Jump to content
Dogomania

joannasz

Members
  • Posts

    593
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by joannasz

  1. ;) [FONT=Times New Roman]11.06.2007 poniedziałek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Parę godzin świątecznych postanowiłam spędzić na zagospodarowaniu pokoju. Ustawieniu regałów, ułożeniu książek… Potem odpoczynek i słodkie lenistwo, którego nie zaznałam od Bóg wie, kiedy. Mój ukochany, zapomniany stan… [/FONT] [FONT=Times New Roman] W osiem godzin później wciąż lataliśmy z Garetem po stromych schodach na piętro i z powrotem. Ciężko było, bo chodziliśmy praktycznie w jednych pantoflach, których ja byłam prawowitą właścicielką. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cholera, odczep się! Nie łaź tak za mną, bo zlecimy na zbity pysk! – Garet mrugał zdziwiony wielkimi, niewinnymi oczami poprawiając szeroki uchwyt na tym, co akurat transportował, najczęściej na wełnianej poduszce. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Skąd tyle tych piekielnych książek?! Wreszcie postanowiłam część zostawić na górze. Garet chwilowo odczepił się, więc odetchnęłam. Umysł mi jakoś wolno działał, bo kiedy wyjrzałam przed dom, dlaczego on tam tak spokojnie siedzi, z przeglądanej przez niego książki zostały tylko strzępki. Leżał w tym gnieździe bardzo zadowolony z siebie i przewracał radośnie ślepiami. Kompletnie nie mógł zrozumieć, dlaczego wrzeszczę i złorzeczę. Zebrałam papiery sprzed domu i pospiesznie weszłam do środka, obciągając na udach krótką koszulę nocną. Koszula była nowa, sięgała trochę nad kolana, dopóki Garet w ramach protestu za porzucenie nie zerwał jej z wieszaka w łazience i nie wyładował na niej swojej frustracji. W efekcie zyskała skośny dół, ale góra była cała, więc uznałam, że jej nie wyrzucę, bo w końcu będę musiała sypiać nago. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Popatrz, a ja myślałam, że to taka modna, niesymetryczna sukienka! – zdumiała się Anka, która przyszła w najmniej odpowiednim momencie, kiedy zgrzana, brudna i wkurwiona skakałam z młotkiem po meblach i wieszałam obrazy. Gdyby nie była taka próżna i nosiła okulary, mogłaby tę szatę pomylić tylko z modną, niesymetryczną ścierką do podłogi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wieczorem, gdy okazało się, że zdechł z niezrozumiałych przyczyn, za to na amen, pilot do telewizora, zajęliśmy się z Garetem nanoszeniem ostatniej warstwy lakierobejcy na szafki kuchenne i obrzeża płytek ceramicznych stołu. Któryś z włochatych aligatorów postanowił skontrolować jakość mojej pracy. Lakierobejca z obrzeża stołu przeniosła się w postaci fantazyjnie rozrzuconych kwiatków na płytki ceramiczne. Zostawiłam poprawki na inny dzień. Musiałam jeszcze przytaszczyć z piętra kwiaty i wyczyścić podłogi. Otworzyłam nowy środek do mycia paneli, naiwnie spodziewając się, że pozostawi „orzeźwiający, cytrusowy zapach”. Pozostawił, nawet dość trwały. Coś jakby mieszaninę aromatu naftaliny i smaru samochodowego. Garet chodził i kichał, dopóki nie zajął się polowaniem na ćmy. Gacia wpadła na ten sam pomysł, więc rozpętała się rywalizacja. Ostatecznie Gaci się udało. Garet, urażony, trzepnął ją łapą. Gacia podniosła lament, jakby zapomniała, że sama go tych kocich odruchów nauczyła. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W piątek chciałam wyjść wcześniej do miasta, bo zapowiadał się duszący, wilgotny upał. Już o świcie było w cieniu około trzydziestu stopni. Jednak pan do czyszczenia mebli przyjechał spóźniony, najpierw rzucił się do podziwiania ścian, a potem zażądał gorącej wody. Masz ci los. Napełniłam garnek i postawiłam na kuchence. On tymczasem zaspokajał rozbuchane potrzeby emocjonalne Gareta. Była szansa, że pies załapie się na czyszczenie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W godzinę później jeździłam na ścierce, czyli swojej byłej nowej nocnej koszuli i zbierałam kałuże wody z podłogi. W międzyczasie zerkałam z zachwytem na czyste i pachnące meble. Pan zapewnił, że powinny wyschnąć do wieczora. Przyjechała Kaja, więc zostawiłam ją ze ścierką i podjechałam z panem od czyszczenia do miasta. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Pierwsza rzecz, nyple albo korki. Młodzieniec za ladą uśmiechał się tyleż ładnie, co bezradnie. Wiadomo, facet. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie ma pani Ewy? – zapytałam z rozpaczą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Powinna za chwilę przyjść. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Oboje spojrzeliśmy tęsknie na drzwi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Niechże pan spróbuje zlokalizować coś do zatykania rur. Przecież tego nie może być dużo. Na pewno musi być z jednej strony otwarte, z drugiej zaślepione… Raczej nieduże, jak sądzę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wreszcie udało mu się znaleźć coś w rodzaju nakrętek. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Po dwa z każdego rodzaju poproszę. Nie wiem, jaka jest średnica tych rur. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Następny problem, tym razem nie do rozwikłania, pojawił się przy poszukiwaniu nazwy towaru w komputerze. Na szczęście przyszła pani Ewa i opanowała sytuację w mgnieniu oka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W sklepie ogrodniczym znalazłam siatkę z cienkiego drutu. Nie było za to żadnego urządzenia do cięcia tegoż, a pani spojrzała na mnie takim wzrokiem, że od razu zrozumiałam, iż nie będę tego dnia ulubioną klientką. W sklepie z elektronarzędziami, po krótkim molestowaniu ekspedientki, udało mi się kupić bardzo porządne, półautomatyczne nożyce do drutu. Kilka pierwszych propozycji odrzuciłam od razu, tłumacząc, że nie mam trzeciej ręki, którą mogłabym trzymać drut, jeśli obu, przyznanych awansem przez naturę, użyję do obsługi topornych nożyc. No i proszę, wystarczyło trochę poszukać. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Bardzo zadowolona wróciłam do sklepu ogrodniczego i wczepiłam palce w rolkę z siatką. Pani zbladła i wydała cichy jęk. Za chwilę zrozumiałam, dlaczego. Do cięcia siatki dysponowała czymś w rodzaju dwóch klekoczących kawałków grubej blachy połączonych drutem. Też miałabym łzy w oczach. Namówiłam ją do wypróbowania moich nowych nożyc, siatka spruła się w oka mgnieniu napełniając podobnym poczuciem szczęścia mnie i ekspedientkę. No, przynajmniej będzie mnie mile wspominać. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Na jednej z półek zauważyłam blaszaną konewkę i takież osłonki na doniczki robione na starocie ze słodkim motywem stulistnej róży. Idealnie pasowały do moich nowych ścian. Nie wiem, co w tych wzorach retro jest takiego uwodzicielskiego, ale są rozczulająco śliczne. Załadowałam aż po dach swój wielki wózek na zakupy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Och, jakie słodkie! – wykrzyknęła Kaja na widok osłonek i konewki. A już się bałam, że przegięłam. Garet głuchy na wszystko rozdrapywał torby z zakupami w poszukiwaniu świńskiego ucha. Poziom amoku trochę mu opadł, kiedy ulokował się ze zdobyczą na mokrym fotelu, z którego go natychmiast spędziłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Facet do piecyka gazowego pojawił się wczesnym wieczorem. A mówiłam Zdzichowi, że pomylił wężyki od wody! Ale zamiana nie rozwiązała problemu. Okazało się, że trzeba było usunąć zanieczyszczenia z przewodów doprowadzających wodę. Facet oznajmił, że to skutek przerwy w użytkowaniu piecyka, potem burkliwie pouczył mnie, że trzeba zamontować przy piecyku filtr, skasował honorarium w wysokości moich trzydniowych zarobków i pojechał. W chwilę później pojawił się Robert i wymontował panel prysznicowy. Poskarżyłam mu się na nieuprzejmego faceta od gazu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -…I, rozumiesz, pyta się mnie, dlaczego piecyk się pali, gdy woda jest zakręcona. A skąd ja to, kurde, mam wiedzieć?! I dlaczego przy odbiorze nie wymamrotał nic o tym filtrze? I czy ja w końcu mam ten piecyk na gwarancji, czy gwarancję na jego widzimisię? [/FONT] [FONT=Times New Roman] Robert pośmiał się trochę, zjadł kawałek tortu, wypił kawę, uwolnił się z objęć Gareta i powiedział, żebym zadzwoniła, jak będę miała filtr i wymieniony panel, to przyjedzie i podłączy mi to wszystko. Kocham tego faceta. Jest największą nagrodą za zakup tego drogiego i niewygodnego pieca do CO. I pomyśleć, że kiedy nadzorował montaż pieca, wydawał mi się sztywny i nieprzystępny. A on po prostu usiłował zrozumieć, co się dzieje. To był ten nieszczęsny luty, kiedy wszystko lawinowo waliło mi się na łeb. Był chyba pierwszą i jedyną osobą, która wysłuchawszy pierwszych pozycji z długiej listy klęsk, zaczęła płakać ze śmiechu. Od tej pory zostaliśmy przyjaciółmi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W sobotę kanapa i fotele nadal były mokre. Okolice też, ale nie z powodu czyszczenia. Zwyzywałam koty i zabrałam się do cięcia siatki. Szło jak po maśle. Powyginane kawałki umieściłam pod kanapą i za fotelem w kuchni. Z radosnym uśmiechem rozmyślałam, jak opatentować te zabezpieczenia przeciwko kotom. Koleś, rozkosznie brykając, wpadł za kanapę zupełnie nie zwracając uwagi na zasieki i mój uśmiech zgasł jak zdmuchnięty. No nie, to jednak chyba tylko drut kolczasty… Kaja wzdychając nad moją nieudolnością ukształtowała siatkę w inny sposób. Najpierw zrujnował ją Garet gorączkowo szukając piłeczki do tenisa, a później przemaszerowała po niej swobodnie Gacia, kwitując moje pełne rozczarowania jęki zielonym wielkookim zdumieniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Załamana, zabrałam materiały na temat strategii rozwiązywania problemów społecznych i poszłam na leżak do nowej altanki. Kiedy się obudziłam, rozejrzałam się po ogródku. Zielony był, nie da się ukryć. Trawa, jak nigdy dotąd, sięgała powyżej pasa. Na środku leżał nasz basen, pełniący na razie funkcję wielkiego pojemnika na deszczówkę. Kaja, ponaglona przez Irenę, wprawiała tyczki do fasoli szparagowej, a Garet systematycznie rozpruwał i wybebeszał worki ze śmieciami, wynosząc różne atrakcyjne przedmioty z piwnicy na świeże powietrze. Nawarczałam na Kaję, że zaledwie miesiąc wcześniej wysprzątałam piwnicę do zera, więc skąd znowu jakieś worki ze śmieciami i dlaczego dostępne dla tego obłąkanego psa? Pozbierałam swoją strategię i wróciłam do domu. Kuchnię zaścielały filcowo-pluszowe resztki żółtego smoka, którego w południe sprezentowałam Garetowi. Miał dużo zawijasów i różnych wypustek, grzebieni i pazurów, toteż bardzo się naszemu terminatorowi spodobał. Niestety, nie było mu pisane długie życie. Garet spisał się o wiele lepiej niż szewczyk Dratewka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po chwili do kuchni wpadła Kaja, pociągając nosem z furii i bezradności. Nerwowo zlewała wodą poparzone przez bujną roślinność nogi i narzekała, że nie radzi sobie z ogrodem. Pocieszyłam ją i ukoiłam czekoladowym wafelkiem. Trzeba przyznać, że kiedy kosiła trawę sierpem, ogródek wyglądał o wiele lepiej. To znaczy, w ogóle wyglądał. Teraz mógłby się w tych chaszczach ukrywać batalion opasłych partyzantów. Może nie powinnam była kupować kosiarki? Może trzeba było kupić kozę, owcę albo coś w tym rodzaju – niekłopotliwego, a skutecznie wygryzającego? Garet miałby się z kim bawić… No tak, ale co zrobiłabym w zimie? Taka owca, nawet gdyby miała jak najlepsze chęci, do kuwety się nie zmieści. A właściwie, to czy ona rozumie, że ma jeść trawę, a nie kwiatki, krzewy i drzewka? Nie, chyba odpada. Ogrodnika nie zatrudnię, bo za mało zarabiam. Ewentualnie mogłabym wyjść za niego za mąż. Tylko że w zimie byłby równie kłopotliwy jak owca. Nawet pomijając kwestię kuwety.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Zgnębiona, zabrałam się za malowanie drzwi. Pomalowałam dwie pary, te, które sama sobie wyczyściłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kaja, tydzień temu miałaś umyć drzwi! – zniecierpliwiłam się na widok plam z farby, smug i kurzu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No przecież umyłam!!! – obraziła się moja córka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie umyłaś! Są brudne jak cholera![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Umyłam!!![/FONT] [FONT=Times New Roman] Nadęłyśmy się obie.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Po półgodzinie, kiedy już byłam pewna, że nie zacznę wrzeszczeć, wycedziłam zimnym głosem, że nie potrzebuję wyżebranej pomocy, od dawna radzę sobie sama i nadal będę to robić. A przynajmniej nie będę się denerwować. Musiało być coś szczególnie paskudnego w moim tonie, bo Kaja, już defensywnie, tłumaczyła, że naprawdę umyła. Spieszyła się i skąd miała wiedzieć, że wyjdą smugi? Odparłam na to, w miarę ugodowo, że omawiałyśmy już kwestię trybu dokonanego i niedokonanego. Może myła, ale nie umyła. Resztę napięcia rozładował Garet domagający się pochwał za aport skarpetek Kai, których za nic w świecie nie chciał wypuścić z gęby. Rozwarcie siłą zakleszczonego Garecika jest z góry skazane na niepowodzenie, trzeba go rozśmieszyć albo użyć podstępu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wciąż na fali poczucia winy Kaja w niedzielę bez szemrania zapakowała panel prysznicowy i pojechała go wymienić do OBI, do Krakowa. Bardzo się nie namęczyła, bo tam już czekała na nią Iwona. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Obliczyłam, że mam co najmniej dwie godziny czasu, zabrałam materiały dotyczące strategii i poszłam na leżak. Garet skontrolował, czy nie mam jakichś nieprzewidzianych planów i wrócił przed dom, żeby wiernie czekać przy furtce. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy się obudziłam, uznałam, że lepiej mi pójdzie odciskanie gwiazdek neonową farbą na suficie. Nie bardzo mi się uśmiechało ciągłe włażenie na roboczy stół, więc pomyślałam chwilę, wycięłam gwiazdkę z filcu i przymocowałam ją do kija od miotły. Stempel działał znakomicie. Nie przejmowałam się tym, co się rozprysło, bo farba po wyschnięciu jest transparentna. Najwyżej podłoga i meble będą się świecić. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Akurat kończyłam, kiedy przyjechały Iwona i Kaja. Panel wymieniono bez problemu, wada była oczywista i widoczna gołym okiem. Teraz wystarczyło zwabić Roberta i świętować powrót do cywilizacji. Garet, uszczęśliwiony powiększeniem się stada, pruł po podłodze jak zawodowy łyżwiarz. Wrócił mu paskudny i bolesny zwyczaj aktywnego domagania się pieszczot przez przyciąganie wyjącego obiektu pazurzastą łapą. Wszystkie wyglądamy jak podrapane przez tygrysa bengalskiego. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Iwona, od niedawna właścicielka czarno-białego Igora, z zapałem świeżo upieczonego fanatyka dzieliła się wrażeniami z wystawy kotów. Znalazła pełne zrozumienie u Kai, wybitnego kociego eksperta. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wieczorem przyjechał Artur, żeby pod okiem Kai utrwalić sobie umiejętność zgrywania zdjęć z aparatu na komputer i umieszczania ich w założonych katalogach. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Najpierw odpowiednio długą chwilę poświęcił na wyrażenie zachwytu nad pokojem, więc poczułam się usatysfakcjonowana. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W nocy, leżąc w łóżku, oglądałam rozgwieżdżone niebo na suficie. Trochę rozproszonego światła musi skądś padać, bo inaczej farba nie reaguje. Ale jaki kojący efekt! Wreszcie zdjęłam okulary, wyjęłam sobie ogon Perły z ucha i zapadłam w zasłużony, pięciogodzinny sen. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dziś, z trudem zwalczając bezwład wywołany wilgotnym upałem, powlokłam się po pracy po filtr do zamontowania pod piecykiem. Znowu był facet, trochę starszy niż poprzednio, ale równie pomocny. Zanim zaczęliśmy działać sobie na nerwy, nadeszła pani Ewa i sprawę załatwiłam natychmiast. Nie wiem, jestem uprzedzona do mężczyzn, czy co?[/FONT] [FONT=Times New Roman] Próbowałam dzwonić do Roberta, ale telefon miał wyłączony. Wysłałam więc sms-a. „Ha, wiedziałam, że w końcu przestaniesz odbierać ode mnie telefony. Mam filtr i panel, ale trudno, na razie będę cierpliwie śmierdzieć. Dziś serwuję lody śmietankowe z truskawkami”. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Lody z truskawkami serwuję w gruncie rzeczy od czasu pojawienia się truskawek. Garet jest zdecydowanie za. Uwielbia big milki. Przymyka w ekstazie oczy i elegancko zlizuje lody z patyczka. Potem czeka cierpliwie na możliwość wyczyszczenia miski z resztek rozgniecionych truskawek. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Robert, kochany chłopak, jeszcze w ubraniu roboczym, przyjechał około ósmej wieczorem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Poszłam do piwnicy zakręcić wodę, Zawsze spełzam po schodach ostrożnie, bo są nie tylko strome, ale i ciemne, co w połączeniu z niewielką ilością działających więzadeł w moich kolanach stwarza potencjalne zagrożenie. I dobrze, bo omal nie zleciałam na zbitą, zdumioną twarz porażona niewytłumaczalnym widokiem. Zerknąwszy przypadkiem w dół stwierdziłam, że klatka piersiowa jarzy mi się iście nieziemskim blaskiem. JEZU. Umysł gorączkowo i bezskutecznie szukał racjonalnego wytłumaczenia. Ale jak można racjonalnie wytłumaczyć syndrom świecących się cycków?! Zanim zaczęłam wrzeszczeć, przypomniałam sobie gwiazdy na suficie, które malowałam w tej samej sukience i aż osłabłam z ulgi. Na szczęście to farba neonowa, a nie jakiś koszmarny cud.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Robertowi nic o tym zjawisku nie wspomniałam, bo tym razem mógłby już umrzeć ze śmiechu. Zaraz potem wróciła normalność. Najpierw on oblał sobie ubranie wodą z nowego prysznica, a w chwilę później ja, przekręciwszy niewłaściwe pokrętło w celu wypróbowania tegoż prysznica, który przezornie trzymałam skierowany w przeciwną stronę, puściłam na siebie sześć strumieni z dyszy do masażu. Na ten widok Garet pospiesznie wycofał się z łazienki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT]
  2. :diabloti: No to już teraz rozumiem, że alergia na remont jest uznaną i powszechną jednostką chorobową. Trochę mi lżej. Pozdrawiam Was ciepło! :razz: [FONT=Times New Roman]Miły dzień. Ostatnia dobra wiadomość, którą otrzymałam mailem, przebrała miarę. Wpadłam w tak fatalny nastrój, że z trudem dowlokłam się do domu. Zahaczywszy po drodze tylko sklep z elektronarzędziami, gdzie na pocieszenie nabyłam śliczną wkrętarkę i o krakowską cukiernię, w której mają najlepszy na świecie tort orzechowy. Kupiłam ostatnie pięć kawałków. Wkrótce nie tylko moja dusza była ciężka jak ołów. Siedziałam skurczona w dużym fotelu w kuchni, wzdychałam rozdzierająco i pociągałam nosem, po części z rozpaczy, po części z powodu dręczącego zapachu kocich sików. Garet wiernym, rzewnym wzrokiem wpatrywał się w resztki tortu, którego nawet nie chciało mi się wyjąć z plastykowego pojemnika. Ból Gareta udało się ukoić wyjątkowo łatwo. Mój zaczął wygasać dopiero, gdy przerodził się w złość. Cholera, haruję jak obłąkana, wydałam całą swoją część spadku po ojcu, nagrodę jubileuszową i wypłatę. Nie mam pieniędzy, mam za to dom bez drzwi, niedokończoną łazienkę, pełno niedziałających urządzeń, nerwy w strzępach i niewdzięczne, lejące wszędzie koty. Gdybym była normalna, zrobiłabym sobie lifting i zostałoby mi jeszcze na dwa następne. Czego się nie tknę, jest wadliwe, za długie, za krótkie, o niewłaściwej średnicy albo niepasujące do obowiązującego trendu. Generalnie – do dupy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zrezygnowałam z wyjazdu do Krakowa, bo chwilowo rzeczywistość wydała mi się gorsza niż potwory drzemiące w mojej podświadomości. Ze złości poszłam do sklepu uzupełnić zapas lodów śmietankowych. Po drodze natknęłam się na sąsiada. Że też o nim nie pomyślałam! Stolarz! Drzwi! Na mój widok zrobił jakby lekki unik, ale nie miał gdzie uciec, chyba że pod któryś z pędzących samochodów. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Witam, kochany sąsiedzie! Nie nudzi się pan? – zagadnęłam przyjaźnie, łapiąc go na wszelki wypadek za rękaw. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie – burknął, robiąc minę jeszcze bardziej ponurą, niż zwykle. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Mam tylko drzwi do podcięcia… po założeniu paneli są za długie – postanowiłam na razie nie wspominać o drewnianych płytach, z których zamierzałam zrobić ściankę działową. I o drzwiach od garderoby, które trzeba było przykręcić do framugi drzwi kuchennych, żeby już całkowicie oddzielić pokój od kocich pęcherzy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Pracowaliśmy przez cały wieczór. Ja dodatkowo użerałam się z Garetem, który z samobójczym uporem wpychał pysk to pod piłę, to pod wiertarkę. Wreszcie sąsiad dopił piwo i zaczął gromadzić swoje narzędzia. Pozbierał wszystko oprócz ołówka stolarskiego. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jeśli go znajdę, to odniosę – obiecałam, odprowadzając go do furtki. Po drodze zręcznym hycnięciem wylądowałam na czerwonych drzazgach z resztką grafitu. Garet, szeroko uśmiechnięty, machał na pożegnanie puszystym ogonem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Pół nocy spędziliśmy na lakierowaniu nowej ścianki w pokoju. Po północy, zmordowani, runęliśmy na nasz barłóg, strząsnąwszy zeń uprzednio drzazgi z drzwi. Zasypialiśmy już, kiedy usłyszeliśmy skrobanie pazurów o podłogę. Zastrzygliśmy z niedowierzaniem uszami. AAAAAAAA!!!! Cholera, niemożliwe! Wyskoczyliśmy z łóżka, Garet oczywiście szybciej. Drzwiczki garderobiane trzymały na mur na zatrzaskach magnetycznych, przykręconych do regału. Włochate aligatory przedarły się pod spodem. I cała robota na nic. [/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman]6.06.2007 środa[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Udało mi się złapać telefonicznie burkliwego fachowca od piecyka gazowego. Ma przyjechać w piątek. Mam nadzieję, że nie równocześnie z facetem od czyszczenia mebli. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dzień w pracy spędziłam głównie na wyszukiwaniu adresów potencjalnych sponsorów. W obcym mieście to niełatwe. Nie mam pojęcia, kto jest kto, dlatego z denerwującą upierdliwością domagałam się konsultacji, odrywając kolegów od pracy bądź przerywając im interesujące rozmowy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A ten?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie, daj spokój, ma sześcioro dzieci.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -A ten? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Możesz pisać, ma kasę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A ten?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co ty, ta firma już nie istnieje, masz jakieś nieaktualne dane…[/FONT] [FONT=Times New Roman] W końcu wszyscy mieli mnie serdecznie dość. Sama miałam siebie dosyć, w dodatku pozostałam z niemiłym uczuciem, że strzelam w ślepo. Wreszcie z ulgą zgarnęłam na kupę plik papierów, na drugą kupę resztę, przez chwilę walczyłam z pokusą solidniejszego posprzątania, ale dość łatwo odpuściłam. Obiecałam sobie w myśli, że posprzątam po długim weekendzie. Biurko urzędnika państwowego nie może tak wyglądać! Wytrząsnęłam tylko co większe okruchy z klawiatury i upchnęłam w torbie jako pracę domową materiały dotyczące metodologii opracowania strategii rozwiązywania problemów społecznych. Uff… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wilgotność powietrza była taka, że od tygodnia miałam wrażenie, że chodzę w ubraniach tylko lekko odwirowanych. W pracy w kiblu wyrósł nam grzyb. Prawdziwy, z kapeluszem. Futro Gareta stało się mięciutkie i zaczęło bardziej falować. Część moich włosów również, przynajmniej ta niezalepiona lakierem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kontynuowałam malowanie drewnianej ścianki, zaczęłam też odnawiać drzwi, ale lakierobejcy mi brakło. Pościerałam kocie kałuże za fotelem w kuchni i za kanapą w pokoju. Wyszorowałam i wylakierowałam sosnowe regały, kontynuując pracę Kai (sorry, mamuś, nie zdążyłam). Garet oszczekiwał dom ze wszystkich stron, dla rozrywki gonił koty i z uporem wynosił wszystkie wełniane poduszki z pokoju Kai. Trudno, miała ponad rok na zamontowanie jakiejś zasuwki.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Dostałam wiadomość od Zdzicha, że leży w szpitalu w Poznaniu i na razie nie może rozmawiać. Jak wyjdzie, to się odezwie. Cholera… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Mirek, przy wydatnej pomocy Gareta, przepchnął mi nowy kabel do anteny przez zablokowany tunel w ścianie. Do anteny jakimś cudem podłączyłam go sama. Sukces! Podjął też próbę wymontowania wadliwego panelu prysznicowego, ale okazało się, że aby zatkać rury w ścianie, potrzebne są nyple. Albo korki. W każdym razie coś, co uniemożliwi wypływ wody, on nie wie, jakiej średnicy. Super. Sądząc po ilości nypli, za jakie płaciłam co drugi dzień przez miesiąc, powinnam ich mieć całą piwnicę, ale nie znalazłam ani jednego. Znowu wytarłam kocie siki zza fotela w kuchni i zza kanapy.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Pół nocy spędziłam na rozmyślaniach, jak zdyscyplinować te cholerne futrzaki. Powinny być jakieś drobne ładunki wybuchowe robiące dużo hałasu w zetknięciu z płynem. Konkretnie – kocim moczem. Przez długą chwilę rozkoszowałam się myślą o skomplikowanych zasiekach z drutu kolczastego, ale przeszło mi, kiedy wyobraziłam sobie Gareta ryjącego pod meblami w poszukiwaniu piłeczki do tenisa. Wreszcie wpadłam na pomysł, że kupię siatkę z cienkiego drutu, potnę, powyginam i takie konstrukcje umieszczę w najchętniej uczęszczanych, zacisznych miejscach. Chyba nikt nie miałby ochoty sikać z nogami wplątanymi we wnyki? Westchnęłam z zadowoleniem i przewróciłam się na drugi bok. Perła rozmruczała się przez sen i przepełzła po mnie, na powrót wtulając mi się w objęcia. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  3. No, mam cztery dni wolne. gdyby zaczał działac prysznic i piecyk gazowy, poczułabym coś na kształt szczęścia. ściana stoi i czyściciel do kanapy zamówiony. W najbliższym czasie pranie Gareta, bo choć ma szczęśliwie osobliwy gatunek samoczyszczącego się futra, nawet ta automatyczna funkcja ma swoje granice. Całujemy Was serdecznie, do przeczytania!:loveu:
  4. :placz: o żesz kurde. Całuję Was. [FONT=Times New Roman]05.06.07 wtorek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman]Ściany pokoju pierwotnie pokrywały płyty z laminatu w kolorze posępnego ciemnego brązu. Świadczyły tylko o tym, że dwadzieścia pięć lat temu, przy zakupie tego koszmarnego domu, Irena musiała mieć już niezłą depresję. Dziesięć lat temu, po przeprowadzce, w pełni miałam okazję docenić ich funkcję depresjogenną. W kontakcie z nimi, na przemian z przygnębieniem, budziła się we mnie natura seryjnego mordercy, toteż czym prędzej przystąpiłam do wprowadzania jakichś zmian. Mozaika z elementów korka i mosiężnych monet nieco poprawiła wygląd pokoju, ale tylko nieco. To było jak próba reanimacji elektrowstrząsami przy pomocy depilatora na baterie. W rok później pokryłam całe płyty korkiem, a z upływem lat korek stopniowo znikał pod moimi obrazami. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Do zerwania całego ładunku ze ścian zaangażowałam lokalnego pracownika najemnego. Młodzian ów, długowłosy i anielsko uśmiechnięty, wzorem wielkich filozofów żyje w spokoju i pogodzie ducha, płynąc łagodnie z prądem egzystencji i czasami zarabiając na niezbędne potrzeby przy prostych pracach. Do zdzierania płyt zabrał się bez pośpiechu i specjalnego wysiłku, bowiem zmurszały tynk bez protestu wypluwał z siebie kołki montażowe. Kawałki płyt i listwy wyrzucaliśmy przez okno. Ja czuwałam nad tym, aby ze stosu ruin nie sterczały jakieś gwoździe, którymi mógłby skaleczyć się Garet. Pies na szczęście nie stał pod oknem i nie narażał się na zmiażdżenie wylatującą płytą, bo zbyt był zafascynowany tym, co dzieje się wewnątrz. Nikt nie przejmował się tym, że porywa kawałki listewek i zamienia je w trociny na barłogu, który kiedyś był moim łóżkiem. Po godzinie moim oczom ukazały się ściany w kolorze optymistycznej, sinawej szarości, upstrzone dziurami jak po intensywnym ostrzale z broni maszynowej. Teraz nie miałam już drogi odwrotu. Kaja przeprowadziła prace wstępne, myjąc niemal dokładnie ściany i sufit i malując je unigruntem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po czterech dobach pracy pokój był w stanie surowym, piątego dnia malowałam odciśnięte wzory (róże i listki), zdążyłam też nałożyć kryjącą warstwę farby na tło, a na to brokat. Robiłam to głównie wieczorami i w nocy, bo we wtorek wróciłam do pracy. W międzyczasie tylko raz byłam na izbie przyjęć, bo z przeciążenia uszkodziłam sobie torebkę stawową, oczywiście tego powiedzieć nie mogłam, więc zełgałam, że niezręcznie schodziłam ze stołu, co brzmiało wystarczająco dziwnie. Straciłam w szpitalu cztery godziny, a po powrocie nie nadawałam się do użytku, ale następnego dnia z zabandażowaną nogą było mi nawet wygodniej, bo zyskałam komfort pewności, że sfatygowane kości nie rozlecą mi się po remontowanym pokoju. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy Zbyszek kładł panele w kuchni, przez osiem godzin robiłam wykończenia bejcą perłową i z bólem serca słuchałam lamentującego pod oknem Gareta. Zamknęłam go poza domem, ponieważ pomocnik Zbyszka, wymagający dużej dozy wyrozumiałości młodzieniec w wieku późnoszkolnym, wyraźnie bał się psów i przy Garecie nie mógł się na niczym skupić. Później też nie mógł się skupić, ale przynajmniej nie oglądał z obawą swoich tylnych regionów (całe jeszcze czy już nadżarte?) i gaworzył sobie rozkosznie. Garecik w tym czasie, w przerwach między rozdzierającym szlochem, rozpoczął demontaż nowej bramy, a także rozrzucił po piwnicy liczne materiały budowlane w stanie sypkim po uprzednim rozszarpaniu worków. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wieczorem przyjechał Zdzichu i Gareta wpuścił. Ostatecznie młodzieniec przeżył, ponieważ był już tak śmiertelnie wyczerpany znudzeniem, że słabo kontaktował, a Garet, ochłonąwszy po szoku rozłąki, grzecznie kradł kawałki paneli i rozdrabniał je na moim barłogu. Ładnie się komponowały z kilogramem ryżu, który przed południem wypruł z torebki ukradzionej z kredensu i strzępami mojej nowej koszuli nocnej, z którą rozprawił się rano, po moim wyjściu do pracy. W roboczych spodniach od dresu odgryzł mi pół paska, ale jakoś sobie z tym radziłam podciągając je co chwilę. [/FONT] [FONT=Times New Roman]O drugiej w nocy skończyłam sprzątanie i zwaliłam się na trzy godziny do łóżka, strząsając resztki ryżu na podłogę.[/FONT] [FONT=Times New Roman]W piątek czułam się mile odprężona, gdyż ufałam, że kiedy wrócę do domu, zastanę Zbyszka pracującego w opróżnionym z mebli pokoju, które to meble, oprócz ciężkiej kanapy, miała wynieść Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy wróciłam, zastałam Zbyszka pracującego w opróżnionej, prawdopodobnie własnoręcznie, połowie pokoju, podczas gdy w drugiej, niczym pasażerowie w przepełnionym autobusie, stały meble, puszki z bejcą, koszyki i tym podobne drobiazgi, a pomiędzy nimi pętał się Garet kradnąc zaślepki do listew i potykając się o Zbyszka. Kaja chwilowo była nieobecna. Szlag mnie trafił w ułamku sekundy i dostałam pokazowego ataku szału, który przytrafia mi się średnio raz na rok albo rzadziej. Świadczyło to niezbicie o tym, że dotarłam do granic wytrzymałości zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Przerażony Zdzichu próbował mnie uspokajać deklarując wyniesienie wszystkiego, prawdopodobnie Zbyszka również, teraz, zaraz, natychmiast. Między nami ślizgał się Garet, gorączkowo szukając kota, który doprowadził mnie do takiej pasji, bo przecież to musiał być kot! Przedarłam się do kredensu i zlokalizowałam butelkę z hydroxyzyną. Po półgodzinie już tylko lekko się trzęsłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman]O jedenastej w nocy, ledwie żywa, wisiałam na swoim barłogu rozmawiając niemrawo z równie nieprzytomnym Zbyszkiem o bioenergoterapii, którą się zajmuje i innych alternatywnych metodach leczenia, którymi ja się zajmowałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman]O wpół do pierwszej zwaliłam się na świeżo prześcielone łóżko dziwnie spokojna, że tym razem Kaja posprząta, co też mniej więcej uczyniła. [/FONT] [FONT=Times New Roman]W niedzielę zaczęło padać mocniej niż dotychczas i woda cieknąca strumieniem wokół rury od kanalizacji zalała nam piwnicę. Od razu przypomniałam sobie fachowca poprawiającego ubiegłego lata swoją sfuszerowaną pracę i szlag mnie trafił od nowa. Powinnam go była trzepnąć w łeb, gdy stał pijany jak trup w dziurze przy fundamencie i gadał do trzonka od łopaty. Potem wystarczyło dziurę zasypać i efekt byłby ten sam. Może nawet lepszy, jeśli był ubrany w jakieś tworzywa sztuczne, które uszczelniłyby nieco ścianę. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dla poprawienia nastroju obejrzałam podłogę w pokoju, która wyszła ślicznie, a ponieważ świeżo lakierowanych regałów nie dało się jeszcze zagospodarować, tym bardziej, że wyjęte z futryn drzwi czekały na podcięcie oparte o ścianę, zabrałam się za pranie kanapy i foteli. Zupełnie niepotrzebnie, bo mimo mocno pachnących detergentów, plamy kociego moczu po zamoczeniu odzyskały pełny wigor i pokój wypełnił się fetorem intensywnie używanej kuwety. To znaczy używanej przez normalne koty w normalnych domach. Garet węszył i parskał, ja klęłam niemal nieustannie, co z kolei pobudzało go do szukania kota, który mnie tak wkurzył… [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po kilku godzinach przykryłyśmy te tapicerowane wychodki niedawno kupionymi w tym celu nieprzemakalnymi prześcieradłami i świeżo wypranymi kocami. Niestety, zapach miał to w nosie. Garet wtykał łeb pod koce, a na fotelu, bezczelnie, ułożyły się Gacia, Koleś i Marchew mrugając niewinnie w odpowiedzi na moje nienawistne spojrzenia. W międzyczasie któreś zdążyło zlać się na kanapie, o czym niezbicie świadczyła kałuża moczu na nieprzemakalnym prześcieradle. Zacisnęłam zęby i powtarzałam sobie, że wytrzymam do poniedziałku, aż Zdzichu pomoże mi zbudować ścianę zamykającą dostęp do pokoju. Kaja rozsypała za kanapą ulubione chrupki tych gadów, pocieszając mnie, że u niej w pokoju miejscami to działa. Działało jak diabli, przez pół nocy słuchałam trzaskania chrupek w wampirzych zębach roznoszącego się echem po prawie pustym pokoju. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wczoraj warunki biometeo były tak fatalne, że zdrowi ledwie się ruszali. Zdzichowi dokuczało serce, poza tym miał bierzmowanie pasierbicy, więc ściany ostatecznie nie postawiliśmy. Zamówiłam za to faceta do czyszczenia mebli na piątek, za potworną sumę, na którą sama muszę pracować przez trzy dni. Dokonałam również optymistycznego bilansu: syfon od umywalki przecieka, kaloryfer takoż, kibel się kołysze jak kajak, panel prysznicowy jest do wymiany, piecyk gazowy skonał, ścianki działowej nie ma, drzwi nie ma, piwnica zalana, a w całym domu cuchnie kocim moczem. Kuchnię urządziłam w stylu retro, a te włochate aligatory od razu zaczęły ostrzyć pazury na zabytkowym fotelu, który po dwóch dniach przybrał wygląd tych kilku wieków, które ma na karku, a które przetrwał w zdumiewająco dobrym stanie. Poza tym zaczęły sikać pod dębową lampą stojącą za drugim, dużym fotelem, obranym przez Gareta na legowisko. Nie wiem jeszcze, który z nich to robi, bo już by nie żył. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Co do legowiska, to zabytkowy fotel też się Garetowi spodobał. Jak się mocno zwinie, to nawet się na nim mieści. Swoje prawa do obu foteli manifestuje, stając tylnymi łapami na jednym, a przednimi na drugim. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wiadomość z ostatniej chwili – Zdzichu dzwonił, że nadal źle się czuje. Idzie do lekarza. Muszę szukać kogoś innego, kto mi dom pozbiera do kupy. A potem do psychiatry, ale chyba strajkują. [/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT]
