-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
[FONT=Arial]WOJNA I ROZEJM[/FONT] [FONT=Arial] Czym się różni letnie 7st. Celsjusza od tej samej temperatury w każdej innej porze roku? Nie mam pojęcia, ale różni się i to znacznie – co najmniej o jakieś wirtualne 13 stopni. Spróbujcie w zimie wyjść w letniej sukience i z gołymi nogami. Rzeźba lodowa po sztywnym przebyciu trzydziestu metrów. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatnio rankami taka właśnie temperatura wita mnie na termometrze za kuchennym oknem. Ale nie narzekam, bo nogi mi przestały puchnąć, zdecydowanie wolę chłód. Garecik za to niespecjalnie. [/FONT] [FONT=Arial] Nasz meteoropata, zmiażdżony niżem, zwleka się co prawda co rano, żeby wyprawić mnie do pracy, ale na tym jego aktywność się kończy. Zalega w kuchennym fotelu zwinięty w precelek, z nosem wetkniętym w bujną kitę, i spod ciężkich powiek obrzuca mnie czasem rozespanym, udręczonym spojrzeniem. Wygląda jak skacowany ojciec, na którego niesprawiedliwym wyrokiem losu padło wyprawienie dziecka do szkoły. O tym, żeby się wyszedł wysikać, mowy nie ma. Martwię się, że w chwilę potem jego pęcherz upomni się o swoje prawa i psina będzie się męczyć, bo przecież Kaję przed południem tylko bardzo głośna klęska żywiołowa może wyrwać z łóżka, więc zostawiam drzwi wejściowe otwarte. Nie wiem, czy Garet z tego korzysta, Szkaradny Kocurek na pewno. Od kilku tygodni on i jego siostra bojkotują stołówkę w piwnicy, wytrwale okupując frontowe wejście. Ponieważ, bez względu na pogodę, upieram się przy otwieraniu wszystkich okien i drzwi, koty wkradają się i robią gorączkowy przelot po kuchni i spiżarce. Mój niegościnny wrzask uaktywnia Gareta, który, z trudem łapiąc przyczepność, z łoskotem rzuca się w pogoń za intruzami. W kwadrans później cała impreza zaczyna się od początku. Koty nie traktują poważnie ani moich krzyków, ani dramatycznych akcji Gareta. [/FONT] [FONT=Arial] Na Gareta reagują tylko psy. I to strasznie. Widocznie unosi się wokół niego bardzo zagęszczony obłok testosteronu, jak banner z napisem „Jeden z nas musi zginąć!”. Niestety, istnieje duża doza prawdopodobieństwa, że nie będzie to ten drugi. Każde wyjście na spacer to stres. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatnio Kaja stara się chodzić z nim rano, co ja gadam, to znaczy około południa, bo wtedy jest mniejsza szansa spotkania jakiegoś biegającego luzem agresora. Ale nie zawsze jej się udaje. Któregoś popołudnia z wysokich traw wyskoczył na Gareta jakiś bokserowaty mieszaniec. Towarzyszył grupie osób, które zrobiły sobie opodal piknik, i oczywiście był bez linki i bez kagańca. [/FONT] [FONT=Arial] -Już wiem, co się woła w takich sytuacjach – opowiadała roztrzęsiona Kaja – „Ratunku!!!”. [/FONT] [FONT=Arial] Potwór runął na naszą słodką psinę z krwiożerczym charkotem. Nasz słodka psina nie pozostała dłużna, ale nie miała większych szans, jako że Belzebub był większy i od razu skoczył Garecikowi na grzbiet próbując go zdominować i zdołować. Ale to przecież nie Gareta! W skład jego wyposażenia nie wchodzi biała flaga. Pies nie poległ bohaterską śmiercią tylko dlatego, że piknikujący przybiegli na odsiecz. [/FONT] [FONT=Arial] W chwilę po tym, jak Garet, wciąż zjeżony, siknął treściwą obelgą i w ramach pokazania trzeciego palca wyrwał zadnimi nogami kępy darni, Kaja obejrzała go w poszukiwaniu urazów. Nic nie znalazła, widocznie adrenalina jeszcze Garecikowi waliła. Dopiero następnego dnia, podczas codziennych pieszczot, natrafiłam palcami na strupek. Obmacałam i obejrzałam dokładnie ukochane ciałko i odkryłam jeszcze kilka dziur w atłasowej główce i jedwabistym uszku. Posmarowałyśmy strupki i swoje sumienia solcoserylem. [/FONT] [FONT=Arial] Skończyłam malować nowe blaty na szafkę kuchenną i kredens. Na szafce kwitnie róża pomarszczona, a na kredensie czerwone tulipany. Miałam nadzieję, że blaty wymieni mi Leszek, gdy przyjdzie zakładać dzwonek, ale okazało się, że wypoczywa nad morzem. Wobec tego postanowiłam się zabrać za to sama, przy pomocy podstawowego narzędzia precyzyjnego, czyli młotka. Młotek owinęłam ręcznikiem, żeby nie zniszczyć drewna. [/FONT] [FONT=Arial] Na czyniony przez mnie hałas uciekły wszystkie koty i przygalopował zafascynowany Garet. Miałam mało miejsca, więc odsunęłam szafkę od ściany i kuchenki. I zamarłam. Rzuciłam młotek, chwyciłam komórkę i wybrałam numer Kai. [/FONT] [FONT=Arial] -Kurde, nie uwierzysz, co jest za szafką! Oczywiście oprócz kłaków i pajęczyn. Stos sięga do kolan. Dwie, nie, trzy piłki Gareta, duży żółty jeż, mały szary, dwie napoczęte kostki masła, skorupki jajek, dwie łyżeczki, mnóstwo chleba, suche połówki cytryn, jakieś papiery, puszki po kocich pasztetach, a reszty nie widać, bo jest pod spodem... Cud, że nas w tym domu zasyfionym jeszcze jakaś zaraza nie wytłukła... [/FONT] [FONT=Arial] Zamieniłam komórkę na miotłę i przygotowałam sobie skomplikowany roztwór o właściwościach myjąco-odkażających. W międzyczasie Garecik uratował wszystkie swoje zabawki i większość suchego chleba, który z wielkim apetytem chrupał na fotelu. Łup obejmował łapami, łypiąc na mnie podejrzliwie w obawie, że zechcę ukraść dla siebie trochę tych rarytasów. Kiedy zajęłam się sprzątaniem, rozluźnił się i resztę toksycznego świństwa jadł spokojniej, delektując się każdym kęsem. [/FONT] [FONT=Arial] Gdy znowu chwyciłam młotek, był już po lunchu i mógł uczestniczyć w pracach remontowych. Odpędziłam go, bo mi się plątał pod młotkiem, więc wylazł na fotel, przerzucił big milki przez poręcz i w napięciu, strzyżąc uszami, obserwował moje poczynania. O dużej koncentracji świadczyło to, że big milki były króciutkie, tak od nadgarstków w dół, i równiutko, czujnie ułożone. [/FONT] [FONT=Arial] Hałasowałam jak szatan, co gorsza, bez skutku. Irena przezornie zamknęła się w swoim pokoju, widocznie nie czuła się na siłach sprawdzać, co nowego znowu wymyśliłam. [/FONT] [FONT=Arial] Zaczęłam podejrzewać, że szafka to monolit wystrugany z jednego pnia drewna. Przyniosłam jeden łom, potem drugi. Udało mi się założyć system dźwigni. Posługując się trzema rękami i jednym okiem sprawdziłam, że blat szafki jest przykręcony od spodu do całej konstrukcji przy pomocy dość cienkich wkrętów. Jedna dźwignia wypadła, omal nie miażdżąc mi palucha. Nie było miejsca na finezję, więc wróciłam do walenia młotkiem i podważania łomem. Wreszcie, kiedy juz niemal całkowicie ogłuchłam, blat puścił. Walnęłam się otwartą dłonią w głowę, żeby wyciszyć przewalające się w niej echo i przytaszczyłam nowy blat, znacznie szerszy. Posmarowałam właściwe obszary klejem stolarskim, wyprostowałam wkręty młotkiem i rozpoczęłam odwrotną procedurę. Tym razem waliłam młotkiem w górę blatu, w nadziei, że miękkie drewno się podda i osiądzie na szafce. [/FONT] [FONT=Arial] Z wyjątkiem jednego rogu, gdzie, być może, był sęk, szło powoli, ale nieźle. Niestety, ten róg był wyjątkowo oporny. Wlazłam na taboret, potem na szafkę i spróbowałam metodą skakania, ale to nie był dobry pomysł. Udało mi się jednak w porę odzyskać równowagę, a Garetowi oczy z powrotem wlazły na właściwe miejsce. Ostatecznie w tym jednym rogu została kilkumilimetrowa szpara. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja przyszła akurat w chwili, gdy zaczęłam przymierzać się do nadstawki kredensu. Opróżniła ją, potem zdjęłyśmy ją i rozpoczęłam oględziny starego blatu, który uparłam się zerwać, bo dzięki temu kredens stałby się niższy o dwa centymetry. Kaja usiłowała mnie powstrzymać, tłumacząc, że tył jest przybity do odpowiednio wyciętego blatu, ale nic do mnie nie docierało. Musiałam jednak się poddać, bo po energicznej pracy młotkiem wyszło więcej komplikacji. Blat nie był ani przyklejony, ani przykręcony, tylko osadzony w bardzo przemyślny sposób metodą jakichś wklinowań. Trudno, nowy musiał zostać przyklejony na starym. [/FONT] [FONT=Arial] Mgliście świadoma tego, że coraz mniej czasu mam przed przyjściem gości, zabrałam się za stabilizację, a potem mycie ustawionej na powrót nadstawki. W międzyczasie wydawałam pełne irytacji wrzaski, bo udało mi się kilkakrotnie trącić i wylać szklankę z wodą. Po każdym wściekłym okrzyku Garet zrywał się z fotela i z trudem wyrabiał na zakrętach, szukając kota, któremu powinien wtłuc. Ale się wytresował, juz nawet bezkarnie nie można zakląć w tym domu...[/FONT] [FONT=Arial] -Cholera, już sama nie mam siły do siebie! Codziennie coś wylewam! Kaja, co to się objawia początkowo taką niezbornością ruchową, Alzheimer czy Parkinson?![/FONT] [FONT=Arial] -Twoja osobowość?... – podpowiedziała usłużnie moja córka. [/FONT] [FONT=Arial] Było już naprawdę rozpaczliwie późno, kiedy nałożyłam sobie na odrosty szampon koloryzujący i pokapując tą substancją w gorączkowym pośpiechu przyrządzałam nadzienie do kruchego ciasta i doprawiałam barszcz. [/FONT] [FONT=Arial] -Uważaj, posoliłaś psa! Ledwie obrałam go z pieczarek... Biedny Garecik, mamusia zawsze cię tak zaśmieci...[/FONT] [FONT=Arial] -A czy on musi tu tkwić jak przymurowany? Czemu sobie nie pobiega po ogródku? Szkoda, że nie mamy okien dookoła domu, bo już w ogóle by nie wychodził, parapetowiec jeden... – w przelocie ucałowałam czarny, mokry nos, na co Garecik jęknął z rozczulenia i usiłował mi odgryźć mój własny. [/FONT] [FONT=Arial] Od kiedy zaczęły się wakacje, czarny paskudnik jest tak pieszczony, całowany, ściskany i głaskany, że chyba zaczęła się nieco zapełniać jego emocjonalna czarna dziura. Nie zostaje w domu sam, zauważyłam, że więcej sypia i właściwie zrobił się całkiem zrównoważony... [/FONT] [FONT=Arial] Za minutę szósta skończyłam suszyć włosy i przestałam panikować. Za to Kaja zaczęła się spieszyć, bo wybierała się na wieczór panieński do naszej wspólnej przyjaciółki, Ewy, a wcześniej musiała posprzątać łazienkę i wziąć psa na spacer. [/FONT] [FONT=Arial] O wpół do siódmej jeszcze nikogo nie było, więc zaczęłam mieć wątpliwości co do godziny. Prawdopodobnie jednak byliśmy umówieni na siódmą. No nic, dzięki temu zdążyłam w spokoju przygotować naczynia i sztućce. [/FONT] [FONT=Arial] O siódmej przyjechali Renata, Magda i Jarek. Właśnie zaserwowałam gorące napoje, kiedy Garet wrócił ze spaceru i ku swojej nieopisanej radości zastał w domu gości. [/FONT] [FONT=Arial] -UWAGA!!! Trzymać stół!! – wrzasnęłam. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy odpracował powitanie, popędził się napić, po czym, chlapiąc obficie wodą na nasze ubrania, rozpoczął rytuał od początku. Wreszcie uspokoił się i poszedł śledzić podejrzane poczynania Kai. Wyraźnie wybierała się gdzieś, o zgrozo, bez niego. [/FONT] [FONT=Arial] Za jakiś czas musiał przywitać Artura, choć z lekką rezerwą, pamiętając nieprzyjemny incydent z ostatniej imprezy, po którym omal nie został dziewczynką. [/FONT] [FONT=Arial] Podałam kolację, Ewa z narzeczonym przyjechali po Kaję, na wstępie doznając szoku, o czym moja córka nie omieszkała się mnie poinformować następnego dnia. Cóż, widocznie mój samotniczy i wycofany styl bycia jest bardziej znany, niż mi się wydawało... [/FONT] [FONT=Arial] -Joanna przyjmuje GOŚCI?!! – osłupiała Ewa. [/FONT] [FONT=Arial] -No to chyba... po jednym?... – wyraził nieśmiałe przypuszczenie Mariusz. [/FONT] [FONT=Arial] Rany, chyba naprawdę zrobiło się ze mnie straszne dziwadło.[/FONT] [FONT=Arial] Po odjeździe Kai Garet postanowił dotrzymać nam towarzystwa. Ponieważ, jeśli chodzi o ludzi, nie jest pamiętliwy i cechuje go wysoka kultura osobista, postanowił oczyścić relację z Arturem. Wskoczył na kanapę, usiadł poważnie wyprostowany twarzą do Artura i położył mu łapę na ramieniu. [/FONT] [FONT=Arial] -Tylko nie okulary! – kwiknął nerwowo Artur zasłaniając twarz.[/FONT] [FONT=Arial] -Przestań się miotać – warknęłam – on przyszedł ci wielkodusznie wybaczyć. [/FONT] [FONT=Arial] Garecik, po krótkiej wymianie męskich uścisków, odetchnął głęboko i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku ułożył się wygodniej w oczekiwaniu na kolację. Smakowały mu zarówno paszteciki z mięsem i śliwkami, jak i z grzybami. [/FONT] [FONT=Arial] Na lody zdecydowali się tylko Renata i Artur. Garet, po chwili wahania, wybrał Renatę. Podszedł do jej fotela i łagodnie położył jej głowę na piersi, tuż obok talerzyka z deserem, który trzymała w ręce. Wzdychał cichutko i z wyrazem głębokiego zamyślenia patrzył w okno, czasami melancholijnie zerkając na nas spod długich, podwiniętych rzęs. Na lody w ogóle nie zwracał uwagi, ba, sygnalizował całą postawą głęboką pogardę do wszelkiego rodzaju jedzenia. [/FONT] [FONT=Arial] Był taki cudny, że prawie się popłakałam z rozczulenia. Zawołałam go do kuchni, gdzie zaserwowałam mu solidną porcję lodów. Lizał delikatnie, przymykając z rozkoszy oczy. [/FONT] [FONT=Arial] W niedzielę wieczorem Kaja namówiła mnie na spacer. Nie miałam wielkiej ochoty, ale po prysznicu odżyłam trochę i dałam się przekonać, że o tej porze, naprawdę, żadne żądlące syfy nie latają. [/FONT] [FONT=Arial] Poszczekując histerycznie skrzypiącym sopranem przekicaliśmy na napiętej lince ulicę, wprawiając w stan agresywnego obłędu wszystkie sąsiedzkie psy. Te, które nie były na łańcuchach, usiłowały z zapałem zabić się o furtki i ogrodzenia. [/FONT] [FONT=Arial] Na łące panował miły chłodek, pachniało wszystko, co tylko mogło, ptaki szczebiotały, koniki polne ogłuszająco piłowały, a niebo miało urzekający kolor różowo-fiołkowy. Zdyszany Garet hasał na piętnastometrowej lince.[/FONT] [FONT=Arial] Kiedy wdrapaliśmy się na pagórek, użarła mnie w łopatkę końska mucha, która Kaja zabiła pustym plecakiem. Plecak zabiera ze sobą, bo z każdego spaceru przynosi po parę malowniczych kawałków wapienia, którymi będziemy wykładać obszar wokół basenu. [/FONT] [FONT=Arial] Z dwóch stron ukazali się ludzie, więc podążyłyśmy na wprost, ścieżką między polem jakiegoś zboża i trawą po pas. Kiedy weszłyśmy juz wystarczająco głęboko, zaczęła się inwazja. Zawsze byłam przekonana, że owady lecą do żółtego. Kaja miała żółty podkoszulek. Ale nie. Te paskudne, hałasujące jak helikoptery, a wyglądające jak spasione, płowe pszczoły, potwory przyczepiły się do mnie. Niby adrenalinę miałam w torbie, ale możliwe, że była już popękana, a na pewno przeterminowana. [/FONT] [FONT=Arial] -Chodź, mamuś, prędzej, tam dalej ich nie ma![/FONT] [FONT=Arial] Popędziłam przed siebie nerwowymi susami, kwicząc i machając na oślep torbą. [/FONT] [FONT=Arial] Mityczna dal wolna od agresywnych, jadowitych żądłówek oddalała się coraz bardziej, więc podążałyśmy za nią uparcie, ja juz prawie rzężąc. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja, widząc, że moja histeria jest uzasadniona zmasowanym nalotem, zdjęła plecak i po każdym wrzasku namierzała najbardziej zapalczywego wroga i waliła mnie tym plecakiem po głowie i plecach. Przeleciałyśmy w ten sposób kilka hektarów. Kiedy wydostałyśmy się z powrotem na łąkę, obie byłyśmy wykończone i roztrzęsione. Za to współużytkownicy sparszywiałego łona natury na pewno długo nie zapomną tego spaceru, a już na pewno nie zdołają się domyślić, co, u diabła, miała znaczyć ta pantomima. Na tle rozbuchanego barwami wieczornego nieba czarne sylwetki rozbrykanego psa, dużej, dziwnie podskakującej i porykującej postaci oraz mniejszej i drobniejszej, z zapałem walącej tę dużą czymś wielkim po łbie...[/FONT]
-
O żesz, nadmuchany balonik... Na szczęście Garet, jak coś ukradnie, bardzo elegancko to rozpakowuje przed pożarciem. Czyli w sumie zjada tylko rzeczy jadalne plus chusteczki higieniczne, ale to celuloza, więc może go nie nadmucha ;). Co do mądrzenia z wiekiem, to nie łudźcie się. Takie fajne określenie przeczytałam - wszystko będzie "tak samo, tylko bardziej". Zresztą czego my od naszych ulubieńców wymagamy? Ja tam z wiekiem nie zmądrzałam.
