypluła...[/FONT][FONT=Arial] Wybrałam się do miasta, żeby wykombinować jakąś zasłonę wokół basenu, bo posadzone w ubiegłym roku i tej wiosny krzewy jeszcze nie urosły, a nasi najbliżsi sąsiedzi zwisali radośnie z okna z aparatem fotograficznym, komentując otwarcie kąpieliska. Na strychu miałam dwumetrowe kołki bambusowe, z których zamierzałam skonstruować coś w rodzaju parawanu, przymocowując na przykład gęstą siatkę plastikową albo zasłonę na balkony. Niestety, z braku odpowiednich materiałów musiałam wysilić kreatywność. Ostatecznie kupiłam bardzo tanią piankę pod panele, usiadłam na marmurowej ławce w ogródku i zaczęłam szyć parawan. Mariusz i Marcin natychmiast pojawili się w oknie, bredząc jak potłuczeni. Są najlepszym przykładem tego, że mężczyźni dojrzewają do dziesiątego roku życia, a potem już tylko rosną. Poinformowałam ich, że są mirabelki do obrania, ale żaden nie chciał. Cholera, ludzie płacą ciężkie pieniądze za owoce, a kiedy człowiek szuka kogoś, kto wziąłby sobie sto kilogramów za darmo, nie ma chętnych... [/FONT][FONT=Arial]Mariusz przyszedł na jabłka i czekał, aż skończę szyć, żeby pomóc nam założyć piankę na wkopane wcześnie przez mnie bambusy. [/FONT][FONT=Arial]Poczęstował mnie jakimś okropnym papierosem i wrzasnął do przyjaciela:[/FONT][FONT=Arial] -Rzuć no zapalniczkę, ty penisie![/FONT][FONT=Arial] -Chyba ci w oko![/FONT][FONT=Arial] -A żeby ci smród nogi powykręcał! [/FONT][FONT=Arial]Słuchałyśmy tych głupkowatych dialogów skwiercząc w upale. Garet rozsądnie leżał na parapecie w pokoju i obserwował nas przez okno. Trzeba przyznać, że umie dbać o siebie. Tylko czasami rano, kiedy wychodzę na słońce, zapomina się, kładzie obok, przytulony całym ciałkiem i naraża na udar. [/FONT][FONT=Arial]Po kilku poprawkach zielony parawan zasłonił basen od strony ulicy i okien sąsiadów. Przynajmniej tak mi się wydawało. [/FONT][FONT=Arial]-I tak z ich okna wszystko widać – zgasiła mnie Kaja. [/FONT][FONT=Arial]-Co?! Przecież parawan... i jałowiec... [/FONT][FONT=Arial]-Jałowiec jest od naszej strony, a parawan musiałby mieć cztery metry wysokości. [/FONT][FONT=Arial]-No trudno, to będę się kąpać po piątej w dni powszednie, jak już zamkną firmę – westchnęłam. [/FONT][FONT=Arial]Pierwszą próbę podjęłam tegoż popołudnia, ale woda była jeszcze bardzo zimna. Nie to jednak wpędziło mnie w przygnębienie. Otóż okazało się, że da się przepłynąć tylko metr. Nie wiem, dlaczego kupując ten cholerny basen, nie wzięłam dłuższego. Przecież przez tydzień grzebałam w Internecie, a tej z trudem odzyskanej nagrody jubileuszowej wystarczyłoby mi na dłuższy. Jak zwykle zrobiłam wszystko prawie dobrze. A prawie... No trudno. To uparcie powtarzający się błąd mojego życia. PRAWIE DOBRZE.[/FONT][FONT=Arial] W sobotę upał był niewyobrażalny. W południe, chromoląc to, czy obłąkani sąsiedzi są jeszcze w firmie i będą sterczeć w oknie z kamerą, złapałam ręcznik kąpielowy i skierowałam się do drzwi balkonowych. W progu zatrzymał mnie głos Leszka. [/FONT][FONT=Arial]-Halo!!! Jest tu kto?![/FONT][FONT=Arial] -O ***** – warknęłam. Kaja zachichotała. [/FONT][FONT=Arial]-Powinnaś się cieszyć, przyszedł założyć dzwonek! [/FONT][FONT=Arial]Cisnęłam ręcznik i pobiegłam włożyć sukienkę, oblewając się potem bardziej ze złości niż z gorąca. [/FONT][FONT=Arial]Leszek, powolny perfekcjonista, wyluzowany po urlopie, gaworząc pogodnie, zakładał urządzenie i mocował kabel na ścianie. Po kilkakrotnych próbach doszliśmy do wniosku, że aby Irena słyszała dzwonek przygłośniony na maksa, trzeba go zamontować w kuchni. Leszek solidnie się napracował, żeby umieścić go na framudze tak, aby drzwi się zamykały. Po tych zmaganiach okazało się, że Irena z trójtonowego gongu słyszy jeden, ostatni dźwięk. Dobre i to. [/FONT][FONT=Arial]Zapytałam Leszka, czy przymocuje mi w kuchni na ścianie trzy listwy pod obrazy, które w pokoju już się nie mieszczą. [/FONT][FONT=Arial]-A czym? Mogłaś powiedzieć, żebym wziął wiertarkę![/FONT][FONT=Arial] -Mam wiertarkę – zaprezentowałam cudem odnalezione w piwnicy, zaledwie roczne, narzędzie.[/FONT][FONT=Arial] -Tym, to se możesz pogrzebać w uchu – roześmiał się rozbawiony. [/FONT][FONT=Arial]Obdarowałam Leszka torbą papierówek i odprowadziłam do drzwi. Akurat w porę, żeby spotkać wysiadającego z samochodu Staszka. Kaja zarżała radośnie. [/FONT][FONT=Arial]Panowie przywitali się, Staszek zaczął wyjmować z bagażnika przybory do uszczelnienia dachu na ganku, mówiąc, że właściwie w tym czasie powinien być już w dwóch innych miejscach, w co szczerze wierzyłam, jako że ma zlecenia na trzy lata naprzód. Westchnęłam, porzucając myśl o kąpieli. Zresztą i tak się zachmurzyło. [/FONT][FONT=Arial]-Nasz sąsiad jest w takim samym humorze, jak ty – poinformowało mnie dziecko. –Robi coś w ogródku i na cały głos przeklina narzędzia... [/FONT][FONT=Arial]-Wcale mu się nie dziwię – powiedziałam zrezygnowana. – Basen poszedł się paść, bo właśnie zaczyna padać... Stasiu – wyszczebiotałam przymilnie – przywiercisz mi trzy listwy w kuchni? Masz porządną wiertarkę?[/FONT][FONT=Arial] -No mam... a po co ci listwy w kuchni? [/FONT][FONT=Arial]Wyjaśniłam i z wdzięcznością patrzyłam, jak wspina się na drabinę. Problemem Staszka jest zbyt dobre serce. Dla mnie to czysty zysk i doceniam w pełni. Niestety, nie dotyczy to Gareta. Chociaż psina kilkakrotnie rzucała mu się z entuzjazmem w objęcia, zaparł się nogami w podłogę, ale buzi mu nie dał. Pamiętliwy jest... A przecież Garecik obrzydził mu życie i pracę podczas remontu bez żadnych złych intencji... Teraz, na ogłuszający dźwięk wiertarki, przyleciał jak ćma do światła. Cholera, co z nim jest? Gdzie instynkt zachowawczy? – myślałam zgnębiona, otwarłszy usta, żeby ochronić bębenki przed rozerwaniem od potwornego hałasu. [/FONT][FONT=Arial]-Weź wiertarkę – poprosił Staszek, kiedy podałam mu pierwszy kołek. –Tylko uważaj, bo jest ciężka![/FONT][FONT=Arial] -Dzięki, że uprzedziłeś – wysapałam, w ostatniej chwili hamując upadek tuż przed podłogą. –Kurde, ile ona waży, dwadzieścia kilo?![/FONT][FONT=Arial] -Trochę mniej – roześmiał się. – Są cięższe. Słuchaj, nie trafię tu na jakiś przewód elektryczny?[/FONT][FONT=Arial] -Mam nadzieję, że nie, ale nie mogę ci tego zagwarantować –odparłam ponuro. –Nikt nie wie, co i jak w tym domu przebiega oraz do czego służy... [/FONT][FONT=Arial]Staś skończył szczęśliwie mocować listwy i poszedł uszczelniać dach. Wrócił przykładając młotek do czoła. [/FONT][FONT=Arial]-Na Boga, co ci się stało? - zaniepokoiłam się. [/FONT][FONT=Arial]-Ta k... pszczoła mnie użądliła. Zaatakowały mnie, kiedy stałem na drabinie, bo inaczej bym się wybronił. Jedną pacnąłem, a druga mnie użarła. Gdzieś tam w szparach się gnieżdżą... [/FONT][FONT=Arial]-O, biedaku, pokaż, czy nie masz żądła... nie, w porządku. Ale spuchniesz. Przeraziłeś mnie, jestem uczulona... [/FONT][FONT=Arial]Staliśmy przed wejściem, moknąc w deszczu i patrząc na dach. [/FONT][FONT=Arial]-O, widzisz? Tam się suka wije...