  5. [FONT=Times New Roman]4.07.2007 poniedziałek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kolejny cykl mojej drogi przez mękę rozpoczął się w pierwszym dniu mojego urlopu rehabilitacyjnego. Dwa tygodnie postanowiłam przeznaczyć na zabiegi, wypoczynek i łagodne popadanie we frustrację na temat niemożności znalezienia fachowca do łazienki. Właśnie wyszłam z oddziału rehabilitacji, bez większych szkód cielesnych przedarłam się przez potworny tłum oczekujących na rejestrację do poradni specjalistycznych i raźno kuśtykałam w kierunku przystanku, kiedy odezwała się moja komórka. Dopadłam jej po tradycyjnych, gorączkowych poszukiwaniach i wywaleniu całej zawartości torby na asfalt parkingu. Większość zawartości uprzejmie odturlała się lub dała się porwać podmuchowi wiatru. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cześć? Gdzie jesteś? – usłyszałam głos Zdzicha. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A ty? Przecież miałeś gdzieś wyjechać…[/FONT] [FONT=Times New Roman] -U ciebie w do-domu. Wracaj zaraz, za-zaczynamy remont. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, kurde – wyszeptałam oszołomiona i rozłączyłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Od tej pory plan dnia mniej więcej ustabilizował się. Wstawałam o świcie, porzucałam zrozpaczonego psa i jechałam na zabiegi, stamtąd pędem do domu. W domu zbierałam rozwleczone po podjeździe i przed furtką ubrania, pogryzione wyrzucałam, a ocalałe odkładałam do prania, witałam się ze śmiertelnie stęsknionym recydywistą, witałam się i jeszcze raz… po kwadransie mniej więcej, gdy udało mi się zatkać największą dziurę emocjonalną Gareta, zaczynałam konsultacje z szeroko uśmiechniętym Zdzichem. Konsultacje na ogół skutkowały wyjazdem po zakupy budowlane, więc porzucaliśmy zrozpaczonego psa i jechaliśmy. Po południu najczęściej okazywało się, że znowu czegoś brakuje, więc znowu jechaliśmy… Po tygodniu koszt remontu wzrósł dwukrotnie, po dwóch tygodniach trzykrotnie, a po trzech okazało się, że za remont mogłabym nabyć małe mieszkanie… Nawet już nie starałam się niczego zrozumieć. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Jedynym stałym elementem w tym wszystkim były zwierzęta. Koty jak zwykle lały po całym domu, a Garet kradł i niszczył. I przysięgam, że robił to z rozmysłem, a jego bezgranicznie niewinne i nicnierozumiejące spojrzenie pogodnego kretyna to czysta manipulacja. [/FONT] [FONT=Times New Roman]O, choćby prosty przykład – ozdobna główka od drewnianego karnisza do pokoju Ireny. Karnisz przywieziono wraz z różnorodnymi materiałami budowlanymi, stał sobie zafoliowany przez cztery dni w korytarzu, dopóki Zdzichu nie znalazł wolnej chwili, żeby go powiesić. Gdy go powiesił, okazało się, że brak tej właśnie części. Z westchnieniem padłam na kuchenny fotel, położyłam nogi na stole i przez telefon prowadziłam negocjacje ze składem budowlanym. Pani obiecała, że dowie się, czy kierowca nie znalazł drewnianej kulki w samochodzie. Podziękowałam, opędzając się od Gareta, który uparcie mi czymś klekotał nad głową. Ponieważ od Gareta można się opędzać, ale nie można odpędzić go skutecznie, wreszcie zainteresowałam się, co tak natrętnie mi podtyka tym roześmianym, złodziejskim pyskiem. I co to było? Oczywiście, ozdobna główka od karnisza! Teraz ozdobna w sensie osobliwego rzeźbienia zębami, zredukowana do połowy i pozbawiona elementu mocującego. AAAA!!!! Nawet nie mogłam na niego krzyczeć, bo ostatecznie kradzież nastąpiła cztery dni wcześniej, a poza tym z własnej woli oddał przedmiot przestępstwa i to w starannie wybranym momencie. Niewiarygodne, ale Kaja świadkiem. Po tym przebłysku niezwykłej bystrości speszył się lekko. Być może uznał, że za bardzo się odsłonił, bo zajął się czynnościami maskującymi. Odebrałyśmy mu już trzeci z kolei krążek z regipsu, który z zapałem kruszył na kanapie. Odbieranie nie szło wcale tak łatwo, bo Gareta nie sposób otworzyć, gdy się już raz zakleszczy, a do gipsu od czasów wypadku wyjątkowo przywiązał się… Pozbawiony ulubionego materiału, krzywym truchtem podążył do łazienki po zaopatrzenie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]- Cholera, ile on tego jeszcze przyniesie? – zniecierpliwiła się Kaja.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jeszcze trzy, bo Zdzichu zamontował sześć lampek sufitowych – odparłam zmęczonym głosem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przez cały tydzień sama musiałam czuwać nad tym, co kradnie Garet. Polegało to na tym, ze niemal machinalnie wyjmowałam mu to, co akurat miał w pysku, a on, niczym magik, natychmiast wydobywał, zdawałoby się, z jakichś wewnętrznych czeluści, następny przedmiot. Obebrałam śrubokręt, trzymał w zębach młotek, zaraz potem ładowarkę do wkrętarki, za dwie sekundy ogryzioną gąbkę do fugowania, kołek szybkiego montażu, resztki pakuł, zwłoki ołówka stolarskiego, strzępki listy zakupów Zdzicha… jego pomysłowość i energia były niewyczerpane. Pracował w pocie uszu przez trzy czwarte doby i padał parę godzin przede mną, około północy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zdzichu okazał się chodzącym skarbem. Pomysłowy bez mała jak Garet, inteligentny, twórczy, szybki, omnibus, a przy tym wszystkim pogodny. Kiedy już wymiótł z łazienki gruzy, zaczął ją tworzyć od nowa. Przerobił instalację wodociągową, trochę na oślep, bo w tej ilości pełznących po ścianach rur zorientowałby się tylko jasnowidz, przy czym połowę rur zlikwidował bez widocznego uszczerbku. Założył sufit podwieszany, a w nim oświetlenie, położył kafelki, zaprojektował i wykonał szafkę pod umywalkę z marmurowym blatem. Zamontował kabinę prysznicową, umywalkę i kibel, ukrył różne sterczące paskudztwa, wymienił kaloryfer. Zmienił mi oświetlenie w pokoju i to samo zrobi w kuchni, zbudował w ogrodzie drewnianą bramę, założył przy zlewozmywaku marmurowy blat, położył gres w altance, zamontował dla Ireny mojego pomysłu urządzenie rehabilitacyjne, a teraz zmienia kafelki w kuchni. To tak z grubsza. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przeżyliśmy tylko jedną chwilę grozy. Mniej więcej w połowie robót, staliśmy i gapiliśmy się z zachwytem na pięknie wykafelkowane ściany. Zapatrzyłam się w kąt, gdzie miała być kabina prysznicowa i ujrzałam ją oczyma wyobraźni… Przetarłam oczy wyobraźni i zapytałam nieśmiało, z lekkim niepokojem:[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Zdzichu, a gdzie będzie panel prysznicowy?...[/FONT] [FONT=Times New Roman]Zdzichu przestał oddychać i wbił dramatyczny wzrok w ścianę. Nie zareagowała i pozostała idealnie gładka.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-O, kurde![/FONT] [FONT=Times New Roman]Ostatecznie panel wisi, choć nie działa, ale to już nie wina Zdzicha, tylko producenta, który z rozmachem w małej obudowie zamieścił tyle pozałamywanych wężyków, że wygląda to jak brzuch po laparatomii wykonanej tępą kosą. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Nastąpiła też mała awaria elektryczna. Pogotowie energetyczne przyjechało bardzo szybko, a już w dwa dni później miałam nową tablicę ze współczesnymi korkami i wymienione przepalone kable za licznikiem, które i tak były do wymiany. Winę zrzuciliśmy na burzę. Kosztowało to wszystko marne dwieście złotych. [/FONT] [FONT=Times New Roman]W międzyczasie ja też pracowałam. Ponieważ poziom szaleństwa i desperacji mam wyższy niż Zdzichu, przerywałam dopiero wtedy, kiedy on już odwracał się na drugi bok. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zaczęłam od sufitu w pokoju Ireny, na co niebacznie wyraziła zgodę. Po trzech dniach ta ogromna powierzchnia była zaopatrzona w dwie warstwy farby, przecierkę, brokat i bejcę perłową. Pokój od razu nabrał innego wyglądu, chociaż nadal błaga o remont generalny. [/FONT] [FONT=Times New Roman]O zagospodarowaniu miejsca pod balkonem myślałam od kilku lat. Od niewielkiego tarasu odgradzała to krzywa ściana z obskurnym oknem, też krzywym. W powstałej komórce znajdował się skład zeżartych przez korniki desek, gnijącego siana, pokruszonych doniczek, starych chodników i skór, worków foliowych oraz wszelkiego rodzaju świństwa trudnego do identyfikacji. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Ściana rozpadła się po trzech kopnięciach, w czym nie było nic dziwnego, bowiem stawiał ją mój eksmałżonek, który do prac manualnych talent miał raczej nikły. Zdzichu przeniósł do piwnicy deski i resztę śmieci, które przez pół dnia spalałam w piecu do CO. Tylko raz kłąb siana mi wybuchł wyrywając drzwiczki, na szczęście stałam akurat z boku i uniknęłam całopalenia. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kolejny dzień zajęło mi stawianie murku oddzielającego altankę od ciekawskich oczu przechodniów. Jako spoiwa używałam kleju do płytek. Trzyma na mur. Murek wyszedł znacznie bardziej krzywy, niż ściana mojego eksmałżonka, co zapewne sprawiłoby mu dużą satysfakcję, ale za to solidny. Uruchomiłam inwencję artystyczną, zastosowałam skromne w wyrazie malarstwo iluzoryczne i ostatecznie murek z białej cegły wygląda jak stary mur z kremowego wapienia poprzerastany mchem. Z niego zwiesza się (prawdziwa) winorośl. Efekt całkowicie mnie zadowolił. Przez kolejne cztery dni pracowałam nad altanką. Murowałam, odciskałam i malowałam. Zrobiłam polichromię na całych ścianach. Motywem przewodnim są margerytki. Zdzichu położył gresowe płytki i teraz można tam przyjmować gości. To znaczy, tylko tych o wysokiej odporności na stres, bo aby przejść do tego zakątka z domu, trzeba uprzednio pokonać piwnicę, co jest przeżyciem na tyle traumatycznym, że człowiek nieuodporniony dochodzi do siebie przez dwa tygodnie. Mnie wystarczy godzina, ale to całe lata praktyki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet z poświęceniem towarzyszył mi przy wszystkich pracach, masochistycznie leżąc na słońcu. Czasami odbiegał, aby pogonić koty albo wywlec nowy wielkogabarytowy śmieć z piwnicy. Ostatnio śmieci i swoje maskotki umieszcza w niecce przeznaczonej na basen. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po altance przyszła kolej na mój pokój. Po długich, bolesnych rozterkach na temat podłogi zdecydowałam się na panele. Nie ma siły, nie da się zamontować i pomalować desek bez opróżnienia domu z ludzi i zwierząt na co najmniej tydzień, a w naszym przypadku to niemożliwe. Wybrałam drzewo tasmańskie. Długo zastanawiałyśmy się nad terminem montażu. Nie miałam pojęcia, kiedy zdołam uporać się z sufitem i polichromią na ścianach. Pan Zbyszek patrzył na nas z łagodną cierpliwością, ja domagałam się decyzji od Kai, Kaja popadała w coraz większe zniecierpliwienie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jest piątek. To jakieś… pięć tygodni od dziś – zawyrokowała wreszcie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Oszalałaś?![/FONT] [FONT=Times New Roman]-To może dłużej…[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Dłużej? Maksimum do przyszłej soboty! Urlop mi się kończy.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ale to duży pokój…[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Moja desperacja też jest duża.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie dasz rady… Nikt nie da rady. A zresztą, przecież ty nie jesteś normalna…[/FONT] [FONT=Times New Roman]-W sobotę nie mogę. W piątek albo po niedzieli – wtrącił pan Zbyszek.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Piątek – zdecydowałam szybko.[/FONT] [FONT=Times New Roman]c.d.n.[/FONT]
  6. 6.05.2007 niedziela Jeszcze niedawno wiosnę zapowiadał ciepły zapach wilgotnego kurzu i nalot seledynu na gałązkach, a dziś już wegetacja w pełni. Niezwykle obficie zakwitły nam w tym roku tulipany. Widocznie dobrze im zrobił masaż Garetowymi łapami. Z ciekawych, holenderskich odmian zostało tylko kilka sztuk w formie szczątkowej, stanowiącej żywy dowód na to, że w naszym ogródku ewolucja przebiega w odwrotnym kierunku, za to rodzima odmiana, w kolorze głębokiej czerwieni, pyszniła się płonąc na tle suchego piasku. Kaja, niemrawo przekopując ogródek, mamrotała marzycielsko coś o tłustej, czarnej ziemi. Jej magnolia od ubiegłego roku zmalała o połowę i chociaż miała pąki, nie wyglądały na zawiązki kwiatów. Za to od korzeni zeżartego przez Gareta migdałowca wyrosło bujnie coś podobnego do drobnolistnej śliwy. Niestety, nie zakwitło, pewnie kolejny samiec. Jukka, z głupim uporem wchodząca w drogę Garetowi, znikła bez śladu. Kaja starała się jednak nie załamywać. Fiołki się rozrosły i konwalie zapowiadają się nieźle. -O, mamuś, patrz, jaki gigantyczny fiołek! Nie wierzę, u nas w ogródku! -Słusznie, nie wierz. To skarlały bratek – zgasiłam jej entuzjazm. Na pocieszenie kupiłam jej spore drzewko migdałowca. Może Garet oszczędzi. Kupiłam też sosnę i cztery klony, każdy w innym odcieniu. Różowemu nie wróżymy długiego życia. Wczoraj po drodze wygrzebałam kilka obficie ulistnionych samosiejek klonów, których wcześniej w ogóle nie dostrzegłam. Postanowiłyśmy zrobić z nich żywopłot przy basenie, jeśli uda nam się go w końcu osadzić. Basen jest nieduży, ma trzy i pół metra długości, ale nareszcie trafiłam na tworzywo zdolne się oprzeć psim pazurom. Sprowadziłam go z drugiego końca Polski, na razie leży jak wyrzucony na brzeg błękitny wieloryb, ponieważ do osadzenia go w ziemi, czyli kamienistym piasku, potrzebny jest prawdziwy piasek, którego warstwa ma chronić dno i ścianki basenu przed kamieniami. Według mojego naiwnego przekonania piasek powinno się kupować w workach w składzie budowlanym. Ale się nie kupuje. Zamawia się na wywrotki, gdzieś. Nie wiem, gdzie i po co mi, do cholery, wywrotka piasku? Złośliwi podpowiadają, żeby przesiać ten z ogródka. A wielka, błękitna wanna leży i czeka. Na Gareta. I na nas, jeśli odważymy się zamoczyć w tym, co naniesie do wody Garet. Od razu założyłam, że nasz obłąkany pies polubi pływanie. Jeśli ma fenotyp retrievera długowłosego, wyjąwszy osobisty wkład w upiększenie ubarwienia, powinien mieć też coś z genotypu. Wiele cech się zgadza. Dojrzewa znacznie dłużej, nie znosi samotności, płochacz jest i aportowiec też. Coraz rzadsze są chwile, kiedy nie nosi czegoś w pysku. Na dworze rzucony aport oddaje ładnie, bez protestu, w domu zależy to od tego, jak dużą wagę przywiązuje do przedmiotu, który zdobył. Wszystko skradzione z pokoju babci jest bezcenne i trzeba to oddzielać od psa chirurgicznie. Wyciągnięte Kai spod głowy wełniane poduszki zwraca bez oporu, w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku. Jest to codzienny rytuał, który już na nikim, oprócz Kai, nie robi wrażenia. Podobnie, jak conocnym rytuałem jest przenoszenie pantofli. Zawsze układa je parami. Zazwyczaj Kaja dostaje jeden z moich, a ja jeden z jej, jeśli nie są oba na tę samą nogę, to nawet tego nie zauważam. Ostatnio Garet stara się wnieść coś nowego w nudną rutynę. Poprzedniej nocy, wstając do łazienki, rozbudziłam się całkowicie, bo jedna stopa mi się nie mieściła. Nic dziwnego, parę z moim stanowił pantofel babci. Czym prędzej odniosłam go do pokoju Ireny, zabierając stamtąd swój. Tej nocy przegrupowanie było bardziej skomplikowane, bo gdy nad ranem obudził mnie łoskot, przekonałam się, że na środku mojego pokoju leży pantofel Kai, który Irena z furią wyrzuciła ze swojego, natomiast obu moich nie ma. Znacznie bardziej przerażające są chwile, kiedy nie nosi, tylko rozdrabnia, a my nie wiemy, co. Ten moment grozy, zanim człowiek zdoła rozewrzeć zębatą paszczę i zidentyfikować chrupiące resztki, brrr… A, to tylko kawałek drewnianej miseczki Kolesia, w której dostaje te potwornie drogie, lecznicze chrupki. Kolesia do jedzenia chrupek trzeba usilnie namawiać, natomiast wszystkie kotki i Garet pałaszują je, gdy tylko zdołają dopaść. Nareszcie jakaś odmiana po nudnych gatunkach mięsa, pasztetach i śmietance. Dawno nie widziałam kota, który jadłby z apetytem to, co dostaje. A, przepraszam, widziałam całkiem niedawno, chociaż wolałbym nie widzieć, a przynajmniej nie w takich okolicznościach. Dwa tygodnie temu, we wtorek, Iwona odwoziła mnie z Krakowa do domu. Późno już było, dochodziła dziesiąta, bo po spotkaniu moja przyjaciółka z anielską cierpliwością zawiozła mnie do marketu budowlanego, gdzie kupiłam materiały dekoracyjne do remontowanej własnoręcznie kuchni. -Joasiu, tam na ulicy leży jakiś kot, mam nadzieję, że nie twój – powiedziała Iwona, kiedy wjechałyśmy na parking. -O Boże! – jęknęłam i wypadłam z samochodu. Na środku tej cholernej, znienawidzonej przeze mnie ulicy, tuż przy wysepce, przycupnęła pręgowana, trzęsąca się kupka futra. Przykucnęłam czując przypływ tych wszystkich negatywnych uczuć, których nawet nie chce mi się identyfikować. Wokół jasnoszarego kota rozlewała się plama krwi. Zakrwawioną miał też mordkę i wyraźnie był w szoku. Pierwszy pomysł, na jaki wpadłam, to zasłonić go własnym ciałem przed jadącymi, na szczęście o tej porze niezbyt licznie, samochodami. Bardzo racjonalne podejście, kot na pewno poczułby się lepiej, gdyby zginął przygnieciony moimi rozjechanymi zwłokami. Pełne złości trąbienie skłoniło mnie do ostrożnego przeniesienia kota i siebie na wysepkę. Kot się nie rozsypał ani nie wydał żadnego dźwięku, toteż zebrałam się i drżącą ręką wyjęłam z kieszeni komórkę i odszukałam numer Artura. Nie odbierał tak długo, że zaczęło mnie ogarniać zwątpienie. Być może Jacek zgodziłby się przyjechać z sąsiedniej gminy do potrąconego przez samochód obcego kota, ale tylko być może… -Halo?! -Artur? Gdzie jesteś? -W gabinecie. Mam pacjenta. -Słuchaj, na ulicy przed moim domem jest potrącony przez samochód kot. Nie, nie mój. Błagam cię, przyjedź! Ma zakrwawioną głowę i tak dziwnie fuczy! Przecież nie mogę go tak zostawić! -Mam tu psa pod kroplówką… -O Boże!!! -No dobrze, zaraz będę. Ostrożnie przeniosłam kota przez drugą połowę ulicy i położyłam na parkingu. Przykucnęłam przy nim, a on chwiejnie wczołgał się pod moje nogi. Tymczasem Iwona uspokajała Gareta, który czekał na mój przyjazd w ogródku, a teraz usiłował przesączyć się przez bramę wjazdową. Szlochał boleśnie nie mogąc zrozumieć, dlaczego mamusia uprawia jakąś dziwną gimnastykę w pobliżu, nie zwracając najmniejszej uwagi na psa. Zostawiłam na chwilę kota i próbowałam ukoić rozhisteryzowanego jedynaka, a tymczasem Iwona obeszła dom i wniosła zakupy przez drzwi frontowe. Kiedy przyjechał Artur i w świetle padającym od latarni badał i zaopatrywał ofiarę wypadku, Garet dostał szału. Gdyby nie Iwona, chyba wyrwałby ogrodzenie z korzeniami. Wkrótce doktor Judym odjechał do zawieszonego na kroplówce pacjenta, a kot wylądował na obserwacji w łazience na piętrze. Od razu wpełzł do wiklinowego koszyka-budki wyścielonego świeżym prześcieradłem i skurczył się w środku. Postawiłam obok miseczkę z wodą i przysunęłam kuwetę. Zgasiłam światło, a drzwi łazienki na wszelki wypadek podparłam fotelem, bo zaczęły się pod nimi gromadzić nasze podekscytowane koty. Dopiero wtedy wpuściłyśmy oszalałego Gareta z ogródka. Na wstępie zdemolował kuchnię, a uspokoił się dopiero po północy. Następnego dnia, po szóstej, przed wyjściem do pracy, zajrzałam do kota. Wydawało się, że tkwi w tym samym miejscu, ale kuweta wyglądała na używaną. Żadnych świeżych śladów krwi nie zauważyłam, za to w łazience cuchnęło okrutnie. Zapach strachu i testosteronu. Na pewno kocur. Odczekawszy do przyzwoitej godziny, zgodnie z obietnicą powiadomiłam Artura o stanie pacjenta. W czwartek zadzwoniłam do niego jeszcze raz, tym razem lekko rozhisteryzowana. Kot jakoś dziwnie sapał. Zdrowy rozsądek przybył dopiero wraz z Arturem. -Wiesz, może to jednak nic poważnego, może to przeszkoda mechaniczna. Na przykład strup w nosie, ale wiesz, że ja ze zwierzętami nie mogę normalnie… od razu panikuję – usprawiedliwiałam się. –Kurde, uważaj! Przecież go to boli!!! – wrzasnęłam na Artura, który sprawnie wyrywał kotu pazurami strup z nosa. Zniósł moje ryki cierpliwie, a kot od razu zaczął lepiej oddychać. -Jakby mu się zatkało, zrób to jeszcze raz – poinstruował mnie Artur. Oszalał?!! Ujrzawszy moje pełne grozy spojrzenie, zmienił zalecenia. -Przynajmniej przemywaj mu ten nos. -Jasne – przytaknęłam z ulgą, uświadomiwszy sobie, że za parę godzin przyjeżdża Kaja, zaklinaczka kotów. Ona zajmie się Świstakiem, a ja kobiecymi pracami, czyli generalnym remontem kuchni. Na pomysł własnoręcznego remontu wpadłam, gdy frustracja wywołana niemożnością trafienia na normalną gałąź zapowietrzonego plemienia fachowców osiągnęła apogeum. Dodatkowym bodźcem był widok skromnych elementów polichromii w świeżo wyremontowanym ośrodku pomocy rodzinie. Przeprowadziłam wywiad z plastykiem, który to robił i na tydzień popadłam w twórcze zamyślenie. Gdybym chciała użyć klasycznych materiałów, to musiałabym mieć zamożnego sponsora. Ale wszystko można czymś zastąpić. Popracowałam swoją przerośniętą wyobraźnią, a że budowlańcem nie jestem i żadne konwencje mnie nie pętają, wymyśliłam własną technikę. Teraz wystarczyło namierzyć odpowiednie materiały. Wiedziałam, jakie mają być, ale nie wiedziałam, jak się nazywają i byłam prawie pewna, że istnieją. Parę godzin pracy w Internecie, polegającej głównie na doprecyzowaniu nazw, czyli stopniowym przechodzeniu od ogółu do szczegółu, dwa telefony do marketów budowlanych i już wiedziałam, co mi będzie potrzebne i gdzie to znaleźć. Po wnikliwym czytaniu porad budowlanych i wypowiedzi na forach związanych z budownictwem znalazłam polskiego producenta, którego wyroby nie ustępują jakością zagranicznym, a są o połowę tańsze. Pozostało mi nabycie narzędzi. -Zestaw do skuwania płytek ze ścian. Wie pani, jakiś solidny młotek i ten taki… łom? No właśnie. A teraz to coś do nakładania tynku i innych takich, nie wiem, jak się nazywa, paca? Kielnia?.... O, właśnie i do kleju do płytek, ta z ząbkami z jednej strony, i jeszcze takie mniejsze, żeby na to większe nie nakładać rękami… Tą metodą zgromadziłam cały sprzęt, a przez kolejny tydzień chodziłam i wzdychałam ciężko, dość beznadziejnie i w ślepo szukając szablonów do odciskania. W ten sposób kupiłam i zniszczyłam dwie broszki w kształcie liści, spinki do włosów i magnesy na lodówkę, ukradłam listek z bukietu sztucznych kwiatków, aż wreszcie wpadłam do zaprzyjaźnionego centrum ogrodniczego i z rozjarzonym wzrokiem poprosiłam o gałąź jodły, może być połamana i z kosza. Po etapie obmacywania liści, gałęzi nikt się już nie dziwił. Szyszkę znalazłam w materiałach do ozdób bożonarodzeniowych. Natchnienie bezustannie przerywała mi proza życia. Świstak, odchuchany i odkarmiony przez Kaję, beznadziejnie czekał, aż ktoś zareaguje na wywieszone w sklepie ogłoszenie i zabierze go do domu. Właściciel albo ogłoszenia nie przeczytał, albo je zignorował. Jeśli mieszka w tej dzielnicy, to to drugie. Niepotrzebnie napisałam, że udzielono pomocy weterynaryjnej. Może myślał, że to w celu wyżebrania zwrotu kosztów. Z nielicznymi wyjątkami, w tej okolicy pomoc weterynaryjna ogranicza się do corocznych szczepień psów przeciwko wściekliźnie. A koty radzą sobie same. Ostatecznie, po tygodniu, zdecydowałyśmy się kotka wypuścić. Już dawno nie siedział w koszu, tylko na jagnięcej skórze na pralce, pożerał straszne ilości mięsa i wypijał hektolitry mleka. No i śmierdział jak skunks. Przyszłam się z nim pożegnać. Kaja zaprezentowała wypieszczonego podopiecznego. Piękny, duży kot. Siedział na pralce i wyginał się zalotnie. Kiedy podeszłam, żeby go pogłaskać, stanął na tylnych łapach, przednie oparł mi na ramieniu, a mordką otarł się o mój policzek. -Ależ nie ma za co – powiedziałam, tyleż rozczulona co zaskoczona. Uroczy bydlak. Kaja wyniosła go do ogródka o drugiej w nocy, kiedy ruch na tej przeklętej ulicy był niewielki. Od tej pory co jakiś czas można go spotkać w darmowej stołówce w piwnicy. Na tydzień usiany majowymi świętami Artur wybrał się do Kaprun, o czym życzliwie i z ulgą nas powiadomił, kiedy już skończył wpatrywać się w naznaczone zaczątkiem remontu ściany i oznajmił bezradnie, że nie potrafi sobie efektu wyobrazić. -Przez najbliższy tydzień żadnych wypadków i żadnego chorowania! – oznajmiłam gromko w piątek po południu. –Artur właśnie jest w drodze do Austrii… W sobotę rano z rozpaczą wpatrywałam się w Kolesia jęczącego z bólu na kuwecie. Pobyt okazał się bezproduktywny. -Wiesz, nie chciałam cię martwić, ale on już wczoraj wieczorem miał trudności i sikał krwią – powiedziała Kaja. -Wspaniale, kurde, wprost cudownie! Kolesiu, biedulku, bardzo boli? Cholera, Artura nie ma, a Jacek pewnie też wyjechał. Iwona będzie dopiero po południu, Staszek jest na urlopie i w ten sposób samochody mi się skończyły. Teraz ty załatwiaj. Spróbuję zadzwonić do Jacka. Jacek szczęśliwie był. Kai udało się znaleźć życzliwego kolegę z samochodem, który nigdzie nie wyjechał, bo jego ojciec leżał w szpitalu z zawałem. Umówiliśmy się na południe, więc wybrałam się po zakupy. Jak zwykle w takich sytuacjach, albo trafiałam na kolejki albo na zamawianie towaru albo na nieczynny bankomat. Zdążyłam jednak wrócić w porę. Z wyjącym ponuro Kolesiem uszczęśliwiliśmy swoją wizytą Jacka. Na szczęście obeszło się bez zabiegu. Jacek zalecił serię antybiotyku i uprzedził, że Koleś jeszcze przez jakiś czas może sikać krwią, dopóki śluzówka się nie wygoi i nie minie stan zapalny. Patrzyłam z podziwem, jak zręcznie, wręcz niedostrzegalnie daje kocurowi dwa zastrzyki. Takimi wielkimi rękami! -Ja mu tylko jeden podałam i zobacz, co zrobiłam. O, tu. Strup wielki, jak klapa od studzienki kanalizacyjnej… -Musiałaś trafić śródskórnie. Każdemu się zdarzy – pocieszył mnie. -Tobie na pewno nie. -Mnie też – uśmiechnął się po nosem. Kaja zabrała wyjącego Kolesia, a ja jeszcze chwilę rozmawiałam z Jackiem, czekając na zapakowanie lekarstw. Siedział za biurkiem na tle swoich licznych, imponujących dyplomów i wyglądał inaczej, niż zwykle. Tak jakoś… dynamicznie. Przestał golić włosy i teraz odrastały mu kępkami zawadiackimi jak kolce. Mówił szybko i emanowało z niego dużo energii. -Nie wydaje ci się, że Jacek się zmienił? – zagadnęłam Kaję. –Już mnie nie wprawia w stan katatonii. Jest taki dynamiczny. Nawet mówi inaczej. Tyle ekspresji! -Prawda? Też zauważyłam. Całkowita, pozytywna przemiana. Jest w nim dużo takiej… radosnej energii. Jakby wyszedł z depresji. Pokiwałyśmy z zadowoleniem głowami. Kiedy sytuacja została opanowana, a Koleś w radosnych bryknięciach popędził do pokoju babci, uznałyśmy, że mamy szczęście. Przy takiej ilości własnych i przysposobionych zwierząt dwóch zaprzyjaźnionych weterynarzy, którzy są w dodatku wspaniałymi ludźmi, to naprawdę fart. Kolejny tydzień spędziłam wisząc na ścianach. Odkryłam w sobie naturalny talent do prac murarskich i malarskich. Starałam się kierować rozsądkiem, ale niestety, ta samobójcza cecha, że dopóki nie odpadnę od narzędzia, nie mogę przestać, jest ciężka do zwalczenia. Czas pracy regulowały mi nogi. Kiedy już spuchły do granic możliwości, powalały mnie do pozycji leżącej. Prawa dłoń powiększyła mi się dwukrotnie, zastygając w pozycji do trzymania. Albo w sam raz do głaskania psa. Ani się nie domykała całkowicie, ani nie chciała rozprostować. Farbę miałam we włosach, na rękach, na okularach, Garet na całym futrze, a wścibska, wszędobylska Gacia w uchu. W czwartek miałam moment załamania. Czegoś jeszcze brakowało. Coś było cholernie nie tak. Oprócz obu naszych komórek, które zdechły, bo wylałam na nie półlitrowy kubek kawy. Poskrobałam się trzonkiem pędzla w rozczochrany kołtun. -Spieprzyłam kuchnię – oznajmiłam z przygnębieniem. –Kaja, powiedz coś… Jak to wygląda? Bardzo źle? -Ależ skąd, mamuś. Nieźle. Jak w bardzo ładnej piwnicy… Zawyłam ponuro. -Weźże mnie pociesz, cymbale! -No, naprawdę nieźle. Będzie zupełnie dobrze, jak się powiesi półki i wszystko poustawia… -Dzięki! Wielkie dzięki! Mówiłam, żebyś mnie pocieszyła, a nie dołowała! -Próbuję! Ale wiesz, że nie potrafię! -Cholera! Jak to się stało, że wychowałam takiego obłędnie uczciwego nieudacznika! Czemu ci w dzieciństwie nie pozwoliłam kłamać?! Zlazłam ze stolika pełniącego rolę drabiny, usiadłam w fotelu wykładając opuchnięte nogi na stół i zapaliłam papierosa. Garet, machając ogonem w kolorze pszenicy, przydreptał roześmiany z nowym, gumowym ogryzkiem jabłka w zębach i zaczął grać jakąś skoczną melodię. Gacia mrugała z koszyka na drewno do kominka, a Koleś, na sztywnych łapach, z wybałuszonymi szaleńczo oczami, galopował po domu. I wtedy spłynęło na mnie natchnienie. Złapałam puszkę z lakierem samochodowym w sprayu, myjkę kuchenną i zaczęłam patynować zieleń gałązek jodły kolorem starego złota. I to było to. Komórkom też się poprawiło. Kai regenerowała się w milczeniu, a moja wydając co jakiś czas długi, cienki, żałosny pisk. -Wiesz, nie chce cię martwić, ale to tak, jak ta ciągła linia na kardiomonitorze – zauważyła Kaja. A jednak telefon zebrał się w sobie i w nocy ożył. Gotową kuchnię pierwszy obejrzał Zdzichu, którego próbowałam ubłagać, żeby wyrwał choć trochę czasu i zrobił mi podwieszany sufit w łazience. Macał nowe ściany z nabożnym zachwytem. Kaja mówiła, że obsypywał mnie pochwałami używając wielu różnorodnych określeń, ale niestety, tego nie słyszałam, bo mi rozdęte ego mózg ucisnęło. Za to pamiętam, że trzykrotnie powtarzałam, jak osiągnęłam taki efekt, i za każdym razem, gdy dochodziłam do cedzaka do klusek, myjki i lakieru samochodowego, Zdzichowi oczy robiły się kwadratowe. Następnego dnia facet od ogrodzenia zapytał, czy może przyprowadzić żonę, a po południu podziwiał zjawisko Artur. Powiedziałam, że gwiazdy na suficie są widoczne tylko w ciemnościach, więc musi przyjechać wieczorem. Co też dziś uczynił. Staliśmy w kuchni i gapiliśmy się na widoczne nad nami, pełne gwiazd kuchenne niebo, aż Irena, uwięziona brakiem światła przy kuchence, zagrzechotała znacząco filiżanką o gips. Na ten dźwięk otrząsnęłam się z samouwielbienia. Zostały mi jeszcze do pomalowania rurki od gazu, ale na razie nie mogę ruszać ręką. Za to mamy całą kuchnię w polichromii! I mam już pomysł na pokój. Tyle, że cholernik jest strasznie duży. I wysoki. Po co komu takie wielkie pomieszczenia?