-
To pierwsze zdjęcie Kiri - obecnie - Kiszki - z nowego domku. Jak to zatytułowała Agnieszka: Białe-czarne. Białe to Bert, nowy obiekt do dręczenia dla Kiszki. [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img366.imageshack.us/img366/4712/czarnebialezo5.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/g.php?h=366&i=czarnebialezo5.jpg][IMG]http://img366.imageshack.us/img366/4712/czarnebialezo5.006f1aded0.jpg[/IMG][/URL]
-
[FONT=Arial]NIIIIIŻ...[/FONT] [FONT=Arial] Dzięki Bogu, cholerne, ogłupiające upały chwilowo wyemigrowały do właściwej im strefy klimatycznej. Garet, pełnokrwisty meteoropata, śpi o wiele więcej, dzięki czemu w domu jest o wiele spokojniej. Prawie relaks. [/FONT] [FONT=Arial]Ja też jestem zadowolona. Od razu nogi mniej mi puchną. Obrzęk przeniósł się na mózg, ale to jest mniej widoczne i nie przeszkadza mi w chodzeniu. Może odrobinę w funkcjonowaniu. [/FONT] [FONT=Arial]Przywieźli mi zamówione w lutym blaty na szafkę kuchenną i kredens, teraz muszę tylko namalować na nich obrazy, oderwać stare i przykleić nowe. Szczególnie ten na kredens to poważne przedsięwzięcie. Obraz będzie wielkością zbliżony do Panoramy Racławickiej... Na razie je zagruntowałam. Przy okazji, choć nie było to moim celem, zagruntowałam też swoje ubranie, kafle kuchennego stołu i psi ogon, który ledwie zdołał wykruszyć się z lateksowej zielonej i żółtej farby. To naprawdę nie moja wina, że Garecik wszędzie musi wepchnąć swój wścibski nos, zbywając upomnienia szerokim uśmiechem, który rozciąga się od ślicznej mordy do potężnego ogona, dynamicznie podkreślającego mimikę. I tak dobrze, że nie zajmuję się metaloplastyką, bo chodziłby powypalany i nadwęglony jak cudem ocalony z pożaru stary kożuch. [/FONT] [FONT=Arial]Pierwszy chłodniejszy dzień wykorzystałam na zakupy malarskie. Odnowiłam zapas farb i pędzli. Dobrze mi szło, dopóki nie dotarłam do kasy. Po chwili wahania i beznadziejnego grzebania w przepastnej torbie zdecydowałam:[/FONT] [FONT=Arial]-A, zapłacę kartą... [/FONT] [FONT=Arial]Ekspedientka zapatrzyła się na mnie z nieukrywaną fascynacją, więc też jej się przyjrzałam, zastanawiając się, co też w moim szkaradnym wyglądzie wzbudziło takie niezdrowe zainteresowanie. Z wysiłkiem powstrzymałam się od dokładnego zlustrowania ubrania, bo było popołudnie i gdybym zapomniała założyć spódnicę, ktoś w pracy już by mi o tym powiedział... [/FONT] [FONT=Arial]Przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem. Ona oszołomionym, ja pytającym. [/FONT] [FONT=Arial]-Ale to jest dowód osobisty – wymamrotała przepraszająco. [/FONT] [FONT=Arial]-Och, cholera – jęknęłam zażenowana. Z uwagi na porę nie mogłam posłużyć się ulubioną formułką, że nie piłam jeszcze kawy, co dla większości osób stanowi rozsądne wytłumaczenie każdego idiotyzmu. [/FONT] [FONT=Arial]-To ten niż – powiedziałam usprawiedliwiająco, zabierając dowód i podając jej po krótkich i gorączkowych poszukiwaniach kartę.[/FONT] [FONT=Arial]-Taa, ja też od rana jestem nieprzytomna – poskarżyła się. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy dotarłam do ulubionego centrum kwiatowego, byłam już prawie przytomna. [/FONT] [FONT=Arial]-Poproszę te dwa kwiatki, jeden białoróżowy, drugi biały. No, te które stoją przed wejściem. Nie pamiętam, jak się nazywają, ale zaraz sobie przypomnę – spojrzałam wyczekująco na nową ekspedientkę. [/FONT] [FONT=Arial]-Ja też nie wiem, jak się nazywają – uśmiechnęła się przepraszająco. [/FONT] [FONT=Arial]-Cholera, doskonale je znam, hoduję je co roku, tyle, że różowe, u mnie są jednoroczne, chociaż teoretycznie to byliny... – czułam nieprzyjemne łaskotanie w głowie, charakterystyczne dla stanu, kiedy jakaś informacja bezskutecznie usiłuje przedrzeć się przez zarośnięte chwastami synapsy machając energicznie sztandarem z napisem „Alzheimer?!”. [/FONT] [FONT=Arial]-No dobra, chyba sobie nie przypomnę – poddałam się.[/FONT] [FONT=Arial]-GAURA!!! – wrzasnął mi do ucha sto metrów od sklepu zabłąkany w bezkresnej pustce strzępek istoty szarej. Nie kopnął mnie w tyłek tylko dlatego, że zarówno fizjologicznie jak i fizycznie byłoby to trudne. [/FONT] [FONT=Arial]W pierwszym odruchu chciałam wrócić do kwiaciarni, aby podzielić się swoim odkryciem, ale jęczący z bólu kręgosłup uświadomił mi, że dźwigam około dwunastu kilogramów zakupów, więc zrezygnowałam. Zanim dotarłam do domu, zakupów jeszcze mi przybyło, a absurdalny przechył na lewą burtę upodobnił mnie do tonącego statku, który resztkami sił kolebie się jeszcze do przodu. Jak zwykle w takiej sytuacji ogarnęło mnie pełne poczucia krzywdy zdumienie – jakim cudem codziennie dźwigam wywrotkę artykułów?! I gdzie one się podziewają, że następnego dnia trzeba to powtórzyć?[/FONT] [FONT=Arial]Przy furtce jak zwykle napadł mnie stęskniony Garet, więc do domu wpadliśmy na fali moich wrzasków stanowiących, z braku wolnych odnóży, obronę konieczną. [/FONT] [FONT=Arial]Dopiero wetknięcie mu w zęby cielęcego ogona ukróciło demolowanie kuchni. Gryzł ogon zwisający z fotela, uśmiechał się samymi oczami i energicznie tłukł swoją własną, potężną kitą w kontynuacji powitalnego szału. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy wyjęłam pęto gorącej kaszanki, Garet stracił zainteresowanie ogonem, tym bardziej, że do kaszanki zabrała się Irena, a wszystko, co ona je, staje się dla Gareta obiektem gwałtownego pożądania, co z kolei doprowadza Irenę do pasji. Tym razem uraczyła go sporym kawałkiem, który pochłonął w mgnieniu oka. [/FONT] [FONT=Arial]Przeszłyśmy z Kają do pokoju, ale pies nam nie towarzyszył, co w połączeniu z podejrzanymi szmerami skłoniło Kaję do natychmiastowej reakcji. [/FONT] [FONT=Arial]-Daj spokój, pewnie kradnie herbatniki ze stołu, on to tak ślicznie robi...[/FONT] [FONT=Arial]-Akurat, herbatniki – Kaja popędziła do kuchni. [/FONT] [FONT=Arial]-Oddaj! No puść, ty głupolu, odkroję ci trochę... [/FONT] [FONT=Arial]Okazało się, że Garecik, słusznie rozumując, że cielęcy ogon i tak należy do niego, herbatniki leżą od jakiegoś czasu, więc pewnie zostaną, a kaszanka może zostać pożarta przez babcię, złapał najbardziej zagrożony obiekt, zaniósł sobie na fotel i właśnie skończył odpakowywanie, kiedy wpadła Kaja i złapała za drugi koniec. [/FONT] [FONT=Arial]Nie mam pojęcia, jak w tym psie tyle się mieści. Jego mięso, inne wyżebrane dania, to, co zdoła ukraść... Wcale nie tyje. Też bym tak chciała. Moja smukła talia z ubiegłego roku zamieniła się w równik, a lekkość kulawej gazeli przeszła we wdzięk emerytowanego hipopotama. Cholera. Wszystko wokół schnie, ja wręcz przeciwnie...[/FONT] [FONT=Arial]-Nie pamiętam, czy podlałam kwiatki – westchnęłam a propos, patrząc podejrzliwie na lekko wymiętą lipkę. [/FONT] [FONT=Arial]-Jeśli szafki są suche, to nie – stwierdziła przytomnie Kaja. [/FONT] [FONT=Arial]-Dzięki. –Nawet specjalnie nie protestowałam, bo faktycznie nie zawsze mi się udaje trafić do doniczki, za to co najmniej dwa razy dziennie bezbłędnie trafiam w swój półlitrowy kubek zalewając pół kuchni i kilka ważnych papierów herbatą albo wodą. Tego popołudnia wszystko jeszcze było przede mną, na razie udało mi się tylko dwukrotnie raz za razem katapultować ten sam widelec, co z jakiegoś powodu nad wyraz ucieszyło Kaję. [/FONT] [FONT=Arial]W porywie gorączkowej energii zebrałam naręcze ciuchów z łazienki i poupychałam w szafkach. Sukienkę przeznaczoną do prania zaniosłam do łazienki na górę, gdzie mamy duży, wiklinowy kosz, bo z otwartej paszczy tego na dole zwisało już tyle, że nic nie dałoby się w nim upchnąć. Sapiąc po wejściu na schody energicznie podniosłam klapę... [/FONT] [FONT=Arial]-Cholera!!! – czym prędzej opuściłam klapę od sedesu i uniosłam tę od stojącego obok kosza na pranie. [/FONT] [FONT=Arial]Wróciłam na dół lekko wstrząśnięta.[/FONT] [FONT=Arial]-Nigdy nie zgadniesz, co zrobiłam... [/FONT] [FONT=Arial]-Wrzuciłaś sukienkę do kibla?! – zarechotała radośnie Kaja. [/FONT] [FONT=Arial]-Prawie... Muszę się chyba napić kawy...[/FONT] [FONT=Arial]-Obawiam się, że kawa tu nie pomoże. Może raczej lekarz...[/FONT] [FONT=Arial]Garet zjadł ogon i zajął się przeżuwaniem nowej obroży. Ponieważ wszystkie obroże wydają mi się zbyt twarde i niewygodne, kupiłam wąski pasek z granatowej skóry, który Kaja miała dopasować mu do szyi, ale jakoś jej zeszło, więc Garet postanowił się tym zająć sam. A że lubi pracę w komfortowych warunkach, złapał w zęby odstający koniec i łypiąc oczami sam zaprowadził się na moje łóżko... i kompletnie nie mógł zrozumieć, dlaczego tak się z niego śmiejemy. Zabawniej wyglądał chyba tylko wtedy, gdy pomagał Kolesiowi polować na ćmę – nasi przystojni faceci, obaj tak samo zręczni, demolowali pokój – jeden w górnych, drugi w dolnych rejonach. Koleś sam się sfaulował, kiedy spadł z szafki. Całe szczęście, że Garet nie zleciał z parapetu. Ćma nawet się specjalnie nie zdenerwowała... właściwie to wyglądała na rozbawioną. [/FONT] [FONT=Arial]Kolejny dzień zmagań frontów atmosferycznych zebrał jeszcze większe żniwo. W pracy wszyscy kiwali się jak pieski na tylnej szybie trabanta, cały wysiłek wkładając w utrzymanie otwartych oczu. Ja właśnie byłam w stanie „oczy szeroko zamknięte”, więc odpowiednim do słuchania rozmów dziewczyn o modzie, kosmetykach, suplementach diety i układaniu włosów. Grażyna właśnie mówiła, że zawsze marzyła o tym, żeby być fryzjerką. Wyciągnęłam ją na fajkę do składu starych mebli i zaproponowałam, żeby obejrzała moje włosy i przedstawiła mi jakąś wizję twarzowej fryzury. Po chwili namysłu uznała, że skoro włosy mam kręcone, to nie ma sensu ich prostować, ale ona by je skróciła i wycieniowała z boku, u góry zostawiając mnóstwo drobnych loczków. [/FONT] [FONT=Arial]-Jezu, będę wyglądała jak upasiony cherubin – zaniepokoiłam się. [/FONT] [FONT=Arial]-Będziesz wyglądała doskonale – zaprotestowała ze śmiechem.[/FONT] [FONT=Arial]-...Jeszcze skrzydła i bzzz... będę kolejnym po trzmielu latającym cudem natury... Hm, przy tej masie buczeć będę jak Messerschmitt, więc podczas mojej drogi do pracy i z pracy włączy się alarm ostrzegający przed nalotem... Każde spóźnienie się od razu wyda, to lepsze niż karta zegarowa... [/FONT] [FONT=Arial]Pokładałyśmy się ze śmiechu rozwijając wizję, aż zdezelowane krzesła trzeszczały. [/FONT] [FONT=Arial]A dziś, w tym samym składzie odrzuconych mebli, Grażyna, lekko drżąc ze zdenerwowania, dokonała metamorfozy. Po podcięciu włosów długo pracowała z żelem, zanim uznała, że fryzura jej się podoba. W chwilę później sama oglądałam efekt w lustrze. [/FONT] [FONT=Arial]Jeśli przedtem przypominałam wkurzonego kuca, który przez dwa tygodnie przedzierał się przez kolczaste zarośla, to teraz bez wątpienia wyglądam pogodnie. Akurat tak pogodnie, jak przerośnięty cherubin...[/FONT] [FONT=Times New Roman][/FONT]
-