[/FONT][FONT=Arial] -Uff, to osa – odetchnęłam z ulgą. [/FONT][FONT=Arial]Wieczorem przewiesiłam część obrazów do kuchni. Posprzątałyśmy i uznałam, że Rysica może przyjechać i nie padnie ze zgrozy. [/FONT][FONT=Arial]Rysica to moja koleżanka z liceum o złotopłowych oczach jak ryś. Nie widziałyśmy się od trzydziestu lat, odnalazłyśmy się, oczywiście, dzięki Naszej Klasie, a gdy okazało się, że los nas rzucił w niezbyt odległe od siebie miejsca, postanowiłyśmy się spotkać. [/FONT][FONT=Arial]Ona zawsze była energiczna i przebojowa, więc padło na nią. Najpierw przeprowadziłyśmy wiele długich rozmów telefonicznych, w których opowiedziałyśmy sobie wszystko. Ona obszernie, ja, jak zwykle, cykając skonsolidowanymi informacjami. Podczas ostatniej rozmowy zapytałam, jak mnie pamięta. Bo martwię się, że zrobiłam się taką nietowarzyską introwertyczką. [/FONT][FONT=Arial]-Zawsze byłaś indywidualistką – odparła po namyśle. – Miałaś swoje zdanie i jak kot chodziłaś własnymi drogami. [/FONT][FONT=Arial]-Jak wy się poznacie? – zaciekawiła się Kaja, zmierzając do basenu z ręcznikiem kąpielowym w ręce. [/FONT][FONT=Arial]-Ona twierdzi, że mnie rozpozna, bo mnie widziała na zdjęciu – odparłam, patrząc z zawiścią na córkę. Czekając na telefon, obserwowałam przez okno, jak pluska się w basenie. Garecik nie zamierzał wskoczyć, za to, podekscytowany dziwną sytuacją, biegał jak szalony po ogródku. [/FONT][FONT=Arial]Umówiłyśmy się pod Rycerzem, w najbardziej charakterystycznym punkcie miasta. [/FONT][FONT=Arial]-Jak zobaczysz wielką babę ubraną na niebiesko-granatowo, to będę ja – poinformowałam. Rysica miała być w granatowych rybaczkach i granatowo-białym, marynarskim podkoszulku. [/FONT][FONT=Arial]O czym myśli koleżanka przed spotkaniem po trzydziestu latach? O BOŻE, ŻEBYM TYLKO NIE BYŁA GRUBSZA, NIŻ ONA!!![/FONT][FONT=Arial] Nie byłam, ale tylko dzięki temu, że jestem o piętnaście centymetrów wyższa, drobnokoścista i inaczej się ten dobrobyt na mnie rozkłada. [/FONT][FONT=Arial]Rysica nadal ma niepowtarzalne rysie oczy. Jest bezpośrednia, otwarta i zadowolona z życia. Szczególnie z tego, że jest na rencie, nie musi pracować, no i ma wspaniałego męża, egzemplarz, najwyraźniej, unikatowy. Znalazłszy tę właściwą, drugą połówkę jabłka, nie wydziwia, starzeje się z godnością, nie farbuje szpakowatych włosów, nie maluje się. Jest szczęśliwa!!! [/FONT][FONT=Arial]Ja dla odmiany muszę pracować, bo stałabym się bezdomna, maluję się dyskretnie, gdy idę do pracy, bo inaczej mnie pytają, czy jestem chora, farbuję włosy, żeby wyglądać młodziej od swojej matki, i GDZIE, DO CHOLERY, JEST MOJA DRUGA POŁÓWKA JABŁKA?!!! Kto ją, kurde, zeżarł?![/FONT][FONT=Arial] Garecik powitał moją koleżankę z otwartymi ramionami. Przetrwała to, ponieważ jest w lepszej komitywie z siłą grawitacji. Niestety, z bliższego nawiązania kontaktu nic nie wyszło. Garecik, jak zwykle, gdy nie jest w stanie wzbudzić w kimś entuzjastycznych uczuć, był pełen niedowierzania i rozpaczy. Tym bardziej, że kolejne, podejmowane próby nie przyniosły spodziewanych rezultatów. JAK MOŻNA NIE CHCIEĆ PRZYTULIĆ GARETA?![/FONT][FONT=Arial] Rysica, owszem, ma psa, ale większość doby spędza on przy budzie, a jest pieszczony głównie przez jej niezwykłego męża. Na Gareta siedzącego mi na kolanach i obcałowywanego z miłością po każdej dostępnej części ciała patrzyła z rezerwą. Mojego miłosnego bełkotu słuchała z niedowierzaniem. Dlaczego? Może to właśnie jest moja druga połowa jabłka? I w dodatku jaka słodka i śliczna! Absolutnie doskonała![/FONT]
-
[FONT=Arial]PÓŁMETEK[/FONT][FONT=Arial] Pół urlopu minęło jak jeden dzień. Chciałabym znać sposób na spowolnienie czasu galopującego jak spłoszony koń. Na smakowanie go, dostrzeganie w pełnym wymiarze. [/FONT][FONT=Arial] Przez pierwsze kilka dni gryzłam się myślami o tym, co powinnam. Dużo tego było. Największa wisząca nade mną zmora to konieczność zapisania się do szkoły nauki jazdy. Jeśli już dostałam dofinansowanie, choć w skrytości ducha marzyłam, że nie dostanę, wypadałoby być konsekwentną. Wystarczy jednak, że wyobrażę sobie siebie w malutkim samochodzie, zagubioną wśród pędzących, ryczących potworów nieprzestrzegających żadnych reguł oprócz jednej, aby znaleźć się przed jadącym z przodu i to szybciej niż ci, którzy wpadli na ten sam, znakomity pomysł, robi mi się słabo. Zdecydowanie, nauka jazdy powinna odbywać się w samochodach opancerzonych. Albo powinna znaleźć się w obowiązkowym programie szkoły średniej, bo w tym wieku człowiek jeszcze nie wie, że jest śmiertelny. [/FONT][FONT=Arial] Szukałam różnych wymówek, energicznie wspomagana podświadomością, aż wreszcie, w obawie, że przy tej wyjątkowo zgodnej współpracy zapadnę w śpiączkę lub popadnę w amnezję, przedyskutowałam sprawę z Garetem. Wtulona twarzą w jego słodki, jedwabisty podbródek. Zgodził się ze mną, że mam urlop i powinnam zaprzestać wszelkich idiotycznych działań i skupić się na poszukiwaniu upragnionego stanu nudy oraz pieszczeniu psa. Kiedy już uzgodniliśmy stanowisko, złapał mnie pazurami za rękę i naprowadził ją na stęskniony brzuszek, jednocześnie odchylając zachęcająco tylną łapę. Wyciągnął się na kanapie, przed którą klęczałam, i posapując z rozkoszy, oddawał się przyjemności, cierpliwie słuchając zwykłego bajdurzenia.[/FONT][FONT=Arial] -A cio to za sićne wicherki? Kto ma takie aksamitne uńka? I jedwabne polisie? I słodką blódeckę? I ciudne, pachnące big milki? I cialniutkie jajeczka? A teraz mamusia pocałuje te mięciutkie wargusie... i najpiekniejsie na świecie rzęsusie...[/FONT][FONT=Arial] Garet, zirytowany bezczynnością ręki, której przeznaczeniem jest drapać, sapnął ostrzegawczo. Oczy wpłynęły mu z powrotem na właściwe miejsce, spod nawisów skórnych obrzucił mnie pełnym niesmaku spojrzeniem, a kiedy zaczęłam obcałowywać jego cudną mordkę, wierzgnął zadnimi łapami, aż przeleciałam przez pół pokoju.[/FONT][FONT=Arial] -A ty strusiu paskudny! – rzuciłam się na niego z powrotem i rozpoczęliśmy regularną walkę. [/FONT][FONT=Arial] Około południa, w upale rozżarzonym do białości, wszelka aktywność była przeciwwskazana. Garecik, dając dobry przykład, wyciągał się na podłodze w kuchni albo na zimnych płytkach w korytarzu. W domu hulał przeciąg, ponieważ otwierałam wszystkie okna i drzwi. Wraz z przeciągiem hulała szara koteczka, którą wypędzaliśmy z Garetem jednym otworem tylko po to, żeby pojawiła się w drugim. Jej brat, w niezrozumiały sposób, znikł tydzień wcześniej. [/FONT][FONT=Arial] Wiem, że w ocieplonym budynku rozsądniej byłoby pozamykać wszystko, bo wtedy byłoby chłodniej, ale sama myśl o braku przewiewu powodowała, że robiło mi się jeszcze bardziej gorąco. Kiedy jest powyżej trzydziestu stopni w cieniu, gorąco robi mi się z byle powodu. Kiedy robi mi się gorąco, natychmiast się wkurzam, od czego robi mi się jeszcze bardziej gorąco. I tak da capo el fine. [/FONT][FONT=Arial] Zapragnęłam basenu, zimnej, przejrzystej wody. Prawie czułam jej zapach i dotyk na skórze. Aby jednak można było napełnić basen, trzeba było najpierw uporządkować ogródek i opróżnić plandekę w basenie z zalegającego w niej od zeszłego roku szlamu, bo wodą tego nazwać nie można. Oznaczało to zakup kolejnej kosiarki, tym razem elektrycznej. [/FONT][FONT=Arial] Przez trzy dni plątałam się po obu, usytuowanych na naszej ulicy, sklepach z kosiarkami, zawracając głowę sprzedawcom. Jeden odpadł w przedbiegach, jako że kobieta, rozszczebiotana do obrzydliwości, usiłowała mnie przekonać, że niczego nadającego się do koszenia poniżej mojej miesięcznej pensji nie kupię. [/FONT][FONT=Arial] Po raz kolejny wybrałam się do najbliższego sklepu z Kają i wróciłyśmy do domu ze zgrabną kosiareczką japońskiej firmy. [/FONT][FONT=Arial] Trochę się bałam reakcji Ireny, ale nic nie mówiła, sama miała już dość tego niechlujnego ugoru i narzekała kilka dni wcześniej, że nigdy tak nie było, dopóki ona zajmowała się ogródkiem i wycinała trawę sierpem. Fakt. [/FONT][FONT=Arial] Moje dziecko, zaopatrzone w odpowiedni sprzęt, zabrało się do koszenia. Kosiarka chodzi leciutko i ciszej, niż nasza sokowirówka, która wydaje dźwięki sugerujące, że z powodu zaburzeń tożsamości uważa się za startujący prom kosmiczny. [/FONT][FONT=Arial] Przez jakiś czas sterczałam nad Kają i przypominałam jej, żeby pamiętała o usuwaniu kamieni. Garet rozsądnie siedział w domu i żuł nową piszczącą piłeczkę, która straciła głos po kilkunastominutowym użytkowaniu. Cóż, zainwestowałam w wygląd, a nie w jakość.