  7. :razz: [FONT=Times New Roman]10.04.2007 wtorek[/FONT] [FONT=Times New Roman] Święta wielkanocne nie należą do moich ulubionych, jakoś nie mogę doszukać się w nich magii, która otacza święta Bożego Narodzenia. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garetowi dokładnie wszystko jedno, jakie są święta, ważne, że stado w domu jest liczniejsze i co chwilę może załapać się na jakieś pieszczoty. To są chwile, kiedy zamienia się w psa idealnego. W przerwach, niechętnie co prawda, ale potrafi bawić się sam, natomiast jeśli zbyt długo nikt nie zwraca na niego należytej uwagi, radzi sobie jak może. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Garet, fe!!! Cholera, dopadł jednego z tych ceramicznych baranków i odgryzł mu loki! – poskarżyłam się Kai. –A jeden miał być dla Iwony… [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Garet, fe!! No kurde, nie wierzę! Przed chwilą dostał w łeb za baranka i znowu?! Czy on się w ogóle nie uczy?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ale teraz wziął drugiego, a nie tego, za którego dostał, więc jednak się uczy – zauważyła przytomnie Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wszystko jedno. Odgryzł mu dzwonek. Nie wolno psu włazić na kredens i kraść! Rozumiesz, cymbale? [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet siedział na baczność w fotelu, słuchał w napięciu i patrzył bardzo rozumnie, mrugając podwójnymi rzęsami. Ostatnio Kaja zauważyła, że na długich, podkręconych, wyrosła mu kolejna warstwa – krótkich, jasnobeżowych. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-GARET!!! FE!!! Cholera! Ty idioto! Fe, fe!!! [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co znowu? – zapytałam z rezygnacją, bo Kaja wrzeszczała z wyjątkowym ogniem świadczącym o tym, że przestępstwo kwalifikowało się do tych większego kalibru, od stu złotych w górę lub bezcennych z uwagi na niemożność odtworzenia. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Leży sobie na kanapie i żuje! Mojego! Pendrajwa!!! – Kaja z furią potrząsała dziurawym futerałem z miękkiej, czerwonej skórki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] A, zatem to przestępstwo podpadało pod obie kategorie. Ja tam swojego pendrajwa staram się wtykać pomiędzy książki. Dopóki pies nie wykształci sobie dzioba, jest tam stosunkowo bezpieczny. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Na obudowie urządzenia Garet zostawił wgniecenia podobne do tych na mojej komórce. Kai udało się wyprostować blaszki wejścia, tak, że powstałe szkody były raczej natury estetycznej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przyjechał Marek, żeby naocznie sprawdzić, jakich obrażeń doznała Irena. Właśnie mu opowiadała, jak potknęła się na płaszczu zeżartym przez Gareta, a my zastanawialiśmy się, jakiej treści napisy mamy umieścić na gipsie, kiedy Kaja rzuciła okiem na pośredniego winowajcę, międlącego coś w pogodnie uśmiechniętej mordzie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co ty tam masz? – zapytała podejrzliwie i natychmiast wygrzebała mu z gęby jakiś ciemnozielony, ośliniony zwitek. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Moje pieniądze? – Marek pomacał się po przemyślnie umieszczonej w spodzie rękawa kurtki kieszeni. Kieszeń była rozsunięta, a jej zawartość, z odgryzionym rogiem, Garet właśnie żegnał żałosnym, tęsknym spojrzeniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]– A, nic nie szkodzi. Garecik, ty jesteś zamożny pies, prawda? – Marek poklepał recydywistę po berecie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Brakujący róg znalazłam po południu przy myciu podłogi pod fotelem w kuchni. Widocznie Garet zdołał go zakamuflować pod policzkiem i tam potem mu wypadł. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Nie ukrywam, że z prawdziwą ulgą uciekłam z domu oferując się, że pójdę do święcenia. Pogoda była z tych paskudnych i przygniatających. Po drodze niemrawo robiłam zakupy. Kiedy dotarłam do kościoła, uświadomiłam sobie, że zapomniałam najważniejszego. Uznałam jednak, że taki drobiazg nie zawróci mnie z raz obranej drogi, wskutek czego poświęcone zostały jednie: wędzone świńskie ucho, placek truskawkowy, bukiet tulipanów i wyżej wymieniona. Założyłam, że świńskie ucho symbolizuje mięso i wędliny, placek – pieczywo, a tulipany – jarzyny. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Z przyjemnością obejrzałam piękny, zabytkowy kościół. Gdy mieszkałam w Krakowie czy Opolu, lubiłam posiedzieć w kościele w ciszy i spokoju, w czasie, kiedy człowiek nie jest narażony na stratowanie przez tłum. Tutaj musiałam zrezygnować z tego zwyczaju, ponieważ poza godzinami nabożeństw świątynia jest zamykana i można ewentualnie skupiać się w nieciekawym przedsionku. Duchowni, ufni w efekty swojej pracy duszpasterskiej, postanowili oddzielić kościół od wiernych solidną kratą. Nie lubię się czuć jak natrętny akwizytor, więc z przedsionków z zasady nie korzystam.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Im bliżej domu, tym bardziej rozrastał się mój bagaż. Z marketu zadzwoniłam do Kai, żeby wyszli mi naprzeciw z jakimś plecaczkiem. Garyś tuptał wyprostowany, paradnym, równym krokiem, a biały, pierzasty żabot majtał mu się z jednej strony ma drugą. Już z daleka zaczął wpatrywać się we mnie, czujnie uniósłszy detektory na zgrabnych, trójkątnych uszkach.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Większość pakunków przetrwała powitanie. Gorzej zniosły wypakowywanie przez Gareta. Swoje święcone ucho postanowił zjeść natychmiast, przeciwko czemu nie protestowałyśmy, w skrytości ducha licząc na jakieś cudowne efekty. Cóż, nie nastąpiły. Mnie za to zmogło połączenie chronicznego niewyspania, pogody i monotonnych okrzyków „Garet, fe!”. Osunęłam się w kuchennym fotelu z Gacią na klatce piersiowej i zasnęłam jak kamień, z tym, że kamień śpi ciszej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Koleś, biedna kocina, obolały z powodu choroby i zastrzyków, czas spędzał głównie w szafie u Ireny. Artur zamówił nam karmę leczniczą, którą kocur uparcie ignorował. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W niedzielę o szóstej rano, kiedy wszyscy normalni ludzie dopiero przewracali się na drugi bok, mnie obudził rozochocony i kipiący energią Garet. Potykając się o meble i własne nogi wypuściłam go na obchód włości. Wrócił po kwadransie, a kiedy chciał kontynuować z drugiej strony domu, nawarczałam na niego i wlazłam do łóżka. W pół godziny później z kuchni zaczęły dobywać się dziwne odgłosy. Wstałam przeklinając ponuro i przy kocich miskach zastałam leżącego na boku, osłabionego Kolesia, a obok, pełnego sił, warującego Gareta. Nad nimi, w zlewozmywaku, Gacia usiłowała zrzucić garnek, pod którym rozmrażała się jej ukochana wątróbka. Widać było, że jest na głodzie i potrzebuje transfuzji. Nasz jedyny kot – wampir. Przepędziłam Gacię, na wszelki wypadek znowu nawarczałam na Gareta i zapędziłam go do pokoju. Byłam już tak rozbudzona, że zrezygnowałam z prób zaśnięcia.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy przyjechała Iwona, wstała też Kaja. Zrobiła inspekcję kropelek wypuszczanych przez Kolesia i zauważyła, że są podbarwione krwią. Przerwałam Arturowi świąteczny obiad, po konsultacji telefonicznej zapakowałyśmy Kolesia do wiklinowej klatki i pojechałam z Iwoną do lecznicy. Biedny, przerażony Koleś trąbił rozpaczliwie, kiedy Artur wyciskał z niego mocz, a także cały czas później. Kokunia, najwyraźniej ubawiona nowym dźwiękiem, zaczęła Kolesia przedrzeźniać. Na ewentualne cewnikowanie umówiliśmy się na poniedziałek rano. Po kolejnych zastrzykach wróciłyśmy do domu z Kolesiem na sygnale. Wyłączył się dopiero w kuchni i od razu wpełzł do szafy w pokoju Ireny. Kiedy Kaja wystartowała do niego z wodą do dopajania w strzykawce, stracił resztki cierpliwości i wlazł za pianino. Następnego ranka, kiedy Iwona przyjechała, żeby nas podwieźć do lecznicy, nadal tam siedział. Był bezpieczny, bo do przesunięcia tego zabytkowego grata potrzeba czterech chłopów, a my nie dysponujemy nawet jednym. Już dawno mówię, że trzeba się instrumentu pozbyć, zanim korniki go zjedzą, nawet za cenę kości słoniowej na klawiszach, ale jakoś nie ma komu znaleźć amatora. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Koleś wylazł dopiero w nocy, kulejąc dotarł do mniejszego fotela w kuchni i ostrożnie zwinął się na nim w kłębuszek. Ledwie zyskał złudne poczucie bezpieczeństwa, zaaplikowałam mu No-Spę w zastrzyku. Zapłakał i spojrzał na mnie z takim wyrzutem, że serce mi się skurczyło. Dziś jadł chrupki i pił, o czym poinformowała mnie sms-em Kaja. Mam nadzieję, że to jednak zapalenie pęcherza, a nie wrednie umiejscowiony kamień.[/FONT] [FONT='Times New Roman'] Zadzwonię do Artura przed wyjazdem do Krakowa, jeśli w ogóle pojadę. Niewyspana jestem straszliwie, jak zwykle zresztą. Po czwartej rano Garet wygrzebał się z pieleszy w pokoju Kai, usiadł na schodach i przez okno w korytarzu oszczekiwał wszystko, co pojawiało się na ulicy. Ledwie mi trochę poziom złości opadł i zaczęłam zasypiać, Irena, wyspana przez cały dzień, wstała i zaczęła łomotać kubkami w kuchni. Dziś wieczorem zostawię jej picie w termosie. Co do Gareta, to rozważam zamknięcie go na noc w szafie albo wrzucenie za pianino. [/FONT]
  8. :p [FONT=Times New Roman]06.04.2007 piątek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ale się porobiło. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Gdy wróciłam w środę po pracy, pierwsza rzecz, jaką napotkał mój wzrok, to szczątki nowego syfonu do nowej umywalki, bardzo malowniczo i zachęcająco rozmieszczone na podłodze w korytarzu. To, co wyrecytowałam, zostałoby zamienione na kilka rzędów dużych gwiazdek. Z wieloma wykrzyknikami. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Irena, dziwnie pogodna, wskazała na swój płaszcz, przerzucony przez poręcz fotela. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nowa podszewka – poinformowała mnie. –Poszatkowana doszczętnie. A płaszcz wisiał tak wysoko na wieszaku, że sama z trudem mogłam go dosięgnąć. Porozwłóczył też wszystkie moje rzeczy po pokoju. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O rany. On jest nieuleczalny. Już naprawdę nie wiem, co robić. Lepiej powieś ten płaszcz do szafy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Teraz? Po co? – roześmiała się.[/FONT] [FONT=Times New Roman] O Boże. Moja matka zwariowała. Nie pomstuje, nie zieje nienawiścią. A może to już stan całkowitej bezradności i rezygnacji?[/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet podskakiwał na fotelu i nie mógł zrozumieć, dlaczego nie rzuciłam się, żeby go chwycić w objęcia i wycałować po mordce grzecznie zakneblowanej wełnianą poduszką. Obrzuciłam go ciężkim, pełnym potępienia spojrzeniem i nalałam oliwę na patelnię. Zaczynała skwierczeć, kiedy usłyszałam głuchy łoskot. Rzuciłam się do pokoju. Na podłodze leżała Irena, lewym bokiem i twarzą do podłogi. Na szczęście w histerię wpadam tylko przy zwierzętach. Podbiegłam, stwierdziłam, że jest przytomna, dokonałam pobieżnych oględzin, na podstawie których stwierdziłam, że można ją ostrożnie pozbierać. Skarżyła się na ból prawego barku i robiło jej się słabo. Żądała kropli nasercowych i wysokiej poduszki. Delikatnie ułożyłam ją na poduszce, zaaplikowałam krople nasercowe i odpędziłam Gareta, który najpierw uznał, że babcia wpadła na świetny pomysł i zamierza się z nim pobawić, a potem, kiedy dostrzegł powagę sytuacji, próbował ją reanimować językiem. Wyłączyłam kuchenkę, bo opary spalonej oliwy zaczynały nas dusić i rozcięłam (z dużą satysfakcją, muszę przyznać) szkaradny sweter, w którym Irena przechodziła całą zimę. Bark był zwichnięty. Widocznie, kiedy przy upadku podparła się prawą ręką, wybiła głowę kości ramiennej z panewki stawu barkowego. Ostrożnie umyłam Irenę gąbką, przebrałam ją i zadzwoniłam po karetkę, a potem do Kai. Kaja była już w drodze. Gareta podstępnie zwabiłam do piwnicy i zamknęłam drzwi. Niech sobie bryka po ogródku. Zamiast brykać gdziekolwiek, cały wysiłek włożył w wyrwanie drzwi z futryny, co na szczęście mu się nie udało. Irena odjechała karetką, ja wezwałam taksówkę i czekałam na Kaję, żeby przejęła opiekę nad rozhisteryzowanym psem. Taksówka pojawiła się w chwilę po Kai, więc pojechałam do szpitala spokojna o dom. Trafiłam akurat na moment, kiedy Irenę przywieziono z rentgena. Zwichnięcie jak byk. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przez trzy godziny moja biedna matka cierpiała straszliwie, bo wybita głowa kości ramiennej uciskała splot barkowy. Przed znieczuleniem ogólnym trzeba było odczekać odpowiednio długo po ostatnim posiłku. Wreszcie, o wpół do dziesiątej, pojechała na salę zabiegową. Dwadzieścia minut później, oszołomiona jeszcze po narkozie, ale błogo uśmiechnięta, przyjechała z powrotem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Następny dzień spędziłyśmy na przeprowadzaniu rewolucji w pokoju Ireny. Pod pozorem przystosowania miejsca dla inwalidki, zrobiłyśmy generalne porządki i zyskałyśmy z dziesięć metrów kwadratowych. Garet z dziką radością kradł coraz to nowe rzeczy i starał się zdążyć zostawić na nich swoje piętno. Kiedy wygryzł kawałek z baraniej czapki Ireny, Kaja wyrzuciła go z pokoju. Trąbił żałośnie pod drzwiami i próbował przekopać się przez próg. Od poprzedniego dnia był tak wytrącony z równowagi, że w nocy, przez sen, nasikał Kai do łóżka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Iwona spontanicznie zaoferowała się z pomocą. Po południu pojechałyśmy odebrać babcię. Prawdę mówiąc, spodziewałam się wszystkiego najgorszego. Ireny leżącej jak kamień, sfrustrowanej i ukierunkowanej na chorobę obłożną. Już nawet zrobiłam wywiad, jak załatwić opiekunkę społeczną, ale ta procedura trwa kilka tygodni, pewnie po to, żeby sprawdzić, czy klient jest naprawdę zdeterminowany i uparł się przeżyć. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zastałam swoją matkę pełną energii i w dobrym nastroju. Kiedy otrząsnęłam się z szoku, zrozumiałam. Paradoksalnie, wypadek dobrze jej zrobił. Znalazła się w centrum zainteresowania, coś się zaczęło dziać, może wykazać się dzielnością i zaradnością. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Większym problemem okazał się Koleś, przyblokowany przez kamień nerkowy i Kaja, zrozpaczona skierowaniem na usunięcie znamienia. Seria się rozwija. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ale mimo wszystko, wesołych świąt![/FONT]
  9. :-( O, zapomniałam o jednym kawałku. To będzie pomiędzy. [FONT=Times New Roman]03.04.2007 wtorek[/FONT] [FONT=Times New Roman] Kaja, jako główny architekt zieleni, w bólach obmyśla urządzenie ogródka. Nie wiem, przy jakiej wersji aktualnie jesteśmy. Żadna w pełni jej nie odpowiada. Na razie wiadomo tylko, że nienawożoną od wieków ziemię trzeba zasilić azofoską. Może po tym zabiegu rośliny zaczną osiągać pięćdziesiąt procent przewidzianej dla danego gatunku wysokości. Na razie mamy tylko odmiany karłowate, powstające samoistnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wstępnie dziecko pozbierało śmieci. To znaczy, pozbierało je tydzień wcześniej, ale z powodu aktywności Gareta zabieg trzeba było powtórzyć. Wywietrzone maskotki wylądowały w starym wiadrze, a wiadro w kuchni. Garet przez pół godziny wisiał nad nim i kombinował, jak wydostać piłeczkę spod zwałów maskotek. Widać było, że padnie, ale nie odpuści. Wreszcie wpadł na to, że musi wyjąć wszystko. Przez chwilę bawił się z zapałem, dopóki Koleś nie przywędrował na przekąskę. Podkradanie łagodnemu kumplowi żarcia okazało się zabawniejsze niż demolowanie kuchni przy pomocy piłeczki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -GARET, FE!!! – wrzasnęła Kaja, poruszona zrozpaczonymi spojrzeniami Kolesia. Garet spojrzał na nią niedowierzająco, a gdy upewniła go, że nie żartuje, westchnął z udręką i z łoskotem rzucił się na podłogę. Ułożył nos kilka centymetrów od posiłku Kolesia, wzdychał spazmatycznie i patrzył biednemu kocurowi w zęby. Samej zaczęło mi się gardło zaciskać. Wiem jak to jest, bo przy każdym posiłku, kiedy od nowa zrozumie, że wkładanie rozradowanego pyska do talerza jest źle widziane, opiera łeb jak najbliżej, robi minę kompletnie niezainteresowanego (gdyby mógł, to by fałszywie pogwizdywał) i gapi się człowiekowi natrętnie w zęby, chociaż wzrok ma zwrócony w inną stronę. Nie wiem, jak jest w stanie tego dokonać, ale to działa. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dopiero wieczorem zaczęłam sprzątać, ale szło mi jak po grudzie. Podniecone przemeblowanie koty szalały, a podniecony bez konkretnego powodu Garet biegał tam iż powrotem, sapał, świstał, skakał na drzwi, kradł i gryzł. W pokoju znalazłam resztki z niedawno odnalezionych temperówek. Mój błąd, nie powinnam ich zostawiać w niezasuniętej szufladzie. Wreszcie wypędziłam Kaję z Garetem do bankomatu w mieście, dzięki czemu mogłam spokojnie zabrać się do mycia i pastowania podłóg. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet był w mieście po raz pierwszy i bardzo mu się podobało. Tyle nowych zapachów, tyle bodźców! Kaja mówi, że z rozpędu sikał podnosząc obie nogi niemal równocześnie. Wpadł do domu podekscytowany do granic możliwości i usiłował podzielić się wrażeniami. Trochę nieuważnie słuchałam, więc złapał mnie za rękaw wydzierając w swetrze cztery dziury równocześnie. Chyba moja namiętność do kupowania ubrań wreszcie jest usprawiedliwiona. Coraz więcej rzeczy wygląda tak, jakbym miała szafę wyłożoną drutem kolczastym. Niedawno zauważyłam, że na nocnej koszuli mam kilkanaście sporych dziur, z czego większość w strategicznych miejscach. O tym, że muszę uważniej się wszystkiemu przyglądać, przekonałam się dziś w pracy. W południe oderwałam wzrok od komputera i zupełnie przypadkiem spojrzałam na wiszący obok płaszcz. Natychmiast spojrzałam jeszcze raz, bo coś mi nie pasowało. I nic, kurde, dziwnego. Dołem zwisały fantazyjne strzępy jedwabnej podszewki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -***** mać!! – wrzasnęłam, mrugając z niedowierzaniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co się stało? – z archiwum wybiegł Paweł, mrużąc oczy jak zaskoczona sowa. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A to! – odchyliłam połę i wskazałam częściowo wyżartą, częściowo zamienioną w długie frędzle podszewkę. –I ja w tym szłam do pracy! Cholera, musiałam wyglądać, jakbym wylazła ze śmietnika! Kiedy ten sukinsyn to zrobił?! Przecież trzymam wszystko w szafie… [/FONT] [FONT=Times New Roman] U Pawła nie znalazłam zrozumienia, bo rozchichotał się, zamiast mi współczuć. Wyrzuciwszy wszystko z szuflady znalazłam wreszcie nożyczki i odcięłam zębodzieło Gareta. Kiedyś gada zaduszę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W sobotę wieczorem, po drodze do domu, odwiedził nas Artur. Właśnie skończył szczepienia i wyglądał na wykończonego. Zwalił się na kanapę.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wszystko mnie boli – jęknął. –Starzeję się… - zauważył odkrywczo. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Już jesteś stary – pozbawiłam go złudzeń. Garet z ogromnym zainteresowaniem obwąchiwał mu nogawki spodni. Tyle psów się o nie otarło! Widocznie wyczuł zapach strachu, bo wycofał się i wlazł Kai na kolana, a po krótkim namyśle na plecy, gdzie z drugiej strony chroniło go oparcie fotela. Ja siedziałam zbyt blisko zagrożenia. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Artur, odzyskawszy siły po sałatce owocowej, namierzył wzrokiem Kolesia, który usiłował niepostrzeżenie przepłynąć z pokoju Ireny do kuchni. Sczepili się spojrzeniami. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie strasz Kolesia! – powiedziałam ostrzegawczo. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Puch! – Arturowi dręczenie zwierzątek wyraźnie sprawia przyjemność. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Biedny Koleś omal skóry nie zostawił w szparze drzwi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Świnia jesteś – stwierdziłam z urazą. Podeszłam do biurka i dyskretnie wzięłam trąbkę urodzinową. Chichotałam już wkładając ją do ust, ale zebrałam się w sobie i zdołałam potężnie zadąć. Dzięki temu przekonałam się, że Artur umie fruwać. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W nocy Garet, wciąż nakręcony i ustawicznie ganiony, postanowił sam sobie wymierzyć karę. Złapał w zęby wełnianą poduszkę, fafle mu się na niej rozlały, nos zmarszczył i zapewne ślina wyschła, ale nosił ją uparcie przez pół godziny, jakby chciał pokazać, że stara się jak potrafi, aby powściągnąć swój temperament. Parskał przy tym, smarkał i przewracał rzewnymi oczami. Nie puścił nawet wtedy, kiedy całowałyśmy go, rozczulone, po rozpłaszczonej mordzie. Wreszcie się zmęczył i padł przy kanapie, a kiedy zasnął i zaczął chrapać, poduszka wypadła mu z pyska. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wstałam tylko na moment, żeby opróżnić popielniczkę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie masz fotela – oznajmiła z satysfakcją Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cholera, przecież był kompletnie nieprzytomny! Spał jak kamień![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Teraz też śpi jak kamień. [/FONT]
  10. :angryy: [FONT=Times New Roman]4.04.2007 środa[/FONT] [FONT=Times New Roman]Zanim się obejrzałam, była druga w nocy. Nigdy się nie wyśpię. Widocznie przeznaczona mi przez los norma to maksymalnie pięć godzin. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W niedzielę teoretycznie mogłabym pospać dłużej, gdyby nie nasz nadpobudliwy pies, który od wpół do siódmej był w stanie pełnej, rozbuchanej aktywności. Kiedy skończył przemieszczanie pantofli pomiędzy piętrami, wygrzebał spod fotela gumowego chłopka i odegrał na nim grzmiącą pobudkę tuż nad moim uchem. Moje przekrwione, zapuchnięte oczy o morderczym wyrazie napotkały jego wyspane, pełne radosnego oczekiwania. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Spadaj, ty sadysto – wycharczałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet zamerdał całym zadkiem, wypluł mi chłopka na twarz i przyklepał go łapą. Jęknęłam i wygrzebałam się z łóżka. Miał rację, dzień wstał wyjątkowo piękny i słoneczny. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W gruncie rzeczy dobrze, że wstałam. Ledwie skończyłam poranne ablucje, przyjechał z rzadką wizytą mój brat. Goście od rana! Garet był uszczęśliwiony. Ponieważ nie byliśmy na tyle domyślni, żeby zebrać się i już pozostać w jednym pomieszczeniu, biegał po całym domu i nie mógł się zdecydować, gdzie jest bardziej interesująco. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wyszliśmy z Markiem z domu, bo chciał obejrzeć ekspozycję kominków. Garet został z Kają. Staliśmy z nosami przylepionymi do szyby, kiedy od strony skrzyżowania rozległo się wycie gwałtownie wciskanych hamulców. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -GARET!!! – wrzasnęłam nawet nie patrząc i całkowicie bezmyślnie rzuciłam się pomiędzy samochody, gdzie stał z lekka oszołomiony, czarno-biały kretyn, cholerny, pieprzony samobójca. Na szczęście, zanim dobiegłam i zdążyłam zapewnić Kai 60 tysięcy odszkodowania, Garet ruszył w moją stronę i wyszedł ze strefy zagrożenia, ale po namyśle skręcił w następną ulicę, żeby odwiedzić uwiezionych w ogródkach kumpli. Dopadłam go, złapałam za kark i zawlokłam do domu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cholera, nie zamknąłem furtki – zmartwił się Marek. -Ale on kiedyś miał wypadek i od razu poleciał między samochody? Nic się nie boi?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zero instynktu samozachowawczego. Cholera, jak ja mogłam tak zidiocieć?! Gdyby temu debilowi coś się stało, nie wybaczyłabym sobie do końca życia! – długo nie mogłam się pozbierać. Moja fobia, świeżo odkarmiona, wybuchła z nową siłą. Garet, nie mogąc zrozumieć, o co mi chodzi, zaległ w fotelu z mordą rozlaną na poręczy i przewracał oczami. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Odprężyłam się trochę po wyjeździe do Krakowa. Inna strefa klimatyczna, wszystko kwitnie, ciepło, wręcz upalnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wróciłam z Iwoną. Garet, uszczęśliwiony wizytą, demolował kuchnię. Na koniec wlazł Iwonie na kolana i usiłował napić się kawy z jej kubka. Widocznie potrzebował jeszcze jakiegoś kopa. W ostateczności zadowolił się kiszonymi ogórkami i sucharkami z rodzynkami. Zjadł też parę migdałów, ale jakoś mu przestały ostatnio smakować, funkcjonuje raczej jak maszynka do rozdrabniania. Świadomość o spowodowanej w południe kolizji drogowej w najmniejszym stopniu nie psuła mu humoru. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy wróciłam po odprowadzeniu Iwony na parking, miał okazję witać mnie od nowa. Rozerwał mi drugi rękaw, a kiedy na niego nawarczałam, przeniósł się w tylne rejony i konsekwentnie nadal cieszył się z odzyskania mnie po straszliwie długiej, dwuminutowej nieobecności. Samo rozbijanie mebli ogonem to za mało, więc skoczył mi z impetem na dolne rejony pleców, co nadało mi spory rozpęd i skierowało wprost w objęcia Kai. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co ty robisz? – zdumiała się, bowiem raczej nie mamy zwyczaju rzucać się sobie spontanicznie na szyję. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A, tak sobie pląsam – burknęłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet, całkowicie już uwolniony od szczątkowych nawet wyrzutów sumienia, wojował przez cały wieczór. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W poniedziałek czekał mnie odbiór materiałów z Castoramy. Denerwowałam się już w pracy. Byłam w połowie ulicy, kiedy zadzwoniła moja komórka. Na szczęście Kaja zapanowała nad sytuacją. Garet usiłował przegryźć drzwi od piwnicy, żeby sprawdzić, co się dzieje w korytarzu, a w korytarzu rosła sterta worków z klejem i pudełek z płytkami. O kaloryfer opierało się pudło z brodzikiem, o szafę fragmenty kabiny, zablokowane dodatkowo umywalką, wzdłuż korytarza leżały listwy aluminiowe, a na progu pokoju worki z fugami. Szafka pod umywalkę okazała się obita, czy raczej oskrobana z okleiny, pomijając już fakt, że wydawała mi się jeszcze brzydsza niż poprzednio. Wykorzystałam obecność kierowcy i podjechałam z nim do sklepu, żeby dokonać wymiany, ewentualnie zwrotu. Wybrałam zwrot. Niestety, okazało się, że do określonego typu umywalki pasują tylko tego samego typu szafki, czyli te unikalnej urody w trzech wersjach kolorystycznych. Nie przyjęłam tego do wiadomości. Ostatecznie oddam umywalkę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A teraz, mili państwo, powiedzcie mi, gdzie jest jakiś przystanek autobusowy.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Przystanek? Autobusowy?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Może być dla minibusów – zgodziłam się bez oporów.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie ma…[/FONT] [FONT=Times New Roman] -No dobrze, w takim razie, jeśli przedostanę się żywa na drugą stronę autostrady, to czy tam wolno się zatrzymywać i czy złapię jakąś okazję?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie wolno…[/FONT] [FONT=Times New Roman] -To jak, do cholery, mam się stąd wydostać? Macie druki zameldowania? – zagadnęłam przyjaźnie.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -A nie jest pani samochodem? – młodzież w informacji spojrzała na mnie z niedowierzaniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jestem. Waszym. Ale chyba już pojechał. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ostatecznie wyszło na to, że jeśli nie chcę zacząć koczować przy śmietniku marketu albo pod zadaszeniem na wózki i z niezrozumiałych powodów upieram się przy powrocie do domu, muszę zaczepić kogoś na parkingu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W zaczepianiu jestem kiepska. Plątałam się po parkingu i zbierałam na odwagę, ale było coraz gorzej. Uświadomiłam sobie, że kiedy się ściemni, będzie jeszcze gorzej i w desperacji rzuciłam się na boczną szybę ruszającego właśnie samochodu. Młody facet spojrzał na mnie z paniką w oczach i dopiero na widok moich błagalnie złożonych rąk zdecydował się ostrożnie opuścić okno do bezpiecznej wysokości. To znaczy tak, żebym nie mogła go wywlec przez szparę, gdyby mi coś takiego wpadło do głowy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Błagam pana, niech mnie pan podwiezie bliżej cywilizacji. To znaczy transportu publicznego. Nie mogę się stąd wydostać… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po godzinie byłam w domu. Problem z szafką pod umywalkę rozwiązał się sam, bo Mirek obiecał, że zrobi mi drewnianą. Mało tego, podczas pogawędki okazało się, że potrafi też zrobić szafę z drzwiami suwanymi. A ja się zastanawiałam, jak rozwiązać problem z szafami, w których trzeba ukryć wszystkie, ale to wszystkie okrycia. Jeśli Gareta nie można zmienić, trzeba przystosować dom do jego zaburzeń. [/FONT] [FONT=Times New Roman] O tym, że trzeba ukryć absolutnie wszystko, nie pomyślałam. Wpadłam do domu po pracy, przed wyjazdem do Krakowa, bez żadnych złych przeczuć, chociaż byłam świeżo po odkryciu wyżartej z płaszcza podszewki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Korytarz wyglądał jak plac budowy. Z przegryzionego worka wysypał się szary klej do płytek, w który wmieszała się beżowa fuga z innego rozszarpanego worka. W tym wszystkim plątały się kawałki kartonu z pudełek z płytkami. Część proszku, ta obsikana najpierw przez Kolesia, a potem przez Gareta, od razu nadawała się do użytku. Za to ja nie nadawałam się do słuchania. Przez długą chwilę wydawałam z siebie pełne furii ryki, które rzuciły drżącego Gareta na kuchenny fotel. Drżał bynajmniej nie ze strachu, tylko z niewyładowanej energii powitalnej, bo jednak takim idiotą nie jest, żeby ryzykować kontakt z osobą w tym stanie. Irena perswadowała, żebym się nie denerwowała, bo i tak jest już po fakcie. Czy to naprawdę moja matka? [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zrzuciłam zapylone dżinsy i zabrałam się do sprzątania. Zdzichu przeniósł mi ocalałe worki do spiżarki. Świadoma, że kurczy się moje czterdzieści minut, w pospiechu wrzuciłam na patelnię kotlety z żółtego sera. Zapach natychmiast zwabił Gareta, ale zamknęłam go podstępnie w piwnicy, bo przywieźli szafkę do kuchni. Odstawiłam przypalone kotlety, przewróciłam szafkę na bok, oderwałam nogi i przykleiłam inne, wyższe. Potem przełożyłam rzeczy z komódek do szafki, a komódki wyniosłam na korytarz. Po drodze w tej solidniejszej wypadły z szyn dwie szuflady. Trzeba będzie przykręcić na nowo. Weszłam już w zakres akademickiego kwadransa, ale musiałam coś zjeść. I tak było wiadomo, że się spóźnię. Podzieliłam się ze szkodnikiem kotletami. Gdy przekonał się, że naprawdę się skończyły, gdzieś znikł. Szybko włożyłam spodnie i płaszcz i poszłam do Ireny zameldować, że jadę. W drzwiach skamieniałam. Irena siedziała na krześle, u jej stóp jej śmiertelny, znienawidzony wróg, czyli Garet, z przymkniętymi w najwyższej błogości oczami. Niszczycielską paszczę wyciągnął w górę, a Irena głaskała go po policzku. Wzruszająca scena tchnęła liryzmem, od którego zacisnęło mi się gardło. Wycofałam się cichutko i wchodząc drugi raz narobiłam więcej hałasu. Ten obraz pojawia mi się co chwilę i na nowo popadam w osłupienie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Stres osiadł mi pod lewą łopatką, ale spotkanie było ciekawe. Wciąż jesteśmy na etapie krzyża, rozpięci między skrajnościami. Fatalnym i przesadnie dobrym mniemaniem o sobie, pragnieniem bliskości i lękiem przed nią. Krzyż jako symbol, krzyż jako archetyp, bieguny, pomiędzy którymi się miotamy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zaraz po spotkaniu pojechałyśmy z Iwoną do naszego optyka, żeby dobrać oprawki Kai. Dała się przekonać do badania i okazało się, że będzie nosić okulary. Astygmatyzm też ma, po mamusi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kolizja drogowa wyszła nam przypadkiem i przez policjantów. Plątali się po okolicy i wszystkie skupiłyśmy się na nich, bo ostatecznie policjanci na ulicy to niespotykany widok. Iwona, cofając, zaparkowała na boku samochodu stojącego idiotycznie na środku ulicy. Na szczęście cofała ostrożnie, więc nic się nie stało, ale musiałyśmy spędzić z policjantami trochę czasu. Mieli fart, odwrócili się z niedowierzaniem na głośne „BUM”. Z niedowierzaniem dlatego, że chwilę wcześniej mówili o tym, że w końcu ktoś w tego zaparkowanego na środku idiotę uderzy. Mówisz i masz. [/FONT] [FONT='Times New Roman'] Do domu dotarłam przed północą. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że nowych szkód nie ma, więc uściskałam Gareta wybaczywszy mu wszystko poprzednie. Przecież nie można karać niedowidzącego za to, że wpada na meble. Zanim pozmywałam naczynia i wykąpałam się, było dobrze po dwunastej. Znowu się nie wyśpię. Zerknęłam przez ramię, bo coś mnie łaskotało w łydki. Nic nie zauważyłam. Spróbowałam jeszcze raz, z zaskoczenia. Odwróciłam się gwałtownie i nic. Za to gdy usiadłam w fotelu, odgryziony tył koszuli nocnej rozłożył się aż na podłodze. Westchnęłam ciężko i oderwałam płat materiału. Pokonana, poszłam do łóżka. Odsunęłam kołdrę… nie, nie udało się. Szarpnęłam kołdrą, żeby ją odrzucić, bo po ciężarze oceniłam, że najpewniej Garet zawinął w nią dębową kłodę do kominka. Ale tym razem oskarżyłam go niewinnie. Spod narzuty wyturlała się zaspana Perła. Zamrugała jedynym okiem i rozmruczała się rozkosznie. Boże, co za szczęście, że nie mamy węża![/FONT]