He, he, skąd ja to znam! Wszyscy się interesują, jak się czuje Garecik (oraz, ewentualnie, koty), jesli ktoś jest bardzo uprzejmy, to pyta jeszcze o Kaję, a ja to gdzies na końcu tego ogona. Przyjmuję, że chodzi o niewłasciwą liczbę nóg/łap. Garet na szczęście reaguje na pogodę, w czasie upalów nie świruje. W ogóle jest meteoropatą. Dziś ledwie się zwlókł, zeby mnie pożegnać rano. Ale to może dlatego, że do trzeciej darł ryja. :p
-
[FONT=Arial]Spojrzała na mnie nieufnie, ale powstrzymała się od komentarza. [/FONT] [FONT=Arial] Następny dzień był dniem posuchy towarzyskiej. Garet wiernie towarzyszył mi w przycinaniu krzewów przed frontowym wejściem. Postanowiłam je skrócić do wysokości nowego, pięknego płotu. Przedsięwzięcie zyskało uznanie wśród znanych mi i nieznanych sąsiadów, którzy jak zwykle przechodzili z głowami zwróconymi karkołomnie na bok. Nic dziwnego, tyle się działo, nowy ganek, nowe wejście, nowy płot, nowy murek, w dodatku z płaskorzeźbą z pnących róż („bardzo ładne, kto to robi, jak to się robi, ile kosztuje, nigdzie takiego nie widziałem”)... [/FONT] [FONT=Arial] Posługiwałam się sekatorem do krzewów, o długich rączkach, i świetną niemiecką piłą. [/FONT] [FONT=Arial] Z dwoma gigantycznymi krzakami bzu poradziłam sobie jako tako. Obawiałam się berberysu, który postanowiłam zgolić do zera, bo szkaradnie się rozbujał, kłuje, a w dodatku od lat jest wyłącznie siedliskiem obrzydliwych gąsienic, wskutek czego wygląda jak sparszywiała szczecina na tyłku dzika. Zupełnie niepotrzebnie, okazał się niezwykle miękki, wycięłam go bez trudu. [/FONT] [FONT=Arial] Został mi tylko jaśmin, wciąż obsypany kwiatami w różnym stadium klimakterium, ale wciąż pachnący jak głupi. Podobnie jak biały bez, sięgał dachu, więc spodziewałam się lekkich trudności, ale przecież nie takiego oporu! Solidny sekator wymiękł, brzeszczot do drewna się nie sprawdził. Odsapnęłam trochę, otarłam pot z czoła i założyłam do piły brzeszczot do metalu. [/FONT] [FONT=Arial]Po potwornej, galerniczej pracy udało mi się wyciąć pół krzaka. Stało się jasne, że to pojedynek w samo południe. Udzieliłam sobie pospiesznej pomocy medycznej wydłubując pyłek z oka, umyłam się w zimnej wodzie i zawzięcie ruszyłam na przeciwnika, nie zważając na coraz liczniejsze pęcherze na dłoniach i wyraźne objawy niedowładu ramion, tudzież zespołu szyjnego (od zadzierania głowy w górę), które rzucały mną po nowym, ślicznym płocie. [/FONT] [FONT=Arial] Powinnam powiedzieć, że wiem, kiedy się poddać. Niestety, ta cecha mi obca, ale zrobiłam to, bo musiałam, kiedy kawałek pękniętego brzeszczotu do metalu musnął mi czoło podczas pospiesznej wycieczki za nasz nowy, piękny płot... Hm, no cóż, poddałam się, ponieważ skończyły mi się narzędzia. [/FONT] [FONT=Arial] Garet, straciwszy zainteresowanie zafascynowanymi sąsiadami i podkładaniem mi wszystkich czterech łap podczas przeciągania kilkumetrowych fragmentów krzewów, zaczął gorączkowo przeszukiwać ogródek. Wypłoszył wszystkie koty, ale nie udało mu się znaleźć Kiri. Przeszukawszy piwnicę skupił się na domu. Niestety, nigdzie jej nie było. Pojękując cicho wcisnął się w szparę pomiędzy fotelem i kredensem. Początkowo myślałam, że coś mu tam wpadło, ale ze zdziwieniem zauważyłam, że niczego nie usiłuje wygrzebać. Po prostu wpełzł i zamarł. [/FONT] [FONT=Arial] Zaniepokoiłam się, nigdy niczego podobnego nie robił. Zdenerwowałam się tym bardziej, że omal nie urwał sobie łba o niedomkniętą szufladę, gdy wyskakiwał stamtąd tyłem, na zew ujadających psów z sąsiedztwa. Domknęłam szufladę i maksymalnie odsunęłam fotel. Natychmiast wlazł do powstałej w ten sposób budy. Zgłupiał, czy co? Pomyślałam, że nie tylko obierze się w pajęczyny, ale w dodatku będzie cuchnął, bo to jest miejsce, które Kiri nawiedzała za potrzebą, gdy nie zdążała do kuwety, a posprzątać jeszcze nie zdążyłam. I nagle spłynęło na mnie olśnienie. Wcale nie zgłupiał, tylko tęskni! Wlazł tam, gdzie najwyraźniej czuł Kiri. [/FONT] [FONT=Arial] Na szczęście następnego dnia przyjechała Kaja, więc nowe emocje przytłumiły tęsknotę. A ja dokładnie wyszorowałam nieszczęsny kąt. [/FONT] [FONT=Arial] Lekarstwo w postaci Kai przywróciło psu równowagę duchową. Ja też odetchnęłam z ulgą, bo wróciwszy do pracy po trzytygodniowej nieobecności, nie miałam siły na pełny etat w domu. Przez te cholerne upały byłam tak opuchnięta, że z trudem przestawiałam kloce, niegdyś noszące miano nóg. Obecność Kai dawała nadzieję, że przynajmniej naczynia zastanę umyte. Nie to, że schowane, już bez przesady, nie można mieć wszystkiego. [/FONT] [FONT=Arial] W porywie entuzjazmu przydźwigałam wraz z dziesięcioma kilogramami zakupów dwa kilo ogórków do kiszenia. Wybrałam najbardziej rześkie, ale i tak było widać, że zmarły w ubiegłym tygodniu od upału. Takie bardziej żywotne zombi. Człapiąc na opuchniętych pniach wykonałam całą procedurę. Małosolne, mniam! Cóż, Kaja okazała zero zainteresowania. Sklęsłam, niestety, tylko psychicznie. Garet, owszem, był zainteresowany i ogórkami i wszystkim, co znajdowało się w moim talerzu. I to gwałtownie zainteresowany. Do talerza Kai nie startuje tak nachalnie, już dawno zorientował się, kto w tym domu jest samcem alfa. Czy raczej – samicą. Oczywiście, kiedy samica alfa jest nieobecna, pies obejmuje rolę przywódczą. [/FONT] [FONT=Arial] -Garet, odwal się! Przecież wiesz, że ci zostawię!!! – zirytowałam się. –Kaja, pokaż mu te cholerne udka![/FONT] [FONT=Arial] -Garecik, miska! – zadysponowała Kaja, machając w odpowiednim kierunku. Pies, dokonując skomplikowanych akrobacji wzrokowych, obrzucił nas obie oraz mój talerz wzrokiem śmiertelnie zaskoczonej niewinności, po czym rozejrzał się po kuchni z wyrazem kompletnego zagubienia na szlachetnej, myśliwskiej twarzy. Uszy ustawił w trójkąt, a oszroniona broda obwisła mu żałośnie. [/FONT] [FONT=Arial] -Podaj mu długość i szerokość geograficzną – poradziłam. [/FONT] [FONT=Arial] Dziś upał zamienił się w okazjonalne opady, a wilgotność powietrza wzrosła do najwyższych parametrów notowanych w dżungli amazońskiej. Razem z zakupami i opuchniętymi nogami przywlokłam do domu dwa świeżutkie filety z leszcza, które Garet z Kolesiem usiłowali z dużą dozą desperacji i pomysłowości pożreć na surowo. Kaja właśnie szykowała się do odlotu, czyli do wyjazdu na urodziny koleżanki. Była mocno wkurzona, bo nie zdążyła wyjechać na tyle wcześnie, żeby załatwić inne sprawy. [/FONT] [FONT=Arial] -Pewnie późno wstałaś? – zapytałam łagodnie, co było subtelną transformacją wypowiedzi: „jeśli barłożysz się do południa, to nic dziwnego, nierządnica, że nie możesz zdążyć!”.[/FONT] [FONT=Arial] -A skąd, wcześnie rano! – warknęła z irytacją. [/FONT] [FONT=Arial] -To co porabialiście dzisiaj?- zapytałam pogodnie głosem mojej eks-teściowej, od którego sama dostałam mdłości. [/FONT] [FONT=Arial] -Posprzątałam – wymamrotała Kaja przeżuwając pod czujnym okiem Gareta pierogi z jagodami, co oznaczało, że mniej więcej umyła podłogi. [/FONT] [FONT=Arial] -A byliście na spacerku? – kontynuowałam, zwijając się z obrzydzenia do samej siebie.[/FONT] [FONT=Arial] -Jeszcze nie, jakoś tak mi zeszło – wyznała Kaja szczerze, co natychmiast wytrąciło mi oręż z rąk, bo wkroczyłam na dobrze znane terytorium, w dodatku oddane walkowerem. [/FONT] [FONT=Arial] -A co się tu, nierządnica, działo na kuchence? – zapytałam z rozpędu, wskazując na krwawe rozbryzgi wokół, nie wyłączając ścian. [/FONT] [FONT=Arial] -Smażyły się truskawki. [/FONT] [FONT=Arial] -Smażyły się, czy wybuchały?![/FONT] [FONT=Arial] -Ekhem, jedno i drugie...[/FONT] [FONT=Arial] Rozbawiona, mogłam już przekazać Kai, co Agnieszka pisała o Kiri. Wszyscy są podrapani od stóp do głów, kocica Nokia jada na podwórku, bo w domu nie może, mała diablica sika i sra do doniczek oraz kuwety, w tej właśnie kolejności, jedynie owczarek podhalański, Bert, zachowuje względną równowagę – zapewne dlatego, że jest cokolwiek większy i Kiri stanowi mniej więcej równowartość jego stopy... [/FONT]
-
COŚ MI SIĘ DZIWNE RZECZY OSTATNIO DZIEJĄ Z FORUM. ALE POCZEKAM CIEPRLIWIE. JESLI NIE, WYNOSZĘ SIĘ STĄD GDZIE INDZIEJ. [FONT=Arial]GARET W ŻAŁOBIE, ŻYCIE PŁYNIE DALEJ[/FONT] [FONT=Arial] W dniu wyjazdu Kiri Garet nie odczuwał jeszcze jej braku z powodu nadmiaru wrażeń. [/FONT] [FONT=Arial] Najpierw była wizyta Agnieszki z dziećmi, czyli nowej rodziny Kiri, i pies potrójnie omdlewał z zachwytu. Witał ich jak dawno utraconych, ukochanych bliskich, co było groźne szczególnie dla Kajtka, którego przewyższał wzrostem, ale chłopak dał sobie radę, choć zapewne szramy od pazurów pozostaną na jakiś czas. [/FONT] [FONT=Arial] Treść planowanej tabliczki na furtce coraz bardziej się rozbudowuje. Niedługo będzie to wręcz epistoła. Obecnie brzmi mniej więcej tak: „Uwaga! Groźny pies, zawita na śmierć! Przed wejściem prosimy założyć pełną zbroję pozostawiając wolne jedynie dłonie. Mięśnie kończyn górnych powinny być uprzednio poddane intensywnemu, co najmniej trzymiesięcznemu treningowi, bez przeciwwskazań wspomagania sterydami, aby podołały wielogodzinnemu, nieprzerwanemu głaskaniu i drapaniu wyżej wspomnianego psa. Jeśli nie cierpi się na żadne choroby zakaźne, w drugim kwadransie wizyty przyłbicę należy odsłonić, aby pies mógł dostać buzi, bo bez tego robi się nerwowy i gwałtownie usiłuje wyegzekwować swoje prawa, co może skutkować obrażeniami twarzoczaszki. Za ewentualne urazy odwiedzających opiekunowie psa nie odpowiadają, bowiem wynikły z czystej i niezrozumiałej miłości podopiecznego do rodzaju ludzkiego. Za urazy psa spowodowane kontaktem z odwiedzającymi, pełną odpowiedzialność ponoszą odwiedzający, w najwyższym wymiarze kar wynikających z ustawy o ochronie zwierząt”. [/FONT] [FONT=Arial] -Luiza próbowała mnie przygotować, ale nigdy nie widziałam takiego psa! – zawołała Agnieszka wykonując skomplikowane czynności będące odpowiedzią na jeszcze bardziej skomplikowane czynności wykonywane przez Gareta. [/FONT] [FONT=Arial] Pies, lśniący jak tyłek wyświechtanych spodni od czarnego garnituru na wszystkie okazje, tulił się do niej, pazurzastą łapą przyciągał ręce do głaskania, przewracał z błogością oczami, omdlewał osuwając się na podłogę i jednocześnie usiłował co chwilę dać jej buzi. [/FONT] [FONT=Arial] Wieczorem tego samego dnia przyjechała z narzeczonym moja przyjaciółka Ewa, córka mojej przyjaciółki, aby zaprosić Kaję i mnie na ślub. [/FONT] [FONT=Arial] Nie widziałyśmy się bardzo długo, więc nie miała, w przeciwieństwie do swojej matki, okazji, aby poznać Gareta. Oczywiście naszemu pupilowi nie przeszkadzało to w najmniejszym stopniu. Najpierw, w ataku gorącej sympatii, usiłował oboje rozerwać przy furtce, ale mu się nie udało, bo Ewa jest jeszcze wyższa niż ja, a Mariusz znacznie wyższy niż Ewa. [/FONT] [FONT=Arial] Po zaciętych zmaganiach po drodze dopadł ich wreszcie na kanapie. Mariusz niebacznie zaczął go czochrać i natychmiast zostali najlepszymi kumplami, związanymi na śmierć i życie. Ewa okazała się zbyt ruchliwa. Najpierw zrobiła przegląd obrazów, wybierając sobie wzór na prezent ślubny, bo wiadomo, że z kasą u mnie beznadziejnie, jak zwykle. Wybrała słoneczniki (czemu mnie to nie dziwi? Największy obraz, tydzień pracy, ale motyw bardzo optymistyczny i po najskromniejszej wycenie prezent jak się patrzy). Potem wybierała książki do pożyczenia, nadrabiając przy okazji zaległości w wymianie informacji. To znaczy, ona mówiła, a ja słuchałam, bo przecież u mnie nic ciekawego się nie dzieje... Garet jak przymurowany tkwił przy Mariuszu i patrzył mu w oczy z bezbrzeżnym uwielbieniem. Świetny facet, drapał i głaskał psa bezustannie, czym zaskarbił sobie moją dozgonną sympatię. Miałam rację, kiedy wróżyłam Ewie wiele lat temu, że w końcu trafi na swoją wielką miłość...[/FONT] [FONT=Arial] -Ej, Joanna, ale ty przyjdziesz na ślub? – zapytała podejrzliwie Ewa, tuż przed pożegnalnym padaniem sobie w objęcia. [/FONT] [FONT=Arial] -No....[/FONT] [FONT=Arial] -I zostaniesz do rana na weselu? – dodała z rosnącą podejrzliwością. [/FONT] [FONT=Arial] -Nooooo.... [/FONT]