[/FONT][FONT=Arial] Po południu, kiedy temperatura spadła do trzydziestu kilku stopni, znowu stanęłam nad Kają, żeby na wszelki wypadek przypomnieć jej o kamieniach. Spojrzenie, którym mnie obrzuciła, miało większą moc rażenia, niż upał... Garet wybiegł ze mną podrzucając w zębach twardą kość z błony, którą kupiłam mu rano. [/FONT][FONT=Arial] Z wysiłkiem pohamowałam kwocze zapędy i czerpiąc wiadrem szlamistą wodę z basenu, zabrałam się za podlewanie ogródka. [/FONT][FONT=Arial] Kiedy Kaja zawołała mnie przyciszonym głosem, myślałam, że zepsuła się kosiarka. Ale nie, wskazywała na Gareta, który ostrożnie, zerkając na boki, przysypywał ziemią kość pod świeżo posadzonym świerczkiem. Używał do tego nosa i wyglądał tak słodko, że obie jęczałyśmy z zachwytu. Wreszcie spojrzał krytycznie na swoje dzieło, poprawił zauważone braki i odszedł od świerka oglądając się przez ramię. [/FONT][FONT=Arial] Kiedy otrzepałyśmy i wycałowałyśmy zapiaszczoną mordkę, ruszył dzikim galopem przez ogródek. Po mniej więcej dziesięciu minutach zaczął krążyć wokół świerka. Widocznie przemyślał sprawę i uznał, że nie można nam do końca zaufać. Wreszcie podszedł i łapką o miękkim nadgarstku, delikatnie, niemal z czułością, warstwa po warstwie usunął piasek i chwycił ocaloną kość w zęby. Odetchnął z ulgą i podreptał z nią do domu kręcąc zgrabnym zadkiem.[/FONT][FONT=Arial] Następnego dnia, kiedy przywlokłam się do domu z zakupami, Garet otrząsnął się z letargu i w powitalnym szale zaczął demolować dom. Udało nam się go oderwać od rozpakowywania wielkiej torby, za to wpadł do spiżarki i chwycił pierwsze, co mu się nawinęło w zęby. Traf chciał, że była to cebula. Na ogół trafia mu się ziemniak, więc nieświadomy zagrożenia wskoczył ze zdobyczą na kuchenny fotel, podrzucił ją parę razy i nagryzł. Skamieniał, uszy zjechały mu na zmarszczone czoło, wykrzywił się okropnie i wypluł, z niedowierzaniem obserwując toczącą się po podłodze, paskudną w smaku kulę. [/FONT][FONT=Arial] -Głupiutki jesteś Gareciku, wiesz? – Kaja tuliła go pocieszająco, wciąż rechocząc. [/FONT][FONT=Arial] Na pocieszenie podarowałam mu nową piszczącą piłeczkę. Wybierałam ją długo i starannie, sprawdzając dźwięk i granice cierpliwości sprzedawczyni. [/FONT][FONT=Arial] Garet, jak każdy wirtuoz, najpierw uważnie wypróbował instrument. Kiedy okazało się, że ma naprawdę szeroką skalę dźwięku, uśmiechnął się uszczęśliwiony, uniósł triumfalnie kitę i grając skoczną oraz niezwykle głośną melodię, ruszył paradnym krokiem, żeby pochwalić się przed Ireną. Wrócił znacznie szybciej, a za nim gonił ochrypły, wściekły wrzask mojej mamusi. Pochwaliłam go gorąco, bo przecież nie można niszczyć takiego talentu. Kiedy Garecik ma odpowiedni instrument, widać, jak rozkoszuje się komponowaniem melodii, starając się wykorzystać wszystkie możliwości, zmienia siłę i miejsce nacisku. Nie jest łatwo go zadowolić, toteż wiele czasu spędzam na wypróbowaniu wszystkich grających zabawek w sklepie. Niestety, Garet szybko zużywa instrumenty. Na mój widok ekspedientki bledną i umęczonym wzrokiem patrzą na obłąkaną babę, która niczym szympans skacze przy wysoko zawieszonym sznurze, na którym dyndają gumowe grajki, naciskając je kolejno i wsłuchując się w okropną kakofonię dźwięków. [/FONT][FONT=Arial] Po udanym koncercie Garet zjadł z wielkim apetytem ćwiartkę arbuza i potruchtał do spiżarki, poprawić sobie kocimi chrupkami. Kaja nawrzeszczała na niego, więc zmartwiony zaległ w fotelu i strzelał żałośnie wszystkim półksiężycami. [/FONT][FONT=Arial] -I czego się drzesz?! Przecież on też czasem potrzebuje czegoś na rozpuszczenie sierstki w żołądku... A swoją drogą dlaczego, kiedy ty na niego krzyczysz, wie, że chodzi o niego, a gdy ja go karcę, od razu szuka kota... [/FONT][FONT=Arial] -Bo ty prawie nigdy nie krzyczysz na niego, a ja nigdy nie krzyczę na koty – wyjaśniła logicznie Kaja. [/FONT]
-
:loveu: [FONT=Arial]LATO ROZGRZEWA[/FONT] [FONT=Arial] Może wiosna to pora kiełkowania romantycznych uczuć, ale lato to pora finalizacji, czyli ślubów. Oczywiście zaplanowanych i organizowanych w pocie czoła i nerwowej atmosferze od co najmniej roku wstecz. Zdaje się, że teraz nie ma szans na spontaniczny, szybki ślub. Lokal, zespół muzyczny, kamerzysta i co tam jeszcze, muszą być zarezerwowane kilkanaście miesięcy wcześniej. Może to i lepiej, bo w tym ciężkim okresie próby para może dojść do wniosku, że: a) nienawidzi rodziny partnera oraz swojej własnej; b) nienawidzi swoich przyjaciół i znajomych; c) nienawidzi się nawzajem – i dać sobie spokój. Jeśli wykaże wystarczająco dużo determinacji i przetrwa, to po wydaniu równowartości domu rodzinnego na jedno- lub dwudniową imprezę może przez resztę małżeńskiego życia cieszyć się oglądaniem ceremonii utrwalonej na płycie DVD oraz na zdjęciach w formacie JPG. [/FONT] [FONT=Arial] Wiem, że jestem dziwaczką, ale nie lubię dużych imprez, a co za tym idzie, wesel formatu karnawału w Rio de Janeiro. Kaja ma na ten temat nieco odmienne zdanie i tu pojawia się między nami konflikt. Na szczęście jest singielką i na razie zmora trzystu pięćdziesięciu najbliższych, których nie widziałam nigdy w życiu, nade mną nie wisi. A jak zawiśnie, to i tak mi będzie zwisała, bo stać mnie najwyżej na urządzenie wesela Garetowi, a i to raczej skromnego. [/FONT] [FONT=Arial] Trzysta pięćdziesiąt osób wzięłam stąd, że to minimum, które będzie uczestniczyć w weselu przyjaciółki mojej córki. I nie, dziewczyna nie mieszka w Pałacu Buckingham. [/FONT] [FONT=Arial] Osłabiają mnie też różne weselne tradycje, zróżnicowane regionalnie. Uświadamia mnie co do nich Kaja, dozując informacje.[/FONT] [FONT=Arial] -A wiesz, mamuś, że starszy drużba wbija w próg domu panny młodej gwóźdź, dopóki nie dostanie tyle wódki, ile chce?[/FONT] [FONT=Arial] Wybałuszyłam na nią oczy, a że mam plastyczną wyobraźnię, natychmiast ujrzałam jakiegoś jołopa, który bezmyślnie demoluje mi wejście i zagotowało się we mnie.