  11. :diabloti: To my - balsamy na duszę z kwasu solnego. Ściskamy Was serdecznie. [FONT=Times New Roman]02.04.2007 poniedziałek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Jeśli ktoś wie, jak zaskarbić sobie przyjazne uczucia otoczenia, to na pewno Garet. Już nigdy nie zaryzykuję stwierdzenia, że dojrzał, czyli zmądrzał. Widok, który zmroził mnie po powrocie z pracy kilka dni temu, był zaledwie śladem tego, co powaliło Irenę, gdy po godzinnej nieobecności przyczłapała do domu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Strzępki granatowego jedwabiu z wytłoczoną wieżą Eiffla wydawały mi się jakby znajome. Podniosłam jeden z podłogi korytarza i przyjrzałam mu się uważniej. Garet, który w powitalnym obłędzie walnął właśnie głową w szafę, a ogonem zmiótł stos czasopism z komody, też koniecznie chciał zobaczyć. Uznał, że jeśli odgryzie mi rękę, będzie miał bliżej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Won, kretyński szkodniku! – wrzasnęłam ze złością, bo przypomniałam sobie, skąd znam ten materiał. Jeszcze niedawno stanowił podszewkę wełnianego płaszcza Babci. O kurde. O Jezu. Dojrzale powstrzymałam chęć natychmiastowej ucieczki z domu i powlokłam się do pokoju Ireny. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -…Tyko na chwilę wyszłam z domu. Ten płaszcz wisiał tak wysoko na wieszaku i jeszcze go podwinęłam! Jak ten cholernik go dostał! Co za wredny, paskudny, głupi pies![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Chory jest… - wymamrotałam bez przekonania. –Ma ADHD, mówiłam od początku. Niedawno czytałam o tym, są takie psy… to nieuleczalne.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Chory! – parsknęła ironicznie. –W skórę nigdy porządnie nie dostał! Przecież ty go nawet skarcić nie potrafisz! Robi co mu się żywnie podoba! Od małego maskoteczki, tysiące zabaweczek, żadne dziecko przez całe życie tyle nie ma, co rusz, to nowa. Nic dziwnego, że się nauczył targać szmaty. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Nie chciałam jeszcze raz tłumaczyć, że maltretuje rzeczy osoby, która go ostatnia porzuciła. Nie jest w stanie znieść opuszczenia. Rozumiałam rozgoryczenie Ireny, bo wciąż przeżywam podobne stany. Mój opuszczony w poczuciu winy wzrok padł na stojące obok siebie, jeszcze niedawno nowe, pantofle. Wglądały jak dogorywający żołnierze wybitego do nogi plutonu. Albo jak wozy drabiniaste przerobione na deski surfingowe. Zaraz, oba?! Byłam pewna, że ogołocił tylko jeden. Ale faktycznie, z jednego nie byłoby takiej zaspy futra. Z bamboszy zamieniły się w baletki. Poszłam zapalić w piecu, bo z tego wszystkiego krążenie mi zamarło. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet, jak zwykle, sapiąc, gwiżdżąc i parskając pocwałował przede mną, po tym, jak już potrącił mnie na zakręcie stromych schodów. Swoim zwyczajem wpadł najpierw do kotłowni niemal wyrywając drzwi z futryny, wyhamował ostro, porwał kawałek jedzenia z kocich misek i popiskując dziko runął do piwnicy z rupieciami, gdzie urządził sobie apartament czarno-biały, zdziczały Greebo. Wrzasnęłam karcąco, dobiegł mnie rumor, jakby dom walił się od fundamentów i za chwilę Garet musnął mnie w pędzie, zręcznie wywijając tyłek od klapsa. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po czterech dramatycznych próbach nasz piec wreszcie zionął iskierkami z paszczy. Teraz musiałam chwilę poczekać, żeby ta odrobina opału, która mieści się na węglowym palenisku, zajęła się. Wyszłam na dwór, żeby przecierpieć grymasy urządzenia, za które zapłaciłam tyle, co za połowę średniej klasy samochodu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wiosna w pełni. Forsycja tuż przed wybuchem, na żonkilach pąki już nabrzmiały, a wierzby mandżurskie przybrały odcień seledynu. Garet kłusował z plastykową butelką w zębach wyrzucając spod kopyt fontanny ziemi na wirażach. Na grobie Funiaczka znowu widniały dwie wielkie dziury. Z jednej wyzierały delikatne korzonki floksów i białawe stopy tulipanów. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Tu nie wolno kopać! Rozumiesz? Fe! [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet wypluł butelkę, przykucnął na przednich łapach z uniesionym tyłkiem i zadartym ogonem, roześmiał się uszczęśliwiony i zamienił w czarno-białą smugę. Wyglądał, jakby zajarzył?... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Z westchnieniem obejrzałam lęgowisko zabawek. Wyniósł większość, żeby się przewietrzyły, i ułożył na rzadkiej roślinie, która powinna dziarsko stać, a przypomina rozcapierzony, wdeptany w ziemię pędzel do golenia. Wielbłądek, tygrysek, pingwin, biały miś, brązowy miś i kotek wygrzewały się w promieniach słońca. Spod tui rozkrzyżowana żaba zerkała rozbieżnym zezem na dwie wełniane poduszki. Wspaniale. Już dawno przeszły mi odruchy zbierania wszystkiego i odnoszenia do domu. Staram się odzyskać tylko to, co jest mi niezbędne. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Coraz bardziej nerwowo rozmyślałam o materiałach budowlanych, które muszę kupić przed remontem łazienki. Jeśli się nie pospieszę, przepadnie mi promocja kabiny prysznicowej z brodzikiem w Castoramie. Obdzwoniłam już okoliczne sklepy i choć Kraków jest dla mnie wygodniejszy, transport z Sosnowca wychodzi o połowę taniej. Gdybym miała prawo jazdy i samochód, w tej właśnie kolejności, nie byłoby problemu. Ostatecznie mogłaby być jakaś skromna limuzyna z szoferem. W południe dość beznadziejnie zadzwoniłam do Artura, ale powiedział, że wieczorem ma zabieg, a w sobotę szczepienie przeciwko wściekliźnie. Ewentualnie w niedzielę, ale nie jest pewien. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po południu połowa wigoru Gareta wyładowała się na Kai. Rozdzierał jej rękawy, kiedy prezentowała mi krwiak na całej łydce, który zrobił jej kilka dni wcześniej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Musimy go jakoś spacyfikować – stwierdziłam prawie stanowczo. –Już myślałam, że zmądrzał, ale właśnie skasował płaszcz babci. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O cholera. Tak zaraz po pantoflach?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Właśnie. Ma przegwizdane. Ale wydaje mi się, że urósł. Mierzyłam go i wychodzi mi sześćdziesiąt centymetrów w kłębie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Akurat, chyba jak włosy mu dęba staną. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No mówię ci, weź miarkę i sprawdź. Garet, stójże spokojnie choć przez chwilę![/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet, ujrzawszy Kaję zbliżającą się z jakimiś niejasnymi zamiarami, natychmiast wskoczył mi na kolana. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -I coś mu się we łbie poprzewracało, myśli, że jest kieszonkowym pieskiem! Won z moich jajników! – stęknęłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -I tak ci już niepotrzebne – skwitowała Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co nie znaczy, że on ma je wyjąć pazurami… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet przesunął się wyżej i usiadł na moim ramieniu. Tam poczuł się znacznie pewniej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Złaź, ty świrze – spojrzałam groźnie w nawiedzone brązowe oczy mrugające tuż przy mojej twarzy. Osmarkał mi okulary i jęknął boleśnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Iiiii…oooo… ma-ma-ma – przeszedł na wibrujący baryton. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Tylko z tobą tak gada![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Naprawdę? No, Garecik, „mama” już umiesz, powiedz teraz „Kaja”. Ka – ja.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ummm… Mamama! [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cymbał jesteś. Zabieraj to sękate dupsko. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zsunął się jak po zjeżdżalni i po moich wyciągniętych nogach przemaszerował na drugi fotel. Czułam, w których miejscach robią mi się sińce. Wreszcie zgrabnie zeskoczył i potruchtał do kosza z drewnem. Złapał w zęby dębową kłodę, stęknął z zaskoczenia, ale nie puścił. Zataczając się pod tym ciężarem podążył do pokoju. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -E-e-e! Dokąd to? Wracaj! Znowu chce zrobić z mojego łóżka tartak! Widzisz, idzie jak po sznurku! Łap gada![/FONT] [FONT=Times New Roman] Kaja, zataczając się, ale ze śmiechu, pobiegła za Garetem i po krótkiej walce odzyskała kłodę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No, faktycznie ma. Nie sześćdziesiąt, według mnie pięćdziesiąt osiem – oznajmiła po chwili ze zdumieniem, pobrzękując wsuwającą się miarką. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Za dużo mu odjęłaś na włosy. Czyli teoretycznie jest spory, a wydaje się taki drobny. Może dlatego, że jest raczej krótki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Bardzo proporcjonalny jest![/FONT] [FONT=Times New Roman] -No tak, bardzo zgrabny, inne psy są za długie – zgodziłam się. –Pieseczek jest taki zgrabniutki? – zagruchałam do Gareta, który strzygł uszami i wodził wzrokiem od jednej do drugiej. Zamerdał całym ciałem, pisnął w rozczuleniu i wywalił się kołami do góry. Po chwili drapania westchnął ciężko i zasnął. I w tym momencie zadzwoniła moja komórka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zbieraj się, jadę do Katowic. Za piętnaście minut u ciebie! – rzucił w pośpiechu Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale przecież jest po ósmej, a Castorama jest czynna do dziewiątej! Nie zdążę się nawet porządnie rozejrzeć! – protestowałam do głuchej słuchawki. – Znowu wszystko w dzikim pędzie – narzekałam wciągając szybko dżinsy i dopalając papierosa, bo piętnaście minut to u Artura pięć. Zderzyłam się z nim na rogu domu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Tym razem nie kupuję wszystkiego z górnej półki – oznajmiłam w rzadkim przypływie rozsądku. I nie wrzeszcz na mnie, raz bądź miły, bo mam depresję wiosenną! – uprzedziłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zerknął na mnie spod okularów. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Niechęć do krycia i chęć zagrzebania się w ściółce. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co???... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Niechęć do krycia i chęć zagrzebania się w ściółce – powtórzył tonem nauczycielki nauczania początkowego. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jeszcze nikt mnie tak trafnie nie zdiagnozował! – wybuchnęłam śmiechem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Pewna byłam tylko kabiny prysznicowej i regipsów. Płytki kupiłam pierwsze lepsze, baterie mosiężne, a przy umywalkach wpadłam w głęboką rozterkę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ta![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale przecież ona kosztuje osiemset złotych! – zaprotestował Artur.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -I jest chińska – dodał sprzedawca. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No to co, że chińska, jeśli Polacy nie potrafią zrobić nic ładnego? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale podstawę ma drewnianą![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Weź lepiej z szafką. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale wszystkie szafki są ohydne![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ta jest z Cersanitu – wskazał zachęcająco niebiesko-żółty facet. –Ostatnia sztuka.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ładna jest – zaaprobował Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ładna? To jakiś sztuczne paskudztwo![/FONT] [FONT=Times New Roman] -A po co ci w łazience drewno? Żeby zgniło? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Myślisz?... [/FONT] [FONT=Times New Roman] W drodze powrotnej gryzłam się szafką, która urosła do rozmiarów koszmaru. W nocy mi się śniła. Garet spał z Kają, więc nie miał mnie kto obudzić. W tle przewijał się drążek do prysznica. Oczywiście musiał być mosiężny, a jedyny, który wisiał, był uszkodzony. Sprzedawca pocieszył mnie, że dokupię w każdym innym sklepie sieci.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Nie miałam szans przespać nawet sześciu godzin, bo od rana Garet rozpoczął po piętrach wędrówki z pantoflami. Naturalnie, kiedy już zaliczył inspekcję ogródka i skakanie na wszystkie klamki. W rezultacie, Kaja miała przy łóżku dwa lewe pantofle, a ja dwa prawe. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wyjście Ireny poderwało mnie na nogi. Kaja, jak zwykle rano, błąkała się bez celu w żółwim tempie i nocnej koszuli. To znaczy, w żółwim błąka się zawsze. ADHD na pewno nie ma. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zbieraj się – warknęłam – przenieśmy komodę, zanim babcia wróci. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No tak, oczywiście, akurat, kiedy zamierzałam zjeść śniadanie! – cisnęła tosterem, kopnęła fotel i z miną wycieńczonego dziecka z trzeciego świata, nadęta od złości jak od obrzęku głodowego, pofukując, zabrała się niemrawo za wyjmowanie szuflad z komody. Trochę jej przeszło, kiedy okazało się, że szuflady pełne są zapomnianych skarbów. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale miałam wysokie czoło! – przyjrzała się krytycznie swoim starym zdjęciom do legitymacji szkolnej. –Teraz mam chyba normalne?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Całkiem normalne – zapewniłam. –Boże, ile my mamy dyktafonów! A ile aparatów fotograficznych! Patrz, trąbki urodzinowe! – złapałam złotą i dmuchnęłam triumfalnie. Rozwinęła się jak długi jęzor, a Garet przysiadł i wybałuszył oczy. Kaja zatrąbiła drugą, srebrną, ale już nie dał się zaskoczyć. Przyglądał nam się z politowaniem wymownym wzrokiem. Odkryłam też kolekcję temperówek. Śliczne, precyzyjnie wymodelowane zwierzątka pokryte naturalnym futrem. Odłożyłam je pieczołowicie na wierzch szuflady. Zastygłyśmy na chrobot klucza w zamku. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kurde, niemożliwe – wyszeptałam. –Śmigłowcem obleciała, czy co?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -No to pięknie. Teraz będzie masakra. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Przecież z nią uzgodniłam – zaprotestowałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jesteś pewna?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nooo…? I przecież kocha tę dębową komodę, mówiła, że się marnuje tu w korytarzu. Tutaj dam te komódki z kuchni, a do kuchni zamówiłam porządną sosnową szafkę, niech mi już nikt nie mówi, że nie ma miejsca na blacie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co ty znowu robisz? – zjeżyła się Irena, opędzając się siatką od kwiczącego Gareta. [/FONT] [FONT=Times New Roman] A potem było już tylko gorzej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po dwóch godzinach siedziałyśmy z Kają skurczone na blacie komody, a Mirek ze Zdzichem nad naszymi głowami przenosili łóżko Ireny pod okno. W drzwi drapał rozhisteryzowany Garet, a Irena wcisnęła się w kąt przy maszynie do szycia, uruchamiając przy tych manewrach odkurzacz, który zawył znacznie głośniej niż Garet.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Mamo, nie teraz i nie w tym miejscu! – jęknęłam odchylając kolana i modląc się, żeby Zdzichowi ręka się nie omsknęła. Nie jestem pewna, czy moje ubezpieczenie obejmuje zatłuczenie tapczanem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W chwilę później ewakuowałam się do miasta. W domu zostawiłam rozhisteryzowanego psa, podekscytowane koty i Kaję przemawiającą łagodnym głosem do Ireny, która w jednym zdaniu twierdziła, że nie ma nic do roboty i spieszy się, bo ma pilną robótkę na drutach. Odprowadziło mnie kilka spojrzeń o różnym nasileniu chęci mordu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W rezultacie przemeblowania zrobiło się nieco więcej miejsca, koty dostały obłędu, a Garet tak się nakręcił, że każde szczeknięcie za oknem prowokowało go do wybijania wszystkich drzwi. Irena z pańskim gestem wyrzuciła dwie reklamówki szmat. No to zostały jeszcze tylko dwie tony, w większości ułożone w stosy na podłodze. Idzie ku lepszemu. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  12. :loveu: [FONT=Times New Roman]28.03.2007 środa[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] W poniedziałek ostrożnie skłonna byłam przyznać, że Garet dojrzewa. Ku mojemu zdumieniu, mimo iż przez pół dnia był sam, nie obrócił domu w perzynę. Co prawda sponiewierał ciężką, wełnianą poduchę z magnesami, na której w nocy trzymam nogi, jeśli akurat nie magnesuje się Koleś, ale to drobiazg. Łóżko, po wykopaniu ukrytej pod kołdrą poduszki, przypominało obszar intensywnych bombardowań. Ślady po spożyciu świeżej kości cielęcej wyglądały jak krew ofiar. W zdumienie wprawił mnie widok dwóch moich zamszowych butów, każdego od innej pary, zawleczonych do pokoju. Na dwumetrową szafę to już nawet Garet pomimo swych talentów alpinistycznych nie mógł się wspiąć. Musiał z nim współpracować któryś kot. Na przykład Koleś mógł to zrobić z wrodzonej uprzejmości. Wystarczyło hasło Gareta:[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ej, stary, zrzuć jakiś but![/FONT] [FONT=Times New Roman] -E-e-e… [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No zrzuć, nie bądź świnia![/FONT] [FONT=Times New Roman] BUM.[/FONT] [FONT=Times New Roman] A może Liszka albo Marchew z czystej niechęci. Rzucały w nadziei, że trafią. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Irena, o cudzie prawdziwy, zaczęła chodzić w gwiazdkowych pantoflach, a tym samym przestała szurać. W dodatku od kilku dni żaden kot nie nasikał mi w pokoju. Czegoś mi brakuje. Jeszcze parę takich numerów, a zacznę być odprężona. Boże, organizm nie wytrzyma![/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet, z uwagi na niedosyt towarzystwa w ciągu dnia, zaczął ze mną sypiać w nocy. Ciepła miękkość i rozkoszne chrapanie działają niezwykle kojąco. Jakoś się mieścimy, ale na koty już nie ma miejsca. Kiedy zauważył Kolesia panoszącego się w nogach łóżka, aż kwiknął z oburzenia. Rozkraczył się, balansując na uginającym się materacu, nastawił detektory na uszach w wojownicze trójkąty i wymownie trącił kota nosem. Koleś, cierpliwy i ugodowy, wskoczył na telewizor i zastygł w pozie wyczekiwania. Garet sprawdził, czy nie da się go zniechęcić, ale w końcu odpuścił. Obrzucił triumfalnym wzrokiem świeżo zdobyte pozycje i zauważył windującą się na łóżko Gacię. Westchnął chrapliwie i pacnął ją w łeb łapą. Gacia natychmiast mu oddała i przycupnęła pod zwisającą narzutą. Odczekała przyzwoitą chwilę i wysunęła w górę głowę ze stulonymi uszami. Niestety, spojrzała prosto w czujne oczy Gareta, który z zapartym oddechem czaił się zakotwiczony na moim brzuchu. Błyskawicznie dali sobie po ryju, oboje odskoczyli, a mnie przypadła rola trampoliny. Pozostało mi mieć nadzieję, że moje zszokowane narządy wewnętrzne wrócą w swoje anatomiczne położenia.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wynocha stąd, wszyscy! To moje łóżko! – zakończyłam działania wojenne. [/FONT] [FONT=Times New Roman] We wtorek, przed wyjazdem do Krakowa, wpadłam do domu tylko na chwilę. Bez żadnych złych przeczuć, bo Irena wychodziła na krótko, na targ. Garet, kiedy już przestał rzucać mną o ściany, wskoczył na fotel w kuchni i zaczął zachęcająco osuwać się bokiem po oparciu, nastroszywszy biały żabot. Na podłodze, przy fotelu, leżała góra beżowego puchu. Oskubał wielbłądka? Ale nie, wielbłądek cały i zdrowy leżał na progu spiżarki i łypał na mnie jedynym okiem. Gdzie ja widziałam futro tego koloru? – zastanawiałam się intensywnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co to jest?! – zapytałam złowróżbnym tonem. Właściwie powinnam domagać się odpowiedzi, co to było… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet zerknął na mnie z poczuciem winy spod długich rzęs i zakrył sobie czoło łapą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Fe! – potrząsnęłam nad nim garścią futerka. Wyglądało na to, że wyjątkowo zgadza się ze mną. I wtedy skojarzyłam. Nowe pantofle Ireny… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Szuranie zwiastowało zbliżanie się mojej matki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zniszczył mi pantofel – poinformowała mnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No, właśnie widzę… - czekałam na gromy, ale nie nastąpiły. Co się w tym domu dzieje?[/FONT] [FONT=Times New Roman] Z Krakowa, późno w nocy, przywiozła mnie Iwona. Miałam zaspokojoną potrzebę głębokich rozmów, ale byłam straszliwe zmęczona. Studiowanie własnego wnętrza metodą psychoanalizy przez grupę sfrustrowanych intelektualistów jest niezwykle wyczerpujące. Gdybyśmy mniej kombinowali, a więcej odczuwali i głęboko wierzyli w skuteczność podejmowanych wysiłków, efekty byłyby lepsze, a na pewno szybsze. Garet też był wykończony, chociaż nie sądzę, aby wywołał to ból egzystencjalny. Z wyczerpania przewracał mi się na nogi, ale czekał, aż skończę dusić dla niego mięso na następny dzień. Gacia i Koleś, wyspane i ożywione, skakały po meblach, aż futro z pantofla Ireny fruwało po całej kuchni. Nie miałam siły posprzątać i wreszcie zwaliliśmy się nieżywi na łóżko. Tym razem Garet miał bezsenną noc. Musiałam z nadmiaru wrażeń jęczeć i rzęzić, bo kilkakrotnie mnie budził liżąc po twarzy. Wątpię, aby robił to z troski o moje zszarpane uczucia. Po prostu przeszkadzałam mu spać. Rano sadysta tak wspaniale się przytulał, że musiałam zmobilizować wszystkie siły, żeby zwlec się z łóżka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Niestety, muszę mieć około godziny, żeby przygotować się do wyjścia. Najmniej czasu zajmuje mi nakarmienie zwierząt, najwięcej pobyt w łazience i nie chodzi o zaparcia. Przez chwilę rozkoszowałam się ciepłą wodą. Zasłużyłam na to, biegając do zwyrodniałego pieca co godzinę przez całe popołudnie. Wyciągnęłam rękę, żeby wziąć butelkę z żelem pod prysznic. Spróbowałam jeszcze raz. Rozejrzałam się, nagle rozbudzona i spenetrowałam wzrokiem wszystkie zakamarki. Ani śladu! Będę musiała przeszukać ogródek. Zadowoliłam się ziołowym płynem, w którym Irena moczy sobie nogi. Nawet nieźle się pienił. Nie miałam już czasu na przeprowadzanie śledztwa, bo po przytulaniu Gareta zostało mi jak zwykle niespełna pięć minut na wykonanie makijażu. To potrafię zrobić szybko. Z pewnością wyglądałabym lepiej, gdybym pięć minut poświęciła na prysznic, a pół godziny na makijaż. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wróciłam późno, ale za to mam już z głowy PIT-a. Kiedy Garet uspokoił się i uwierzył, że już nie zniknę mu z oczu, popędził do ogródka i wrócił z kawałkiem kości, wyraźnie świeżo ekshumowanym. Zaczął go z zapałem gryźć, oczywiście na fotelu w kuchni. Czysta narzuta, założona dwa dni wcześniej, szybko osiągnęła taki stan świeżości, jakby była pochowana wraz z kością. Gareta usatysfakcjonowało to do tego stopnia, że kość gdzieś porzucił i udał się na cowieczorne nabożeństwo żałobne pod regał. Odciągnęłam go stamtąd przy pomocy nowego bucika z błony. Nie mogłam go bardziej uszczęśliwić! W pląsach i skokach, z butem przeważnie unoszącym się nad głową, popędził do Ireny, żeby się pochwalić. Niestety, nie znalazł należytego zrozumienia. Jednak, ponieważ jest wyjątkowo upartym optymistą, podjął kilka kolejnych prób i Irena zacięła się na jednym zdaniu: -Wynoś się![/FONT] [FONT=Times New Roman] W nocy znalazłam zagubiony kawałek dojrzałej kości. Z tym, że zagubiony wydawał się tylko mnie. Z trudem oderwałam go od swojego prześcieradła z owczej wełny. Garet z niedowierzaniem patrzył, jak bezlitośnie wyrzucam to bezcenne wykopalisko. Zwiesiwszy smętnie głowę, poszedł po wielbłądka. Przyniósł go do łóżka i obaj ulokowali się w nogach z ciężkim, bolesnym westchnieniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  13. ;) [FONT=Times New Roman]25.03.2007 niedziela[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Gdy człowiek jest dobrze ubrany, od razu czuje się lepiej. Pod warunkiem, że nie ma w domu całego stada włochatych pęcherzy moczowych. W piątek, już rano, w minibusie, przez zapach perfum przebijał mi się wątek kociego moczu. Złożyłam to na karb swojej obsesji. Z upływem godzin, kiedy napiłam się kawy i odzyskałam przytomność, musiałam przeprosić sama siebie. Frustracja tak, obsesja nie. Zdesperowana, wrzuciłam wątek sików w Google i zaczęłam przeglądać kocie fora dyskusyjne. Nie znalazłam nic więcej, niż Kaja kilka tygodni wcześniej. Wręcz wyglądało na to, że w zakresie kociego moczu mam większe doświadczenie i celniejsze przemyślenia. Może dlatego, że normalni ludzie nie miewają tylu kotów w domu. Według mnie u nas w grę wchodzi znaczenie terenu z powodu zbyt dużego zagęszczenia zwierząt o bardzo wyrazistych i odmiennych osobowościach. Może nie tyle zagęszczenia, co obecności, bo gdyby tak odnieść ilość czworonogów do powierzchni, to nie jest źle. I ja to wszystko rozumiem, pod warunkiem, że akurat nie poraża mi nerwów węchowych ten odrażający zapach, albo nie napotykam kryształowo przejrzystych gał o spokojnym, wręcz obojętnym wyrazie, podłączonych z drugiego końca do opróżniającego się właśnie poza kuwetą zadowolonego z siebie pęcherza. Wtedy interpretuję to w kategoriach wrednej złośliwości i aż po czubek ostatniego włosa przepełniają mnie wszystkie znane psychologii uczucia negatywne. Ponieważ wciąż jeszcze, resztkami sił, udaje mi się pohamować chęć mordu, nie mam się nawet jak rozładować. Niewykluczone, że w ramach odwetu nasikałabym im do misek, gdyby nie pewność, że ten desperacki wyczyn wzbudziłby w nich najwyżej lekkie zaciekawienie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Taka dzisiaj jesteś poważna i nawet nie mówisz do siebie…. – powiedziała z troską Jola. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Oderwałam oszołomiony wzrok od monitora.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -O Boże. To już jest aż tak źle? Niepokoisz się, kiedy przestaję do siebie mamrotać? Muszę zacząć się bardziej kontrolować. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie, dlaczego? Człowiek musi czasem pogadać z kimś inteligentnym – pocieszyła mnie.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Pogadać. Czasem. Ale nie paplać bez przerwy! – jęknęłam starając się odegnać poczucie winy, że zamiast pisać informator dla niepełnosprawnych, grzebię w sieci jak w kuwecie. Rozgrzeszyłam się myślą, że z informatorem nadrobię w domu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Pogłębienie wiedzy niewiele mi dało i nadal od góry pachniałam ekskluzywnymi perfumami, a od dołu… też pachniałam. Sytuacja jak przy puszczeniu bąka. Każdy od najmłodszych lat wie, że należy wówczas rozglądać się pytająco i z lekkim niesmakiem wokół. Ponieważ ciężko by mi było przez cały czas się rozglądać, uformowałam mięśnie twarzy w możliwie wyniosłą minę. Na tyle wyniosłą, na ile pozwoliła mi przegrywana walka z grawitacją. Trudno unieść coś, co desperacko podąża ku ziemi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Do domu dotarłam zmarznięta na kość i zirytowana. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Może ci się wydaje? – zasugerowała Kaja, kiedy obwąchawszy swoje buty, spodnie i płaszcz zabrałam się za obwąchiwanie torby i worka na zakupy. Popatrzyłam na nią paskudnym wzrokiem. Ostatecznie to ona tak bezkrytycznie uwielbia koty. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zaczynam ich po prostu nienawidzić – oznajmiłam, drapiąc po plecach Kolesia, który przewiesił się przez moje ramię i przylgnął całym ciałem, mrucząc rozkosznie. –No, może z wyjątkiem Kolesia – dodałam sprawiedliwie. – Bydlak jest taki słodki… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dzięki temu, że Garetowi spadła na podłogę łopatka cielęca, udało mi się zdobyć fotel. Ten mniejszy, przy stole, od tygodnia zajmuje Gacia. Gdy już raz się zagnieździłam, przywarłam i postanowiłam się nie ruszać, bo to była jedyna szansa, żeby wygodnie zjeść obiad i wypić herbatę. Garet zawahał się i pobiegł z kością na moje łóżko. Wrócił za chwilę, żeby wymusić sałatę i czatować na coś słodkiego, gdyby przypadkiem się pojawiło. Kaja siedziała na taborecie i robiła nam prasówkę, ja, w roli podłoża, usiłowałam zminimalizować szkody.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -…Piszą, że picie kawy wcale nie wpływa na powstanie nadciśnienia. Nawet u kobiet, które wypijają sześć filiżanek dziennie… [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No widzisz! – stęknęłam z tryumfem, przesuwając Garetową piętę z wyrostka robaczkowego na udo. Poprawił się i usiadł mi na żołądku.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Filiżanek, mamuś, a nie półlitrowych kubków! Widzisz różnicę?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Garet, do diabła, wyjmij ten sękaty łokieć z mojego cycka! – wrzasnęłam. –Ale ja nie piję sześciu, tylko dwa. Najwyżej trzy… O Jezu! – zawyłam, bo Garet, zmieniając pozycję, trącił mnie ramieniem w ucho, wskutek czego wkrętka od kolczyka wbiła mi się w szyję. Nastawił detektory na uszach i przyjrzał mi się z lekkim zdziwieniem, po czym obwąchał palce, którymi sprawdzałam, czy powinnam założyć opatrunek uciskowy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Krwawisz? – zaniepokoiła się Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ominął tętnicę – uspokoiłam nas obie. –Wszystko w tym domu jest całkowicie nienormalne – oznajmiłam z przygnębieniem. Garet, straciwszy zainteresowanie moimi obrażeniami, przekręcił się na moim brzuchu, przygryzł sobie wargę i usiłował przeniknąć przez szparę do szuflady z lekami, gdzie ukryłam wafelki czekoladowe. Kaja wzruszyła ramionami i zgarbiła się na taborecie, za to Gacia wyciągnęła się w swoim fotelu i wbiła pazury w blat stołu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Z upływem czasu opadało ze mnie całotygodniowe napięcie. Kaja zamykała drzwi, które otwierał Garet, żeby szalejący wiatr nie wywiał nam z domu resztek ciepła i ona martwiła się, kiedy wyłączyć elektronikę w piecu, żeby resztki węgla spokojnie dopaliły się na awaryjnym palenisku. Krzywym okiem patrzyła na to, że wypędzam koty spod kanapy przy pomocy dezodorantu, ale odpowiadałam jej wojowniczym spojrzeniem, więc nic nie mówiła. W drodze wyjątku zmilczałam, kiedy przydreptała Gacia, bo wiem, że jest organicznie związana z Kają i po prostu musi łazić za nią jak cień. Co chwilę syczała i pyskowała na Gareta, który włóczył się za nimi prezentując klasyczne objawy zazdrości. Wreszcie wszyscy troje ułożyli się na kanapie przed telewizorem.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zaczyna się wiosenna pogoda! – zaraportowała Kaja optymistycznie, obejrzawszy prognozę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Szczerze wątpię – wymamrotałam, wpatrując się tęsknie w łóżko.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zobaczysz, jutro już będzie ładnie![/FONT] [FONT=Times New Roman] Sobota wstała wietrzna, zimna i ponura, co miałam okazję stwierdzić wcześniej, niż zamierzałam. O wpół do piątej obudziły mnie jakieś upiorne dźwięki, które po chwili pełnego grozy osłupienia zidentyfikowałam jako koci sejmik odbywający się w naszym ogródku. Z ilości głosów wnioskując, był to zlot ogólnokrajowy. Garet, brutalnie wyrwany ze snu, po chwili zaskoczenia dostał szału. Po raz pierwszy w życiu słyszał coś równie okropnego i chyba doszedł do wniosku, niewiele odbiegającego do prawdy, że to inwazja kosmitów. Wskoczył na mnie, oparł przednie łapy na parapecie i podniósł rozdzierający lament. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zamknij się! – wrzasnęłam. –To koty! Jeszcze więcej cholernych kotów![/FONT] [FONT=Times New Roman] Nawet, jeśli mi uwierzył, pragnienie, aby zbadać rzecz osobiście, było niemożliwe do zwalczenia. Kiedy nie udało mu się wyjść przez okno, z hukiem wydostał się na korytarz, ale na tym się skończyło, bo pozostałe drzwi były zamknięte. Długo próbował je wyważyć, aż ściany drżały, wreszcie popędził na górę i tam zaczął się awanturować. Szczekał basem i dyszkantem, w tym samym czasie jęczał, świstał i wył. Pies – orkiestra. Udało mu się obudzić Kaję i babcię, obie zaczęły złorzeczyć, a Kaja wstała, żeby wypuścić go na dwór. Kiedy usłyszałam, jak ze złością wali stopami w schody, wrzasnęłam, żeby się nawet nie ważyła, bo sąsiedzi wezwą policję, jeśli do kotów dołączy nasz pies. Po godzinie ciężkich doznań akustycznych udało nam się jeszcze zasnąć. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Z zakupów wróciłam obładowana jak karawana, przewiana na wylot i zmarznięta na kość. Garet dostał nową zabawkę, świnkę morską, zupełnie jak żywność bez konserwantów – kolor i inne rzeczy identyczne z naturalnymi. Jak dziecko – porzucił inne maskotki i zainteresował się nową. Z nadmiaru uczuć od razu odgryzł jej jedno oko i urwał jedna łapkę. Miło się zrobiło, rodzinnie, udało mi się zdobyć fotel w kuchni, otuliłam się kocem, pod koc wlazła Gacia i zaczynałyśmy się właśnie rozgrzewać, kiedy Garet postanowił wyjrzeć przez okno. W tym celu musiał wskoczyć na fotel, co uczynił z właściwą sobie delikatnością bezbłędnie trafiając jedną łapą na Gacię, a pozostałymi trzema na mnie. Przeżyłyśmy. Garet przez chwilę usiłował zrozumieć, dlaczego podłoże drze się kilkoma głosami, ale to było zbyt trudne, więc bez żalu porzucił temat. Gacia zaś porzuciła mnie i nastrój prysł. Nie pozostało po nim ani śladu, kiedy przez otwarte drzwi zauważyłam Marchew pospiesznie zmierzającą krzywym truchtem z mojego pokoju do pokoju babci. Zapadała się w środku bardziej, niż zwykle, a łaty ledwie za nią nadążały. Poderwałam się, tknięta złym przeczuciem, i popędziłam do pokoju. Na bawełnianym futrzaku, którym przytomnie przykryłam fotel przy kanapie, rozlewała się kałuża. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -AAAA!!!! Cholera!!! Zabiję tego pokracznego gada!!! Gdzie jest ten łaciaty pokurcz?! – wrzeszczałam nad zaskoczoną Ireną, manewrując dywanikiem jak pełną filiżanką. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Przecież ona u ciebie nie była…[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jak nie była?! Na własne oczy widziałam, jak wiała na tych krótkich łapach, ścierwo jedno wredne! I to ja tę obrzydliwą przybłędę przygarnęłam, na mózg mi się chyba rzuciło!!! [/FONT] [FONT=Times New Roman] Rozejm diabli wzięli. Z braku broni nosiłam przy sobie dezodorant gotowy do strzału. Omal przy tym nie dostało się Garetowi, który jak co wieczór wcisnął się między fotel i okrągły stolik i usiłował wpełznąć pod regał, co było o tyle niewykonalne, że nawet łapy z trudem mu się tam mieściły. Jęczał przy tym, wzdychał i rzucał nam spojrzenia zdołowanego saksofonisty. Kaja jak zwykle dała się nabrać. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale, Garecik, tu naprawdę nic nie ma! – wystękała z nosem pod regałem i z pełnym oczekiwania psem na plecach. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jasne, że nie ma. Pochował pod regałem coś, czego nie widać gołym okiem i co wieczór odprawia nabożeństwo żałobne – powiedziałam zgryźliwie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Niedzielny poranek wstał równie promienny, jak Garet. Obaj byli cierpliwi. Ponieważ koty zrezygnowały z powtórnej sesji w naszym ogródku, a okoliczne psy chwilowo milczały, nic nie wprawiło go w nastrój histerycznego podniecenia. Leniwie kotłował się w łóżku, co jakiś czas przynosząc sobie nową zabawkę, a kiedy zrobiło nam się naprawdę ciasno, położył się na brzuchu wyciągnąwszy w tył obie nogi i zaczął gmerać pazurami w obudowie telewizora. Na wszelki wypadek odłączyłam go od sprzętu. Nawet nie protestował, za to postanowił wyjrzeć przez okno. Żeby mieć towarzystwo, położył na parapecie świnkę morską, potem stanął na moim ramieniu i zaczął smarkać na szybę. W takich warunkach nie dało się spać, więc wylazłam z łóżka, wzięłam prysznic i przystąpiłam do znienawidzonych zabiegów remontowych. Postanowiłam zacząć od oskrobywania pięt. Udało mi się skompletować niezbędne narzędzia, przysunęłam sobie papierosy i popielniczkę, usiadłam w fotelu w kuchni i włożyłam nogi do miednicy. I w tym momencie rozległ się dzwonek. Kocham swoich przyjaciół, ale moja miłość rośnie wraz ze słońcem. Wydałam pełen protestu jęk i czekałam, jak sytuacja się rozwinie. Uświadomiłam sobie, że nijak, bo Irena i tak nie słyszy, a Kaja w nocnej koszuli poszła do piwnicy wybrać popiół z pieca i też na pewno nie słyszy. Nie doceniłam jednak Gareta. Przytuptał z pokoju, skoczył na klamkę, jak zwykle odginając się głęboko do tyłu i przewracając oczami, otworzył drzwi i wybiegł radośnie. Za chwilę usłyszałam, jak skacze na drzwi wejściowe. I głos Artura.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cześć, berecik! Dzień dobry! Jest tu kto? Pies mi drzwi otworzył! – poinformował, wkraczając do kuchni. –Co ty robisz? – spojrzał z niesmakiem na moje nogi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Pięty sobie obcinam – warknęłam – A ty co, nie możesz spać? Niedziela jest! [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ja już miałem przed ósmą pacjenta. Jezu, przestań, bo mi się coś dzieje! Nie mogę na to patrzeć! Stopy mnie bolą! – umknął do pokoju. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet, wciąż gnąc się w powitalnych preclach, porwał ze stołu suchą bułkę, która Irena przygotowała to tarcia i wskoczył mi na plecy. Sympatia sympatią, ale Artur był potencjalnie groźny. A nuż wepchnie mu termometr do odbytu albo wsadzi paluchy do gardła. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Skończyłaś?! – wrzasnął Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Dopiero zaczęłam! Nie denerwuj mnie, bo utnę sobie nogę![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Przestań, bo mi się słabo robi![/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet usiadł mi na ramieniu, dyszał spazmatycznie i sypał mi okruchy za kołnierz.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wspaniale! Mam psa na plecach i ostre narzędzie w ręce![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wyszłabyś już z tej miednicy – powiedziała z niezadowoleniem Irena, przywitawszy się z Arturem. Garet pomachał ogonem, strącając mi mokre włosy na twarz. Bułkę przytomnie wypluł za fotel. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Skończyłaś?! – wrzasnął Artur.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cholera! Jaki ty jesteś upierdliwy! Za dziesięć lat będziesz nie do wytrzymania! Odczepcie się ode mnie! Garet, nie zlizuj mi odżywki! I złaź z moich pleców! [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, Garecik, czemu siedzisz mamusi na plecach? – w drzwiach pojawiła się Kaja w usmolonej koszuli nocnej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Bo Artur siedzi w pokoju – wyjaśniłam treściwie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, dzień dobry…[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cześć! Czy twoja matka wreszcie skończyła? Nie mogłabyś tego robić tarką? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie, bo to połowiczne rozwiązanie. Jeszcze peeling. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co to jest peeling? – jęknął Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Takie coś ziarniste, co usuwa resztki zrogowaciałego naskórka i skóra staje się jedwabiście gładka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie lepszy kwas solny?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kwasy są, ale owocowe. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -I co te kwasy owocowe robią?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Odwal się! Gdzie jest mój krem do stóp?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, Boże!!! – zawył Artur. Garet współczująco zachuchał mi do ucha i wbił pazury w nerkę.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zwariuję w tym domu… – wyszeptałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po południu opalaliśmy się z Garetem w ogródku. Garet czynnie. Właściwie można go uznać za odwrotność bardzo pracowitego kreta. Właśnie wykopał dołek w tulipanach i chłodził sobie podwozie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No, ja czarno widzę ten nasz przyszły trawnik – powiedziałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale on na trawie nie kopie, tylko w grządkach. Garecik, zostaw te kwiatki! Nie wolno![/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet w odpowiedzi zamachał radośnie ogonem, wywalił cały ozór i umościł się wygodniej. Bardzo był pobudzony, a po spacerze odbiło mu jeszcze bardziej. Kaja mimo wszystko usiłowała mnie wymasować. Odebrała mu po kolei obie moje skarpetki, jakieś papiery babci i Perłę. Wydawało się, że dał za wygraną. Przez chwilę grzebał beznadziejnie pod regałem, potem urwał śwince morskiej przedostatnią łapkę, wreszcie podreptał do kuchni i długo czymś hałasował. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co on tam robi? – zaniepokoiła się Kaja.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie chcę wiedzieć – wymamrotałam w zgięcie łokcia. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Za chwilę usłyszałam raźne tuptanie, zaraz potem – głuchy stuk i pełen zgrozy okrzyk Kai.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Garet! Ty głupolu! [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co on zrobił?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Mąkę wyjął z kredensu i taszczył na kanapę. Dobrze, że torebka nie pękła. Fe! Zostaw! [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, Boże… A jutro zostaje sam w domu. Ratunku![/FONT]
  14. :cool3: [FONT=Times New Roman]22.03.2007 czwartek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Nie spodziewałam się nowej dostawy śniegu ani w przeddzień, ani w pierwszy dzień wiosny. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że to co leży, grzecznie stopnieje, przez noc trawa nabierze ożywczej, jasnozielonej barwy, a pogodny ranek będzie rozbrzmiewał radosnym świergotem ptaków. Rozumie się, nie oczekiwałam, że będą świergotać za oknem. W naszym ogródku od kilku lat nie pojawiają się ptaki, co dobrze świadczy o ich inteligencji. Nawet ptasi samobójcy wybierają inny rodzaj śmierci niż kocie szpony. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Mglistym, śnieżnym rankiem wybrałam się z latarką na strych, żeby znaleźć jakieś zimowe buty. Udało mi się wymacać tylko jedne, jak się wkrótce okazało, skrzypiące żałośnie po nawilgnięciu. Nawilgły już w połowie drogi na przystanek, natychmiast się rozgadały i nie zamknęły się do późnego popołudnia, kiedy wróciłam do domu i szlag mnie trafił już w progu. Na pogryzionym wieszaku z IKEI, który Garet kopał po całym korytarzu w powitalnej epilepsji, jeszcze rano wisiał mój najlepszy płaszcz z mięsistego kaszmiru. Chwilowo udało mi się zlokalizować tylko dwa małe strzępki jedwabnej podszewki, ukryte pod swetrem Ireny wciśniętym pod kaloryfer. Bezskutecznie przeszukałam krzaki przed domem i ogródek, czując, jak narasta pulsujący ból głowy i poczucie nierealności. A już miałam wrażenie, że po przespanej po hydroxyzynie nocy udało mi się osiągnąć namiastkę równowagi. Pocieszyłam się myślą, że Irena zdołała ocalić mój płaszcz, przynajmniej w większości, i gdzieś go schowała. Nie mogłam jej o to zapytać, bo zostawiłam ją u fryzjera akurat na etapie, kiedy protestowała przeciwko odchylaniu głowy do tyłu, bo od tego dostaje zawrotów. Za usługę zapłaciłam z góry, cicho i dyskretnie, bo gdyby dowiedziała się, ile, dostałaby zawału na miejscu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Cały dom cuchnął kocim moczem, więc zabrałam się do sprzątania zamierzając przy okazji wypróbować nowe urządzenie do mycia podłogi, z tych, co to maja ułatwiać pracę pani domu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Rzucając Garetowi mordercze spojrzenia pozbierałam rozwleczone po okolicy ubrania i zamiotłam kilka tysięcy kawałków z pudełka po lodach i wieszaka. Natychmiast włączył się do akcji otwierając z hukiem wszystkie drzwi. Kiedy zamknęłam je po raz trzeci, tym razem na klucz, zaczął przesuwać meble w poszukiwaniu piłeczki do tenisa. Piłeczkę znalazłam za piłką rehabilitacyjną, całą nasiąkniętą kocim moczem. Wydałam nieartykułowany, pełen furii wrzask, od którego znikły z pola widzenia wszystkie koty, a Garet natychmiast grzecznie uszczelnił drzwi na korytarz. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Pozbywszy się cuchnącej piłki zdarłam z kanapy zaśmiecony wełniany koc i wrzasnęłam jeszcze głośniej, a potem ryczałam już bez przerwy jak wkurwiony bawół, informując wyczerpująco zaskoczony wszechświat, co zrobię z tymi xxxx xxxx xxxx xxxx kotami, kiedy je dorwę. Gdybym miała dostęp do broni palnej, problem znikłby bezpowrotnie i nawet nie byłoby po co kopać dziur w ogródku. Wystarczyłoby kilka małych zrobionych pęsetą… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kanapa była zlana w trzech miejscach, podłoga w każdym kącie. Urządzenie do ścierania rozpadło się przy pierwszej próbie, a zachwycone powodzeniem dzieliło się podczas każdego zdejmowania myjki. Kanapę wyczyściłam w takim stopniu, w jakim to było możliwe, ale bez profesjonalnego czyszczenia się nie obejdzie. Ponieważ chwilowo przyczyna problemu wydawała się niemożliwa do usunięcia, wyszło mi na to, że muszę poślubić faceta z kärcherem. Choć może taniej by było kupić za straszne pieniądze samą maszynę… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Jednym ruchem wyszarpnęłam spod łóżka i wyniosłam na strych wioślarza, potwornie ciężkie urządzenie do ćwiczeń, którego w normalnych warunkach nie mogłam przesunąć bez kwadrofonicznego sapania. I tak było bezużyteczne, chyba że ktoś lubi amputować sobie pięty, rozcinać ręce o ostre części i nadrywać ścięgna. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W kuchni sytuacja była niewiele lepsza. Kałuże za fotelem i pod kaloryferem oraz plama na fotelu. Rozważałam, w braku pistoletu maszynowego, użycie wielkiego topora, który niedawno nabyłam do rąbania drewna, gdybym przypadkiem zdołała go podnieść. Masując mrowiącą z bólu głowę przekonywałam sama siebie, że jestem cywilizowanym, wykształconym człowiekiem. Humanistą. Siekiera stanowczo wykluczona. Może jakaś łagodnie acz stanowczo działająca trucizna. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Irena wróciła od fryzjera niezadowolona, co było do przewidzenia. Pomogła mi zlokalizować płaszcz, który istotnie ocaliła i to nawet dwukrotnie. Rozwiesiłam koce i wrzuciłam go do pralki. Potraktowałam silnym strumieniem dezodorantu Liszkę, która wśliznęła się pod fotel w kuchni. To samo zrobiłam z Perłą. Wypadła spod kanapy prosto w łapy rozochoconego Gareta. Z pokoju babci wyskoczył już tylko Garet. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przed snem zasunęłam szczelnie bambusowe parawany, żeby uniemożliwić wejście do pokoju wszystkim pęcherzom moczowym. O pierwszej w nocy odstąpiłam od krwawych planów i postanowiłam myśleć twórczo. Koniec z pokojem przechodnim. Oddzielę się ścianą nawet, gdyby to była ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu. O drugiej zrezygnowałam z pustaków na rzecz regipsów. O trzeciej byłam skłonna iść na kompromis i postawić ścianę do wysokości około dwóch metrów, żeby ocalić trochę światła wpadającego do kuchni. O czwartej, z uwagi na cenę, zrezygnowałam z luksfery, za to zaczęłam rozmyślać o poliwęglanie starannie odsuwając pokusę wyduszenia wszystkich kotów, co wyszłoby znacznie taniej i w dodatku dało mi sporo satysfakcji. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Poliwęglan jest cholernie drogi! – zaprotestował Mariusz, który podobnie, jak miesiąc wcześniej, obiecał, że za trzy tygodnie zajmie się moim remontem. Przeszliśmy wszystkie fazy moich nocnych rozmyślań wstecz, przy czym Mariusz bez przekonania zaproponował jakieś okno w tej ścianie. Spojrzeliśmy na siebie z zakłopotaniem i pospiesznie zatrzasnęliśmy skrzynię z makabrycznymi pomysłami dopuszczając do głosu swoje artystyczne dusze. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -… Czyli drewno, coś w rodzaju altanki wyjdzie, będzie pasowało do podłogi. A na górze może jakąś półkę? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Właśnie! – ożywiłam się - Półkę, a na niej kwiatki, taka kaskada zieleni![/FONT] [FONT=Times New Roman] -No to jesteśmy umówieni. Za trzy tygodnie zaczynamy u ciebie i przez miesiąc popołudniami zajmujemy się tylko twoim remontem.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Przez miesiąc?... – zapytałam słabym głosem powalona wizją zaścielających dom gruzów. –A nie dałoby się tej łazienki jakoś szybko? Na to, co jest, regipsy, a na nie nowe kafelki? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie. Trzeba wszystko skuć. Jak już robić, to porządnie! – Mariusz popatrzył na mnie z naganą. Westchnęłam ciężko starając się nie myśleć, jakie koszmarne niespodzianki budowlane w trakcie tego kucia wyjdą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nic z łazienką nie rób, wszystko jest całkiem dobre, a kafelki są jak nowe! – zawołała Irena. Cóż, wielu klientów w kostnicy wygląda podobnie, a nie żyją… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dziś moja matka, z satysfakcją wskazując kałuże w pokoju, oznajmiła, że to bezrozumne zwierzę, czyli Garet, przerwało na chwilę bieganie od drzwi do drzwi, podniosło nogę i obsikało parawan. Zacisnęłam zęby i poczułam, że ból głowy nasila mi się kaskadowo. W trzy godziny później skończyłam sprzątanie i usiadłam w fotelu obiecując sobie, że jeśli Garet jeszcze raz, wydając bolesne jęki, w sekundę po wpuszczeniu z dworu pootwiera wszystkie drzwi, ogłuszę go jednym celnym ciosem i wreszcie zapadnie cisza. Wywarczałam dobitnie swoje uczucia i Garet wreszcie spasował. Poświstując z urazą wskoczył na kanapę. Nie wiadomo skąd wyjął spory kawałek wczorajszego wieszaka i zasypał mi kawałkami plastyku całą kanapę i pół pokoju. Skończywszy leżakowanie, z rozdzierającym kląskaniem runął na drzwi kuchenne, a zanim walnęły o ścianę, on już zdążył wyszarpać z zamka te do piwnicy i właśnie trzaskał klamką od wejściowych. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W kolejnym wcieleniu będę miała najwyżej żółwia i ewentualnie glonojada, a z futrzastych włochatą gąsienicę (broń Boże po kilka z jednego gatunku, bo natychmiast okazałoby się, że żółwie podnoszą łapę i leją po meblach, glonojady wyczołgują się z akwarium i wyszczególniają się na kanapie, a gąsienice… cóż, powoli, ale na pewno dopełzną wszędzie). Dzięki temu uda mi się zachować dobre mniemanie o sobie, będę żyła spokojnie i szczęśliwie w przekonaniu, że kocham zwierzęta. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  15. [quote name='mar.gajko']HA,HA! Mam Cię! Ja ci wynajdę takiego samego Gareccika, coooooo; no nie odmawiaj; też bedzie wesoło:evil_lol:[/quote] :shake: A kiedyż to chrzestnego synka odwiedzicie, niedobre ciotki?! J
  16. Och, Wasze komentarze zawsze podnoszą mnie na duchu. Powiem więcej - w gorszych okresach dodają sensu mojemu życiu. Pozdrawiam i całuję serdecznie - dziś małego potwora odpchlimy i zaszczepimy. Mam plan, żeby na własnych, ślicznych łapach poszedł do weterynarza, ciekawa jestem, jak zareaguje jako normalny pacjent, bez komfortowej obsługi w domu. J
  17. :roll: Pozdrawiamy swędząco i serdecznie. [FONT=Times New Roman]14.03.2007 środa[/FONT] [FONT=Times New Roman] Próbowałam namówić Kaję, żeby jechała w poniedziałek rano. Odpadłby mi wtedy stres porzucania Gareta, ponieważ nie wychodziłabym ostatnia, bo Kaję do wstania o świcie zmusiłyby tylko nadzwyczajne okoliczności, których nawet nie potrafię sobie wyobrazić. Niestety, mimo iż oboje z Garetem patrzyliśmy na nią z bezgraniczną żałością, produkując dolne półksiężyce, pozostała nieugięta. Wzdychając ciężko co jakiś czas, dotrwaliśmy do północy i poszliśmy spać. Garet na kanapę, ja na swoje łóżko, Koleś na mnie. Gdy uchyliłam powieki, zauważyłam czające się obok łóżka białe widmo. To Marchew podążyła jak zwykle śladem ukochanego i czekała, kiedy zasnę, żeby bezszelestnie wskoczyć i wtulić się w Kolesia. Syknęłam zniechęcająco, ale wcale się tym nie przejęła. Przepłynęła w inne miejsce i nadal czułam na sobie jej czujne, asymetryczne spojrzenie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kwadrans przed dzwonkiem budzika Garet wlazł na łóżko i przytulił się rozkosznie. Mały sadysta, z trudem zmobilizowałam się do wstania. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Nie znoszę wychodzić z domu ostatnia, a poniedziałek to dzień, kiedy Irena zapomina, że jest niedołężną staruszką i wybiera się w swoje wojaże. Garet ostatnio zaprzestał rozdzierających lamentów i łapania mnie zębami za ubranie, za to zwija się w fotelu w pozie udręczonej rezygnacji i śledzi mnie rozdzierająco smutnym wzrokiem, który powoduje, że czuję się jak morderczyni i przez wiele godzin nie opuszcza mnie poczucie winy. W połączeniu z wyobraźnią, która podsuwa mi obrazy zniszczeń dokonywanych w odwecie za porzucenie, jest to mieszanka dobijająca. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dziś wysiliłam cały swój spryt i zostawiłam na brzegu kredensu kilka kruchych ciasteczek w torebce. Wykombinowałam sobie, że Garet dzięki nim zaspokoi częściowo swoje złodziejsko-niszczycielskie zapędy. Pięciolitrową butlę po wodzie mineralnej postawiłam na podłodze. Miała służyć do wyładowania frustracji. Garet wypróbował ją od razu, wskutek czego moja ledwo przygładzona fryzura od nowa stanęła dęba. Gdybyśmy tak hałasowali w bloku, skończyłabym w pudle. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dziś zaczynałam dzień od wizyty u lekarza medycyny pracy. Siedem osób przede mną załatwił w kwadrans, toteż domyśliłam się, czego mogę się spodziewać. Zerknął na mnie tylko raz spod obrzmiałych powiek, gdy pochwaliłam, że ma ładny bluszcz na parapecie. Był tak skupiony na cudownym uzdrawianiu, że z trudem wypuszczał spomiędzy spękanych warg świszczący oddech. W ciągu kilku minut odrósł mi woreczek żółciowy i zregenerowała się tarczyca. Kurde, pielgrzymki powinny do niego walić drzwiami i oknami. Mróz przeleciał mi po plecach, kiedy wyobraziłam sobie, że może zdarzyć się desperat, który przyjdzie się do niego leczyć. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po południu zdążyłam na wcześniejszy autobus, więc poszłam zapisać Irenę do mojego fryzjera w salonie L’Orealu. W niedzielę bowiem, ku naszemu zdumieniu, oświadczyła, że rezygnuje z robienia trwałej i zaczęła się zastanawiać, co ma począć z włosami, po czym oznajmiła wyzywająco, że zostawi je takimi, jakie są. Zgodnie z oczekiwaniem, gorliwie zaczęłyśmy ją przekonywać, że profesjonalne podcięcie czyni cuda. Nie wiem, czy wizyta w salonie dojdzie do skutku, bo przez tydzień może sto razy zmienić zdanie, ale przynajmniej spróbowałam. Chociaż, nawet z włosami nietkniętymi przez fryzjera, wygląda lepiej, niż dwie kobiety, które siedziały naprzeciwko mnie na czwartkowym szkoleniu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wszystkie szkolenia działają na mnie w ten sam sposób. Natychmiast po zajęciu miejsca czuję rozlewający się w całym ciele ołowiany ciężar i zaczynają mi opadać powieki, po czym ogrania mnie przemożna senność. Z każdą minutą jest gorzej. To samo miałam na wykładach, toteż wypracowałam całą technikę aktywnej drzemki. Co jakiś czas, gdy udaje mi się przebudzić, chrząkam, pilnie skrobię parę słów i obrzucam bystrym wzrokiem wykładowcę. Potrafię również przez sen drapać się po czole, pocierać brwi i bazgrać długopisem markując robienie notatek. Wszystko to świetnie działa, jeśli nie zachrapię. Męczę się jednak przy tym straszliwie i mam poczucie winy, ale nie jestem w stanie powstrzymać utraty przytomności. W takim stanie można mnie nawet operować. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Tym razem, zanim straciłam świadomość, mój konający wzrok padł na kobiety po drugiej stronie sali i ocknęłam się z nieprzyjemnym uczuciem, że zjawy senne przybierają coraz bardziej realne kształty. Ale to była rzeczywistość. Dwie damy, o niezłych figurach, nieco tylko starsze ode mnie, wyglądały tak, jakby przez zapomnienie wyniosły na głowach z salonu kopuły wielkich suszarek fryzjerskich. Obie konstrukcje były identyczne, różniły się tylko kolorem – jedna szara, druga żółta. Na każdej mógłby bez problemu wylądować śmigłowiec, a co najmniej zakochana para dobrze odżywionych bocianów.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, rany! – powiedziałam z podziwem. –Mają tego samego fryzjera! Chociaż… może to architekt… - i zasnęłam uspokojona, że niewiele gorszych rzeczy może mi się przyśnić, więc jest szansa, że nie będę wydawać kompromitujących okrzyków przerażenia. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Co do ciasteczek miałam rację. Cała kuchnia usiana była strzępami torebki. Na podłodze były też kłęby jakiegoś nadzienia, ale nie wiem, z czego. Albo Garet zamordował którąś ze swoich zabawek, albo wreszcie dobrał się do wnętrzności zimowej kurtki Kai, którą uporczywie ściąga z wieszaka. Wolałam nie sprawdzać. Przez całe popołudnie i wieczór mordował butelkę po wodzie z takim zapałem, że aż się przegrzał. Doznałam poważnego uszkodzenia narządu słuchu, a Irena narzekała na hałas, co oznaczało, że udało mu się osiągnąć poziom startującego odrzutowca. [/FONT] [FONT=Times New Roman] We wtorek w południe minę miałam identyczną jak Garet rano, kiedy go zostawiałam. Okazało się, że kadrowa w poprzedniej pracy nie zaliczyła mi do wysługi lat okresów pobierania zasiłków. Jestem cztery lata i nagrodę jubileuszową w plecy. Że też nigdy nie przydarzy mi się niespodzianka w drugą stronę![/FONT] [FONT=Times New Roman] Po południu, po krótkiej zabawie, porzuciłam Gareta po raz drugi, bo jechałam do Krakowa. Po powrocie czekało mnie jeszcze wyniesienie worków ze śmieciami, bo jak zwykle pojemnik się przejadł już w połowie miesiąca. Nie mam pojęcia, jakim cudem inne rodziny mieszczą swoje odpady w takich samych. Idąc podjazdem, zbierałam naręcze swoich ubrań, które syn diabła wywlókł z domu. Weszłam przez balkon, czym tak zaskoczyłam Gareta, że osłupiał i zamarł w bezruchu. Dopiero po chwili uwierzył, że to nie koszmar senny i podjął energiczne próby zabicia się o meble. W powitalnym amoku nic do niego nie dociera. Kiedy ochłonął, rozgonił koty ryjąc podłogę pazurami i wydobył skądś butelkę, która straciła swój pierwotny kształt, ale hałasowała wciąż tak samo. Przerwy w łoskocie były tylko wtedy, kiedy zaczynał się zapamiętale drapać. Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Pchła, którą znalazła Kaja, nie była eremitką. Gwałtownie potrzebujemy Frontline. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dziś udało mi się dodzwonić do prawnika z PIP-u. Mogę zgłosić roszczenia finansowe, jeśli zdołam udowodnić, że poprzedni zakład pracy miał dostęp do wszystkich dokumentów. Ciekawe, jak. Kserokopie w moich aktach to nie budynki i w stosownej chwili znikną. Do śmierci pozostanę naiwną kretynką. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zadzwoniłam do Artura i zgłosiłam stan wyjątkowy. Frontline będzie jutro, Kaja odbierze, bo w tym tygodniu przyjeżdża wcześniej. Na razie czarny potwór się drapie, a ja cierpię. Może przez to jest bardziej pobudzony, niż zwykle. Co chwilę ma jakieś starcia z równie pobudzonymi kotami. Na koty działa wiosna. Pół Kolesia gdzieś znikło, a pozostała połowa zachowuje się jak obłąkana. Dziś oczy świeciły mu na czerwono. Nawet Gacia wreszcie zdecydowała się wyjść na dwór. Ledwie zdążyła z powrotem – wpadła do łazienki i zaraz rozparasoliła się nad kuwetą. Dlaczego, do diabła, nie mogą sikać na zewnątrz?![/FONT] [FONT=Times New Roman] Irena straciła cierpliwość i skasowała Garetowi butelkę. W odwecie skoczył pomiędzy jedzące koty i zszuflował im pasztet. Od razu dostał w mordę od Liszki. Była tak rozjuszona, że goniła go przez pół kuchni. Żeby zachować twarz, pacnął łapą Gacię, ale mu oddała. Wyraźnie miał pecha. Lepiej mu poszło w ogródku. Darek przywiózł sobie kilka kubików długich, bukowych kłód do kominka. Chłopcy ułożyli je pięknie, równiutko wzdłuż ogrodzenia. Nie mam pojęcia, jak on jest w stanie udźwignąć taki klocek w mordce, ja tego w jednej ręce nie uniosę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Gdy skończyłam zbierać kłody, rozejrzałam się po ogródku. Te cebulkowe, które nie skończyły młodego żywota z chrzęstem pod kopytami Gareta, już wyjrzały na świat. Wyglądają jak ciche okrzyki optymizmu wśród kawałków drewna, podartych papierów, woreczków foliowych i ubłoconych maskotek. Nie wiem, co nam wyjdzie z tego zagospodarowania ogródka, jeśli nie założymy jakichś zasieków. Początkowo myślałam naiwnie, że na trasie przebiegów Gareta założymy ścieżki. Ale czy ogródek składający się z samych ścieżek nadal będzie ogródkiem? [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  18. :cool3: [FONT=Times New Roman]Po południu Mariusz z Marcinem przyszli założyć mi drewniany parapet w pokoju. Polegało to na tym, że Mariusz zakładał, a Marcin kiwał się patrząc tępo przed siebie i popijając piwo. Potem Mariusz spontanicznie zabrał się za montowanie syfonu do zlewozmywaka. Pomagała mu Kaja, a ja tymczasem próbowałam nakłonić Mariusza do tego, żeby włączył się w skręcanie komody. W efekcie jego bezwład udzielił się mnie i oboje kiwaliśmy się nad kawałkami komody, z tą różnicą, że ja nie piłam piwa i zdradzałam jakieś szczątkowe przejawy inteligencji. Z kuchni dobiegały wybuchy śmiechu. Mariusz, jak każdy artysta, kreatywny i jak nie każdy artysta, pracowity, radził sobie z syfonem w czystym natchnieniu, tym bardziej, że do zlewozmywaka dołączono niewłaściwy typ i tworzyć trzeba było na bieżąco. Mariusz przy tym ma tak niesamowity urok osobisty, że nie sposób go nie kochać. Nawet Garet się nie oparł. Pomagał z całych sił, na szczęście łupy zagryzał na kanapie, więc większość udało mi się uratować. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Kaja, gdzie jest taka duża, czarna, gumowa nasadka? – zadudnił Mariusz z głową w szafce.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Duża czarna?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ta duża czarna? – zapytałam, usiłując oderwać poszukiwany przedmiot od Gareta. Ciężko szło. -Czy ona musi być bardzo cała?... O, mam. Trochę się zużyła na brzegach. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Kiedy ten potwór to ukradł?! – zdenerwowała się Kaja. –Przecież cały czas mam go na oku! Musimy mu kupić kaganiec. Co on znowu gryzie? Wypluj! A, to ta ucięta rurka. Gryź sobie… [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przez resztę wieczoru skręcałyśmy we dwie plus Garet, komodę. Nieźle nam poszło. Można rzec, byłyśmy upojone sukcesem, dopóki nie wyszło na jaw, a raczej na podłogę, że zatkał się odpływ zlewozmywaka. Po dokładnych oględzinach stwierdziłam, że przyczyna tkwi w ścianie. Klnąc bez przekonania, spróbowałam to przetkać wiekową spiralą. Kaja dzielnie pomagała, Garet radośnie rozgrzebywał wystawione z szafki śmieci. Przez chwilę wydawało mi się, że się udało. Wyjęłyśmy z Gareta pół zawartości kosza na śmieci, kiedy woda zaczęła cieknąć znowu. Tym razem próbowałam drutem. Wszedł trochę dalej niż spirala, ale i on utknął na jakimś zakręcie. Jak wszystko w tym domu, rury również wiją się tajemniczymi zakolami. Nie miałam siły na dalsze eksperymenty. Dopiero następnego dnia udało mi się osiągnąć sukces. Niebacznie pochwaliłam się tym głośno Arturowi, który rozwalił się w fotelu przy stole, rozsądnie odstępując wygodniejszy Garetowi. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wykąpałyśmy wreszcie Gareta, goniąc go po całej łazience. Zatkał się przy tym odpływ od brodzika, ale na szczęście zareagował na środki chemiczne. W przeciwnym wypadku trzeba by było kuć podłogę, bo ktoś go skonstruował tak, że woda musi wspiąć się pod górę. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet zrobił się taki śliczny, że nie mogłyśmy się od niego oderwać, co było o tyle trudne, że wciąż uznawał się za słabo wytartego i dosuszał się energicznie na wszystkich fotelach, kanapie i moim łóżku. Wreszcie padł na podłodze w kuchni. Co jakiś czas z zachwytem kontemplowałyśmy lśniące, puszyste i pięknie pachnące futro. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Och, Kaja, jednak był jeszcze mokry! Popatrz, ile wody się z niego wylało! – zmartwiłam się, mrugając ze zdumienia oczami, bo kałuża pod Garetem była naprawdę potężna. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Oszalałaś? Tu jest z wiadro wody, ten cholerny zlew znowu cieknie! – w tym samym momencie Garet zerwał się i popędził na kanapę powtórzyć osuszające zabiegi. W obliczu tak spektakularnej klęski podłożyłyśmy pod odpływ plastykowe pojemniki i poinformowałyśmy Irenę, że kran w kuchni jest chwilowo nieczynny. Przyjęła to z pełnym rezygnacji spokojem i miałam nadzieję, że zapamięta, bo sama już zaczęłam tracić orientację, co jest chwilowo nieczynne. Wychodziło na to, że wszystko, a jeśli akurat przez przypadek działa, to jest to stan przejściowy, zwiastujący znacznie gorszą klęskę. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Jedynym jasnym punktem tego okresu była moja nowa praca. To znaczy praca jak praca, zaczynam od zera i program muszę sobie opracować sama. Ale ludzie! Boże, normalni! Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że do pracy jeżdżę bez stanu przedzawałowego, a w pracy, gdybym chciała, mogę nawet zjeść śniadanie, używając przy tym obu rąk. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Niestety, w domu nie miałam szans wypocząć, więc wciąż czuję się śmiertelnie wyczerpana. Kupiłam nową spiralę i udało mi się przetkać wreszcie tę cholerną poskręcaną rurę w kuchni. Za to wysoce niepokojące i na dłuższą metę kosztowne wydało mi się to, że kiedy sąsiedzi puszczają wodę, u nas zapala się piecyk gazowy… Wezwałam Roberta na pomoc. [/FONT] [FONT=Times New Roman]11.03.2007 niedziela[/FONT] [FONT=Times New Roman]Po długich i bolesnych poszukiwaniach zdołaliśmy z Robertem zlokalizować rurę od ciepłej wody, w dodatku zaopatrzoną w czynny zawór. Zakręcenie zaworu nie odcięło ciepłej wody u nas, więc tak na siedemdziesiąt procent uznaliśmy, że odcięliśmy dopływ naszej ciepłej wody do sąsiadów. Stu procent pewności mieć nie sposób, bowiem w naszej piwnicy biegnie różnymi zakosami tyle rur, co w sporej wielkości kilkunastopiętrowym budynku użyteczności publicznej. Większość ma niezrozumiałe przeznaczenie, a część wręcz znika w ścianach i już więcej się nie pojawia. Robert przez cały czas chichotał, kręcił głową z niedowierzaniem, a na twarzy miał wyraz lekkiego osłupienia. Ja klęłam wymyślnie pod nosem, kiwałam głową ponuro, a na twarzy miałam wyraz posępnej rezygnacji. Garet uśmiechał się całym pyskiem, porywał nam spod ręki wszystkie narzędzia o wadze poniżej dwóch kilogramów i nie zdradzał najmniejszych oznak zmieszania po niedawnej burze, jaką dostał za wywleczenie z kredensu i rozsypanie po pokoju torebki cukru. A rano, kiedy zrobiłam mu awanturę za obsikanie przygotowanego wieczorem ubrania, speszył się tylko na chwilę. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po powrocie ze szkolenia w Katowicach stwierdziłam, że kałuża przy naszym ulubionym fotelu w kuchni jest niewątpliwie kałużą psiego moczu. Kocim zalana była cała łazienka oraz miejscami korytarz. Wszędzie było pełno piasku, a na myśl o rozpalaniu na małym, awaryjnym palenisku naszego nowego pieca, ugięły mi się nogi. Po remoncie co prawda wreszcie odzyskałam czucie w prawej dłoni, ale wciąż miałam zdrętwiałe opuszki palców u obu rąk, a lewy kciuk łupał mnie tak, jakby tworzył się w nim ropień. Nie mogłam się zdecydować, czy wpaść w furię czy w rozpacz. Pokonując śmiertelne zmęczenie, zabrałam się do sprzątania. Kiedy późnym wieczorem przyjechała Kaja, nie rozumiałam nawet, co do mnie mówi. Zlitowała się i założyła mi prześcieradło, które od tygodnia miałam przerzucone niedbale w poprzek łóżka, bo nie miałam siły porządnie go założyć. Wczołgałam się pod Kolesia, który już wcześniej zajął dogodną pozycję, i straciłam świadomość. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Sobota była tak cudna, tak słoneczna, że poczułam nowy przypływ sił. Trwał mniej więcej do pierwszej. Starałam się wytrzymać, ale pole widzenia mi się zawężało i robiło mi się coraz zimniej. Ubrałam się ciepło i wsunęłam pod kołdrę, obok Gaci. Wieczorem kontaktowałam mniej więcej przez dwie godziny, akurat na tyle, żeby przy kąpieli poczuć zapach gazu. Na szczęście korzystałyśmy z ciepłej wody z bojlera, a nie z piecyka. Pospiesznie odcięłam dopływ gazu, który ulatniał się, według wskazówek mojego nosa, z nowych połączeń poniżej piecyka. Wysłałam sms-a do Roberta.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Dziś, chwilowo, z wyjątkiem piecyka reszta działa. Za to książeczka zdrowia Gareta przepadła bez wieści. Kilkugodzinne poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Sam zainteresowany nie przyznawał się do winy. Nosił w zębach znalezioną pod kanapą piszczącą piłeczkę i wygrywał sobie na niej skomplikowane frazy. Co jakiś czas instrument wtaczał mu się pod meble, wtedy robił oczy saksofonisty i któraś z nas wczołgiwała się, żeby odzyskać zabawkę. Po spacerze tak się nakręcił, że dom dudnił od szalejących zwierząt. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Koty szaleją, bo czują wiosnę, a z wyjątkiem Perły i Liszki żaden nie wychodzi. Może by i wyszły, gdyby za każdym oknem nie czaił się jakiś uszaty pysk. Ten widok tak rozstraja naszą arystokrację, że z przyrodą kontaktuje się tylko przez szybę. Dziś, wyspana i wypoczęta, znosiłam to wszystko ze spokojem. Tym bardziej, że to Kaja ścierała kałuże moczu i układała resztę rzeczy po remoncie. I to ona, a nie ja, wpadała co chwilę w pasję. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Babciu, włożę ten chleb do chlebaka, bo ta szafka w kredensie mi się przyda na kubki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie będę używać tego paskudztwa![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ale dlaczego? Przecież on jest drewniany i przewiewny! O, zobacz, jak łatwo się otwiera! – skamlała Kaja błagalnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Bo nie![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Kurde, szlag mnie trafi w tym domu… - mamrotała Kaja. –To wszystko jest wbrew zdrowemu rozsądkowi… [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po krótkich negocjacjach, w drodze ustępstwa, Irena zgodziła się, żeby przełożyć jej zioła z kredensu do szuflady komody. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Może je przejrzyj sama i te starsze wyrzuć? – zaproponowałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wszystkie są stare – oznajmiła z satysfakcją moja matka. –Ale i tak je piję. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Słusznie, na pewno są cholernie skuteczne. Resztki olejków eterycznych wyemigrowały dziesięć lat temu. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To już nawet nie sprawdzam dat przydatności do spożycia – machnęła ręką Kaja. -Zresztą w PRL-u chyba ich nie znakowali?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Znakowali, tylko tusz wyblakł… - wymamrotałam, wsuwając zapiekanki do piekarnika. Kiedy zmagałyśmy się z piecem do centralnego, przypaliły się. Nikomu z nas to nie przeszkadzało. Garet miał dziś wyjątkowy apetyt, zeżarł blisko kilogram duszonych podudzi z kurczaka i wciąż wyglądał na zagłodzonego. Tylko Kaja potrafiła chrupać głośniej niż on. Jest tak skonstruowana, że w jej ustach można zrobić muszlę koncertową. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Kynolodzy złapaliby się za głowę – skomentowała patrząc, jak rzucam Garetowi kolejny kawałek. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A, tam. Chodź, daj buzi mamusi… - Garet mlasnął mnie całym pyskiem obśliniając przy okazji okulary. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A teraz higieniści złapaliby się za głowę – dodała, kiedy wytarłam okulary o spodnie i beztrosko sięgnęłam po grzankę lekko oplutą ręką. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Gdyby w tym kraju służby sanitarne działały jak należy, nasz dom już dawno zostałby zamknięty, a wokół utworzono by pięćdziesięciometrową strefę ochronną – skwitowałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kaja wybuchnęła śmiechem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wiesz co, chyba trochę odbiegamy od stereotypu rodzinnej kolacji… - wyrechotała.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Spróbowałam obejrzeć nas z dystansu. Kaja siedziała rozwalona w fotelu przy stole, trzymając na blacie nogę w sfatygowanych spodniach od dresu i wełnianej skarpetce. Obok, w kryształowym wazonie, więdły żonkile z Dnia Kobiet, leżała „Wyborcza…” i flanelowa pościel, której żadna z nas nie schowała po praniu. Ja siedziałam pozwijana w dużym fotelu przy kredensie, zasypana okruchami, bezskutecznie usiłując przy pomocy nadgryzionego przez psa pumeksu dotrzeć do wrażliwych warstw naskórka na palcach, a pomiędzy nami leżał Garet zezując na kawałek grzanki, do którego nie chciało mu się podczołgać. Gacia robiła inspekcję zlewozmywaka, Perła penetrowała jednym okiem Garetową miskę, a z pokoju zerkał Koleś, wciąż lekko urażony po czyszczeniu uszu. Może rzeczywiście nie nadawaliśmy się do pokazywania w telewizji. I pomyśleć, że kiedyś „Kiepscy” budzili we mnie odrazę… [/FONT]