-
:loveu:Dzięki, kochana, nowa przyjaciółko. Nadal szukam agenta! Może Ty? Ucałowania od Gareta. [FONT=Arial]DOM DLA KIRI[/FONT] [FONT=Arial] Kiedy Artur przywiózł maść do Garetowego ucha, remont praktycznie miałam z głowy, byłam na etapie sprzątania i zbierania sił do lakierowania drzwi. Wciąż jeszcze po nocach siły mi się gatunki lakierobejcy oraz kleju do płytek, ale już mniej intensywnie. Gdy widzieliśmy się ostatnio tydzień wcześniej, podwiózł mnie do miasta i patrząc na mnie z kiepsko maskowanym wstrętem, zapytał, kiedy ostatnio spałam... Teraz zerknął na mnie i dopytywał się, jak się czuję. No, co jest, wiem, że daleko mi do kwitnącej formy z ubiegłego roku, ale nie zdawałam sobie sprawy, że jest aż tak źle. Za to Garecik jak zwykle w szczytowej kondycji. [/FONT] [FONT=Arial] -Dlaczego ten pies ma zielony ogon? – zdumiał się zniesmaczony Artur. [/FONT] [FONT=Arial] -Bo aktywnie uczestniczy w remoncie – wyjaśniłam. [/FONT] [FONT=Arial] Ściślej mówiąc, ogon Gareta jest żółto-zielony, bo takich kolorów używałam do cieniowania tła polichromii. Na szczęście farba z łap mu zeszła i przestał wyglądać jak potomek rozbuchanego seksualnie kosmity. Z ogonem trochę potrwa, bo kita jest ogromna i pomalowana bardzo solidnie. Chyba, że kolor wypadnie razem z futrem.[/FONT] [FONT=Arial] -Artur, czy to możliwe, żeby pies liniał co dwa lata? – zapytałam doznawszy nagłego olśnienia.[/FONT] [FONT=Arial] Artur potwierdził, że owszem, ale wtedy linieje na maksa. No i mam wytłumaczenie tego, że obojętne, ile razy zamiatam dom, już po godzinie brodzę po kostki w chmurach psiej sierści. Po raz pierwszy liniał w pierwszym roku życia, wtedy, kiedy byłam przekonana, że ma grzybicę strzygącą albo inną, niesklasyfikowaną dotychczas, okropną chorobę skóry. Wyglądał wtedy, jakby go dopadły wyjątkowo złośliwe i pracowite zmutowane mole i urządziły sobie w jego futrze długotrwałą biesiadę. Impreza trwała ze dwa miesiące, po czym pies objawił się obleczony w piękne, sprężyste, lśniące futro, które poddaje systematycznie specyficznej pielęgnacji, warcholąc się na kanapie i moim łóżku. Kiedy przejedzie energicznie przez meble każdą płaszczyzną ciała, zakończywszy ablucje na sucho staniem na głowie z okrutnie wybałuszonymi oczami, wszystkie odpady pozostają na narzutach i moim prześcieradle, a pies jest jeszcze bardziej lśniący i uczesany. [/FONT] [FONT=Arial] Tym razem nie wygląda, jakby go mole nadżarły, co zmyliło mnie do tego stopnia, że nie zorientowałam się, o co chodzi. Dopiero teraz, kiedy nabrałam podejrzeń, złapałam w garść błyszczący kuper i wachlarz włosów został mi w ręce. No to wszystko jasne. Zwiększyłam częstotliwość szczotkowania, co zresztą niewiele zmieniło – w domu nadal kłębią się i unoszą pęki sierści. [/FONT] [FONT=Arial] -Czy ty wiesz, że masz dwie wielkie żaby w basenie? – zapytał Artur, który w ciągu kilku sekund zeskanował wzrokiem cały ogród. Ciekawe, jak on je dostrzegł, ja z trudem widzę basen z tej odległości. [/FONT] [FONT=Arial] Basen wciąż pokryty jest plandeką, którą zabezpieczyłyśmy go przed zimą. Plandeka oczywiście pod ciężarem śniegu zapadła się, potem śnieg w niej stopniał, doszło sporo deszczówki, a w powstałej brei bujnie zakwitło życie właściwe dla wód stojących. Zamierzam go napełnić czystą wodą dopiero za dwa tygodnie, bo mam do usunięcia zmianę na udzie, co równa się dwóm tygodniom noszenia szwów, a przecież nie będę z tęsknotą gapić się na chłodną wodę, wolę chwilowo oglądać to brudne paskudztwo... [/FONT] [FONT=Arial] -Mamy w basenie dwie żaby wielkie jak hipopotamy – poinformowałam Kaję, gdy zawitała na krótko po zdanych z sukcesem egzaminach. [/FONT] [FONT=Arial]Było oczywiste, że żab się nie tknę, nawet gdyby zaczęły konsumować basen, bo mam fobię na punkcie gadów i płazów. Kaja z kolei ma arachnofobię, co jest bardzo wygodne, bo zwalnia ją od większości sprzątania. Podczas gdy gady i płazy trafiają się sporadycznie, pająków jest wszędzie w ilościach aż nadto zadowalających. Chociaż buntuję się przy sprzątaniu, w gruncie rzeczy taki stan mi odpowiada, bo nie wyobrażam sobie, gdzie musiałabym się przenieść, gdyby z każdego kąta zwisał mi malowniczo wąż, nawet z najbardziej przyjaznym wyrazem pyska... [/FONT] [FONT=Arial]Kaja ma do żab stosunek w miarę życzliwy, zabarwiony ciężkim poczuciem winy, bowiem kilka lat wcześniej omal nie zabiła jednej motyką w kompoście, a drugiej na grządce z kwiatami. Za każdym razem żaba (być może ta sama) wydała iście ludzki, mrożący krew w żyłach, wrzask. To wspomnienie do dziś przyprawia moją córkę o drgawki. [/FONT] [FONT=Arial]-Żaba była tylko jedna, faktycznie, ogromna. Wyłowiłam ją miednicą i zostawiłam w niej pod jałowcem – poinformowała mnie Kaja. –Niech sobie wybierze środowisko, jakie jej odpowiada. Druga pewnie jakoś sama wylazła. [/FONT] [FONT=Arial]Wyobraziłam sobie jednego żabiego hipopotama, który staje gwiaździstą łapą na głowie drugiego i wydostaje się na wolność rechocząc radośnie... Kiri, wtulona ufnie w zagłębienie mojej szyi, zamruczała głośniej i objęła mnie łapkami. Oczywiście w swoje ulubione miejsce dostała się, wspinając się bezlitośnie po moim ciele, które od stóp do ramion poznaczone jest śladami pazurów. Ogarnęło mnie bolesne rozrzewnienie. Jeszcze dwa dni i już jej nigdy nie zobaczę. Już nigdy nie będzie mnie gryźć w ucho, już nigdy nie będzie wpychać pyszczka do mojego nosa, wyrzucać z wojowniczym okrzykiem ziemi z doniczek, jeździć w moim pantoflu, maltretować psa... [/FONT] [FONT=Arial]Powszechnie wiadomo, że na koty nie ma popytu. Na kotki tym bardziej. A tu dzień po dniu zjawiły się oferty. Najpierw przyszła Basia i przedstawiła dwie propozycje. Jeden dom u naszej sąsiadki, która ma trzy psy i szuka kota, który się psów boi, bo te bydlaki tylko łapią kota za kark, potrząsają i po wszystkim. Weźmie nawet trzy koty... Oszalała baba, czy co? Nie stać jej na karmę dla psów?![/FONT] [FONT=Arial]Drugi dom u kolegi Basi, ale radziła, żeby podchować kota ze trzy miesiące, bo facet mógłby go niechcący zadeptać... Odpada. Niech szuka podrośniętego tygrysa syberyjskiego, taki sam się obroni i gość nie będzie miał czym zadeptać cokolwiek. [/FONT] [FONT=Arial]Znienacka zadzwoniła Luiza. Że jej koleżanka spod Wieliczki właśnie straciła czarną kotkę, dzieci są w rozpaczy, chętnie weźmie Kiri. Mówiła, że ręczy za nią, koteczka będzie miała bardzo dobrze. [/FONT] [FONT=Arial]-Rozumiem, że chcesz, żebym podjęła decyzję? – upewniła się Kaja, do której zadzwoniłam z tą wieścią. –Bo zdrowy rozsądek mówi, żeby oddać, a emocjonalnie jest to bardzo trudne?[/FONT] [FONT=Arial]Powstrzymałam się przed warknięciem, żeby odwaliła się z profesjonalnymi pierdołami, bo rozmawia z zakochaną po uszy matką kociaka, a nie z pieprzonym klientem. [/FONT] [FONT=Arial]-Wiesz, mamuś, to skrzyżowanie, gdyby Kiri zaczęła wychodzić i wpadła pod samochód, sama pomyśl, jakbyś się czuła...[/FONT] [FONT=Arial]Po gorączkowych, acz bezproduktywnych naradach ze śmiertelnie zakochaną w kotce Ireną, po długotrwałych, burzliwych dyskusjach z samą sobą, po wymianie maili i zdjęć z Agnieszką, przyszłą opiekunką Kiri, podjęłam zdroworozsądkową decyzję, całkowicie sprzeczną z wyciem zbolałego serca. Przeważyła fatalna, cholerna lokalizacja naszego domu. Gdyby rzeczywiście Kiri wpadła pod samochód, mając alternatywną możliwość życia w spokojnym, sielskim miejscu, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. [/FONT] [FONT=Arial]Miałam jeszcze nadzieję, że Kaja albo Irena zdecydują, żeby jednak zaryzykować. Niestety, Kaja jest tą mądrą i rozważną w naszym duecie, a Irena, chociaż pełna wahań, starszym jej wcieleniem. To ja jestem niedojrzała, autodestrukcyjna, robię szalone rzeczy i idę na żywioł. [/FONT] [FONT=Arial]Irena z pełnym rozczulenia i zachwytu uśmiechem obserwowała rozbrykaną Kiri. Najbardziej urzekały ją umizgi koteczki, która obrała mnie sobie za zastępczą matkę. Kiri na moim ramieniu, Kiri wciskająca mi pyszczek w usta i do nosa, śpiąca na mojej szyi albo na piersi, gryząca ucho, macająca z zaciekawieniem oko pod okularami, po każdym kontakcie wzrokowym rzucająca się z głośnym mruczeniem do mojej twarzy, żeby się czule poocierać... [/FONT] [FONT=Arial]Mała spryciara doskonale trafiała do domu i przez balkon i przez piwnicę, chodziła za mną i Garetem krok w krok, razem z psem czuwała przed domem. Jedli udka i zupę jarzynową z jednej miski, przy czym Garet z czułą uwagą odsuwał się, żeby nie zrobić jej krzywdy. Co nie znaczy, że nie wyżerał przysmaków z jej talerzyka. Cały czas miał ją na oku. Znosił z anielską cierpliwością razy w nos, polowanie na ogon i na łapy. [/FONT] [FONT=Arial]W ogródku natychmiast ją lokalizował i pilnował jak własnego oka. Podczas jednej z takich wypraw ze zdumieniem zauważyłam, że krzaki malin uginają się od dojrzałych owoców. Bardzo wcześnie. Z jeszcze większym zaskoczeniem spostrzegłam, że orzech, który ubiegłej jesieni poobcinałam bezlitośnie, grożąc mu wycięciem, bo nie zamierzam takiego ogromnego darmozjada hodować, zmobilizował się i zapowiada nam się co najmniej pół kilograma orzechów. [/FONT] [FONT=Arial]Wiem, że niektórzy ludzie ciepło przemawiają do roślin, które z wdzięczności odpłacają się bogatym rozkwitem albo owocowaniem. U nas działa doping negatywny, żadne czułe słówka. Po zgoleniu orzecha udałam się do niskopiennej czereśni, która z roku na rok okrywała się coraz bujniejszą czupryną liści i oznajmiłam jej, że tym razem już przegięła. Liście są dobre dla kozy, samców nie potrzebuję, jeśli nie wyprodukuje jakichś dzieci, czeka ją gilotyna. I proszę, orzech się okocił, czereśnia też. Brzoskwiniom darowałam, bo od dwóch lat ogromnie się starają, ale nie zapobiegłyśmy w porę i zżarły je jakieś syfy.[/FONT] [FONT=Arial]Dziś od rana Irena na przemian zażywała krople nasercowe, karmiła wyszukanymi kąskami Kiri i wyrażała wątpliwość, czy w nowym miejscu nie będą jej głodzić, czy będzie w domu, a nie na dworze, czy nikt jej nie zrobi krzywdy.