[/FONT] [FONT=Arial] -Jakbym pieprznęła takiego kretyna młotkiem w łeb, odechciałoby mu się wódki do końca życia! – warknęłam. [/FONT] [FONT=Arial] Wesele Ewy zapowiadało się skromniej, wręcz normalnie. [/FONT] [FONT=Arial] Do malowania prezentu ślubnego (słoneczniki) zabrałam się oczywiście w ostatniej chwili, więc pracowałam również po nocach. Musiałam mieć podzieloną uwagę, żeby w porę walnąć w locie kota zmierzającego w kierunku kuchennego stołu, na którym ułożyłam obraz, albo w ostatnim momencie chwycić potężną, merdającą kitę Garecika zanim narobi nieodwołalnych szkód. Nieco rozpraszały mnie również codzienne sesje telewizyjne, gdy Irena z Kają oglądały MASH. Irena bowiem, jak zwykle, nie zakładała aparatu słuchowego, więc telewizor ryczał w górnych granicach przewidzianych przez fantazję producenta, a fala dźwiękowa mogła zabić. Pies uciekał do kuchni i wciskał głowę w fotel, a nos w ogon, dozując sobie niedotlenienie tak, żeby nerw słuchowy nie obumarł, a jedynie był w lekkiej niedyspozycji... Niestety, nie mogłam zrobić tego samego, przede wszystkim z powodu braku ogona.[/FONT] [FONT=Arial] W sobotę późnym rankiem, w ogłuszającym upale, wybrałam się na zakupy, głównie po ogromne arkusze celofanu i szyfonowe wstążki do opakowania prezentu. Garecik nie protestował, bo Kaja została w domu. [/FONT] [FONT=Arial] Po przejściu stu metrów kątem oka zauważyłam, że coś błyska mi na biało u boku brązowej sukienki. No i błyskało. Metka. Pędem zawróciłam do domu i ubrałam sukienkę na prawą stronę. A dopiero dzień wcześniej wybierałam się do pracy w samym podkoszulku i żakiecie, bez spódnicy... a po południu tego samego dnia przemaszerowałam przez cały hipermarket z rozłożoną parasolką. Jezu, muszę się bardziej koncentrować, bo niedługo ludzie będą mnie palcami pokazywać...[/FONT] [FONT=Arial] Spokojnie zrobiłam zakupy, dostałam wszystko, plus białe świńskie ucho dla Garecika, żeby mu nie było smutno, jak wyjdziemy. [/FONT] [FONT=Arial] Garet z ucha bardzo się ucieszył, myślałam, że je zaraz pożre, ale nie, nosił ze sobą wszędzie i klekotał nim jak tą zmumifikowaną myszą w ubiegłym roku. Nawet Irena się dziwiła, czemu nie je, ale tajemnica wyjaśniła się dopiero następnego dnia. [/FONT] [FONT=Arial] Do wyjścia miałyśmy godzinę, niewyprasowane ciuchy, nieskompletowaną biżuterię i jedną łazienkę. [/FONT] [FONT=Arial] Działałyśmy zdumiewająco bezkolizyjnie, zgodnie potykając się o zdenerwowanego, pełnego złych przeczuć psa. Makijaż zrobiłam w trzy minuty, jak zwykle, ale przy zakładaniu kolczyków zaczęłam się denerwować, bo nigdy sobie tych dziurek nie mogę wymacać, a już szczególnie w pośpiechu. Kaja zaczęła się wściekle miotać, ciskając wszystkim, bo jej złote kolczyki nie leżały tam, gdzie się ich spodziewała. W gruncie rzeczy nie leżały nigdzie, więc w panice usiłowała dopasować sobie jakieś inne. Jej furia płynnie połączyła się z moją własną. Wysyczałam złośliwie, że zamiast przez pół doby gapić się debilnie w telewizor, mogła sobie przygotować wszystko poprzedniego wieczoru. [/FONT] [FONT=Arial] -Ale ja myślałam, że są tam, gdzie je położyłam![/FONT] [FONT=Arial] -I zapewne są – warknęłam łapiąc równowagę po ryzykownym ominięciu Gareta rozesłanego dramatycznie pod nogami. [/FONT] [FONT=Arial] Wciąż była szansa, że zdążymy na autobus, natomiast nie było szans, że dotrzemy na przystanek niezgrzane. Kaja zwinnie pierwsza prześliznęła się przez furtkę, zostawiając mnie na pastwę histerycznie wyjącego psa, który oprócz strun głosowych w celu zatrzymania nas używał też zębów i pazurów, co fatalnie wróżyło mojej białej sukience i jedwabnemu szalowi. Runęłam za Kają wskakując jej na stopę, i już po drugiej próbie udało mi się zamknąć furtkę nie na sobie. Spojrzałyśmy na siebie z nienawiścią i przy wtórze rozpaczliwych jęków Garecika, od których krwawiło mi serce, pokłusowałyśmy zgodnie w dół ulicy. [/FONT] [FONT=Arial] -Następnym razem – wysapałam, gdy nieco ochłonęłyśmy – następnym razem przygotujemy sobie wszystko dzień wcześniej. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja bez przekonania pokiwała głową.[/FONT] [FONT=Arial] Dojechałyśmy bez przeszkód i w małym wiejskim kościółku byłyśmy kilkanaście minut przed resztą gości. Wystrój potężnie mną wstrząsnął. Ktoś postawił na nowoczesność. Stylu malarstwa nie udało mi się sklasyfikować. Największe wrażenie robiła główna ściana, przy ołtarzu. Tworzyły ją rozchodzące się schodkowo na boki wielkie płyty, przy czym boczne stanowiły tło, a frontowa zawierała ogromne postacie Maryi z Jezusem na rękach. Głowy obojga uginały się pod masywnymi koronami, wychudzone twarze miały rysy ściągnięte napięciem i grozą. Na tle w kolorze pożogi wyglądali na uchodźców uciekających w panice ze zbombardowanego, płonącego miasta. Całość sprawiała tak groźne wrażenie, że dostałam gęsiej skórki i włosy mi się zjeżyły na głowie. Bez wątpienia artyście udało się osiągnąć spektakularny efekt, choć nie wiem, czy akurat takich uczuć chciałabym doznawać w kościele. Wolałabym coś łagodnego, ciepłego, wyciszającego i dodającego otuchy. Przez całą mszę starałam się ze wszystkich sił nie patrzeć na malowidło, ale wzrok sam mi się tam zakotwiczał. [/FONT] [FONT=Arial] Ze wzruszeniem patrzyłam, jak Ewa i Mariusz, przy dźwiękach marsza weselnego kroczą główną nawą. Oboje wysocy, Ewa z dumnie podniesioną głową, w pięknej, prostej sukni i długim welonie. [/FONT] [FONT=Arial] Nagle organy ryknęły z taką mocą, że rzuciło mną o ławkę. Nie spodziewałam się tego, najwyraźniej sprzęt został dobrany z myślą o powiększeniu kościółka. [/FONT] [FONT=Arial] „Pod Twą obronę...” – zagrzmiało dramatycznie. Przez myśl przeleciało mi, że wydarzył się jakiś kataklizm, o którym nie wiem. Ale to były tylko moje nadwyrężone wstrząsającym obrazem nerwy. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy wreszcie przestałam zerkać na obraz i przywykłam do tego, że ksiądz również ma głos i nagłośnienie pasujące raczej do katedry, odprężyłam się trochę, ale za to zaczęłam się wzruszać, czego nie znoszę. Mięczak się ze mnie na starość robi. Dotychczas ze zdziwieniem patrzyłam na baby smarkające na ślubach, bo mnie był w stanie poruszyć tylko los zwierząt. Teraz mi się pogorszyło...[/FONT] [FONT=Arial] -A co ty tu robisz? – zdumiała się Irena, która wyszła, żeby spacyfikować Gareta demolującego w powitalnej radości całe otoczenie. –Myślałam, że psu się pomyliło albo już ostatecznie zgłupiał... Nie mogłaś sobie posiedzieć chociaż do dziesiątej? [/FONT] [FONT=Arial] -A, tam, będę siedzieć... – wymamrotałam spod ściąganej sukienki. Atak Gareta zniosła dobrze, niestety, szal ucierpiał. A taki był śliczny...–Gorąco jak cholera, głowa mnie boli, a poza tym nie umiem tańczyć – padłam na duży fotel, Garecik natychmiast wdrapał mi się na kolana międląc w gębie nową piszczącą piłeczkę, która głos straciła w kwadrans po dostaniu się w jego zęby. – I źle się czuję w większym, nieznanym towarzystwie. [/FONT] [FONT=Arial] Irena przysiadła na fotelu obok. Ku mojemu zdumieniu poklepała mnie krzepiąco po ręce.[/FONT] [FONT=Arial] -Po co ty się od razu tak negatywnie nastawiasz?