  19. :cool3: [FONT=Times New Roman]Po południu Mariusz z Marcinem przyszli założyć mi drewniany parapet w pokoju. Polegało to na tym, że Mariusz zakładał, a Marcin kiwał się patrząc tępo przed siebie i popijając piwo. Potem Mariusz spontanicznie zabrał się za montowanie syfonu do zlewozmywaka. Pomagała mu Kaja, a ja tymczasem próbowałam nakłonić Mariusza do tego, żeby włączył się w skręcanie komody. W efekcie jego bezwład udzielił się mnie i oboje kiwaliśmy się nad kawałkami komody, z tą różnicą, że ja nie piłam piwa i zdradzałam jakieś szczątkowe przejawy inteligencji. Z kuchni dobiegały wybuchy śmiechu. Mariusz, jak każdy artysta, kreatywny i jak nie każdy artysta, pracowity, radził sobie z syfonem w czystym natchnieniu, tym bardziej, że do zlewozmywaka dołączono niewłaściwy typ i tworzyć trzeba było na bieżąco. Mariusz przy tym ma tak niesamowity urok osobisty, że nie sposób go nie kochać. Nawet Garet się nie oparł. Pomagał z całych sił, na szczęście łupy zagryzał na kanapie, więc większość udało mi się uratować. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kaja, gdzie jest taka duża, czarna, gumowa nasadka? – zadudnił Mariusz z głową w szafce.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Duża czarna?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ta duża czarna? – zapytałam, usiłując oderwać poszukiwany przedmiot od Gareta. Ciężko szło. -Czy ona musi być bardzo cała?... O, mam. Trochę się zużyła na brzegach. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kiedy ten potwór to ukradł?! – zdenerwowała się Kaja. –Przecież cały czas mam go na oku! Musimy mu kupić kaganiec. Co on znowu gryzie? Wypluj! A, to ta ucięta rurka. Gryź sobie… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przez resztę wieczoru skręcałyśmy we dwie plus Garet, komodę. Nieźle nam poszło. Można rzec, byłyśmy upojone sukcesem, dopóki nie wyszło na jaw, a raczej na podłogę, że zatkał się odpływ zlewozmywaka. Po dokładnych oględzinach stwierdziłam, że przyczyna tkwi w ścianie. Klnąc bez przekonania, spróbowałam to przetkać wiekową spiralą. Kaja dzielnie pomagała, Garet radośnie rozgrzebywał wystawione z szafki śmieci. Przez chwilę wydawało mi się, że się udało. Wyjęłyśmy z Gareta pół zawartości kosza na śmieci, kiedy woda zaczęła cieknąć znowu. Tym razem próbowałam drutem. Wszedł trochę dalej niż spirala, ale i on utknął na jakimś zakręcie. Jak wszystko w tym domu, rury również wiją się tajemniczymi zakolami. Nie miałam siły na dalsze eksperymenty. Dopiero następnego dnia udało mi się osiągnąć sukces. Niebacznie pochwaliłam się tym głośno Arturowi, który rozwalił się w fotelu przy stole, rozsądnie odstępując wygodniejszy Garetowi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wykąpałyśmy wreszcie Gareta, goniąc go po całej łazience. Zatkał się przy tym odpływ od brodzika, ale na szczęście zareagował na środki chemiczne. W przeciwnym wypadku trzeba by było kuć podłogę, bo ktoś go skonstruował tak, że woda musi wspiąć się pod górę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet zrobił się taki śliczny, że nie mogłyśmy się od niego oderwać, co było o tyle trudne, że wciąż uznawał się za słabo wytartego i dosuszał się energicznie na wszystkich fotelach, kanapie i moim łóżku. Wreszcie padł na podłodze w kuchni. Co jakiś czas z zachwytem kontemplowałyśmy lśniące, puszyste i pięknie pachnące futro. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Och, Kaja, jednak był jeszcze mokry! Popatrz, ile wody się z niego wylało! – zmartwiłam się, mrugając ze zdumienia oczami, bo kałuża pod Garetem była naprawdę potężna. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Oszalałaś? Tu jest z wiadro wody, ten cholerny zlew znowu cieknie! – w tym samym momencie Garet zerwał się i popędził na kanapę powtórzyć osuszające zabiegi. W obliczu tak spektakularnej klęski podłożyłyśmy pod odpływ plastykowe pojemniki i poinformowałyśmy Irenę, że kran w kuchni jest chwilowo nieczynny. Przyjęła to z pełnym rezygnacji spokojem i miałam nadzieję, że zapamięta, bo sama już zaczęłam tracić orientację, co jest chwilowo nieczynne. Wychodziło na to, że wszystko, a jeśli akurat przez przypadek działa, to jest to stan przejściowy, zwiastujący znacznie gorszą klęskę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Jedynym jasnym punktem tego okresu była moja nowa praca. To znaczy praca jak praca, zaczynam od zera i program muszę sobie opracować sama. Ale ludzie! Boże, normalni! Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że do pracy jeżdżę bez stanu przedzawałowego, a w pracy, gdybym chciała, mogę nawet zjeść śniadanie, używając przy tym obu rąk. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Niestety, w domu nie miałam szans wypocząć, więc wciąż czuję się śmiertelnie wyczerpana. Kupiłam nową spiralę i udało mi się przetkać wreszcie tę cholerną poskręcaną rurę w kuchni. Za to wysoce niepokojące i na dłuższą metę kosztowne wydało mi się to, że kiedy sąsiedzi puszczają wodę, u nas zapala się piecyk gazowy… Wezwałam Roberta na pomoc. [/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman]11.03.2007 niedziela[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po długich i bolesnych poszukiwaniach zdołaliśmy z Robertem zlokalizować rurę od ciepłej wody, w dodatku zaopatrzoną w czynny zawór. Zakręcenie zaworu nie odcięło ciepłej wody u nas, więc tak na siedemdziesiąt procent uznaliśmy, że odcięliśmy dopływ naszej ciepłej wody do sąsiadów. Stu procent pewności mieć nie sposób, bowiem w naszej piwnicy biegnie różnymi zakosami tyle rur, co w sporej wielkości kilkunastopiętrowym budynku użyteczności publicznej. Większość ma niezrozumiałe przeznaczenie, a część wręcz znika w ścianach i już więcej się nie pojawia. Robert przez cały czas chichotał, kręcił głową z niedowierzaniem, a na twarzy miał wyraz lekkiego osłupienia. Ja klęłam wymyślnie pod nosem, kiwałam głową ponuro, a na twarzy miałam wyraz posępnej rezygnacji. Garet uśmiechał się całym pyskiem, porywał nam spod ręki wszystkie narzędzia o wadze poniżej dwóch kilogramów i nie zdradzał najmniejszych oznak zmieszania po niedawnej burze, jaką dostał za wywleczenie z kredensu i rozsypanie po pokoju torebki cukru. A rano, kiedy zrobiłam mu awanturę za obsikanie przygotowanego wieczorem ubrania, speszył się tylko na chwilę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po powrocie ze szkolenia w Katowicach stwierdziłam, że kałuża przy naszym ulubionym fotelu w kuchni jest niewątpliwie kałużą psiego moczu. Kocim zalana była cała łazienka oraz miejscami korytarz. Wszędzie było pełno piasku, a na myśl o rozpalaniu na małym, awaryjnym palenisku naszego nowego pieca, ugięły mi się nogi. Po remoncie co prawda wreszcie odzyskałam czucie w prawej dłoni, ale wciąż miałam zdrętwiałe opuszki palców u obu rąk, a lewy kciuk łupał mnie tak, jakby tworzył się w nim ropień. Nie mogłam się zdecydować, czy wpaść w furię czy w rozpacz. Pokonując śmiertelne zmęczenie, zabrałam się do sprzątania. Kiedy późnym wieczorem przyjechała Kaja, nie rozumiałam nawet, co do mnie mówi. Zlitowała się i założyła mi prześcieradło, które od tygodnia miałam przerzucone niedbale w poprzek łóżka, bo nie miałam siły porządnie go założyć. Wczołgałam się pod Kolesia, który już wcześniej zajął dogodną pozycję, i straciłam świadomość. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Sobota była tak cudna, tak słoneczna, że poczułam nowy przypływ sił. Trwał mniej więcej do pierwszej. Starałam się wytrzymać, ale pole widzenia mi się zawężało i robiło mi się coraz zimniej. Ubrałam się ciepło i wsunęłam pod kołdrę, obok Gaci. Wieczorem kontaktowałam mniej więcej przez dwie godziny, akurat na tyle, żeby przy kąpieli poczuć zapach gazu. Na szczęście korzystałyśmy z ciepłej wody z bojlera, a nie z piecyka. Pospiesznie odcięłam dopływ gazu, który ulatniał się, według wskazówek mojego nosa, z nowych połączeń poniżej piecyka. Wysłałam sms-a do Roberta.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Dziś, chwilowo, z wyjątkiem piecyka reszta działa. Za to książeczka zdrowia Gareta przepadła bez wieści. Kilkugodzinne poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Sam zainteresowany nie przyznawał się do winy. Nosił w zębach znalezioną pod kanapą piszczącą piłeczkę i wygrywał sobie na niej skomplikowane frazy. Co jakiś czas instrument wtaczał mu się pod meble, wtedy robił oczy saksofonisty i któraś z nas wczołgiwała się, żeby odzyskać zabawkę. Po spacerze tak się nakręcił, że dom dudnił od szalejących zwierząt. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Koty szaleją, bo czują wiosnę, a z wyjątkiem Perły i Liszki żaden nie wychodzi. Może by i wyszły, gdyby za każdym oknem nie czaił się jakiś uszaty pysk. Ten widok tak rozstraja naszą arystokrację, że z przyrodą kontaktuje się tylko przez szybę. Dziś, wyspana i wypoczęta, znosiłam to wszystko ze spokojem. Tym bardziej, że to Kaja ścierała kałuże moczu i układała resztę rzeczy po remoncie. I to ona, a nie ja, wpadała co chwilę w pasję. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Babciu, włożę ten chleb do chlebaka, bo ta szafka w kredensie mi się przyda na kubki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie będę używać tego paskudztwa![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale dlaczego? Przecież on jest drewniany i przewiewny! O, zobacz, jak łatwo się otwiera! – skamlała Kaja błagalnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Bo nie![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kurde, szlag mnie trafi w tym domu… - mamrotała Kaja. –To wszystko jest wbrew zdrowemu rozsądkowi… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po krótkich negocjacjach, w drodze ustępstwa, Irena zgodziła się, żeby przełożyć jej zioła z kredensu do szuflady komody. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Może je przejrzyj sama i te starsze wyrzuć? – zaproponowałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wszystkie są stare – oznajmiła z satysfakcją moja matka. –Ale i tak je piję. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Słusznie, na pewno są cholernie skuteczne. Resztki olejków eterycznych wyemigrowały dziesięć lat temu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -To już nawet nie sprawdzam dat przydatności do spożycia – machnęła ręką Kaja. -Zresztą w PRL-u chyba ich nie znakowali?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Znakowali, tylko tusz wyblakł… - wymamrotałam, wsuwając zapiekanki do piekarnika. Kiedy zmagałyśmy się z piecem do centralnego, przypaliły się. Nikomu z nas to nie przeszkadzało. Garet miał dziś wyjątkowy apetyt, zeżarł blisko kilogram duszonych podudzi z kurczaka i wciąż wyglądał na zagłodzonego. Tylko Kaja potrafiła chrupać głośniej niż on. Jest tak skonstruowana, że w jej ustach można zrobić muszlę koncertową. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kynolodzy złapaliby się za głowę – skomentowała patrząc, jak rzucam Garetowi kolejny kawałek. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A, tam. Chodź, daj buzi mamusi… - Garet mlasnął mnie całym pyskiem obśliniając przy okazji okulary. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A teraz higieniści złapaliby się za głowę – dodała, kiedy wytarłam okulary o spodnie i beztrosko sięgnęłam po grzankę lekko oplutą ręką. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Gdyby w tym kraju służby sanitarne działały jak należy, nasz dom już dawno zostałby zamknięty, a wokół utworzono by pięćdziesięciometrową strefę ochronną – skwitowałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kaja wybuchnęła śmiechem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wiesz co, chyba trochę odbiegamy od stereotypu rodzinnej kolacji… - wyrechotała.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Spróbowałam obejrzeć nas z dystansu. Kaja siedziała rozwalona w fotelu przy stole, trzymając na blacie nogę w sfatygowanych spodniach od dresu i wełnianej skarpetce. Obok, w kryształowym wazonie, więdły żonkile z Dnia Kobiet, leżała „Wyborcza…” i flanelowa pościel, której żadna z nas nie schowała po praniu. Ja siedziałam pozwijana w dużym fotelu przy kredensie, zasypana okruchami, bezskutecznie usiłując przy pomocy nadgryzionego przez psa pumeksu dotrzeć do wrażliwych warstw naskórka na palcach, a pomiędzy nami leżał Garet zezując na kawałek grzanki, do którego nie chciało mu się podczołgać. Gacia robiła inspekcję zlewozmywaka, Perła penetrowała jednym okiem Garetową miskę, a z pokoju zerkał Koleś, wciąż lekko urażony po czyszczeniu uszu. Może rzeczywiście nie nadawaliśmy się do pokazywania w telewizji. I pomyśleć, że kiedyś „Kiepscy” budzili we mnie odrazę… [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  20. :-( [FONT=Times New Roman]Kaja zadzwoniła z dobrą wiadomością, że zostają do soboty. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po południu przyszedł mój fachowiec zamurować resztę dziur w ścianie. W niewielkim stopniu wpłynęło to na jej urodę. Rozejrzałam się po kuchni. Zrujnowana podłoga, obskurna ściana, wszystko w proszku, a raczej w gruzie, cemencie i sadzy. Rozpacz dodała mi siły przekonywania i namówiłam fachowca, żeby zdobył się na wysiłek i położył nowe kafelki na tej koszmarnej ścianie. Obiecał, że przyjdzie w sobotę. Skuje resztę starych, wyrówna i zacznie układać. A najpierw podłączy kuchenkę gazową.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Noc spędziłam na czynnościach kosmetycznych desek i malowaniu. W południe zadzwoniła Kaja, że ostatecznie wracają w niedzielę wieczorem. Zaraz potem przyszedł fachowiec i pojechaliśmy po zakupy. Prosiłam, żeby brał wszystko z zapasem, wolę, żeby zostało. W przypływie szaleństwa kupiłam żyrandol w postaci dwóch zwariowanych metalowych ważek z wybałuszonymi oczami. Żarówki trzymały w drapieżnych łapach jak jaja. Odlot. Garet od razu spróbował je zeżreć, ale nie dał im rady. Fachowiec po licznych trudach zamontował mi ten żyrandol i humor nieco mi się poprawił. Nie na długo, bo kiedy zeszłam do piwnicy, okazało się, że w piecu do centralnego jest woda. Zjawisko wydało mi się wysoce niepokojące. Postanowiłam zadzwonić do Pawła, sąsiada, który ma firmę zajmującą się sprawami wod-kan i CO, ale przerwał mi Garet, który runął do drzwi skręcając się ze szczęścia, co wzbudziło we mnie straszne podejrzenie, że moje kobiety wróciły wcześniej. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Za drzwiami stał słaniający się na nogach menel, do którego mój pies rzucił się jak do cudem odzyskanego ojca. Kiedy już się uściskali, menel zionął na mnie łatwopalnymi oparami i wycharczał grzecznie:[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Pani, a tą zardzewiałą rurę co leży przed domem to będzie pani potrzebować, czy mogie sobie wziąć?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-A na cholerę mi ona, niech pan bierze. Garet, do domu! – zacementowana bestia zlekceważyła mnie paskudnie, żegnając ze szlochem rozpaczy swojego najlepszego przyjaciela. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Masz znajomości, nie ma co – warknęłam do niego, kiedy wreszcie wrócił. W tym momencie rozległo się pukanie, a Garet z radosną nadzieją usiłował wyważyć drzwi. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Aż się boję otwierać. Znowu jakiś twój znajomy? Może powinnam wziąć jakąś broń?[/FONT] [FONT=Times New Roman]Za drzwiami stał Paweł. Zamrugałam parę razy, ale nie znikał. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Cześć. Nie zostawiłem u ciebie czerwonego imadła?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Co? [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No wiesz, imadła. Czerwonego – wyjaśnił pogodnie, odrywając psa od swoich rękawów. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Ostatni raz widzieliśmy się blisko rok temu, chyba że coś przegapiłam, co przy moim obecnym stanie było bardzo prawdopodobne. Gorączkowo robiłam przegląd pamięci. Może był tu przed chwilą? Albo parę dni temu? [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Eeee… czerwonego, nie. To znaczy, żadnego. Nie uwierzysz, ale właśnie miałam do ciebie dzwonić. Woda leje mi się do pieca. Mógłbyś zobaczyć?[/FONT] [FONT=Times New Roman]Zeszliśmy do cuchnącej kocim moczem piwnicy. Paweł oznajmił, że piec jest do wymiany. To znaczy mogę w nim palić, ale generalnie jest do wymiany. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ale w nim się nie da palić![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Oj. To masz pecha, zapowiadali mróz. Wezwij kominiarzy, pewnie masz zapchany komin – dokonał kolejnych oględzin. –Czy ja dobrze widzę i ten komin idzie od pieca jakimiś zakosami? A dlaczego nie prosto?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Mnie się pytasz? – jęknęłam. –Ten piec montował ukochany fachman mojej matki, ten sam, co kaloryfery, które od początku nie grzeją w jednym pionie. Najwyraźniej wiedział, co robi. [/FONT] [FONT=Times New Roman]W międzyczasie wynikł kolejny problem, bo okazało się, że nie da się podłączyć kuchenki gazowej, gdyż elastyczna atestowana rurka, którą w tym celu kupiłam, jest za długa. To znaczy, można ją było podłączyć, ale wtedy kuchenka wyłaziła na środek kuchni, bo rurka była mniej elastyczna, niż się spodziewałam. Po licznych pomiarach okazało się, że problemu nie rozwiąże ani dłuższa, ani krótsza rurka. Natomiast gdyby założyć kolanko i redukcję, rurka da się puścić bokiem i kuchenka powróci na swoje miejsce. Redukcja była dostępna w sobotę po południu tak samo, jak kominiarze. Paweł jednak pocieszył mnie, że lubi takie rzeczy mieć w domu, za chwilę mi podrzuci. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy podłączyliśmy kuchenkę i wnieśli co większe meble, mój fachowiec zabrał się o murowania. O ósmej wieczorem oznajmił, że zabrakło mu zaprawy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Przecież – mówiłam – żeby – kupić – więcej – wycedziłam cichutko. –Skąd ja, do kurwy nędzy, o tej porze, w sobotę, wezmę zaprawę?!! – wrzasnęłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman]W przebłysku desperacji postanowiłam udać się do domu właścicieli pobliskiego sklepu z materiałami budowlanymi, paść na kolana i błagać o litość. Wzięłam fachowca jako tragarza, Gareta na smycz i poszliśmy. Zimno było potwornie, wiał lodowaty wiatr. Garet radośnie zwiedzał wszystkie rowy i obsikiwał słupy. Po chwili wróciliśmy z zaprawą. Fachowiec skończył murowanie i zabrał się za skuwanie kafelków. Szybko mu poszło, obiecał, że założenie nowych nie powinno potrwać dłużej, niż parę godzin. Przyjdzie w niedzielę przed południem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przez pół nocy układaliśmy z Garetem najpotrzebniejsze rzeczy w kredensie, a potem szlifowałam i malowałam wielki stół, za którym Irena tak tęskniła przez ostatnie miesiące. Robiłam to bez przekonania, bo stół zajmował jedną czwartą kuchni. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Fachowiec pojawił się około południa. Już na widok jego wyjściowych dżinsów ogarnęło mnie złe przeczucie, a kiedy oznajmił, że jest chory i nie czuje się na siłach, zrobiło mi się słabo. Zamknęłam drzwi, spojrzałam na kuchnię pokrytą gruzami, zaprawą, zmiętoszoną folią i zasikanymi przez koty kartonami i wpadłam w klasyczną histerię. Szlochałam do Kai przez telefon o serii koszmarnych klęsk i opędzałam się od Gareta, który wszelkimi sposobami usiłował mnie pocieszać. Najskuteczniejszym wydawało mu się odgryzienie twarzy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy ochłonęłam trochę, zaczęłam myśleć twórczo. Po kilku dramatycznych telefonach znalazłam rozwiązanie w postaci ojca Darka, który obiecał, że przyjedzie. Pojawił się po dwóch godzinach. Przez godzinę gwizdał pod nosem i myślał, przez kolejne dwie przygotowywał się. Garet w międzyczasie zjadł mu ołówek stolarski, więc ukradkiem uprzątnęłam resztki. Widząc dwa kafelki na ścianie, odetchnęłam z ulgą. Przynajmniej jest jakiś początek. Do przyjazdu Kai i Ireny zdołał przykleić jeszcze dwa, wyklinając na potwornie nierówne ściany i dopytując się, kto je doprowadził do takiego stanu. Przez kolejne cztery dni skrobał, kleił i klął nadal. W tym czasie Garet zjadł mu pacę z gąbką i korytko do cięcia pod kątem. Udało mi się odkupić jedno i drugie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przyjechała liczna ekipa założyć nowy piec do centralnego. Równocześnie przyjechali kominiarze czyścić komin. Wszyscy chcieli mojej obecności, więc przez chwilę miotałam się pomiędzy strychem i piwnicą ku wielkiej uciesze Gareta, który z wywieszonym ozorem latał za mną. Wreszcie zrozumiałam, że próbuję dokonać niemożliwego, powstrzymałam chęć ucieczki na oślep, przed siebie, byle daleko, i stanowczo oświadczyłam: -Panowie, po kolei. Najpierw komin, potem piec. Bez komina piec nie ruszy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kominiarze oznajmili, że komin jest drożny i nie trzeba go czyścić. Odetchnęłam z ulgą, bo już obawiałam się, że znajdzie się tam Wielka Szara Kocica, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach kilka tygodni wcześniej. Brygadę od pieca uprzedziłam, że ostatnio prześladuje mnie pech, więc różne rzeczy mogą się wydarzyć, ale nie chcę o niczym słyszeć, niech mnie zawołają dopiero wtedy, gdy piec będzie gotowy do odpalenia. Piec, na ekogroszek, ładowany co 4 – 5dni, powinien być rozwiązaniem wszystkich problemów z ogrzewaniem. Kłopot w tym, że na razie mamy mnóstwo węgla i koksu, który trzeba spalić. Palę więc na awaryjnym palenisku, haniebnie małym i trudnodostępnym, i biegam dokładać co dwie godziny, bo inaczej włącza się alarm. Alarm podobno niczym nie skutkuje, z wyjątkiem tego, że wyprowadza mnie z równowagi. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przez dziurę wykutą w podłodze i ścianie łazienki biegnie rura od bojlera. Bojler miał zapewniać ciepłą wodę w czasie palenia w piecu. Niestety, ciepłej wody nie było ani śladu. Za to bojler przeciekał. Wezwałam po raz kolejny szefa ekipy, Roberta, z którym zdążyłam się już zaprzyjaźnić. Duży, spokojny, patrzył na mnie z lekkim niedowierzaniem i dużym współczuciem, bo w międzyczasie z piecem działo się już wszystko. Podokręcał coś w bojlerze i oznajmił, że ciepła woda będzie, jeśli zakręci się zawór zimnej wody w łazience. Gdy zaś będę chciała korzystać z piecyka gazowego, wystarczy ten zawór odkręcić. Problem w tym, że mimo dokładnych poszukiwań zaworu nie znaleźliśmy. Wreszcie Robert zdjął obudowę piecyka gazowego i znalazł pod nią kikut, który pierwotnie musiał być tym zaworem, dopóki ktoś montujący piecyk go nie uciął. Pewnie mu przeszkadzał, a nie wpadł na to, żeby piecyk powiesić wyżej. Robert z dużym zaangażowaniem próbował przy pomocy różnych narzędzi dostać się do tego fiutka, ale okazało się to niemożliwe. Popatrzył na mnie z litością i powiedział, że jeśli chcę, przyjdzie następnego dnia, rozkuje ścianę i jakoś ten zawór założy. Chciałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Następnego dnia była sobota. Przez trzy godziny Robert kuł, dzwonił narzędziami, pogwizdywał i mamrotał do siebie: -*****! O Jezusicku! *****! Garet roznosił gruz po całym domu składując go najchętniej na moim łóżku. W przerwach kradł i przeżuwał pakuły. Bezskutecznie usiłowałam zapanować nad bałaganem i piecem, włosy sterczały mi we wszystkie strony usztywnione popiołem, na ubraniu miałam sadze, w oczach obłęd, w sercu rozpacz, a czucie w prawej dłoni straciłam tydzień wcześniej, zdaje się, na zawsze, więc wszystko leciało mi z rąk. Na mój widok na twarzy Roberta nieodmiennie pojawiało się szczere rozbawienie, co wcale nie poprawiało mi nastroju. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wreszcie zawór był gotowy i nawet działał. Za to odpadł żyrandol i wisiał na samych kablach. Robert pogodnie oznajmił, że teraz będę miała ciepłą wodę i z piecyka i z bojlera, co okazało się tylko połowicznie prawdą, bo piecyk przestał działać. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie wierzę! – powiedział radośnie Robert –Jeszcze czegoś takiego nie widziałem![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Mówiłam ci. To jakaś cholerna klątwa. No, trudno. Założysz mi nowy piecyk?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Założę – powiedział z wahaniem, patrząc na zegarek. -To nie powinno długo potrwać…. Mam jeszcze godzinę.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Pojechaliśmy po piecyk. Po trzech godzinach nadal tkwiliśmy wśród gruzów w łazience i zastanawialiśmy się, dlaczego wyświetla się kod informujący o słabych bateriach, skoro wypróbowaliśmy już inne. Robert parokrotnie zmieniał przyłączenie rurek od wody, bo co do wody to żadne z nas nie było niczego pewne. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po kilku telefonach udało mi się zdobyć numer komórki faceta od serwisu i nawet dodzwoniłam się do niego, po to, żeby usłyszeć, że nie ma mowy, właśnie wyjeżdża na tydzień. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie może mi pan tego zrobić! – zawyłam z rozpaczą. Przez kolejne kilka minut tłumaczyłam, dlaczego. Dał się przekonać, bo akurat był w okolicy. Teraz w łazience stało nas już troje plus uchachany Garet. Wreszcie pan od serwisu telefonicznie zasięgnął porady, potem zdjął osłonę od piecyka, przyłączył obluzowany kabel i wszystko zaczęło działać. Wglądało na to, że wychodzę na prostą. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kaja przestała rzucać mi wspierające spojrzenia i zabrała się za usuwanie gruzu. Przełączyłam na bojler i z kranu poleciała ciepła woda. Cud![/FONT] [FONT=Times New Roman]W niedzielę wieczorem sytuacja była opanowana. W poniedziałek Mariusz z Marcinem przywieźli mi szafkę pod zlewozmywak. W środę tapicer z sąsiedztwa zamontował mi na niej drewniany blat. Przy pomocy Kai osadziłam zlewozmywak na silikonie i pomalowałam całą szafkę, blat sosnowego stołu (ten wielki wyrzuciłyśmy z powrotem do spiżarki) i drewnianej komody, którą kupiłam, bo Irena narzekała, że nie ma na czym pracować przy kuchence i żądała powrotu starych szafek. Rano na wszystkim były odciski brudnych kocich łap. Nie wiem, gdzie one je brudzą, jeśli nie można ich wykopać z domu, a podłogi myję dwa razy dziennie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Potem okazało się, że pokonała mnie instalacja syfonu. Siedziałam na podłodze obłożona plastykowymi elementami, obracałam na wszystkie strony rysunek przypominający schemat kępy skrzypu i klęłam wymyślnie i bez przerwy. Kaja zaoferowała swoją pomoc, ale nie chciałam.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-*****, przecież mam iloraz inteligencji na poziomie geniusza, niemożliwe, żebym nie poradziła sobie z kilkudziesięcioma pieprzonymi rurkami![/FONT] [FONT=Times New Roman]Kaja, posiadająca zmysł techniczny ojca i praktyczny, całkowicie mu obcy, też sobie nie poradziła. Podejrzewałyśmy, że Garet ukradł i zeżarł kilka części, ale okazało się, że odebrałyśmy mu wszystkie. Szafkę od zlewozmywaka zamieszkały koty. Fantastycznie się w niej czuły, miały wielki, trzydrzwiowy apartament. Były na tyle uprzejme, że nie nasikały w środku. Obsikany został za to mój śliczny, żeliwny piecyk. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jak ci nasikają na gorący, to pęknie – ostrzegł mnie Darek. –Jesteś pewna, że to koty? Tak wysoko? – zapytał z powątpiewaniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przyświadczyłam gorliwie, choć samą zaczęły mnie ogarniać wątpliwości. Na płytkach na pewno koty, ale faktycznie, na ścianach piecyka? Nie, Garet by mi tego nie zrobił. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy wróciłam z zakupów, zauważyłam dużą kałużę obok fotela w pokoju. Koc na fotelu też był obsikany. Popracowałam nosem i stwierdziłam, że tym razem to nie koty. No to koniec. Jeśli Garetowi pozostanie ten pęd do oznaczania terenu, to zdechniemy w wielkiej kloace.[/FONT]