[/FONT] [FONT=Arial]Zapewniałam ją, że jeśli Luiza poręczyła, to na pewno będzie miała właściwą opiekę. Jednocześnie sama wyrzucałam sobie, że poddałam się zdroworozsądkowym argumentom. Kontynuowałam grę z przeznaczeniem. Przejrzałam uważnie wszystkie ogłoszenia w lokalnej prasie, bowiem zalągł się we mnie podstępny plan, że znajdę inną czarną kotkę do adopcji, a zachowam Kiri. Niestety, wyjątkowo nikt nie chciał pozbyć się kociaków. Zadzwoniłam do koleżanki, która tydzień wcześniej mówiła, że ma do zbycia pięć kotków, ale okazało się, że wyjątkowo wszystkie poszły. Taki sam efekt uzyskała dwa dni wcześniej Kaja, wymieniając sms-y z kolegą, z którym utworzyli z biegiem czasu coś na kształt giełdy bezpańskich kotów. Kiedy wyjaśniła, że potrzebuje małej, czarnej kotki, Przemek odpisał, że jakieś latają mu w okolicy domu i zapytał rzeczowo:[/FONT] [FONT=Arial] - A na kiedy trzeba?[/FONT] [FONT=Arial]Kaja odpisała, że na sobotę i ma być oswojona. [/FONT] [FONT=Arial]Ponieważ był czwartkowy wieczór, oswojenie do soboty, nawet, gdyby pożądany egzemplarz udało się namierzyć, nie było możliwe w żaden sposób. [/FONT] [FONT=Arial]Z bólem serca uznałam, że przeznaczenie wypowiedziało się aż nadto wyraźnie. Tylko w marzeniach sennych znajdowałam kota do wymiany.[/FONT] [FONT=Arial]Kiri, jakby czuła, co się święci, w piątek zaprezentowała pokazowy atak szału. [/FONT] [FONT=Arial]Podrapała mnie od stóp do głów, rozwaliła książki na regałach, wygrzebała ziemię z doniczek, aż wreszcie z takim zajadłym zapałem zajęła się łapkami Gareta, że pies schronił się na moich kolanach i nic nie mogło go skłonić do zejścia na podłogę. [/FONT] [FONT=Arial]Od rana byłam rozżalona i wkurwiona, a nie miałam się na kim wyładować, bo Kaja balowała na weselu przyjaciółki 200 kilometrów dalej, a Irena albo zażywała krople, albo karmiła wypełnioną do granic możliwości Kiri. [/FONT] [FONT=Arial]Fantazjowałam, że Agnieszka się rozmyśliła, zepsuł jej się samochód, albo wydarzyło się coś innego... A może okaże się antypatyczną, paskudną babą z łatwo zauważalnymi cechami psychopatii... A wtedy z czystym sumieniem będę mogła odmówić. [/FONT] [FONT=Arial]Niestety, przyjechała około trzeciej, jak zapowiadała. Co gorsza, okazała się prześliczną blondynką z uroczym dołeczkiem w policzku, uczciwą twarzą i otwartym, urzekającym sposobem bycia. Skapitulowałam. Jej dzieci były równie urocze. Cholera, sama chciałabym, żeby mnie zaadoptowała... Przepadło. Ale jednocześnie kamień spadł mi z serca. Byłam pewna, że oddaję Kiri w najlepsze z możliwych ręce, w które sama bym się, bez wahania, oddała. [/FONT] [FONT=Arial]Kiri podjęła dwie próby ucieczki, pogryzła mi twarz, ale ostatecznie odjechała wśród czułych gruchań i z nadzieją na dobry byt. Agnieszka zadzwoniła po południu, że dojechali szczęśliwie, Kiri pogryzła wszystkich w domu i zasnęła bezpiecznie w łóżku. Przed tym jeszcze wystraszyła burą kotkę Nokię, która oddaliła się pospiesznie, zdecydowanie, acz w niewiadomym kierunku. Pocieszyłam Agnieszkę, że Kiri przyprawiła o wściekły wytrzeszcz, dziką panikę i takąż ucieczkę wszystkie nasze koty i że po tygodniu wszystko powoli powinno wrócić do normy. Teraz jestem pewna, że Kiri trafiła w dobre ręce. [/FONT]
-
[FONT=Arial]HITCHCOCK [/FONT] [FONT=Arial] Udało nam się zebrać, niemal z miesięcznym opóźnieniem, aczkolwiek bez Artura, z którego winy to opóźnienie powstało, aby świętować imieniny Magdy. [/FONT] [FONT=Arial] Po całym dniu pracy przy ścianach i użeraniu się z Garetem, który z bezbłędnym wyczuciem kładł się dokładnie pod tym miejscem, które akurat miałam malować, byłam wykończona, a nogi miałam tak spuchnięte, że ledwie włożyłam miękkie baleriny. W dodatku pogoda była „za pięć minut burza”, bez szans na realizację przez kolejny miesiąc.[/FONT] [FONT=Arial] Kiri wyniosłam wcześniej na nocleg do pokoju Kai, Garecikowi wyczyściłam i posmarowałam maścią zapalone ucho oraz przykazałam surowo, że ma być grzeczny, nie demolować domu i nie rozwłóczyć po całej okolicy ubrań, a szczególnie bielizny. [/FONT] [FONT=Arial] Wydawało mi się, że w maleńkim pokoju Magdy i Jarka, znacznie mniejszym, niż moja kuchnia, już nic więcej się nie zmieści, ale myliłam się. Obok kanapy stała duża klatka zamieszkała od tygodnia przez młodą kawkę, Hitchcocka. Kiedy udało się spacyfikować Lucusia, który na woń przyniesionej przeze mnie swojskiej kiełbasy, dostał lekkiego ataku szału ( i wiedział co robi, bo to prawdopodobnie najlepsza kiełbasa w Małopolsce), z zachwytem zaczęłam obserwować kawkę. Hitchcock wydawał co jakiś czas przeraźliwe okrzyki, od których cierpła skóra, a na które melodyjnie odpowiadały obie papugi. Poza tym interesował się wszystkim, co działo się w pokoju, ze szczególną uwagą wpatrując się bystrymi oczkami w błyszczące elementy mojego granatowego koszyka. Kiedy przysunęłam go do prętów klatki, zajął się energicznie uchwytem zamka, co chwilę wrzeszcząc z entuzjazmem. [/FONT] [FONT=Arial] -Boże, jaki on słodki! – rozczuliłam się.[/FONT] [FONT=Arial] Przez pierwsze kilka dni Magda karmiła go niczym matka, potem zaczął jeść sam, okazując żywiołowy wstręt larwom i dżdżownicom, zjadając za to z apetytem kurczaka, gotowane jarzyny i praktycznie wszystko to, co ludzie. Wywnioskowałam z tego, że z właściwą sobie inteligencją ucywilizował się błyskawicznie, wykazując w dodatku dobry gust. Całkowicie rozumiem i popieram wstręt do dżdżownic i larw. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy odzyskał siły, dostał szansę powrotu do natury, ale nie skorzystał z niej, wrócił. Wybrał życie domowego pupila, w niewielkim, ale ciekawym świecie pozbawionym zagrożeń, w którym może zaspokoić swoje potrzeby towarzyskie rozmawiając z ludźmi, psem i papugami, a także potrzeby estetyczne, zręcznie wyjmując z uszu Magdy kolczyki. Szkoda tylko, że nie mógł ich zachować na zawsze. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy pożarliśmy wspaniałe bezy z bitą śmietaną i truskawkami, Madzia przyniosła mi krzesło pod opuchnięte nogi i wypuściła z klatki Hitchcocka. Bez chwili wahania wlazł na moje podudzia, przemaszerował do góry, spojrzał bystro jednym i drugim na sukienkę i zaczął wydziobywać z niej kwiatki. W międzyczasie wymienił parę uwag z Luckiem, który wyczołgał się spod stołu i z cierpliwym uśmiechem wysłuchał głośnych komentarzy, po czym zaczął bezgłośnie poruszać paszczą, co stwarzało wrażenie autentycznej wymiany zdań. Prawie popłakałam się z zachwytu. [/FONT] [FONT=Arial] -O Boże, jaki on słodki! Jest cudowny! Ja chcę kawkę!!![/FONT] [FONT=Arial] -Nie wytrzymałabym tych wrzasków – powiedziała ponuro Renata.[/FONT] [FONT=Arial] -Proszę bardzo, weź go, razem z klatką! – zaproponowała równocześnie Magda. [/FONT] [FONT=Arial] Przez chwilę zwalczałam w sobie nieodpartą chęć porwania Hitchcocka i triumfalnego zaniesienia go do domu. Garet byłby zachwycony, zaprzyjaźniłby się z nim jak Lucuś. Kiri również, łagodny i szlachetny Koleś prawdopodobnie, ale co z resztą naszych zwyrodniałych, egocentrycznych kotów z rozdętym do granic możliwości ego? Wyobraziłam je sobie siedzące kołem pod klatką i oblizujące chciwie swoje drapieżne mordy, podczas, gdy Hitchcock obumiera z powodu stresu tracąc humor, pióra i energię. Aż wreszcie nadszedłby ten dzień, gdy nie wróciłby w całości z kolejnego oblotu domu. Ściślej – nie wróciłby w ogóle, pozostawiając po sobie poczucie straty i pojedyncze piórka. [/FONT] [FONT=Arial] Z bólem w sercu zrezygnowałam. [/FONT] [FONT=Arial] Hitchcock spacerując po moich nogach zainteresował się w końcu stołem i rozpoczął próbę nerwów z Magdą. On wchodził na stół, ona stanowczo go stamtąd zabierała i sadzała na poręczy krzesła. Po chwili namysłu i paru znaczących łypnięciach podejmował próbę i... wracał na poręcz krzesła. Dawszy głośny upust irytacji przeanalizował sytuację, na wabia odtańczył poloneza i pełen nadziei wlazł na stół. Nic z tego, wrócił na poręcz krzesła... [/FONT] [FONT=Arial] Ja, z moim szmatławym charakterem, już dawno bym się poddała, ale Magda pozostała konsekwentna. Wreszcie genialna kawka, z pełnymi miskami, wylądowała na powrót w klatce. Posiliwszy się od niechcenia, zajęła się rozpracowywaniem mechanizmu zamykania swojego azylu. Szło jej nieźle, według mnie to kwestia paru dni, gdy na klatkę trzeba będzie założyć zamek cyfrowy. Boże, kolejny geniusz do kompletu z Garetem i Kiri! Nawet ubarwieniem pasuje![/FONT] [FONT=Arial] Renacie wreszcie udało się sprzedać kamienicę, a tym samym ostatecznie rozstać się z eks-małżonkiem. Za swoją część pieniędzy postanowiła wybudować dom z bali na cudownej, spokojnej działce poza miastem. Aż skwierczałam z zazdrości – ona pierwsza zrealizuje moje marzenie! Cisza, spokój, las i cudowny domek. Ach![/FONT] [FONT=Arial] Ale, jeśli dożyję, mnie też się kiedyś uda. To niemożliwe, żebym musiała tkwić do końca życia albo do błogosławionej utraty słuchu na tym koszmarnym skrzyżowaniu, nawet w najpiękniej odnowionym domu. Po cholerę mi takie wielkie domiszcze? Sto metrów kwadratowych na jednym poziomie – to mój cel. Plus cisza, śpiew ptaków i zapach lasu. Chyba już odpokutowałam wszystkie grzechy z poprzednich wcieleń w tym koszmarnym, zdominowanym przez ryk, zgrzyt, pisk i huk samochodów kurewskim miejscu?! [/FONT] [FONT=Arial] Renata wybrała projekt stworzony na potrzeby light filmiku „Nigdy w życiu”. Piękny, ale ja wolałabym coś rozłożystego, przysadzistego, jednopoziomowego, z werandą dookoła. Cóż, najdalej za półtora roku będziemy zachwycać się domem Renaty, może później Jarka i Madzi, a kiedy moim? [/FONT] [FONT=Arial] Położyłam się z głębokim postanowieniem, że odeśpię imprezę i ostatnie dwa tygodnie ciężkiej pracy. Nie zwracałam uwagi na swój wygląd, dopóki Artur, na ogół uprzejmy i konwencjonalny, nie spojrzał na mnie z głębokim obrzydzeniem i nie zapytał, kiedy ostatnio spałam?! Ostatnio sypiam fatalnie, z przerwami, nerwowo i to nie tylko z tego powodu, że upodobał mnie sobie Koleś, który po każdym ruchu na nowo wpasowuje się w moje ciało pomrukując, gruchając i pracując ogromnymi szponami. [/FONT] [FONT=Arial] Zasnęłam około drugiej, niestety, co kilkanaście minut budziłam się i bezskutecznie szukałam wygodniejszej pozycji, starając się wygasić strumień myśli. [/FONT] [FONT=Arial] O wpół do ósmej rozdzwonił się telefon. Po kilku nieudanych próbach Ireny, której nie przyszło do głowy, żeby nosić aparat ze sobą, w końcu odebrałam ja, wpuszczając bardzo już zirytowanego, stojącego pod drzwiami brata. [/FONT] [FONT=Arial] Marek, jak zwykle, wpadł jak po ogień w drodze do Wiednia, obładowany workiem dóbr różnorakich. Garet szalał na równi z Ireną, przy czym ona nie miała dylematu, które z dwóch uszu wędzonych wybrać, jednocześnie dając buzi ukochanemu wujkowi. Kiedy powitalna histeria nieco przycichła, zrobiłam Markowi herbatę i wypuściłam Kiri. Ręce mojego brata to jedyne, w które oddałabym ją z pełnym zaufaniem, że będzie kochana i zaopiekowana należycie. Niestety, taki komfort