[/FONT] [FONT=Arial] Garet, okrutnie zaskoczony naszym bliskim kontaktem, otwarł paszczę i wypluł piłeczkę na kolana Ireny. [/FONT] [FONT=Arial] -Idźże z tym oplutym świństwem ode mnie! – zirytowała się. [/FONT] [FONT=Arial] Poszedł tylko po to, żeby za chwilę przytruchtać klekocząc świńskim uchem. Przewracając zachęcająco ślepiami, usiłował się nim z nami podzielić. Odpędzałam go bez przekonania i zdawałam Irenie relację ze ślubu. [/FONT] [FONT=Arial] -Słuchaj – pociągnęłam podejrzliwie nosem – nie wydaje ci się, że tu paskudnie cuchnie? Jakby padliną... Pewnie któryś z kotów przyniósł mysz i zdechła gdzieś w dziurze... Muszę zajrzeć pod fotel, ale dziś nie mam siły... [/FONT] [FONT=Arial] Kaja wróciła z imprezy o czwartej rano, powpuszczała koty, a Garet wreszcie się uspokoił i przestał latać pod domu pogwizdując żałośnie.[/FONT] [FONT=Arial] W niedzielę uświadomiłam sobie, że czerwone korale jarzębiny wróżą schyłek lata, a ja jestem biała jak rzadko. Zeszłam na taras i wystawiłam plecy do słońca. Garecik przybiegł za mną i przytulił się do mojego boku. [/FONT] [FONT=Arial] -Kochanie, idź do cienia, bo się sfajczysz! [/FONT] [FONT=Arial] W odpowiedzi zaklekotał świńskim uchem i przytulił się mocniej. Powiew wiatru przydusił mnie jakimś okropnym smrodem. [/FONT] [FONT=Arial] -Chryste, co tak cuchnie? – podniosłam głowę i rozejrzałam się ze zgrozą. Żadnych rozkładających się zwłok w pobliżu nie zauważyłam. Garet obejrzał się przez ramię, uśmiechnął szeroko spoza ucha i pomachał radośnie kitą, waląc mnie po twarzy. Kiedy napotkał mój podejrzliwy wzrok, poderwał się, podrzucił ucho parę razy i znowu przywarł do mnie, tym razem drugim bokiem, wypluwając ucho, żeby dać mi buzi. [/FONT] [FONT=Arial] -AAAA!!!! – wrzasnęłam, chwyciłam końcami palców ucho i odrzuciłam daleko od siebie. Boże, nic dziwnego, że tego nie jadł! Zapach kwasu masłowego to przy tym perfumy![/FONT] [FONT=Arial] Niestety, nasz pupil zerwał się i popędził szukać swojej maskotki, którą, zapewne przez roztargnienie, gdzieś zapodziałam. [/FONT] [FONT=Arial] Powiodło mu się nadspodziewanie dobrze i już po kilku sekundach zaaportował zabójczy obiekt, uśmiechnął się krzepiąco i z dumą, po czym wypuścił z zębów to paskudztwo tuż przy mojej twarzy i pochylił się, żeby dać mi buzi...[/FONT] [FONT=Arial] -Garecik – wysapałam przez nos zduszonym głosem – idziemy do domu, coś dostaniesz...[/FONT] [FONT=Arial] Garet złapał ucho i podążył za mną, prezentując znakomity nastrój. W kuchni zaserwowałam mu kawał cielęciny z zupy, a gdy się nią zajmował, ukradkiem zapakowałam śmierdzące świństwo w woreczek foliowy i wyrzuciłam do śmieci. [/FONT] [FONT=Arial] Wróciliśmy do ogródka, wyleżeć się już nie dało, więc wzięłam sekator i zaczęłam obcinać przekwitłe róże. Garet zrobił rundę honorową wokół ogrodu, po czym, znudzony, poczłapał do domu, gdzie zapewne zaległ w fotelu. [/FONT] [FONT=Arial] Zieleń lśniła urzekająco po niedawnych deszczach, a ponieważ zbliżała się pora niedzielnego obiadu, ruch samochodowy zmalał na tyle, że momentami było słychać pasikoniki i szum liści. Boże, gdyby ta cholerna jezdnia zapadła się w samym środku, mieszkałabym w raju![/FONT] [FONT=Arial] Chodząc po trawie po kolana porastającej raj, kilkakrotnie cudem uratowałam się przed poważnymi obrażeniami. Pół ogródka zalegają deski i cegły pozostałe po zasiekach, jakimi Kaja na wiosnę zabezpieczała przed Garetem fasolkę szparagową. Gałęzie plączą się wszędzie, nie licząc śmieci wywleczonych z piwnicy przez Gareta. Basen zamienił się w staw z bogatą florą i fauną, najbujniej rozkrzewiły się pokrzywy, od których dostaję uczulenia, a przy nowo wymurowanej ławie pokrytej marmurem stoi ogromne kartonowe pudło, które Kaja po jakąś cholerę wyniosła z piwnicy oraz wspierają się o siebie niczym omdlewający pielgrzymi worki z piaskiem. Z drugiej strony leżą deski, patyki i rurki. [/FONT] [FONT=Arial] Ze złości zrobiło mi się bardziej gorąco niż od słońca. Dość tego. Biorę urlop i w tym cholernym ogródku zapanuje wreszcie porządek. Przestanie wyglądać jak koczowisko bezdomnych. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja, której poleciłam uprzątnąć jak najszybciej cholerne deski i pieprzone cegły oraz przeklęte gałęzie, nadęła się okropnie. Wymamrotała, że z gałęziami czeka, aż siekiera będzie sprawna. Nie dociekałam, gdzie oddała ją na leczenie i jak długo ono potrwa, ani w jakim celu zamierza gromadzić chrust. I dlaczego z tą uzdrowioną siekierą zamierza ganiać po całym ogródku, aby dokonać na każdym konarze egzekucji w innym miejscu. Powiedziałam stanowczo, że gałęzie mają leżeć na jednym stosie do spalenia. [/FONT] [FONT=Arial] Wczoraj kupiłam kosiarkę elektryczną (komplet do bębnowej i podkaszarki, mam nadzieję, że nie będę musiała kupić samobieżnej, żeby wreszcie ogródek przestał przypominać ugór) i przypomniałam o deskach, cegłach i gałęziach. Oraz oznajmiłam, że napełniamy basen. Niech ja wreszcie mam trochę przyjemności z tej nagrody jubileuszowej. Ciekawa jestem, jak Garecik zareaguje na naszą kąpiel... Od piątku biorę dwa tygodnie urlopu. [/FONT]
-
:loveu: [FONT=Arial]LATO ROZGRZEWA[/FONT] [FONT=Arial]Może wiosna to pora kiełkowania romantycznych uczuć, ale lato to pora finalizacji, czyli ślubów. Oczywiście zaplanowanych i organizowanych w pocie czoła i nerwowej atmosferze od co najmniej roku wstecz. Zdaje się, że teraz nie ma szans na spontaniczny, szybki ślub. Lokal, zespół muzyczny, kamerzysta i co tam jeszcze, muszą być zarezerwowane kilkanaście miesięcy wcześniej. Może to i lepiej, bo w tym ciężkim okresie próby para może dojść do wniosku, że: a) nienawidzi rodziny partnera oraz swojej własnej; b) nienawidzi swoich przyjaciół i znajomych; c) nienawidzi się nawzajem – i dać sobie spokój. Jeśli wykaże wystarczająco dużo determinacji i przetrwa, to po wydaniu równowartości domu rodzinnego na jedno- lub dwudniową imprezę może przez resztę małżeńskiego życia cieszyć się oglądaniem ceremonii utrwalonej na płycie DVD oraz na zdjęciach w formacie JPG. [/FONT] [FONT=Arial]Wiem, że jestem dziwaczką, ale nie lubię dużych imprez, a co za tym idzie, wesel formatu karnawału w Rio de Janeiro. Kaja ma na ten temat nieco odmienne zdanie i tu pojawia się między nami konflikt. Na szczęście jest singielką i na razie zmora trzystu pięćdziesięciu najbliższych, których nie widziałam nigdy w życiu, nade mną nie wisi. A jak zawiśnie, to i tak mi będzie zwisała, bo stać mnie najwyżej na urządzenie wesela Garetowi, a i to raczej skromnego. [/FONT] [FONT=Arial]Trzysta pięćdziesiąt osób wzięłam stąd, że to minimum, które będzie uczestniczyć w weselu przyjaciółki mojej córki. I nie, dziewczyna nie mieszka w Pałacu Buckingham. [/FONT] [FONT=Arial]Osłabiają mnie też różne weselne tradycje, zróżnicowane regionalnie. Uświadamia mnie co do nich Kaja, dozując informacje.[/FONT] [FONT=Arial]-A wiesz, mamuś, że starszy drużba wbija w próg domu panny młodej gwóźdź, dopóki nie dostanie tyle wódki, ile chce?[/FONT] [FONT=Arial]Wybałuszyłam na nią oczy, a że mam plastyczną wyobraźnię, natychmiast ujrzałam jakiegoś jołopa, który bezmyślnie demoluje mi wejście i zagotowało się we mnie.