  21. :-( [FONT=Times New Roman]Kaja zadzwoniła z dobrą wiadomością, że zostają do soboty. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po południu przyszedł mój fachowiec zamurować resztę dziur w ścianie. W niewielkim stopniu wpłynęło to na jej urodę. Rozejrzałam się po kuchni. Zrujnowana podłoga, obskurna ściana, wszystko w proszku, a raczej w gruzie, cemencie i sadzy. Rozpacz dodała mi siły przekonywania i namówiłam fachowca, żeby zdobył się na wysiłek i położył nowe kafelki na tej koszmarnej ścianie. Obiecał, że przyjdzie w sobotę. Skuje resztę starych, wyrówna i zacznie układać. A najpierw podłączy kuchenkę gazową.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Noc spędziłam na czynnościach kosmetycznych desek i malowaniu. W południe zadzwoniła Kaja, że ostatecznie wracają w niedzielę wieczorem. Zaraz potem przyszedł fachowiec i pojechaliśmy po zakupy. Prosiłam, żeby brał wszystko z zapasem, wolę, żeby zostało. W przypływie szaleństwa kupiłam żyrandol w postaci dwóch zwariowanych metalowych ważek z wybałuszonymi oczami. Żarówki trzymały w drapieżnych łapach jak jaja. Odlot. Garet od razu spróbował je zeżreć, ale nie dał im rady. Fachowiec po licznych trudach zamontował mi ten żyrandol i humor nieco mi się poprawił. Nie na długo, bo kiedy zeszłam do piwnicy, okazało się, że w piecu do centralnego jest woda. Zjawisko wydało mi się wysoce niepokojące. Postanowiłam zadzwonić do Pawła, sąsiada, który ma firmę zajmującą się sprawami wod-kan i CO, ale przerwał mi Garet, który runął do drzwi skręcając się ze szczęścia, co wzbudziło we mnie straszne podejrzenie, że moje kobiety wróciły wcześniej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Za drzwiami stał słaniający się na nogach menel, do którego mój pies rzucił się jak do cudem odzyskanego ojca. Kiedy już się uściskali, menel zionął na mnie łatwopalnymi oparami i wycharczał grzecznie:[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Pani, a tą zardzewiałą rurę co leży przed domem to będzie pani potrzebować, czy mogie sobie wziąć?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -A na cholerę mi ona, niech pan bierze. Garet, do domu! – zacementowana bestia zlekceważyła mnie paskudnie, żegnając ze szlochem rozpaczy swojego najlepszego przyjaciela. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Masz znajomości, nie ma co – warknęłam do niego, kiedy wreszcie wrócił. W tym momencie rozległo się pukanie, a Garet z radosną nadzieją usiłował wyważyć drzwi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Aż się boję otwierać. Znowu jakiś twój znajomy? Może powinnam wziąć jakąś broń?[/FONT] [FONT=Times New Roman] Za drzwiami stał Paweł. Zamrugałam parę razy, ale nie znikał. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cześć. Nie zostawiłem u ciebie czerwonego imadła?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No wiesz, imadła. Czerwonego – wyjaśnił pogodnie, odrywając psa od swoich rękawów. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ostatni raz widzieliśmy się blisko rok temu, chyba że coś przegapiłam, co przy moim obecnym stanie było bardzo prawdopodobne. Gorączkowo robiłam przegląd pamięci. Może był tu przed chwilą? Albo parę dni temu? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Eeee… czerwonego, nie. To znaczy, żadnego. Nie uwierzysz, ale właśnie miałam do ciebie dzwonić. Woda leje mi się do pieca. Mógłbyś zobaczyć?[/FONT] [FONT=Times New Roman] Zeszliśmy do cuchnącej kocim moczem piwnicy. Paweł oznajmił, że piec jest do wymiany. To znaczy mogę w nim palić, ale generalnie jest do wymiany. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale w nim się nie da palić![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Oj. To masz pecha, zapowiadali mróz. Wezwij kominiarzy, pewnie masz zapchany komin – dokonał kolejnych oględzin. –Czy ja dobrze widzę i ten komin idzie od pieca jakimiś zakosami? A dlaczego nie prosto?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Mnie się pytasz? – jęknęłam. –Ten piec montował ukochany fachman mojej matki, ten sam, co kaloryfery, które od początku nie grzeją w jednym pionie. Najwyraźniej wiedział, co robi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W międzyczasie wynikł kolejny problem, bo okazało się, że nie da się podłączyć kuchenki gazowej, gdyż elastyczna atestowana rurka, którą w tym celu kupiłam, jest za długa. To znaczy, można ją było podłączyć, ale wtedy kuchenka wyłaziła na środek kuchni, bo rurka była mniej elastyczna, niż się spodziewałam. Po licznych pomiarach okazało się, że problemu nie rozwiąże ani dłuższa, ani krótsza rurka. Natomiast gdyby założyć kolanko i redukcję, rurka da się puścić bokiem i kuchenka powróci na swoje miejsce. Redukcja była dostępna w sobotę po południu tak samo, jak kominiarze. Paweł jednak pocieszył mnie, że lubi takie rzeczy mieć w domu, za chwilę mi podrzuci. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy podłączyliśmy kuchenkę i wnieśli co większe meble, mój fachowiec zabrał się o murowania. O ósmej wieczorem oznajmił, że zabrakło mu zaprawy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Przecież – mówiłam – żeby – kupić – więcej – wycedziłam cichutko. –Skąd ja, do kurwy nędzy, o tej porze, w sobotę, wezmę zaprawę?!! – wrzasnęłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W przebłysku desperacji postanowiłam udać się do domu właścicieli pobliskiego sklepu z materiałami budowlanymi, paść na kolana i błagać o litość. Wzięłam fachowca jako tragarza, Gareta na smycz i poszliśmy. Zimno było potwornie, wiał lodowaty wiatr. Garet radośnie zwiedzał wszystkie rowy i obsikiwał słupy. Po chwili wróciliśmy z zaprawą. Fachowiec skończył murowanie i zabrał się za skuwanie kafelków. Szybko mu poszło, obiecał, że założenie nowych nie powinno potrwać dłużej, niż parę godzin. Przyjdzie w niedzielę przed południem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przez pół nocy układaliśmy z Garetem najpotrzebniejsze rzeczy w kredensie, a potem szlifowałam i malowałam wielki stół, za którym Irena tak tęskniła przez ostatnie miesiące. Robiłam to bez przekonania, bo stół zajmował jedną czwartą kuchni. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Fachowiec pojawił się około południa. Już na widok jego wyjściowych dżinsów ogarnęło mnie złe przeczucie, a kiedy oznajmił, że jest chory i nie czuje się na siłach, zrobiło mi się słabo. Zamknęłam drzwi, spojrzałam na kuchnię pokrytą gruzami, zaprawą, zmiętoszoną folią i zasikanymi przez koty kartonami i wpadłam w klasyczną histerię. Szlochałam do Kai przez telefon o serii koszmarnych klęsk i opędzałam się od Gareta, który wszelkimi sposobami usiłował mnie pocieszać. Najskuteczniejszym wydawało mu się odgryzienie twarzy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy ochłonęłam trochę, zaczęłam myśleć twórczo. Po kilku dramatycznych telefonach znalazłam rozwiązanie w postaci ojca Darka, który obiecał, że przyjedzie. Pojawił się po dwóch godzinach. Przez godzinę gwizdał pod nosem i myślał, przez kolejne dwie przygotowywał się. Garet w międzyczasie zjadł mu ołówek stolarski, więc ukradkiem uprzątnęłam resztki. Widząc dwa kafelki na ścianie, odetchnęłam z ulgą. Przynajmniej jest jakiś początek. Do przyjazdu Kai i Ireny zdołał przykleić jeszcze dwa, wyklinając na potwornie nierówne ściany i dopytując się, kto je doprowadził do takiego stanu. Przez kolejne cztery dni skrobał, kleił i klął nadal. W tym czasie Garet zjadł mu pacę z gąbką i korytko do cięcia pod kątem. Udało mi się odkupić jedno i drugie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przyjechała liczna ekipa założyć nowy piec do centralnego. Równocześnie przyjechali kominiarze czyścić komin. Wszyscy chcieli mojej obecności, więc przez chwilę miotałam się pomiędzy strychem i piwnicą ku wielkiej uciesze Gareta, który z wywieszonym ozorem latał za mną. Wreszcie zrozumiałam, że próbuję dokonać niemożliwego, powstrzymałam chęć ucieczki na oślep, przed siebie, byle daleko, i stanowczo oświadczyłam: -Panowie, po kolei. Najpierw komin, potem piec. Bez komina piec nie ruszy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kominiarze oznajmili, że komin jest drożny i nie trzeba go czyścić. Odetchnęłam z ulgą, bo już obawiałam się, że znajdzie się tam Wielka Szara Kocica, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach kilka tygodni wcześniej. Brygadę od pieca uprzedziłam, że ostatnio prześladuje mnie pech, więc różne rzeczy mogą się wydarzyć, ale nie chcę o niczym słyszeć, niech mnie zawołają dopiero wtedy, gdy piec będzie gotowy do odpalenia. Piec, na ekogroszek, ładowany co 4 – 5dni, powinien być rozwiązaniem wszystkich problemów z ogrzewaniem. Kłopot w tym, że na razie mamy mnóstwo węgla i koksu, który trzeba spalić. Palę więc na awaryjnym palenisku, haniebnie małym i trudnodostępnym, i biegam dokładać co dwie godziny, bo inaczej włącza się alarm. Alarm podobno niczym nie skutkuje, z wyjątkiem tego, że wyprowadza mnie z równowagi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przez dziurę wykutą w podłodze i ścianie łazienki biegnie rura od bojlera. Bojler miał zapewniać ciepłą wodę w czasie palenia w piecu. Niestety, ciepłej wody nie było ani śladu. Za to bojler przeciekał. Wezwałam po raz kolejny szefa ekipy, Roberta, z którym zdążyłam się już zaprzyjaźnić. Duży, spokojny, patrzył na mnie z lekkim niedowierzaniem i dużym współczuciem, bo w międzyczasie z piecem działo się już wszystko. Podokręcał coś w bojlerze i oznajmił, że ciepła woda będzie, jeśli zakręci się zawór zimnej wody w łazience. Gdy zaś będę chciała korzystać z piecyka gazowego, wystarczy ten zawór odkręcić. Problem w tym, że mimo dokładnych poszukiwań zaworu nie znaleźliśmy. Wreszcie Robert zdjął obudowę piecyka gazowego i znalazł pod nią kikut, który pierwotnie musiał być tym zaworem, dopóki ktoś montujący piecyk go nie uciął. Pewnie mu przeszkadzał, a nie wpadł na to, żeby piecyk powiesić wyżej. Robert z dużym zaangażowaniem próbował przy pomocy różnych narzędzi dostać się do tego fiutka, ale okazało się to niemożliwe. Popatrzył na mnie z litością i powiedział, że jeśli chcę, przyjdzie następnego dnia, rozkuje ścianę i jakoś ten zawór założy. Chciałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Następnego dnia była sobota. Przez trzy godziny Robert kuł, dzwonił narzędziami, pogwizdywał i mamrotał do siebie: -*****! O Jezusicku! *****! Garet roznosił gruz po całym domu składując go najchętniej na moim łóżku. W przerwach kradł i przeżuwał pakuły. Bezskutecznie usiłowałam zapanować nad bałaganem i piecem, włosy sterczały mi we wszystkie strony usztywnione popiołem, na ubraniu miałam sadze, w oczach obłęd, w sercu rozpacz, a czucie w prawej dłoni straciłam tydzień wcześniej, zdaje się, na zawsze, więc wszystko leciało mi z rąk. Na mój widok na twarzy Roberta nieodmiennie pojawiało się szczere rozbawienie, co wcale nie poprawiało mi nastroju. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wreszcie zawór był gotowy i nawet działał. Za to odpadł żyrandol i wisiał na samych kablach. Robert pogodnie oznajmił, że teraz będę miała ciepłą wodę i z piecyka i z bojlera, co okazało się tylko połowicznie prawdą, bo piecyk przestał działać. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie wierzę! – powiedział radośnie Robert –Jeszcze czegoś takiego nie widziałem![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Mówiłam ci. To jakaś cholerna klątwa. No, trudno. Założysz mi nowy piecyk?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Założę – powiedział z wahaniem, patrząc na zegarek. -To nie powinno długo potrwać…. Mam jeszcze godzinę.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Pojechaliśmy po piecyk. Po trzech godzinach nadal tkwiliśmy wśród gruzów w łazience i zastanawialiśmy się, dlaczego wyświetla się kod informujący o słabych bateriach, skoro wypróbowaliśmy już inne. Robert parokrotnie zmieniał przyłączenie rurek od wody, bo co do wody to żadne z nas nie było niczego pewne. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po kilku telefonach udało mi się zdobyć numer komórki faceta od serwisu i nawet dodzwoniłam się do niego, po to, żeby usłyszeć, że nie ma mowy, właśnie wyjeżdża na tydzień. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie może mi pan tego zrobić! – zawyłam z rozpaczą. Przez kolejne kilka minut tłumaczyłam, dlaczego. Dał się przekonać, bo akurat był w okolicy. Teraz w łazience stało nas już troje plus uchachany Garet. Wreszcie pan od serwisu telefonicznie zasięgnął porady, potem zdjął osłonę od piecyka, przyłączył obluzowany kabel i wszystko zaczęło działać. Wglądało na to, że wychodzę na prostą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kaja przestała rzucać mi wspierające spojrzenia i zabrała się za usuwanie gruzu. Przełączyłam na bojler i z kranu poleciała ciepła woda. Cud![/FONT] [FONT=Times New Roman] W niedzielę wieczorem sytuacja była opanowana. W poniedziałek Mariusz z Marcinem przywieźli mi szafkę pod zlewozmywak. W środę tapicer z sąsiedztwa zamontował mi na niej drewniany blat. Przy pomocy Kai osadziłam zlewozmywak na silikonie i pomalowałam całą szafkę, blat sosnowego stołu (ten wielki wyrzuciłyśmy z powrotem do spiżarki) i drewnianej komody, którą kupiłam, bo Irena narzekała, że nie ma na czym pracować przy kuchence i żądała powrotu starych szafek. Rano na wszystkim były odciski brudnych kocich łap. Nie wiem, gdzie one je brudzą, jeśli nie można ich wykopać z domu, a podłogi myję dwa razy dziennie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Potem okazało się, że pokonała mnie instalacja syfonu. Siedziałam na podłodze obłożona plastykowymi elementami, obracałam na wszystkie strony rysunek przypominający schemat kępy skrzypu i klęłam wymyślnie i bez przerwy. Kaja zaoferowała swoją pomoc, ale nie chciałam.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -*****, przecież mam iloraz inteligencji na poziomie geniusza, niemożliwe, żebym nie poradziła sobie z kilkudziesięcioma pieprzonymi rurkami![/FONT] [FONT=Times New Roman] Kaja, posiadająca zmysł techniczny ojca i praktyczny, całkowicie mu obcy, też sobie nie poradziła. Podejrzewałyśmy, że Garet ukradł i zeżarł kilka części, ale okazało się, że odebrałyśmy mu wszystkie. Szafkę od zlewozmywaka zamieszkały koty. Fantastycznie się w niej czuły, miały wielki, trzydrzwiowy apartament. Były na tyle uprzejme, że nie nasikały w środku. Obsikany został za to mój śliczny, żeliwny piecyk. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jak ci nasikają na gorący, to pęknie – ostrzegł mnie Darek. –Jesteś pewna, że to koty? Tak wysoko? – zapytał z powątpiewaniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przyświadczyłam gorliwie, choć samą zaczęły mnie ogarniać wątpliwości. Na płytkach na pewno koty, ale faktycznie, na ścianach piecyka? Nie, Garet by mi tego nie zrobił. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy wróciłam z zakupów, zauważyłam dużą kałużę obok fotela w pokoju. Koc na fotelu też był obsikany. Popracowałam nosem i stwierdziłam, że tym razem to nie koty. No to koniec. Jeśli Garetowi pozostanie ten pęd do oznaczania terenu, to zdechniemy w wielkiej kloace.[/FONT]
  22. :shake: [FONT=Times New Roman]To, czego nienawidzę jeszcze bardziej niż połamanych paznokci, to stwardniały naskórek na dłoniach. Stwardniały, to mało powiedziane. Potworna szaro-czarno-brązowa, popękana skorupa z bąblami od oparzeń i ledwie widocznym drzazgami, zdecydowanie opierała się wszelkim zabiegom kosmetycznym polegającym głównie na szorowaniu pumeksem i gruboziarnistym peelingiem. Jeśli ręce stukały, to stopy spokojnie mogłyby zastąpić buty do stepowania. Twarz, opuchniętą z niewyspania, pokryło mi uczulenie od brudnych pyłów i toksycznych wyziewów, a włosy mogłoby uratować jedynie cięcie przy samej skórze. Sterczały usztywnione cementem, pyłem drzewnym i popiołem, a ich kolor stanowił wypadkową tych substancji. Uratować mógł mnie tylko dwumiesięczny pobyt w SPA. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wybrałam się na zakupy budowlane, a kiedy przywlokłam się razem z ciężkimi workami, Kai i Ireny już nie było. Przyniosłam z ogródka swoje spodnie od dresu, polar, opalarkę wraz z pudełkiem, nieco tylko nadgryzionym, i dziesięć arkuszy papieru ściernego. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zjedliśmy z Garetem zimne już placki ziemniaczane i surówki wprost z plastikowych pojemników. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy przyszedł nasz fachowiec, pokazałam mu pilarkę, deski ułożone na wyciągnięcie ręki, młotek i worek z gwoździami. Według mnie miał wszystko, żeby raźno i wydajnie zabrać się do roboty. Sama dałam dobry przykład łapiąc opalarkę i szpachelkę. Różnica między nami była taka, że ja pracowałam bez wytchnienia, z desperacką zawziętością, on zaś co chwilę przerywał, wzdychał, stękał, a potem pomaleńku rozkręcał się od nowa. Garet za to był nakręcony przez cały czas. Dwoił się, troił i kombinował, a w międzyczasie otwierał wszystkie drzwi wietrząc już i tak lodowato zimny dom. Dom był lodowato zimny, bo z piecem coś się działo. Działał jakby w odwrotnym kierunku. Dym wypuszczał do piwnicy, za to nie dawał ciepła, ale też i praktycznie nie zużywał opału. Bardzo ekonomiczny się zrobił. Ale nic więcej na „e”. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Bezpańskie koty ewakuowały się z piwnicy, wszyscy cuchnęliśmy jak wędzonka, z oczu nam ciekło, a moje dramatyczne zmagania z tym potworem nie dawały żadnych rezultatów. Wymiatałam go dwa razy dziennie, dopieszczałam, przemawiałam do niego, również i czule, i nic. Odkręcony na ful ledwie zipał. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dopóki się ruszałam, było mi ciepło. A ruszałam się przez cały czas. Oprócz swojej pracy pomagałam fachowcowi. Zmierzyć deski (-Ma pani miarkę?), przenosić deski, szukać ołówka stolarskiego, który „przed chwilą tu leżał”. Ołówek się nie znalazł, bo nie miał prawa. Został z niego tylko rysik. Poza tym wyrywaliśmy Garetowi z pyska kawałki desek, listwy i ćwierćwałki. Większość lekko tylko nadgryzioną. Kiedy wynosiliśmy szafkę z kuchni do spiżarni, zahaczyłam o coś nogą. Była to litrowa puszka z polska lakierobejcą, słabo zamknięta, ponieważ kiedy już uda się to wieczko podważyć łomem, za nic nie pasuje na powrót. lakierobejca w całości udała się pod lodówkę. Po odsunięciu lodówki, która przy tym manewrze wyłączyła się z gniazdka, przy pomocy całego pudła papierowych ręczników usunęłam świństwo z podłogi niemal w całości. Zostało mi tylko na rękach. Lodówka nie dała się włączyć z powrotem, bo gniazdko znajduje się za regałem, którego nie udało nam się odsunąć, bowiem piętrzyły się na nim miliony rzeczy ułożonych tam przemyślnie przez moją córkę. Za to coś jej z tyłu odpadło, co powitałam pełnym rezygnacji machnięciem ręki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]O dziesiątej w nocy położyłam się na chwilę. O dwunastej mój mistrz obudził mnie mówiąc, że skończył. I że przyjdzie w czwartek po południu założyć listwy. Prawie zdążę pomalować. Zlazłam z łóżka na czworakach, trzęsąc się z zimna i wyczerpania. Postanowiłam iść spać. Ale po myciu zmobilizowałam się i przyniosłam lakier. Najpierw podłogę umyłam, potem przeszlifowałam, jeszcze raz umyłam i pomalowałam. Rano wypuściłam Gareta, wypędziłam do piwnicy Szarą Kotkę, nakarmiłam wszystko, co chciało jeść i padłam na trzy godziny. [/FONT] [FONT=Times New Roman]05.03.2007 poniedziałek[/FONT] [FONT=Times New Roman]Na szczęście niewiele pamiętam z koszmaru ostatnich dni. Resztę jak najszybciej chcę zapomnieć. Od pamiętnej środy po założeniu podłogi ruszyła istna lawina nieszczęść. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy przywlokłam się z miasta z listwami i ogromnym cebrzykiem lakieru mającego dawać elastyczną, trwałą powłokę, zastałam cały ogródek zasłany reklamówkami, które Garet przyniósł ze strychu. Pod jałowcem znalazłam też pół kilo kawy ziarnistej, którą zamierzałam zemleć w ręcznym młynku i wypić pod babeczki koktajlowe, zakupione w celu uczczenia otwarcia kuchni. Na razie mocniejsza żarówka, którą kupiłam, żeby dobrze widzieć podłogę, nie chciała świecić. Zdzichu zaofiarował się, że sprawdzi, co tam nie kontaktuje. Chyba oszalałam puszczając go do żyrandola ze śrubokrętem przy włączonych korkach. Tłumaczy mnie tylko niewyspanie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No włącz, włącz! – dyrygował z taboretu, wywijając rzeczonym śrubokrętem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Pogięło cię? Mam włączyć, kiedy tam grzebiesz? Garet, odsuń się![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Włącz, tu nie ma prądu![/FONT] [FONT=Times New Roman]-A co, emigrował? – zainteresowałam się złośliwie, wciskając wyłącznik. W tym momencie nastąpił wybuch jak w Sylwestra o północy, na kuchnię posypał się snop iskier, tąpnęło, jedną ręką przytomnie przycisnęłam wyłącznik, drugą serce i wybałuszyłam oczy na Zdzicha. Zamiast zwęglonych, dymiących zwłok obłąkanego ojca czwórki dzieci ujrzałam jak najbardziej żywego Taliba. Otrząsnął się i spojrzał na mnie z poczuciem winy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-O kurde, chyba wszystkie korki poszły. [/FONT] [FONT=Times New Roman]W ponurym milczeniu przyniosłam miotłę i przy pomocy długiego trzonka zaczęłam w ślepo przesuwać dźwignie w skrzynce nad drzwiami wejściowymi. Zdzichu na szczęście nie pomagał. Nie z braku ochoty – dlatego, że bez drabiny nawet najdłuższy kij nie połączyłby go ze skrzynką. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy odzyskaliśmy światło w kuchni, Zdzichu zgrabnie wykuł dziurę w kafelkach i zaczął montować nową baterię. Uprzednio odcięłam dopływ wody, więc raczej nic nam nie groziło. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No, nie wiem… Chyba nie pójdzie tak łatwo… tu wszystko jest krzywe… [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nawet mi nie mów! – warknęłam. Niech ja mam przynajmniej jedną ładną rzecz – ten śliczny mosiężny kran z pokrętłami retro opisanymi gotyckimi literami „H” (hot) i „C” (cold). [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Masz pakuły?[/FONT] [FONT=Times New Roman]Pomacałam się po głowie. Nawet sporo. Zdzichu jednak upierał się przy typowych, więc przyniosłam z piwnicy bardziej jedwabiste i położyłam w kuchni na parapecie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Masz pakuły?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jeszcze? Co ty, gazociąg montujesz? [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No przecież mi nie dałaś. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Dałam. Leżą na parapecie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie ma.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Niemo… możliwe! Fe! – wrzasnęłam wyrywając Garetowi z pyska żałosne strzępki. Reszta, w postaci mocno rozdrobnionej, uszczelniała moje łóżko, a raczej barłóg, na którym ostatnio czasami sypialiśmy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No, gotowe! – oznajmił z dumą Zdzichu.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Dzięki, Zdzichu. Jesteś genialny. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ładna ta bateria. Tu jest ciepła, tu zimna…[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Przedtem chyba było odwrotnie? – zdziwiłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No jak, „C”, czyli ciepła i… no i zimna, ta druga – Zdzichu taktownie nie skomentował pomyłki producenta, który zimną wodę oznaczył dziwnym skrótem „H”. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A, jeśli tak, to w porządku – zgodziłam się pospiesznie. –Może byś mi jeszcze zamurował tę osmoloną dziurę w ścianie? Podłoga jest, płytki pod kominek są, kominka nie ma i dajcie mi z nim spokój, ale pół ściany jest zrujnowane, a Irena jutro wraca. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No, kominka nie ma, bo nie pasuje. Nie wiem, jak to Darek mierzył.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wzrokiem.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ale przecież obiecał, że da ci inną obudowę. Tę z marmuru. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ja nie chcę obudowy KIEDYŚ. Ja chcę się pozbyć dziury TERAZ. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Ostatecznie, wyrwawszy Garetowi kawałek tynku, poszłam do salonu pogadać z Darkiem, żeby doprecyzować pojęcie „Nie ma problemu, zaraz”. Nadal uwierała mnie wizja marmurowego kominka przy zlewie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]W salonie zobaczyłam mały, żeliwny piecyk wykończony mosiądzem i zakochałam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ten to ci zamontujemy nawet zaraz – ucieszył się Darek, podawszy mi rzeczywiście niską cenę. Też chciał mieć mnie z głowy.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Czy „zaraz” to znaczy „teraz”?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Zdzichu, idź na strych, weź rurę i kolanko i zamontuj Asi piecyk. Garet, nie właź na umytą podłogę![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie wiem, czy mamy kolanko… [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To wyjmij swoje – powiedziałam groźnie. –Ma być mróz, a ja nie mam ogrzewania. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Pół godziny później piecyk stał, a największa dziura, ta do komina, była mniej więcej zamurowana. Reszta ściany pozostała w stanie poprzedniego poczerniałego zrujnowania. Zeszłam do piwnicy, uzbierałam naręcze kłód z drzew liściastych, głównie wiśni, i w stanie lekkiego zaczadzenia wróciłam do kuchni. Nakarmiłam koty, zjedliśmy z Garetem trochę babeczek i zabrałam się za podłogę. Zeszlifowałam lekko poprzednią warstwę i zaczęłam myć. Piecyk hulał jak szalony. Zaczęło się robić ciepło, a od smrodu i oparów emitowanych przez pierwszy raz przepalane żeliwo robiło mi się słabo. A może ze zmęczenia, bo Garet wyglądał rześko i nie zdradzał żadnych objawów zatrucia, za to właśnie kończył konsumować mój nowy pędzel o miękkim, jedwabisty włosiu, który znalazłam dopiero na drugim końcu miasta. Na szczęście kupiłam dwa. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Około północy z rozpaczą stwierdziłam, że włosów Gareta z podłogi żadna siła nie usunie. W dodatku myłam i myłam, a ścierka wciąż była szara. W kominie wył potępieńczo wiatr, przeciągi hulały po kuchni. Zaraz, skąd takie straszne przeciągi? Zatkałam szmatami szpary pod wszystkimi drzwiami, owinęłam ręcznikami piecyk gazowy w łazience. Bez efektu. Spodnie od dresu mi łopotały. Zbadałam zjawisko dokładniej i stwierdziłam, że po częściowym zamurowaniu największej dziury w ścianie zrobił się jakiś dziwny obieg powietrza i przez mniejsze wieje jak diabli wydmu****ąc sadze i tynk. Pozatykałam dziury w ścianie i nastąpiła lekka poprawa. Na cud nie mogłam czekać, czas mnie gonił. Otworzyłam puszkę z nowym lakierem, z którym wiązałam wielkie nadzieje, i pomalowałam podłogę. Co kilka centymetrów wyławiałam czarne psie włosy i wycierałam rękę o spodnie. Kamień Syzyfa to przy tym pikuś. Garet lamentował za drzwiami, wreszcie padł i zamilkł. Pomalowałam od razu blaty na parapety, a potem kredens nową lakierobejcą. Rano przewróciłam się na barłóg i straciłam przytomność na trzy godziny. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy wstałam, pierwsze kroki skierowałam do kuchni. Podłoga wyglądała trochę dziwnie, jakby zamarzła. W dotyku była lepka, więc doszłam do wniosku, że jeszcze nie wyschła. Ku rozpaczy Gareta poszłam po zakupy budowlane i coś gotowego dla nas na obiad. Oprócz placków ziemniaczanych wszystkie dania były mięsne. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy zjedliśmy, przyjrzałam się uważnie podłodze. Wyglądała, jakby doznała oparzeń trzeciego stopnia. Na próbę rozdrapałam jeden duży bąbel – z kawałka deski zeszła powłoka przypominająca porządnie wyżutą gumę. Reszta też zdradzała tendencje do łuszczenia się. Serce mi zamarło. Telefon od Kai, że wraz z kuzynką przekonały Irenę do pozostania jeszcze przez jeden dzień, przyniósł mi tylko nikłą ulgę. Pełzałam po podłodze badając rozległość zniszczeń i warcząc na Gareta, który stękał jak foka skarżąc się, że mamusia już go nie kocha. Koty wyrzuciłam wzrokiem. Musiał być straszny, bo jak wbiegły do pokoju babci, to nie opuściły go aż do niedzieli. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Podłogę trafił całkowity szlag. Cała nadawała się do zdrapania. Ogarnął mnie bezwład. Ale dlaczego?! Proste. Przecież doskonale wiem, że nie używa się dwóch gatunków lakieru. Na różnych rozpuszczalnikach. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przyszedł fachowiec i do wieczora, wzdychając rozdzierająco, przybijał listwy. Efekt jego pracy okazał się równie koszmarny, jak podłoga. Na razie jednak priorytetem było pozbycie się wierzchniej warstwy lepkiego świństwa i powrót do starego lakieru. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Szlifierka okazała się zupełnie nieprzydatna, nie nadaje się bowiem do ściągania rozmazanej gumy do żucia. Drogą licznych prób przeszłam na tryb ręczny. Najlepiej spisywała się szpachelka. Do rozmiękczania gumy używałam zmywacza do paznokci, którego większy zapas nabyłam przewidująco w pobliskim sklepie. Wszystkie szpachelki wkrótce straciły uchwyty, więc po kilku godzinach skrobania miałam na rękach stygmaty jak po ukrzyżowaniu. Kapiąc krwią i recytując z dużą dozą emocji treści bynajmniej nie religijne, doznawałam serii odlotów po inhalacjach ze zmywacza, co nadzwyczajnie wzbogacało mój słownik. W tej dziedzinie wspięłam się na szczyty kreatywności. Po północy nawet Garet mnie opuścił i położył się w barłogu pełnym wyprodukowanych przez siebie drzazg i szczapek. Rano podłoga była oskrobana, umyta, częściowo odwłosiona i pomalowana, a ja nadawałam się tylko do zakopania luzem w piaszczystej ziemi. Doczołgałam się do barłogu, strząsnęłam niedbale co większe szczapki i zwaliłam się obok Gareta naciągając na siebie wszystko, co mogło dać choć trochę ciepła. [/FONT]
  23. :placz: [FONT=Times New Roman]21.02.2007 środa[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kai coś się porobiło i od skończenia liceum nie może się uczyć w domu. Nie rozumiem, dlaczego, przecież tu się nic absorbującego nie dzieje. Z tego powodu opuściła nas w sobotę, żeby przygotować się w Krakowie do ostatniego, poniedziałkowego egzaminu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Lepsze samopoczucie swojego barku powitałam z ostrożnym optymizmem. Podziałały leki przeciwzapalne albo maść na wymiona. Czas był najwyższy, bo zadania stojące przed moją prawą ręką (jestem fatalnie praworęczna) wymagały supersprawności. Gdyby wiedziała, co ją czeka, przyrosłaby do boku. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Sobota fatalnie zaczęła się dla Gareta. Radosny atak szaleństwa, świadczący o powrocie zdrowia, przerwała mu wizyta Jacka. Ujrzawszy jego zwalistą sylwetkę, a raczej poczuwszy przyniesione przez niego zapachy, przerzucił wajchę na nieużywaną dotychczas opcję „ostrzegawcza wrogość”. W takim stanie jeszcze go nie widziałam. Chyba potrafiłby zrobić prawdziwy użytek ze swojego imponującego uzębienia. Strach cofał go do tyłu, fascynacja pchała naprzód. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Jacek, odziany w czerwony polar, myśliwską kamizelkę i powyciągane spodnie od dresu w odcieniu optymistycznej zieleni, stał na środku pokoju. Jak na siebie, gestykulował bardzo żywo i tubalnym głosem wygłaszał nam wspaniały wykład na temat zatruć. Boże, co to za mądry facet! Niestety, jak zwykle w jego obecności doznałam czegoś w rodzaju stanu po lobotomii, a skretynienie pogłębiała obawa o to, czy Garet nie posunie się do bardziej drastycznych kroków, czy raczej kłapnięć. Próbowałam się odwoływać do jego poczucia wdzięczności, ale było nieobecne, albo po prostu wisiało mu to, że ten właśnie pan doktor ratował go po bliskim spotkaniu z czarnym BMW, z którego BMW wyszło zwycięsko. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Najbardziej interesujące były spodnie Jacka, które zapewne wiele psów widziały, a szczególnie lewe kolano. Na temat lewego kolana Garet aż się spluł, ale Jacek właśnie gestykulacją podkreślał ważny punkt wypowiedzi, zdaje się kolor krwi w kupie w zależności od tego, z którego odcinka jelita pochodzi, więc nasz bohater przywarł do podłogi i odskoczył. To była skomplikowana figura, więc przez chwilę zbierał siły, żeby znów wyciągnąć się jak teleskop i powrócić do odczytywania podniecającej informacji. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -On jada o określonych porach, czy ma jedzenie dostępne przez cały czas?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Eeee… [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Przez cały czas – odpowiedział sam sobie Jacek, zerkając na miskę pełną wołowiny. -To może nawet dobrze, bo psy karmione na godzinę zjadają na dworze każde świństwo, jakie znajdą… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Cóż, Garet też każde świństwo musi wziąć do gęby. Właściwie to jedzie z rozdziawioną paszczą przy ziemi i szufluje jak kaczka, nawet jeśli te pyszności zdecyduje się potem wypluć. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Hmmm… a do ogrodu wychodzi sam? To może mu lepiej kup kaganiec i przed każdym wyjściem załóż… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Pokiwałam zgodnie głową. Pomysł sam w sobie doskonały, wiosna idzie, jeśli kaganiec będzie metalowy, to pies wybronuje nam cały ogródek i nie trzeba będzie kopać… Ale kto mu go będzie zakładał pięćdziesiąt razy dziennie? Pierwszy raz o wpół do szóstej rano? Hmmm… [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie wiem, skąd się ludziom wzięło to karmienie o ściśle określonej porze – nakładałam buty, żeby przynieść z apteki Lakcid dla Gareta. –Szesnasta – micha, nie chcesz, to czekaj do siódmej rano albo do kolejnej szesnastej i hoduj sobie wrzody. Przecież człowiek też nie zawsze ma ochotę jeść. A za chwilę może być głodny. Zwierzęta nie trafiły na swojego doktora Spocka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No właśnie, przecież w naturze tego nie ma. Są głodne, to polują albo szukają robaków… - zgodziła się Kaja. –Ale Garet mnie dzisiaj zaskoczył. Jeszcze go takim nie widziałam. Na Artura tak nie reaguje. Może dlatego, że go często widzi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A może dlatego, że Artur częściej się przebiera? No i nie daje mu szans na wybranie taktyki. Wpada jak bomba, ryczy i od razu leci z łapami. Każdy by był zdezorientowany, gdyby go ktoś znienacka złapał za język albo za jaja… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ciekawe; gdyby zrównoważony Jacek złapał nagle Gareta za którąś z tak intymnych części, pomyślałabym, że zwariował. Gdy robi to Artur, wydaje się, że to norma.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Do apteki wstąpiłam na początku, słusznie przypuszczając, że potem będę miała za ciężko. I miałam. Trzy kilo pięknych, galwanizowanych gwoździ, fugi, szlifierka oscylacyjna i parę innych drobiazgów przygięły mnie do ziemi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ledwie zdążyłam pospiesznie zjeść obiad i nakarmić Gareta, przyszedł nasz fachowiec położyć płytki. Garet zeskoczył z moich kolan i przystąpił do powitań oraz wnikliwych oględzin rozłożonego w kuchni sprzętu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, jednak koty chodziły? – fachowiec patrzył w zadumie na wylewkę, która w całości wygnieciona była we wzór kocich łap. Małych, średnich i wielkich (Kolesia), przednich i tylnych, prostych i rozcapierzonych. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Mówiłam, że tak będzie. Poradzi pan sobie? Ja idę do piwnicy pomalować półki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Taaak. A płytki gdzie mam przycinać? W kuchni czy przed domem?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Może przed domem, z uwagi na hałas. W korytarzu jest gniazdko. Za lustrem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie ma. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Niemożliwe. Jeszcze miesiąc temu było. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wspólnymi siłami odnaleźliśmy gniazdko i każde zajęło się swoją pracą. Kiedy wróciłam, poskarżył się, że ilekroć zamknął drzwi, Garet je otwierał i wychodził. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po południu zabrałam się do opalania nadstawki kredensu. Koszmar. Na sam spód jakiś zboczeniec dał chyba mieszankę farby z wyjątkowo dobrym klejem, uaktywniającym się pod wpływem wysokiej temperatury. Od razu wszystkie trzy szpachelki miałam zalepione na śmierć. Na gorąco się ich odczyścić nie dało, bo maź tylko się przemieszczała, na zimno, kiedy zastygła, trzeba było tę skamielinę usuwać kilofem. Humor poprawiał mi się z minuty na minutę. Otworzyłam okno, drzwi wejściowe i drzwi do piwnicy, co uszczęśliwiło Gareta, bo mógł bez przeszkód gonić tam i z powrotem. Co jakiś czas podbiegał, żeby dać mi buzi i zabuczeć sygnalizując, że czuje się zaniedbany. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Irena, o dziwo, przestała się nadymać i wysyłała znaki pokoju. Przyjaznym tonem prorokowała, że jeśli myślę, że załatwię sprawę podłogi w jeden dzień, to się mylę. Będzie dobrze, jeśli ten człowiek skończy za tydzień. A gdybym wzięła tego małego, od Darka, który tak prędko lata, to byłoby szybciej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Westchnęłam, bo trafiła bezbłędnie w źródło mojego niepokoju. To prawda, że fachowiec jest ciut powolny. Ale wydaje się dokładny. W porównaniu z ostatnim, który zdrowszy i raźniejszy będzie w miesiąc po ekshumacji, niż za życia, to anioł. A Zdzichu, choć jest równie szybki, jak ja, przyprawiałby mnie o zawał nie powolnością, ale podatnością na fatalne przypadki losowe. Nie wytrzymałabym długo z wizją jego odpiłowanej kończyny skaczącej po całej kuchni. A to tylko forpoczta. [/FONT] [FONT=Times New Roman] O dziesiątej Garet stracił przytomność. Ja też przerwałam pracę, kiedy założyłam papier ścierny do szlifierki gładką stroną na zewnątrz. Dołożyłam do dymiącego pieca, posprzątałam i runęłam na łóżko. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Obudziłam się wcześnie i nie mogłam już zasnąć, bo gnębiła mnie myśl o fatalnych deskach tworzących zasieki w całej piwnicy. Po malowaniu, w dotyku przypominały żwirowisko. Koszmar![/FONT] [FONT=Times New Roman] Za to pogoda była wręcz prześliczna. Oślepiające słońce i błękitne niebo. Ptaki świergotały radośnie, a na parapecie w kuchni Gacia z otwartą paszczą grzechotała na ich widok strzygąc uszami i machając ogonem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zaniosłam swoją prawą rękę do łazienki, umyłam się z przyzwyczajenia, nie wiem, po co i chwyciłam opalarkę. Po głowie cały czas plątał mi się wątek desek. Oby stolarz, który je tak spartaczył, trafił na podobnie oheblowaną trumnę! [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy oczy zaczęły mi łzawić, zeszłam do piwnicy, żeby oszlifować przed kolejną warstwą lakieru deseczki na półki. Bardzo dobrą szlifierkę sobie kupiłam. Jednak w sprzęt warto zainwestować. Coś mnie skusiło i spróbowałam na desce. Działa! Wgniecenia i głębokie rysy zostawały, bo żeby je usunąć, trzeba by wykosić pół deski. Poprzeczne fale też były widoczne, ale powierzchnia nabierała nieznanej jej gładkości. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Do dziesiątej w nocy oszlifowałam wszystkie, wywlokłam je na dwór i ułożyłam w zgrabną pryzmę okrywając starannie folią. Kiedy robiło mi się słabo od drgań, zabierałam się za opalanie. Gdy zaczynałam charczeć od oparów, wracałam do szlifowania. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet opalarkę znosił spokojnie, ale warkot szlifierki budził w nim bestię. Uparł się, żeby ją zagryźć. Czuł się już całkiem dobrze, lecz stanowczo odmówił spożywania wołowiny. Ostatecznie zjadł ryż z kawałkami kurczaka, trochę jogurtu i parę migdałów. W nocy po raz dwudziesty pozamiatałam podłogę, wywietrzyłam, odskrobałam się z pyłu i padłam przywalona książką, którą z przyzwyczajenia wzięłam do łóżka. Słyszałam swoje jęki i charczenie, ale dopiero gdy Garet wlazł na łóżko, pewnie, by sprawdzić, gdzie ukrywam tę szlifierkę, zdołałam się przebudzić i odwrócić na bok.[/FONT] [FONT=Times New Roman] O szóstej wypuściłam kląskającgo psa do ogródka, a kiedy wrócił, wleźliśmy oboje do łóżka. Ten moment wybrała Marchew, żeby rozruszać swoje puchate portki. Wygrzebała skądś chrupkę i turlała ją po kuchni. Czy ktoś wie, ile hałasu robi chrupka z cielęciną dla bardzo wybrednych psów, której te wybredne psy i tak nie jedzą? Poddałam się, wzięłam swoją prawą rękę i wstałam. Przy łóżku miałam jeden pantofel i jeden but zimowy babci. Oba lewe. Marchew, ujrzawszy mnie skołtunioną, z mordem w oczach i butem w ręce, kołyszącym krokiem, zapadając się pośrodku swojego nieproporcjonalnego ciała, podążyła pod fotel. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Poranek, niestety, był przygnębiająco pochmurny. Deszcz, jak to mówią, wisiał w powietrzu. Ściślej mówiąc, wisiał nad moimi paskudnymi deskami. Jeden rzut oka za okno upewnił mnie, że folia, którą je zabezpieczyłam, powiewała niczym tiulowy welon, a deski, niczym nieosłonięte, jaśniały w całej okazałości. W pośpiechu zabrałam się do opalania i szlifowania kredensu, żeby jak najszybciej skończyć, posprzątać i wnieść czterometrowy powód mojej frustracji. A raczej wciągnąć przez okno. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po dwóch godzinach byłam gotowa. W każdym tego słowa znaczeniu. W tak zwanym dołku (u kogo dołek, u tego dołek) czułam gniotący ból. Przelotnie zastanowiłam się, czy to zawał, ale nie miałam czasu rozczulać się nad sobą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Mirek chętnie zaoferował pomoc. Garet nie mógł zdecydować się, kogo prześladować – Mirka na dworze, czy mnie w domu, w związku z czym biegał jak obłąkany starając się sprawiedliwie obdarzyć nas swoim bezcennym towarzystwem. Ostatecznie zdecydował się na mnie. Wrzeszczałam dziko, bo obawiałam się, że w końcu trafię dechą w to głupie bydlę i zrobię z niego naleśnik. Ale sterta rosnąca w pokoju była tak fascynująca, że nie potrafił się oprzeć. Szczególnie, gdy zaczęła wjeżdżać partia z psim moczem. Wspaniale. Teraz brakuje tylko tego, żeby nasikały na to wszystkie koty. Koty też zwiedziły i obwąchały podest, ale musiały się wycofać, bo na razie zaanektował go Garet. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Irena zaczęła wymiękać, chyba w obliczu snujących się po domu smrodów i mojej furii, i w końcu zdecydowała się na wyjazd w towarzystwie Kai, ale nie mogła się zdecydować, dokąd, za to już wiedziała, że gdziekolwiek się nie wybierze, może nie dojechać, a jeśli dojedzie, to zacznie się straszliwa zima i zamarznie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zadzwoniłam do Marka w nadziei, że jest w Polsce i przez parę dni zaopiekuje się matką, ale z nieukrywaną radością oznajmił, że jest w Wiedniu. Padło na kuzynkę z Piwnicznej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Oskrobawszy się z grubsza, wybrałam się do miasta po zakupy remontowe. Oprócz drobiazgów takich jak lakierobejca, lakier do podłóg, pędzle, szpachelki i tym podobne, kupiłam też porządną niemiecką pilarkę, żeby mój fachowiec miał narzędzie pracy, bo gdy go zapytałam, czym będzie przycinał deski, odparł, że nie wie.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Sprzedawca zapewnił mnie, że sprzęt jest bardzo dobry, wyposażony w automatyczne zabezpieczenia i celownik laserowy. Celownik bardzo mi się podobał. Kiedy jednak zaprezentował mi działanie sprzętu, fala akustyczna cisnęła mną o drzwi wejściowe. No, przynajmniej wiem, na co muszę się przygotować. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wracając, nie wytrzymałam i wstąpiłam do sklepu z drewnem, żeby wyrazić swoją opinię o deskach stolarzowi. Zamiast niego był jego brat, chłopak dla odmiany pogodny i sympatyczny. Opinię i tak wyraziłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ledwie doszłam do domu, zadzwonił stolarz. Zionął słusznym oburzeniem twierdząc, że deski są przeznaczone do cyklinowania. I jeśli są zdeptane, to najwyżej od spodu. Warknęłam, że w każdej chwili może sprawdzić, bo błoto wsiąkło głęboko i nie wszędzie dało się usunąć. Poza tym, gdyby były porządnie oheblowane, nie trzeba by było zbierać cykliniarką połowy deski. Ależ skąd, odparł, wystarczy dwa, trzy milimetry. Na co wysyczałam, że wgniecenia mają po pół centymetra, a doły są jeszcze głębsze, nie mówiąc o połamanych felcach. Zapłaciłam słono za każdy cholerny centymetr tych desek i każdy cholerny centymetr powinien nadawać się do użytku. To miały być deski podłogowe, a nie do wyłożenia szopy. A poza tym co z moją szafką pod zlewozmywak, miał mi odpowiedzieć w zeszłym tygodniu. I kiedy weźmie ten reklamowany dwa tygodnie temu regał z rozszczepioną półką. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Szatańsko wkurzona, nawarczałam na Gareta, który wyniósł mi do ogródka polar, papier ścierny, przecinak i pudełko ze szlifierki, które nadawało się teraz do wszystkiego, tylko nie do tego, żeby włożyć doń szlifierkę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Złapałam za telefon i zadzwoniłam do stolarza jeszcze raz, żeby powiedzieć, że jednak deska jest nieobrobiona i może ją sobie obejrzeć, a potem zabrać. Odebrała jego żona, powód, dla którego facet wprowadził się na naszą ulicę i córka mojej ulubionej sąsiadki. Niestety, w niczym matki nie przypomina. Na pewno nie jest bystrą, energiczną, zaradną i radosną kobietą. Gasnącym głosem oznajmiła, że mąż wyjechał, ale przekaże wiadomość. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W chwilę później przyjechała Kaja i Garet zaczął rozwalać dom, a Gacia plątała się pod nogami skrzecząc wrogo i zazdrośnie na psa. Pojawił się również fachowiec i zaczął kłaść fugi, więc popędzałam Kaję, żeby opróżniła szafki kuchenne, bo zaraz będziemy je wynosić. Tylko nie metodą od okna do drzwi, ale jakoś rozsądnie, mając na uwadze to, że wolne miejsce kiedyś się skończy. Poprzednio, kiedy wyniosła rzeczy z kredensu, musiałam je poukładać od nowa, bo wolne miejsce zostało tylko na moim łóżku. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Z fugami poszło szybko, więc poprosiłam, żeby założył klamki. Kupiłam piękne, mosiężne, pod kolor kranu. O dziwo, klamki założył bez przeszkód, co wzbudziło we mnie złe przeczucia. I słusznie. Bateria, zdawałoby się, typowa, okazała się o dwa milimetry dłuższa niż stara. Skutkuje to tym, że trzeba rozkuć płytki, przykręcić reduktorki i dopiero wtedy założyć baterię. Półek też nie przymocował, bo wkręty do drewna miałam za długie, a uważa, że samych podpórek nie ma co przykręcać. Przy pomocy granatu ręcznego otworzyłam puszkę z bejcą, żeby się odprężyć przy malowaniu, bo do moich zmartwień doszło i to, że nie rozłączyłam się ze stolarzem, co Kaja odkryła w jakiś czas po przyjeździe, kiedy ze słuchawki dobiegły ją głosy sąsiadki i żony stolarza, która też źle odłożyła słuchawkę, co przy jej permanentnym stanie somnabulizmu nie jest niczym nowym, bo parę razy wcześniej dzwoniłam do nich i zdarzyła się taka sytuacja. Nie chcę myśleć, ile mi nabiło. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dlaczego jednak zrobiłam sobie kolejną krzywdę i kupiłam polską lakierobejcę, nie wiem. Przecież nie pierwszy raz maluję drewno. Okazała się doskonałą imitacją po raz piąty zaparzonej kawy. Tak pod względem konsystencji, jak i koloru. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Nie miałam siły zmagać się dłużej z przeciwnościami losu, więc nakarmiłam Gareta i podjęłam próbę przygotowania sobie kolacji. Irena wpadła na ten sam pomysł. Ponieważ Kaja ułożyła wszystko według prostego, dla siebie tylko zrozumiałego systemu, nic nie mogłyśmy znaleźć. To znaczy owszem, znajdowałyśmy w wielkiej obfitości dziwne rzeczy w jeszcze dziwniejszych miejscach. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kaja, gdzie jest…[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kaja, gdzie położyłaś… [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kaja, gdzie do kurwy nędzy?!!!!....[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kaju, gdzie jest cukier? – Irena zachowywała nienormalny dla siebie, stoicki spokój oraz jeszcze bardziej nienormalny pogodny nastrój. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cukier jest niezdrowy! – warknęłam, bo za nic nie mogłam znaleźć patelni. Postanowiłam nie podnosić tematu, dlaczego moja wredna córka powynosiła wszystkie produkty spożywcze z kuchennych szafek i spiżarki do mojego pokoju. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet spał ze mną, ponieważ przy kanapie stał kredens pomazany polską lakierobejcą, która cuchnęła straszliwie i nieprzerwanie. Oczywiście to, żeby pójść na górę, do Kai, nawet nie powstało mu w głowie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wstałam wcześnie, zamiast komórki namacałam woreczek z makaronem, co od razu, w połączeniu z usłużnie pojawiającym się wspomnieniem stolarza i desek, od razu wprawiło mnie w paskudny nastrój. Potknęłam się na kokosie, następnie o deski, potem walnęłam biodrem w stojącą w korytarzu szafkę kuchenną, a w kuchni wlazłam na żwirowisko wyprodukowane przez Gareta z suchego pieczywa dla kaczek. Pieczywo, w otwartej reklamówce, Irena umieściła na nowych płytkach poprzedniego dnia. Po co, nie mam pojęcia, bo do kaczek się nie wybierała. Teraz któryś kot obsikał reklamówkę, a Garet z radosnym chrupaniem rozgryzał sucharki i pluł nimi po kuchni. Kiedy zbierałam większe kawałki, uświadomiłam sobie, że moje ręce stukają o podłogę. [/FONT]
  24. :placz: [FONT=Times New Roman]21.02.2007 środa[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kai coś się porobiło i od skończenia liceum nie może się uczyć w domu. Nie rozumiem, dlaczego, przecież tu się nic absorbującego nie dzieje. Z tego powodu opuściła nas w sobotę, żeby przygotować się w Krakowie do ostatniego, poniedziałkowego egzaminu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Lepsze samopoczucie swojego barku powitałam z ostrożnym optymizmem. Podziałały leki przeciwzapalne albo maść na wymiona. Czas był najwyższy, bo zadania stojące przed moją prawą ręką (jestem fatalnie praworęczna) wymagały supersprawności. Gdyby wiedziała, co ją czeka, przyrosłaby do boku. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Sobota fatalnie zaczęła się dla Gareta. Radosny atak szaleństwa, świadczący o powrocie zdrowia, przerwała mu wizyta Jacka. Ujrzawszy jego zwalistą sylwetkę, a raczej poczuwszy przyniesione przez niego zapachy, przerzucił wajchę na nieużywaną dotychczas opcję „ostrzegawcza wrogość”. W takim stanie jeszcze go nie widziałam. Chyba potrafiłby zrobić prawdziwy użytek ze swojego imponującego uzębienia. Strach cofał go do tyłu, fascynacja pchała naprzód. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Jacek, odziany w czerwony polar, myśliwską kamizelkę i powyciągane spodnie od dresu w odcieniu optymistycznej zieleni, stał na środku pokoju. Jak na siebie, gestykulował bardzo żywo i tubalnym głosem wygłaszał nam wspaniały wykład na temat zatruć. Boże, co to za mądry facet! Niestety, jak zwykle w jego obecności doznałam czegoś w rodzaju stanu po lobotomii, a skretynienie pogłębiała obawa o to, czy Garet nie posunie się do bardziej drastycznych kroków, czy raczej kłapnięć. Próbowałam się odwoływać do jego poczucia wdzięczności, ale było nieobecne, albo po prostu wisiało mu to, że ten właśnie pan doktor ratował go po bliskim spotkaniu z czarnym BMW, z którego BMW wyszło zwycięsko. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Najbardziej interesujące były spodnie Jacka, które zapewne wiele psów widziały, a szczególnie lewe kolano. Na temat lewego kolana Garet aż się spluł, ale Jacek właśnie gestykulacją podkreślał ważny punkt wypowiedzi, zdaje się kolor krwi w kupie w zależności od tego, z którego odcinka jelita pochodzi, więc nasz bohater przywarł do podłogi i odskoczył. To była skomplikowana figura, więc przez chwilę zbierał siły, żeby znów wyciągnąć się jak teleskop i powrócić do odczytywania podniecającej informacji. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -On jada o określonych porach, czy ma jedzenie dostępne przez cały czas?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Eeee… [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Przez cały czas – odpowiedział sam sobie Jacek, zerkając na miskę pełną wołowiny. -To może nawet dobrze, bo psy karmione na godzinę zjadają na dworze każde świństwo, jakie znajdą… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Cóż, Garet też każde świństwo musi wziąć do gęby. Właściwie to jedzie z rozdziawioną paszczą przy ziemi i szufluje jak kaczka, nawet jeśli te pyszności zdecyduje się potem wypluć. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Hmmm… a do ogrodu wychodzi sam? To może mu lepiej kup kaganiec i przed każdym wyjściem załóż… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Pokiwałam zgodnie głową. Pomysł sam w sobie doskonały, wiosna idzie, jeśli kaganiec będzie metalowy, to pies wybronuje nam cały ogródek i nie trzeba będzie kopać… Ale kto mu go będzie zakładał pięćdziesiąt razy dziennie? Pierwszy raz o wpół do szóstej rano? Hmmm… [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie wiem, skąd się ludziom wzięło to karmienie o ściśle określonej porze – nakładałam buty, żeby przynieść z apteki Lakcid dla Gareta. –Szesnasta – micha, nie chcesz, to czekaj do siódmej rano albo do kolejnej szesnastej i hoduj sobie wrzody. Przecież człowiek też nie zawsze ma ochotę jeść. A za chwilę może być głodny. Zwierzęta nie trafiły na swojego doktora Spocka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No właśnie, przecież w naturze tego nie ma. Są głodne, to polują albo szukają robaków… - zgodziła się Kaja. –Ale Garet mnie dzisiaj zaskoczył. Jeszcze go takim nie widziałam. Na Artura tak nie reaguje. Może dlatego, że go często widzi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A może dlatego, że Artur częściej się przebiera? No i nie daje mu szans na wybranie taktyki. Wpada jak bomba, ryczy i od razu leci z łapami. Każdy by był zdezorientowany, gdyby go ktoś znienacka złapał za język albo za jaja… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ciekawe; gdyby zrównoważony Jacek złapał nagle Gareta za którąś z tak intymnych części, pomyślałabym, że zwariował. Gdy robi to Artur, wydaje się, że to norma.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Do apteki wstąpiłam na początku, słusznie przypuszczając, że potem będę miała za ciężko. I miałam. Trzy kilo pięknych, galwanizowanych gwoździ, fugi, szlifierka oscylacyjna i parę innych drobiazgów przygięły mnie do ziemi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ledwie zdążyłam pospiesznie zjeść obiad i nakarmić Gareta, przyszedł nasz fachowiec położyć płytki. Garet zeskoczył z moich kolan i przystąpił do powitań oraz wnikliwych oględzin rozłożonego w kuchni sprzętu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, jednak koty chodziły? – fachowiec patrzył w zadumie na wylewkę, która w całości wygnieciona była we wzór kocich łap. Małych, średnich i wielkich (Kolesia), przednich i tylnych, prostych i rozcapierzonych. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Mówiłam, że tak będzie. Poradzi pan sobie? Ja idę do piwnicy pomalować półki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Taaak. A płytki gdzie mam przycinać? W kuchni czy przed domem?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Może przed domem, z uwagi na hałas. W korytarzu jest gniazdko. Za lustrem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie ma. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Niemożliwe. Jeszcze miesiąc temu było. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wspólnymi siłami odnaleźliśmy gniazdko i każde zajęło się swoją pracą. Kiedy wróciłam, poskarżył się, że ilekroć zamknął drzwi, Garet je otwierał i wychodził. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po południu zabrałam się do opalania nadstawki kredensu. Koszmar. Na sam spód jakiś zboczeniec dał chyba mieszankę farby z wyjątkowo dobrym klejem, uaktywniającym się pod wpływem wysokiej temperatury. Od razu wszystkie trzy szpachelki miałam zalepione na śmierć. Na gorąco się ich odczyścić nie dało, bo maź tylko się przemieszczała, na zimno, kiedy zastygła, trzeba było tę skamielinę usuwać kilofem. Humor poprawiał mi się z minuty na minutę. Otworzyłam okno, drzwi wejściowe i drzwi do piwnicy, co uszczęśliwiło Gareta, bo mógł bez przeszkód gonić tam i z powrotem. Co jakiś czas podbiegał, żeby dać mi buzi i zabuczeć sygnalizując, że czuje się zaniedbany. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Irena, o dziwo, przestała się nadymać i wysyłała znaki pokoju. Przyjaznym tonem prorokowała, że jeśli myślę, że załatwię sprawę podłogi w jeden dzień, to się mylę. Będzie dobrze, jeśli ten człowiek skończy za tydzień. A gdybym wzięła tego małego, od Darka, który tak prędko lata, to byłoby szybciej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Westchnęłam, bo trafiła bezbłędnie w źródło mojego niepokoju. To prawda, że fachowiec jest ciut powolny. Ale wydaje się dokładny. W porównaniu z ostatnim, który zdrowszy i raźniejszy będzie w miesiąc po ekshumacji, niż za życia, to anioł. A Zdzichu, choć jest równie szybki, jak ja, przyprawiałby mnie o zawał nie powolnością, ale podatnością na fatalne przypadki losowe. Nie wytrzymałabym długo z wizją jego odpiłowanej kończyny skaczącej po całej kuchni. A to tylko forpoczta. [/FONT] [FONT=Times New Roman] O dziesiątej Garet stracił przytomność. Ja też przerwałam pracę, kiedy założyłam papier ścierny do szlifierki gładką stroną na zewnątrz. Dołożyłam do dymiącego pieca, posprzątałam i runęłam na łóżko. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Obudziłam się wcześnie i nie mogłam już zasnąć, bo gnębiła mnie myśl o fatalnych deskach tworzących zasieki w całej piwnicy. Po malowaniu, w dotyku przypominały żwirowisko. Koszmar![/FONT] [FONT=Times New Roman] Za to pogoda była wręcz prześliczna. Oślepiające słońce i błękitne niebo. Ptaki świergotały radośnie, a na parapecie w kuchni Gacia z otwartą paszczą grzechotała na ich widok strzygąc uszami i machając ogonem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zaniosłam swoją prawą rękę do łazienki, umyłam się z przyzwyczajenia, nie wiem, po co i chwyciłam opalarkę. Po głowie cały czas plątał mi się wątek desek. Oby stolarz, który je tak spartaczył, trafił na podobnie oheblowaną trumnę! [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy oczy zaczęły mi łzawić, zeszłam do piwnicy, żeby oszlifować przed kolejną warstwą lakieru deseczki na półki. Bardzo dobrą szlifierkę sobie kupiłam. Jednak w sprzęt warto zainwestować. Coś mnie skusiło i spróbowałam na desce. Działa! Wgniecenia i głębokie rysy zostawały, bo żeby je usunąć, trzeba by wykosić pół deski. Poprzeczne fale też były widoczne, ale powierzchnia nabierała nieznanej jej gładkości. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Do dziesiątej w nocy oszlifowałam wszystkie, wywlokłam je na dwór i ułożyłam w zgrabną pryzmę okrywając starannie folią. Kiedy robiło mi się słabo od drgań, zabierałam się za opalanie. Gdy zaczynałam charczeć od oparów, wracałam do szlifowania. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet opalarkę znosił spokojnie, ale warkot szlifierki budził w nim bestię. Uparł się, żeby ją zagryźć. Czuł się już całkiem dobrze, lecz stanowczo odmówił spożywania wołowiny. Ostatecznie zjadł ryż z kawałkami kurczaka, trochę jogurtu i parę migdałów. W nocy po raz dwudziesty pozamiatałam podłogę, wywietrzyłam, odskrobałam się z pyłu i padłam przywalona książką, którą z przyzwyczajenia wzięłam do łóżka. Słyszałam swoje jęki i charczenie, ale dopiero gdy Garet wlazł na łóżko, pewnie, by sprawdzić, gdzie ukrywam tę szlifierkę, zdołałam się przebudzić i odwrócić na bok.[/FONT] [FONT=Times New Roman] O szóstej wypuściłam kląskającgo psa do ogródka, a kiedy wrócił, wleźliśmy oboje do łóżka. Ten moment wybrała Marchew, żeby rozruszać swoje puchate portki. Wygrzebała skądś chrupkę i turlała ją po kuchni. Czy ktoś wie, ile hałasu robi chrupka z cielęciną dla bardzo wybrednych psów, której te wybredne psy i tak nie jedzą? Poddałam się, wzięłam swoją prawą rękę i wstałam. Przy łóżku miałam jeden pantofel i jeden but zimowy babci. Oba lewe. Marchew, ujrzawszy mnie skołtunioną, z mordem w oczach i butem w ręce, kołyszącym krokiem, zapadając się pośrodku swojego nieproporcjonalnego ciała, podążyła pod fotel. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Poranek, niestety, był przygnębiająco pochmurny. Deszcz, jak to mówią, wisiał w powietrzu. Ściślej mówiąc, wisiał nad moimi paskudnymi deskami. Jeden rzut oka za okno upewnił mnie, że folia, którą je zabezpieczyłam, powiewała niczym tiulowy welon, a deski, niczym nieosłonięte, jaśniały w całej okazałości. W pośpiechu zabrałam się do opalania i szlifowania kredensu, żeby jak najszybciej skończyć, posprzątać i wnieść czterometrowy powód mojej frustracji. A raczej wciągnąć przez okno. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po dwóch godzinach byłam gotowa. W każdym tego słowa znaczeniu. W tak zwanym dołku (u kogo dołek, u tego dołek) czułam gniotący ból. Przelotnie zastanowiłam się, czy to zawał, ale nie miałam czasu rozczulać się nad sobą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Mirek chętnie zaoferował pomoc. Garet nie mógł zdecydować się, kogo prześladować – Mirka na dworze, czy mnie w domu, w związku z czym biegał jak obłąkany starając się sprawiedliwie obdarzyć nas swoim bezcennym towarzystwem. Ostatecznie zdecydował się na mnie. Wrzeszczałam dziko, bo obawiałam się, że w końcu trafię dechą w to głupie bydlę i zrobię z niego naleśnik. Ale sterta rosnąca w pokoju była tak fascynująca, że nie potrafił się oprzeć. Szczególnie, gdy zaczęła wjeżdżać partia z psim moczem. Wspaniale. Teraz brakuje tylko tego, żeby nasikały na to wszystkie koty. Koty też zwiedziły i obwąchały podest, ale musiały się wycofać, bo na razie zaanektował go Garet. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Irena zaczęła wymiękać, chyba w obliczu snujących się po domu smrodów i mojej furii, i w końcu zdecydowała się na wyjazd w towarzystwie Kai, ale nie mogła się zdecydować, dokąd, za to już wiedziała, że gdziekolwiek się nie wybierze, może nie dojechać, a jeśli dojedzie, to zacznie się straszliwa zima i zamarznie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zadzwoniłam do Marka w nadziei, że jest w Polsce i przez parę dni zaopiekuje się matką, ale z nieukrywaną radością oznajmił, że jest w Wiedniu. Padło na kuzynkę z Piwnicznej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Oskrobawszy się z grubsza, wybrałam się do miasta po zakupy remontowe. Oprócz drobiazgów takich jak lakierobejca, lakier do podłóg, pędzle, szpachelki i tym podobne, kupiłam też porządną niemiecką pilarkę, żeby mój fachowiec miał narzędzie pracy, bo gdy go zapytałam, czym będzie przycinał deski, odparł, że nie wie.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Sprzedawca zapewnił mnie, że sprzęt jest bardzo dobry, wyposażony w automatyczne zabezpieczenia i celownik laserowy. Celownik bardzo mi się podobał. Kiedy jednak zaprezentował mi działanie sprzętu, fala akustyczna cisnęła mną o drzwi wejściowe. No, przynajmniej wiem, na co muszę się przygotować. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wracając, nie wytrzymałam i wstąpiłam do sklepu z drewnem, żeby wyrazić swoją opinię o deskach stolarzowi. Zamiast niego był jego brat, chłopak dla odmiany pogodny i sympatyczny. Opinię i tak wyraziłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ledwie doszłam do domu, zadzwonił stolarz. Zionął słusznym oburzeniem twierdząc, że deski są przeznaczone do cyklinowania. I jeśli są zdeptane, to najwyżej od spodu. Warknęłam, że w każdej chwili może sprawdzić, bo błoto wsiąkło głęboko i nie wszędzie dało się usunąć. Poza tym, gdyby były porządnie oheblowane, nie trzeba by było zbierać cykliniarką połowy deski. Ależ skąd, odparł, wystarczy dwa, trzy milimetry. Na co wysyczałam, że wgniecenia mają po pół centymetra, a doły są jeszcze głębsze, nie mówiąc o połamanych felcach. Zapłaciłam słono za każdy cholerny centymetr tych desek i każdy cholerny centymetr powinien nadawać się do użytku. To miały być deski podłogowe, a nie do wyłożenia szopy. A poza tym co z moją szafką pod zlewozmywak, miał mi odpowiedzieć w zeszłym tygodniu. I kiedy weźmie ten reklamowany dwa tygodnie temu regał z rozszczepioną półką. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Szatańsko wkurzona, nawarczałam na Gareta, który wyniósł mi do ogródka polar, papier ścierny, przecinak i pudełko ze szlifierki, które nadawało się teraz do wszystkiego, tylko nie do tego, żeby włożyć doń szlifierkę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Złapałam za telefon i zadzwoniłam do stolarza jeszcze raz, żeby powiedzieć, że jednak deska jest nieobrobiona i może ją sobie obejrzeć, a potem zabrać. Odebrała jego żona, powód, dla którego facet wprowadził się na naszą ulicę i córka mojej ulubionej sąsiadki. Niestety, w niczym matki nie przypomina. Na pewno nie jest bystrą, energiczną, zaradną i radosną kobietą. Gasnącym głosem oznajmiła, że mąż wyjechał, ale przekaże wiadomość. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W chwilę później przyjechała Kaja i Garet zaczął rozwalać dom, a Gacia plątała się pod nogami skrzecząc wrogo i zazdrośnie na psa. Pojawił się również fachowiec i zaczął kłaść fugi, więc popędzałam Kaję, żeby opróżniła szafki kuchenne, bo zaraz będziemy je wynosić. Tylko nie metodą od okna do drzwi, ale jakoś rozsądnie, mając na uwadze to, że wolne miejsce kiedyś się skończy. Poprzednio, kiedy wyniosła rzeczy z kredensu, musiałam je poukładać od nowa, bo wolne miejsce zostało tylko na moim łóżku. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Z fugami poszło szybko, więc poprosiłam, żeby założył klamki. Kupiłam piękne, mosiężne, pod kolor kranu. O dziwo, klamki założył bez przeszkód, co wzbudziło we mnie złe przeczucia. I słusznie. Bateria, zdawałoby się, typowa, okazała się o dwa milimetry dłuższa niż stara. Skutkuje to tym, że trzeba rozkuć płytki, przykręcić reduktorki i dopiero wtedy założyć baterię. Półek też nie przymocował, bo wkręty do drewna miałam za długie, a uważa, że samych podpórek nie ma co przykręcać. Przy pomocy granatu ręcznego otworzyłam puszkę z bejcą, żeby się odprężyć przy malowaniu, bo do moich zmartwień doszło i to, że nie rozłączyłam się ze stolarzem, co Kaja odkryła w jakiś czas po przyjeździe, kiedy ze słuchawki dobiegły ją głosy sąsiadki i żony stolarza, która też źle odłożyła słuchawkę, co przy jej permanentnym stanie somnabulizmu nie jest niczym nowym, bo parę razy wcześniej dzwoniłam do nich i zdarzyła się taka sytuacja. Nie chcę myśleć, ile mi nabiło. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dlaczego jednak zrobiłam sobie kolejną krzywdę i kupiłam polską lakierobejcę, nie wiem. Przecież nie pierwszy raz maluję drewno. Okazała się doskonałą imitacją po raz piąty zaparzonej kawy. Tak pod względem konsystencji, jak i koloru. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Nie miałam siły zmagać się dłużej z przeciwnościami losu, więc nakarmiłam Gareta i podjęłam próbę przygotowania sobie kolacji. Irena wpadła na ten sam pomysł. Ponieważ Kaja ułożyła wszystko według prostego, dla siebie tylko zrozumiałego systemu, nic nie mogłyśmy znaleźć. To znaczy owszem, znajdowałyśmy w wielkiej obfitości dziwne rzeczy w jeszcze dziwniejszych miejscach. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kaja, gdzie jest…[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kaja, gdzie położyłaś… [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kaja, gdzie do kurwy nędzy?!!!!....[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Kaju, gdzie jest cukier? – Irena zachowywała nienormalny dla siebie, stoicki spokój oraz jeszcze bardziej nienormalny pogodny nastrój. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cukier jest niezdrowy! – warknęłam, bo za nic nie mogłam znaleźć patelni. Postanowiłam nie podnosić tematu, dlaczego moja wredna córka powynosiła wszystkie produkty spożywcze z kuchennych szafek i spiżarki do mojego pokoju. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet spał ze mną, ponieważ przy kanapie stał kredens pomazany polską lakierobejcą, która cuchnęła straszliwie i nieprzerwanie. Oczywiście to, żeby pójść na górę, do Kai, nawet nie powstało mu w głowie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wstałam wcześnie, zamiast komórki namacałam woreczek z makaronem, co od razu, w połączeniu z usłużnie pojawiającym się wspomnieniem stolarza i desek, od razu wprawiło mnie w paskudny nastrój. Potknęłam się na kokosie, następnie o deski, potem walnęłam biodrem w stojącą w korytarzu szafkę kuchenną, a w kuchni wlazłam na żwirowisko wyprodukowane przez Gareta z suchego pieczywa dla kaczek. Pieczywo, w otwartej reklamówce, Irena umieściła na nowych płytkach poprzedniego dnia. Po co, nie mam pojęcia, bo do kaczek się nie wybierała. Teraz któryś kot obsikał reklamówkę, a Garet z radosnym chrupaniem rozgryzał sucharki i pluł nimi po kuchni. Kiedy zbierałam większe kawałki, uświadomiłam sobie, że moje ręce stukają o podłogę. [/FONT]
  25. :razz: Cześć! Pierwszy dzień w nowej pracy. Garet porzucony. W domu seria klęsk remontowych. Mam nadzieję, że wyjdę na prostą zanim zostaną same fundamenty. Na razie tylko Was pozdrawiam.
×
×
  • Create New...