wykluczały dwa stare, rozpieszczone owczarki alzackie. Szkoda. [/FONT] [FONT=Arial] Marek zawiózł Irenę do kościoła, po mszy miała iść na zastrzyk, co oznaczało, że mam przed sobą co najmniej dwie godziny snu, bez nerwowego oczekiwania, że trzeba Gareta wypuścić na pierwsze sikanie. [/FONT] [FONT=Arial] Właśnie zapadałam w wymarzoną, bezdenną, czarną próżnię, kiedy usłyszałam wojowniczy skrzek i na mojej poduszce pojawił się mały, czarny rzep. Wypróbowałam wszelkie możliwe uniki korzystając z dobrodziejstwa narastającego poczucia utraty przytomności, ale to było na nic. Zniosłam zimny, mokry nos wciskający się do moich obu oczu, do ust, do obu dziurek od nosa. Kiedy jednak tenże nos wciskał mi się na chama w ucho, mruczenie rozwalało moją czaszkę na atomy, a wszędobylskie pazurki wywoływały ataki dreszczy i chichotu, dostałam osobliwego napadu śmiechu skojarzonego z atakiem furii i pokonana, półprzytomna, wyczołgałam się z łóżka. [/FONT] [FONT=Arial] Około południa, nie widząc, na horyzoncie wroga i ochłonąwszy z upału po otwarciu na przestrzał wszystkich okien i drzwi, po cichu wpełzłam na kanapę i zapadłam w ciężki, kojący sen. W niespełna godzinę później, wyjąwszy z oczu, nosa i spod brody wścibski, mokry nosek zaopatrzony u góry w nawiedzone, zamglone oczy, a u dołu w ostre, szperające pazury, popełzłam ze łzami w oczach do kuchni, gdzie zastałam Irenę mieszającą przypalony gulasz. [/FONT] [FONT=Arial] -Cholera!!! Przecież ja zdechnę z wyczerpania przez tego czarnego kurdupla! – zawyłam rozpaczliwie ku jej głębokiemu zachwytowi. [/FONT] [FONT=Arial] Rozważam poważnie zamianę młodego czarnego kota na młodą, czarną kawkę. Kolczyków mam więcej, niż Magda, za to cierpliwości i konsekwencji znacznie mniej[/FONT]
-
:crazyeye:Dziewczyny, nie wierzę, ale chyba zakochałam się w kocie, który wygląda jak skrzyżowanie ET, sfatygowanej szczotki do czyszczenia butelek i świeżo wyjkutego pisklęcia. O Jezu. [FONT=Arial]WSZYSTKO POMALOWANE [/FONT] [FONT=Arial] Od rana wisiałam na ścianie. Właściwie wiszę na niej od dwóch dni, a idzie mi jak po grudzie. Wczoraj wieczorem okazało się, że nie mam wystarczającej ilości jasnozielonej farby, choć byłam przekonana, że mam. Niestety, po osiemnastej w naszym mieście można kupić tylko wódkę, na pewno nie farbę i na pewno nie tej właśnie, dobrej firmy. Od kiedy zlikwidowano sklep firmowy w ogóle nie wiem, czy gdzieś można dostać coś bardziej ekskluzywnego niż „Śnieżka”. [/FONT] [FONT=Arial] Gdybym była człowiekiem rozsądnym i zrównoważonym, poczekałabym do następnego dnia i poszukała. Ale nie jestem, więc zaczęłam sama kombinować z kolorami, ale zamiast świetlistej, jasnej zieleni udało mi się uzyskać czysto spożywczy kolor groszku konserwowego. W rezultacie kilka godzin pracy poszło na marne i dziś musiałam zaczynać wszystko od początku. Wczorajsze bezrozumne zmagania wynikły chyba z zaburzeń wywołanych szlifowaniem drzwi. Wibracje szlifierki spowodowały utratę czucia w rękach, w dodatku jakaś zdezelowana część musiała mi się przestawić w kręgosłupie szyjnym, bo dostałam wściekłych zawrotów głowy, wszystko postrzegałam jakby z opóźnieniem i z innej perspektywy niż zwykle. Z ciętym na wymiar, ponadmetrowym kawałkiem szyby czołgałam się z miasta szurającym krokiem Ireny, zataczając się w lewo, a niedokrwiony mózg powoli, acz uczynnie podsuwał mi wizje masakry następującej wskutek połączenia drobnej kolizji/potknięcia/upadku i naturalnej właściwości rozbitego szkła. Zanim ostrożnie przepełzłam trzy kilometry do domu, przerobiłam odcięcie ramienia, niezamierzone seppuku, amputację stopy, mastektomię i wypreparowanie wątroby. [/FONT] [FONT=Arial] Dzisiejsze malowanie było dopełnieniem wczorajszego koszmaru. Najgorsze było ścieranie rozprysków. Skakałam z góry na dół jak wariatka i ścierałam, z miernym zresztą skutkiem, bo farba zasycha błyskawicznie i za cholerę nie daje się zmyć. Moja frustracja i furia rosły w postępie geometrycznym. Na myśl o tym, co powie Leszek, gdy zobaczy położone przez siebie wycackane płytki zachlapane niechlujnie na wszystkie możliwe kolory, robiło mi się słabo. [/FONT] [FONT=Arial] Garet plątał mi się pod nogami z nieodłączną Kiri między łapami, a gdy zaczęłam malować murek na zewnątrz, z tępym uporem waląc się akurat w to miejsce, gdzie usiłowałam się wcisnąć z pędzlem w jednej, wałkiem w drugiej ręce i pojemnikiem z farbą w trzeciej... Musiałam go przesuwać jak ciężki, zagnieżdżony od stuleci mebel. Zero współpracy. Za to, kiedy uchyliłam furtkę, żeby pomalować obszar pomiędzy zawiasami, w psa wstąpiło nowe życie i z determinacją muła usiłował przepchnąć się na ulicę, żeby wreszcie skutecznie rzucić się pod koła pędzących bezustannie samochodów. Zniecierpliwiona i rozwścieczona walnęłam go wreszcie w pancerny łeb, co ostudziło nieco jego zapędy samobójcze. Uwalił się w szparze furtki czekając na sprzyjającą okazję, więc zerkałam na niego nerwowo nie bardzo widząc, co i jak maluję. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy rozrobiłam farbę na kolejną warstwę, wypłukałam ścierkę i złapałam w jedną rękę pędzel, a w drugą wałek, nagle zauważyłam ogromną plamę zieleni na porowatym, kremowym gresie przy drzwiach wejściowych. Zamarłam ze zgrozy. Jak ja to, do cholery, zrobi.... [/FONT] [FONT=Arial] -O żesz!!! Nierządnica! Nierządnica! Ty synu nierządnicy, debilu nadużywany seksualnie!!! Chyba cię, nierządnica, do reszty nadużyło seksualnie?!! – wrzeszczałam jak opętana, a przestraszony Garet, wyskoczywszy z pojemnika z farbą, popędził przez wszystkie pomieszczenia zostawiając za sobą wielkie kleksy natychmiast zasychającej, zielonej farby. Ostatecznie zaparkował na fotelu w kuchni i lekko wstrząśnięty, przyglądał się, jak złorzeczę wyma****ąc rękami. [/FONT] [FONT=Arial] -Co się stało? – zaniepokoiła się Irena, którą pomimo głuchoty atak mojej furii zwabił do kuchni.[/FONT] [FONT=Arial] -A to, że ten, nadużywany seksualnie kretyn, tępy syn nierządnicy, upierdliwy, debilny, ślepy, pozbawiony instynktu głupek, wlazł do farby i rozniósł ją, nierządnica, po całym, nierządnica, domu!!![/FONT] [FONT=Arial] -Ojej. Pościeraj to szybko, może zejdzie.[/FONT] [FONT=Arial] Z podłogi zeszło, z psa nie. Lewą przednią łapę ma zieloną, wachlarze u prawej też. Pozostałe są tylko lekko zabarwione. [/FONT] [FONT=Arial] Po południu, kiedy byłam już na etapie żółtej słomkowej, Garet, oczywiście leżąc pod nogami, machnął kitą w pełną puszkę farby. Z płytek zeszło, z ogona nie. Ogon ma żółty. [/FONT] [FONT=Arial] Kiri, która również towarzyszyła mi przez cały czas, na szczęście nie wpychając się pod nogi, ma tylko zielone pazurki u przedniej łapki. [/FONT] [FONT=Arial] Przed szóstą przyszedł Leszek. Ustąpiłam mu pola i trzęsąc się ze zmęczenia oznajmiłam, że idę się wykąpać, a jakby przejechały moje koleżanki... [/FONT] [FONT=Arial] Właśnie w tym momencie podjechały Magda z Renatą. Śliczne, eleganckie, pachnące i czyste. Versus ja – zaklejona farbą od paznokci u nóg po czubek głowy, w brudnych, przepoconych łachach, połamana, obolała i rozdygotana. [/FONT] [FONT=Arial] -Błagam, tylko mnie nie dotykajcie – powstrzymałam ostrożny i pełen wahania ruch w kierunku powitalnych uścisków. -I nie patrzcie na mnie...[/FONT] [FONT=Arial] Przekonałam je, że mój odrażający wygląd to nie powód, żeby miały natychmiast uciekać bez napicia się kawy. [/FONT] [FONT=Arial] Garet, ofukiwany i odrzucany przez cały dzień, rzucił się w objęcia Magdy. Co gorsza, pokonany przez zryw zazdrości, rzucił się na maleńką Kiri, która właśnie, chwiejnym krokiem, zmęczona po całodziennej pracy, zakurzona i omotana w pajęczyny, zdążała, aby powitać gości. [/FONT] [FONT=Arial] Bez żadnych wyrzutów sumienia trzasnęłam Gareta w tyłek i usadziłam na kanapie grożąc okropnymi konsekwencjami, jeśli jeszcze raz runie ze swoimi strasznymi pazurami na kota. [/FONT] [FONT=Arial] Kiri, pozbierawszy się po ataku przemocy, zataczając się lekko, podjęła na powrót drogę w kierunku kanapy. Dziewczyny zachwyciły się i rozczuliły. Tak, każda chciałaby ją mieć, ale Magda ma już w swoim maleńkim mieszkaniu wielkie psisko, dwie papugi i kawkę, a Renata, na etapie wyprowadzki/wynajętego mieszkania i budowy wymarzonego domu ma dwa włochate olbrzymy. [/FONT] [FONT=Arial] Kiri wylądowała na kolanach Renaty. [/FONT] [FONT=Arial] -Jaka ona malutka, przecież nawet nie ma czterech tygodni! – zawołała Rena, gdy kotka spojrzała na nią oczkami świeżo wyklutego pisklęcia. Bawiły się przez chwilę, potem Kiri zaparkowała w bucie Renaty, aż wreszcie zaczęła zwiedzać doniczki stojących na podłodze kwiatków.[/FONT] [FONT=Arial] -Wiesz, Joanna, może wreszcie będziesz miała kota, którego można pogłaskać![/FONT] [FONT=Arial] Chyba będę miała. Obawiam się, że gdyby zjawił się chętny na adopcję, musiałby przedstawić zaświadczenie o niekaralności, świadectwo moralności oraz opinie co najmniej dziesięciu świadków o nienagannej postawie etycznej, szlachetności, opiekuńczości i gotowości do poświęceń, a i tak nie jestem pewna, czy oddałabym mu moją dzielną, maleńką koteczkę. [/FONT] [FONT=Arial] -Boże, jakie to śmieszne – rozczuliła się Irena, gdy wykąpana, przebrana i po zakończonym sprzątaniu siedziałam w fotelu z Kiri śpiącą na ramieniu. [/FONT] [FONT=Arial] -Sama tam wylazła czy ją sobie posadziłaś?[/FONT] [FONT=Arial] -Pewnie, że sama, jak zwykle. Mało tego, wstawałam, żeby nałożyć sobie truskawek i wziąć gazetę, a ona się nie ruszyła. Zupełnie, jak papuga. [/FONT] [FONT=Arial] -Jaka malutka. Żaden z naszych kotów nie był taki przymilny. Że też ktoś ją wyrzucił, musiała być już w domu i przyzwyczajona do ludzi...[/FONT] [FONT=Arial] -Pewnie zobaczył, że to kotka. [/FONT] [FONT=Arial] Nie wiem, czy Kiri była przyzwyczajona do rozpieszczania w domu, pisklak jest zbyt maleńki na to, żeby zdążył okrzepnąć jako ulubione zwierzątko domowe. Myślę, że jej wola przeżycia i osobowość zrobiły swoje. [/FONT] [FONT=Arial] Wyszczotkowałam maleństwo nie zważając na kolczaste protesty i wyniosłam razem z miską mięsa do pokoju Kai na spokojny nocleg. [/FONT]
-
[quote name='kinga']no i co, Joanno, dalej, no i co?..... czy ciąg dalszy wygląda, jak u mnie... :diabloti: - gdy piszę te słowa , mając klawiaturę zablokowaną przez mruczącą 3,5-miesięczną kupę czarnego futra? :p[/quote] Taa, koty są bardzo uzdolnione. Kiri od razu nauczyła się obsługiwać komputer. Pisze jak szatan, nawet ja nie nadążam:lol: i w międzyczasie potrafi zobić jeszcze parę rzeczy. Własnie usiłuje okiełznać swój ogon, ale paskudnik wciąż jej ucieka. Muszę wyszczotkować z niej trochę farby, bo wygląda jak niedomalowana choinka.
-
[quote name='cyganka']czytam i czytam. teksty boskie:loveu: mam nadzieje, ze naprawde kiedys to wydasz. miod na serce. pozdrawiam[/quote] Dzięki, też Cię serdecznie pozdrawiam, właśnie odpadłam od malowania ściany, Garet i Kiri maja mnóstwo zielonych akcentów. I tak zostanie przez jakiś czas, farba lateksowa jest wyjątkowo trwała!
-
No cóz.. zidentyfikowaliście ten pryszcz na grzbiecie Gareta? Ten inny odcień czerni? Brawo!!! Wygrana!!! Kurde, nierządnica jej mać... To Kiri. :placz: [FONT=Arial]Kaja, jak było do przewidzenia, zachwyciła się małą paskudą. Mimo to wymogłam na niej rozesłanie wieści do jej znajomych. Przyszła mi do głowy jeszcze Luiza, ale moja nadzieja padła jak podcięta już po pierwszym zdaniu. [/FONT] [FONT=Arial] -Luiza, ratunku, ktoś podrzucił nam ósmego kota! – jęknęłam do słuchawki. [/FONT] [FONT=Arial] -Gratuluję – usłyszałam w odpowiedzi. [/FONT] [FONT=Arial] No pięknie. Znikąd zrozumienia. Nakłoniona przez Luizę, która nie dawała wiary, że rzecz jest niemożliwa do zidentyfikowania, odwróciłam żywiołowo protestującą paskudę do góry kołami i świecąc sobie latarką, w okularach do czytania, skoncentrowałam się na właściwym miejscu. [/FONT] [FONT=Arial] -O kurde, w dodatku kotka – westchnęłam z rezygnacją. [/FONT] [FONT=Arial] Bez przekonania zaproponowałam, żeby paskudę ulokować jednak w piwnicy, pod opieką pełnego czułości Szkaradnego Kocurka. Również bez przekonania, Kaja wyniosła ją do piwnicy razem ze swoim wełnianym swetrem, pogryzionym przez Gareta... [/FONT] [FONT=Arial] Po chwili paskuda nie wiadomo w jaki sposób pojawiła się na balkonie. Mało, wylazła metr po ścianie na zewnętrzny parapet i dobijała się do okna w pokoju Ireny. Wymiękłyśmy. Wygrała. Trudno. Szósty kot w domu, niech to szlag trafi. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja wyszczotkowała ją z piwnicznego kurzu i postawiła na podłodze. Paskuda od razu potruchtała do misek. Garet za nią, głuchy i ślepy na wszystko inne. Łaził za nią krok w krok, okazując głęboki niepokój, gdy znikała pod meblami, skąd usiłował wygrzebać ją swoimi okropnymi pazurami. Protestowałyśmy głośno w obawie, że mu się to uda, ale odzyska ją w kawałkach. [/FONT] [FONT=Arial] Po kilku godzinach stało się jasne, że to paskudne niemowlę jest najinteligentniejszym kotem, z jakim miałyśmy do czynienia. Po trzech próbach nauczyła się korzystać z kuwety. Wymagała jeszcze kilku przypomnień, ale zapamiętała drogę i wkrótce sama dreptała do łazienki. [/FONT] [FONT=Arial] Błyskawicznie opanowała umiejętność wspinania się na fotele. Miała dwa falstarty, raz gdy wylazła na oparcie zabytkowego fotela, po czym, zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wykonała stamtąd samobójczy skok na podłogę ku głębokiemu zdumieniu Gareta i naszej grozie. [/FONT] [FONT=Arial] -Żyje? – zapytałam odsłaniając oczy.[/FONT] [FONT=Arial] -Żyje – zapewniła wstrząśnięta Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] W chwilę później przykucnęła, chwiała się przez moment oceniając odległość, po czym skoczyła od razu na siedzenie pechowego fotela. Niezupełnie trafiła, ale nie odpadła. Jakby ktoś rzucił rzepa. Wdrapała się na poręcz i zamglonym, acz tęsknym wzrokiem spojrzała na blat stołu powyżej. [/FONT] [FONT=Arial] -Chyba nie zamierza... O Boże!!! – wrzasnęłam znowu zasłaniając oczy. Ambitna paskuda spadła, wywinąwszy salto, na cztery łapy. Garet, sfrustrowany, ściągnął uszy i stał nad nią, machając nerwowo końcem ogona. Paskuda skrzeknęła, otrząsnęła się i chwiejnie pomaszerowała do misek, żeby wzmocnić nadwątlone siły dziesiątym posiłkiem. [/FONT] [FONT=Arial] Z jakiegoś niezrozumiałego powodu, głucha na instynkt samozachowawczy, obrała mnie sobie na zastępczą matkę, przystań i legowisko w jednym. Większość czasu spędzała na moich stopach, pod moją spódnicą, wspinając się po moich nogach, rękach, ramionach. [/FONT] [FONT=Arial] -To tylko naskórek – zbagatelizowała Kaja, patrząc na zwisające z moich nóg frędzle. [/FONT] [FONT=Arial] -No, dzięki, za godzinę będzie skóra właściwa, a za trzy godziny mięśnie. Co, do cholery, ją tak tłucze?! – warknęłam z irytacją patrząc morderczym wzrokiem na paskudztwo wspinające się chwiejnie, acz ambitnie, na mój bark. [/FONT] [FONT=Arial] -Jest w stadium sensomotorycznym – wyjaśniło pobłażliwie moje dziecko. [/FONT] [FONT=Arial] -Jeszcze raz podrapie mnie w brzuch, to tylko motoryka jej zostanie! – syknęłam z furią. –Czy ona nie rozumie, że ja nie lubię kotów?![/FONT] [FONT=Arial] -Chyba jakoś ci nie wierzy....[/FONT] [FONT=Arial] Przegwizdane. Irena też została zawojowana całkowicie. Rozanielonym wzrokiem obserwuje paskudztwo, które dzielnie zdobywa sobie pożywienie, maszeruje do kuwety, śpi na moim barku, w zgięciu szyi, na dekolcie, albo szaleje pod moją spódnicą. Według niej paskudztwo jest pomysłowe nad wyraz, śmieszne, mądre, dzielne, sprytne, rozczulające. I, cholera, co gorsza, to wszystko prawda. W dowód uznania drobi jej mięso na małe kawałeczki, podtyka najlepsze kąski stojąc na straży, żeby jej ochroniarz, Garet, albo inny kot nie zeżarł wszystkiego. [/FONT] [FONT=Arial] Najwyraźniej Irenie jest to potrzebne, więc przestałam ją przekonywać, że kurdupel, który potrafi wywlec pół udka z psiej miski, a z kociej pożreć skamieniałą surową wątróbkę, nie wymaga specjalnego traktowania. [/FONT] [FONT=Arial] W niedzielny wieczór, kiedy Kaja masowała mi ramiona i szyję, paskudztwo szalało po pokoju. Wydając bojowe okrzyki skakało w górę, robiło salta i wygrzebywało ziemię z doniczki, zapewne w celu zbadania, jakiego rodzaju korzenie ma palma. Garet, słaniający się z wyczerpania, łaził za nią jak cień. Resztkami sił utrzymywał otwarte oczy. Wreszcie zwalił się pod stolik, który zaczęła atakować Kiri – fonetycznie od Curie. (Nazwałyśmy ją tak, ponieważ zgodziłyśmy się, że jest niewyobrażalnie inteligentna, a trudno było nazwać ją Einstein, z uwagi na płeć. Ale i tak najczęściej mówię na nią Paskuda).[/FONT] [FONT=Arial] Kiri wykonała wszystkie możliwe akrobacje na nogach i poprzeczkach stolika, po czym zajęła się polowaniem na łapy Gareta. Biedna psina nerwowo cofała i chowała wszystkie kończyny, przewracając oczami w najwyższej udręce. [/FONT] [FONT=Arial] -To przecież, idioto, wyleź stamtąd – zirytowałam się. [/FONT] [FONT=Arial] Garet rzucił mi przekrwione spojrzenie skacowanego saksofonisty i nawet nie drgnął. Kiri znudziła się jego łapami i zaczęła atakować nos, poskrzekując wojowniczo i młócąc malutkimi łapkami jak bokser. Garet w chwilach zagrożenia odwracał głowę i wzdychał boleśnie, ale nie cofnął się nawet o milimetr. Wreszcie Kiri doczołgała się do mnie, wklinowała się, stojąc słupka, pomiędzy moje udo i nadgarstek opartej o podłogę ręki, i w tej pozycji straciła przytomność. Garet, zwolniony ze służby, zwalił się z łomotem na podłogę i też stracił przytomność. [/FONT] [FONT=Arial] -NIE LUBIĘ KOTÓW! - deklaruję codziennie starając się nie dopuszczać myśli o przegranej. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie lubię kotów – tłumaczę Kiri, uczepionej mojego dekoltu, mruczącej jak zdezelowany motorower „Komar” i wpatrującej się we mnie z kojącym uwielbieniem. Kaja miała rację – Kiri wygląda jak ET. Zamglone, szaroniebieskie oczy zajmują jej większość twarzy, a łyse powieki ma jak nieopierzony pisklak wyrzucony z gniazda przez matkę, której zmysł estetyczny załamał się w konfrontacji z druzgocącą brzydotą potomka. Jest wielkości upasionej polnej myszy albo szczura cierpiącego na anoreksję, a jej nastroszone futro wygląda jak mocno zużyta szczotka do mycia butelek. Biegnąc, zatacza się lekko, a koordynację ruchów ma jak alkoholik cierpiący na Parkinsona. I takie coś, szkaradne do granic możliwości, uznało mnie za skrzyżowanie matki z guru. Znakomicie wpływa to na moją samoocenę, w najlepszych chwilach oscylującą w granicach zimowych temperatur na Syberii...[/FONT]
-
Zagadka: co widzisz na zdjęciu? [URL="http://img99.imageshack.us/my.php?image=czerwiec2008043cd7.jpg"][IMG]http://img99.imageshack.us/img99/6743/czerwiec2008043cd7.th.jpg[/IMG][/URL] :) [U][URL="http://img143.imageshack.us/my.php?image=czerwiec2008021xy5.jpg"][IMG]http://img143.imageshack.us/img143/9184/czerwiec2008021xy5.th.jpg[/IMG][/URL] [URL="http://img99.imageshack.us/my.php?image=czerwiec2008041jc9.jpg"][IMG]http://img99.imageshack.us/img99/6192/czerwiec2008041jc9.th.jpg[/IMG][/URL] [/U]
-
[FONT=Arial]JAK GARET ZOSTAŁ MATKĄ[/FONT] [FONT=Arial] Po kilku dniach okropnie ciężkiej pracy, zdolnej powalić najsilniejszego chłopa, ale niezdolnej powalić mnie, z powodu dzikiego uporu i pędu do autodestrukcji, tynkowałam właśnie szerokie słupy przy wewnętrznej bramie. Bolało mnie wszystko, przy czym najmniej szwy, którym przy codziennej zmianie opatrunków staram się nie przyglądać, stosując właściwą sobie metodę strusia. Żar lał się z nieba, Garet, z zacementowanym ogonem i błogim uśmiechem na pysku, przeżuwał jakiś ubrudzony ziemią kołek, samochody łoskotały, piszczały, zgrzytały i huczały, a latające skorupiaki, czyli żuki, chrzęszcząc, spadały na wszystko dookoła. [/FONT] [FONT=Arial] Miałam dziwne wrażenie, że w tę upiorną kakofonię dźwięków wkrada się jeszcze jakiś, przenikliwy, niemal podprogowy, przypominający piszczenie kota. Starałam się go zignorować, ale moja wyobraźnia usłużnie wystartowała. Rzut oka na główną ulicę upewnił mnie, że nie widać na niej wijących się w agonii zwłok. Z ociąganiem wyjrzałam na boczną – też nic. Przemknęło mi przez myśl, że może znowu ktoś podrzucił nam małego kota, żeby zapełnić pustkę po Greebo, ale natychmiast odrzuciłam ten okropny pomysł. [/FONT] [FONT=Arial] Po prysznicu, wychodząc do miasta, jeszcze raz zlustrowałam otoczenie – żadnych trupów, przynajmniej chwilowo. [/FONT] [FONT=Arial] Wróciłam przygięta do ziemi pod ciężarem zakupów spożywczo-budowlanych. We włosy wplątał mi się męczący zapach kwitnącego czarnego bzu, nogi miałam spuchnięte, pot zalewał mi czoło, a powitalne starcie z Garetem, maltretującym moje robocze spodnie, pozbawiło mnie resztki sił. [/FONT] [FONT=Arial] -Wiesz, co się stało? – zapytała retorycznie Irena, wszedłszy do kuchni, zanim zdążyłam się rozpakować i znaleźć drugi pantofel, mściwie wyekspediowany przez Gareta w bliżej nieokreślone miejsce. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie?... – jęknęłam słabo, pełna złych przeczuć. [/FONT] [FONT=Arial] -Ktoś znowu podrzucił nam kota. [/FONT] [FONT=Arial] -O nierządnica, nierządnica, nierządnica!!! – wrzasnęłam z furią. –Nierządnica, tak przez moment pomyślałam, kiedy słyszałam to piszczenie!!! O żesz, syn nierządnicy jeden, wykorzystywany seksualnie!!! Żeby go szlag trafił!!! Jak on wygląda? – zapytałam nieco przytomniej. [/FONT] [FONT=Arial] -Strasznie jest malutki. I czarny. Nic więcej nie wiem, bo zaraz ucieka. [/FONT] [FONT=Arial] Klnąc pod nosem w bardzo wyszukany sposób, napiłam się wody, zamknęłam psa w domu i wyszłam do ogrodu. [/FONT] [FONT=Arial] Rozpaczliwe miauczenie dobiegało zza wewnętrznej bramy, z podjazdu sąsiada. Otworzyłam bramę i pod drewnianą paletą dostrzegłam maleńką kupkę czarnego futra. Kotek w ogóle nie uciekał, wygrzebałam stamtąd garsteczkę kości pokrytą zjeżoną, zakurzoną sierścią i zaniosłam do domu. Po drodze klęłam jak szewc. Jaki, uzależniony od seksu, nadużywany seksualnie, syn prostytutki, mógł wyrzucić bezlitośnie takie maleństwo?! Pobieżne oględziny ujawniły zamglone szaro oczka w maleńkiej, trójkątnej twarzyczce. Dolne powieki odstawały jak za duże o dwa numery buty świadcząc o poważnym odwodnieniu. Nic dziwnego, nie wiadomo, jak długo to biedactwo plątało się na takim upale. Kociak przylgnął do mojego nagiego barku i zaczął mruczeć. Zdumiewające, pogięło go, czy co? [/FONT] [FONT=Arial] -Ty się przypadkiem nie przywiązuj – ostrzegłam go ponuro. – Jakbyś nie wiedział, to ja nie znoszę kotów![/FONT] [FONT=Arial] -A gdzie ty go niesiesz?- zaprotestowała Irena. [/FONT] [FONT=Arial] -Hm... do pokoju Kai?[/FONT] [FONT=Arial] -Oszalałaś? Zostaw go w piwnicy![/FONT] [FONT=Arial] -Zgłupiałaś chyba, takie maleństwo?! – zjeżyłam się. –Jest odwodniony, umrze tam, jak się wbije w jakąś dziurę.[/FONT] [FONT=Arial] -Nic mu nie będzie, zanieś mu mleka i daj spokój. Mówię ci, nic mu się nie stanie. [/FONT] [FONT=Arial] Odpędzając podnieconego do granic możliwości Gareta zaniosłam kupkę nieszczęścia do pokoju Kai i zablokowałam drzwi fotelem. Porzucony maluch od razu włączył sygnał alarmowy. Roztrzęsiona, pospiesznie przygrzałam odrobinę mleka i zaniosłam na spodeczku na piętro. Stanowczo odepchnęłam Gareta i grożąc najgorszymi konsekwencjami poleciłam zostać za drzwiami. O dziwo, posłuchał. [/FONT] [FONT=Arial] Kotek łapczywie rzucił się na mleko. Dzięki Bogu, już myślałam, że będę go musiała karmić strzykawką. Posiedziałam przy nim chwilę i wyszłam. [/FONT] [FONT=Arial] Zadzwoniłam do Kai informując ją, że znowu mamy podrzucone kocie niemowlę. Kiedy otrząsnęła się z ekscytacji poradziła, żebym zadzwoniła do Artura i zapytała, co takiemu małemu dawać do jedzenia, bo nie pamięta. [/FONT] [FONT=Arial] Kot lamentował tak okropnie, że w końcu nie wytrzymałam. Może Irena miała rację? Ósmy kot, rany boskie, a szósty w domu. Niemożliwe. Niech lepiej mieszka z szarą rodziną w piwnicy. Nie zniosę kolejnego srającego i sikającego kota w domu. Mowy nie ma, już teraz nadaję się na oddział psychiatryczny. Podjąwszy męską decyzję zaniosłam kotka wraz z kaszmirowym płaszczem pogryzionym przez Gareta do piwnicy. [/FONT] [FONT=Arial] - Tu masz legowisko, mięciutkie i cieplutkie. Tu masz mleczko. Śpij sobie – uciekłam pospiesznie, ignorując przeraźliwe miauczenie. [/FONT] [FONT=Arial] Muszę zachowywać się racjonalnie – tłumaczyłam sobie. Całe pokolenia bezpańskich kotów wychowały się w piwnicy i wyszły na ludzi. Nic mu nie będzie. Nie ma mowy o kolejnym kocie w domu. Tym bardziej, że nie lubię kotów. [/FONT] [FONT=Arial] Po kwadransie wygrzebałam kota spomiędzy starych doniczek, otrzepałam z kurzu i pajęczyn i zaniosłam do pokoju Kai razem z miseczką ciepłej kaszy manny. Podparłam drzwi fotelem i odpędziłam Gareta. Wymyślając sobie od żałosnych mięczaków zeszłam na dół. [/FONT] [FONT=Arial] Kot blaszanym głosikiem płakał za drzwiami, Garet z nosem w szparze kląskał pod drzwiami. Kurde, obłęd totalny, wszystko leciało mi z rąk. KURDE, KURDE, KURDE!!! [/FONT] [FONT=Arial] -No dobra, sam chciałeś – odsuwając stopą Gareta spod drzwi wyniosłam kota z pokoju. Swobodnie mieścił się w mojej dłoni. Garet prawie lewitował. Tęczówek w ogóle nie było mu widać, a z ogromnych źrenic wyzierało jedno pragnienie:[/FONT] [FONT=Arial] -Daj mi tę nową zabawkę, daj, DAJ!!! – roztrzęsiony podążył za nami do kuchni. Położyłam kotka na podłodze.[/FONT] [FONT=Arial] - To nie jest piszcząca zabawka z własnym napędem, to żyje! – ostrzegłam Gareta. –Masz być delikatny![/FONT] [FONT=Arial] Kot na widok zwisającego nad sobą Godzilli stanął chwiejnie na dwóch łapach i zasyczał ostrzegawczo. Garet stulił uszy i cofnął się, wytrzeszczając oczy ze zdumienia. Proporcje były niesamowite. Mniej więcej jak słoń i mysz. Kot opadł na cztery łapy, w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku, i chwiejnie, acz bezbłędnie obrał azymut na miski. Garet, wibrując z napięcia, podszedł o krok i zgiął przednią łapę, wystawiając zwierzynę.[/FONT] [FONT=Arial] -MAMO!!! CHODŹ ZOBACZ!!![/FONT] [FONT=Arial] Irena przyczłapała ze swojego pokoju i z uśmiechem czającym się w kącikach ust przyglądała się, jak lekko drżący maluch zataczając się, trafił do Garetowej miski pełnej kurzych udek. [/FONT] [FONT=Arial] -Będzie jadł mięso – oznajmiła z zadowoleniem. [/FONT] [FONT=Arial] -No coś ty, niemożliwe, on ledwie pije... o rany! – w osłupieniu patrzyłam, jak czarna pluskwa złapała z głuchym warkotem wielki kawał udka i zatopiła nim ząbki. [/FONT] [FONT=Arial] -Jezu, zdechnie od tego – przeraziłam się.[/FONT] [FONT=Arial] -Nic mu nie będzie – zapewniła rozbawiona Irena. [/FONT] [FONT=Arial] -No dobra, przynajmniej mu trochę podrobię... Ała! – wrzasnęłam, kiedy tygrys-bonsai złapał mnie za palec, pochłonąwszy zbyt wielkim kęsem porcję rozdrobnionych udek. [/FONT] [FONT=Arial] Garet, nakręcony jak sprężyna, telepał się nad nami. [/FONT] [FONT=Arial] Kot, pożarłszy równowartość swojej objętości, chwiejnym krokiem oddalił się od miski i zaparkował przy dłoni Gareta. [/FONT] [FONT=Arial] -No dobra, a teraz radźcie sobie sami – oznajmiłam i poszłam umyć ręce. [/FONT] [FONT=Arial] Przez kolejną godzinę obserwowałam, jak Garet i kot, nierozłączni, wręcz zrośnięci ze sobą, przemieszczają się po kuchni i pokoju. Trudno powiedzieć, kto za kim chodził. Garet wyglądał jak histeryczna matka, śledząca pierwsze kroki pierworodnego dziecka. Czujny, spięty, skoncentrowany, przemieszczał się nerwowymi zrywami, gdy tracił kota z oczu, to znaczy, gdy czarny kurdupel zabłąkał się w okolice jego tylnych łap. Zapomniał zupełnie o otwieraniu drzwi i kompletnie nie reagował na zachęcające szczekanie psów z sąsiedztwa. [/FONT] [FONT=Arial] Po godzinie tych zapasów, w obawie, że pies mi padnie z wyczerpania, zaniosłam kota z miseczką mięsa i miseczką mleka do pokoju Kai. Umyłam go, wyszczotkowałam, zabarykadowałam drzwi i zostawiłam go, początkowo jęczącego rozpaczliwie, potem milczącego, do następnego ranka. [/FONT] [FONT=Arial] W międzyczasie rozesłałam proadopcyjne maile i sms-y do znajomych. Poinformowałam też Kaję, że kot nie wymaga specjalnego odżywiania, ale raczej jakiejś zrównoważonej diety. [/FONT] [FONT=Arial] Przez kolejne dwa dni procedura pozostała ta sama. Trzy razy zejście na dół, karmienie, opieka rozhisteryzowanego Gareta, potem powrót do pokoju Kai i długi protest. [/FONT] [FONT=Arial] Niestety, odzew na moje maile, sms-y i telefony był żaden. [/FONT]
-
[FONT=Arial]REMONT[/FONT] [FONT=Arial] Szybki remont się skończył, zaczął się długi. Szybki trwał 4 dni. Zostało przerobione wejście, powstał nowy ganek, mur odgradzający od najbliższego sąsiada, przebudowano bramę wewnętrzną i przesunięto wewnętrzne ogrodzenie, a także założono drewniany płot od frontowego wejścia. Dokonał tego majster, Staszek, właściciel firmy dekarskiej („-nigdy tego nie robię, ale po starej znajomości...”) z pomocą tzw. „fizycznego”. Staszek, oprócz tego, że myślał twórczo, pracował jak szatan i to w warunkach skrajnie niesprzyjających. Warunki skrajnie niesprzyjające to Garet. Jak zwykle, był wszędzie – w kilku miejscach w tym samym momencie. Trzykrotnie próbował popełnić samobójstwo na ulicy, ale w ostatniej chwili został schwytany. Ja chodziłam roztrzęsiona (czyli w „porzo”: [B]PO[/B]pieprzona, [B]R[/B]oztrzęsiona, [B]Z[/B]nerwicowana, [B]O[/B]djechana) rozdarta między zakupami budowlanymi, przygotowywaniem picia i jedzenia, trzykrotnym malowaniem dziewięćdziesięciu sztachet oraz jęczeniem nad głową pracującym ludziom, żeby pamiętali o zamykaniu bramy, furtki, drzwi, bo pies... Natomiast pies biegał z szerokim uśmiechem na pysku, zakurzony, upaprany w cemencie, z coraz to nową zabawką w zębach. Ze szczególnym zapałem, acz bez skutku, umizgał się do Staszka. Nie mógł zrozumieć, że ma przesrane i to niemal od początku. [/FONT] [FONT=Arial] Już pierwszego dnia nałapał minusów, z uporem wrzucając żółtą piłeczkę do oszalowania wypełnianego betonem. Staszek z coraz większą niecierpliwością wyrzucał piłeczkę, sprawiając Garetowi niezwykłą uciechę, bo kiedy majster się pochylał, pies rzucał się na niego gwiżdżąc z rozczulenia i usiłując mu dać buzi, potem leciał za piłeczką na przełaj przez kupę cementu, wzbijając kłęby szarego pyłu, aportował ją radośnie, po czym wracał tą samą drogą i z roziskrzonym wzrokiem wypluwał piłkę wprost do zaprawy oczekując kontynuacji zabawy. [/FONT] [FONT=Arial] Z właściwym sobie przekonaniem o własnej doskonałości, w ogóle nie odbierał negatywnych sygnałów. To tak jak z karceniem go. Kiedy, wyprowadzona jakimś jego wybrykiem z równowagi, wrzeszczę dziko rzucając wymyślnymi przekleństwami, Garet rozgląda się rozgorączkowany, przejęty chęcią pomocy, w gorliwym poszukiwaniu wrednego, nieznośnego kota, któremu trzeba wtłuc. Jeśli tylko jakiś, Bogu ducha winny futrzak znajdzie się w zasięgu wzroku, rusza za nim jak tsunami, żeby wymierzyć w moim imieniu i własnym mniemaniu sprawiedliwość. Beznadziejna sprawa, w ogóle nie dociera do jego czarnego łba, że ktoś mógłby złościć się na niego. [/FONT] [FONT=Arial] Staszek, mając psa za sobą, przed sobą, z boku i na sobie tracił resztki cierpliwości, której zasoby wyczerpały się ostatecznie, gdy na świeżo zrobionej wylewce pod płytki dostrzegł następnego ranka utrwalone ślady łap. [/FONT] [FONT=Arial] -Stasiu – mitygowałam – to nie pies, to Perła, jak wczoraj wieczorem właziła frontowymi drzwiami. [/FONT] [FONT=Arial] Śladów było mnóstwo, jakby kocica uparła się stworzyć własną Aleję Jednej Gwiazdy, żeńskiej odmiany jednookiego porucznika Colombo. [/FONT] [FONT=Arial] -Popatrz, jakie są malutkie, jakby Garet tu stanął, to trzeba by go było wykuwać rano...[/FONT] [FONT=Arial] -No, chyba faktycznie.... – zreflektował się Staszek. [/FONT] [FONT=Arial] Niestety, uparł się, żeby wycyzelować swoje dzieło i zabrał się do wyrównania wylewki. Niestety, na ten moment trafił Garet, cierpiący z powodu odrzucenia, który uparł się równie mocno, że jednak zdobędzie kamienne serce Staszka. [/FONT] [FONT=Arial] Udało mi się ocalić psa. [/FONT] [FONT=Arial] Mój czas się skończył, Staszka wzywały zawalone z naszego powodu, napięte terminy, toteż zabrał sztachety i obiecał zrobić furtkę w domu. Wkrótce. Na razie mamy prowizoryczną, z kawałka zardzewiałego przęsła ogrodzeniowego, zamykaną na haczyk zrobiony z drutu. [/FONT] [FONT=Arial] Stanęłam oko w oko z kolejnymi problemami. Nowy ganek miejscami, szczególnie przy dachu, przeświecał na wylot. Chętnie oglądam pogodne niebo, ale niekoniecznie przez szpary między bloczkami betonu komórkowego. Pozbierawszy się z kompletnego załamania, rozrobiłam mrozo- i wodoodporny klej, złapałam kielnię, pacę i zabrałam się do roboty, ignorując pełne niepokoju myśli, jak wpłynie to na kondycję moich szwów w ramieniu. [/FONT] [FONT=Arial] Po dwóch dobach ciężkiej pracy załatałam większość dziur i zrobiłam surowe zarysy polichromii na ganku i murze przed domem. Z wykończeniem musiałam poczekać na położenie płytek, zresztą na tym etapie sama byłam bliska wykończenia się. Kogo znajdę do położenia płytek, nie miałam bladego pojęcia. Zaczęłam pytać każdego, kto mi się nawinął pod rękę, ale ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę. Wiadomo, że każdy, kto odróżnia wiadro od taczek, opływa w robotę i luksusy za granicą. Ci, którzy zostali, mają terminy ustalone na dwa lata z góry, a jeśli nie, nie tykają się robót drobniejszych niż budowa od podstaw albo generalny remont i to od stu metrów kwadratowych w górę. Przy intensywnych poszukiwaniach znalazłby się jakiś alkoholik, który zdołałby położyć po cztery płytki pomiędzy ciągami, być może nawet prosto, jeśli nie miałby akurat delirium tremens. Ewentualnie nawet, gdyby miał, ale zamiast węży jawiły mu się wasserwagi. [/FONT] [FONT=Arial] W przypływie natchnienia zadzwoniłam do Leszka. Bez większej nadziei, bo od kiedy wrócił z Austrii, podjął pracę w renomowanej firmie, a w czasie wolnym jest rozrywany. Ma bowiem wszystkie zalety doskonałego budowlańca – jest dobrym fachowcem, myśli kreatywnie, jest dokładny, zrównoważony, sumienny i w dodatku ma poczucie humoru (to jako miła premia). [/FONT] [FONT=Arial] Opatrzność najwyraźniej zlitowała się nade mną – ustrzeliłam go pomiędzy fuchami. Zgodził się!!! [/FONT] [FONT=Arial] -Boże, dziękuję ci, dziękuję bardzo! – wykrzyknęłam z głęboką wdzięcznością w kierunku sufitu kuchni, tuląc do piersi telefon bezprzewodowy. [/FONT] [FONT=Arial] Nie byłam pewna, jak zareaguje na zakres robót, bo zełgałam mówiąc, że mam do położenia tylko cztery metry płytek. W rzeczywistości chciałam położyć czternaście metrów (bo w korytarzu też), dodatkowo na szczycie muru, na słupach bramy ogrodowej, na parapetach, oprócz tego zależało mi na zatarciu nowych ścian od zewnątrz tynkiem akrylowym i zbudowaniu dwumetrowej ławy krytej bloczkami marmuru w ogrodzie. [/FONT] [FONT=Arial] Leszek, strzepując z piersi rozochoconego Gareta wraz z resztkami cementu, z właściwą sobie flegmą obejrzał wszystko, pomyślał przez chwilę, zapewne ustalając plan robót, po czym zgodził się bez grymasów. Nogi ugięły mi się ze szczęścia. Boże, niech ja to już zakończę, ogrodzenie zewnętrzne może poczekać, dopóki parking mi nie wpadnie do ogródka. Przy odrobinie szczęścia Kaja zostanie znakomitą specjalistką od reklamy (już pogodziłam się z tym, że moje dziecko nie chce, po skończeniu najlepszego w kraju wydziału psychologii, zostać psychoterapeutą) i zajmie się tym. [/FONT] [FONT=Arial] Przez dwa wieczory Leszek położył już płytki w ganku i doszedł do połowy korytarza. Irena zrobiła mi karczemną awanturę o przykrywane płytkami lastriko. Najpierw starłyśmy się ostro, jak za dawnych czasów, potem przeżuwałam przez pół godziny niesprawiedliwą uwagę, że myślę tylko o sobie. Wreszcie poszłam do jej pokoju i asertywnie, spokojnie, na co nie stać by mnie było jeszcze rok temu, powiedziałam, że zabolała mnie ta uwaga, ponieważ staram się zapewnić nam wszystkim jak najlepsze warunki, nie myślę tylko o sobie, bo od 18 lat nie byłam na prawdziwym urlopie, nie chodzę do kosmetyczki, zrezygnowałam z ułożenia sobie życia osobistego, bo jestem z nią, jeśli wychodzę wieczorem, to tylko wtedy, gdy jest Kaja i wiem, że Irena nie zostanie sama i w ogóle tkwię w domu jak przymurowana. [/FONT] [FONT=Arial] Ja z kolei byłam w stanie zrozumieć, że atak wynikł stąd, iż boi się, co będzie dalej, bo opłaty są bardzo wysokie, ona ma bardzo niską emeryturę, moje zarobki są żałosne (fakt, przy obliczaniu średniej do wczasów pod gruszą wyszło mi 761 zł na osobę, nie licząc zwierząt – a właściwie, czemu nie?), na opał praktycznie nas nie stać, a jeśli wydam resztę pieniędzy ze sprzedaży części domu, nie będę w stanie robić opłat, o opale nie mówiąc. No dobra, ma rację. Przy obecnych cenach, bez remontu, stać by nas było na 10 lat ogrzewania domu. Potem – witamy pod mostem, czy raczej wiaduktem, bo mostu u nas nie ma... Z dziesiątkami kotów i psem. O żesz, nierządnica jej mać... [/FONT] W NASTĘPNYM ODCINKU - JAK GARET ZOSTAŁ MATKĄ
-
:-(No trudno. Ala gdybyś się namysliła... A TERAZ - UWAGA. DO ADPOCJI MALEŃKI CZARNY KOTEK, PODRZUCONY PRZEZ JAKIEGOŚ SUKINSYNA, OMAL NIE UMARŁ Z ODWODNIENIA NA TYM UPALE. JEST WIELKOSCI PIĘŚCI, BARDZO PRZYJAZNY, MRUCZY JAK STARY MOTOROWER. Cholera, ja mam już siedem, błagam, niech go ktoś przygarnie!
-
Hej, jak skończę remont, może być mnie odwiedziła ze swoim czworonoznym szczęściem?! Byłoby super, no i Garecik mógłby wystąpić w roli profesora udzielając instrukcji, co robic, żeby w najlepszym stylu doprowadzić opiekunkę do stanu stosu rozedrganych neuronów i dymiących z przegrzania synaps. Zapraszam Cię serdecznie. Jak daleko od Olkusza mieszkasz?
-
:razz:Zaopatrz się w środki uspokajające. Polecam Hydroxyzynę w syropie, szybko się wchłania i łatwo dawkować. Mój majster próbował zabić Gareta młotkiem, ale Garet, z wrodzoną uprzejmością próbował sam załatwić sprawę, trzykrotnie wyskakując na trasę przelotową. Jestem na skraju załamania nerwowego, emocjonalnego i fizycznego. Garet ma się świetnie, jak na razie, furtki wciąż nie mam. Może jutro zrobią. :placz: Całuję. J.