[/FONT] [FONT=Arial]-Jakbym pieprznęła takiego kretyna młotkiem w łeb, odechciałoby mu się wódki do końca życia! – warknęłam. [/FONT] [FONT=Arial]Wesele Ewy zapowiadało się skromniej, wręcz normalnie. [/FONT] [FONT=Arial]Do malowania prezentu ślubnego (słoneczniki) zabrałam się oczywiście w ostatniej chwili, więc pracowałam również po nocach. Musiałam mieć podzieloną uwagę, żeby w porę walnąć w locie kota zmierzającego w kierunku kuchennego stołu, na którym ułożyłam obraz, albo w ostatnim momencie chwycić potężną, merdającą kitę Garecika zanim narobi nieodwołalnych szkód. Nieco rozpraszały mnie również codzienne sesje telewizyjne, gdy Irena z Kają oglądały MASH. Irena bowiem, jak zwykle, nie zakładała aparatu słuchowego, więc telewizor ryczał w górnych granicach przewidzianych przez fantazję producenta, a fala dźwiękowa mogła zabić. Pies uciekał do kuchni i wciskał głowę w fotel, a nos w ogon, dozując sobie niedotlenienie tak, żeby nerw słuchowy nie obumarł, a jedynie był w lekkiej niedyspozycji... Niestety, nie mogłam zrobić tego samego, przede wszystkim z powodu braku ogona.[/FONT] [FONT=Arial]W sobotę późnym rankiem, w ogłuszającym upale, wybrałam się na zakupy, głównie po ogromne arkusze celofanu i szyfonowe wstążki do opakowania prezentu. Garecik nie protestował, bo Kaja została w domu. [/FONT] [FONT=Arial]Po przejściu stu metrów kątem oka zauważyłam, że coś błyska mi na biało u boku brązowej sukienki. No i błyskało. Metka. Pędem zawróciłam do domu i ubrałam sukienkę na prawą stronę. A dopiero dzień wcześniej wybierałam się do pracy w samym podkoszulku i żakiecie, bez spódnicy... a po południu tego samego dnia przemaszerowałam przez cały hipermarket z rozłożoną parasolką. Jezu, muszę się bardziej koncentrować, bo niedługo ludzie będą mnie palcami pokazywać...[/FONT] [FONT=Arial]Spokojnie zrobiłam zakupy, dostałam wszystko, plus białe świńskie ucho dla Garecika, żeby mu nie było smutno, jak wyjdziemy. [/FONT] [FONT=Arial]Garet z ucha bardzo się ucieszył, myślałam, że je zaraz pożre, ale nie, nosił ze sobą wszędzie i klekotał nim jak tą zmumifikowaną myszą w ubiegłym roku. Nawet Irena się dziwiła, czemu nie je, ale tajemnica wyjaśniła się dopiero następnego dnia. [/FONT] [FONT=Arial]Do wyjścia miałyśmy godzinę, niewyprasowane ciuchy, nieskompletowaną biżuterię i jedną łazienkę. [/FONT] [FONT=Arial]Działałyśmy zdumiewająco bezkolizyjnie, zgodnie potykając się o zdenerwowanego, pełnego złych przeczuć psa. Makijaż zrobiłam w trzy minuty, jak zwykle, ale przy zakładaniu kolczyków zaczęłam się denerwować, bo nigdy sobie tych dziurek nie mogę wymacać, a już szczególnie w pośpiechu. Kaja zaczęła się wściekle miotać, ciskając wszystkim, bo jej złote kolczyki nie leżały tam, gdzie się ich spodziewała. W gruncie rzeczy nie leżały nigdzie, więc w panice usiłowała dopasować sobie jakieś inne. Jej furia płynnie połączyła się z moją własną. Wysyczałam złośliwie, że zamiast przez pół doby gapić się debilnie w telewizor, mogła sobie przygotować wszystko poprzedniego wieczoru. [/FONT] [FONT=Arial]-Ale ja myślałam, że są tam, gdzie je położyłam![/FONT] [FONT=Arial]-I zapewne są – warknęłam łapiąc równowagę po ryzykownym ominięciu Gareta rozesłanego dramatycznie pod nogami. [/FONT] [FONT=Arial]Wciąż była szansa, że zdążymy na autobus, natomiast nie było szans, że dotrzemy na przystanek niezgrzane. Kaja zwinnie pierwsza prześliznęła się przez furtkę, zostawiając mnie na pastwę histerycznie wyjącego psa, który oprócz strun głosowych w celu zatrzymania nas używał też zębów i pazurów, co fatalnie wróżyło mojej białej sukience i jedwabnemu szalowi. Runęłam za Kają wskakując jej na stopę, i już po drugiej próbie udało mi się zamknąć furtkę nie na sobie. Spojrzałyśmy na siebie z nienawiścią i przy wtórze rozpaczliwych jęków Garecika, od których krwawiło mi serce, pokłusowałyśmy zgodnie w dół ulicy. [/FONT] [FONT=Arial]-Następnym razem – wysapałam, gdy nieco ochłonęłyśmy – następnym razem przygotujemy sobie wszystko dzień wcześniej. [/FONT] [FONT=Arial]Kaja bez przekonania pokiwała głową.[/FONT] [FONT=Arial]Dojechałyśmy bez przeszkód i w małym wiejskim kościółku byłyśmy kilkanaście minut przed resztą gości. Wystrój potężnie mną wstrząsnął. Ktoś postawił na nowoczesność. Stylu malarstwa nie udało mi się sklasyfikować. Największe wrażenie robiła główna ściana, przy ołtarzu. Tworzyły ją rozchodzące się schodkowo na boki wielkie płyty, przy czym boczne stanowiły tło, a frontowa zawierała ogromne postacie Maryi z Jezusem na rękach. Głowy obojga uginały się pod masywnymi koronami, wychudzone twarze miały rysy ściągnięte napięciem i grozą. Na tle w kolorze pożogi wyglądali na uchodźców uciekających w panice ze zbombardowanego, płonącego miasta. Całość sprawiała tak groźne wrażenie, że dostałam gęsiej skórki i włosy mi się zjeżyły na głowie. Bez wątpienia artyście udało się osiągnąć spektakularny efekt, choć nie wiem, czy akurat takich uczuć chciałabym doznawać w kościele. Wolałabym coś łagodnego, ciepłego, wyciszającego i dodającego otuchy. Przez całą mszę starałam się ze wszystkich sił nie patrzeć na malowidło, ale wzrok sam mi się tam zakotwiczał. [/FONT] [FONT=Arial]Ze wzruszeniem patrzyłam, jak Ewa i Mariusz, przy dźwiękach marsza weselnego kroczą główną nawą. Oboje wysocy, Ewa z dumnie podniesioną głową, w pięknej, prostej sukni i długim welonie. [/FONT] [FONT=Arial]Nagle organy ryknęły z taką mocą, że rzuciło mną o ławkę. Nie spodziewałam się tego, najwyraźniej sprzęt został dobrany z myślą o powiększeniu kościółka. [/FONT] [FONT=Arial]„Pod Twą obronę...” – zagrzmiało dramatycznie. Przez myśl przeleciało mi, że wydarzył się jakiś kataklizm, o którym nie wiem. Ale to były tylko moje nadwyrężone wstrząsającym obrazem nerwy. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy wreszcie przestałam zerkać na obraz i przywykłam do tego, że ksiądz również ma głos i nagłośnienie pasujące raczej do katedry, odprężyłam się trochę, ale za to zaczęłam się wzruszać, czego nie znoszę. Mięczak się ze mnie na starość robi. Dotychczas ze zdziwieniem patrzyłam na baby smarkające na ślubach, bo mnie był w stanie poruszyć tylko los zwierząt. Teraz mi się pogorszyło...[/FONT] [FONT=Arial]-A co ty tu robisz? – zdumiała się Irena, która wyszła, żeby spacyfikować Gareta demolującego w powitalnej radości całe otoczenie. –Myślałam, że psu się pomyliło albo już ostatecznie zgłupiał... Nie mogłaś sobie posiedzieć chociaż do dziesiątej? [/FONT] [FONT=Arial]-A, tam, będę siedzieć... – wymamrotałam spod ściąganej sukienki. Atak Gareta zniosła dobrze, niestety, szal ucierpiał. A taki był śliczny...–Gorąco jak cholera, głowa mnie boli, a poza tym nie umiem tańczyć – padłam na duży fotel, Garecik natychmiast wdrapał mi się na kolana międląc w gębie nową piszczącą piłeczkę, która głos straciła w kwadrans po dostaniu się w jego zęby. – I źle się czuję w większym, nieznanym towarzystwie. [/FONT] [FONT=Arial]Irena przysiadła na fotelu obok. Ku mojemu zdumieniu poklepała mnie krzepiąco po ręce.[/FONT] [FONT=Arial]-Po co ty się od razu tak negatywnie nastawiasz?[/FONT] [FONT=Arial]Garet, okrutnie zaskoczony naszym bliskim kontaktem, otwarł paszczę i wypluł piłeczkę na kolana Ireny. [/FONT] [FONT=Arial]-Idźże z tym oplutym świństwem ode mnie! – zirytowała się. [/FONT] [FONT=Arial]Poszedł tylko po to, żeby za chwilę przytruchtać klekocząc świńskim uchem. Przewracając zachęcająco ślepiami, usiłował się nim z nami podzielić. Odpędzałam go bez przekonania i zdawałam Irenie relację ze ślubu. [/FONT] [FONT=Arial]-Słuchaj – pociągnęłam podejrzliwie nosem – nie wydaje ci się, że tu paskudnie cuchnie? Jakby padliną... Pewnie któryś z kotów przyniósł mysz i zdechła gdzieś w dziurze... Muszę zajrzeć pod fotel, ale dziś nie mam siły... [/FONT] [FONT=Arial]Kaja wróciła z imprezy o czwartej rano, powpuszczała koty, a Garet wreszcie się uspokoił i przestał latać pod domu pogwizdując żałośnie.[/FONT] [FONT=Arial]W niedzielę uświadomiłam sobie, że czerwone korale jarzębiny wróżą schyłek lata, a ja jestem biała jak rzadko. Zeszłam na taras i wystawiłam plecy do słońca. Garecik przybiegł za mną i przytulił się do mojego boku. [/FONT] [FONT=Arial]-Kochanie, idź do cienia, bo się sfajczysz! [/FONT] [FONT=Arial]W odpowiedzi zaklekotał świńskim uchem i przytulił się mocniej. Powiew wiatru przydusił mnie jakimś okropnym smrodem. [/FONT] [FONT=Arial]-Chryste, co tak cuchnie? – podniosłam głowę i rozejrzałam się ze zgrozą. Żadnych rozkładających się zwłok w pobliżu nie zauważyłam. Garet obejrzał się przez ramię, uśmiechnął szeroko spoza ucha i pomachał radośnie kitą, waląc mnie po twarzy. Kiedy napotkał mój podejrzliwy wzrok, poderwał się, podrzucił ucho parę razy i znowu przywarł do mnie, tym razem drugim bokiem, wypluwając ucho, żeby dać mi buzi. [/FONT] [FONT=Arial]-AAAA!!!! – wrzasnęłam, chwyciłam końcami palców ucho i odrzuciłam daleko od siebie. Boże, nic dziwnego, że tego nie jadł! Zapach kwasu masłowego to przy tym perfumy![/FONT] [FONT=Arial]Niestety, nasz pupil zerwał się i popędził szukać swojej maskotki, którą, zapewne przez roztargnienie, gdzieś zapodziałam. [/FONT] [FONT=Arial]Powiodło mu się nadspodziewanie dobrze i już po kilku sekundach zaaportował zabójczy obiekt, uśmiechnął się krzepiąco i z dumą, po czym wypuścił z zębów to paskudztwo tuż przy mojej twarzy i pochylił się, żeby dać mi buzi...[/FONT] [FONT=Arial]-Garecik – wysapałam przez nos zduszonym głosem – idziemy do domu, coś dostaniesz...[/FONT] [FONT=Arial]Garet złapał ucho i podążył za mną, prezentując znakomity nastrój. W kuchni zaserwowałam mu kawał cielęciny z zupy, a gdy się nią zajmował, ukradkiem zapakowałam śmierdzące świństwo w woreczek foliowy i wyrzuciłam do śmieci. [/FONT] [FONT=Arial]Wróciliśmy do ogródka, wyleżeć się już nie dało, więc wzięłam sekator i zaczęłam obcinać przekwitłe róże. Garet zrobił rundę honorową wokół ogrodu, po czym, znudzony, poczłapał do domu, gdzie zapewne zaległ w fotelu. [/FONT] [FONT=Arial]Zieleń lśniła urzekająco po niedawnych deszczach, a ponieważ zbliżała się pora niedzielnego obiadu, ruch samochodowy zmalał na tyle, że momentami było słychać pasikoniki i szum liści. Boże, gdyby ta cholerna jezdnia zapadła się w samym środku, mieszkałabym w raju![/FONT] [FONT=Arial]Chodząc po trawie po kolana porastającej raj, kilkakrotnie cudem uratowałam się przed poważnymi obrażeniami. Pół ogródka zalegają deski i cegły pozostałe po zasiekach, jakimi Kaja na wiosnę zabezpieczała przed Garetem fasolkę szparagową. Gałęzie plączą się wszędzie, nie licząc śmieci wywleczonych z piwnicy przez Gareta. Basen zamienił się w staw z bogatą florą i fauną, najbujniej rozkrzewiły się pokrzywy, od których dostaję uczulenia, a przy nowo wymurowanej ławie pokrytej marmurem stoi ogromne kartonowe pudło, które Kaja po jakąś cholerę wyniosła z piwnicy oraz wspierają się o siebie niczym omdlewający pielgrzymi worki z piaskiem. Z drugiej strony leżą deski, patyki i rurki. [/FONT] [FONT=Arial]Ze złości zrobiło mi się bardziej gorąco niż od słońca. Dość tego. Biorę urlop i w tym cholernym ogródku zapanuje wreszcie porządek. Przestanie wyglądać jak koczowisko bezdomnych. [/FONT] [FONT=Arial]Kaja, której poleciłam uprzątnąć jak najszybciej cholerne deski i pieprzone cegły oraz przeklęte gałęzie, nadęła się okropnie. Wymamrotała, że z gałęziami czeka, aż siekiera będzie sprawna. Nie dociekałam, gdzie oddała ją na leczenie i jak długo ono potrwa, ani w jakim celu zamierza gromadzić chrust. I dlaczego z tą uzdrowioną siekierą zamierza ganiać po całym ogródku, aby dokonać na każdym konarze egzekucji w innym miejscu. Powiedziałam stanowczo, że gałęzie mają leżeć na jednym stosie do spalenia. [/FONT] [FONT=Arial]Wczoraj kupiłam kosiarkę elektryczną (komplet do bębnowej i podkaszarki, mam nadzieję, że nie będę musiała kupić samobieżnej, żeby wreszcie ogródek przestał przypominać ugór) i przypomniałam o deskach, cegłach i gałęziach. Oraz oznajmiłam, że napełniamy basen. Niech ja wreszcie mam trochę przyjemności z tej nagrody jubileuszowej. Ciekawa jestem, jak Garecik zareaguje na naszą kąpiel... Od piątku biorę dwa tygodnie urlopu. [/FONT]
-
:kiss_2: Dzięki. Mam nadzieję, że to już Twoje płytki. Ciekawa jestem, co za fatum wisi nad branżą remontowo-budowlaną? Nic nie przebiega bezproblemowo, nic nie udaje się zrealizować w terminie, a jesli się uda, to człowieka ogarnia paskudne uczucie, że coś jest nie tak (odpadnie? połamie się? zapadnie? zniknie?). Też czekałam na blaty 5 miesięcy, od początku lutego. Co jakis czas dzwoniłam, czy to drzewo na nie już wyrosło? Okazało się, ze stolarz się rozchorował - wtedy już się przeraziłam, bo jak naiwna idiotka zapłaciłam z góry, a jak tak facet zejdzie? Na szczęście przeżył... Życzę Ci powodzenia. Faktycznie płytki do czyszczenia z sierści są lepsze. I tak lekko i malowniczo unoszą się na nich te kępy futra... Już w godzinę po sprzątaniu :diabloti:
-
A to nowy blat szafki kuchennej: [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img261.imageshack.us/img261/7136/lipiec2008037ib5.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/g.php?h=261&i=lipiec2008037ib5.jpg][IMG]http://img261.imageshack.us/img261/7136/lipiec2008037ib5.f1f8f62412.jpg[/IMG][/URL] A to Garecik przyglądający się mojej niszczycielskiej działalności na (chwilowych) ruinach kuchni. O wielkim zainteresowaniu i koncentracji świadczą króciutkie big milki zakotwiczone na poręczy. [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img70.imageshack.us/img70/1165/lipiec2008038if0.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/g.php?h=70&i=lipiec2008038if0.jpg][IMG]http://img70.imageshack.us/img70/1165/lipiec2008038if0.0a44791b66.jpg[/IMG][/URL]
-
A teraz zdjęcia. Nie sfotografowałam tego wcześniej, więc słabo widać, bo robiłam z "lotu ptaka" czyli z taboretu. To nowy blat kredensu. [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img509.imageshack.us/img509/4093/lipiec2008036zc3.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/g.php?h=509&i=lipiec2008036zc3.jpg][IMG]http://img509.imageshack.us/img509/4093/lipiec2008036zc3.2e6158f330.jpg[/IMG][/URL]
-
:shake:O Jezu, to była eskalacja pecha. Koszmar! Sama już nie wiem, chyba wolałabym syczenie węża niż brzęczenie pszczoły. Są takie dni, kiedy człowiek nie powinien wychodzić z łóżka, chyba że do łazienki i to drogą usłaną miękkimi materacami, upewniwszy się uprzednio, że w kiblu nic się nie zagnieździło... Jakieś wodno-kanalizacyjne, na przykład. Zdaje się, że jedno z praw Murphy'ego stwierdza, że Natura nie znosi ludzi (zaraz po stwierdzeniu, że "matka-Natura jest suką").:roll: A koteczka Kiszka rzeczywiście jest wyjątkowa. Wiadomości o niej to jedyne, co natychmiast wywołuje usmiech na twarzy Ireny. Zaczynam podejrzewac, że każde zwierzę, które przeszło przez nasz dom, nie może być normalne...
-
[FONT=Arial]DZIECI JEDNEGO OJCA[/FONT] [FONT=Arial] Jeszcze wczoraj łza mi się kręciła w oku na wspomnienie Kiri/Kiszki. Gdy wdrapywała mi się na ramię i zasypiała w zagłębieniu szyi obejmując malutkimi łapkami, albo ocierała czule pyszczkiem o moje usta, nos i policzki, moje serce zamieniało się w galaretę. Dopiero zestawiona na podłogę wpadała w amok i stawała się groźna dla otoczenia. [/FONT] [FONT=Arial] Fakt, że trafiła do najlepszego z możliwych domu, ale i tak czuję się jak zdrajczyni. Inna sprawa, że gdyby była u nas, prawdopodobnie leżałabym już na oddziale psychiatrycznym. [/FONT] [FONT=Arial] Już pierwsze doniesienia od Agnieszki brzmiały niepokojąco: „Kocica generalnie daje czadu. Ma niespożytą ilość energii. Zwiedziła już cały dom i nie boi się niczego. Wprost przeciwnie, wciska się wszędzie, nawet nieproszona. Śpi w różnych dziwnych miejscach, atakuje spod fotela, drapiąc i gryząc nogi”.[/FONT][FONT=Arial] Z czasem było tylko gorzej: „Moja biedna Nokia dostaje jeść na polu, nie byłoby szans żeby w ogóle cokolwiek zjadła. Mam nadzieję, że sytuacja się unormuje.... Na razie wszyscy jesteśmy podrapani od stop do głów”.[/FONT][FONT=Arial] Zmartwiłam się, że nieświadomie podrzuciłam Agnieszce diabelskie nasienie, ale miała jeszcze tyle hartu ducha, że mnie pocieszała: „Naprawdę nic się nie martw. Wszystkie zwierzęta, jakie miałam w swoim życiu, były nie do końca normalne, ale dlatego jest o wiele ciekawiej. No może Nokia jest najbardziej normalna i przewidywalna. Zwierzaki u moich rodziców zawsze miały jakieś "mankamenty" - psy zawsze uciekały, koty przywlekały się pogryzione do nieprzytomności, a kocice rodziły nieprawdopodobne ilości kociąt. (...)Twoja Kocica jest jedyna w swoim rodzaju i nie ma się co przejmować. Tak miało być.[/FONT][FONT=Arial] Zmarła Nicola też była wariatką. Jak do nas przyszła i kichnęłam, to o mało co nie rozbiła szyby w drzwiach balkonowych ze strachu. Po trzech latach pozwalała się pogłaskać i to jest najważniejsze. [/FONT][FONT=Arial] Nie wiem ile będzie trwała walka między naszymi kocicami, ale to się po prostu okaże”. [/FONT][FONT=Arial] Ale, jak się okazuje, napięcie nadal rośnie: „Wczoraj o mało co nie zamordowałam tego ślicznego kotka. Kwiaty, które przeżyły schowałam do jednego pokoju na dole, gdzie zorganizowałam twierdzę i tam potwór ma wstęp zakazany. Duszę się we własnym pokoju w nocy, bo muszę spać przy zamkniętych drzwiach, to samo moje dzieci”.[/FONT][FONT=Arial] Od razu mi się przypomniało, jak Garecik redukował kwiatki do poziomu chlorofilu. A Kiri już jako niemowlę sikała w doniczkach i huśtała się jak małpa na roślinach. [/FONT][FONT=Arial] Ostatecznie Kiri/Kiszka, zawarła pokój z Nokią, gdy ta pozwoliła jej się pobawić swoją myszą. Dzięki temu pierworodna kotka wróciła do spożywania posiłków w domu. Z Bertem od początku przypadli sobie do gustu, choć to, że bawili się także w nocy, lekko dezorganizowało rodzinne życie. Podejrzewam, że ogromny owczarek robi jednak mniej hałasu niż mikroskopijny kotek. Kiri/Kiszka, jako osobowość dominująca, bardzo szybko wytresowała psa. Agnieszka poskarżyła się, że „nauczyła psa wychodzić na górę, czego mu nie było wolno, przynajmniej tu mam mniej białej sierści. Cóż, weekend upłynął na oduczaniu Berta wchodzenia na schody....”.[/FONT][FONT=Arial] Agnieszka rozchorowała się, z powodu spania przy otwartym oknie wskutek konieczności barykadowania drzwi, więc do szczepienia zawiózł małą diablicę jej mąż. Przez cały dzień koteczka demolowała dom rodziców Agnieszki, a gdy wróciła, demolowała własny... Objawy uboczne po szczepieniu nie wystąpiły. „Siedziałyśmy z Weroniką na krzesłach przy stole z nogami skulonymi pod brodą, żeby choć na chwilę oszczędzić gryzienia naszych kostek i łydek, a Weronika beznamiętnie mówi:[/FONT][FONT=Arial]- A wiesz mamo, pani doktor powiedziała, że Kiszka przez kilka dni może być osowiała i może nie chcieć jeść.[/FONT][FONT=Arial]- No cóż - odpowiedziałam i wybuchnęłyśmy śmiechem. [/FONT][FONT=Arial] Nasz Megakoteczek, Superkoteczek lub jak kto woli Spiderkoteczek pochodzi w czystej linii z megawybuchu i ma siłę kosmosu w sobie.” [/FONT][FONT=Arial] Byłam ciekawa, jak diabliczka wygląda. Okazało się, jak sami widzicie na zdjęciu, że błyszczy się jak Garet, jest piękna i znakomicie odżywiona: „kochana Koteczka urosła, sierść ma zmierzwioną jak to u potomka diabła, placki białej sierści pod brzuszkiem i krawatka są coraz bardziej okazałe”. Nawet nie chcę myśleć, ile teraz przetwarza jedzenia na energię, bo już w czasach, kiedy ledwie trzymała się na łapach, żarła jak wygłodzony lew. [/FONT][FONT=Arial] Ostatnie wiadomości brzmią niepokojąco: „Zmartwychwstałam. Odgruzowałam dom. Nienawidzę tego małego kota.[/FONT][FONT=Arial] Zbrodnia bolesna dotyczy mojej róży jerychońskiej - zrzuciła ją z parapetu na kanapę z kanapy zwlekła na podłogę, pogryzła piękne kwiaty, na które czekałam rok... Połamała świeże odrosty, z których tak się cieszyłam...Dogorywający wrak róży zamknęłam w bibliotece. Może przeżyje. (...) W międzyczasie, kiedy leżałam w gorączce, Bert wytarzał się w gównie krowy. Nienawidzę jego też, prysznic na dole do dziś śmierdzi, nie mogę pozbyć się tego odoru...”. [/FONT][FONT=Arial] Bert, biały jak anioł i Kiszka, czarna jak diabeł, stanowią spółkę, która może być w dużych dawkach zabójcza. Jednak Agnieszka, dzielna dziewczyna, szybko odzyskuje równowagę: „Tak w ogóle, to kocham moje zwierzęta i cieszę się, że przestało padać”.[/FONT][FONT=Arial] Chwała jej i jej rodzinie! Gdy sobie wyobrażę potencjalną współpracę Gareta i Kiszki, włosy mi się prostują na głowie. Chyba musiałybyśmy się wyprowadzić i zamieszkać w namiocie. Albo skorzystać z programu ochrony świadków...[/FONT]
-
Zdjęcia jutro. Na razie zamieszczę zdjęcie Kiri/Kiszki autorstwa udręczonej Agnieszki, czyli nowej matki diabelskiej kocicy. [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img509.imageshack.us/img509/1994/kotecek005ao0.jpg[/IMG][/URL] Tylko spójrzcie na te oczy. Widac, że ona i Garet to dzieci jednego ojca.:diabloti: