-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
[SIZE=4]16.02.2007 piątek[/SIZE] [SIZE=4] Garet ostatecznie ozdrowiał w czwartek. Po dziewiątej zjawiła się wesoła ekipa do rozbiórki kuchennego pieca: Ula, jej dzieci – Zoja i Bartosz oraz Kasia, dziewczyna Bartosza. Młodzi ludzie mniej więcej w wieku Kai. W przewidywaniu bliskiego kontaktu z pyłem i sadzą wszyscy byliśmy ubrani tak bardziej wyjściowo. Kuchnia została ogołocona ze wszystkiego, a ponieważ Kaja wynosiła jej zawartość w pośpiechu i z najwyższą irytacją, do dziś ciężko większość rzeczy zlokalizować, za to giną następne i nie zanosi się na poprawę. [/SIZE] [SIZE=4] Garet na widok takiej liczby gości, w tym aż trzech kobiet, dostał świra ze szczęścia i tak mu już zostało. Zrodziło się w nim błędne przekonanie, że cała grupa zjawiła się wyłącznie po to, żeby go tulić, głaskać i drapać po brzuchu. Kiedy praca rozkręciła się na dobre, Kaja dołączyła się jako ochotnik, czym zaskoczyła mnie mile, zaś Gareta wręcz przeciwnie. Z uwagi na to, że powierzchnię kuchni w całości zajmowało pięć osób, trzy skrzynki na kafle, worki na gruz i rosnąca kupa cegieł, pies rzucający się wszystkim w objęcia stanowił poważną przeszkodę, został zatem wyproszony za drzwi. Dużo wysiłku włożył w wyłamanie tychże, a niepowodzenie wpędziło go w nieutuloną rozpacz, której dawał wyraz głośno i bez przerwy. Czasami, kiedy ktoś wynosił worek z gruzem, udawało mu się wpaść do środka. Wprawiało go to w taką euforię, że wszystko o wadze poniżej kilograma udawało się w chaotyczną podróż powietrzną. Towarzyszyły temu chóralne okrzyki i ostatecznie pies znowu lądował za drzwiami. [/SIZE] [SIZE=4] Około południa okazało się, że muszę kupić sporo różnych ciężkich rzeczy, najlepiej w Castoramie, a nikt z firmy Darka nie wybiera się tam w najbliższym czasie. Wysłałam do Artura sygnał SOS apelując do jego przyjacielskich uczuć. Najpierw na mnie nawarczał, a potem umówiliśmy się na pierwszą, w przerwie między jego godzinami przyjęć. Potem znowu na mnie nawrzeszczał i wreszcie pojechaliśmy. Boże, ten facet ma paskudny charakter, a mówi, że to ja mam wredny. [/SIZE] [SIZE=4] W Castoramie byłam po raz pierwszy i od razu wpadłam w bezbrzeżny zachwyt. Kupiłabym wszystko! Niestety, Artur mnie popędzał i nie zdążyłam obejrzeć nawet dziesięciu procent. Ostatecznie, w przelocie, kupiłam gresowe płytki pod kominek, w kolorze piaskowca. Wcale nie najdroższe, więc nie wiem, dlaczego Artur patrzył na mnie z potępieniem. Poza tym piękny kamienny zlewozmywak w kolorze piasku, baterię retro o barwie zmatowionego, starego złota, mnóstwo płyt z cudnej sosny sękatej na półki i blat do kredensu, który zamierzam poddać renowacji, klej do płytek i dwa fikusy o pierścieniowatych liściach. Artur sapał z irytacji i mamrotał coś o ograniczonej pojemności swojego samochodu. Faktycznie, zlewozmywak był dziwnie duży. [/SIZE] [SIZE=4] Do domu dojechaliśmy w ulewnym deszczu, Artur zostawił mnie z całym majdanem na parkingu, bo już był spóźniony. Kaja zaczęła to wszystko znosić, bo mój rwący bólem bark praktycznie wykluczał ruchy prawej ręki. Pomógł jej Mirek, który zauważył nas i wyszedł ze sklepu. [/SIZE] [SIZE=4] Przed domem leżał pokot worków z gruzem, w kuchni na środku stos cegieł, które od razu poleciłam Kai wynieść. Na obu ścianach, w kącie, w miejscu pieca, ziała dziura o zróżnicowanej głębokości. W tarasowato ułożonych załomach leżały pokładu gruzu i sadzy. Miejsce w podłodze, gdzie stał piec, też było dziurą, pełną gruzu, odłamków cegieł, sadzy i innych śmieci. Po wszystkim plątały się zafascynowane koty i biegał podekscytowany pies. Zjadłam wczorajsze duszone pieczarki, bo robiło mi się słabo i zabrałam się do mycia podłogi. [I]À propos[/I] podłogi, Kaja poinformowała mnie, że w międzyczasie Robert przywiózł deski na podłogę. Nic nie mówił, spieszył się, prawdopodobnie w ogóle jej nie zauważył. Deski porządnie ułożył w piwnicy. Jest ich dużo i są długie, musimy je okryć folią, zanim pies albo koty je obsikają. Okryłyśmy deski opędzając się od Gareta, który gonił po piwnicy wyjącego jak upiór Adolfa i milczącego Kocurka. [/SIZE] [SIZE=4] Potem udałam się do Darka, bo zrozumiałam, że gdy tylko piec będzie rozebrany, chłopcy zamontują nam kominek. Okazało się, że tylko mnie zależy na pośpiechu, bo tylko ja mieszkam z Ireną. Ostatecznie Darek obiecał, że Zdzichu przyklei na zrujnowane ściany płyty kartonowo-gipsowe, a za kominek się zabiorą, kiedy już na podłodze będą płytki. Ojciec Darka obiecał położyć płytki. W chwilę później wszyscy beztrosko rozjechali się do domów, co obserwowałam z pełną niedowierzania zgrozą. Zostałam na gruzach kuchni, sfrustrowana i podminowana, w otoczeniu brudnych, podekscytowanych zwierząt i snującej się w powietrzu furii emanującej z mojej matki. Kaja przygotowywała się do wyjścia na imprezę. Koty gromadnie zwiedzały rumowisko i stojąc na dwóch łapach zaglądały do komina. Wreszcie ciekawość zwyciężyła i kolejno próbowały tam wskoczyć. Spadały jak ulęgałki, bo jak jeden mąż trafiały na najpłytszy kawałek dziury. Za nimi sypała się sadza i kawałki gruzu. Zabawa była przednia. Trzykrotnie umyta podłoga nadawała się znowu do sprzątania. [/SIZE] [SIZE=4] Przyniosłam z piwnicy dwa wielkie arkusze tektury i przykryłam nimi lej w podłodze. Musiałam je przycisnąć łopatkami do węgla, bo się zwijały. Nic lepszego nie mogłam wymyślić, żeby uszczęśliwić koty. Gruz, cuchnąca, brudna ściana i rulony tektury! Impreza rozkręciła się na całego! Słaniający się ze zmęczenia Garet nabrał od nowa wigoru. [/SIZE] [SIZE=4] Umyłam widoczne części ciała z sadzy, która na mnie została po niebacznym przytuleniu Kolesia i poszłam do sąsiada, miłego, kulturalnego człowieka, którego próbowałam w lecie zatrudnić do prac remontowych. Wtedy był bardzo zajęty, więc zostałam skazana na ledwie ruszający się koszmar z Parkinsonem, w ostatnim stadium choroby alkoholowej. Na samo wspomnienie robi mi się słabo. [/SIZE] [SIZE=4] Tym razem spokojny, normalny człowiek był wolny i ubłagałam go, żeby zaczął następnego dnia po pracy. Nieco uspokojona wróciłam do domu, Garet przestał szlochać, koty wróciły do wnikliwego badania rumowiska, a ja próbowałam się skupić i zrobić listę zakupów. Garet ze zmęczenia stracił przytomność. [/SIZE] [SIZE=4] Potem coś mnie podkusiło i zmierzyłam zlewozmywak. Sto na pięćdziesiąt. Pomiar szafki, na której osadzony jest stary, to znaczy też nowy, ale niepasujący do planowanego wystroju, wykazał niezbicie, że w żaden sposób do siebie nie pasują. Zmartwiłam się i popadłam w zamyślenie. Zmierzyłam wszystko jeszcze raz. Zlewozmywak nie skurczył się, a szafka nie wydłużyła. Zaczęło mnie ogarniać nieprzyjemne przeczucie, bo co jak co, ale szafka jest typowa. Wiem, bo sama ją kupowałam dwa lata temu. [/SIZE] [SIZE=4] -To jest zlewozmywak pod zabudowę. Osadza się go na specjalnie przyciętym blacie – poinformował mnie litościwie Robert, któremu poszłam zapłacić za podłogę. Zawyłam i złapałam się za bark. Widocznie ciśnienie mi się podniosło, bo zaczęło mnie w nim łupać w alarmujący sposób. Wybrałam piaskowy odcień blatu, zamówiłam szafkę i chwiejnie podążyłam na zakupy. [/SIZE] [SIZE=4] Kupiłam Garetowi metrowego pluszowego jamnika, sobie trzy ceramiczne doniczki, suszoną żurawinę i migdały oraz dwie pary lnianych spodni i szary kostium z mięciutkiej wełenki, bo akurat była wyprzedaż. Zahaczyłam o plac targowy, gdzie zaczepił mnie obleśny ogrodnik, erotoman gawędziarz, którego unikam konsekwentnie od dwóch lat. Zagapiłam się na śliczny kwiatek i nie zdążyłam uciec. [/SIZE] [SIZE=4] -A czemuż to moja piękna pani mnie unika? – wrzasnął na całą okolicę obdarzając mnie koszmarnym uśmiechem. [/SIZE] [SIZE=4] -Bo dwa lata temu sprzedał mi pan ususzonego wrzośca, który w domu rozsypał mi się w rękach! – warknęłam. [/SIZE] [SIZE=4] -I dotąd mi to, dziewczyno, pamiętasz? – zamrugał przekrwionymi ślepiami.[/SIZE] [SIZE=4] -Do śmierci nie zapomnę – obrzuciłam go wrogim spojrzeniem. [/SIZE] [SIZE=4] -To ja ci dam wrzośca, tylko przyjdź w lecie. A teraz proszę, kwiatuszek gratis – wręczył mi obficie kwitnącą ceglastoczerwoną prymulkę. [/SIZE] [SIZE=4] -Dziękuję. Prawie się pan zrehabilitował. A ten ładny?[/SIZE] [SIZE=4] -A ten za pół ceny. I buzi![/SIZE] [SIZE=4] Odskoczyłam odruchowo od wyciągających się w moją stronę połamanych szponów. [/SIZE] [SIZE=4] -Żurawina! Niech pan się poczęstuje żurawiną – powiedziałam nerwowo. –Bardzo wskazana dla mężczyzn – dodałam zachęcająco. [/SIZE] [SIZE=4] -Aaaa! To my tu razem podziałamy! Pomaga na potencję?[/SIZE] [SIZE=4] -Nie, kurde, na przerost prostaty – warknęłam porywając swoje kwiatki i resztę bagaży. [/SIZE] [SIZE=4] -Patrz, chłopie, jaka piękna kobieta… I taka delikatna… - dogonił mnie rozmarzony głos. [/SIZE] [SIZE=4] Wreszcie dotarłam do sklepu z farbami. Pędzle, fugi, szpachle i lakier. Po naradzie ze sprzedawcą kupiłam najdroższy, ale najtrwalszy, używany do malowania parkietów w salach gimnastycznych. Może Irena nie od razu wyszura w nim rowy swoimi strasznymi człapciami. Moją radość zgasił telefon od Kai. [/SIZE] [SIZE=4] -Był Mirek i oglądał to miejsce po piecu. Kominek nie pasuje. Jest za duży. Metr trzydzieści na metr trzydzieści, tej ściany przy łazience brakuje ze czterdzieści centymetrów. Jak Darek to mierzył?[/SIZE] [SIZE=4] -Wzrokiem! –warknęłam. –Masz jeszcze jakieś dobre wieści?[/SIZE] [SIZE=4] -Nie, to na razie wszystko. [/SIZE] [SIZE=4] Kiedy wróciłam do domu, Mirek dokładnie wytłumaczył mi, o co chodzi z tymi niepasującymi wymiarami, i pocieszył, że może Darek znajdzie jakiś inny, mniejszy. [/SIZE] [SIZE=4] Zjadłam obiad z Garetem na kolanach i zapędziłam Kaję do piwnicy, zarządzając akcję malowania desek. Normalni ludzie malują deski po położeniu na podłodze. Ale normalni ludzie nie mieszkają z Ireną. Przynajmniej dwie warstwy musiałyśmy nałożyć w piwnicy. O cyklinowaniu i kolejnych wolałam nie myśleć. [/SIZE] [SIZE=4] -Powinnaś iść do lekarza – powiedziała Kaja po raz dziesiąty słysząc moje pojękiwanie. Zgodziłam się bez oporów. To był ten etap, kiedy marzyłam o gipsie, blokadzie sterydowej i polokainowej oraz znieczuleniu ogólnym łącznie. [/SIZE] [SIZE=4] Ujrzawszy deski zaczęłam marzyć o kałasznikowie. Przyszło mi też na myśl łamanie kołem i hiszpańskie buty. Zapłaciłam taka straszną cenę za deski, które najwyraźniej heblował pijany drwal wyszczerbionym toporem w okutych butach z ostrogami. Następnie zmienił te buty na gumiaki, w których wcześniej oblazł pobliskie bagna, po to, żeby na zmaltretowanych deskach odtańczyć Jezioro Łabędzie. A w Castoramie oglądałam śliczne, gładkie jak lustro deski podłogowe w cenie o jedną trzecią niższej! AAAA! [/SIZE] [SIZE=4] Złorzecząc pod nosem przystąpiłyśmy do malowania desek w dwóch zagraconych, brudnych piwnicach. Ja w swojej zbudowałam skomplikowaną, wielopoziomową konstrukcję podpartą z jednej strony szafką, paletą i krzesłem ogrodowym. Do Kai można się było przeczołgać pomiędzy krzesłem i paletą, pod warunkiem, że miało się gabaryty Gareta, który zręcznie i z wielkim entuzjazmem poruszał się w tym labiryncie. [/SIZE] [SIZE=4] Kiedy byłam już całkiem przyklejona do puszki z lakierem, rozdzwoniła się moja komórka. Odebrałam, udało mi się od niej odkleić, przykleiłam się powtórnie do puszki i pędzla, ale zadzwonił dzwonek do drzwi. Odkleiłam się od wszystkiego, wyczołgałam spomiędzy desek i pobiegłam otworzyć potykając się na stromych schodach, a potem w korytarzu o pudło ze zlewozmywakiem, worek z zaprawą, Garetowego jamnika i własne buty. Przyszedł Mirek z katalogiem, żeby pokazać mi, jaki kominek proponuje w zamian Darek. Już nie narożny. Na dłuższą ścianę, prosty, marmurowy. Marmurowy? Ale obciach! A gdzie mój wapień, gdzie cegiełki! Zreflektowałam się, że okazuję paskudną niewdzięczność i pospiesznie wyraziłam umiarkowany entuzjazm. [/SIZE] [SIZE=4] Usłyszawszy kolejny dzwonek do drzwi, odkleiłam się od tego, co poprzednio, wypełzłam spomiędzy desek, potknęłam o wszystko, co poprzednio oraz Gareta i otworzyłam drzwi. Zdzichu, szczerze zdumiony wiadomością, że ma przykleić w kuchni płyty, przyszedł obejrzeć ściany. Na widok pełnych sadzy jam nerwowo podciągnął spodnie i jąkając się mamrotał, że on nie rozumie, dlaczego płyty, przecież można to obłożyć wełną mineralną. Rzucił mi zranione spojrzenie wąskich, czarnych oczu, za-za-zapewnił, że płyty to raz dwa, tylko się namoczy ściany i popędził z powrotem do sklepu. Odprowadziłam go zaniepokojonym wzrokiem. [/SIZE] [SIZE=4] Zdzichu, z uwagi na orientalną urodę i wrodzony talent nieświadomego terrorysty, jest nazywany Talibem. Niewysoki, budową przypomina kwadrat. Dobry z kościami, jak to mówią, pełen dobrych intencji, ale mocno zakręcony i jakiś pechowy. Zupełnie, jak ja. Zapomina, gubi, niszczy przez przypadek, rozwala, psuje i zrzuca na siebie. [/SIZE] [SIZE=4] -Tylko popatrz – mówił Darek z udręką miesiąc wcześniej – to okno wprawiał Mariusz, a to Zdzichu. [/SIZE] [SIZE=4] Okno Mariusza było schludne i eleganckie, jakby wyrosło wraz z domem. Po stronie Zdzicha wetknięte było w dziurę, która wyglądała, jakby ją wybił samolot, obłożone gdzieniegdzie fantazyjnie girlandami pianki montażowej. Na podłodze piętrzył się wysoki do kolan kopiec zastygłej pianki, z której dramatycznie sterczały kawałki drewna, plastykowe koszulki od dwudziestocentymetrowych wkrętów, zmięte papiery, dwa częściowo opróżnione pojemniki i inne śmieci. [/SIZE] [SIZE=4] Nasłuchawszy się opowieści o przygodach Zdzicha, z przerażeniem myślałam o tym, co wyniknie z połączenia obu naszych pechów. Zeszłam do piwnicy, wymalowałam dwie deski i znowu pobiegłam otwierać drzwi wejściowe. Wytłumaczyłam Baśce, że przez najbliższy tydzień będę raczej nieosiągalna, przeprosiłam i wcisnęłam jej naręcze kolorowych czasopism, które odłożyłam dla niej na szafce w korytarzu. Część okładek została mi na rękawiczkach. Ponieważ komórka zaczęła jękliwie upominać się o ładowanie baterii, przykleiłam się i oderwałam kolejno od komórki, ładowarki i jeszcze raz komórki, a w chwilę potem telefonu stacjonarnego, który właśnie zadzwonił. [/SIZE] [SIZE=4] Ledwie skończyłam i zapaliłam papierosa, przyszedł nasz fachowiec położyć wylewkę pod płytki. Garet, który moment wcześniej stracił przytomność, zerwał się gwałtownie i poleciał odprawić rytuał powitalny, a potem aktywnie uczestniczył w pracach budowlanych, robiąc sobie przerwy na otwieranie wszystkich drzwi. Stał nad tym cierpliwym człowiekiem jak hiena, przekrzywiając głowę i strzygąc uszami. Co jakiś czas usiłował dać mu buzi, a odciągnięty, z uporem wracał na poprzednie miejsce. Bezskutecznie próbował też wymienić pluszowego jamnika na packę, czy jak się to narzędzie nazywa. Normalny pies unika hałaśliwych urządzeń, a Garet omal nie wlazł do wiadra, w którym warczało mieszadło nałożone na wiertarkę. Złapałam go za ogon i ocaliłam w ostatniej chwili. Wcale się nie przejął, nadal strzygł uszami w wielkim zaciekawieniu.[/SIZE] [SIZE=4] Kiedy fachowiec umył starannie wszystkie narzędzia i włożył je do kubła, Garet zdecydowanym krokiem wstąpił na idealnie wygładzoną powierzchnię. Narobiłam wrzasku, a cierpliwy człowiek zabrał się za zatykanie głębokich dziur w kształcie psich łap. Potem umył narzędzia jeszcze raz, a ja wyznałam, że mam złe przeczucia co do kotów. Odparł łagodnie, że koty mają małe łapki. [/SIZE] [SIZE=4] -Ale po cztery, a jest ich pięć – powiedziałam ponuro. [/SIZE] [SIZE=4] Osłoniliśmy schnącą wylewkę paletami, którym przyglądałam się podejrzliwie, bo konstrukcja wydawała mi się dość chwiejna. Sąsiad wyszedł, zostawiając narzędzia do następnego dnia. W tym samym momencie w drzwiach kuchni zaczęły wykwitać koty z szybkością alergicznej wysypki. Pierwsze kroki skierowały prosto do zagrodzonego terenu. W jednej chwili Kaja radośnie śmiała się z wyciągającej szyję Perły, w następnej w mokry beton wciskały się obie palety, a ślady Perły i Gareta tworzyły fantazyjny wzór pomiędzy nimi. [/SIZE] [SIZE=4] Kaja poszła po narzędzia i wyrównała powierzchnię, po czym założyłyśmy zasieki bardziej stabilnie. W połowie nocy dziury po kocich łapach pokrywały już całą wylewkę. [/SIZE] [SIZE=4] -To się wyrówna klejem – zapewniła Kaja. [/SIZE] [SIZE=4] -Obawiam się, że nie mamy tyle kleju – powiedziałam smętnie, wpatrując się beznadziejnym wzrokiem w domową Aleję Gwiazd. [/SIZE] [SIZE=4] Zeszłam do piwnicy nałożyć na deski kolejną warstwę lakieru. Pomalowałam też większość Kai, przedostając się do drugiej piwnicy pod krzesłem ogrodowym, bokiem. Wyczołgałam się tą samą drogą, po czym powtórzyłam całą operację jeszcze raz, bo zapomniałam o otwartej puszce lakieru. Zataczając się z bólu, zrzuciwszy zakurzone i pełne pajęczyn ubranie, wlazłam pod prysznic. Kiedy zorientowałam się, że to dziwne uczucie na głowie bierze się z tego, że pomyliłam szampon z oliwką dla niemowląt, już bez większych przeszkód wróciłam w szeregi rasy białej i zmieniłam się z powrotem z poszarzałej brunetki w blondynkę. Została mi sadza tylko w nosie oraz drogach oddechowych, ale to minie z czasem. [/SIZE] [SIZE=4] Garet przewrócił się o północy kładąc głowę na udzie Gaci, która też padła. Oboje są dziwnie zmatowiali, a w dotyku przypominają pęknięty worek z cementem.[/SIZE] [SIZE=4] O pierwszej dziecko mnie wymasowało i posmarowało maścią na wymiona. [/SIZE] [SIZE=4] -Dzięki. A teraz odwróć mi głowę prosto i zegnij prawą rękę, bo chciałabym wstać… [/SIZE] [SIZE=4] -Jezu. Mamuś, ciebie się powinno owinąć, włożyć w pudełko z dziurkami i zanieść tam, gdzie udzielą ci pomocy. [/SIZE] [SIZE=4] To już chyba zbędna fatyga. Łatwiej wykopać dołek pod wiśnią. [/SIZE] [SIZE=4] [/SIZE]
-
[SIZE=4]14.02.2007 środa[/SIZE] [SIZE=4] Wczoraj zerwałam się w środku nocy, po piątej. Za wcześnie nawet dla Gareta. Resztkami sił przelazł na fotel w kuchni, skąd spod opuszczonych powiek śledził moje poczynania. Kiedy założyłam kozaki na niebotycznie wysokich obcasach, żeby się do nich trochę przyzwyczaić, spojrzał na mnie ze zgrozą, zamrugał, stęknął i pospiesznie udał się na piętro, do pokoju Kai. Marchew, która właśnie wytoczyła się z pokoju niczym oślepiająco biała kula i chwiejnym krokiem zmierzała do miski, na mój widok lekko przysiadła, a kiedy utwierdziła się w przekonaniu, że nie ma omamów wzrokowych, szczupakiem rzuciła się pod fotel i tam już została. Co jest, u diabła?![/SIZE] [SIZE=4] Buty okazały się zadziwiająco wygodne, pomijając fakt, że wymuszały lekkie ugięcie kolan i staranne stawianie stopy. Upadek z tej wysokości grozi śmiercią. Nie mam pojęcia, jak kobiety mogą w czymś takim chodzić codziennie. Stukając na całą dzielnicę poczłapałam na przystanek. Górna połowa ciała podążała przodem, próbując zachować zwykłe tempo, na które nie pozwalały buty. Wskutek tego moja sylwetka zyskała elegancję właściwą wysztafirowanemu szympansowi. [/SIZE] [SIZE=4] Wdrapanie się do autobusu okazało się prawdziwym wyzwaniem, ale musiałam poradzić sobie sama, przy czym lekko tylko zwichnęłam prawe ramię. Cóż, to problemy wieku „pomiędzy”. Pomiędzy urodą i operacją plastyczną, pomiędzy tchórzliwą ucieczką estrogenu i śmiercią, pomiędzy sprawnością i widocznym inwalidztwem. Los kobiety zbyt młodej, żeby budzić w nielicznych dżentelmenach chęć zaopiekowania się babcią i zbyt starej, żeby wywołać w nich odruch wsparcia wyćwiczonym na siłowni ramieniem kruchego piękna. Zresztą wśród nielicznych pasażerów nie zauważyłam żadnego dżentelmena. Parę bab we włóczkowych beretach i dwóch nieogolonych, lekko kaprawych przystojniaków roztaczających bardzo naturalny zapach. Wolałabym wyleźć na czworakach niż oprzeć się na takim ramieniu. [/SIZE] [SIZE=4] Z zameldowaniem się w pracy miałam problem. Wszystkie pokoje w administracji zamknięte na głucho. Na szczęście po wpół do ósmej pojawiła się nieznana mi sekretarka. Miła dziewczyna, podobno czwarta w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy. Powiedziała, że też odchodzi. Ruch jak na lotnisku. [/SIZE] [SIZE=4] Wbrew obawom, spotkanie z dyrekcją przebiegło w naprawdę miłej atmosferze rokującej nadzieję na to, że będziemy sobie przyjaźnie machać przy przypadkowym spotkaniu. Trochę rozpraszał mnie wibrujący w kieszeni telefon. Bałam się, że Garysiowi coś się dzieje. [/SIZE] [SIZE=4] Zerknęłam na wyświetlacz, kiedy lżejsza o sto kilogramów stanęłam przed skrzydłem administracji rozkoszując się widokiem sosen skąpanych w promieniach iście wiosennego słońca. Ula. W czwartek przyjedzie z dziećmi na rozbiórkę pieca kuchennego. [/SIZE] [SIZE=4] -A czy babcia już o tym wie? – zapytała z niepokojem Kaja, kiedy po serdecznym powitaniu z Garetem zaległam w wielkim fotelu w kuchni. [/SIZE] [SIZE=4] -Jeszcze nie. To znaczy wie, że Ula zabiera piec, ale nie wie, kiedy. [/SIZE] [SIZE=4] -Ale czy przez „zabiera piec” rozumie, że oznacza to jego rozwalenie? [/SIZE] [SIZE=4] -O Jezu, przestań. Cały czas plącze mi się przed oczami wizja całego domu w sadzy i tego koszmarnego pobojowiska. Tylko na Garecie nie będzie nic znać. [/SIZE] [SIZE=4] Odsapnąwszy chwilę, pojechałam do Krakowa. Wcześniej odebrałam z poczty przesyłkę z ozonowym urządzeniem do masażu twarzy. Zanim dotarłam do przystanku krakowskiego minibusu, uprzytomniłam sobie, że od dwunastu godzin balansuję w tych obrzydliwych, pięknych butach i właściwie powinnam udać się do szpitala i poprosić o założenie szyn gipsowych. Ale prawdziwy kryzys miałam pięć godzin później. Kiedy uświadomiłam sobie, że od domu dzieli mnie kilometr, chciałam zadzwonić do Kai, żeby znalazła na strychu kule i przyniosła mi razem z najbardziej rozczłapanymi, miękkimi pantoflami. Tłumiąc głuchy jęk zebrałam siły i ruszyłam naprzód. Człap – prawa burta, człap – lewa burta… Z moich ścięgien i więzadeł można było zrobić liny holownicze. [/SIZE] [SIZE=4] Kiedy już z westchnieniem ulgi pozbyłam się butów, a Garet uprzejmie zwolnił mój ulubiony fotel, zastanawiałam się, kiedy opuści mnie wrażenie, że do podeszew przylgnęły mi połówki grejpfruta. [/SIZE] [SIZE=4] Kaja poinformowała mnie, że Garet na spacerze wyrzucił spod ogona strugę zielonkawo-żółtej cieczy, ale poza tym czuje się dobrze. Jadł i to nawet sporo, kiedy już zakończył przeszukiwanie domu i przekonał się, że naprawdę mnie nie ma. [/SIZE] [SIZE=4] Rano wypuszczałam go trzykrotnie, ale chyba za którymś razem zbyt późno, bo w łazience u góry Kaja znalazła pomarańczową kupę. [/SIZE] [SIZE=4] Miałam zamiar rozpocząć dziś renowację starego kredensu, ale kiedy obudziłam się o wpół do dwunastej, okazało się, że za bardzo boli mnie prawe, wywichnięte ramię. A, tam, zasłużyłam na dzień dziecka. Albo na leniwe Walentynki. Walentynka od Kai czekała na stole w kuchni. Piękna, purpurowa prymulka, radośnie świeża, i serduszko zagospodarowane przez dwie urocze myszki. Dobrze, że nie koty. Jeszcze jeden kot, nawet sztuczny, dobiłby mnie. Większość naszych siedziała przed miskami wpatrując się w smętnej zadumie w stosy żarcia. Wątróbka, pasztet, ryba gotowana i wędzona, kawałki wołowiny, śmietanka… Napuszona Marchew zamarła przy tacy z chrupkami, gdzie rozpierał się duży, żółty, gumowy jeż. Widocznie wypadł Garysiowi z pyska. Umywalkę w łazience zagospodarował Koleś. Wyglądał tak, jakby drzemał w niej od dłuższego czasu. Chyba mu było wygodnie, choć wylewał się lekko przez brzegi. [/SIZE] [SIZE=4] -Mamuś, o Boże, czy ty widziałaś, jaki czub masz na głowie?! – zawołała Kaja zataczając się ze śmiechu. –Zrób z tym coś! [/SIZE] [SIZE=4] -A kiedy miałam widzieć? – warknęłam z irytacją. Wieczorem robiłam sobie masaż twarzy tym nowym urządzeniem ozonowym i wylazłam z łóżka z podświadomym oczekiwaniem dobrego wyglądu, tym bardziej, że wyjątkowo byłam wyspana. Odsunęłam kalendarz z psami, spojrzałam w lustro w kuchni i zadrżałam. Flip, jak żywy. Tyle, że on nie miewał opuchniętej twarzy. Moje włosy wyglądały, jakbym je zebrała do góry i na noc przytrzasnęła dwoma tomami „Anatomii” Bochenka. Przeczesałam je palcami, co doprowadziło Kaję do spazmów. [/SIZE] [SIZE=4] -Rogi! Masz rogi![/SIZE] [SIZE=4] -Odwal się! Poczekam, aż po porodzie tobie też się zaczną kręcić i będę się śmiała znacznie głośniej. [/SIZE] [SIZE=4] Irena, widząc, że nastawiam Garetowi kurczaka, przypomniała, że ostatnio smakował mu rosół z wołowiny. Nawiasem mówiąc, jej rosół. Odłożyłam drób, nałożyłam wielkie, rozczłapane buty i lekko tylko kulejąc powędrowałam do miasta po wołowinę i walentynkę dla Kai. W trzecim z kolei mięsnym znalazłam ładną pręgę wołową. Z walentynką było gorzej. W kwiaciarni po rześkich prymulkach nie było śladu. Te, które zostały, wyglądały tak, jakby resztkami sił dokonywały bilansu życiowego. Z biżuterii zrezygnowałam, przypomniawszy sobie bezużyteczne stosy walające się po domu. Łącznie z gwiazdkowymi kolczykami z białego złota z brylancikami, które moje dziecko obejrzało uprzejmie, po czym, zjadłszy załączonego przez firmę jubilerską czekoladowego talara, zapakowało z powrotem do pudełeczka. Ostatecznie kupiłam jej ulubioną czekoladową babkę i książkę „Brzechwa dla dorosłych”. Parę dni temu, zszokowane, zastanawiałyśmy się, dlaczego nikt nas w szkole nie uczył, że Brzechwa był bratem Leśmiana? I takich rzeczy człowiek dowiaduje się dopiero z artykułu w gazecie. [/SIZE] [SIZE=4] Dla Ireny kupiłam torcik czekoladowy w najlepszej cukierni, dla Darka i jego pracowników ciastka, a dla Urszuli różany olejek do kąpieli w luksusowej mydlarni. Więcej osób nie spodziewałam się tego dnia spotkać. [/SIZE] [SIZE=4] Po drodze wstąpiłam po szampon dla niemowląt, to znaczy dla siebie. Z olejkiem z migdałów, powinien natłuszczać. Natłuściłam się od razu, chociaż niekoniecznie w pożądanych miejscach. Wąchając oliwkę dla dzieci (obrzydliwy nawyk!) wylałam sobie ćwierć butelki na ręce i buty. Ręce pospiesznie wytarłam o torbę, a ślady na posadzce rozmazałam podeszwą, czym tylko pogorszyłam sytuację, bo oddalając się z miejsca przestępstwa zostawiałam za sobą tłuste paćki. Rozzłościłam się. Cholera, człowiek daje sobie robić wodę z mózgu. Grupa pasożytów siedzi i kombinuje, a potem taki kurzy móżdżek jak ja daje się przekonać, że włosy nie mogą się puszyć, więc wygładza, za gęste są be, więc przerzedza, loki postarzają, więc prostuje. A, do diabła z tym. Czemuż natura nie stworzyła nas jednolicie łysymi? [/SIZE] [SIZE=4] Garecik powitał mnie z połową zwykłego ognia, ale nie wyglądało na to, żeby miał coś przeciwko moim włosom. Za to Kaja spojrzała i rozjaśniła się niebezpiecznie.[/SIZE] [SIZE=4] -Nic nie mów! – ostrzegłam ją. Garet zwymiotował w pokoju i zajęłyśmy się ważniejszymi sprawami. [/SIZE] [SIZE=4] Żarty się skończyły, czas zaangażować Jacka. Zrobiłam w myślach przegląd ochotników z samochodem, którzy lubią psie wymioty na desce rozdzielczej. Lista była pusta. Zadzwoniłam do Jacka, opisałam wszystkie objawy, ze szczególnym uwzględnieniem kolorystyki i konsystencji kup. Umówiliśmy się, że jeśli się nie pogorszy, przyjedzie zbadać Gareta w piątek. W przeciwnym wypadku natychmiast. [/SIZE] [SIZE=4] Po spacerze Kaja podała Garysiowi czopek Torecanu. Zniósł to bardzo dzielnie, przez godzinę zwisał z fotela w pozie zdechłej myszy, a potem zjadł porcję wołowiny w rosole. My tymczasem zbadałyśmy cały teren wokół domu pod kątem podrzuconych resztek zatrutej żywności. Może mam lekką paranoję, ale wolałam sprawdzić. Znalazłyśmy tylko setki kup, z którymi coś trzeba zrobić. Kaja natknęła się jeszcze na prezerwatywę. [/SIZE] [SIZE=4] -Nie rozumiem tych ludzi. Ktoś tak idzie i niesie prezerwatywę w kieszeni, żeby ją przerzucić przez ogrodzenie? [/SIZE] [SIZE=4] -Lepiej w to nie wnikaj – poradziłam, bo następnym krokiem były rozważania, kiedy zużył ją na naszym parkingu. [/SIZE] [SIZE=4] Garet chyba nie czuje się gorzej. Leży i błyszczy. To od głaskania. Przedtem był najczęściej pieszczonym psem na świecie, a teraz jest najczęściej głaskanym we wszechświecie. [/SIZE] [SIZE=4] Bardziej niepokoi mnie stan mojego umysłu. Zalewam wodą kubek bez kawy, gubię dosłownie wszystko, co wezmę w ręce, notorycznie zapominam nazwisk, lada moment zapomnę, jak się włącza komputer i nie rozpoznam własnego dziecka. W dodatku przegięłam przy obcinaniu grzywki. Przez nadwerężone ramię ręka mi skoczyła, a kiedy zaczęłam wyrównywać, skończyły mi się włosy. Kurde. Cholera. Kaja znowu się ze mnie śmieje! [/SIZE] [SIZE=4] [/SIZE]
-
[SIZE=4]12.02.2007 poniedziałek[/SIZE] [SIZE=4] W piątek moje dziecko wróciło zwycięsko po zakończonej sesji. Do domu weszłyśmy jedna po drugiej w odstępie kilku minut, co poważnie nadszarpnęło siły Gareta. Przy Kai po prostu omdlał. Nie zauważyłam żadnej zmiany na lepsze. Raczej przeciwnie. [/SIZE] [SIZE=4] -Jezu, on się kiedyś wykończy. Jeszcze nie mieliśmy psa, który by się tak spalał. [/SIZE] [SIZE=4] -Głupi jest całkiem – wycedziła ponuro Irena. –Jak wyszłaś, to mu piana z pyska leciała… [/SIZE] [SIZE=4] -O Boże, Gareciku – zmartwiłam się. –Co to będzie, kiedy pójdę do pracy i nie będzie mnie przez cały dzień? Cholera, to jest pies dla rodziny emerytów i rencistów niezdolnych do opuszczania domu… A, mam tę pracę – poinformowałam Kaję. -Wczoraj dzwonili. Teraz muszę się zwolnić w szpitalu. Nowy stres… [/SIZE] [SIZE=4] -Super! A ja zdałam rozwój. Nie wyobrażasz sobie, co za ulga![/SIZE] [SIZE=4] Zaczęłyśmy opowiadać sobie wydarzenia ostatniego tygodnia. Kaja sprawiedliwie dzieliła swoją uwagę między Gareta i Gacię, która przygalopowała słysząc głos swojej idolki i domagała się zachwytów i pieszczot. [/SIZE] [SIZE=4] Kiedy pobiegłyśmy za Garetem do pokoju, zwabione niepokojącymi odgłosami, wyjaśniła się sprawa piany. Zwymiotował na moje łóżko, a teraz wymiotował na kanapę. Ledwie zdążyłam wysłać Kaję na górę z naręczem prania, wskoczył na łóżko i kontynuował. Przygotowałyśmy następną porcję prania, a Garyś zwinął się w fotelu i mrugał bezradnie ciężkimi powiekami. To już nie tylko emocje. Każdy włosek jego lśniącego futra wyglądał na chory. [/SIZE] [SIZE=4] -Gdzie ja mam ten cholerny telefon? – mamrotałam. – Co my mamy? Początek weekendu i chorego psa. Chwała Bogu, że to nie sobota. Cholera, skończył rok, gwarancja się skończyła…[/SIZE] [SIZE=4] -Przestań, mamuś – Kaja spiorunowała mnie wzrokiem. [/SIZE] [SIZE=4] -Artur? Cześć, Garecik nam zachorował. Wymiotuje, jest osowiały, powieki mu opadają… [/SIZE] [SIZE=4] -Czym wymiotuje?[/SIZE] [SIZE=4] -Białą pianą. [/SIZE] [SIZE=4] -Białą podbarwioną na żółto – sprecyzowała Kaja, zaglądając do zwiniętej narzuty.[/SIZE] [SIZE=4] -…podbarwioną na żółto….[/SIZE] [SIZE=4] -Zmierz mu temperaturę i zaraz do mnie zadzwoń. [/SIZE] [SIZE=4] -Ale nosek ma zimny i mokry…[/SIZE] [SIZE=4] -To nie ma nic do rzeczy. Mierz. Ja zaraz przyjadę. Masz stetoskop?[/SIZE] [SIZE=4] -Mam. A przynajmniej miałam… - sprostowałam na wszelki wypadek, znając swoje możliwości w chowaniu różnych przedmiotów i zdolności tychże przedmiotów do trafiania na lokalny odpowiednik trójkąta bermudzkiego. [/SIZE] [SIZE=4] Odszukałam termometr, zanurzyłam go w kremie i spojrzałam przepraszająco na psa, który tymczasem przepełzł na kanapę. [/SIZE] [SIZE=4] -Garecik, bardzo mi przykro – szepnęłam, wtykając mu termometr w odbyt. Popatrzył na mnie z niedowierzaniem, ale na bardziej aktywny protest był zbyt słaby. Kaja zajęła się drugim końcem, tuląc go i mamrocząc słowa otuchy.[/SIZE] [SIZE=4] Stetoskopu oczywiście nie mogłam znaleźć. W desperacji zajrzałam nawet do lodówki. Do przeszukania zostało mi jeszcze ze sto metrów kwadratowych, kiedy Irena zlitowała się i powiedziała, że jest w pudle z ziołami. [/SIZE] [SIZE=4] Tym razem Artur taktownie nie ryczał i nie prześladował Gareta. Osłabiony pacjent, lekko zdezorientowany, ale otwarty na współpracę, rozkrzyżował się na oparciu fotela udostępniając do badania całe podwozie. Artur pochylił się nad nim ze stetoskopem, a Garet zwisł nad jego ręką wpatrując się we własną pierś z zafrasowaną miną konsultanta, który ma do przekazania fatalne wieści zaniepokojonym krewnym. Badali się tak przez długą chwilę, a Garetowa mordka wyciągała się coraz bardziej w komicznie tragicznym wyrazie. Niestety, nie zdążyłam w porę znaleźć aparatu. Jak Kaja złośliwie zauważyła, jakiś miesiąc, czyli dziesięć przemeblowań temu, był w komodzie. [/SIZE] [SIZE=4] -Ma anginę – oznajmił Artur, świecąc Garetowi latarką do paszczy.[/SIZE] [SIZE=4] -Anginę? – zapytałam z niedowierzaniem. [/SIZE] [SIZE=4] -No to sama zobacz – rozdziawił Gareta jeszcze raz. –Widzisz?[/SIZE] [SIZE=4] -Nic nie widzę. To znaczy żadnych śladów anginy. [/SIZE] [SIZE=4] -Pianę w gardle widzisz?[/SIZE] [SIZE=4] -Widzę.[/SIZE] [SIZE=4] -A tu w lewo?[/SIZE] [SIZE=4] -Nic nie widzę, ale nich ci będzie, zamknij go już! – Garet łypał dziko jak oszalały koń. [/SIZE] [SIZE=4] Zastrzyku nawet nie zauważył. Po wyjściu Artura zwinął się w fotelu i pogrążył w bolesnym przeżywaniu fatalnego samopoczucia. Powieki miał ciężkie, policzki obwisłe, wstawał niechętnie i poruszał się sztywno. Czuwałyśmy nad nim z pełnym troski niepokojem. [/SIZE] [SIZE=4] Rano nie było lepiej. Zamiast prześladować mnie przy gimnastyce, leżał na kanapie wtulony w moją bluzę i obserwował mnie spod opuszczonych rzęs. [/SIZE] [SIZE=4] Kolejne badanie udało mi się sfotografować. Niestety, Garet nie robił już takich śmiesznych min. Zastrzyki zniósł ze stoickim spokojem, a wieczorem zjadł trochę rosołu i piersi z kurczaka. [/SIZE] [SIZE=4] W niedzielę rano kląskał pod drzwiami domagając się wypuszczenia do ogródka. Obserwowałam przez okno, jak z miną właściciela i zadartą kitą obchodzi całe włości uważnie tropiąc powstałe w nocy ślady. Obsikiwał każdy krzaczek dawkując cenną substancję z rozwagą wynikającą z doświadczenia. Nasłuchiwał odległego szczekania, ale nie odpowiadał. Potem wrócił, wskoczył na łóżko i zdrzemnęliśmy się jeszcze ze dwie godziny. Zorientowałam się, że spał krócej niż ja, kiedy walnęłam wrastającym paznokciem dużego palca w ukryty pod kołdrą kokos. Wyrzuciłam z łóżka swojego kozaka i spodnie od dresu. [/SIZE] [SIZE=4] Gimnastykowaliśmy się razem. Nie sądziłam, że łapanie za rękawy i blokowanie podwoziem unoszonych nóg może być takie przyjemne. [/SIZE] [SIZE=4] Wieczorem dostał ostatni zastrzyk, a Artur dostał w łeb, bo maltretował psinę tarmosząc go za głowę tak długo, aż Garyś zapłakał. Ręka sama mi skoczyła. Wszyscy troje byliśmy zdumieni. Mam niski próg tolerancji na syndrom nieposłusznego bachora. [/SIZE] [SIZE=4] -A potem się dziwisz, że psy się ciebie boją. Szarpiesz je, dręczysz i ryczysz im nad głową. Przecież od razu widać, kiedy pies ma dość i trzeba uszanować jego granice – zbeształam go dodatkowo. [/SIZE] [SIZE=4] Dziś dzień zaczął się jak zwykle. Garet od szóstej biegał od drzwi do drzwi, kląskał, trąbił i jęczał. Irena szurała, trzaskała i tłukła się jak opętana, bo wybierała się na Śląsk. [/SIZE] [SIZE=4] Wstałam, wypuściłam Gareta i nawarczałam na Irenę, że nie wszyscy są głusi. Kiedy zapanowałam nad sytuacją, wlazłam z powrotem do łóżka, ale nie mogłam już zasnąć, bo przeżywałam jutrzejsze wypowiedzenie. Przedtem wydawało mi się, że sprawi mi to wielką satysfakcję. Teraz najchętniej załatwiłabym sprawę pocztą, gdyby to było możliwe. [/SIZE] [SIZE=4] -Dyrekcja będzie wściekła. Nie znosi, kiedy ktoś ją wyprzedza o krok – prorokowała ze słabo maskowanym zadowoleniem moja koleżanka, poniewierana przez dyrekcję mimo wysokiego i niezależnego stanowiska. –Ale dobrze robisz, nie wytrzymałabyś psychicznie mobbingu, jaki tam teraz panuje – pocieszyła mnie. –Panienki w administracji zmieniają się tak, że już nawet nikt nie usiłuje ich zapamiętać. [/SIZE] [SIZE=4] Ze ściśniętym żołądkiem, zasięgając porady zaprzyjaźnionej prawniczki i Iwony, napisałam wypowiedzenie. [/SIZE] [SIZE=4] W południe, kiedy wróciłam od lekarza z zaświadczeniem, że jestem zdolna do pracy, czyli do złożenia wypowiedzenia, dowiedziałam się, że Garet znowu zwymiotował. Trafił do pokoju babci, na wykładzinę u stóp jej tronu. Irena oskarżała go o perfidną złośliwość i pomstowała z powodu zbezczeszczenia swojej wykładziny. Najpierw próbowałam tłumaczyć, że kiedy poczuł się źle, szukał jakieś przyjaznej bliskości i to nie jego wina, że tak fatalnie trafił. Moja matka jednak z upodobaniem nadal maltretowała temat, aż wreszcie straciłam cierpliwość i oznajmiłam, że urodzie tej wykładziny nic już zaszkodzić nie może, w rzeczy samej nadaje się tylko do tego, żeby na nią narzygać. A w ogóle, skoro się tak nudzi, mogłaby posprzątać swój pokój i posegregować rzeczy do wyrzucenia, czyli według mnie prawie wszystko, żebym to mogła wynieść, a odkrytą powierzchnię zdezynfekować. Irena moje sugestie na temat sprzątania pominęła jak zwykle milczeniem, w którym czuło się kamienny upór. [/SIZE] [SIZE=4] Nie rozumiem, dlaczego tak się zaparła. Nawet najbardziej pobłażliwe służby sanitarne, ujrzawszy choćby z daleka to pomieszczenie, zaplombowałyby cały dom i otoczyłyby go ostrzegawczymi napisami. Obszerny pokój stał się składowiskiem przeróżnych przedmiotów, które nagromadziły się tam w przeciągu kilkunastu lat. Z otwartych szaf wysypują się ubrania, których stosy piętrzą się również na fotelach, szafkach, pianinie i podłodze. Pomiędzy tym walają się kartony, woreczki foliowe, papiery i Bóg wie co jeszcze. Udaje nam się odkurzać tylko środek, którego powierzchnia systematycznie się kurczy. Na reszcie wysypiska, w licznych jego warstwach, uszczelnionych pokładami kurzu, rozwijają się różnorodne formy życia. Sądzę, że mogły tam pojawić się gatunki dotychczas biologom nieznane. Mam nadzieję, że nie są jadowite, choć co do tego pewności mieć nie można. [/SIZE] [SIZE=4] Dwa lata temu podjęłam nieśmiałą próbę odgruzowania podłogi. Zdążyłam usunąć tylko kilka woreczków foliowych i gazet zasikanych przez koty. Po awanturze, jaką zrobiła mi moja mamusia, przyrzekłam sobie, że nigdy więcej niczego tam nie tknę. Nawet gdy ze sterty śmieci będzie wystawał tylko czubek jej głowy. No, chyba że coś stamtąd zacznie wpełzać do mojego pokoju. Ponieważ na sprzątanie już za późno, posłużę się miotaczem ognia. Nawet koty już tam nie sikają. [/SIZE] [SIZE=4] Kaja, po krótkim wahaniu, postanowiła jednak wziąć Gareta na spacer. Ożywiło go to trochę, ale szybko stracił siły i resztę dnia spędził wciśnięty w fotel i mój polar wyglądając jak znękana mysz. Artur poradził, żeby podawać mu Nifuroksazyd. Też na nic innego nie wpadłam. [/SIZE] [SIZE=4] Wieczór spędziłam na obserwowaniu z niepokojem Gareta, fukaniu na rozszalałe koty i nerwowym gromadzeniu elementów ubioru przed pójściem do pracy po raz ostatni. Z właściwym sobie optymizmem spodziewałam się wszystkiego najgorszego. Odezwały się niedobitki mojej kobiecej natury i postanowiłam przynajmniej wyglądać jak najlepiej. Odkopałam nienaruszony przez Gareta mięciutki kaszmirowy płaszcz w kolorze malinowym, z szerokim futrzanym kołnierzem koloru burgunda. Do tego kaszmirowy golf i spódnica w kolorze czerwonego wina. Skoro już przebierałam się za kobietę, potrzebne mi były dodatki. Delikatny naszyjnik z granatami wymagał obecności takichż kolczyków, jednak okazało się, że jeden z nich stracił malutki kamyczek. Nie było widać, ale wystarczy, że ja wiedziałam. Zdecydowałam się na wyrzeźbione z ciemnoczerwonego koralowca róże w rozecie srebrnych liści. Niestety, nie udało mi się zlokalizować dużej róży na szyję. W lecie podejrzewałam o jej skonsumowanie Gareta, ale niedawno ją znalazłam. I gdzieś położyłam… Kaja, wzdychając z irytacją, włączyła się do poszukiwań. Mamrotała przy tym pod nosem, że gdybym nie przemeblowywała raz w tygodniu, wszystko dałoby się odnaleźć bez trudu. Na przykład biżuteria albo książeczka zdrowia psa. A także moje dokumenty, które już dawno powinnam posegregować. Na wspomnienie dokumentów oblałam się zimnym potem, bo parę dni wcześniej spędziłam cały wieczór na przerzucaniu kilkudziesięciu kilogramów papierów w poszukiwaniu ostatniej umowy o pracę, gdy nie znalazłam jej w słowniku łacińsko-polskim, gdzie jej się spodziewałam. Zamiast niej było tam mnóstwo pięknych, zasuszonych liści, stara recepta i kawałek sznurówki. Na umowę natrafiłam w teczce zatytułowanej „Ochrona danych osobowych”, gdzie były także materiały związane z uzależnieniami, opis tomografii mojego kręgosłupa oraz gwarancja kuchenki gazowej. [/SIZE] [SIZE=4] Zgromadziwszy mniej więcej wszystko, czego potrzebowałam, łącznie z nowymi, wysokimi butami na blisko dziesięciocentymetrowych obcasach, w których mam metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, zanurzyłam rękę w torebce, w której ostatnio widziałam uniwersalny klucz z pracy. Klucza nie było! Co gorsza, pół nocy poszukiwań nie przyniosło spodziewanego skutku. [/SIZE]
-
[SIZE=4]07.02.2007 środa[/SIZE] [SIZE=4] Cholera, wytrujemy się jak amen w pacierzu. Nie dość, że zwierzęta mają mnie w nosie, teraz zbuntował się piec. Ma trzy opcje – albo się dusi na czterdziestu stopniach i nie grzeje, albo gotuje wodę albo grzeje, nie gotuje, za to dymi jak szalony. Po przejściu dwóch pierwszych faz jestem w trzeciej, a ponieważ zaczyna mnie boleć głowa, muszę wrócić do którejś poprzedniej. Jedno zapamiętam na zawsze – nie wolno stawać na wprost drzwiczek, gdy człowiek ma do czynienia z radosnym wytworem bolesnego geniuszu tajemniczego prywatnego producenta. Kiedy spróbowałam dziś spojrzeć na palenisko, kula ognia postanowiła przyjrzeć się mnie, wyskoczyła z wizgiem z pieca i osmaliła mi włosy z boku. Parę milimetrów dalej i moja matka nie miałaby się nad kim pastwić. Garet i koty zwiały na dwór w ułamku sekundy, przy czym Adolf włączył syrenę niczym wóz bojowy straży pożarnej. [/SIZE] [SIZE=4] Coś złego z piecem zaczęło się dziać, kiedy palenie na czas weekendu przejęła Kaja. Choć według niej wszystko było w porządku, a ja narzekałam z powodu trupiej temperatury ciała. Nie dyskutowałam. Moje dziecko bierze na siebie część obowiązków domowych z najwyższą irytacją i zniecierpliwieniem, ale staram się przymknąć na to oczy, bo najważniejsze dla mnie jest to, że Garet staje się nieco spokojniejszy, ponieważ stado mu się powiększa. Dlatego czekałam jak na zbawienie na przyjazd Kai po dwóch tygodniach nieobecności. [/SIZE] [SIZE=4] -Kaja zaraz będzie – zapewniałam Gareta po powrocie z zakupów, kiedy próbował rozerwać mnie na strzępy. Wydawał się rozumieć i w ramach knebla chwycił w zęby kokos, co pozwoliło mi zdjąć buty bez odniesienia ciężkich obrażeń. Garet wetknął mi głowę pod pachę, a z uśmiechniętego psyka zwisała mu moja rękawiczka. [/SIZE] [SIZE=4] -Do diabła, skąd ją wziąłeś? Mówiłam, że nie wolno grzebać w mojej torbie! Fe! – odebrałam rękawiczkę i chcąc zasunąć zamek ze zdumieniem zauważyłam w torbie kokos. Garyś nie ukradł rękawiczki, po prostu ją wymienił. [/SIZE] [SIZE=4] Poważnie obawiam się, że któreś z powitań Garet w końcu przypłaci życiem. Na widok Kai, po próbach zabicia się o meble, po prostu omdlał na fotelu w kuchni. Wypędziłam ich jak najszybciej na spacer, żeby pies odreagował.[/SIZE] [SIZE=4] -Tylko zamiast kamieni, weź w celach obronnych dezodorant. Uważam, że będzie skuteczniejszy. Kupiłam taki bardziej cuchnący. Kamienie mogą wywołać agresję, dezodorant najwyżej kichanie. [/SIZE] [SIZE=4] Od czasu, gdy dopadł ich wielki, biegający bez opieki bydlak, Kaja chodzi na spacer uzbrojona. Pomysł z kamieniami, wyjąwszy młyńskie o natychmiastowym działaniu, nie podobał mi się od początku. Na razie na nic się nie przydały, jeśli nie liczyć tego, że kurtka Kai z nadmiernie obciążoną kieszenią spadła mi z wieszaka na nogę. Właśnie, AUĆ! Nie wiem, co głośniej zagrzechotało. Kamienie czy kości śródstopia. [/SIZE] [SIZE=4] Wreszcie doczekałam się masażu. Wszyscy oprócz Kai byli zadowoleni. Starałam się odprężyć mimo panującego w pokoju zimna i aktywnego udziału Gareta. Kaja z ulgą i znudzeniem dobrnęła do końca.[/SIZE] [SIZE=4] -Gdzie masz ten żel dla konia czy na wymiona? Nie pamiętam, którego używasz…[/SIZE] [SIZE=4] -W łazience. Ja mam chyba koński, a babcia na wymiona. A może odwrotnie. [/SIZE] [SIZE=4] Szczątkowe informacje o tzw. „końskiej maści” wpadły mi w ucho z jakiegoś telewizyjnego reportażu. Niemieckiej produkcji preparat weterynaryjny o działaniu przeciwbólowym i przeciwzapalnym stał się nagle popularny jako świetnie działający u ludzi. W to akurat mogłam uwierzyć, bo dawka środków leczniczych na pewno jest większa, a Niemcom można ufać, że lek jest czysty i wyprodukowany zgodnie z recepturą, która zapewne nie jest okryta mroczną tajemnicą i można od razu sprawdzić, na co człowiek się decyduje. Zadzwoniłam do Artura, czy ma dostęp i może mi to sprowadzić. [/SIZE] [SIZE=4] -„Końska maść”? Może chodzi ci o tą na wymiona? [/SIZE] [SIZE=4] -Na wymiona? – zniesmaczyłam się. –Może nie przesadzajmy… [/SIZE] [SIZE=4] -No wiesz, taki żel na bazie ziół, działa przeciwzapalnie i przeciwbólowo. Bardzo ładnie pachnie. [/SIZE] [SIZE=4] -Dobry jest? Jak myślisz?[/SIZE] [SIZE=4] -Wiem, że dobry, moja matka go używa przy bólach kręgosłupa. Pięćset mililitrów za czterdzieści złotych. [/SIZE] [SIZE=4] -No to świetnie, niech będzie do smarowania wymion, zamów mi. [/SIZE] [SIZE=4] -Nie ma sprawy, tylko nie przesadź, bo za bardzo ci urosną… [/SIZE] [SIZE=4] Zadowolona zatrzasnęłam komórkę i dopiero wtedy uprzytomniłam sobie, że stoję pod szpitalem na przystanku autobusowym, a część ludzi dyskretnie odwraca ode mnie wzrok. Bali się, że od razu rozpocznę oględziny wspomnianych narządów, czy co?[/SIZE] [SIZE=4] Zanim odebrałam lekarstwo, znalazłam na targu półkilogramowy pojemnik, tym razem z żelem dla koni, używanym w stanach zapalnych więzadeł i ścięgien. Przeczytałam, że zawiera olejki eteryczne z dwudziestu pięciu ziół, które w dodatku zostały co do jednego wymienione. Bez namysłu kupiłam. Gdybym chciała kupić takie wiaderko o tym samym składzie w „ludzkiej” aptece, zapłaciłabym kilkaset złotych. [/SIZE] [SIZE=4] W ten sposób stałam się właścicielką dwóch cebrzyków żelu, pachnącego orzeźwiająco olejkami eterycznymi. Ten koński pachniał słabiej, więc dałam go Irenie, dla siebie zatrzymując ten do wymion, który w dodatku ma właściwości pielęgnacyjne. [/SIZE] [SIZE=4] Mój kręgosłup najwyraźniej odzwyczaił się od masażu, bo niemal od razu dopadło mnie zapalenie korzeni nerwowych w piersiowym. Po północy wstałam i nakarmiłam się lekami. Przez godzinę obijałam się po domu walcząc z bólem, który nasuwał na myśl jednoczesny zawał, atak kamicy żółciowej i zapalenie nerek. Dopiero po czterech dniach leczenia dolegliwości zmniejszyły się. [/SIZE] [SIZE=4] O tym, że Garet dojrzewa, przekonałam się w niedzielę, kiedy odwiedziła mnie Ula z mężem. Ulę znam od lat, jest cudowną kobietą, pełną promiennej energii, twórczą, otwartą, błyskotliwą i radosną. Jej męża widziałam po raz pierwszy, a Garet nie znał dotychczas żadnego z nich. W Uli zakochał się natychmiast, co było do przewidzenia, a na widok jej męża najeżył się i zesztywniał, co mu się jeszcze nigdy nie zdarzyło. Z upływem czasu było tylko gorzej. Starałam się zachować czujność, bo bałam się, że człowieka pogryzie, a za nic nie chciałam sprawić Uli przykrości. [/SIZE] [SIZE=4] -Nic dziwnego, on nie lubi zwierząt, a Garet to wyczuwa – skwitowała kłopotliwą sytuację przytulając na kanapie domagającego się pieszczot psa. [/SIZE] [SIZE=4] -Nic podobnego – wymamrotał mąż bez przekonania w zarośla własnej brody. [/SIZE] [SIZE=4] Wysunęłam hipotezę, że być może mamy do czynienia z syndromem zazdrości o brodę, bo Garet ma podobną kolorystycznie, tylko krótszą. [/SIZE] [SIZE=4] Nie mogę już twierdzić, że Garet darzy miłością całą ludzkość, bo okazało się, że są wyjątki. [/SIZE] [SIZE=4] Pamiętam, że Funiaczek po ukończeniu roku też zaczął się zmieniać. Przedtem schodził z drogi najmniejszemu nawet kundelkowi, im bardziej złośliwemu, tym szybciej. Potem okrzepł, nabrał pewności siebie i te najbardziej dokuczliwe, które doskonale zapamiętał, gonił z niedwuznacznym zamiarem bezlitosnego skasowania na równi z korzeniami. [/SIZE] [SIZE=4] Ula zdecydowała się zabrać nasz kuchenny piec, który muszę rozebrać przed zamontowaniem kominka. Wstawi go do swojego domu na wsi, który zamierza urządzić w stylu rustykalnym. Zamierza też odnowić stary kredens, a ponieważ mam bolesne doświadczenie w usuwaniu wielu warstw farby z powierzchni drewnianych, udzielałam jej rad. Sama zaczynam się zastanawiać nad zlikwidowaniem szafek w kuchni i zastąpieniem ich wielkim kredensem, który kupiliśmy wraz z tym domem. Dół już kilka lat temu oczyściłam i polakierowałam, zostałaby mi do opalenia i oszlifowania jeszcze nadstawka. Sto razy gorsza niż dół, bo pełna załomków i wąskich krawędzi. No i musiałabym zamówić nowy, szerszy blat. Oczywiście wcześniej trzeba wymienić podłogę, bo stara po postawieniu kredensu zapadnie się grzebiąc nas i całą populację korników oraz innych stworzeń, o których wolę nie wiedzieć. [/SIZE] [SIZE=4] Uwielbiam zmiany, więc zabrałabym się do tego z radosnym rykiem w duszy i uśmiechem na ustach, ale sama myśl o zmaganiach z Ireną, która będzie przeszkadzać na każdym kroku, wyzłośliwiać się, kompromitować mnie przed robotnikami i gderać, podcina mi skrzydła i pozbawia energii. [/SIZE] [SIZE=4] -Ma taki bystry umysł, a zachowuje się jak rozwydrzony, wredny bachor – skarżyłam się Iwonie, która przywiozła mnie we wtorek wieczorem z Krakowa i odwzajemniała ataki czułości Gareta starając się jednocześnie ocalić stopy, Garet bowiem trzymał w zębach na zmianę – to kokos, to kość udową cielęcia, przy czym co chwilę wypuszczał ładunek swobodnie i bez ostrzeżenia.[/SIZE] [SIZE=4] -To traktuj ją jak dziecko w okresie przekory – poradziła wypychając sobie nasadę kości cielęcej spod pachy. [/SIZE] [SIZE=4] -Tak powinnam zrobić, mentalnie to proste, ale musiałabym dokonać jakiejś nieprawdopodobnej wolty emocjonalnej, bo moje reakcje pochodzą z poziomu emocji. I dlatego to wszystko tak boli. [/SIZE] [SIZE=4] W Krakowie pokonałam dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu butów zimowych. Chodziło mi o kozaki z czarnej skóry, klasyczne, proste i eleganckie, które mogłabym założyć do sukienki. Co nie znaczy, że w zimie będę chodzić w sukience, ale przydałyby mi się na wszelki wypadek.[/SIZE] [SIZE=4] Już po godzinie ogarnęło mnie słuszne zwątpienie. Sklepy obuwnicze są średnio co sto metrów, w nich mnóstwo butów i ekspedientki. Ekspedientki kiwały głową ze zrozumieniem, gdy zaczynałam wymieniać warunki początkowe. Gdy tłumaczyłam, że chodzi mi o numer czterdzieści jeden albo dwa, na ich twarzach zaczynał pojawiać się niesmak. Doszedłszy do punktu, w którym dowodziłam, że podudzia normalnych ludzi, używających nóg do chodzenia, są na ogół zaopatrzone w łydki, które składają się z mięśnia brzuchatego łydki, będącego mięśniem dwugłowym i mającego określoną objętość, niesmak pogłębiał się i przechodził w panikę. Otóż producenci kozaków nie przewidują obecności mięśni na goleni. Ostatecznie na zdjęciach w katalogach mody takich obscenicznych rzeczy nie widać. Jak ktoś ma takie dziwne narośla, to niech sobie nosi buty za kostkę. Trapery na przykład. [/SIZE] [SIZE=4] W środę o siódmej, ledwie zdrzemnęłam się po wypuszczeniu do ogródka Gareta, obudziło mnie szorowanie po mózgu gruboziarnistym papierem ściernym. To Irena podekscytowana wyprawą po nowy telefon zerwała się o bladym świcie i rozpoczęła wędrówki szurając podeszwami kapci. Ja rozumiem, że można przejść z pokoju do kuchni kilka razy. Ale kilkadziesiąt?! Po jaką cholerną cholerę?![/SIZE] [SIZE=4] Garet, wzdychając ciężko, stoczył się z łóżka. Stoczyłam się za nim, a za mną kokos, który spadł mi na bosą stopę. Zawyłam i stanęłam na jednej nodze, wprost na skamieniałym kawałku grzanki, którą zostawił sobie z kolacji. Strząsając grudy mokrego błota z prześcieradła, domyśliłam się, że idzie odwilż. [/SIZE] [SIZE=4] Po bolesnym, acz niezwykle prostym procesie zawarcia umowy na telefon stacjonarny z Ery, wróciłyśmy do domu. Garetowi w rekompensacie za porzucenie kupiłam piłkę do koszykówki. Wielka, twarda, powinna przetrwać. Na wszelki wypadek dopompowałam powietrza. Musiałby być aligatorem, żeby ją wziąć do paszczy. Zareagował bardzo dobrze. Z dzikim warkotem runął za piłką. Wkładał w to tyle energii, że po kwadransie powinien być wybiegany. Meble łomotały i szurały po podłodze. Po kilku minutach usłyszałam wielemówiące – PSSST! Garet i piłka siedzieli na kanapie wpatrując się w siebie z obwisłymi policzkami. Tyle na temat aligatorów. [/SIZE] [SIZE=4] Wykazując anielską cierpliwość próbowałam przekonać Irenę o zaletach i prostocie obsługi nowego telefonu. Najpierw, prezentując głęboką urazę, oskarżyła mnie o nakłonienie jej do zbyt pochopnej rezygnacji z poprzedniego operatora. Bo teraz, przez nowy numer, nikt się do niej nie dodzwoni. Potem oznajmiła, że i tak dzwoni tylko do dwóch osób i to raz w roku, więc nie ma potrzeby wprowadzać ich do pamięci aparatu. Potem oświadczyła, że takie nowoczesne komplikacje to nie dla niej i jest za stara, żeby to pojąć. A poza tym i tak bez okularów nic na tym wyświetlaczu nie widzi. Nerwy zaczęły mi puszczać i warknęłam, że skoro ja przez całe życie mogę chodzić w okularach, to ona może swoje założyć dwa razy w roku do dzwonienia. Nabrałam głęboko powietrza przypominając sobie o okresie przekory i powiedziałam optymistycznie, że teraz, chodząc z telefonem do piwnicy czy ogródka, odpadnie jej obawa, że coś jej się stanie i nikt jej nie znajdzie. Nadęła się i wyburczała, że w ogóle, już nigdy, nie będzie wychodzić do ogródka. Przezornie odsunęłam się od ciężkich narzędzi. [/SIZE] [SIZE=4] Sto tysięcy siwych włosów i dwa nowe wrzody żołądka później, pokonawszy opory wynikające z przekory, a nie z ograniczeń poznawczych, nauczyłam Irenę korzystania z telefonu. Spodobała jej się książka telefoniczna i głośność dzwonków, a także możliwość identyfikacji rozmówcy. Zadzwoniła kontrolnie na wciąż funkcjonujący nasz stary stacjonarny i rozgadała się nie bacząc na to, że stoję ze słuchawką przy uchu dwa metry dalej i tupię z niecierpliwości. Potem zadzwoniła do Kai na komórkę, pogadały sobie, później na moją, ale przytomnie nie odebrałam, a potem ja zadzwoniłam do niej, żeby udowodnić, że wyświetli się moje imię. Zabawę miała świetną, ale od tych różnorodnych dzwonków pies zaczął dostawać pomieszania zmysłów, choć i tak wyprzedzałam go o krok. [/SIZE] [SIZE=4] Wieczorem dymiący piec zamienił nasz dom w komorę gazową i mózg desperacko usiłował wyleźć mi na zewnątrz dziurkami od nosa. Otworzyłam okna, ale niewiele to dało. Na to wszystko nadjechał Artur z porcją leków do odrobaczania naszych dziesięciu milusińskich, rycząc radośnie od progu swoim tubalnym głosem. [/SIZE] [SIZE=4] -O, Boże, a co tu tak śmierdzi?! [/SIZE] [SIZE=4] -Ja! – odwarknęłam.[/SIZE] [SIZE=4] -Tak też myślałem! Weźże otwórz okna, bo się zaczadzisz!!! Cześć, Birecik!!! – wrzasnął przyjaźnie do Gareta, który aż przykucnął przywalony decybelami. [/SIZE] [SIZE=4] -*****, zamknij się, bo mi łeb napierdala! – jęknęłam udręczona. [/SIZE] [SIZE=4] -Ach, rozumiem, masz migrenę! [/SIZE] [SIZE=4] -I Irenę. Dziś od bladego ranka przeszurała mi po mózgu osiem kilometrów swoimi koszmarnymi papuciami, przez pół dnia wykańczała mnie nowym telefonem, a teraz do tego dołączył się piec. A poza tym chodzi i żuje swoją szczękę, a ja mam tendencję do przejmowania wszystkich tików – dodałam żałośnie. [/SIZE] [SIZE=4] -Brrr! Nawet mi nie mów! Tego bym już nie wytrzymał. [/SIZE] [SIZE=4] -Ale własną żuje, a nie sztuczną. Ma więcej zębów, niż ja… Ale faktycznie, to koszmar. Już się widzę za parę lat. Roztrzęsiony, garbaty, ślepy strzęp, ciamkający, zgrzytający zębami, rzucający ramieniem, ze skaczącą lewą powieką…[/SIZE] [SIZE=4] -Jezzzu, przestań! [/SIZE] [SIZE=4] -A co, to wszystko mam już teraz, potem tylko się nasili…[/SIZE] [SIZE=4] -Lepiej mi opowiedz o tym telefonie, bo mnie tak ostatnio wkurwili, że chcę wypowiedzieć umowę. Birecik, a daj mi jajeczka! – zaatakował znienacka niczego nie spodziewającego się Gareta, który w panice wybałuszył oczy i rozlał się jak plama czerni na oparciu fotela. [/SIZE] [SIZE=4] -Odwal się od psa, ty zboczeńcu! A ten telefon to naprawdę fantastyczna sprawa… [/SIZE]
-
:loveu: [FONT=Times New Roman]3.2.2007 sobota[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] To był cholernie ciężki tydzień. Połączenie przemęczenia, niewyspania, frustracji i ciężkiej furii spowodowanej głównie harmonijnym współżyciem z dającymi radość zwierzątkami domowymi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przede wszystkim pisałam projekt. Niestety, nie jestem zdolna do systematycznej, planowej pracy. Mój umysł nie działa w ten sposób. Pracuje wielotorowo i chaotycznie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy już wszystko skserowałam, zbindowałam i wielokrotnie zgubiłam, po czym najważniejsze rzeczy odnalazłam, przejrzałam to, co udało mi się na powrót zgromadzić i zostawiłam tę sieczkę do fermentacji. W tym czasie przeczytałam dwa obszerne i bardzo dobre, to znaczy straszne, thrillery karmiąc się poczuciem winy, że nie robię tego, co powinnam. W międzyczasie w pośpiechu załatwiałam ostatnie, przed finalizacją sprzedaży starego domu, sprawy urzędowe. Zwierzęta, lekko zaniedbane i niedopieszczone, manifestowały swoją urazę w dostępny sobie, obrzydliwy sposób. Wstrętne kociska lały we wszystkich możliwych miejscach, demolowały piętro i denerwowały psa wyładowując nadmiar energii w domu, zamiast na dworze. Garet, próbując zaprowadzić porządek wśród kotów, denerwował babcię, która nawet nie próbowała zrozumieć jego dobrych intencji i naturalnych odruchów. W efekcie Garet rzucał się na szalejące koty, babcia na Gareta, a ja na babcię, co znakomicie poprawiało atmosferę w domu. Kiedy któryś jedwabistowłosy śmierdziel nasikał mi to cholewki kozaka, nasze zmagania nabrały ognia. Apogeum nastąpiło w poniedziałek, kiedy wybrałam się do lekarza. Nie było mnie ze dwie godziny. Kiedy wróciłam, z nóg zwalił mnie stęskniony pies i widok, który zmroził mi krew w żyłach. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Cały korytarz usiany był kłaczkami srebrzystoszarego futra, które od fertycznego machania garetowego ogona wirowały niczym stado wróbli. Pośrodku korytarza leżała martwa ofiara – ulubiony zimowy płaszcz Ireny. Płaszcz jako taki niczym się nie wyróżniał, o jego wartości stanowił piękny błam z sierści jakiejś egzotycznej zwierzyny, który teraz nie był już piękny. Nie był też cały. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Gdyby choć drobna część życzeń, jakie Irena wywrzeszczała do Gareta, spełniła się, pies zginąłby wyjątkowo niesympatyczną śmiercią i to bezzwłocznie, a ja razem z nim. Ewakuowałam się w pełnym poczucia winy milczeniu. Po zmaganiach z piecem i przygotowaniu szybkiego obiadu zabrałam się do pisania, ponieważ śmieci wrzucone do mojego umysłu trafiły na właściwy tor i zaczęła mi się wyłaniać gotowa koncepcja. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet zlekceważył swoje żarcie, najadł się makaronu sojowego z sosem pieczarkowym i nie wykazując ani śladu skruchy, testował wytrzymałość babci udowadniając niezbicie, że geny Lucypera są dominujące. Zamiast wleźć do kąta, zalać się rumieńcem wstydu i nakryć ogonem, co chwilę wpadał do pokoju Ireny niemal wyrywając drzwi z zawiasów, a moją matkę z kruchej skorupki pozorów opanowania. Nie zdołałam dotrzeć do lepszych części natury naszego szatana, tak jak on nie zdołał dokopać się podobnych u babci. Względna cisza zapadła dopiero po dziesiątej, kiedy Irena i kundel stracili przytomność. Irena do rana, Garet do pierwszego szczeknięcia dobiegającego z sąsiedniej dzielnicy, a może gminy. Rozumie się, szczekanie wymaga natychmiastowej odpowiedzi, żeby pobratymiec wiedział, że nie czuwa sam i w razie potrzeby może liczyć na wsparcie, przynajmniej akustyczne. Około drugiej nad ranem udało nam się uzgodnić, że od dziesiątej panuje cisza nocna i nie ma mowy o darciu ryja na dworze, bo mamy nerwowych sąsiadów. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Sama stawałam się coraz bardziej nerwowa, bo wzmagał się wiatr, a to na świrów fatalnie działa. Położyłam się na parę godzin, ale nie mogłam zasnąć, bo rano miałam jechać z Ireną do banku, żeby założyć jej konto, pies zostawał sam w domu i wyobraźnia usłużnie podsuwała mi obrazy kolejnych katastrofalnych zniszczeń. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Do banku zawiózł nas Darek, w dodatku z anielską cierpliwością czekał, aż wszystko załatwimy, żeby Irena nie musiała wracać autobusem. Kochany chłopak. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dlaczego moja matka, ekonomistka, o umyśle ostrym jak brzytwa i spostrzegawczości będącej organicznie poza moim zasięgiem, twierdzi, że założenie konta przekracza jej możliwości, pozostaje dla mnie tajemnicą. Najwyraźniej na zewnątrz pasuje jej rola bezradnej staruszki. W rezultacie bezradna staruszka siedziała na skórzanej kanapie, Darek bawił ją rozmową, ja słaniałam się przy marmurowej ladzie, a niezwykle uprzejma urzędniczka załatwiała całą resztę. W międzyczasie Irena wymyślała sobie kolejne problemy. Ale tym razem byłam lepsza i uprzedziłam ją. Ocknąwszy się po stresie złożenia czterech podpisów, z których jak zwykle każdy wyszedł inny, zażądałam klauzuli dziedziczenia przez Kaję, gdyby nas obie równocześnie szlag trafił. Wiem, że Irena wpadłaby na to którejś nocy i czekałaby nas kolejna wyprawa do banku. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Urzędniczka spojrzała na mnie ze szczerym zdziwieniem i domieszką czegoś, czego wolałam nie interpretować. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No tak, możemy się zderzyć nieoczekiwanie i obie paść trupem w wyniku doznanych uszkodzeń – oznajmiłam śmiertelnie poważnie kładąc się na drugim boku na zimnym marmurze i marząc o półlitrowym kubku kawy. W plecy wwiercały mi się sztylety spojrzeń krótkiej, ale wkurzonej kolejki. Szczęśliwie zdołałam zmobilizować się na tyle, że przypomniałam sobie datę urodzenia swojej córki i imię jej ojca. Po kwadransie wszystko było gotowe, a po kolejnym po raz wtóry, kiedy urocza urzędniczka sprostowała swoją pomyłkę co do miejsca mojego urodzenia. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kuchnia wyglądała tak, jakby przez kilka miesięcy koczowała tam wespół ze szczurami grupa bezdomnych byłych pracowników służb oczyszczania miasta, sfrustrowanych na punkcie swojej pracy. Gazetę zidentyfikowałam bez trudu, ale nie od razu zgadłam, skąd pochodziły strzępki w kilku głębokich, nasyconych kolorach. Wreszcie przypomniałam sobie, że parę dni wcześniej kupiłam porządne, kolorowe teczki na dokumenty, które od kilku lat zamierzam posegregować. Garet uwolnił mnie od tej obrzydliwej czynności. Na stosie barwnych kawałków leżał koszyk, zwykle stojący na parapecie w kuchni. Wokół walała się jego zawartość, to znaczy baterie, długopisy, notatki oraz bieżące rachunki i dokumenty, które tam beztrosko wrzucamy „na chwilę”. Pomiędzy tym wszystkim, jak węże, wiły się wywleczone z łazienki części mojej garderoby, obrane w trociny z kociej kuwety. Wełniaki na fotelach były zwinięte w kłębek, a zapach świadczył o tym, że Garet je zgwałcił. Posiadł również moją polarową bluzę, więc od razu wrzuciłam ją do prania. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W pokoju obsikał parawan, przewrócił stolik przy moim łóżku i większość kwiatków na parapecie, pozwijał wełniaki na kanapie i fotelach oraz zeżarł nowelizację ustawy, która stanowiła podstawę prawną mojego projektu. Zagryzł też coś beżowego, o miękkim futrze, ale spożył to w większości, więc do dziś nie wiem, co to było. Więcej przez godzinę nie zdołał zdziałać. Za to, kiedy odgruzowałam dom i ugotowałam obiad, zwymiotował na moim łóżku i na fotelu. Kiedy ponownie skończyłam sprzątanie i zapaliłam w piecu, ułożyłam z powrotem w stos deski w piwnicy i osłoniłam folią części kominka, który dostałam od Darka, a które Garet zdążył oblać, było późne popołudnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W nocy, gdy smarowałam Dermosanem poduszki łap Gareta, zauważyłam dziwne i wysoce niepokojące zjawisko. Pęki futra pod łapami i pomiędzy palcami, zwykle srebrzystoszare, były czerwonawe. Początkowo myślałam, że z wyczerpania zaczynam widzieć wszystko na czerwono, ale to nie było to. Skóra też była wyraźnie zaróżowiona, co stwierdziłam po uważnych oględzinach z latarką.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co ci się znowu, u diabła, stało? – zapytałam Gareta, który z podobnym do mojego zdumieniem wpatrywał się we własne podeszwy, strzygąc krótkimi, trójkątnymi uszkami. Odwzajemnił spojrzenie marszcząc w zakłopotaniu czoło. Zamyśliliśmy się głęboko. Uczulenie? Masywna, galopująca grzybica? Oparzenia? Odmrożenia? Atopowe zapalenie skóry? Ale dlaczego futro też?... Siłą powstrzymałam się od dzwonienia do zaprzyjaźnionych weterynarzy. Obawiałam się, że dziwne zjawisko w środku nocy okazałoby się dla nich mniej interesujące niż dla mnie. Dojrzale postanowiłam poczekać do rana. Tym bardziej, że Garet oprócz zwykłego obłędu nie zdradzał żadnych dramatycznych objawów. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Projekt, który zaplanowałam na trzy – cztery strony, rozrastał się niepokojąco. O brzasku padłam na łóżko i straciłam świadomość. [/FONT] [FONT=Times New Roman] O wpół do ósmej obudził mnie dzwonek do drzwi. Darek potrzebował jeszcze paru dokumentów. Na razie bronił się przed rozerwaniem na strzępy przez uszczęśliwionego psa. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Porozmawialiśmy chwilę i przypomniałam sobie o łapach Gareta. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Dziwne – zamyślił się Darek, przyciskając rozszalałego psa do ziemi. –Mówisz, rdzawe? Wiesz co, a może to nasze fugi? Chłopaki wczoraj robili brązowe fugi na podłodze… Pewnie mu się łapy zabarwiły, jak tam wpadł. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zagadkowa choroba została zdiagnozowana. Fugioza. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Z zakupów wróciłam zataczając się radośnie, co przypisałam skojarzonemu działaniu wiatru i niewyspania. Gareta od razu zatkałam kokosem, więc mogłam w spokoju poustawiać przewrócone kwiatki na parapecie i wymieść gruzy, szczęśliwie mało istotne. Trochę gazet, wełniane skarpetki i zawartość kosza na śmieci. Doniczkę z cytryną stłukł rano Koleś. Zahaczył ją kopytem, kiedy uprawiał jazdę figurową na komodzie.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Na kokosa wpadłam po tym, jak nie znalazłszy w sklepach żadnej gumowej piłki, dałam Garetowi do zabawy skórzaną, którą czasem grywałyśmy z Kają w siatkówkę. Uznałam, że jest na tyle duża, iż nie zmieści się potworowi do paszczy. Jednak już po kilku minutach, patrząc na strzępy białej skóry, musiałam przyznać, że się myliłam. Nasz pies widocznie miejscami jest zbudowany jak anakonda. Wtedy doznałam olśnienia. Kokos toczy się jak piłka, a jest na tyle twardy, że nawet Garet bez wiertarki sobie nie poradzi. Pomysł okazał się genialny. Leżąc na brzuchu i wygrzebując włochaty kamień spod kanapy pogratulowałam sobie w duchu. Garet wisiał nade mną, szturchając niecierpliwie nosem w najbardziej wypiętą część ciała. Po chwili czołgałam się pod łóżkiem, a pies pogwizdywał z irytacją skrobiąc mnie pazurami po łydce. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jeszcze raz go gdzieś wrzucisz, to radź sobie sam! – warknęłam spod biurka wyrywając włosy z prowadnic półki na klawiaturę. Garet i kokos z radosnym hurgotem runęli przez pokój płosząc Gacię. Rozejrzałam się podejrzliwie. Na wyciągniętym wzdłuż kanapy Kłapouchu widniała wilgotna plama. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ty wredna, złośliwa zarazo! – wrzasnęłam w kierunku uniesionego obelżywie ogona znikającego w pokoju babci. Garet porzucił kokos i popędził za kotką. W parę sekund później wypadli stamtąd w odwrotnej kolejności gonieni przez Irenę wyma****ącą gazetą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Och, cholera, mam was wszystkich dość! – złapałam Kłapoucha i poszłam go wrzucić do pralki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Projekt beztrosko zlekceważyłam, uznawszy, że dwadzieścia stron to i tak pięć razy więcej niż planowałam. Po obiedzie położyłam się z książką na kanapie lekceważąc zmagania Gareta ze wszystkimi drzwiami po kolei. Poddał się dziwnie łatwo i zaległ w fotelu z głową na oparciu, dmuchając mi we włosy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Obudziło mnie lodowate zimno. Gdyby nie to, pewnie przespalibyśmy do rana. Poszliśmy do piwnicy rozpalić w piecu. Garet jednym susem rozrzucił duży worek ze śmieciami, wypłoszył wszystkie bezpańskie koty, wskoczył do ich misek, porwał kłodę drewna i popędził do ogródka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] O dziewiątej, wybiegany, wlazł na kanapę i zasnął, a ja zabrałam się za kończenie projektu. Sądziłam, że zajmie mi to najwyżej godzinę i nareszcie się wyśpię. [/FONT] [FONT=Times New Roman] O drugiej wyjęłam ostatnią kartkę z drukarki. Garet leżał na plecach, z wyszczerzonymi zębami i chrapał grzmiąco. W korytarzu rozbijała się Perła w ataku szału. Skakała na drzwi, szarpała klamki, mrauczała i dzwoniła kluczami. Łomotała czymś jeszcze, ale postanowiłam, że jakoś to wytrzymam, bo jeśli ją wpuszczę, zacznie demolować oba pokoje i kuchnię, a tego nie wytrzymam na pewno i ktoś zginie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] O trzeciej łyknęłam solidnie mikstury uspokajającej i przepędziłam z kuchni resztę kotów, które zaplanowały sobie właśnie wczesne śniadanie, jeśli dobrze pamiętam, drzewiej podkurkiem zwane. [/FONT] [FONT=Times New Roman] O czwartej gasiłam szklanką zimnej wody paskudne uczucia wywołane koszmarem z Funiaczkiem w roli głównej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] O wpół do siódmej wyłączyłam budzik i zaczęłam się niemrawo ubierać, żeby zanieść projekt. Na szczęście koleżanka zaofiarowała się go zawieźć, więc musiałam go dostarczyć tylko na drugi koniec miasta. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Z korytarza radośnie wskoczyła Perła. Wyglądała na zadowoloną z siebie i nic dziwnego. Komoda była otwarta, a wywleczone z niej flanelowe prześcieradło uszczelniało drzwi do piwnicy. Dwie pary moich butów, które suszyły się pod kaloryferem, rozbiegły się i widać było, że przemierzyły spory kawałek drogi w dramatycznej ucieczce. Cepeliowski wełniak z lustra leżał na podłodze skłębiony i obficie zasikany. Szuflada z przyborami malarskimi była odsunięta, a pędzle walały się po całej okolicy, brutalnie pozbawione części owłosienia. Na szczęście te najdroższe trzymam w pokoju. [/FONT] [FONT=Times New Roman] O drugiej przyszedł Darek i pojechaliśmy do zaprzyjaźnionej pośredniczki, żeby dokonać ostatnich ustaleń przed wizytą u notariuszki. Wydawało się, że mamy wszystko i wyjątkowo obejdzie się bez problemów, kiedy moja matka oznajmiła z pewną dozą zadowolenia, że właśnie wysiadła jej bateria w aparacie słuchowym. Jęknęłam, ale zaraz uświadomiłam sobie, że jest dobrze.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -To świetnie! – wrzasnęłam uradowana. –To znaczy, że nic gorszego nie powinno się wydarzyć! [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po godzinie byliśmy już z Darkiem formalnymi sąsiadami. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Odreagowałam dopiero następnego dnia. Kiedy pojechałam z Darkiem pomóc mu w szybkim załatwieniu nowego numeru domu, w drodze powrotnej zaciągnęłam go do centrum kwiatowego. Ze zgrozą i w oszołomieniu patrzył, jak staję się właścicielką dziesięciu wielkich donic z narcyzami i żonkilami. Dobrze, że ma taki duży samochód. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Cały dom jest ukwiecony. Nigdy takich gatunków nie widziałam. Wielokwiatowe, pełne, w kolorach od śnieżnej bieli, przez wszystkie odcienie kremowego do oranżu. Śliczne, wyglądają jak kwiaty z bajki. W dodatku można je wiosną przesadzić do ogrodu. Będą rosły na obrzeżach projektowanego trawnika. [/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]26.1.07 piątek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Do projektu jeszcze się nie zabrałam. Pół dnia spędziłam na oskrobywaniu domu z brudu. Kaja ma sesję, nie przyjedzie, więc liczę tylko na siebie, co doskonale wpływa na dokładność i szybkość prac. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W ramach odprężenia biegałam i zamykałam drzwi, które Garet uporczywie otwierał. Kłusował jak szalony, jęcząc i popiskując, tylko pazury gwizdały po podłodze, a zabawki latały w powietrzu. Przez otwarte drzwi wdzierał się mroźny wiatr. Irena złorzeczyła i machała trzymanymi w ręce przedmiotami. Koty były obecne wszystkie i też biegały, jeśli akurat nie plątały się wokół pełnych misek wpadając mi pod nogi. Dwa razy wychodziłam, żeby zmęczyć Gareta. Wracaliśmy, kiedy już padał na śnieg. Z nadzieją czekałam, że wreszcie położy się na kanapie i zaśnie, ale to ja spoglądałam coraz bardziej tęsknie w kierunku wygodnego mebla. Garet w ciągu paru sekund nie tylko odzyskiwał, ale pomnażał swoją energię. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Piwnicę posprzątałam dość pobieżnie, bo Garet z dzikim uporem prześladował Adolfa, który darł się tak straszliwie, że bębenki w uszach łopotały. Zabrałam się za szafę. Otworzyłam drzwi zręcznie uprzednio blokując wypadające rzeczy łokciem i kolanem. Postanowiłam przejść na minimalizm. Zostawiłam sobie tylko sześćdziesiąt swetrów, resztę spakowałam do worków do oddania. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Nadszedł czas odbioru nowej drukarki, bo stara rozkraczyła nam się ze starości. Można rzec, że zjadła bęben na drukowaniu. Zostawiłam Gareta wciśniętego w najmniejszy kuchenny fotel na podściółce z Kłapoucha. Mordkę ułożył w tragiczną maskę, policzki mu opadły, a w oczach, przysięgłabym, błyszczały łzy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po drodze kupiłam parę rzeczy, więc już po półgodzinie pełzałam po mieście z dwoma wielkimi torbami na ramieniu. Z jednej wystawała mi ogromna kość cielęca. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wstąpiłam po farby i pędzle, przy okazji okazało się, że w promocji są śliczne kalendarze. Niestety, producent nie przewidział tego, że kalendarz oprócz dużej ilości miejsca do notatek powinien mieć też kieszeń przy okładce, absolutnie niezbędną do wpychania karteluszków, biletów, wizytówek, rozkładów jazdy, recept i tym podobnych rzeczy, których i tak później nie można znaleźć. Kalendarz mi się podobał, więc postanowiłam rozwarstwić okładkę i wkleić taką kieszeń z folii. Musiałam to przedyskutować sama z sobą i byłam akurat w trakcie, kiedy zauważyłam, że przez otwarte drzwi od biura przygląda mi się z głębokim niepokojem dziewczyna skamieniała z rękami uniesionymi nad klawiaturą. Pomachałam do niej uspokajająco. Ostrożnie mijałam dział dla plastyków, bo jedna z ekspedientek myła podłogę. Właśnie celnym kopem posłała mi wprost pod nogi plastykową skrzynkę pełną tubek z farbami plakatowymi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, dziękuję! – ucieszyłam się, padając na kolana. – Przedtem ich nie zauważyłam... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy odebrałam dwieście stron zbindowanego ksero i doszłam do sklepu komputerowego, uświadomiłam sobie, że nie uniosę już nawet drukarki do zdjęć, o wielkim pudle z laserową nie mówiąc, mało, nie doniosę do domu tego, co do tej pory zdążyłam zgromadzić. Na szczęście Darek, ten anioł, przyjechał i załadował mnie z całym bagażem. No, przecież w końcu będę miała sąsiada przekraczającego najśmielsze marzenia. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet zdemolował kuchnię i korytarz witając mnie po dwugodzinnej nieobecności. To nie jest normalne. Każdy pies radośnie wita domowników, ale żaden z moich dotychczasowych nie wpadał w taki amok. Obiad udało mi się zjeść wyłącznie dzięki temu, że wyładował się na kości. Obrobił tego wielkiego cielęcego gnata tak błyskawicznie, że musiałam mu resztę odebrać, bo po nasadzie nie było już śladu. Rozbiłam kość przy pomocy największego młotka i wydłubałam mu smakowity szpik. Resztę wyrzuciłam. Garet z rozpaczy wlazł pod stół i zaczął dręczyć syczącą wściekle Marchew. W tym samym czasie Perła i Gacia wyczuły krew i usiłowały dobrać się do świeżej wołowiny, którą kupiłam dla Gareta, Koleś rozwalał szafkę z ziołami w poszukiwaniu kozłka, a Liszka wygryzała resztki krwawych chrząstek z futrzaka na fotelu. W psiej misce obsychał z samotności kawał indyczego udźca. W kocich też było pełno. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wszyscy spokój! – wrzasnęłam. –Ludzie głodują, a wy, rozbestwione bydlaki, co robicie?! Ja was tu zdyscyplinuję! – zagroziłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Koty, każdy ze swojego miejsca, przyglądały mi się cynicznym wzrokiem. Garet wylazł spod stołu i przymknąwszy oczy usiłował pazurami zdepilować sobie ucho. Uwolniona Marchew pociurkała do pokoju krokiem pijanego marynarza zapadając się pośrodku swego rozłożystego jestestwa. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Podłączenie drukarki utknęło w martwym punkcie. Nie pomyślałam, że do nowej powinnam mieć kabel z końcówką do wejścia USB. Jutro kupię kabel. Mam nadzieję, że ten brak załatwi wiszącą nade mną klątwę i reszta pójdzie gładko. Nigdy nic nie działa u nas bezawaryjnie. Początki są bolesne i kamieniste. Tydzień temu, kiedy fachowiec w ciągu kwadransa zamontował antenę satelitarną, myślałam, że zła karma się wypaliła. Ale w godzinę później się okazało, że magnetowid nie działa, a antena reaguje na każdy silniejszy podmuch wiatru. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ledwie zdążyłam wyszaleć Gareta, zapalić w centralnym i oparzyć sobie jedną czwartą dłoni pogrzebaczem, który utkwił mi w rusztach paleniska, zadzwonił facet z TP, żeby odwieść mnie od rezygnacji z telefonu stacjonarnego. Chuchałam na powiększający się bąbel i myślałam ponuro, że kobieta w ogóle nie powinna wiedzieć, jak wyglądają ruszty pieca CO, a on domagał się informacji, co mnie do tego skłoniło. To znaczy, nie do grzebania w piecu, tylko do rezygnacji. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wyjaśniłam, z lekką tylko irytacją, że nie czuję się bezpiecznie jako abonent, gdy byle kto może podłączyć się do skrzynki, wydzwonić na mój numer dwie godziny na 0-700, a ja sobie mogę do upojenia pisać listy z reklamacją i przysięgać, że to nie ja i nie moja głucha matka. I oczekiwać cudu, że TP mi uwierzy. Facet pominął dyskretnym milczeniem sprawę reklamacji, za to radośnie mi zaproponował, żeby zablokować drogie połączenia, przejść na wyższy abonament i dodatkowo zafundować sobie szybką Neostradę. Zaczynał mnie wkurzać. Kiedy człowiek próbuje się dodzwonić do kogoś żywego z obsługi TP, musi wygrać ze trzy razy na przyciskach telefonu „Dla Elizy” albo i dłuższy utwór, zanim mu się uda, ale gdy próbuje wydrapać sobie drogę na wolność, od razu okazuje się, że komuś jednak z naszych abonamentów płacą pensję. Od nieuprzejmości, która narastała wraz z bąblem, uchroniła mnie Lucyna, która zadzwoniła na komórkę. Rozmawiałyśmy z kilkanaście minut, w tym czasie odebrałam nudzącemu się Garetowi mój sweter, skarpetkę Ireny, woreczek foliowy, kamień z amonitem i kawałek gąbki do kąpieli, którą spożył w zeszłym tygodniu. Kiedy zaaportował mi myjkę do garnków, rozległ się dzwonek do drzwi, więc przeprosiłam Lucynę i poszłam otworzyć. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Na widok Artura Garet zmalał do rozmiarów jamnika i machając nerwowo ogonem próbował wcisnąć się pod kanapę. Ponieważ mu się nie udało, wpełzł na fotel i ulokował się na moich kolanach wibrując jak trzmiel i przewracając wybałuszonymi oczami. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Artur z lekkim zdumieniem zauważył gromko, że chyba jest jedynym człowiekiem, którego Garet się boi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -I ciekawe, dlaczego? Napadasz go, ryczysz i zaglądasz mu bezceremonialnie w miejsca, na które nawet sam nie patrzy... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dwa tygodnie wcześniej prosiłam Artura, żeby sprawdził, co Garet ma między paluszkami lewej tylnej łapy. Nam to wyglądało na bliznę po starym skaleczeniu, ale wciąż to mamlał. Artur jak zwykle wpadł niczym piorun kulisty rycząc przyjaźnie z siłą alarmu przeciwlotniczego. Garet, świeżo po spacerze, nakręcony jak bąk, od razu zwiądł. Wcisnął w czaszkę uszy, które poprzednio były obiektem ataku Artura, a tu ten podstępny człowiek złapał go za nogę. Mało tego, za chwilę złapał go za...[/FONT] [FONT=Times New Roman] -A czemu on ma takiego czerwonego siusiaka?![/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet przywarł do oparcia kanapy starając się osłonić wachlarzem ogona i rzucał nam rozpaczliwe spojrzenia. Staliśmy nad nim wszyscy troje gapiąc się w strategiczne miejsce. Artur oskarżycielsko, ja z powątpiewaniem, Kaja z zakłopotaniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Czerwony? – wymamrotałam niepewnie. –Czy ja wiem? Kaktus, jak kaktus...[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jest po spacerze – przypomniała Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No przecież się nim nie podpierał![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale się nawąchał i mu wali... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po Urosepcie Garet dostał sraczki, na smarowanie Clotrimazolem wpadłam sama, ale po dwóch zabiegach Kaja zwróciła uwagę, że wszystko jest w porządku, a przekrwienie na pewno było spowodowane koktajlem działających na hormony zapachów na łące. Dałam psu spokój, dzięki czemu odetchnął z ulgą, odzyskał wigor, a organ przestał zanikać ze strachu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Tym razem Artur nie wykazywał zainteresowania żadną częścią ciała Gareta, chociaż pokiwał z niepokojem głową nad jego nadpobudliwością. Za parę dni nasz wulkan będzie miał rok, powinien być bardziej zrównoważony. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -ADHD...[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale nowina – warknęłam. –Od dawna to mówię. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Artur znowu zapomniał czapki, co pozwoli mu niedługo wrócić, a zszokowany Garet zasnął przytulony do Kłapoucha. Koty też wymiotło, w kuchni zastałam tylko Gacię siedzącą w zlewozmywaku i gapiącą się na kafelki. Możliwe, że nie zdążyła uciec i zgłupiała ze strachu. Wiatr kojąco wyje za oknem, na górze włochate aligatory robią przemeblowanie, aż sufit dygocze, nareszcie mam spokój i aż pół godziny do północy. Pozdrawiam Was serdecznie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]25.1.07 czwartek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Naprawdę jeszcze chcecie? Myślałam, że już nawet najwytrwalsi się znudzili. Ja najczęściej mam dość, ale tkwię w środku tego układu i nie mogę się wypisać. Kiedy wychodzę z domu, mam poczucie winy i szatańsko się denerwuję. Gdy jestem w domu, denerwuję się jeszcze bardziej. Zmasowany atak nadpobudliwego psa, mojej mamusi i od pięciu do dziesięciu wrednych kotów to jak na mnie jedną zbyt wiele. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Każdy dom ma swoją atmosferę, na którą składa się wiele czynników. Gdybym miała opisać swój, w rozbiciu na owe czynniki, to kolorystyka jest zdecydowanie ciepła, przeważają barwy jesieni. Materiał – jasne i ciemne drewno, korek, bambus i wełna, w tym częściowo mobilna, na czterech łapach, w kolorach od białego, przez wszystkie odcienie brązu i rudości aż po idealną czerń. Odgłosy: chrobot i stukanie pazurów, trzaskanie klamek i drzwi, tupot łap, miauczenie, syczenie, popiskiwanie, gruchanie, jęki, jadowite mamrotanie mojej matki i szuranie jej pantofli, moje pełne pasji okrzyki na przemian z czułym ćwierkaniem oraz protest brutalnie traktowanych przedmiotów. O zapachu lepiej nie mówić. Chyba że akurat ratuje sytuację suszące się na kaloryferach pranie. Pośród tych czarownych woni snuje się zmęczenie, iskrzy napięcie i brzęczy zniecierpliwienie grożące w każdej chwili wybuchem furii. Toteż gdy Iwona, mrużąc z błogością oczy, mówi, że u mnie wspaniale wypoczywa, z wysiłkiem tłumię jęk rozpaczy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Niemal cały styczeń upłynął mi na walce z kotami, którą to walkę sromotnie przegrałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Na nic zdały się bohaterskie próby obrony zabytkowego dywanu. Wyćwiczyłam co prawda celne rzuty różnymi przedmiotami, ale kiedy doszło do tego, że z nerwowej drzemki zrywałam się z dezodorantem w ręce i w dzikim szale, przeklinając okrutnie, spryskiwałam wszystkie zakamarki po to tylko, żeby stwierdzić, że w pokoju nie ma ani śladu napastników, a plam na dywanie wciąż mokrym od środków piorących przybywa, zwinęłam dywan. Nadludzkim wysiłkiem, napędzana furią, wywlokłam go do pustego pokoju na piętrze, żeby poczekał na generalne czyszczenie i suszenie na słońcu. Na zwinięty dywan natychmiast nasikała Perła, która wkradła się za mną na górę. Nie zabiłam jej na miejscu tylko dlatego, że okazała się szybsza. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Sikanie na schodach prowadzących na piętro skończyło się jak nożem uciął, kiedy w amoku rzuciłam się na Wielką Szarą Kocicę. W jednej ręce miałam dezodorant, w drugiej lakier w sprayu, którym właśnie utrwalałam obraz. WSK, zupełnie słusznie obawiając się o swoje życie, wcisnęła się pod szafę w korytarzu, pod którą, rycząc z furii, opróżniałam oba pojemniki, dopóki Garet nie dostał ataku kichania. Od tego czasu WSK przeniosła się na stałe do swoich apartamentów w piwnicy, gdzie sypia nadęta z urazy na baraniej skórze. Być może nadęta jest z powodu otyłości, ale dopóki mam w mieszkaniu o litr kociego moczu na dobę mniej, wszystko mi jedno. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Adolf wciąż, z chamskim uporem, oblewa schody do piwnicy i to natychmiast po ich wyszorowaniu. Jestem na etapie poszukiwania nielegalnej broni palnej. Zabiję na miejscu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kałuże moczu w korytarzu pojawiały się systematycznie, kilka razy dziennie. Ale ostatnią kroplą była noc, kiedy nakrywszy swoje umęczone zwłoki kołdrą, stwierdziłam, że jest ona wilgotna. Moja leciutka, mięciutka, ukochana kołderka! Cholera, moje łóżko!!! Tekstu, który wygłosiłam, a raczej wywrzeszczałam, nie da się przytoczyć. Chyba nawet nie potrafiłabym go powtórzyć, bo ryczałam w natchnieniu. Do rana dotrwałam tylko dzięki środkom uspokajającym. Kołdra i narzuta nabierały świeżości w pralce. Na szczęście były to jeszcze dni, kiedy wydawało się, że zima nie nadejdzie, więc wystarczył mi lekki koc. Po głębokim namyśle i dwusetnej zmianie boku musiałam przyznać, że wilgotny obszar był zbyt duży. I zapach nie ten. Albo wszystkie koty ułożyły się na moim łóżku w gwiazdę i zlały równocześnie na „trzy - cztery”, albo Garet w ten sposób wyraził swój protest przeciwko opuszczeniu przeze mnie domu na parę godzin, albo sama, w stanie zaćmienia, zaczęłam znaczyć swój teren. To ostatnie wykluczyłam od razu, bo silne leki psychotropowe mają cholernie niemiłe działania uboczne. Wizja strużki śliny sączącej się z mojego opuszczonego kącika ust, parestezji i wzorku oderwanego od komputera informatyka spowodowała, że przeszył mnie dreszcz zgrozy. Rano, wracając po zabiegach w kołnierzu ortopedycznym, taszczyłam pod pachą pęk dwuipółmetrowych listewek, a w torbie zgrabną piłkę do drewna, kilka torebek gwoździ oraz puszkę lakieru. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zaczęłam od wywleczenia na korytarz dwumetrowej dębowej komody, którą od dawna obrzucałam nienawistnymi spojrzeniami. Trudno było tego nie robić, bo gdzie spojrzałam, tam rozpierała się komoda. Następnie, odmierzywszy starannie listewki, przycięłam je i zbiłam zgrabny płotek. Moim działaniom, z zapartym tchem i wnikliwą uwagą, przyglądały się wszystkie koty, którym rzucałam triumfalne spojrzenia pomiędzy atakami mściwego chichotu. W trocinach tarzał się zachwycony Garet z kawałkiem drewna albo papieru ściernego w psyku. Płotek przybiłam do szczytu łóżka i przez chwilę starałam się zrozumieć, jakim cudem każda z piętnastu listewek ma inną długość. Różnice sięgały kilku centymetrów. Nawet ciekawie to wyglądało. Wreszcie doszłam do wniosku, że i tak nikt nie uwierzy, że to błąd w precyzyjnych pomiarach. Sama w to nie wierzyłam. Lepsze wyniki osiągnąłby zezowaty przygłup mierząc słupkiem termometru na lodowisku w ataku padaczki. Więc niech zostanie, że asymetria jest celowa. Do płotka przymocowałam jeden bambusowy parawan, a drugi za pomocą ozdobnych zawiasów na framudze drzwi kuchennych. Wolne końce parawanów utworzyły lekkie drzwi. W ten sposób powstała ażurowa ściana oddzielająca tor prowadzący z pokoju babci do kuchni. Odpowiednio rozmieszczone kwiaty w bambusowych pojemnikach i już z zadowoleniem mogłam obserwować obwą****ące przeszkodę koty. Na podłodze położyłam wełniany dywan z IKEI, na tyle lekki, że wychodząc mogę go zwijać i rzucać na fotel. Niestety, w porównaniu z moim ukochanym dywanem jest szorstki jak papier ścierny, choć czworonogom zdaje się dopowiadać. Koleś, pod moim bacznym spojrzeniem, tulił się do niego czule. Za chwilę w jego ślady poszedł Garet. Tarzał się z zapałem, stękając z zadowolenia i wyszczerzając zęby. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Auć, Garecik, uważaj, bo sobie skórę zedrzesz! – ostrzegła Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Za chwilę same uszka zostaną... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet w ciągu kilku minut wytresował się na koty. Przepędzał każdego, który przekraczał granicę parawanu. Niestety, w myśliwskim zapale za późno włączał hamulce i zatrzymywał się dopiero w połowie pokoju babci natychmiast usprawniając jej krążenie. Irena przez kilka dni chodziła obrażona z powodu skazanej na wygnanie komody, aż wreszcie zaproponowałam, że wewlokę ją do jej pokoju, skoro ją tak lubi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przekonałam się, że kot przyparty do muru, a raczej do parawanu przez rozochoconego psa, potrafi się zmienić w obiekt dwuwymiarowy i przesączyć dołem. W ekstremalnych sytuacjach potrafi też lewitować, chociaż na moment zawisa brzuchem na szczycie lekkiego płotka, co zagraża trwałości konstrukcji. Ponieważ jednak były to zjawiska odosobnione, nie robiłam z tego problemu. Natomiast opuszczając dom czułam poważny niepokój o moje legowisko, bo przecież nie mogłam odciąć Garysia od pokoju, a zresztą i tak nauczył się otwierać nosem bambusowe drzwi. Zapowiedziałam więc Kai, żeby zasięgnęła języka na uczelni i w Internecie, bo jeśli któreś bydlę powtórnie nasika mi na łóżko, osobiście je wszystkie uśpię. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Plon poszukiwań był przygnębiający. Okazało się, że lanie wszędzie z wyjątkiem kuwety to ulubione zajęcie kotów. Szczególnie chętnie sikają na dywany i łóżka. Sposoby przeciwdziałania zaczynały się od beznadziejnych i naiwnych – to znaczy mycia feralnych miejsc silnie pachnącymi środkami, skrapiania octem i cytryną, a kończyły na akceptacji nieuniknionego – wyniesieniu dywanu, a nawet, w jednym przypadku, zakupie nowej poduszki i pozostawieniu zasikanej kotu. Niektórzy radzili, żeby w miejscach uporczywie zmienianych w wychodek postawić kocie miski. Wyobraziłam sobie całą zastawę w korytarzu i na schodach do piwnicy, a także na dywanie i w moim łóżku. Nie, w kocim pokarmie sypiać nie będę, tym bardziej obok zasikanej i śmierdzącej poduszki. Uznałam, że zastosowałam jedyne możliwe rozwiązanie w cuchnącej sytuacji. Oprócz zatkania kotów gumowymi koreczkami. To dziwne, ale obecność komody w korytarzu zmniejszyła ilość kałuż. One też jej nie lubią?[/FONT] [FONT=Times New Roman] Drugim problemem, z którym się zmagam, jest żywiołowy protest Gareta przeciwko opuszczaniu przeze mnie domu. Jak zwykle wywleka wszystkie moje ubrania, a kiedy je już sponiewiera wystarczająco, ścieli sobie z nich gniazdo. Niedawno doszedł do wniosku, że winę za moje wyjścia ponoszą wierzchnie okrycia. W ten sposób straciłam dwie zamszowe kurtki, jeden kaszmirowy płaszcz i jeden wieczorowy, wełniany, obszyty na rękawach i kołnierzu strusim puchem, który to puch unosił się jeszcze przez tydzień w całym domu. Pozostałe płaszcze przytomnie upchnęłam do pękającej w szwach szafy. Niestety, szafę też nauczył się otwierać, mimo iż drzwi klinuję papierem. Napoczął mój nowy kołnierz ortopedyczny, a całe naręcze biustonoszy i wszystkie skarpetki ocaliła mi babcia. Kaja straciła tylko rękawiczkę z koźlęcej skórki. Innego dnia zlikwidował połowę ozdób świątecznych, co było sygnałem do zmiany dekoracji. Żeby go czymś zająć, wyrzuciłam kilkanaście rozbebeszonych zabawek kupując mu w to miejsce nowe. Najbardziej polubił dywanik w postaci psa. Czysta żywa wełna, kremowy w brązowe łaty, ma około półtora metra długości i dużą psią głowę z różowym jęzorem i długimi, kłapciatymi uszami. Garet włóczy go ze sobą niemal wszędzie, używa jako legowiska na podłodze, wciąga na kanapę czy fotel i układa się na nim rozczulająco, w tych rzadkich chwilach, kiedy w ogóle się uspokaja. Czy to możliwe, że z tej bomby emocjonalnej wyrośnie zrównoważony pies? Kiedy miał klika miesięcy, ludzie mówili: „Poczekaj, jak będzie miał rok, to spoważnieje”. Teraz, sponiewierani ognistymi objawami miłości, zbierają do kupy kończyny i strzępki złachmanionych ubrań i mamroczą krzepiąco: „Jak będzie miał półtora roku, to spoważnieje...”. Istnieje również opcja, że za dziesięć lat Garet, z oszronioną siwizną, szlachetną mordą, będzie poruszał się patrycjuszowskim krokiem pomiędzy trzema wózkami inwalidzkimi z trzęsącymi się i śliniącymi resztkami rodziny otępiałymi od środków uspokajających. O ile wcześniej nie padnie na zawał podczas jakiegoś powitania, nie rozbije się o meble albo nie zeżre czegoś naprawdę niebezpiecznego, na przykład włączonego do prądu dekodera czy telewizora. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dziś po południu, kiedy trzęsąca się z wyczerpania i głodu wróciłam po wstępnej rozmowie w sprawie pracy, Garet wpadł w taki amok, że obawiałam się o jego życie. Sądząc po tym, co robił w korytarzu, doznał licznych pęknięć kości, w kuchni rozsunął oba ciężkie fotele jak klocki, wskoczył na stół, następnie go przesunął, porwał z drewnianej miski ananasa i rzucił nim przez pół kuchni, zamordował oba moje buty, polar i spodnie od dresu, zaaportował wszystkie pluszaki, gumowe zabawki, ulubionego buta z błony i świńskie ucho, otworzył wszystkie drzwi, przy czym z tych do piwnicy wyrwał zamek, a po godzinie, kiedy ochłonął, zjadł obiad z nowej miski. Potem, ujrzawszy, że się przebieram, znowu wpadł w szał i nie dał sobie wytłumaczyć, że zakładam domowe rzeczy. Wyszliśmy, żeby poszalał sobie na śniegu, dołączył do nas Darek, na którego widok Garet na nowo dostał stanu przedzawałowego z radości. Kiedy zdawało mi się, że łapie równowagę i wróciłam do domu, żeby zająć się swoim obiadem ewentualnie skonać cicho w spokojnym, ciemnym kącie, zwymiotował wszystko rozmieszczając ładunek starannie w kilku punktach kuchni, po czym porwał swojego wielkiego Kłapoucha, upchnął go na fotelu, przycupnął na nim i uśmiechnąwszy się błogo zasnął na całe pięć minut. Kiedy, trzęsąc się ze zmęczenia, myłam podłogę w kuchni i rozmyślałam nad tym, jak w ciągu pięciu dni zdołam przyswoić sobie około tysiąca stron i napisać błyskotliwy, nowatorski program bijący na głowę wszystkie inne, konkurencyjne, Koleś nasrał na środku łazienki, a Perła nasikała w korytarzu. W międzyczasie obudził się Garet i poleciał wyłamywać drzwi chcąc sprawdzić, czy to coś, co szczeka na dworze, zechce obejrzeć jego zabawki: piszczącą zieloną kość, buta z błony i gumowego ludzika. Ludzik mu niestety wypadł z pyska po drodze. Myjąc podłogę w korytarzu przypomniałam sobie, skąd tego ludzika znam. To piszczący gumowy Szwejk, którego drżącą ze wzruszenia dłonią przekazał małej Kai mój były mąż, jako jedną z relikwii własnego dzieciństwa. Okropieństwo plątało się gdzieś na strychu, aż nareszcie, po dwudziestu latach, trafiło na psa myśliwskiego. To uświadomiło mi, że babcia znosiła ze strychu swój zimowy płaszcz, najpewniej nie zamknęła drzwi, a dobiegające z góry łoskoty świadczą o tym, że grasuje tam większość kotów, które będę musiała wywabić zanim wejdą po chwiejnej drabinie na najwyższe piętro strychu i trzeba będzie wzywać straż pożarną. W tym momencie zadzwoniła moja komórka, Garet zaczął żłobić od zewnątrz drzwi wejściowe, a Koleś, uciekając przed Liszką, runął ze schodów i wylał mi na nogi pół wiadra brudnej wody. To są chwile, kiedy nachodzi mnie nieodparta pokusa, żeby zatrzasnąć nad sobą sosnowe wieko i zapleść ręce na klatce piersiowej. [/FONT] [FONT='Times New Roman'] Oparłam się pokusie. Jest wpół do jedenastej, Garet stracił przytomność na swojej kanapie z głową omotaną moim swetrem z angory. Chrapie tak, że drgania przenoszą mi się na laptopa, a jego świeżo odrodzone gęste, sprężyste futro lśni i słodko pachnie. Sądząc po łoskocie, koty zdjęły już dach i przystąpiły do rozbiórki ścian. Garyś właśnie odwrócił się do góry kołami, zacharczał i śpi z wyszczerzonymi koszmarnie zębami, więc i na mnie czas, bo i tak pies zregeneruje się w porze, kiedy wszystkie moje komórki będą jeszcze w stanie totalnego chaosu. [/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]1.01.2007 poniedziałek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] O rany. Nie wiem, dlaczego ludzie z takim entuzjazmem witają każdy nadchodzący rok. Przecież stajemy się o rok starsi, a historia bezlitośnie dowodzi, że życzenia bogactwa, sukcesów i wielkich miłości pozostają na zawsze w sferze mrzonek. Zamiast tego przybywa nam kilogramów, zmarszczek, dolegliwości i lat. A mimo to za rok znowu z debilnym, nieuleczalnym optymizmem wymyślamy aż do utraty inwencji kolejne życzenia i z wybiciem godziny zero kwiczymy w amoku kretyńskiej radości. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W tym roku przebiegle życzyłam napotkanym ludziom, żeby spełniły im się wszystkie życzenia, które otrzymali. Garet w prezencie noworocznym dostał automatyczną linkę. Najlepszą dostępną na rynku. Miałabym za to bardzo porządny krem przeciwzmarszczkowy, który być może wywołałby na mojej wygładzonej twarzy uśmiech szczęścia w nowym roku. Ale co się odwlecze to i tak walnie później z większą siłą, a pies zyskał na spacerze bezpieczny zakres wolności w promieniu pięciu metrów. Po przetestowaniu linki Kaja i Garet byli bardzo zadowoleni. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ja powitałam Sylwestra wkurzona jak diabli. poprzedniego dnia koty znowu nalały na świeżo wyprany dywan, więc musiałam go prać od początku. Właściwie mogłabym na nim zasiać rzeżuchę. Wykiełkowałaby w ciągu kilku godzin. Moja furia rozrastała się równie bujnie. Wieczór spędziłam z dezodorantem w ręce, bezlitośnie mierząc w każdego bezczelnego futrzaka, który pojawiał się w granicach dywanu. Garet patrzył we mnie jak w obraz, a na hasło: „Won, cholero!” ruszał za kotem jak rakieta i hamował dopiero w połowie pokoju babci, co spowodowało narastanie nieprzyjaznej atmosfery. Wyglądało na to, że popadłam w kolejną obsesję, bo w nocy zrywałam się na każdy szmer, który natychmiast utożsamiałam z ciurkaniem moczu, zapalałam lampkę i obrzucałam dzikim wzrokiem zbezczeszczony dywan. Oczywiście za każdym razem pusty. Rano, kiedy wyczerpana, zdrzemnęłam się, a Garet chrapał przytulony do mnie, wylęgła się babcia. Zamiast oswajać nowe kapcie, znowu założyła stare i zaczęła szurać. Tam i z powrotem, tam i z powrotem...[/FONT] [FONT=Times New Roman] Międląc pod nosem przekleństwa poddałam się. Włączyłam płytę Sinatry i ułożyłam się na wilgotnym dywanie do gimnastyki, węsząc podejrzliwie. Uznałam jednak, że dręczą mnie histeryczne urojenia. Gdyby zapach był prawdziwy, znaczyłoby to, że moja nocna czujność na nic się nie zdała. Za oknem posępnie wył wiatr, a pod domu hulały przeciągi. Garet wypluł mój rękaw i przypadł nosem do dywanu, a ślina wyciekała mu kroplami spod obwisłej wargi. Oooo... NIE!!! [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy wyszorowałam kolejną mokrą plamę, wyprałam od razu cały dywan. Zanosi mi się na bardzo energochłonną nerwicę natręctw. Powinnam szybko stracić te cztery kilogramy, które nastukałam przez święta. Żrąc w celu uspokojenia się po upokorzeniach doznawanych od kotów. Nie mając pod ręką dezodorantu, rzuciłam książką za Marchwią wykradającą się spod mojego łóżka. Garet pogonił ją dalej. Wracając, ukradł cukierka w pokoju babci. Pomogłam mu odwinąć go z papierka i nerwowo zrobiłam w myślach przegląd posiadanych w domu niezdrowych i wysokokalorycznych produktów, którymi będę mogła się pocieszyć po wyjściu spod prysznica. Wcześniej jednak musiałam dokonać paru odrażających zabiegów, nie wiem czemu nazywanych pielęgnacją urody. Znudzona jeździłam brzęczącym cicho depilatorem po nodze, farba z włosów ściekała mi na kark, Garet skakał na klamkę w kuchni, była dziewiąta, a Kaja wciąż jeszcze spała. O dziesiątej miała jechać z przyjaciółmi do Katowic, a potem wybierała się na Sylwestra z dawną klasą, więc dzień miała napięty. Objawiła się w chwilę później, zbierając po drodze swoją bluzę od dresu, podkoszulek, stanik i rajstopy. Garet szalał z radości mordując z entuzjazmem morsa, którego podarowałam mu poprzedniego dnia, Gacia zawodziła, a wiatr wył coraz mocniej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ile mam czasu? – zapytała niechętnie Kaja rzuciwszy wrogie spojrzenie na moją głowę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Dziesięć minut – warknęłam przez maseczkę oczyszczającą, zerknąwszy uprzednio na kuchenny zegar. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zdążę wziąć prysznic, ale nie zdążę umyć głowy – odwarknęła nadęta Kaja i zatrzasnęła za sobą drzwi łazienki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy zmyję farbę, zostanie jej jeszcze czterdzieści minut na mycie włosów, ale wtedy musiałaby zrezygnować z towarzyszących temu niezmiennych rytuałów, co wprawiłoby ją w fatalny humor. Sama już miałam takowy, więc nie widziałam powodu, żeby nie kontynuować w dziesięć minut później. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Mogłaś wstać wcześniej.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie wiedziałam, że będziesz w łazience![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ja też tu mieszkam, więc musisz się liczyć z tym, że taki okropny przypadek się przydarzy![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie o to chodzi, ale zawsze, jak wstaję, jesteś już na nogach! I na przykład się gimnastykujesz. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Albo jem obiad – pomyślałam ponuro. Wiatr bombardował szyby kroplami deszczu. Garet chrupał kawałek plastyku, który odpadł od wiadra, gdy rzuciłam nim w Wielką Szarą Kocicę, która niemal mnie staranowała pędząc do domu, kiedy szorowałam schody do piwnicy z kociego moczu. Wyjęłam z psa niebezpieczny materiał. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Silny wiatr aktywizuje choroby psychiczne, działa fatalnie nawet na zdrowych ludzi, potęgując rozdrażnienie i wywołując agresję. Może nawet doprowadzić do samobójstwa, dlatego powiedzenie, że wieje, bo ktoś się powiesił, jest dokładnym odwróceniem sytuacji. Moje rozdrażnienie wynikało tyleż z niewyspania i daremnych zmagań z kotami, co z energicznej działalności wichury. Zaś Kai, jak się okazało, tyleż z wpływu wiatru, co z oziębłego maila od ojca, któremu wysłała pocztą elektroniczną życzenia na starannie wybranej kartce z Hallmarku. W odpowiedzi na życzenia wycedził, że zrobiła to jak najmniejszym kosztem. Hm, być może zamierzał przesłać jej zaległe życzenia oraz prezenty imieninowe, urodzinowe i z innych okazji z ostatnich dziesięciu lat i czekał na bardziej ognistą zachętę... Ale nie. On nie uznawał żadnych okazji z wyjątkiem dotyczących go osobiście. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przestałyśmy warczeć na siebie i zaczęłyśmy na Gareta, który wręcz wyskakiwał ze skóry. Nie wiadomo, czy z powodu wiatru czy z powodu nadpobudliwości. Kaja obiecała, że kupi spray mający odstraszać koty i psy. Miałam nadzieję, że na koty podziała. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy Kaja wróciła z obiecanym preparatem, była już Iwona, która właśnie wróciła ze spaceru z Garetem i zaofiarowała się spryskać dywan, bo ja byłam w trakcie robienia sałatki owocowej i właśnie łapałam na szafce kuchennej uciekające wnętrzności z kaki. Zapewniła Kaję, że dywan się nie odbarwia, mnie, że preparat nie śmierdzi i za chwilę okazało się, że urządzenie przestało działać. Ale dywan był już spryskany, co niebawem wszystkie koty sprawdziły komisyjnie wąchając go badawczo, a nawet jakby z lekkim upodobaniem. Garet przez dwie godziny wolał siedzieć w kuchni, być może dlatego, że postawił sobie za punkt honoru doprowadzenie do białej gorączki Kai, przygotowującej swój wkład w postaci koreczków do składkowego sylwestra. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Uświadomiwszy sobie, że padłyśmy ofiarą oszustwa producenta, na powrót uzbroiłam się w dezodorant jako broń o odpowiedniej sile rażenia. Iwona delikatnie sugerowała, że być może powinnyśmy umieścić na dywanie tabliczki ostrzegawcze, żeby koty wiedziały, o co chodzi. Istniała również możliwość odstraszania kotów poprzez celne rzuty atomizerem, ale nie chciałam tego próbować, bo zamierzałam produkt zareklamować. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zanim moja córka wyszła, uczyniwszy się elegancką, a pies dostał długotrwałej histerii, zdążyłyśmy pochłonąć kilka tysięcy kilokalorii. Nie dostałyśmy odleżyn tylko dzięki niezwykłemu komfortowi kompletu wypoczynkowego. Otwierał się przed nami uroczy wieczór pełen żarcia, pieszczenia Gareta i skakania po kanałach telewizora. Wydobywszy spod psa program stwierdziłam, że i tak nic ciekawego w telewizji nie ma, więc można przełączać spokojnie i dowoli. Iwona zaoferowała jakiś polski serial, ale odparłam, że aż tak zdesperowana jeszcze nie jestem. Z polskich seriali oglądam tylko „Nianię”, która jest majstersztykiem o wiele lepszym od oryginału, a także czasami „Helę w opałach”. Jeśli skończę na sitcomach, to się pochlastam. Więc przeskakiwałyśmy z jednego kanału na drugi, przy czym określenie „kanał” nabrało szczególnej wymowy. Nie grymasiłyśmy szczególnie, starannie jednak omijając wszystko związane z polityką. Spóźniony refleks doprowadził nas do refleksji, że jednak aparycja powinna być jednym z kryteriów dopuszczenia do udziału w życiu publicznym. Bo potem człowiek wybija sobie palec na pilocie chcąc uniknąć widoku jednej albo drugiej odrażającej, obleśnej gęby. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No rzeczywiście, ten to ma nieciekawą fizjonomię – przyznała Iwona patrząc z odrazą, przezornie wyciszywszy głos, bo od koszmarnych bzdur mózg się lasował. Jeszcze bardziej od tego, że siedemdziesiąt procent rodaków w te bzdury uwierzy. –A ten uśmiech... – skrzywiła się Iwona. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wygląda jak pośladki staruszki leżącej na boku – warknęłam nieprzyjaźnie. –No, sama widzisz, że słusznie wzdragam się przed przebywaniem w miejscach publicznych – osłodziłam krztuszącej się Iwonie niedawną odmowę pójścia do kina. –Coś mi się wypsnie i dostanę dożywocie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet bardzo dzielnie znosił petardy i fajerwerki. Bardziej podenerwowany był Koleś, który zaparkował pod choinką, a wyraz jego wybałuszonych oczu świadczył niezbicie o tym, że zamierza tę noc spędzić na mnie. Przed północą stanęłyśmy przy oknie i obserwowałyśmy tyleż hałaśliwe co kolorowe widowisko. Rozochocona wodą mineralną postanowiłam to pokazać Garysiowi z bliska. Wyszliśmy przed dom, Garet dość ostrożnie, ale bez uprzedzeń. I w tym momencie w pobliżu grzmotnęła jakaś bomba. Garet runął w drzwi wpadając przy schodach na umykające na oślep z piętra Kolesia i Perłę. Trzy śmiertelnie przerażone stworzenia z pięciorgiem wybałuszonych ze zgrozy oczu staranowały drzwi do pokoju. Przez kolejną godzinę tuliłam i całowałam Garysia kajając się z powodu swojej konkursowej głupoty. Biedna, roztrzęsiona ślicznota siedziała z wytrzeszczonymi oczami, uszami zaplecionymi na potylicy, dysząc, plując się i puszczając bąki. O drugiej Koleś wylazł z umywalki, gdzie siedział jak obłąkana, nadmiernie wybujała sowa, i dołączył do nas w łóżku układając się na moich nogach. Garyś wyczerpany zasnął jak kamień, a ja byłam całkowicie rozbudzona. Co chwilę miałam wrażenie, że słyszę szmer wsiąkającego w dywan kociego moczu. Zapalałam gwałtownie lampkę i połową ciała zwieszałam się na podłogę, żeby wyjrzeć zza komody, czy jakiś złośliwiec nie wycieka mi na dywan. Wreszcie zamknęłam pokój Ireny i drzwi do kuchni i uspokojona, zaczęłam zapadać w drzemkę. Po moich akrobacjach Koleś leżał na głowie Garysia, ale żadnemu to nie przeszkadzało. Nagle usłyszałam łopot drapanego kociego ucha. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie, *****, przecież to niemożliwe! – wyskoczyłam z łóżka, wskutek czego rozbudzony gwałtownie Garet usiadł na Kolesiu, który tylko westchnął ciężko i wystawił głowę spod czarnej kity przyglądając się, jak na czworakach lustruję przestrzeń pod kanapą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Liszka! Ty wredna wiedźmo, wyłaź stamtąd! – członkini podziemnego ruchu oporu kręcąc arogancko tyłkiem pomaszerowała do pokoju babci. Z pierwszego snu wyrwał mnie powrót Kai, który spowodował zamieszanie w postaci latających pod domu kotów i rozbudzonego psa. Wypędziłam wszystkich i wreszcie zasnęłam. Irena zaczęła szurać o dziewiątej rano i wkrótce pojawił się problem, bo okazało się, że Kai z sylwestrowego podniecenia wszystko się pomyliło i zamknęła drzwi od strony korytarza, co oznaczało, że jesteśmy z Ireną uwięzione na parterze. Przeszkadzało to tylko Garetowi, który usiłował przedrapać się do kuchni i Irenie, która z frustracji zaczęła walić w drzwi pięścią. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -I co, pomogło? – wycharczałam złośliwie. Wymacałam nad głową komórkę i wysłałam do Kai sms-a, żeby nas przyszła uwolnić zanim Irena podejmie bardziej desperackie kroki. Kaja zleciała zła jak szerszeń i pootwierała drzwi, po czym, fucząc ze złości, pobiegła z powrotem na górę i jak ją znam, zasnęła natychmiast. W południe była już w lepszym nastroju i wysunęła przypuszczenie, że Garet doznał traumy po zdetonowaniu bomby na ich pokazie fajerwerków kilka domów dalej. Ponieważ, jak stwierdziła, mieli fajerwerki kupne i... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jezu, puszki z karbidem? – przeraziłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ach, nie, takie robione przez wujka Alana, który chyba się na tym zna... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Cóż, ostatecznie nowy rok nie zaczął się najgorzej. Garet nadal wychodzi na dwór, a moje dziecko wciąż ma wszystkie członki na swoim miejscu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT]
-
Kochana Jadwigo i inni przyjaciele! Z okazji Nowego Roku - pomyślcie sobie życzenie, a my mówimy: niech się spełni! [FONT=Times New Roman]27.12.2006 środa[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Drugi dzień świąt wstał mieniąc się jak brylant w potokach słońca. Garet, tak jak i poprzedniego poranka, zerwał się przed świtem nabuzowany hormonami. A przynajmniej taką mam nadzieję, bo jeśli cała żeńska część dzielnicy nie ma cieczki, to znaczy, że ADHD mu się nasila. Dom rozbrzmiewał łomotem wszystkich klamek, gwizdaniem, kląskaniem i szlochem psa oraz moimi przekleństwami. Wpuszczałam, wypuszczałam, otwierałam i zamykałam, a Garet galopował i płakał z żalu, że nie jest psem bezpańskim, co zapewniłoby mu nieograniczoną wolność do pierwszego wypadku albo podwórzowym, co dałoby mu wolność długości łańcucha... Wreszcie, zdesperowana, zamknęłam na klucz drzwi do piwnicy. Niech siedzi w ogródku. Niech szczeka. I to głośno, w ramach zemsty za koguta. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W Boże Narodzenie, o wpół do trzeciej w nocy, obudził mnie dziwny dźwięk. Niedawno zasnęłam, więc początkowo myślałam, że to jeszcze część snu, ale śniły mi się czarne zęby, a zęby z natury nie pieją, więc musiało to być coś innego. Kogut? Wieki całe nie słyszałam koguta, więc chwilę trwało, zanim się z tym pogodziłam. Koguty jako takie kojarzą mi się z sielską wsią, zapachem siana, obornika, upału i mokrymi od rosy oraz rozedrganymi od śpiewu ptaków porankami. Na pewno nie z ciężką zimową nocą pachnącą dymem z kotłowni i zaplataną w mgłę jak w zmięte prześcieradło. Nic, tylko któryś sąsiad dostał na gwiazdkę kuraka, ułaskawił go albo przełożył egzekucję z powodu wiodącej roli karpia i teraz to sfrustrowane stworzenie z rozregulowanym zegarem biologicznym próbuje przypomnieć sobie sekwencję dźwięków prowokującą słońce do wzniesienia się nad horyzont. Z mizernym zresztą rezultatem. Jezu, czy ja już nigdy spokojnie się nie wyśpię?![/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet, zirytowany oporem stawianym przez drzwi piwnicy, postanowił wyrwać je z futryny. Kontynuował to zajęcie z morderczą konsekwencją, ale zaparłam się. Rzuciłam pantoflem w Marchew, która w ramach wczesnoporannej gimnastyki turlała sobie migdał po podłodze i nakryłam ucho kołdrą. Ale wtedy wstała babcia, żeby przez półtorej godziny przygotowywać się do wyjścia do kościoła. Złośliwie założyła stare pantofle i szurała, aż włosy mi się podnosiły i zęby cierpły. Była jeszcze lepsza niż pan Dulski w swoim marszu na Kopiec Kościuszki. Przeszurała z dziesięć kilometrów, tam i z powrotem, ze swojego pokoju do kuchni, cholera wie, po co. Sklerozę ma mniejszą niż ja, więc na pewno nie poganiało jej zapominanie. Podejrzewam, że szurała złośliwie. Za karę powinna nosić przez cały dzień swój aparat podkręcony na maksa. Byłam już tak nabuzowana, że omal nie zrezygnowałam z wielkodusznego zamiaru zapewnienia jej spokojnych świąt i nie opowiedziałam o paskudnych podejrzeniach odnośnie rury. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zazwyczaj zbliżanie się kilku wolnych dni prowokuje nadejście stada mniejszych lub większych klęsk typu bolące zęby, choroby wymagające natychmiast konsultacji lekarskiej czy weterynaryjnej albo awarie wymagające szybkiego usunięcia. Tym razem zaczęło się od żarówek. Spaliły nam się po kolei cztery, w tym jedna po zderzeniu lampki z moją głową i jedna z poważniejszymi konsekwencjami, bo przepaliła przewody w kinkiecie. Potem Kaja zauważyła, że w piwnicy przecieka rura od ścieków i to w dwóch miejscach. Gdy udało się po licznych mękach uszczelnić ścianę, to zaczęła przeciekać rura. W wigilię, kiedy dziecko wyręczyło mnie (niedobrowolnie zresztą) w ścieraniu kociego moczu w korytarzu, zauważyło, że boazeria nad założonym przez koty wychodkiem jest wilgotna. Pomacałam, faktycznie. Oprócz instalacji elektrycznej biegnie w tym miejscu na piętro rura z wodą. Gdzie dokładnie, nikt nie wie. Gdzieś tam, w tej okolicy mniej więcej. Optymistyczna wersja – ściana spociła się pod pachami. Pesymistyczna – strzeliła rura i lada moment wszystko się rozsypie. Żeby trafić na rurę, trzeba zerwać boazerię i rozkuć całą ścianę. Postanowiłyśmy chwilowo Irenie nic nie mówić i obserwować zjawisko. Ściany i tak na razie rozkuć się nie da, bo nawet gdybym znalazła jakiegoś fachowca, wyjątkowo nie alkoholika, to pewnie chciałby, żeby mu zapłacić. He, he. I tyle na temat rury. A ja się dziwię, że jestem coraz bardziej nerwowa. Co prawda Kaja, patrząc na drugi półlitrowy kubek wypijanej przeze mnie codziennie kawy, skomentowała złośliwie: -Aż dziwne, że potem mówisz: „O, *****, ale jestem znerwicowana!”, ale ja wiem swoje. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Koty, pobudzone widokiem słońca, lekkie po swobodnym opróżnieniu pęcherzy, szalały po domu przestawiając meble. Oczywiście do łba im nie przyszło, żeby wyjść na dwór. Jeszcze przypadkiem zachciałoby im się sikać i zabrakłoby im ładunku do zrzucenia w domu. Umyłam korytarz i pomacałam ścianę. Zimna i wilgotna. Że zimna, nic dziwnego, w tym domu oprócz buzujących emocji wszystko jest zimne, ale wilgotna być nie powinna. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kaja, mamrocząc pod nosem przekleństwa, kończyła skręcać urządzenie rehabilitacyjne. Wioślarza odebrałam ze sklepu w pudle, to znaczy odebrał go Darek, bo ciężkie to było potwornie. W domu otworzyłam pudło z zamiarem poskładania urządzenia do kupy. Wyjęłam to, co bez trudu rozpoznałam, to znaczy rączki i siodełko. Oprócz tego było sporo dziwnych części i mnóstwo różnych śrub, na widok których pojawiło mi się niemiłe uczucie w okolicy żołądka. Kiedy spojrzałam na instrukcję z rysunkiem przypominającym szpiegowską mapę, uczucie nasiliło się. Po chwili namysłu rozsądnie wpakowałam wszystko z powrotem, zanim znalazłam się na granicy załamania nerwowego. Oczywiście pudło natychmiast wybrzuszyło się w kilku miejscach, bo włożone na powrót części w niezrozumiały sposób dwukrotnie zwiększyły swoją objętość. Wepchnęłam cały ładunek pod łóżko pocieszając się myślą, że gdybym naprawdę się uparła, to bym tę konstrukcję zmontowała. Ostatecznie sama poradziłam sobie ze złożeniem łóżka z IKEI i to mimo tego, że kluczyki do skręcania znalazłam na samym końcu, kiedy wszystko już stało. Doszłam do wniosku, że z wioślarzem Kaja poradzi sobie lepiej. Z natury jest powolnym dłubakiem i jest szansa, że inżynierskie geny ojca jakoś w niej zmutowały i działają, przeciwnie niż u niego, prawidłowo. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kaja radziła sobie znakomicie, chociaż do pasji doprowadzał ją niewyraźny rysunek, na którym najwyraźniej pokazane były nieistniejące części, a istniejące nie miały najmniejszego zastosowania. Trochę ich zresztą zostało. Ale ostatecznie wioślarz działa, chociaż sprawdzając jego skuteczność moja córka natychmiast się okaleczyła i rozzłościła jeszcze bardziej. To akurat nic nowego, bo atakują ją nawet proste wałki do masażu, którymi normalny człowiek nie jest w stanie zrobić sobie krzywdy nawet, gdyby bardzo chciał. Przy okazji przeglądania gwarancji znalazłam instrukcję montażu po polsku. Musztarda po obiedzie. Zaczęłam ją studiować w nadziei, że odkryję zastosowanie pozostałych po skręceniu części, ale dałam spokój, kiedy dotarłam do punktu 25 podczas, gdy na rysunku przedstawiono tylko 19 elementów. Kaja, masując kontuzjowaną nogę i sycząc ze złości, dotarła do miejsca, gdzie polecano przed użyciem skonsultować się z lekarzem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Psychiatrą? – podpowiedziałam. Chociaż w jej przypadku chyba z ortopedą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy licznik uprzejmie wskazał, że spaliłam 1,9 kalorii, byłam już kompletnie wyczerpana i czułam, że ramiona mam jak strong man. Przepłynęłam prawdopodobnie długość średnio wyrośniętej kaczki. Na szczęście od dalszych zmagań z urządzeniem i plączącym się niebezpiecznie blisko Garetem wybawił mnie telefon.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Dzwoniła moja przyjaciółka ze studiów, od roku pracująca w Anglii. W kafejce, za najniższą stawkę. Kiedy przestała mieć wyrzuty sumienia z powodu, że czuje się jak na wakacjach, uświadomiła sobie, że ma się świetnie. Żadnego zdenerwowania, żadnych stresów. Pieniądze nie kończą jej się w cztery dni po wypłacie, na urlop pojechała do Paryża, a weekendowy wypad, na przykład do Amsterdamu, nie uszczupla specjalnie jej zasobów finansowych. (Zasobów! Co to właściwie jest i jak człowiek się z tym czuje?). Jest wyluzowana i szczęśliwa. Słuchałam z mieszaniną zadowolenia, że Iwonie się powiodło i zazdrości, że Europa otworzyła drzwi, a ja nawet nie wsunęłam w nie głowy. Iwona zapewniła mnie, że jako Polacy nie mamy się czego wstydzić. To nie nasza wina, że historia potoczyła się tak, a nie inaczej. Doganiamy i przegonimy, a intelektualnie stoimy znacznie wyżej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W uniwersyteckim mieście, w którym mieszka, brak jej najbardziej aury intelektualizmu. Wedle mojej przyjaciółki tamtejsze społeczeństwo degeneruje się i w prostactwo stacza, co smutne jest bardzo, bo to przecież stara i bogata kultura, z której już chyba tylko królowa im się ostała. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ambicją młodych dziewcząt jest jak najszybsze urodzenie dzieci, bo z tego są pieniądze. Chodzą takie siedemnastoletnie matki z dwójką dzieci, wszystkie niemal identyczne. Wielkie, złote kolczyki, mnóstwo pierścionków, różowa kurteczka odsłaniająca brzuch i dżinsy. Żują gumę z absolutnie bezmyślnym wyrazem twarzy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Oszczędzają najważniejszy narząd – zauważyłam.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -I wszystkie są brzydkie, wiesz, jakie są Angielki.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Słynna uroda rozmarzonego konia? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No właśnie. Makijaż z grubą kreską wokół oczu...[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wyglądają jak maski karnawałowe?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Dokładnie! U nas naprawdę są ciekawe twarze. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jasne, każda ma ten dramatyczny wyraz indywidualnej frustracji! – potwierdziłam. –Ale wiesz, wczoraj Kaja mówiła, że widziała na ławce w Hypernovej cztery dziewczyny, kompletnie nie do odróżnienia. Identyczny styl, identyczny makijaż, identyczne fryzury z asymetryczną grzywką. Ten sam wyraz twarzy. Podejrzewam, że młodsze pokolenia zaczynają dorównywać europejskim standardom... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Może nie co do dzieci, bo u nas macierzyństwo to najmniej intratne zajęcie. Raczej przeciwnie, im więcej potomstwa tym bliższe widmo nędzy. Za to większa szansa zostania jednodniowym bohaterem reportażu ukazującego bohaterską postawę żyjącego zgodnie z naukami Kościoła rodzica i mającego poruszyć czułe serca i zasobne sakiewki reszty społeczeństwa. Bowiem ów rodzic uwierzył w Słowo, rozmnożył się bez ograniczeń i nagle okazało się, że inne zasoby nie tylko się nie rozmnożyły, ale jakby skurczyły, strefa klimatyczna nieprzyjazna, przyroda mało szczodra, państwo takoż, a ludzka rasa potrzebuje do przetrwania więcej, niż metaforyczne ptaszę polne. Bezpłatny jest jedynie rozwój duchowy, szczególnie ten sterowany z ambony. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ponieważ nasze koty gotowe by były w ten sam, spontaniczny sposób podjąć decyzję o rozmnażaniu się, zmierzając radośnie w kierunku analogii z inwazją zwierzątek na króla Popiela, która, jak wiadomo, fatalnie się dla niego skończyła, przejęłyśmy kontrolę w swoje ręce. Raz w tygodniu te, które uniknęły interwencji chirurgicznej, dostają tabletkę. Plus żeńska część Wielkiej Szarej Rodziny oraz, jeśli się pojawi, Plamka, kotka sąsiadów, która od lat z upodobaniem podrzuca nam swoją progeniturę jak duża, włochata i łaciata kukułka. Jest z tym wszystkim trochę zamieszania, bo kotki muszą być na tyle głodne, żeby raczyły spożyć tabletkę wgniecioną w kawałek mięsa. Problemem jest właśnie uzyskanie odpowiedniego poziomu głodu. Potem trwa pogoń za kolejnymi delikwentkami i odizolowanie ich w momencie jedzenia od innych kotek tudzież kocura i psa. Najczęściej zajmuje się tym babcia. Dzięki temu wciąż mamy kotów stanowczo za dużo, ale kataklizm nie przybiera na sile. Na wadze, owszem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wiesz co, one wszystkie wyglądają, jakby były w zawansowanej ciąży – stwierdziła Baśka, która wpadła z kryształowym, świąteczno-noworocznym aniołkiem. Postawiłam go na stole w kuchni, obok drewnianego talerza, który własnoręcznie wymalowałam w gałęzie cisu i sosny. Aniołek lśnił kryształowym blaskiem do czasu pierwszej wymiany poglądów z Garetem. To znaczy wymiana poglądów nastąpiła ze mną, anioł, jak aniołom przystoi, zachował postawę neutralną, ale z brzękiem stracił jedno skrzydło, kiedy Garet dowodził swoich racji walnięciem łapy w stół. Wstrząs okazał się zbyt mocny. Nieskruszony grzesznik ustawił uszy w trójkąt i zmarszczył czoło, ale mimo intensywnego wpatrywania się w stół nie zdołał zidentyfikować źródła dziwnego dźwięku. Nawet gdyby je zidentyfikował, nic nie zakłóciłoby mu spokojnego, rozchrapanego snu, w który zapadł na połowie mojego łóżka, ułożywszy się swobodnie po przekątnej. Wpełzłam na wolną powierzchnię nieświadoma tego, że właśnie przypadła moja noc w grafiku Kolesia. Ledwie zdążyłam się otulić skrawkiem kołdry, kiedy na klatce piersiowej uwaliło mi się siedem kilo zdeterminowanego kota. Okazał się całkowicie odporny na delikatne sugestie i obojętny wobec skarg mojego kręgosłupa na wymuszoną pozycję. Obudziłam się wczesnym rankiem, całkowicie zesztywniała. Alarmujące i żywe doznania docierały tylko z jednej części mojego ciała. Koleś w ciągu nocy zsunął się w okolice mojego pęcherza, a że na wadze nie stracił, wszyscy troje byliśmy poważnie zagrożeni. [/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]24.12.2006 niedziela[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Nastąpiło ostateczne zagospodarowanie nowego kompletu wypoczynkowego. Dlaczego wydawało mi się, że 3 + 1 + 1 to za dużo? W fotelu pod oknem sypia Koleś – czasem z Gacią, czasem z Marchwią. Liszka najczęściej balansuje na szerokim zagłówku. W drugim fotelu rezyduje Gacia, jeśli miejsce przy Kolesiu jest zajęte albo Perła, gdy chce mieć spokój. Zazwyczaj układa się jednak na środku kanapy. Miejsca obok są wolne. Tyle, że dość łatwo jej nie zauważyć. Nie tylko Garet na nią wskakuje, samej zdarzyło mi się na niej usiąść. Co do jasnych narzut z luźno tkanej angory, wyglądają, jakby sentymentalny weteran przywiózł je z frontu, gdzie służyły mu jako onuce w dziurawych butach, w których przedzierał się przez kolczaste zarośla. Wszystkie wredne kociska zdążyły sobie na nich podrasować szpony, a Garyś wielokrotnie wytarzał się w nich wróciwszy z ogródka. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wszystkie podejmowane przeze mnie żałosne próby uczynienia mieszkania bardziej przytulnym spełzają na niczym. Pewnie ostatecznie skończę jak babcia, z ubraniami i włóczkami rozwleczonymi po wszystkich meblach i sfatygowanymi kartonami wypełniającymi pokój, bo koty używają ich do spania albo do zabawy. Być może zmobilizuję się i posprzątam z nadejściem lata, bo wtedy koty przenoszą się na dwór, pies nie obłazi z sierści i na łóżku jest mu za ciepło, więc jest szansa przespać ze dwie noce bez wzoru błotnistych bukietów na pościeli. Na razie co jakiś czas przychodzi się zagrzać, najchętniej wtedy, kiedy już mnie wybudzi w porze prosektoryjnego poranka, obleci całe włości, pootwiera wszystkie drzwi i z satysfakcją obserwuje, jak bezskutecznie próbuję złapać wycofujące się w panice resztki snu. W nocy chrapie, rozpycha się i wierzga. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Ostatnio trafił kopytem w drewniane półki z płytami kompaktowymi. Zerwałam się przerażona straszliwym łoskotem i zaplątałam się w przewód od lampki nocnej, która odczepiła się od półki i runęła mi na głowę. Nie było jeszcze drugiej, więc Garyś uznał, że na pobudkę jest o godzinę za wcześnie i wielce zdegustowany, postękując z irytacją „Uff, uff, uff” zlazł z łóżka i przedzierając się przez stos płyt poczłapał na kanapę, gdzie uwalił się z ciężkim, spazmatycznym westchnieniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Chroniczne niedospanie z powodu psa, który stanowi osobliwe skrzyżowanie typów sowy i skowronka oraz nawał zajęć w ciągu dnia, związany z presją czasu i koniecznością pokonywania dużych odległości, powodują, że jestem przemęczona i rozkojarzona. A może tylko się pocieszam. Może to wcale nie zmęczenie tylko sygnał, że powinnam sobie napisać i przylepić karteczki na przedmiotach, zanim jeszcze mniej więcej czasami pamiętam, jak się co nazywa. Należałoby też pomyśleć o GPS-ie zanim zagubienie w czasie zaskutkuje zagubieniem w przestrzeni i moje zdjęcie pojawi się w „Wyborczej” z adnotacją „Wyszła z domu i nie wróciła...”. Taka posępna refleksja pojawiła mi się, gdy nasypałam na talerz ulubioną herbatę i sięgałam po czajnik z gotującą się wodą. Trzecią ręką mieszałam podgrzewające się jedzenie Gareta, które zjedzą koty, a czwartą swoje pierogi z kapustą w sosie pieczarkowym, które pożre Garet. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Chwilę wytchnienia mam przy chorej na Alzheimera babci Oleńce, gdy już uda mi się dotrzeć na tę zakazaną wieś. Minibusem powozi obleśny erotoman gawędziarz, który złośliwą satysfakcję czerpie z gwałtownego ruszania w momencie, kiedy wszyscy wsiedli, a nie zdążyli jeszcze zająć miejsc. Początkowo myślałam, że to przypadek, ale kiedy po raz kolejny złapałam w lusterku wstecznym zwężone sadystycznym uśmiechem kaprawe oko, zorientowałam się, że to perwersyjna gra dająca satysfakcję sfrustrowanemu obrzydliwcowi. Lecąc w kierunku czyichś kolan przez cały, pozbawiony uchwytów pojazd, staram się zachować kamienną obojętność, jeśli za takową można uznać rozpaczliwe okrzyki: „O, Boże, przepraszam bardzo!”. Przed wysiadaniem przezornie zakładam rękawiczki, bo podczas płacenia paskudnik chwyta moje palce i wygląda na to, że zamierza je zachować na zawsze. Cóż, nie da się ukryć, powodzenie mam jak cholera. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dzięki sms-om odpadło mi uciążliwe zajęcie, jakim było wysyłanie kartek świątecznych. Zabierałam się do tego zawsze w ostatniej chwili, jęcząc i narzekając. Jak można trzydzieści razy napisać oryginalne życzenia? Ja nie potrafię. W tym roku wysłałam tylko jedną kartkę i mnóstwo sms-ów. Otrzymałam trzy kartki świąteczne i układając je pod choinką pomyślałam, że w tym jednym trudno je zastąpić sms-ami... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Sprzątanie minęło nam spokojnie. Ostatecznie sprzątam ciągle i i tak tego nie widać, więc na święta zdobyłam się tylko na dodatkowy wysiłek przetarcia drzwi środkiem do pielęgnacji kokpitów samochodowych, od czego drewno nabrało pięknego blasku. Wyczyściłam też kafelki w kuchni sprayem do mycia okien, bo widok martwego komara przylepionego do ściany upewnił mnie w tym, że Kaja tego nie zrobiła. Ale i tak podstępnie zapytałam.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Myłaś kafelki w kuchni?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Tych za drzwiami nie – odparło dyplomatycznie moje dziecko. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A te nad stołem? [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Też nie... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przestałam wyliczać kolejne miejsca i zabrałam się do roboty. Wiem, że umyła nad kuchenką, bo zastałam ją przy tej czynności. Wyglądała na tak umęczoną, jakby właśnie kończyła trzydziesty metr kwadratowy, jak zresztą wówczas naiwnie sądziłam. Za to...[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wyszorowałam klawiaturę komputera – pochwaliła się moja córka. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ooooo?! – zdziwiłam się, pełna uznania, bo chociaż praktycznie tylko ona korzysta ze stacjonarnego, wierzy w głębi duszy, że sprzęt ma przegapioną przeze mnie funkcję samoczyszczącą. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Bo mi się palce przylepiały do klawiszy – dodała uczciwie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Staram się nie gnębić Kai zanadto, bo i tak, jak wyznała, święta ją stresują i to nie tylko z powodu babci. Nie wie, dlaczego. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Irena świąt nie znosi, w każdym razie tak twierdzi, i manifestuje to bardzo wyraziście obrzydzając ten okres wszystkim wokół. Pamiętam ten koszmar od dzieciństwa, cud, że mimo pokus, w ogóle nie zaniechałam tradycji. Może dlatego, że sama oprawa świąt wydaje mi się nieodparcie pociągająca, a ja uwielbiam robić dekoracje. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dziś rano, ponieważ Garet jak zwykle zerwał mnie bezlitośnie z łóżka, zeszłam do piwnicy i rozpaliłam w piecu gotowa znieść wyrzekania Ireny, że przecież wystarczy zapalić wieczorem, to znaczy w momencie, kiedy już wszystkim krążenie zamiera, a dobry humor nie ma szans na zmartwychwstanie, czyli nareszcie panuje atmosfera, w której moja mamusia czuje się jak ryba w wodzie. O dziwo, nie spotkałam się z wyrzutami i obudziła się we mnie nieśmiała nadzieja, że w tym roku będzie inaczej... Niestety, po powrocie z kościoła Irena przypomniała sobie, że są święta. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To o której robimy to żarcie? – warknęła pytająco, kiedy już zrobiła mi awanturę za niepotrzebnie kupiony kłębek białej, puszystej wełny, który jeszcze bardziej niepotrzebnie podrzuciłam jej do pokoju. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Myślę, że około czwartej, o słodka subtelności – odparłam spokojnie, wyrzuciwszy uprzednio włóczkę do kosza. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Irena rozejrzała się wojowniczo po kuchni, szczęśliwie zignorowała nowy sosnowy stół, który przywieźli wczoraj, za to wróciła do tematu włóczki, zwinnie prześliznąwszy się na moją rozrzutność. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Szukasz zaczepki, bo jest wigilia?! – wkurzyłam się. -No to dawaj, zaczynamy, bo nie zdążysz zepsuć nam dnia. Tylko załóż ten cholerny aparat słuchowy, żebym nie musiała wrzeszczeć! Po to w końcu go masz![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie chcę, bo się ciężko wkłada i muszę go za każdy raz czyścić![/FONT] [FONT=Times New Roman]-To dobrze, bo skarżysz się, że nie masz co robić. A wchodzi sam, tylko go nie przekrzywiaj. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Irena spasowała i poczłapała do siebie skarżąc się, że nie ma nic do roboty, kiedy odpędziłam ją od obierania ziemniaków tłumacząc, że do popołudnia całkiem sczernieją. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Faktycznie, większość potraw była gotowa, zostały mi jeszcze kluski do maku i kompot z suszu, a Kaja miała usmażyć rybę, która rozmrażała się w zlewozmywaku.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Gacia, nie! Mamuś, ona zjada naszą rybę! [/FONT] [FONT=Times New Roman] -To ją czymś przykryj. Rybę, nie Gacię. Durszlakiem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nic z tego, nie odpuszcza. Gacunia! [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Walnij ją – poradziłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Gacunia, kochanie! Jest taka zdeterminowana! [/FONT] [FONT=Times New Roman] Na szczęście determinacja Kai była co najmniej równa Gacinej, więc ryba jednak ocalała. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Najprzyjemniejszym punktem świąt są prezenty. Zanosiło się na to, że najwięcej dostanie Garet. Ilekroć przynosiłam kolejny z miasta, porywał go, zanim zdążyłam zdjąć buty. I już po niespodziance. Tak zdobył pingwina, but do gryzienia i wielkiego misia. Misia chapnął razem z reklamówką, kiedy starałam się ocalić jajka i swój kaszmirowy płaszcz. Łapy wplątały mu się w siatkę, toteż zataczając się dziko i wlokąc za sobą szeleszczącą torbę kuśtykał do kuchni trzymając w pysku zabawkę. Miś, duży i puszysty, zatykał mu nos, więc Garet parskał, fuczał i smarkał, ale nie wypuszczał zdobyczy z roześmianej mordy. Z chodnika łypało na nas samotne oko pingwina. Każdą maskotkę Garyś obłaskawia zaczynając od pozbawienia jej nosa i oczu. Widocznie drzemią w nim resztki sumienia i może patroszyć ofiary dopiero po depersonifikacji. Misiowi natychmiast odgryzł nos, ale z oczami ciężko mu idzie. Są zbyt głęboko osadzone. Największym hitem pozostają jednak błoniaste buty. Garet wyczuwa je natychmiast, nawet ukryte głęboko pod zakupami, i dostaje amoku. Trzęsie się z pożądliwości, dopóki nie dorwie tego cudu. Gdyby istniała konkurencja rzutu butem, miałby gwarantowane pierwsze miejsce. Jeden udało mi się niepostrzeżenie przemycić do domu, będzie miał pod choinkę. Od Kai dostanie świńskie ucho i kość wzbogacaną wapniem. Po namyśle postanowiłyśmy mu to dawkować, żeby nie rozchorował się z nadmiaru dóbr doczesnych. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Zanim Kaja z Garetem poszli na spacer, ustawiłam na kuchennym stole drewniany talerz z bakaliami. Garet, przejedzony już migdałami, natychmiast porwał wielką figę i podrzucając ją jak foka piłkę popędził do pokoju. Później wchodziłyśmy na nią wszystkie po kolei, dopóki nie odskrobałam jej z dywanu i nie wyrzuciłam do kosza. [/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wigilię rozpoczęliśmy w zdumiewająco pokojowej atmosferze. Zgodnie życzyłyśmy babci odgruzowania głęboko ukrytych pokładów poczucia humoru i optymizmu. Garyś siedział na największym fotelu i z godnością przyjmował po kawałeczku opłatka. Słaby był wyraźnie, bo od rana nie zdrzemnął się ani na chwilę. Usiadłam obok niego, ale w rezultacie prawie leżałam, bo wlazł na mnie i elegancko usadowił się przy blacie stołu. Wyglądał bardzo wytwornie, jak zawsze w smokingu, srebrzystobeżową łapę założył mi poufale pod ramię i kontrolował sennym acz czujnym okiem nasze talerze. Spróbował wszystkich potraw, ale najbardziej smakowały mu pierogi z kapustą i grzybami oraz kluski z makiem. No i ryba. Zmęczony był niemożliwie, długie, podkręcone rzęsy co rusz opadały mu na oczy, ale dzielnie trzymał fason. Irena burczała, że taki koń powinien już być nauczony posłuszeństwa, bo pies jest wtedy miły, kiedy nie pcha się do ludzi. Do czego to podobne, żeby właził na kolana albo wskakiwał na kogoś łapami. Do psa trzeba mówić ostro i krótko, żeby mieć posłuch. Jak skacze, to trzeba mu nadepnąć na tylną łapę – kontynuowała wykład. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Próbowałam – wymamrotałam przez kluski z makiem, drapiąc Gareta po łopatce. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Akurat! Ty to potrafisz. „Garyś, nie wolno” – przedrzeźniała mnie sklamrzącym głosem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cierpliwości – wyszeptałam Garysiowi do ucha, całując go w skroń. Spojrzał na mnie znużonym wzrokiem i westchnął. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zaraz straci przytomność – zauważyła Kaja.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Ale wytrwał do końca. Po jedzeniu babcia nieco złagodniała i przy choince, w otoczeniu prezentów, toczyłyśmy towarzysko-rodzinną pogawędkę. Irena tłumaczyła, że nowe, zamszowe pantofle z futrem są do niczego, bo trzeba je wsuwać na nogi. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A stare – tu wskazała upiorne obiekty, które tylko ślepy i naćpany optymista mógłby skojarzyć z obuwiem – są świetne, bo same wchodzą. Tylko człapią i trochę w nich szuram – przyznała. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Trochę?! – jęknęłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Babciu, a jak założysz aparat, to słyszysz, że szurasz? – dociekała Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jak założę, to słyszę. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-I dlatego cwaniara go nie nosi! – zawołałam z triumfem. –Człapie, szura i kłapie paszczą! Klekocze jak kołatek! Wściec się można![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Och, te zęby to prawdziwe nieszczęście – westchnęła Irena, zmagająca się psychicznie i fizycznie z częściową protezką. –Jak wyjmę, to nie żuję. Jak włożę, zaraz zaczynam. Chociaż są tak dobrze dopasowane! W porównaniu z poprzednimi są idealne. Gdy je myję, to tak strasznie uważam, żeby mi nie spadły i nie pękły! [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Daj mi je, jestem specjalistką od zębów! – zapewniłam.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Zachichotałyśmy. Sześć lat temu, kiedy akurat chwilowo byłam bezrobotna, sąsiadka, a obecnie przyjaciółka, poprosiła mnie o pomoc w opiece nad leciwą teściową. Babcia była głucha, z trudem siadała, całą dobę spędzała w łóżku, samotna w swoim mieszkaniu. Prawie się nie odzywała, leżała zapatrzona w okno i w swoje wspomnienia. Z upływem czasu, kiedy poznałyśmy się lepiej, sporo ze mną rozmawiała, chociaż wymagało to wysiłku z mojej strony, a raczej ze strony moich strun głosowych. Ale pierwszego dnia, gdy zobaczyłam osiemdziesięcioparoletnią, drobniutką kobietę o trójkątnej twarzyczce niewinnej, błękitnookiej dziewczynki, byłam przejęta do granic paniki. Na krześle przy łóżku stał pełny basen, babcia spojrzała na mnie ogromnymi oczami i wcisnęła mi w rękę twarde zawiniątko opakowane w papier toaletowy, mówiąc coś cicho. Przypomniałam sobie – faktycznie, sąsiadka mówiła, że teściowa ma uporczywe zatwardzenie. Biedactwo zrobiło taką strasznie kamienistą kupkę! – zmartwiłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Zajmę się tym, proszę się nie martwić!!! – zapewniłam gromko krzepiącym głosem, biorąc dyskretnie w jedną rękę zawiniątko, w drugą basen. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po powrocie z łazienki pomogłam babci się umyć, rozpaliłam w piecu, ułożyłam ją wygodnie, wyryczałam kilka uprzejmych uwag, posiedziałam godzinkę i poszłam. Wróciłam w południe, żeby podgrzać i podać obiad. Z garnuszkiem na kolanach, babcia spojrzała na mnie chabrowymi oczami i cichutko poprosiła o zęby. Dzięki bardzo wysokiemu współczynnikowi IQ dość szybko pojęłam, że chodzi o sztuczną szczękę. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A gdzie są?!!! – ryknęłam uprzejmie, gotowa przynieść je natychmiast. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Dałam je pani rano – wyszeptała babcia.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Dała mi je pani?!!! Rano?!!! Oooo... – jeszcze zanim straszne przypuszczenie uformowało mi się w głowie, poczułam, że ciało ogarnia mi paraliż grozy. Tak koszmarnie czułam się ostatnio we wczesnej młodości, kiedy jeden kurdupel-psychopata mnie szantażował. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dwa kolejne popołudnia spędziłyśmy z sąsiadką nad włazem ogromnego szamba, grzebiąc długim drągiem w gównach. Niestety, choć, według nas, obmacałyśmy całe dno, nowiutkie zęby babci znikły na wieki. Na szczęście miała jeszcze starą protezę. Przez długie lata na jakąkolwiek wzmiankę o zębach czy protezie dręczyły mnie wyrzuty sumienia. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Ponieważ przyjazna rozmowa rodzinna szybko okulała z braku wprawy, włączyłyśmy telewizor. Irena i Kaja siedziały na kanapie, my z Kolesiem w fotelu pod oknem, a Garet żuł kość na dywanie, z oczami przekrwionymi ze zmęczenia. Koleś leżał mi na brzuchu, mamląc namiętnie własny i chrumkając z rozkoszy wyrywał mi kawałki tkanek wielkimi pazurami. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Bracia Golcowie poważnie zachwiali moją opinią, że polskie kolędy są przygnębiające i tragiczno-rzewne. Najwyraźniej to kwestia wykonania. Najczęściej działają na mnie depresjogennie. Najbardziej boję się różnorakich interpretacji, a do szału doprowadza mnie maniera jęcząco-stękająca. Kolejny artysta, dorwawszy się do głosu, koniecznie chce odcisnąć na utworze piętno swojej indywidualności. Zrobi wszystko, byle tylko nie wykonać go w pierwotnej, klasycznej wersji. Najgorsi są ci, którzy prowadzą bocznymi uliczkami linię melodyczną, dla urozmaicenia jęcząc i stękając tragicznym głosem, jakby od tygodni cierpieli na nieuleczalną niestrawność skojarzoną z kolką nerkową. Sama od tego dostaję bólu brzucha i rozstroju nerwowego. Tym razem nie było tak źle. A kiedy pojawiła się Maryla, przestałyśmy słuchać, a zaczęłyśmy patrzeć. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jezu, pierwszy raz widzę ją normalnie ubraną – szepnęła z niedowierzaniem Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A jak wygląda – dodałam. –Pięknie, wręcz olśniewająco! Ja też chcę taki lifting! – westchnęłam z zazdrością. Garet porzucił kość i słuchał, ustawiwszy uszy w trójkąt i kręcąc głową, żeby złapać lepszy odbiór. Potem wreszcie padł z głową na kolanach Kai, chrapiąc słodko i zbierając siły do przemówienia ludzkim głosem. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
:loveu: Kochani Przyjaciele! Wesołych Zębatych Świąt! [FONT=Times New Roman]19.12.2006 wtorek[/FONT] [FONT=Times New Roman]W piątek Irena stała się szczęśliwą posiadaczką aparatu słuchowego. Początkowo była nieco zdegustowana, bo żadne z jej ponurych przewidywań nie sprawdziło się. Dźwięk nie był okropny i nienaturalny, nic nie szumiało, nie warczało i nie dzwoniło, aparat jest praktycznie niewidoczny i nie wisi na uchu jak skrzynka na listy, a z obsługą poradziłby sobie średnio rozgarnięty dwulatek. Kiedy już pogodziła się z okropną rzeczywistością, pomaszerowała w nowym nabytku do domu i nosiła go przez cały wieczór. Telewizor musiałam sobie przygłośnić, bo nie słyszałam... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Większość soboty spędziłyśmy na ubieraniu choinki. Trwało to w nieskończoność, bo mamy miliony ozdób i wciąż gromadzimy nowe. W tym roku postanowiłyśmy powiesić tylko wyjątkowe, najpiękniejsze, ale tych też były miliony... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet, podniecony widokiem pudeł i różnych przedmiotów wspaniale nadających się do gryzienia i noszenia w pysku, przez cały czas plątał się pod nogami. Na nieszczęście w połączeniu z ozdobami choinkowymi wyglądał tak dekoracyjnie, że karciłyśmy go zupełnie bez przekonania. Najbardziej do twarzy było mu z dużą, ażurową gwiazdą z bladozłotej słomki. Zupełnie jakby pochłaniał wyjątkowo duży opłatek. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Koty, w stanie najwyższej ekscytacji, plątały się po komodzie pod drzewkiem. Gacia, która od początku miała szczególny stosunek do choinki i której udało się już oskubać cały sztuczny śnieg z donicy, była wszędzie. Bezskutecznie usiłowałam opanować czworonogi, ale to było jak zagarnianie mrówek grabiami. Jak zwykle – zwierzęta górą. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy skończyłam sprzątanie i wyzbierałam ostatnie włókna lamety, zanim rozpoczęły długą i uciążliwą drogę przez przewód pokarmowy Gareta, była już późna noc. Gacia złośliwie wybrała tę porę na przewietrzenie ogona i trzeba było zerkać za drzwi balkonowe, czy przypadkiem tam nie czeka zdenerwowana i osaczona przez Wielką Szarą Rodzinę, którą traktuje z bojaźliwą pogardą. Przechodząc w ciemnościach przez pokój babci, usłyszałam jakiś dziwny dźwięk. Z wrażenia wpadłam na stół. Zaklęłam paskudnie, roztarłam sobie biodro i wstrzymałam oddech. Brzmiało to jak popiskiwanie konającej myszy. Przyniosły jakąś biedaczkę i porzuciły? Ale gdzie, na stole?! Sygnał doprowadził mnie do pudełeczka z nową zabawką Ireny. Na szczęście nie była to agonia gryzonia, tylko skarga aparatu słuchowego, którego babcia nie wyłączyła. Zrobiłam to za nią. Rano zupełnie wyleciało mi to z głowy, bo jak zwykle Garet w nocy podniósł raban skacząc na wszystkie klamki i znowu nie miałam szans się wyspać. O aparacie przypomniałam sobie dopiero na widok Ireny wracającej z kościoła. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wyłączony? – zdumiała się. –Przecież ten lekarz nic nie mówił o wyłączaniu.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ależ oczywiście, że mówił. Od tego zaczął. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A ja właśnie myślałam, że w aparacie czy bez, i tak nic nie słyszę... [/FONT] [FONT=Times New Roman]W południe przyjechała Iwona i wyruszyłyśmy na zakupy. Ludzi w sklepach było zdumiewająco mało. Pewnie zbierają siły na ostatnie przedświąteczne godziny, kiedy już pierwsza gwiazdka przeciera oczy, a zwierzęta gimnastykują struny głosowe. Dopiero wtedy zakupy mają posmak przygody. Polowanie na ostatniego, boleśnie żegnającego ten świat karpia, na ostatni, przywiędły pęczek natki, na poszarzałe ze zgryzoty pieczarki... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Pod trzecim hypermarketem zauważyłam stoisko z choinkami. Iwona przytomnie złapała mnie za rękaw, ale twardo parłam naprzód mamrocząc, że naprawdę, tylko spojrzę... Ceny niebotyczne. Jodła kaukaska, taka o połowę mniejsza od naszej, dwa razy droższa. Za to bezsprzecznie żywa... Na skraju stały kaukaskie niemowlęta. Rozczulająco małe. Jedwabiste, jasnozielone... Nie mogłam się oprzeć, odwróciłam donicę i zerknęłam. Korzenie przerastały otwory w dnie, tak właśnie być powinno. A nasza, taka piękna, padnie pewnie zaraz po świętach... [/FONT] [FONT=Times New Roman]W sklepie zgubiłyśmy się, bo na każdym kroku wpadałam na znajomych i Iwona dyskretnie odeszła. Czekałam na nią przed wejściem. Co chwilę zerkałam na małe jodełki. Żeby odpędzić pokusę, zapaliłam papierosa. Rozumie się, ten właśnie moment wybrał mój lekarz rodzinny, żeby rzucić mi mordercze spojrzenie i przyjazne „dzień dobry”. Ha. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Iwona nadeszła, kiedy już zaczęły boleć mnie ramiona od obejmowania doniczki z choinką. Naprawdę była słodka i na pewno przeżyje zimę, a wiosną zadomowi się w ogródku.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Popołudnie zdominowały koty. Kaja ćwiczyła ich wytrzymałość, bo musiały być na czczo przed kolejną dawką leku na odrobaczanie. Gacia, zawsze najbardziej głodna, wyła posępnie i plątała się wokół nóg, Liszka świeciła przeraźliwą zielenią, Koleś, jak wielkie, włochate wrzeciono, kłusował po kuchni hamując co chwilę przed pustymi miskami. Marchew czaiła się pod stołem i tylko Perła, o wyjątkowo pogodnym i ugodowym usposobieniu, zajrzawszy raz do misek potuptała szukać pocieszenia u Gareta. Garet, pobudzony spacerem i kocim niepokojem, usiłował zrozumieć, dlaczego nagle połowa futrzaków coś do niego ma. Nawet Koleś, pomrukując słodko, podnosił się lekko na łapach i bódł go czołem. Ponieważ Gacia nie złorzeczyła we właściwy sobie sposób, pies postanowił spróbować, czy przemiana jest stała oraz jak daleko sięga i delikatnie macał ją łapą. Gacia żachnęła się, ale była zbyt zajęta wypatrywaniem osoby z krztyną inteligencji, która wreszcie zrozumie, o co chodzi. Jeść!!! Irena narzekała i złościła się, że z powodu jakichś głupot chcemy zagłodzić koty. Prawie uwierzyłam, że będą zmuszone zużyć całą tkankę tłuszczową, żeby przeżyć. Wreszcie zdesperowany Koleś otworzył szafkę z ziołami i wywrócił się podwoziem do góry, żebyśmy nawet przy naszej wrodzonej tępocie zaskoczyły. Nasypałam na podłogę trochę kozłka, którym wszystkie radośnie się naćpały. Koleś brykał na swoich wielkich łapach, a potem wyskoczył na komodę, usiadł pod choinką i pykał rytmicznie pazurami w pozłacaną gwiazdkę. Najwyraźniej zapadł w jakiś trans, bo wzrok miał kompletnie nieruchomy i nie zwracał najmniejszej uwagi na włażącą mu do oczu lametę. Liszka przestawiała meble w kuchni szalejąc z kawałkiem papieru, który uciekał przed nią w panice długimi poślizgami. Garet aż się podnosił i wreszcie nie wytrzymał. Rzucił się szczupakiem i porwał Liszce zabawkę spod łapy. Lisia zaskowyczała w poczuciu krzywdy. Rozejrzała się obłąkanym wzrokiem i runęła na wypatroszonego przez Gareta Pana Świstaka. Zaczynało być gorąco. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Co się tam dzieje? – zawołała Kaja od telewizora. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nic. Garet ukradł Liszce papier. Dajże im wreszcie to lekarstwo! Odbija im z głodu! Chodź tu i zobacz, Kolesiowi się coś stało. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Koleś, porzuciwszy chwilowo choinkę, siedział przy piecu jak wielki posąg kota i wpatrywał się bez ruchu w kafle. Albo medytował albo popadł w katatonię. Wolałam nie sprawdzać.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Spokój zapadł dopiero po nakarmieniu kotów. I była to odpowiednia pora, żeby wyszczotkować psa. Codziennie robię to sama, ale Kaja potrzebowała asystenta. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Zajmij go czymś! – zażądała, kiedy Garyś, miotając się po obu fotelach, usiłował jednocześnie naprowadzić zębami jej rękę ze szczotką na jedyne interesujące go miejsce, czyli brzuch. Włączyłam się jako starszy drapacz. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Biedna psina, jak on cierpi podczas tego łysienia! – rozczuliłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Doskwierają mu raczej te odrastające włosy – sprostowała Kaja. –Zapytaj jakiegoś łysego, czy go swędziało, kiedy łysiał. Powie, że nie, o ile nie dostaniesz w zęby... [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wszystko jedno, czy łysienie czy porost, ale to się rozgrywa na jednym, małym, biednym psie. Przecież on się czochra przez całą dobę! [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po polerowaniu Garet był gotowy, żeby pozować do świątecznego zdjęcia. Założyłyśmy mu aksamitny, czerwony szaliczek z białymi pomponami. I te pompony to było już za wiele. Garet ruszył w dziki taniec usiłując je upolować na swojej szyi i pożreć. Przez pół godziny nasz ambitny pies z wytrzeszczonymi dziko oczami skakał, pląsał, zawiązywał się w supeł, tarzał się i stawał na głowie kłapiąc zębami w okolicy swojego ucha i upragnionych pomponików. Widać było, że nawet po założeniu kołnierza gipsowego nie popuści. Wreszcie, udało się! Z triumfem zamknął zmęczoną paszczę na białej kuleczce. A wtedy zabrałyśmy mu szaliczek... Perła, poruszona tym świństwem, zlazła z fotela i poszła pocieszać Gareta. Pokłusowały razem aż do kuchni, ale kiedy poszłam za nimi, żadnego nie zauważyłam, dopiero falowanie obrusa zdradziło mi ich kryjówkę.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ej, tam, przestańcie się obmacywać pod stołem! Wyłazić! – zażądałam stanowczo, trochę zaniepokojona losem malutkiej, jednookiej Perły w zderzeniu w energią Gareta skondensowaną po tańcu z pomponami. Jednak oboje byli w dobrym stanie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wczoraj nastąpiło oczekiwane od miesięcy wydarzenie. Udało mi się wziąć kredyt odnawialny i kupiłam w holenderskich meblach kanapę. Właściwie wypoczynek i to wcale nie taki, o jakim marzyłam. Miał być komplet 3+1 o prostych, lnianych obiciach, z trójdzielną kanapą i oczywiście bajecznie wygodny. Niestety, akurat takiego nie było i w tym roku już nie będzie. A w ogóle bywa rzadko. Z trzech dostępnych 3+1+1 wybrałam najbardziej wygodny. Siedzenie – jak w niebie. Obicia i tak w żadnym mi się nie podobały. Trzeba będzie kiedyś zmienić. Dąb pozostał dębem i był piękny. Na koncie zostały mi cztery złote. Odsuwając od siebie myśl o kredycie, zastanawiałam się, czy Irena uwierzy, że meble dostałam od koleżanki. Uwierzyła! Mamrotała z satysfakcją, że przygarnę wszystkie stare dziady, których ktoś chce się pozbyć. Gdyby wiedziała, ile za to zapłaciłam, dostałaby zawału. Sama omal nie dostałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Na czas, kiedy panowie wnosili meble, Gareta zamknęłam w kuchni z babcią. Trochę się tam kotłowali. Pies, słysząc, że coś tajemniczego dzieje się w domu bez jego udziału, dostawał szału. Na razie miałam na głowie czuwanie nad ostrokrzewem, który Kaja musi posadzić w ogródku, wieszakiem i wielkim lustrem w korytarzu. Ostatecznie w oszkloną półkę pod lustrem sama ugodziłam kopytem, z kanapy trzeba było wyjąc poduszki, ale wszystko weszło. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wypuściłam Gareta, który radośnie zaczął badać zmiany, i popadłam w głębokie zamyślenie. Sama kanapa miała 2,25 metra długości. Plus dwa fotele. Konieczne było małe przemeblowanie. Jeden stary fotel z pokoju poszedł do kuchni, drugi przygarnęła babcia, w zamian za to dwa mniejsze wyrzuciłam na strych. Przez dwie godziny jeździłam z meblami po pokoju, zanim osiągnęłam stan, że wszystko się zmieściło, pozostało wystarczająco dużo miejsca, a w rezultacie pokój nie wyglądał gorzej. Garet, któremu nagle wylazły spod mebli wszystkie zagubione piłki, jeździł na pazurach z jednego końca pomieszczenia na drugi, koty asymilowały zmiany plącząc się upierdliwie pod nogami, a wszystko, co mogło spaść, spadało w najmniej odpowiednim momencie trafiając wprost do psiej mordy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kanapę przykryłam holenderskim kocem z puszystej wełny, a fotele jasnymi narzutami, którym angora nadawała jedwabistą gładkość. W założeniu na kanapie miał rezydować wyciągnięty na całą długość Garet, a fotele miały być dla ludzi. Garet, ubrudziwszy sobie łapy w ogródku, natychmiast wskoczył na jasną narzutę fotela i zwinął się w małe kółeczko. Drugi fotel zajęła Gacia wkrótce wygryziona przez Kolesia. Z braku miejsca padłam na kanapę i rozkoszowałam się wygodą, jakiej zaznały moje umęczone plecy. Niedługo jednak. Garet zlazł z fotela, po namyśle wylazł na mnie i położył się jak na chodniku. Zaraz potem coś pod nami zaczęło hałaśliwie wyrywać wnętrzności z kanapy. Okazało się, że wlazła tam Perła i ostrzyła sobie z zapałem pazury. Do końca wieczora zdążyły to zrobić kolejno wszystkie. Ilekroć jakiś kot parkował pod kanapą, Garet leżał na brzuchu wpatrując się w tajemnicze czeluście i usiłując wygrzebać ukrywających się tam partyzantów. Początkowo myślałam, że coś mu tam wpadło, ale kiedy sama padłam na brzuch i zajrzałam pod spód, okazało się, że owszem, wpadły. Perła i Marchew. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wieczorem na moim fotelu spała głęboko Perła, na drugim chrapał Koleś, na kanapie siedziała babcia, obok niej wyciągnął się jak długi Garet. Z westchnieniem ulokowałam się na dywanie obiecując sobie, że gdy będę silniejsza, zaprowadzę porządek w hierarchii. [/FONT]
-
:loveu: Kochani Przyjaciele! Wesołych Zębatych Świąt! [FONT=Times New Roman]19.12.2006 wtorek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] W piątek Irena stała się szczęśliwą posiadaczką aparatu słuchowego. Początkowo była nieco zdegustowana, bo żadne z jej ponurych przewidywań nie sprawdziło się. Dźwięk nie był okropny i nienaturalny, nic nie szumiało, nie warczało i nie dzwoniło, aparat jest praktycznie niewidoczny i nie wisi na uchu jak skrzynka na listy, a z obsługą poradziłby sobie średnio rozgarnięty dwulatek. Kiedy już pogodziła się z okropną rzeczywistością, pomaszerowała w nowym nabytku do domu i nosiła go przez cały wieczór. Telewizor musiałam sobie przygłośnić, bo nie słyszałam... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Większość soboty spędziłyśmy na ubieraniu choinki. Trwało to w nieskończoność, bo mamy miliony ozdób i wciąż gromadzimy nowe. W tym roku postanowiłyśmy powiesić tylko wyjątkowe, najpiękniejsze, ale tych też były miliony... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet, podniecony widokiem pudeł i różnych przedmiotów wspaniale nadających się do gryzienia i noszenia w pysku, przez cały czas plątał się pod nogami. Na nieszczęście w połączeniu z ozdobami choinkowymi wyglądał tak dekoracyjnie, że karciłyśmy go zupełnie bez przekonania. Najbardziej do twarzy było mu z dużą, ażurową gwiazdą z bladozłotej słomki. Zupełnie jakby pochłaniał wyjątkowo duży opłatek. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Koty, w stanie najwyższej ekscytacji, plątały się po komodzie pod drzewkiem. Gacia, która od początku miała szczególny stosunek do choinki i której udało się już oskubać cały sztuczny śnieg z donicy, była wszędzie. Bezskutecznie usiłowałam opanować czworonogi, ale to było jak zagarnianie mrówek grabiami. Jak zwykle – zwierzęta górą. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy skończyłam sprzątanie i wyzbierałam ostatnie włókna lamety, zanim rozpoczęły długą i uciążliwą drogę przez przewód pokarmowy Gareta, była już późna noc. Gacia złośliwie wybrała tę porę na przewietrzenie ogona i trzeba było zerkać za drzwi balkonowe, czy przypadkiem tam nie czeka zdenerwowana i osaczona przez Wielką Szarą Rodzinę, którą traktuje z bojaźliwą pogardą. Przechodząc w ciemnościach przez pokój babci, usłyszałam jakiś dziwny dźwięk. Z wrażenia wpadłam na stół. Zaklęłam paskudnie, roztarłam sobie biodro i wstrzymałam oddech. Brzmiało to jak popiskiwanie konającej myszy. Przyniosły jakąś biedaczkę i porzuciły? Ale gdzie, na stole?! Sygnał doprowadził mnie do pudełeczka z nową zabawką Ireny. Na szczęście nie była to agonia gryzonia, tylko skarga aparatu słuchowego, którego babcia nie wyłączyła. Zrobiłam to za nią. Rano zupełnie wyleciało mi to z głowy, bo jak zwykle Garet w nocy podniósł raban skacząc na wszystkie klamki i znowu nie miałam szans się wyspać. O aparacie przypomniałam sobie dopiero na widok Ireny wracającej z kościoła. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wyłączony? – zdumiała się. –Przecież ten lekarz nic nie mówił o wyłączaniu.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ależ oczywiście, że mówił. Od tego zaczął. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A ja właśnie myślałam, że w aparacie czy bez, i tak nic nie słyszę... [/FONT] [FONT=Times New Roman]W południe przyjechała Iwona i wyruszyłyśmy na zakupy. Ludzi w sklepach było zdumiewająco mało. Pewnie zbierają siły na ostatnie przedświąteczne godziny, kiedy już pierwsza gwiazdka przeciera oczy, a zwierzęta gimnastykują struny głosowe. Dopiero wtedy zakupy mają posmak przygody. Polowanie na ostatniego, boleśnie żegnającego ten świat karpia, na ostatni, przywiędły pęczek natki, na poszarzałe ze zgryzoty pieczarki... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Pod trzecim hypermarketem zauważyłam stoisko z choinkami. Iwona przytomnie złapała mnie za rękaw, ale twardo parłam naprzód mamrocząc, że naprawdę, tylko spojrzę... Ceny niebotyczne. Jodła kaukaska, taka o połowę mniejsza od naszej, dwa razy droższa. Za to bezsprzecznie żywa... Na skraju stały kaukaskie niemowlęta. Rozczulająco małe. Jedwabiste, jasnozielone... Nie mogłam się oprzeć, odwróciłam donicę i zerknęłam. Korzenie przerastały otwory w dnie, tak właśnie być powinno. A nasza, taka piękna, padnie pewnie zaraz po świętach... [/FONT] [FONT=Times New Roman]W sklepie zgubiłyśmy się, bo na każdym kroku wpadałam na znajomych i Iwona dyskretnie odeszła. Czekałam na nią przed wejściem. Co chwilę zerkałam na małe jodełki. Żeby odpędzić pokusę, zapaliłam papierosa. Rozumie się, ten właśnie moment wybrał mój lekarz rodzinny, żeby rzucić mi mordercze spojrzenie i przyjazne „dzień dobry”. Ha. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Iwona nadeszła, kiedy już zaczęły boleć mnie ramiona od obejmowania doniczki z choinką. Naprawdę była słodka i na pewno przeżyje zimę, a wiosną zadomowi się w ogródku.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Popołudnie zdominowały koty. Kaja ćwiczyła ich wytrzymałość, bo musiały być na czczo przed kolejną dawką leku na odrobaczanie. Gacia, zawsze najbardziej głodna, wyła posępnie i plątała się wokół nóg, Liszka świeciła przeraźliwą zielenią, Koleś, jak wielkie, włochate wrzeciono, kłusował po kuchni hamując co chwilę przed pustymi miskami. Marchew czaiła się pod stołem i tylko Perła, o wyjątkowo pogodnym i ugodowym usposobieniu, zajrzawszy raz do misek potuptała szukać pocieszenia u Gareta. Garet, pobudzony spacerem i kocim niepokojem, usiłował zrozumieć, dlaczego nagle połowa futrzaków coś do niego ma. Nawet Koleś, pomrukując słodko, podnosił się lekko na łapach i bódł go czołem. Ponieważ Gacia nie złorzeczyła we właściwy sobie sposób, pies postanowił spróbować, czy przemiana jest stała oraz jak daleko sięga i delikatnie macał ją łapą. Gacia żachnęła się, ale była zbyt zajęta wypatrywaniem osoby z krztyną inteligencji, która wreszcie zrozumie, o co chodzi. Jeść!!! Irena narzekała i złościła się, że z powodu jakichś głupot chcemy zagłodzić koty. Prawie uwierzyłam, że będą zmuszone zużyć całą tkankę tłuszczową, żeby przeżyć. Wreszcie zdesperowany Koleś otworzył szafkę z ziołami i wywrócił się podwoziem do góry, żebyśmy nawet przy naszej wrodzonej tępocie zaskoczyły. Nasypałam na podłogę trochę kozłka, którym wszystkie radośnie się naćpały. Koleś brykał na swoich wielkich łapach, a potem wyskoczył na komodę, usiadł pod choinką i pykał rytmicznie pazurami w pozłacaną gwiazdkę. Najwyraźniej zapadł w jakiś trans, bo wzrok miał kompletnie nieruchomy i nie zwracał najmniejszej uwagi na włażącą mu do oczu lametę. Liszka przestawiała meble w kuchni szalejąc z kawałkiem papieru, który uciekał przed nią w panice długimi poślizgami. Garet aż się podnosił i wreszcie nie wytrzymał. Rzucił się szczupakiem i porwał Liszce zabawkę spod łapy. Lisia zaskowyczała w poczuciu krzywdy. Rozejrzała się obłąkanym wzrokiem i runęła na wypatroszonego przez Gareta Pana Świstaka. Zaczynało być gorąco. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Co się tam dzieje? – zawołała Kaja od telewizora. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nic. Garet ukradł Liszce papier. Dajże im wreszcie to lekarstwo! Odbija im z głodu! Chodź tu i zobacz, Kolesiowi się coś stało. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Koleś, porzuciwszy chwilowo choinkę, siedział przy piecu jak wielki posąg kota i wpatrywał się bez ruchu w kafle. Albo medytował albo popadł w katatonię. Wolałam nie sprawdzać.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Spokój zapadł dopiero po nakarmieniu kotów. I była to odpowiednia pora, żeby wyszczotkować psa. Codziennie robię to sama, ale Kaja potrzebowała asystenta. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Zajmij go czymś! – zażądała, kiedy Garyś, miotając się po obu fotelach, usiłował jednocześnie naprowadzić zębami jej rękę ze szczotką na jedyne interesujące go miejsce, czyli brzuch. Włączyłam się jako starszy drapacz. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Biedna psina, jak on cierpi podczas tego łysienia! – rozczuliłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Doskwierają mu raczej te odrastające włosy – sprostowała Kaja. –Zapytaj jakiegoś łysego, czy go swędziało, kiedy łysiał. Powie, że nie, o ile nie dostaniesz w zęby... [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wszystko jedno, czy łysienie czy porost, ale to się rozgrywa na jednym, małym, biednym psie. Przecież on się czochra przez całą dobę! [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po polerowaniu Garet był gotowy, żeby pozować do świątecznego zdjęcia. Założyłyśmy mu aksamitny, czerwony szaliczek z białymi pomponami. I te pompony to było już za wiele. Garet ruszył w dziki taniec usiłując je upolować na swojej szyi i pożreć. Przez pół godziny nasz ambitny pies z wytrzeszczonymi dziko oczami skakał, pląsał, zawiązywał się w supeł, tarzał się i stawał na głowie kłapiąc zębami w okolicy swojego ucha i upragnionych pomponików. Widać było, że nawet po założeniu kołnierza gipsowego nie popuści. Wreszcie, udało się! Z triumfem zamknął zmęczoną paszczę na białej kuleczce. A wtedy zabrałyśmy mu szaliczek... Perła, poruszona tym świństwem, zlazła z fotela i poszła pocieszać Gareta. Pokłusowały razem aż do kuchni, ale kiedy poszłam za nimi, żadnego nie zauważyłam, dopiero falowanie obrusa zdradziło mi ich kryjówkę.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ej, tam, przestańcie się obmacywać pod stołem! Wyłazić! – zażądałam stanowczo, trochę zaniepokojona losem malutkiej, jednookiej Perły w zderzeniu w energią Gareta skondensowaną po tańcu z pomponami. Jednak oboje byli w dobrym stanie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wczoraj nastąpiło oczekiwane od miesięcy wydarzenie. Udało mi się wziąć kredyt odnawialny i kupiłam w holenderskich meblach kanapę. Właściwie wypoczynek i to wcale nie taki, o jakim marzyłam. Miał być komplet 3+1 o prostych, lnianych obiciach, z trójdzielną kanapą i oczywiście bajecznie wygodny. Niestety, akurat takiego nie było i w tym roku już nie będzie. A w ogóle bywa rzadko. Z trzech dostępnych 3+1+1 wybrałam najbardziej wygodny. Siedzenie – jak w niebie. Obicia i tak w żadnym mi się nie podobały. Trzeba będzie kiedyś zmienić. Dąb pozostał dębem i był piękny. Na koncie zostały mi cztery złote. Odsuwając od siebie myśl o kredycie, zastanawiałam się, czy Irena uwierzy, że meble dostałam od koleżanki. Uwierzyła! Mamrotała z satysfakcją, że przygarnę wszystkie stare dziady, których ktoś chce się pozbyć. Gdyby wiedziała, ile za to zapłaciłam, dostałaby zawału. Sama omal nie dostałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Na czas, kiedy panowie wnosili meble, Gareta zamknęłam w kuchni z babcią. Trochę się tam kotłowali. Pies, słysząc, że coś tajemniczego dzieje się w domu bez jego udziału, dostawał szału. Na razie miałam na głowie czuwanie nad ostrokrzewem, który Kaja musi posadzić w ogródku, wieszakiem i wielkim lustrem w korytarzu. Ostatecznie w oszkloną półkę pod lustrem sama ugodziłam kopytem, z kanapy trzeba było wyjąc poduszki, ale wszystko weszło. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wypuściłam Gareta, który radośnie zaczął badać zmiany, i popadłam w głębokie zamyślenie. Sama kanapa miała 2,25 metra długości. Plus dwa fotele. Konieczne było małe przemeblowanie. Jeden stary fotel z pokoju poszedł do kuchni, drugi przygarnęła babcia, w zamian za to dwa mniejsze wyrzuciłam na strych. Przez dwie godziny jeździłam z meblami po pokoju, zanim osiągnęłam stan, że wszystko się zmieściło, pozostało wystarczająco dużo miejsca, a w rezultacie pokój nie wyglądał gorzej. Garet, któremu nagle wylazły spod mebli wszystkie zagubione piłki, jeździł na pazurach z jednego końca pomieszczenia na drugi, koty asymilowały zmiany plącząc się upierdliwie pod nogami, a wszystko, co mogło spaść, spadało w najmniej odpowiednim momencie trafiając wprost do psiej mordy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kanapę przykryłam holenderskim kocem z puszystej wełny, a fotele jasnymi narzutami, którym angora nadawała jedwabistą gładkość. W założeniu na kanapie miał rezydować wyciągnięty na całą długość Garet, a fotele miały być dla ludzi. Garet, ubrudziwszy sobie łapy w ogródku, natychmiast wskoczył na jasną narzutę fotela i zwinął się w małe kółeczko. Drugi fotel zajęła Gacia wkrótce wygryziona przez Kolesia. Z braku miejsca padłam na kanapę i rozkoszowałam się wygodą, jakiej zaznały moje umęczone plecy. Niedługo jednak. Garet zlazł z fotela, po namyśle wylazł na mnie i położył się jak na chodniku. Zaraz potem coś pod nami zaczęło hałaśliwie wyrywać wnętrzności z kanapy. Okazało się, że wlazła tam Perła i ostrzyła sobie z zapałem pazury. Do końca wieczora zdążyły to zrobić kolejno wszystkie. Ilekroć jakiś kot parkował pod kanapą, Garet leżał na brzuchu wpatrując się w tajemnicze czeluście i usiłując wygrzebać ukrywających się tam partyzantów. Początkowo myślałam, że coś mu tam wpadło, ale kiedy sama padłam na brzuch i zajrzałam pod spód, okazało się, że owszem, wpadły. Perła i Marchew. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wieczorem na moim fotelu spała głęboko Perła, na drugim chrapał Koleś, na kanapie siedziała babcia, obok niej wyciągnął się jak długi Garet. Z westchnieniem ulokowałam się na dywanie obiecując sobie, że gdy będę silniejsza, zaprowadzę porządek w hierarchii. [/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]14.12.2006 czwartek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dzięki Bogu za tę cudną pogodę. Po dwóch dniach poważnego zagrożenia zimą znowu wróciło słońce. Od razu wszystko wygląda inaczej. W pochmurne dni od razu dopada mnie ponury nastrój. Sztuczne światło to jednak nie to samo. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Sztucznego światła będziemy teraz mieć pod dostatkiem, bo w niedzielę po naszej stronie ulicy zaczęły wyrastać latarnie. Tak mniej więcej co trzydzieści kroków, wiem, bo zmierzyłam. Podobno będą nam świecić w okna dzięki pieniądzom unijnym. Według mnie dotychczasowe oświetlenie było wystarczające, ale może nie znam się na normach. Latarnie są ogromne i proporcjonalnie brzydkie. Prawdę mówiąc, są ohydne. Może nie tyle latarnie, co słupy, na których są umieszczone. Wyglądają jak niebotycznie długie aluminiowe rynny. Cętkowane jakby egzemy dostały. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie wydaje ci się, że są dziwnie wysokie? – zapytała Kaja, wpatrując się przez okno w ekipę montującą drugą lampę przy naszym domu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Są wyższe niż cokolwiek w mieście – powiedziałam z obrzydzeniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Dopiero teraz mi będzie walić po oczach. Już przy tamtych nie mogłam wytrzymać... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie trzeba będzie włączać światła – próbowałam znaleźć dobre strony. –Zaraz, gdzie oni postawili tę drugą? Cholera, na naszej działce. Pogięło ich, czy co? Przecież tam ma być nowy wjazd! Bramę miałam przesunąć, bo inaczej nic oprócz roweru się nie zmieści. Chyba że rozbierzemy garaż![/FONT] [FONT=Times New Roman] Złapałam kurtkę i popędziłam na ulicę, gdzie uprzejmie ale stanowczo zaczęłam molestować jednego z facetów grzebiącego we wnętrznościach łaciatego paskudztwa. Wiedziałam, że u wykonawcy nic nie wskóram, ale liczyłam przynajmniej na informację, kogo mam zabić. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Okazało się, że ofiary muszę szukać w Urzędzie Miasta. To się da zrobić. Dziś, po krótkich poszukiwaniach, dotarłam do właściwego urzędnika. Jego wiek wskazywał na to, że w tej pracy zjadł zęby, a wyraz twarzy komunikował wyraźnie: „Nawet nie próbuj, nic się nie da zrobić”.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nic się nie da zrobić. To było trzy lata temu, ja teraz do tego nie dotrę – oznajmił z uśmieszkiem, kiedy oznajmiłam, że chcę zobaczyć, kto podpisał zgodę na postawienie latarni na naszej działce, mając cichą nadzieję, że to nie ja. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ależ z pewnością panu się to uda. Takie rzeczy muszą być dostępne – spojrzałam na niego prawie czule. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -I tak nic się nie da zrobić, jak już latarnia stoi. Jakby nie stała...[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jakby nie stała, to by mi nie przeszkadzała – zauważyłam przytomnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W tym momencie objawiła się moja koleżanka z kursu menedżerskiego. Okazało się, że jej nowa praca to właśnie ten wydział i ten pokój, chociaż nie ta dziedzina. Padłyśmy sobie w ramiona i Anka zaczęła mi natychmiast opowiadać, jak to po raz setny okradli jej budowę. Tym razem buchnęli jej agregat prądotwórczy. Następnego dnia dostała od policji cynk, że skradziony agregat jest zakopany w lesie. Faktycznie, był. Odkopała go i przywiozła. Nie miałam czasu, żeby wysłuchać pełnej wersji tej dziwnej historii. Właściwie już powinnam być w drodze do domu, a najlepiej w domu. Urzędnik na widok naszej zażyłości wykazał mnóstwo inicjatywy i wygrzebał mapę, na której zlokalizowaliśmy wspólnie sporną latarnię, nawiasem mówiąc, zaznaczoną poza terenem naszej działki, ale może to była tylko taka metafora latarni, nie wiem, bo na mapach się nie znam. W przypływie dobrych intencji obiecał, że rzuci na to okiem i będziemy w kontakcie. Przez koleżankę. Ja z kolei już w drodze do drzwi obiecałam Ance, że jeśli przyjedzie, mój pies jej nie zeżre, natomiast za jej rzeczy ręczyć nie mogę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Na Gareta nie działa żaden rodzaj kary. Jeśli zostaje sam, żelazną regułą jest, że coś zniszczy. Im dłużej i im bardziej sam, tym ważniejszą rzecz. Nie bronię mu już wywlekania moich ubrań, rozumiem, że lepiej się czuje uwiwszy sobie gniazdo. Wszystko inne jest i powinno być „FE!”. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po mapie z projektem podziału został mordercą. Dwa dni temu, wróciwszy z zabiegu, zauważyłam na podłodze kawałki plastyku i jakieś przewody. Oprócz tego watę do wypychania w wielkiej obfitości, ale to u nas zjawisko normalne. Wata zapewne pochodziła z jakiejś maskotki, ale ta reszta była wysoce niepokojąca. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Lepiej to obejrzyj, tam są jeszcze jakieś baterie – powiedziała Irena złowieszczo. Faktycznie, znalazłam dwa paluszki i coś jakby głośniczek. Najpierw przyszedł mi na myśl któryś z dyktafonów. I to raczej nie cyfrowy, wnosząc z wielkości części. Potem zauważyłam w pysku Gareta mocno naruszoną powłokę zewnętrzną Pana Świstaka. Stało się oczywistym, że już nigdy nie usłyszymy jego zaczepnego gwizdu i nie będziemy się zastanawiać, w jaką formę życia przeszedł, że od czterech lat funkcjonuje samodzielnie, bo przecież nie wciąż na tych samych bateriach. Czymkolwiek był, zanim Garet porwał go z kuchennego parapetu, zamienił się w kupkę żałosnych kawałków. Pozbierałam z podłogi jego wnętrzności, układ krwionośny i nerwowy. Resztę wciąż międlił w gębie pies. Było mi naprawdę przykro. Straciłyśmy jednego członka rodziny, o czym powiadomiłam Kaję telefonicznie. Morderca świstaków wykazywał nikłe poczucie winy. Jego spojrzenie wyraźnie mówiło, że jeśli będę go opuszczać, on będzie się mścił, mimo iż dobrze wie, że nie wolno. Oko za oko. Szkody za samotność. Nie wiem, z czego wynika ta jego organiczna niezdolność do pozostawania bez obstawy. Towarzystwo kotów się nie liczy. Spokój w domu byłby dopiero wtedy, gdyby całe stado było w kupie, spędzone w jedno miejsce, a wszystkie drzwi otwarte. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś do tego stada chciał dołączyć...[/FONT] [FONT=Times New Roman] Niestety, nie ma takiej możliwości, żeby zapewnić Garetowi pełny komfort. O siódmej rano wychodzę na zabiegi. To jeszcze znosi, bo jest lekko rozespany i Irena jest w domu. Kiedy wracam, usuwam ślady zniszczeń, przynajmniej te, które przeszkadzają w poruszaniu się po domu. Idziemy przygotować palenie w piecu, doprowadzić Adolfa do stanu skrajnej frustracji i pobiegać po ogródku. Na grządce z kwiatami, którą Kaja w jesieni obsadziła nowymi cebulkami, Garet zrobił sobie rondo. Ziemia na nim jest systematycznie spulchniana. No, może raczej ryta. Pies okazał się skuteczniejszy niż koń zaprzęgnięty do pługa. Potem zmywamy naczynia i czynimy wstępne przygotowania do obiadu. Później zaczynam się spieszyć, a Garet wpada w depresję. Drepcze do łazienki po jakąś część mojej garderoby, wciąga ją na kuchenny fotel, gdzie układa się z rozdzierającym westchnieniem i śledzi każdy mój ruch żałosnym wzrokiem. Daje się uściskać i wycałować nie odgryzając mi twarzy, a zapadnięte policzki i pofałdowane, obwisłe wargi stanowią żywy dowód mojego okrucieństwa. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W ramach tego okrucieństwa pomagam koleżance w opiece nad ciężko chorą matką. Pomijając uciążliwy dojazd, te kilka godzin to czas mojego odpoczynku. Siedzę w ciepłym, słonecznym domu, którego ciszę zakłócają jedynie szmer telewizora, tykanie zegarów i delikatny oddech babci, pogrążonej we śnie. Czasami, kiedy gładzę ją po twarzy albo kładę dłoń na czole, otwiera oczy. W zamglonym błękicie odbija się moja twarz i wieczność. Potem powieki opadają, a tykanie zegarów przybiera na sile. W każdym pomieszczeniu są przynajmniej dwa. W ten sposób trudno przegapić upływ czasu. Siedząc w fotelu obok łóżka maluję albo piszę. Czasem rzucam okiem na ekran telewizora. Chyba jeszcze nigdy aż tak wyraźnie nie porażała mnie powierzchowność, pustota i forma obraźliwej infantylności nadawanych programów. Muszę uważać, żeby do babci nie przemawiać podobnym językiem, bo jeśli słyszy i rozumie, poczuje się jak skretyniały odrzut biologiczny. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wieczorem dzielnie staję twarzą w pysk żywiołu tęsknoty. Kiedy udaje nam się opanować najbardziej ogniste emocje, przywracamy do stanu używalności zdemolowany dom i podgrzewamy obiad. W międzyczasie zbieram resztki pogryzionych przedmiotów, a dla odmiany ścieram całodzienną kocią produkcję w korytarzu. Chwilowo do kotów nie odzywam się, chyba że po to, aby rozważać, co jeszcze potrafią oprócz żarcia i wypróżniania się we wszystkich możliwych miejscach. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Do jedzenia zachęca Gareta najczęściej dopiero widok wielkich, włochatych aligatorów zmierzających w kierunku jego talerza. Czasami nawet to na niego nie działa. Kładzie się i z zaciekawieniem obserwuje, jak któryś kot wyławia sobie i pożera co smaczniejsze kąski. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Najlepszą chwilą rozrywki jest gimnastyka z babcią. Ćwiczymy dopiero od kilku dni, ale mam nadzieję, że uda nam się wytrwać w tym postanowieniu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Któregoś popołudnia przyjrzałam się mojej matce świeżym okiem. Jest z pokolenia, które ma w zwyczaju do osiemdziesiątki śmigać na rowerze, a kogo my tu widzimy? Suwającego nogami żółwia, który spod skorupy rzuca ponure spojrzenia i posępnie przeżuwa własne zęby skrzypiąc przy tym niemiłosiernie. Jeszcze trochę, a trzeba będzie przyprawić kółka. I oliwić, żeby nie robiły konkurencji rytmicznie poruszającej się żuchwie. Jezu.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -No, mamo, zostaw te druty. Ćwiczymy![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co? – Irena oderwała wzrok od przerabianej razem ze skarpetką książki i spojrzała na mnie w oszołomieniu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Gimnastyka! Pamiętasz? Jeszcze kilka lat temu ćwiczyłaś codziennie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie chce mi się...[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wiem. Nic ci się nie chce. No, dawaj![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Stawy mam chore... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie ty jedna. Stawy funkcjonują, tylko mięśnie i ścięgna skamieniały z braku ruchu. Zabieraj ten żelbetowy odlew i chodź na dywan. Przypomnę ci, jak i co robić. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Pies na mnie wskoczy – protestowała jeszcze, ale już wstawała. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -To go walniesz pantoflem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet na widok sprowadzonej do poziomu podłoża babci wpadł w stan zaskoczonego zachwycenia. Skutkowało to natychmiastowym wzrostem zwykłej nadaktywności. Przez jakiś czas zmagali się na czworakach, aż wreszcie musiałam wkroczyć bardziej zdecydowanie, bo obawiałam się, że matka mi się zniechęci, a pies wręcz przeciwnie. Spora część mojej działalności sprowadzała się do gimnastyki mięśni ramienia podczas wygrażania uchachanemu Garetowi pantoflem. On najczęściej ćwiczył przysiady i skłony. Z komody przyglądał nam się nieruchomym wzrokiem Koleś. Za chwilę dołączyła do niego zdumiona Gacia. Perła, śpiąca od rana na moim łóżku, uniosła czujnie głowę i wybałuszyła jedyne oko. Na widok leżącej na podłodze babci zeskoczyła z łóżka i przytruchtała z zadartym entuzjastycznie ogonem. Mrucząc i gulgocząc oblatywała Irenę dookoła ocierając się o nią czule. Impreza wyraźnie się rozkręcała. Irena ćwiczyła bardzo ambitnie, wygniatając z siebie opary depresji. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Mamo?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Sssssooo? – sapnęła, jakby ją ktoś odłączył do respiratora.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -A czemu ty, do diabła, nie oddychasz? Jedziesz na rezerwie? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Uch, faktycznie, chyba zapomniałam. Żeby oddychać, muszę o tym myśleć. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co ty powiesz? Wyluzuj, to przyjdzie automatycznie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Bóg jeden wie, jak mi się nie chce wieczorem, po długim, męczącym dniu, tryskać entuzjazmem instruktorki fitness. Ale kiedy drugiego dnia Irena przyznała, że jednak po takiej gimnastyce człowiek (czyli ona) czuje się lepiej, uznałam, że warto. No i ta fascynacja Gareta... Na chwilę zupełnie zapomina o swoich dolegliwościach związanych z linieniem. Wciąż jeszcze ma trochę do zrzucenia, aby osiągnąć stan czarnej politury, od której zacznie się odbudowa, i drapie się okrutnie. Ciekawa jestem, jaką wersję sierści wybierze tym razem. Jasność już mamy, będzie zmieniał zdanie dwa razy w roku. Proces przepoczwarzania się jest niesamowicie swędzący i trwa długo. Wynika z tego, że w sumie przez pół roku będzie się czochrał aż do dzwonienia zębów, a przez pozostałe sześć miesięcy będzie się pysznił pięknym futrem. I obciachową spódnicą. Chyba że dotarły do niego moje krytyczne uwagi i zrzuci te hawajskie strzępy z tylnych łap. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Być może zaawansowany proces łysienia wpływa na to, że Garet bardziej interesuje się moimi ubraniami. Niemal nieustannie coś ze sobą nosi. W nocy zaaportował mi do łóżka cały zestaw. Zrobiło się naprawdę tłoczno, bo na kołdrze już leżała Gacia. Na komodzie, rzędem, siedziały: Koleś, Liszka i Marchew wpatrując się w cierpliwym oczekiwaniu w ścielącego sobie gniazdo Gareta i syczącą jadowicie Gacię. Wyglądały tak, jakby obstawiały sobie najlepsze miejsca na mnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wybijcie to sobie z głowy – warknęłam. –To jest małe łóżko![/FONT] [FONT=Times New Roman] Przymknęły uspokajająco oczy i tkwiły tam nadal, jak stado sępów. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No co jest? Będę umierać? – zirytowałam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Koleś pierwszy podjął decyzję. Przeciągnął się i zlazł z komody moszcząc się na moich kolanach. Za nim powędrowała powyginana we wdzięczne łuki Marchew, żeby ktoś jej nie zajął miejsca przy boku ukochanego mężczyzny. Ostatnia zeskoczyła Liszka, nasyczawszy profilaktycznie i na Gareta i na swoje dzieci. W tenże sposób komfort spania miałam zapewniony. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]10.12.2006 niedziela[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Cóż, muszę przyznać, że od pory wypadku ani raz nie widziałam tego małego czworonożnego biedaka na ulicy. Na szczęście istoty rozumne potrafią uczyć się na swoich błędach. Mam nadzieję, że ludzie. Aby nie burzyć swojego dobrego mniemania, nie sprawdzam, czy brama jest otwarta... Na sąsiada natknęłam się tylko raz. Warknął mi „Cześć!” takim głosem, jakby pytał, czy chcę w ryja. Ilekroć wtrącam się w czyjeś sprawy pełna szlachetnych intencji, kończy się to źle. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Pod wpływem impulsu postanowiłam zrezygnować z dekoracji świątecznych na wysokości sufitu i kupić żywą choinkę, która zmieści się na komodzie. Taki ponadmetrowy świerczek w doniczce. Dotarłyśmy z Iwoną do OBI we wtorek przed ósmą wieczorem. Pobieżnie zwiedziłyśmy cały market, przy czym ja szczególną uwagę zwracałam na deski podłogowe, bo podłogi muszę wymienić, zanim któraś z nas wyląduje w piwnicy na głowach śmiertelnie zaskoczonej Szarej Kociej Rodziny. Panele zdecydowanie odpadają. Nie znoszę namiastek. Niestety, ku swojemu rozczarowaniu stwierdziłam, że deski podłogowe wyglądają mało solidnie. Właściwie są to nie tyle deski, co listewki. Tak na moje oko pasują jak ulał do amerykańskich domów, gdzie rozpędzony komar może zrobić dziurę w ścianie. Jakby Garet skrobnął w taką listeweczkę, to przedrapie się na wylot. I tyle na temat niskich kosztów. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przygnębił mnie widok pogrążonych w depresji i kurzu roślin, więc poszłyśmy oglądać ozdoby choinkowe. Takie sobie. Zauroczył mnie widok gałązki oklejonej kryształkami. Cenę miała taką, jakby była ze rżniętego kryształu, ale kupiłam. Uległam cudowi rozszczepionego światła. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Świerczki były bardzo tanie, ładne, dość spore, ale jadowite. Wyciągnęłam do jednego przyjaźnie rękę, a ten skurczybyk mnie użarł. Iwona zwróciła mi uwagę, że jak głosi napis, jest to świerk kłujący, więc nie powinnam mieć pretensji. Ale miałam. Przecież chciałam go tylko pogłaskać! Tak już mam, że wszystko sprawdzam najpierw węchem, potem dotykiem. Za to jodła kaukaska, ze swoimi jedwabistymi igłami, natychmiast zdobyła moje serce. Nadzwyczajna piękność. Co prawda dużo droższa no i dość spora. Przewyższała mnie wzrostem, a to, jak zauważyła Iwona, mogło sprawić pewne problemy przy umieszczeniu jej w niewielkim samochodzie. Tym bardziej, że jodła nie usiądzie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No, po prostu się nie zmieści! – zaprotestowała dobitnie moja koleżanka, widząc, że jestem w stanie amoku wykluczającego odbiór racjonalnych przekazów. [/FONT] [FONT=Times New Roman] To samo mówił sprzedawca spoglądający na mnie jak na pleśń, która znienacka obsiadła mu drugie śniadanie. Właściwie mu się nie dziwiłam, bo dobrą chwilę wcześniej ogłoszono zamknięcie marketu i wyglądało na to, że będzie musiała usunąć nas ochrona. Z choinką albo bez. Moja miłość do jodły rosła z każdą sekundą i wbrew rozsądkowi kazałam ją zapakować, mimo dużego prawdopodobieństwa, że zostaniemy razem na parkingu, marznąc we wzajemnej adoracji. Sprzedawca zabrał się do tego tak energicznie, że podczas zawijania w siatkę ogromna doniczka odpadła. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Teraz się zmieści – odetchnęła z ulgą Iwona. –To znaczy, zmieszczą się oddzielnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A gdzie ona ma korzenie? – zaniepokoiłam się. –Przecież to podobno żywe drzewo, które można potem zasadzić w ogrodzie? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Faktycznie, nie ma korzeni – stwierdziła Iwona. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wygląda jak urwana marchewka... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -To chce pani wybrać inną? – sprzedawca wyglądał, jakby gonił resztkami cierpliwości. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie, niech już będzie ta, podejrzewam, że inne są w takim samym stanie. Musiały trafić na tego samego mordercę... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Parkingowy zapakował nam cały ładunek do samochodu i ruszyłyśmy. Bardzo mi było przykro, że drzewko jest skazane na zagładę, ale tliła się we mnie nadzieja na cud. Jodła kaukaska, jak sama nazwa wskazuje, powinna być twardą jednostką. Może jednak?... Jeśli będę ją podlewać wodą z nawozem? [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy wjeżdżałyśmy do miasta, zauważyłam samochód Artura. Pomachałam mu, ale minął nas i znikł jak Garet na spacerze. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Artur – poinformowałam Iwonę. –Mogłabyś go poznać... Może obraził się o ten koncert? – mamrotałam wciskając jego numer na komórce. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No cześć![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cześć, ja ci macham, a ty dajesz po garach![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Przecież ci odmachałem! Co słychać? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wracamy z Krakowa. Mógłbyś pomóc koleżankom wnieść choinkę do domu.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jaką choinkę?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Dużą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie ma sprawy.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Może faktycznie nam pomoże? Za szybki jest, nie widziałam, czy skręca – zwróciłam się do Iwony.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -A właściwie dlaczego nie poszłaś na ten koncert?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Bo ja wiem? Za późno zaczęłam się przygotowywać. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale wiedziałaś trzy dni wcześniej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No wiem, nie wiem, to znaczy, odzwyczaiłam się od wszelkich imprez i pewnie nieświadomie pracowałam na to, żeby nie zdążyć. Może to i lepiej, bo wtedy miałam jeszcze różowe włosy. To była faza przejściowa, zanim mi na moim blondzie chwycił brąz. Ale następnym razem pójdę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Może nie być następnego razu... I bardziej mi się podobają twoje jasne włosy.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Trudno, mam taki okres, że czuję się jak szatynka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Artur czekał na nas na parkingu przed moim domem. Przedstawiłam go Iwonie i zaczęliśmy wypakowywać zakupy. To znaczy, ja dopingowałam. Choinka, oparta o ścianę za drzwiami wejściowymi i podparta donicą, została na dworze. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Otworzenie drzwi zrzuciło na nas lawinę w postaci stęsknionego Gareta. W charakterze rozedrganej kuli wtoczyliśmy się do domu. Hałas przy tym był potworny, bo Garet przesuwał i nas, i meble, a Artur ryczał swoim potężnym głosem:[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Dobry wieczór!!! Przywieźliśmy choinkę!!![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zamknij się, Irena śpi! – próbowałam go uciszyć, ale chyba mnie nie słyszał. Instruowanie go szeptem, że Irena o choince nic nie wie i to nie najlepsza pora, żeby się dowiedziała, nie odniosłoby skutku, więc dałam spokój. Głuchota Ireny ma swoje granice, więc po chwili moja matka stanęła w drzwiach swojego pokoju, zaciskając szlafrok na piersiach, z wyrazem głębokiego oszołomienia na twarzy. Stwierdziwszy, że to jednak nie napad, przywitała się i wycofała do łóżka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Pozbierawszy z foteli części swojej garderoby, z których Garet uwił sobie gniazdo, poszłam do kuchni robić napoje. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy wróciłam, Iwona siedziała spokojnie na moim fotelu, Garet na swoim, a Artur obok niego, na piłce rehabilitacyjnej. Potomek Belzebuba, w wyraźnym konflikcie między swoją rozbuchaną naturą a zrodzonym niedawno lękiem przed weterynarzem, wił się jak piskorz. Stulił uszy, przylgnął bokiem do oparcia fotela, odwrócił głowę od Artura aż biała pierś powyginała się w zygzaki i mrugał trzepotliwie długimi, podwiniętymi rzęsami wachlując okazałą kitą. Kiedy usiadłam na dywanie, z ulgą wdrapał mi się na kolana i wtulony bezpiecznie, nadal machał ogonem i rzucał skromne spojrzenia spod opuszczonych powiek. Anioł nie pies. Szkoda, że Artur nie mieszka bliżej nas. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet ochłonął dopiero po wyjściu Artura. Pożegnał go serdecznie przez zamkniętą furtkę i popędził emablować Iwonę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zobacz, on coś ma... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A, pewnie jakieś papiery z kosza – machnęłam beztrosko ręką, ale dla świętego spokoju zajrzałam do pyska Gareta. I dzięki Bogu, bo międlił dyskretnie plik banknotów ukradziony z mojej stojącej na parapecie torby. Tak mniej więcej jedną trzecią debetu, za którą mogłabym sobie kupić normalnego, spokojnego psa...[/FONT] [FONT=Times New Roman] O wpół do pierwszej w nocy, korzystając z pomocy załomu ściany, wsadziłam choinkę z powrotem do donicy i sapiąc z wysiłku, wciągnęłam ją na korytarz. Potem odzyskiwałam siły gapiąc się w gałązkę z kryształami, w których migotały wszystkie kolory tęczy.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Następnego dnia okolice drzewka były obficie podlane. Prawdopodobnie to sprawka Kolesia, lecz nie mogłam wykluczyć Gareta. Niby żadnego nie złapałam za łapę czy raczej coś innego, ale można było przypuszczać, że zjawisko będzie się powtarzać. Żywa czy nie, choinka nie może być wychodkiem. Poprosiłam tatę Darka i jego kolegę o wniesienie drzewka na komodę. Oj, czubek się zagiął przy suficie. Pokój ma blisko trzy metry wysokości, ale najwyraźniej to za mało. O gwieździe na czubku nie ma mowy, bo jakoś nie mam serca obciąć szczytowego pędu. A nuż jednak przeżyje, jeśli spodoba jej się ogródek, który teraz widzi przez okno? [/FONT] [FONT=Times New Roman] Znowu nawarstwiły mi się sprawy urzędowe. Są takie dni, kiedy wszystko idzie jak po grudzie, pewnie z powodu złego układu planet. W czwartek najpierw zaholowałam Irenę do laryngologa do ostatecznej przymiarki przed odbiorem aparatu słuchowego, a potem zamieszkałam w sądzie. Cztery razy pisałam ten sam wniosek, zanim pani uznała, że jest prawidłowo sformułowany, a przede wszystkim wystarczająco czytelny. Pisanie ręczne przyprawia mnie o taki stres, że wylazłam stamtąd ledwie żywa. Kiedy w kwadrans później wróciłam po parasol, wciąż wisiał na ławce. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W drodze powrotnej szybko zrobiłam drobne zakupy w hipermarkecie i już zbliżałam się do domu, ściskając triumfalnie parasol pod pachą, kiedy uświadomiłam sobie, że siatek mam jakby za mało. W pół godziny później ponownie zbliżałam się do domu obładowana w sposób uspokajający. Przed furtką zauważyłam kolorowe strzępy świadczące o tym, że Garet drugi dzień z rzędu odebrał naszą pocztę. Tylko on wie, co w niej było. Muszę kupić skrzynkę i zamontować ją na furtce. Przy drzwiach wejściowych leżała ubłocona bluza z polaru, którą założyłam tego dnia rano. W dwu innych też chodziłam tylko przez jeden dzień z tego samego powodu, więc została mi tylko jedna czysta. W korytarzu, gdzie zaplątałam się w szalejącego Gareta i swoje spodnie od dresu, byłam już porządnie wkurzona, a na widok dwóch kałuż kociego moczu, na podłodze umytej trzy godziny wcześniej, wpadłam w prawdziwą pasję. Pokój był usiany poszatkowanym programem telewizyjnym, łóżko skłębione, a na fotelu zalegała kolekcja skórkowych rękawiczek. Niektóre były jeszcze całe. Garet nauczył się odsuwać szybki w szafce pod lustrem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Idź popatrz na stół w moim pokoju, to ci się poprawi – powiedziała ponuro Irena. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co to jest?! Fe!!! – ryknęłam na Gareta wczepionego w mój rękaw, potrząsając resztkami oryginału mapy z projektem podziału nieruchomości. Psa wymiotło, musiałam wyglądać na zdolną do wszystkiego. Chociaż raz wyglądałam dokładnie tak, jak się czułam. Ignorowałam kundla przez cały wieczór nie zwracając uwagi na uwodzicielskie półksiężyce, grzebanie łapą i machanie wachlarzem podkręconych rzęs. Wreszcie, przygnębiony, przyniósł sobie na fotel żabę, położył się na niej i zasnął. Dopiero w nocy dołączył do śpiącej na mnie Perły. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Perła jest w łóżku jeszcze bardziej upierdliwa niż Koleś. Zajmuje kilkakrotnie mniej miejsca, za to nie sposób jej zrazić. Tkwi na mnie jakby była zamontowana na łożyskach kulkowych. Przy każdym ruchu zaczyna potężnie mruczeć, czym wybija mnie ze snu. I tak krótkiego, bo Garet ostatnio wpadł na doskonały pomysł i po wczesnoporannym wypuszczeniu na dwór, kiedy on tryska energią, a ja wczołguję się jeszcze do łóżka, wsuwa nos pod kołdrę i pracowicie ją ze mnie zrzuca. Obok łóżka czeka już na mnie ubranie z poprzedniego dnia, a z poduszki przygląda mi się drwiąco żaba. I już mogę zacząć dzień od gimnastyki, w której z dzikim uporem przeszkadza mi Garet. Potem przechodzę do ścierania zalanego korytarza, czemu w skupieniu przyglądają się włochaci winowajcy usadowieni na kolejnych schodach prowadzących na piętro. Potem zmywanie, sprzątanie, wynoszenie śmieci, przygotowywanie palenia w centralnym, przygotowywanie obiadu, zakupy... Boże drogi, przecież ludzie, siedząc w domu, narzekają, że się nudzą. Marzę o chociaż jednym dniu nudy! Tyle rzeczy obiecywałam sobie zrobić, kiedy będę miała trochę czasu i wciąż mi się nie udaje. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W tle wszystkich zajęć przebiega pobudzony pies z czymś potrzebnym w pysku, co natychmiast trzeba ocalić albo koty domagające się co godzinę wrzucenia czegoś nadzwyczajnego do pełnych misek. Czasami przebiega pies za kotami albo złorzecząca babcia za psem. Sama rozkosz. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet rzadko goni domowe koty, znacznie chętniej przysposobione, ale tylko wtedy, gdy uciekają. Najczęściej mają dość rozsądku, żeby go ignorować. Rano w piwnicy strącił mnie z nóg podmuch powietrza wywołany przez mijające mnie dwie czarno-białe rakiety. Jedną, malutką, ziemia-powietrze i drugą, dużą, ziemia-ziemia. Po chwili dezorientacji zrozumiałam, że był to Garet w dzikiej pogoni za nowym, czarno-białym kotkiem. Maluch jeszcze nie wie, jak się obchodzić z psem, za to wkradł się w łaski Wielkiej Szarej Rodziny, choć nie zdołał przekonać do siebie Adolfa. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Powoli rozmieszczamy ozdoby świąteczne. Girlandę wokół okna zawiesiłam krzywo, więc poprawiałam ją korzystając z pomocy Kai. Powinnam była raczej poczekać do jej wyjazdu. Moja córka okazała się kompletnie nieprzydatna, bo zamiast pomagać, zwijała się w konwulsjach, łkając ze śmiechu, oplątana kablem od lampek i połową girlandy. Sama, pozbawiona lęku wysokości, nie może zrozumieć, że jeśli skupię się na utrzymaniu się na krześle z rękami uniesionymi do góry, wszystkie inne moje czynności są dalekie od koordynacji. Miotałam błyskawice zza okularów warcząc przez wypełniający mi usta zwój zielonych wstążeczek, co przyprawiało ją o jeszcze większe rozbawienie. Kiedy wreszcie postanowiłam walnąć ją w głowę, zaplątałam się w dopiero co zwinięty sznur od żaluzji, który zgrabnie złapał za liście okazałą strzałkę ściągając roślinę na środek mojej poduszki. Tam, gdzie zwykle znajduje się moja głowa. Strzałka spadła już po raz trzeci, toteż Kaja, kiedy wreszcie zdołała się uspokoić, przywiązała ją do półki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przed nami ubieranie umieszczonej na wysokościach choinki, ale najpierw Kaja musi ochłonąć po spacerze. Garet jak zwykle zachowywał się jak znikający punkt. Tym razem popędził za jakimś trudnym do zidentyfikowania zwierzakiem aż do widniejących na horyzoncie domów. Do domu wpadł tak rozochocony, że przerył pazurami pięć metrów podłogi w pokoju, zanim wyhamował przed kaloryferem. Potem rzucił się szczupakiem na moje łóżko, budząc popłoch wśród śpiących tam kotów, a wreszcie pogonił za Marchwią, której puściły nerwy, po drodze, w amoku, przerzucając się na babcię. I tu przegiął, bo u babci ma za recydywę same minusy. Długą chwilę trwało, zanim udało nam się go spacyfikować. Normalne psy po spacerze wracają zmęczone, on się nakręca. Muszę kupić trzydziestometrową linkę. On nie może chodzić luzem, nawet gdy jakimś cudem nie ma tłoku na łąkach. Prędzej czy później wróci z broną w plecach. [/FONT]
-
Dzięki, Kochane. To chyba jedyne miejsce, gdzie czuję się zawsze dobrze. [FONT=Times New Roman]30.11.2006 czwartek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wielka, miękka poduszka spisała się zdumiewająco dobrze. W ciągu ostatnich lat przetestowałam chyba wszystko. Był wałek, medyczna poduszka wyprofilowana, po której natychmiast dostałam dyskopatii, przeciwodleżynowa nawet, a także mała, zwijana w ciągu nocy w różne kształty. Wszystko to potwornie niewygodne i przynoszące efekty odmienne od oczekiwanych. Aż nareszcie postawiłam na wygodę i pierwsza noc obudziła we mnie nadzieję... Już się przywiązałam do tej wielkiej, miękkiej chmury. Zanosi się na to, że tylko ona mi do spania zostanie, bo większość łóżka mam zajętą. Koleś rezyduje w lewej górnej ćwiartce, Garet zajmuje prawą połowę, a ja wciskam się pomiędzy nich po przekątnej. Wyglądamy jak znak procent. Obaj panowie są zadowoleni, ja nieszczególnie. Próbowałam ich trochę rozepchnąć na boki, ale Koleś od razu gramoli się na mnie, a Garyś przeciąga się i rozprzestrzenia, po czym zaczyna chrapać jak moja babunia po osiągnięciu osiemdziesiątki. Całe łóżko wibruje. Widocznie mu to służy, bo budzi się razem z miastem w porze sadystycznego poranka, między piątą i szóstą. Zaczynamy od oblatywania drzwi. Najpierw wypuszczam go przez piwnicę do ogródka. Czekam z dziesięć minut, paląc papierosa w kuchni i gapiąc się przez okno na latarnię, której światła o tej porze w ogóle nie powinnam oglądać. Przybiega nakręcony jak diabli i od razu pędzi do drzwi wejściowych. Wypuszczam go przed dom, gdzie siedzi krócej lub dłużej, w zależności od tego, czy ma z kim wymienić poranne poglądy. Oboje najbardziej lubimy moment, kiedy otwieram drzwi, a on zmienia zdanie i pędzi popyskować trochę przy furtce. Może tak kilka razy. Wreszcie udaje mi się go odzyskać, zamykam wszystkie drzwi na klucz warcząc, że dość łażenia i wpełzam pod kołdrę razem ze swoją irytacją. Koleś układa się wygodniej i zazwyczaj po chwili dołącza do nas Garet. Tego ranka jednak nie pozwoliła nam zasnąć Liszka, która zapragnęła wydostać się na dwór. Okazuje to w ten sposób, że wyłazi na wszystkie meble po kolei, po czym spada z nich z łoskotem. Nie mam pojęcia, jak lekki kot może narobić tyle hałasu. Próbowałam ją zignorować, ale wreszcie straciłam cierpliwość, złapałam rudą wiedźmę pod pachę i wyrzuciłam na balkon. Drzwi balkonowe są w pokoju babci i, niestety, skrzypią. Trafiłam akurat na moment, kiedy moja matka odzyskała słuch i przytomność i nawarczała na mnie, że nie daję jej się wyspać. Tak, jakbym ja się wysypiała... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Piękny, słoneczny dzień rozpoczęłam do ścierania kałuż kociego moczu w korytarzu. Najtrudniejszy do usunięcia jest zapach. Zużyłam już wszystkie próbki perfum. I to są te chwile, kiedy nienawidzę kotów. Wyjaśniam im obrazowo, co zamierzam z nimi zrobić, nie dając się obłaskawić nawet słodkimi serduszkami, które puszczają powolnym mrugnięciem kryształowych oczu. No, chyba że robi to Koleś... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet, po całym dniu postu, zdradzał objawy dzikiego głodu. Kiedy napadł przy miskach koty, podgrzałam mu kleik ryżowy na rosole, z siemieniem i kawałkami białego mięsa, czyli coś, czego normalnie nawet by nie tknął. I stał się cud! Pożarł wszystko, do ostatniego ziarenka i wiórka marchewki. Jest szansa, że dzięki rozstrojowi żołądka pies zacznie jeść normalnie. Może uda mi się go znowu nie rozpaskudzić. Kolejną niewielką porcję dostał za dwie godziny, bo napastował babcię, która kroiła sobie ciasto na drugie śniadanie. Żeby nie tkwił ustawicznie przy misce, zabrałam go do ogródka, gdzie najpierw zlikwidowałam tę okropną miksturę z pokrzyw, a potem usiadłam z kawą na ławce i zabrałam się do szczotkowania kundla. Jest to bardzo bolesne zajęcie, bo Garyś życzy sobie czesania wyłącznie podwozia i naprowadza mi tam rękę ze szczotką używając bezlitośnie zębów. Udało nam się osiągnąć kompromis, który przypłaciłam kilkoma nowymi sińcami. Potem Garet wylazł mi na kolana i z tej perspektywy wzrokiem gospodarza badał okolicę. Dla urozmaicenia co jakiś czas puszczał smrodliwe bąki. Ale idzie ku lepszemu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Oszczekawszy głębokim barytonem koty czające się w niedostępnych miejscach, popędził do taty Darka pomóc w pracach budowlanych. Około południa pojawił się Darek i od razu przestał przypominać poważnego przedsiębiorcę. Garet z takim uporem rzucał mu się w objęcia, że opieczętował mu łapami całą kurtkę. Przez chwilę debatowaliśmy nad tajemniczą skrytką w piwnicy. Nie opuszczała mnie wizja skarbu, który wreszcie rozwiązałby moje problemy finansowe.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -A co będzie, jak zamiast skarbu odkryjemy tam szkielet? – zapytał przytomnie Darek. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, cholera, o tym nie pomyślałam... Wszystko jest możliwe...[/FONT] [FONT=Times New Roman] Przypomniałam sobie, że lokatorzy, których moi rodzice „kupili” wraz z domem, a z którymi potem zaprzyjaźniliśmy się, przysięgali, że w starej części straszy. Teresa mówiła, że kilkakrotnie słyszała ciężkie, męskie kroki na strychu. Z ulgą wyniosła się do bloku. Samej zdarzyło mi się coś podobnego, z dziesięć lat temu, kiedy przeprowadziłam się tutaj po rozwodzie. Wtedy jeszcze zajmowałam pokój na piętrze. Ze snu wyrwał mnie głośny hałas. Brzmiało to tak, jakby ktoś po strychu czy po dachu toczył mnóstwo kamiennych kul. Zapewne to przypadek, że akurat była północ. Wpadłam w taką panikę, że nie mogłam wyleźć z łóżka, a kiedy już wreszcie mi się udało, ocknęłam się dopiero wczepiona w Irenę jak zmora. Moja matka, mrugając jak sowa i zataczając się z niewyspania, poszła ze mną na górę i z dziesięć minut siedziała na moim łóżku ziewając i nasłu****ąc. Oczywiście wokół panowała martwa cisza. W jakiś czas później, kiedy upiorne zjawisko powtórzyło się, przeprowadziłam się na dół. Nie lubię, kiedy ktoś gra w kręgle nad moją głową. Oczywiście tego wszystkiego nie zamierzałam Darkowi opowiadać. Może w tej skrytce nic nie ma. A jeśli jest?... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nawet nie będziemy mogli tego nikomu zgłosić, bo nam się tu zaraz wszystkie służby zwalą i wstrzymają prace. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A pogrzeb? – zapytałam z przejęciem. –Chyba nie zamierzasz tego trupa zakopać w ogródku, będzie straszył, ja jestem nerwowa... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Spojrzeliśmy na siebie i powstrzymaliśmy odruch popukania się w czoło. Garet, nie zważając na unoszącą się wokół grozę, grasował wśród gruzów obracając wniwecz wszystkie ostatnie zabiegi kosmetyczne. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po południu wydarzyło się to, na co zanosiło się od paru miesięcy. Aż dziw, że tak późno. Zgrzyt hamulców i zaraz potem oddalający się bolesny skowyt. Serce mi stanęło. Jakbym to widziała. Młodszy kolega Gareta, ustawicznie pętający się po ulicy, bo sąsiadom nie chce się ruszyć tyłka i zamknąć bramy, wpadł pod samochód. Ocknęłam się z bezruchu, kiedy z dworu wskoczył Garet w stanie najwyższej histerii, szczekając, piszcząc i ciągnąc mnie za rękaw. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wiem, Garyś, wiem, słyszałam![/FONT] [FONT=Times New Roman] Wyszłam na dwór i podeszłam do ogrodzenia. Trafiłam akurat na moment, kiedy matka rodu dociągała skrzydło bramy, piesek z zakrwawioną mordką wciskał się w bujny krzew pod ścianą domu, a w drzwiach pojawiła się jedna z wnuczek. To, że pies się rusza, wywołało u mnie drgnienie ulgi, ale nie ugasiło furii. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Dlaczego nie zamykacie bramy?! Przecież ten pies codziennie biega po ulicy! [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Dzisiaj zapomniałam. No, zapomniałam – tłumaczyła się sąsiadka. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nieprawda! Codziennie jest otwarta! Sama kiedyś wpędzałam psa i zamykałam. Codziennie biega po ulicy! Cud, że jeszcze żyje. Trzeba z nim jechać do weterynarza, żeby go zbadał. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale my zamykamy! – łgała bezczelnie leniwa dziewucha, która faktycznie powinna to robić, zamiast zrzucać obowiązek na babcię. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Powinniście zamykać, ale nie zamykacie! Stale tę biedną psinę widzę przez kuchenne okno! Zabierzcie go do weterynarza, słyszysz?![/FONT] [FONT=Times New Roman] Odeszłam, nadal wrząc z bezsilnego gniewu. Minęła piętnasta, więc sznur samochodów z ogłuszającym hałasem parł do skrzyżowania, żeby zaraz radośnie hamować. Obrzydliwe miejsce. Tego, że pies nie trafi do lekarza, byłam pewna. Jeśli chodzi, to znaczy, że nic mu nie jest. Gdyby leżał, to by znaczyło, że i tak zdechnie. Długo nie mogłam się uspokoić, Garet też. Lamentował i miotał się po kuchni. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Przestań! Co za beznadziejnie głupi pies! – wrzasnęła babcia. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -To ty przestań! Nie widzisz, że jest w szoku?! – odwrzasnęłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -W szoku, akurat! On guzik wie! [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Oczywiście, że wie, rozumie i czuje! W przeciwieństwie do ciebie...[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Pewnie! Wszystkie rozumy pozjadał. Za to ty jesteś całkiem stuknięta![/FONT] [FONT=Times New Roman] -Dzięki Bogu, że ty jesteś mądra i pełna empatii! – warknęłam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Zupełnie ci odbiło na punkcie tych zwierząt! – Irena złożyła broń, zabrała filiżankę z kawą i poczłapała do siebie, przerywając tak dobrze zapowiadającą się pyskówkę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Sąsiad obraził się, że nakrzyczałam na jego matkę. Dziwne, ale nie obudziło się moje wbudowane na mur poczucie winy. Prawdę mówiąc, chętnie nawrzeszczałabym jeszcze raz na całą rodzinę. Sześcioro zadowolonych z siebie ludzi i jeden mały, niepotrzebny pies, który ośmielił się wpaść pod samochód. Taki nieodpowiedzialny. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet do wieczora zachowywał się nerwowo. To znaczy, że biegał szybciej, niż zwykle, z oczami bardziej wybałuszonymi, niż zwykle i klamki trzaskały częściej, niż zwykle. Gwizdał, piszczał i jęczał głośniej, a kiedy wreszcie stracił przytomność, nawet przez najcięższe chrapanie słyszał każdy mój ruch i jak somnambulik natychmiast zrywał się i wlókł się za mną. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Andrzejki. Chyba powinnam powróżyć Garetowi. Czy spotka dziewczynę swojego życia, która nie będzie pluszowa ani nie będzie miauczeć. [/FONT] ;)
-
[FONT=Times New Roman]28.11.2006 wtorek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Z powodu trudności obiektywnych przy pracy nad wywiadem Kaja została do poniedziałku i Garet załapał się na jeszcze jeden spacer z nią. Pogoda była cudna, przynieśli bazie i mnóstwo błota na podwoziu Gareta oraz sporo nasion w jego ogonie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Obserwowałam kundla z lekkim niepokojem, bo w nocy zwymiotował na moje łóżko bulwersując śpiącego obok Kolesia, ale nie wydawał się chory. Szalał jak zwykle, a po wyjeździe Kai jeszcze bardziej. Uspokajał się na chwilę dopiero wtedy, kiedy pootwierał wszystkie drzwi. Niestety, tu powstawał pewien konflikt, bo gdy Garet wzdychał z ulgą, babcia żując własne zęby i przekleństwa wszystkie drzwi zamykała. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wieczorem Garet i Perła zajęli jeden fotel, babcia drugi, więc przeniosłam się z malowaniem do kuchni, ale tam już w fotelu spała Gacia, a na krześle Marchew. Liszka zawinęła się w mój ciepły szlafrok na szafce w łazience, a Koleś drzemał na baraniej skórze na komodzie czekając, kiedy wreszcie wejdę do łóżka. Podłoga wciąż była wolna. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Rano obudziły mnie dziwne dźwięki. Leżałam kompletnie zesztywniała, wciśnięta pomiędzy Kolesia i Gareta. Spojrzałam w lewo i napotkałam pytający wzrok Kolesia. Spojrzałam w dół, gdzie połowę łóżka zajmował rozwalony Garet. Dziwne dźwięki dobiegały z jego brzucha. Za chwilę dołączyło się głębokie chrapanie. Koleś, zdegustowany, zastrzygł uszami. Kiedy udało mi się przywrócić krążenie w zdrętwiałych kończynach, wygrzebałam spod siebie kamień z amonitem, pluszowego tygryska i stary ogryzek kości, który dwa dni wcześniej wyrzuciłam do kosza na śmieci. Potem strzepnęłam z prześcieradła większe kawałki błota i odwinęłam pantofel z narzuty. Sprzątanie obudziło Gareta. Westchnął rozkosznie i wyłożył się kołami do góry czekając na poranną porcję pieszczot. Drapaliśmy się przy wtórze orkiestry uwięzionej w jego jelitach jak w Titanicu. Odkryłam ślady świadczące o tym, że w nocy zwymiotował na fotelu. Wrzuciłam wełniany koc do pralki i zaaplikowałam Garysiowi Nifuroksazyd. Kiedy tylko usłyszy hasło „lekarstwo!”, wskakuje na kuchenny fotel i pokornie czeka na egzekucję. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W południe podałam mu jeszcze No-Spę, bo koncert w jego brzuchu trwał nadal. Nie chciał nic jeść, a w ogródku skubał trawę. Wigoru jednak nie stracił i brał czynny udział w pracach remontowych, które w starym domu przeprowadza ojciec Darka. Jest na etapie hydrauliki i co chwilę zamyka odpływ wody. W przerwach bawi się z Garetem, co pozwala mu się odprężyć po kolejnych odkryciach zbrodni budowlanych. Zaczyna się we mnie budzić niepokój, że dom się rozleci, zanim go naprawdę sprzedamy. Wygląda na to, że w kupie trzyma się tylko dzięki założonej w ubiegłym roku warstwie ocieplenia. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wypadł mi ze ściany w piwnicy taki chyba pięćdziesięciokilogramowy głaz i nie wiem, czy mi się rury nie obsuną – poskarżył się ojciec Darka przecierając rękawem okulary. Z czapki zwisał mu czarny welon kilkudziesięcioletnich pajęczyn. Obok stał Garet uśmiechając się przez plastykową pokrywkę od wiadra z tynkiem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -I nie mam jak zrobić wylewki pod muszlę, bo okazało się, że pod spodem jest jakaś zamurowana ze wszystkich stron pakamera. Załamałem się. Kto to budował?! – jęknął z rozpaczą.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Żydzi – poinformowałam go, idąc na wizję lokalną. – Tu ukrywali się w czasie okupacji. Potem zrobili w tej dzielnicy getto. Kiedy rodzice kupili ten dom, w starej części pełno było wykutych dziur. Podobno ludzie szukali pożydowskich skarbów. A pan właśnie odkrył zamurowane pomieszczenie – dodałam z dreszczem ekscytacji. –Musimy się tam dostać. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale jak? Tu wszędzie są ściany nośne, jakbym wykuł dziurę, to się rozpadną. I rury polecą.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale od tej piwnicy, do której wchodzi się przez podłogę w korytarzu, można. Ona musi się stykać jedną ścianą z tą skrytką. Cholera, ta dziura jest za wysoko i za mała, żeby tam zajrzeć – powiedziałam z rozczarowaniem. Byłam gotowa kuć od razu. Czułam na karku powiew przygody. Chociaż możliwe, że był to tylko przeciąg. Przyjrzałam się rurom i musiałam przyznać, że zawartość tajemniczej piwnicy mogłaby nie zrównoważyć klęski kanalizacyjnej. Postanowiłam poczekać, choć niecierpliwie. Odebrałam Garetowi bryłę węgla i poszliśmy na górę. Miałam przed sobą kilka godzin pracy przy układaniu comiesięcznego horoskopu dla zaprzyjaźnionego portalu internetowego. Szczerze mówiąc, nie lubię tej roboty. Wyznaczanie heksagramów, potem ich interpretacja z uwzględnieniem linii zmiennych i przekładanie wszystkiego na język w miarę współczesny i strawny jest pracochłonne i wymaga natchnienia. Nie uznaję gotowców, choć to by było najprostsze. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Naprawdę odetchnęłam wychodząc do miasta. To znaczy dopiero, kiedy oddaliłam się od domu na odległość półtora kilometra i przestało mi się wydawać, że słyszę płacz Gareta, a moje obsesyjne lęki nieco osłabły. Martwiłam się dodatkowo, bo jelita Gareta pożegnały mnie czymś w rodzaju charlestona. Na wszelki wypadek ograniczyłam wędrówki do minimum. Złożyłam życzenia imieninowe naszemu ulubionemu lekarzowi rodzinnemu, wykupiłam recepty, dla siebie znalazłam wielką, miękką poduszkę, dla Garysia śliczną pluszową żabę o bardzo długich kończynach. Wszystkie duże zabawki już wypatroszył, zostały mu same maleństwa, a nimi nie bawi się tak ładnie. Trochę mi było przykro, bo wiedziałam, że niosę żabę na pewną śmierć, ale trudno. Łańcuch pokarmowy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet czekał na mnie w fotelu w kuchni. Uszka miał opuszczone, mordkę rzewną, a w jego jelitach szalał jakiś pijany raper. Żabkę od razu podłożył sobie pod brodę, a kiedy pobiegł za mną do pokoju, wskoczył na łóżko i zaczął się nerwowo oblizywać.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie tam, Garyś, błagam cię! – zepchnęłam go na podłogę i zachęcałam do wyjścia na zewnątrz. Zaparł się jednak i ostatecznie zwymiotował na dywan. Potem wziął żabę w zęby, wlazł na fotel i podłożył ją sobie pod głowę. Wyczyściłam dywan najpierw naręczem serwetek, potem na mokro i zadzwoniłam do Artura. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jaki kolor? Zielonkawy? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie, raczej kolor błota... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A śmierdzi?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Chyba nie. Poczekaj, sprawdzę – z komórką przy uchu wygrzebałam z kosza serwetki i zrobiłam to, co może zrozumieć tylko inny psiarz. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie, nie śmierdzi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jest osowiały? – pytał dalej Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Garyś, jesteś osowiały? – Pies w odpowiedzi łypnął na mnie żałośnie produkując dolne półksiężyce. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Chwilowo tak, w ogóle niespecjalnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A jak kupa?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie wiem, nie spotkałam... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Masz Nifuroksazyd? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Mam. W zawiesinie. - Pewnie, że mam, prędzej dopuściłabym, żeby zabrakło mi leków przeciwko nadciśnieniu, niż dla psa. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -To daj mi trzy łyżki dziennie przez trzy dni. I zaparz korę dębu, rumianek i siemię lniane. Tego tak jedną czwartą szklanki dziennie. I Lakcid możesz mu dać, jeśli masz. I weź go na ścisłą dietę. No i lepiej obejdź jutro cały ogródek i sprawdź, czy on nie ma dostępu do czegoś zepsutego, jeśli mówisz, że to się powtarza co parę dni. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, Jezu – zerknęłam z wyrzutem na mrugającego niewinnie Gareta. – Musiałabym mu zdrutować szczęki, żeby uniemożliwić zżeranie wszystkich świństw, które gdzieś zdobywa... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -A, poczekaj. Dobrze, że dzwonisz. Lubisz jazz? [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co? – zapytałam tępo, nasłu****ąc odgłosów dochodzących z brzucha Gareta. Może to i jazz... [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jazz. Lubisz?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Eeee... –wyjąkałam ostrożnie. -Klasyczny...[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Klasyczny, spokojny. W piątek o osiemnastej jest koncert w Dworku. Poznałem kiedyś tego faceta, który będzie grał. W piątek, pierwszego, o osiemnastej. Zapraszam. Przyjdziesz?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Eeee? No... jasne. Czemu nie – odparłam z wdziękiem nawalonego orangutana. Ciężko tak od razu po wyjęciu głowy z kosza na śmieci i rozmowie o kupach przeskoczyć do rozrywki. I poza tym nie mam wprawy. Ostatni raz na koncert prywatnie zapraszano mnie ponad dwadzieścia lat temu. Bo służbowo to parę odsiedziałam. Ale to się nie liczy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Odłożyłam słuchawkę i oznajmiłam: - Garet, lekarstwo! [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garyś porzucił żabę i pokłusował na fotel w kuchni. Potem nabrał takiego wigoru, jakby ozdrowiał w momencie przełknięcia. Żaba zamieniła się w jednostkę fruwającą. Tymczasem na fotel Gareta przytuptała Perła, która ostatnio tylko tam sypia. Pies, poobijawszy się o wszystkie meble, dopadł wreszcie żabę na dywanie w celach całkowicie jednoznacznych. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Garyś, fe, ty zboczeńcu! Chory to ty jesteś, ale chyba na głowę![/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet wierzgnął, podrzucił żabę i wskoczył z impetem na fotel. Perła miauknęła zaskoczona, Garet obrzucił ją błyskawicznym spojrzeniem i zgarnął pod siebie. Nie do wiary! Napaść seksualna na kota![/FONT] [FONT=Times New Roman] -FE!!! – wrzasnęłam, waląc zboka w łeb. Otrząsnął się i oprzytomniał. –Oszalałeś? To jest kot! Inny gatunek! A poza tym, idioto, ona jest dziesięć razy mniejsza od ciebie! [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet zamrugał, nieco speszony, a tymczasem Perła wylazła spod jego brzucha i mrucząc grzmiąco zaczęła się do niego łasić. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -No pięknie. Jesteście siebie warci. Spokój, oboje! Leżeć! [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kiedy babcia przyszła na film, na szczęście oba wynaturzone stwory już spały. Garet w swojej ulubionej pozycji, na plecach, z okropnie wyszczerzonymi zębami. Zrobiłam mu całą serię zdjęć i nawet nie mrugnął. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]26.11.06 niedziela[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po całym tygodniu użerania się ze wszystkimi czworonogami, z utęsknieniem czekałam na przyjazd Kai. Właściwie nie wiem, dlaczego, bo niewiele się zmienia. Nadal ścieram kałuże kociego moczu, a w nocy bawię się w klucznika. Zwierzęta w swojej uprzejmości nie zakłócają mojej córce snu. Może dlatego, że wiedzą, jak sypia. Mogłyby wspólnymi siłami wywlec spod niej łóżko i nawet by tego nie zauważyła. Garet przekonał się o tym kradnąc jej poduszkę spod głowy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Wychodząc z domu, jak zwykle, oglądałam się nerwowo. Każdy pisk hamulców podnosił mi włosy na głowie, a wyobraźnia usłużnie podsuwała makabryczne obrazy. Moja fobia wcale nie mija. Cały czas obawiam się, że Garet jakimś cudem wydostanie się na ulicę... [/FONT] [FONT=Times New Roman] W mieście szczęśliwie zaabsorbowała mnie rozterka, czy iść do fryzjera czy nie, a jeśli tak, to do którego? Już od dawna kusiła mnie wizyta w salonie L’Orealu, ale powstrzymywała mnie cena. Pięć razy drożej niż gdzie indziej. Ale za to efekt nieporównywalny! Urszuli ostatnio prawie nie poznałam. No tak, ale jeśli przy moim pechu trafię na jedyną czarną owcę wśród fachowego personelu? [/FONT] [FONT=Times New Roman] Adrian, młodziutki, przystojny brunet spojrzał na moją głowę z przerażeniem, które natychmiast zamaskował uprzejmym uśmiechem. No co, baraniego tyłka nie widział?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -To tylko efekt moich prób prostowania włosów – wyjaśniłam pospiesznie. – Od razu mówię, że z całkiem krótkimi wyglądam strasznie. Nad czołem robi mi się ukwiał, a po bokach wachlarze. A poza tym jest mi wszystko jedno. Oddaję się w pańskie ręce. Ja się z nimi męczę całe życie, a teraz pan tu rządzi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Chłopak spokojnie rozpakował swoje zabawki i zabrał się do roboty. Na szczęście nie był gadatliwy i nie czułam się zobowiązana do prowadzenia błyskotliwej rozmowy. Wyjaśnił tylko, że najpierw musi włosy przerzedzić, a potem obetnie je tak, że będą dobrze wyglądały i kręcone i wyprostowane. Bo nawet ciekawie się kręcą... Pewnie, że ciekawie, bo nie jemu. Jeśli sobie życzę, to tym razem mi wyprostuje. Na specjalnym olejku... [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przez dwie godziny moje włosy były muskane. Co jakiś czas otwierałam oczy, żeby sprawdzić, czy na pewno coś się tam dzieje. Trochę mi brakowało szarpania, ciągnięcia i drapania po głowie wyszczerbionym grzebieniem. On tam coś robi czy nie? Okazało się, że robił, ale najwyraźniej metodą prawie bezdotykową. Za to jak skutecznie! Kiedy na koniec założyłam okulary, z lustra patrzyła na mnie osłupiałym wzrokiem blondynka z zupełnie prostymi, lejącymi się włosami. Wspaniały efekt podkreślała asymetryczna grzywka. O, tak! Niech tak zostanie na zawsze! Adrian delikatnie uprzedził, że w domu może być trochę trudniej. Niby dlaczego? wszystko wyglądało na łatwiznę. Pełna optymizmu nabyłam profesjonalne kosmetyki do wygładzania i prostowania włosów, ochrony i modelowania loków oraz prostownicę. Ruina całkowita. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przez cały czas macałam się po głowie dyskretnie spoglądając w szyby wystawowe. Nogę wykręciłam tylko trzy razy. Prawie zapomniałam, że mam iść jeszcze do Urzędu Miasta. Znajoma urzędniczka spojrzała na mnie chłodnym wzrokiem. Nie w humorze, czy co?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Och, przepraszam, poznałam panią dopiero po głosie...[/FONT] [FONT=Times New Roman] Ha! Czułam się innym człowiekiem. Ekspedientki w hypermarkecie też poznawały mnie po głosie. Pies za to poznał mnie od razu. Wydarłam mu swoją zamszową kurtkę, pozbierałam strzępki faktury za telefon, którą rozmienił na drobne i resztki ostatniej rolki papieru toaletowego. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Irena spojrzała na mnie i wytrzeszczyła oczy. Po raz pierwszy od wielu lat zobaczyłam na jej twarzy tak żywe uczucia. Ale, niestety, nie był to zachwyt. Zresztą, czego ja się spodziewałam?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Coś ty zrobiła? To ci tak zostanie? – zapytała moja matka z autentycznym przerażeniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Niestety nie...[/FONT] [FONT=Times New Roman] -A miałaś takie ładne loki! Idź z powrotem, niech ci coś z tym zrobią![/FONT] [FONT=Times New Roman] A jednak jakby pochwaliła?...[/FONT] [FONT=Times New Roman] Odczepiłam Gareta od rękawa i stanęłam przed lustrem, żeby poświęcić się ulubionemu tego popołudnia zajęciu. Niestety, następnego ranka fryzura wymagała renowacji. Niby to jeszcze nie były loki, ale już niezdyscyplinowane kędziory. Umyłam włosy, nałożyłam odżywkę nawilżającą, potem wygładzającą i chroniącą przed wysoką temperaturą. Nagrzałam prostownicę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Po czterdziestu minutach bolały mnie ramiona od trzymania tego bezużytecznego urządzenia, nogi od sterczenia przed lustrem, a dusza z rozczarowania. Poza tym byłam w stanie określanym jako szewska pasja. Wszystko, co udało mi się osiągnąć, to efekt baraniej dupy wyczesanej przez kolczaste zarośla. Na przykład jeżyny.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -I dlaczego nie zrobiłaś sobie zdjęcia?! – zbeształa mnie Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jakbym wiedziała, że to niepowtarzalne zjawisko, to od razu poszłabym do fotografa. Następnym razem tak zrobię – obiecałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kaja, zachęcona moim przykładem, także wybrała się do fryzjera. Obcięła swoje piękne, długie włosy i teraz ma fantazyjną, lekką fryzurkę. U niej też zaczyna się od przerzedzania. Ale ona ma takie włosy, że gdyby je gwałtownie wypuściła z ręki, to złamałyby jej kręgosłup. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garetowi było wszystko jedno, jak wygląda. Miał pretensje tylko o to, że ledwie przyjechała, już go porzuciła. To nic, że tylko na parę godzin. Złość przekazał bezpośrednio nogawkom jej dżinsów. Po odpędzeniu od nogawek zabrał się za rękawy.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co jemu się stało?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wszystko normalnie. Świruje jak zawsze.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Nie o to chodzi. Jest cały mokry! I śmierdzi. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Może wpadł do wiadra z miksturą pokrzywową? – wysunęłam przypuszczenie. –Albo pomagał ojcu Darka, który zmieniał jakiś zawór od wody w piwnicy.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -To nie woda. Powąchaj. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Podeszłam do Gareta, który usiłował położyć się na plecach na fotelu w kuchni. Fotel jest za mały, więc górną połowę musiał ulokować na stole. Zdążyłam złapać kubek z kawą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ogon, powąchaj ogon![/FONT] [FONT=Times New Roman] -No przecież wącham... – Garet łypnął na mnie podejrzliwie wybałuszonym okiem, bo przyległ sobie ucho i powieka odjechała mu na czoło.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Cholera, nie wiem, co to jest, ale nie zgniłe pokrzywy. Coś zjełczałego... Olej jakiś? Ale skąd? Weź, spróbuj go przemyć gąbką z szamponem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Muuu! – zaprotestował Garet. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Gąbka z szamponem nie pomogła, za to Kaja odkryła, czym jest tajemnicza substancja, która na trwałe powlokła Gareta. Otóż babcia na schodach, za drzwiami do piwnicy, przechowywała duży garnek z jakimś smarem. Przez pół wieku strzegła go drapieżnie przed moimi niszczycielskimi zapędami, zapewne przekonaniu, że nagle odkryje gdzieś jakieś zardzewiałe wrota, które trzeba będzie systematycznie oliwić. Wrota się nie objawiły, za to Garet, skacząc na klamkę drzwi na stromych schodach, musiał się machnąć i w rezultacie smar opuścił garnek i przeniósł się na psa. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Pierwszy raz od dwudziestu lat na coś się przydał – powiedziała Kaja, usuwając z łazienki wszystko, co nie było trwale przytwierdzone do ściany lub podłogi. Do kąpieli wszyscy troje podeszliśmy z takim samym entuzjazmem, ale tylko Gareta trzeba było wyciągać najpierw zza muszli, a potem z kociej kuwety. Odetchnął dopiero w czasie wycierania. Trzeci ręcznik usiłował zeżreć. Włosy mu się lekko pokarbowały, na tyłku stanęły mu uwodzicielskie kędziorki, kita falowała jak strusie pióra, lśnił cały jak kupon satyny i pachniał tak ślicznie, że trudno go było wypuścić z rąk. Odbiłam sobie za cały tydzień prześladowań. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Na spacerze jak zwykle zamienił się w znikający punkt i stracił trochę świeżości. Ale nadal wyglądał jak prosto z fabryki. Garnek z resztkami smaru przezornie schowałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Gdy Kaja jest w domu, mały diabeł jest nieco spokojniejszy. Pod warunkiem, że siedzimy wszystkie w jednym pokoju. Widocznie nie czuje przymusu spędzania stada do kupy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W niedzielę odwiedziła nas Anka. Garet nie widział jej pół roku, ale poznał i oszalał ze szczęścia. Zauważyłam, że ludzi, których spotkał we wczesnym dzieciństwie, darzy silniejszym uczuciem niż poznanych później. Wieczór spędził zalecając się do Anki. Jeśli nie leżał jej na kolanach, to przytulał się, kładł łapę na ramieniu albo głowę na plecach. Nie powinna była przychodzić w białym swetrze. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kaja ze słuchawkami na uszach spisywała z dyktafonu wywiad. Zrobiła go z jakimś obcym gościem, chociaż wielkodusznie proponowałam jej siebie. Przeraziłam ją tym śmiertelnie, szczególnie, kiedy oferowałam wszystkie patologie w jednym. Może dlatego, że miała ten wywiad także zinterpretować. Koleś widocznie poczuł w sobie ducha terapeuty, bo nie opuszczał jej ani na chwilę. Ze szczególnym upodobaniem układał się na klawiaturze, obserwując z fascynacją pojawiające się na monitorze literki. Kiedy Kaja wzięła klawiaturę na kolana, natychmiast podążył jej śladem. Nie ma takich kolan, które pomieściłyby klawiaturę i Kolesia. W gruncie rzeczy nie ma takich kolan, na których Koleś zmieściłby się w całości. A że Kaja traktuje wszystkie koty niczym bożki, z drżącą czcią, zajmowała się głównie podtrzymywaniem tłustego, ślicznego Kolesiowego zadka, żeby się przypadkiem nie zsunął. Praca szła im jak po grudzie, ale Koleś czuł się spełniony jako konsultant. [/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]23.11.2006 czwartek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Dzień zaczęłam od ścierania kociego moczu sprzed drzwi wejściowych. Podejrzanych było dwoje – zarówno Koleś jak i Perła spędzili noc na pierwszym piętrze. Oczywiście kuweta stojąca w łazience na górze pozostała sucha. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W południe Garet zawołał mnie i pokazał kolejną kałużę w tym samym miejscu. Tym razem nie było wątpliwości – winowajca samotnie drzemał w fotelu na korytarzu pierwszego piętra. Zresztą domyśliłabym się po ilości – tylko Koleś potrafi jednorazowo wyprodukować pół litra cuchnącej cieczy. Umyłam wszystko jeszcze raz, Garet, kichając, uciekł na dwór, a ja stęknąwszy z wysiłku wzięłam Kolesia pod pachę i zaniosłam go do łóżka Irenie, która dochodziła do siebie po wyprawie na zakupy. Każda wyprawa do miasta ją męczy, ale nie chce z tego zrezygnować, bo jest to jakiś rodzaj rozrywki. Oprócz tego pozostają jej tylko książki, pasjanse, robótka na drutach i telewizor. I ulubione zajęcie – krytykowanie wszystkiego oraz wieszczenie wszystkich możliwych okropności, jakie wydarzą się z całą pewnością w najbliższym czasie. Powoli przekonuję ją do antydepresantów – już prawie się zgodziła. Mam nadzieję, że zacznie brać, zanim obie całkiem ześwirujemy. A, zapomniałabym – jeszcze jednym ulubionym zajęciem babci są potyczki z Garetem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Fascynacja Ireną psu nie mija, powiedziałabym, że nasila się. Potomek Belzebuba najwyraźniej uzależniony jest od adrenaliny i uwielbia ekstremalne sytuacje. Gdyby mógł, skakałby na bungee, a ponieważ nie może, prowadzi ryzykowne gry z babcią. Wykorzystuje każdą możliwość, żeby wkraść się na zakazany teren, czyli do jej pokoju. Najczęściej wypada stamtąd goniony jej wściekłym wrzaskiem i krwiożerczymi obietnicami okropnej śmierci. W pysku dzierży ukradzione rajstopy, skarpetki czy choćby chusteczkę do nosa. Karcenie i zakazy nie skutkują. Ilekroć Irena człapie do siebie z jakąś przekąską, Garet przybiera tę cudną pozycję paradującego Pluto, to znaczy zadziera głowę i ogon, wypręża się i ruszając nosem jak królik podąża tropem mojej matki i towarzyszących jej tajemniczych woni. Ponieważ oczy ma przymknięte z rozkoszy, czasami w ostatniej chwili uchyla się i odskakuje, aby uniknąć odwetu rozjuszonej Ireny. Zresztą każdy atak traktuje jak wstęp do świetnej zabawy – przysiada na przednich łapach i poszczekuje zachęcająco. W gruncie rzeczy nie dziwię się bezsilnej furii Ireny. Garet naprawdę przegina. Dziś zainteresowało go jej śniadanie – chleb z szynką. Zaaportował jej piszczącą piłeczkę i merdał wyczekująco ogonem w nadziei na wymianę. Irena rzuciła mu kawałeczek szynki i mordercze spojrzenie. Niestety, kiedy odwróciła się ma sekundę, Garet błyskawicznie stanął przy szafce i delikatnym ruchem iluzjonisty oczyścił jej kanapkę z szynki. Nie zdążyłam nawet nabrać powietrza. Skarciłam go, ale jego zadowolona mina świadczyła o tym, że było warto. Irena obraziła się, że nie dostał lania. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garyś zdradza złodziejskie skłonności. Rano ukradkiem wyżarł kotom chrupki, po czym potruchtał do pokoju, wskoczył na moje łóżko i swobodnie zrzucił cały ten ładunek. Swoim miskom okazuje chłodną obojętność. Za to koty uwielbiają indyka i z zadowoleniem wyjadają jego żarcie. Przed chwilą Gacia porwała wielki kawałek mięsa i w pośpiechu zaczęła go spożywać na podłodze. Miała chyba lekkie poczucie winy, bo paskudnie traktuje Gareta. Zaraz przytoczył się żywo zainteresowany Koleś. Oczywiście chodziło mu o ten sam kawałek. Gacia nasyczała na niego i te dźwięki wywabiły Gareta z pokoju. Gacia zjeżyła się i zawlokła mięso na środek kuchni, odwróciła się tyłem do obu facetów i nerwowo wcinała ciamkając głośno. Garet nastawił uszy i machając nieśmiało ogonem wyciągnął nos w jej kierunku. Splunęła wściekle i machnęła łapą. Pies odskoczył, ale zaraz wrócił. Gacia odciągnęła pazurami upragniony kawałek i znowu zaczęła jeść. Garet ostrożnie wyciągnął łapę. Gacia odsunęła się, charcząc wrogo, i równie ostrożnie zahaczyła mięso pazurami. Patrząc psu w oczy bardzo powoli ciągnęła do siebie. Garet pomalutku sięgał w tym samym kierunku. Postukałam wymownie w pełną miskę, ale oboje pragnęli tego samego kęsa. Próba sił skończyła się zwycięstwem Gareta. Gacia straciła cierpliwość i pobiegła do pokoju, pomstując przez całą drogę. Teraz przycupnęła na jagnięcej skórze i wpatruje się ponurym wzrokiem w swoje odbicie w wielkim lustrze. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Perła nie ma takich oporów – po prostu pochyla się nad psim talerzem i je, a Garet trzyma nos na jej plecach i wzdycha. Koleś rozsądnie wybiera moment, kiedy kuchnia jest pusta. Nie lubi pożywiać się nerwowo. Zanosi się na to, że nasze koty w końcu padną z przejedzenia, a pies z wycieńczenia. Naprawdę nie wiem, po czym on tak dobrze wygląda. Jedyne, co na razie mu doskwiera, to zęby i kolejna zmiana odzieży. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Znowu dałam się nabrać, tak samo, jak wiosną. Drapie się tak wściekle, że na wszelki wypadek odpchliłyśmy go, chociaż nie miał śladu po pchłach. Wezwałam też Artura, żeby obejrzał mu uszy. Uczynił to w sposób dość bezceremonialny, po czym poklepał wstrząśniętego Gareta po czerepie i oznajmił, że dawno nie widział tak ślicznych, czystych przewodów słuchowych. Garet drżąc wtulił się w fotel i do końca wizyty zachowywał się tak, jakby oblężyła go pielgrzymka i przedszkolaki równocześnie. A już miałam nadzieję, że wreszcie mamy psa, który nie będzie bał się weterynarzy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po tych oględzinach i na widok tego, co wciąż zeszczotkowuję z dywanu, doszłam do wniosku, że nasz utrapieniec znowu zmienia sierść. Tym razem dość równomiernie, bez zmatowienia i wyleniałych placków. Lśni oślepiająco, ale widać już pierwsze zmiany. Długie włosy na podwoziu zostały, nadal wyglądają jak grafika, od srebrzystej bieli przez wszystkie odcienie szarości do głębokiej czerni na jajeczkach. Ale srebrne włosy zaczynają mu wypełzać spod brzucha. Gęsto obrośnięty, solidny ogon pod spodem zrobił się szpakowaty i pojedyncze białe włoski iskrzą się na łopatkach. Na skroniach i wokół wielkich, rzewnych oczu zarysowały się jasnobeżowe smugi, a śnieżnobiała dotychczas pierś zyskała kilka czarnych kosmyków. Teraz wygląda tak, jakby miał tam obraz orła z rozpostartymi skrzydłami. No dobrze, może rozczochranego kurczaka. Albo kaczora... Reszta futra układa się w delikatne, lśniące fale. Kita jest długowłosa, imponująca. Małe, zgrabne, trójkątne uszka porastają mięciutkie, figlarne kędziorki, biorące żywy udział w mimice. Tylko spódnico-spodnie pozostały bez zmian. Poruta. Fatalnie się je myje po spacerze. I zawsze wbija się w nie najwięcej nasion. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Bez mian pozostało też usposobienie godnego potomka Belzebuba. Nadpobudliwość, koszmarna pomysłowość i wyjątkowy talent do robienia szkód, a także nienasycony głód emocjonalny. Pies najwyraźniej jest stworzony do tego, żeby bezustannie go pieścić. Każdą rozłąkę znosi fatalnie, choć znacznie lepiej niż przedmioty, które miały pecha mu towarzyszyć. Tylko raz zapomniałam komórki. Została na parapecie za zasłoną. Przez cały czas zakupów czułam się nieswojo. Jak się okazało, słusznie. Garet, który ma zwyczaj wskakiwać na łóżko i wyglądać przez okno, namierzył ją natychmiast. Kiedy wróciłam, wyglądała jak po ostrzale. Gdyby to był inny model niż solidna, zamykana Motorola, klawisze wyszłyby jej tyłem. Nadal działa, chociaż straciła sporo ze swojej urody, którą urzekła mnie od pierwszego wejrzenia. Właściwie ocalała dzięki babci, która szybko zainteresowała się, „co ten padalec znowu niszczy”. W rezultacie padalec musiał zadowolić się rozwłóczeniem moich ubrań po całym ogródku. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Najbardziej denerwujące jest ciągłe otwieranie drzwi. Cholernik chyba ma klaustrofobię, bo uspokaja się dopiero wtedy, gdy otworzy na oścież drzwi wejściowe, do piwnicy, do kuchni i do pokoju. Niestety, pora roku nie sprzyja tak intensywnemu wietrzeniu, toteż trwa nieustanna zabawa w zamykanie i wypędzanie WSK, która tylko czyha, żeby wedrzeć się do domu. W końcu, doprowadzona do ostateczności, zamykam wszystkie drzwi na klucz. Wtedy młody Belzebub dostaje histerii i skacze na klamki świszcząc jak sfrustrowany morświn i przewracając żałośnie oczami. Przez chwilę wytrzymuję, ale zaraz zaczynają mnie męczyć wyrzuty sumienia. Może mu się coś chce? Otwieram więc drzwi zachęcając go do wyjścia, ale wtedy okazuje się, że owszem, chciało mu się tylko tego, żeby zrobić przeciąg. Zgrzytając zębami zamykam i zabawa zaczyna się od początku. Najgorzej jest w nocy. Hałas klekoczących klamek staje się nie do wytrzymania. Dwa dni temu, po licznych próbach wypuszczenia uwięzionego w domu psa, wpadłam w szewską pasję. O drugiej w nocy uciszyłam wyrzuty sumienia i przekonałam sama siebie, że prawie dorosły pies nie musi sikać co pięć minut. Tym bardziej, że wcale się sikać nie wybiera. Oznajmiłam Garetowi stanowczo, że dość biegania od drzwi do drzwi, idziemy spać. Wlazłam do łóżka i sapiąc ze złości starałam się rozluźnić i nie reagować. Nakręcony czort skakał na wszystkie klamki i kląskał jak porzucony słowik. Kiedy para zaczęła mi wydobywać się uszami, wypuściłam go na korytarz i chichocząc szatańsko zamknęłam drzwi na klucz. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A teraz tam sobie siedź. Choćbyś pękł, nie otworzę![/FONT] [FONT=Times New Roman]Oczywiście Garet natychmiast zaczął dobijać się do drzwi od drugiej strony. Pełna mściwej satysfakcji zapadłam w nerwową drzemkę. Wpuściłam go dopiero po dwóch godzinach. Cichutko i potulnie położył się po przekątnej łóżka. Wcisnęłam się w niewielki trójkąt przy ścianie i w spokoju spaliśmy do rana. Spokój minął mi natychmiast, gdy otworzyłam drzwi na korytarz. Cała podłoga usłana była małymi, białymi kawałkami. Długo nie mogłam się zorientować, co to, u diabła, jest, a raczej, co to, do cholery, było? Nadzienie z jakiejś wypatroszonej maskotki? Wnętrze materaca? Olśnienie spłynęło na mnie z pierwszą porcją resztek wgarniętych na szufelkę. TO BYŁ MÓJ KOŁNIERZ ORTOPEDYCZNY!!! Jeszcze wieczorem wisiał sobie spokojnie na wieszaku, na wysokości metr osiemdziesiąt. Jakim cudem ten kurduplasty szatan go ściągnął nie przewracając wieszaka? [/FONT] [FONT=Times New Roman]Czy właściciele obłąkanych psów mogą skorzystać z zapomogi podobnej, jak ofiary klęsk żywiołowych?[/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT] :mad:
-
[FONT=Times New Roman]22.11.2006 środa[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] Naprawdę, miałam już nie pisać. Siedzę w domu, teoretycznie powinnam mieć więcej czasu, powinnam być wypoczęta i wyluzowana, ale wcale tak nie jest. Może mam mniej energii. I chyba obłąkany pies i pięć wszędzie lejących kotów zaczynają mnie wykańczać. Sytuacja mnie przerasta. Moja ukochana córka przywiozła mi nawet uspokajającą miksturę z apteki oo. Bonifratów, dziś trochę spróbowałam, ale tylko odrobinę. Nalewki ziołowe traktuję ostrożnie, bo dziwnie na mnie działają, odwrotnie, chyba mam fazy wchłaniania jak u kotów. Efekt był taki, że mnie z lekka zatchnęło, bo to na spirytusie, a zaraz potem Gacia dostała małpiego rozumu i darła się jak stare gacie, widocznie mój oddech woniejący kozłkiem obudził w niej głód narkotyczny. Na szczęście w kuchni była tylko ona, bo gdyby opadły mnie wszystkie, mogłabym skończyć jak Popiel, tylko w roli gryzoni wystąpiłyby drapieżniki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Miało być o kotach? Gacia najczęściej przesiaduje w kuchni – zawsze czujna i na stanowisku. Czasami drzemie na baraniej skórze na komodzie, służącej jako kocie legowisko. To doskonały punkt obserwacyjny, widać cały pokój, a także od razu wiadomo, że ktoś pojawił się w kuchni, czyli można domagać się czterdziestego posiłku. Gacia jest zawsze baaardzo głodna. Zjada co najmniej równowartość swojej wagi i wciąż pozostaje smukła. Szczęściara. To znaczy jakoś wydłuża się w kierunku podłoża, ale na boki ani trochę. Paraduje w swojej wytwornej jedwabnej piżamie prążkowanej wzdłuż, w kolorach od czerni, przez gorzką czekoladę, kawę z mlekiem aż po cynamonowy brzuch i bez przerwy gada mrużąc przejrzyste, skośne oczy w kolorze zimnej zieleni. Jej matka, Liszka, również ma intensywnie zielone oczy, ale to ciepły odcień, złotozielony. Jest płoworuda, z białą piersią i białymi skarpetkami. Duża, piękna kocica, ale jak na swoje gabaryty zdumiewająco lekka. Podejrzewam, że ma pneumatyczne kości, co pomaga jej wędrować po dachach i balkonach pierwszego piętra. Ja, jeśli jestem naprawdę mocno zmotywowana i mam się czego przytrzymać, potrafię wyleźć na krzesło, toteż od wyczynów Lisi dostaję zawału. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Jednooka Perła, herbu Ślepowron, powiela wyczyny matki i podobnie jak ona, uwielbia się włóczyć. To ta, która jest wielkości trzymiesięcznego kociaka, a głos ma jak trąba jerychońska. Jest bardziej płowa niż ruda, od policzków przez podwozie biała, rozumie się, w białym obuwiu. Nos ma malutki, okrągły jak czarna perła. Stąd Perła. Mruczy ogłuszająco, łasi się nawet do stołu, toteż nic dziwnego, że zaczęła się też łasić do Gareta. To było już po etapie dotykania się nosami, ale i tak pies osłupiał i nie miał pojęcia, co z tym fantem zrobić. Nastawił uszy, a zmarszczone w zakłopotaniu czoło zjechało mu aż na nos. Perła, uznawszy, że lody zostały przełamane, zaanektowała fotel Gareta. Czasami łaskawie przenosi się na sąsiedni. Najchętniej wtedy, kiedy próbuję usiąść wygodnie i wyprostować obolałe plecy. Kiedy pies zbyt intensywnie ją bada albo próbuje się na niej położyć, protestuje wielkim głosem. Czasami sypiają obok siebie. Pilnujemy tylko, żeby nie walił w nią łapą, bo jej mizerna konstrukcja mogłaby tego nie wytrzymać. Tłuczenia łapą Garet nauczył się od Gaci, która wyraźnie go nie lubi. Podnosi wrzask, ilekroć zbliża się do niej, a kiedy to nie skutkuje, syczy jak zacietrzewiona kobra i wali w pysk. Za trzecim razem Garet jej oddał i teraz wygląda to tak, jakby przybijały sobie piątkę. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Koleś też nie lubi, kiedy Garet zbyt się spoufala. Stara się tego uniknąć, bo z natury jest pacyfistą i nie lubi konfrontacji, a jeśli nie udaje mu się uciec, wyje ponuro, z głębi trzewi. Gdyby on dał Garetowi w gębę, potrzebny byłby chirurg. Koleś, ogromne, powolne kocisko, wydaje się nieświadomy swojej siły. To raczej typ myśliciela. Jest słodki, łagodny i niezmiennie śmiertelnie poważny. Nawet w rzadkich chwilach szaleństwa minę ma bardziej zatroskaną i lekko zawstydzoną niż figlarną. Jest bury, z piękną, śnieżnobiałą piersią i białymi końcami łapek. A raczej łap, bo odnóża ma solidne jak średniej wielkości pies. Ogromne pazury służą mu wyłącznie do przytrzymywania się ramienia, kiedy się go tuli. Uwielbia sypiać w zgięciu nóg, pod kolanami. Wprawia się w dobry nastrój mamląc własny brzuch, który w strategicznym miejscu wyłysiał. Jak na jego potrzeby Liszka zbyt szybko odstawiła go od piersi. Od początku była niecierpliwą i chimeryczną matką, a przez pierwszy rok okazywała swoim dzieciom otwartą wrogość. Przepadam za Kolesiem, chociaż leje bezczelnie pod kaloryferem w łazience i codziennie na podłodze widać potężną strugę zmierzającą do odpływu brodzika. Ale kiedy spojrzy na mnie wielkimi, złotymi oczami, serce zamienia mi się w galaretę. Koleś nie miauczy, odzywa się raczej rzadko, mówiąc skromnie: „Mi, mi... „[/FONT] [FONT=Times New Roman]Marchew, puchata, biała kula z nielicznymi burymi łatami i sierścią miękką jak królik, jest spoza rodziny. Przybłąkała się jako maleńki, zagłodzony brudas i mimo, że nasze koty długo traktowały ją fatalnie, była na tyle zdeterminowana, że została. Perła nienawidzi jej do tej pory, reszta ją ignoruje. Marchew, cierpliwa kotka o niesymetrycznych, skośnych oczach, z twarzy przypomina Japonkę i zachowuje się jak gejsza. Zawsze usłużna, przymilna, chętna do świadczenia usług fryzjersko-kosmetycznych. Kolesia kocha bezgranicznie, miłością wielką i bezwarunkową. Na początku traktowała go jak zastępczą matkę, bo przy swoim łagodnym usposobieniu jako jedyny jej nie odtrącał. Od tego czasu chodzi za nim jak cień, ma wbudowany jakiś radar, dzięki któremu bezbłędnie wykrywa miejsce jego pobytu. Tuli się do niego, myje go, obejmuje łapami, owija się wokół niego, aż czasami Koleś opędza się od niej jak od natrętnej muchy. Kiedyś widziałam, jak się na nią zamachnął, ale zastygł z uniesioną łapą, spojrzał niepewnie na swoją pięść, jakby zdumiony, że nerwy go poniosły, i opuścił ją bardzo powoli. Marchew uwielbia być głaskana, wije się wtedy, jakby nie miała kości i mruczy jak szalona. Nie umie miauczeć, odzywa się mniej więcej raz na kwartał, popiskując i ćwierkając na progu słyszalności. Ostatnio naraziła mi się fatalnie, bo zaczęła sikać na frędzle zabytkowego dywanu, który zniosłam z piętra głównie po to, żeby móc swobodnie położyć się w czasie gimnastyki. Futrzak nie spełniał swojej roli, bo zawsze Garet zajmował go przede mną. Zbadawszy zbezczeszczony fragment zauważyłam, że nosi już ślady kociej działalności wydalniczej i teraz podejrzliwie śledzę każdego owłosionego aligatora, który szwenda się w tej okolicy. Dziś zaczęła tam sikać Gacia. Tym razem nie darłam się poniewczasie, że wyrwę jej ogon, tylko natychmiast rzuciłam w nią pantoflem. To był czysty strzał, trafiłam w środek czoła. Kiedy szłam po bardzo pachnącą mieszankę piorącą, Gacia zalotnie owijała mi się wokół nóg. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Zjeżdżaj, Brutusie, nie gadam z tobą – warknęłam. –I żeby było jasne – guzik dostaniesz, a nie trzydziestą kolację![/FONT] [FONT=Times New Roman]Po zabiegach czyszczących Garet dostał ataku kichania, a Gacia z zagadkową miną przyglądała nam się z komody. Na wszelki wypadek wymieniłam czystą jeszcze kuwetę. Wracając z piwnicy zauważyłam, że drzwi, które zostawiłam przymknięte, są otwarte. Odstawiłam kuwetę i poszłam prosto na górę. W korytarzu, zanurzona wygodnie w wełnianej narzucie, mrugała pomarańczowymi oczami Wielka Szara Kocica. Warknęłam, Garet pisnął nerwowo i wszyscy troje runęliśmy po schodach. WSK próbowała zwodu, ale zawróciłam ją długą łyżką do butów i oboje z Garetem popędzili do piwnicy. WSK nie tylko leje przy drzwiach wejściowych, ale sra na górze w łazience. Nie mam pojęcia, skąd bierze się powiedzenie, że koty są czyste. WSK ze swoim kwadratowym łbem i uszami zebranymi w węzeł na czubku głowy pojawiła się na naszym balkonie rok temu razem z dwojgiem dzieci, wówczas jeszcze prawie ślepych. Dołączyła do grona dożywianych kotów – Bandziora, Plamki i Brodacza. Bandzior i Brodacz zginęli pod kołami samochodów, Plamka zaczęła częściej bywać we własnym domu, a WSK i jej dzieci – Kocurek i Koteczka – zostały. Zimę spędziły w kotłowni wylegując się na starych kaszmirowych swetrach, a w ciepłych porach roku nie ruszały się na krok z balkonu wprawiając w panikę nasze przewrażliwione koty. Kocurek jest wiernym odbiciem matki, ale w sympatycznym wydaniu, Koteczka też jest szara, ale z płowym odcieniem i ma słodką, okrągłą mordkę. Dni spędzają na balkonie, przyklejone do drzwi, noce w kotłowni. Oprócz koców zniosłyśmy tam też baranią skórę, bo do Szarej Rodziny dołączył Adolf, który po odpasieniu przestał przypominać z gęby historycznego niemieckiego wodza, ale imię pozostało. Parę dni temu ze zgrozą zauważyłyśmy, że oprócz tych czterech otłuszczonych kotów w piwnicy zamieszkał malutki, może dwumiesięczny niemowlak – czarny z białym podwoziem. Na razie ukrywa się i można go zauważyć tylko czasami, kiedy przemyka do misek. Cała piwnica straszliwie cuchnie, co doprowadza mnie do rozpaczy. Niedługo zacznie cuchnąć i dom. Dosłownie chwilę temu wredna Perła odkleiła się ode mnie, zeskoczyła z fotela i zanim zdążyłam skoncentrować na niej wzrok, zlała się na dywan z drugiej strony. Cholera, niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego te obrzydliwe, niewdzięczne włochate gady, urodzone na łóżku Kai, wykarmione naszą własną piersią, hołubione i pieszczone, żyjące w parszywym kocim raju, zamieniają cały dom w wielki, ohydny wychodek?! To staje się nie do wytrzymania. Przed nami cała zima, kiedy te dwulicowe owłosione krokodyle prawie nie wychodzą na dwór, przesypiają trzydzieści godzin na dobę zajmując wszystkie fotele, które opuszczają co pół godziny tylko po to, żeby napchać się po czubek nosa, a potem zrzucają balast niemalże pod siebie. Ratunku![/FONT] [FONT=Times New Roman] :placz: [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]3.11.2006 piątek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dzień przed Świętem Zmarłych był równie piękny, jak wszystkie poprzednie. Byłam przekonana, że meteorolodzy się mylą. Natura nie mogłaby zrobić ludziom takiego świństwa. Po głowie kołatało mi się jednak jedno z praw Murphy’ego: „Matka Natura jest suką”, więc na wszelki wypadek zaczęłyśmy znosić ze strychu zimowe buty. Garet znosił wszystko inne. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Fe! Mamuś, co on znowu ma w mordzie?! Na pewno coś obrzydliwego, zżera to w takim pośpiechu! [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ja już nie zwracam uwagi – powiedziałam z rezygnacją, wpatrując się dość beznadziejnie w dwa identyczne prawe kozaki. – Za każdym razem wychodzi stąd z pełną szuflą. Gdyby to wszystko było takie szkodliwe, na jakie wygląda, powinien już nie żyć. Słuchaj, w tym pokoju trzeba zetrzeć kocie siki. To na pewno ta wredna Szara Cholera. Przysięgam, że ją zabiję, jak mi tylko wpadnie w ręce![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ale to Garet otwiera wszystkie drzwi i ją wpuszcza. Wiesz, kto mnie dzisiaj obudził? Kocurek. Bawił się opakowaniem na negatyw. I co zobaczyłam, kiedy podniosłam głowę? Z fotela wystawała arogancka, wielka, szara dupa! Nie tylko sama przychodzi, ale dzieci sprowadza. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Boże, wybacz, nie znoszę tej zarazy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wieczorem czekałyśmy na prognozę pogody. Garet szalał z piłeczką tenisową i ogonem zagiętym w korbę, co fatalnie wróżyło na najbliższe godziny. Gacia ćwiczyła jogę na komodzie, pozostałe koty pozajmowały wszystkie fotele, tylko Perła spała na poduszce w pokoju babci. Nagle pies zahamował z wizgiem przed telewizorem i wpatrzył się w ekran nastawiwszy uszy. Z odbiornika wydobywał się nieco zniekształcony głos zagranicznego korespondenta. Garet w skupieniu przekrzywiał głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, dotknął nosem ekranu, potem zajrzał za telewizor, a na końcu pod stolik. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Garecik, pana tam nie ma. Pan jest w Tokio, a Tokio leży w Japonii – wyjaśniła Kaja głosem nauczycielki początkowych klas szkoły specjalnej. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Boże, psychiatryk – wymamrotałam przesuwając Kolesia, bo nie mogłam sięgnąć do popielniczki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet wyjął głowę spod stolika, wziął do ręki piłkę tenisową i włożył sobie do paszczy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Mamuś, ty widzisz? Przecież on to po prostu bierze w palce![/FONT] [FONT=Times New Roman]-No wiem. Mówiłam ci, jak otwiera zatrzaśniętą szafkę w korytarzu. Chwyta paluchami za gałkę, zaciska je i odciąga. Żadnego tam sztywnego walenia łapą. A Giertych szuka brakującego ogniwa. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wyślemy mu Gareta. Wykończy go w ciągu tygodnia! – ucieszyła się Kaja. Jakoś nie miałam wątpliwości, kto kogo...[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Cholera! Słyszałaś to? - uniosłam się w fotelu. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Co?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ona grzebie pod moim łóżkiem. Ten cholerny Ślepowron tam wlazł, nasrał i zagrzebał! – piekliłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-O, zaraz nasrał. Może siusiu zrobiła... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Perła wylazła spod łóżka, spojrzała na nas niewinnie swoim jedynym okiem i lekkim truchtem podążyła do kuchni. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jeszcze raz zobaczę cię przy moim łóżku, to wyrwę ci ogon! – zawołałam za nią. –Paskudne, niewdzięczne potwory! [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Oj, mamuś, przesadzasz... [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ja przesadzam? Ale to nie ty sypiasz w kuwecie! – przyniosłam z łazienki ścierkę i wiadro z pachnącym środkiem myjącym i wymownie postawiłam na komodzie. Kaja z westchnieniem wydobyła się spod Liszki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Groźba przedwczesnej zimy wprawiła mnie w fatalny nastrój. Poza tym bolały mnie plecy, a od akrobacji ciśnienia atmosferycznego kręciło mi się w głowie. Z irytacją zrzuciłam z narzuty dwie ogryzione kości, kawałek tosta oraz swoją zmymłaną skarpetkę i wlazłam do łóżka. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie wierzę, że jutro będzie brzydko! Cholera, co jest z tą kołdrą? Zbiegła się przy trzepaniu? Odwracam we wszystkie strony i nic! Wyglądam jak żółwik lądowy! – narzekałam. –A ty czego rżysz? – warknęłam do Kai. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Bo jesteś taka śmieszna![/FONT] [FONT=Times New Roman]-I tyle na temat szacunku dla matki... – wysapałam przyduszona Garetem, który runął na mój brzuch i rozkrzyżował się zachęcająco. Wpadł w przelocie na ostatnie drapanie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Śniła mi się Bakunia. Mięciutka, ciepła i pogodna. Od czasu pogrzebu już nie męczą mnie związane z nią koszmary. Kilka dni temu śniła się tej samej nocy Kai i mnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Ponieważ ranek wstał śliczny, postanowiłam zapalić znicze w ogródku dla naszych ukochanych najbliższych. Kilkoro ich tam leży. Weiss (wrodzona, ciężka wada serca), Dim (nosówka), Czarny Kot (samochód), Zuza (samochód), Stonka (samochód), Bakunia (nie wiadomo), Maksi (rak), Funiaczek (niewydolność krążeniowo-oddechowa z powodu wieku)... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zanim wygrzebaliśmy się z Garysiem, niebo zachmurzyło się, zerwał się wiatr i spadły pierwsze krople deszczu. Postawiłam znicze pod czerwoną brzozą. Paliły się dość długo. Garet obserwował je ze zwieszoną głową. Pewnie kombinował, jak je chapnąć nie parząc się przy tym, ale wyglądał, jakby się modlił... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Następny poranek był dziwnie jasny. Nic, psiakrew, dziwnego. Z nieba koloru owsianki leciały białe płatki, których liczne pokolenia całkowicie pokrywały ziemię. Garet nerwowo dobijał się do wszystkich możliwych drzwi. Pierwszy śnieg w jego życiu! Wylazłam z łóżka, chociaż ledwie dochodziła siódma. Garyś wypadł przed dom i pogonił za Wielką Szarą Kocicą, która zastępowała wycieraczkę. Na śnieg nie zwrócił najmniejszej uwagi. Potem wypuściłam go do piwnicy, żeby sobie pobiegł do ogródka. Wyglądałam przez okno, ale większa ilość śniegu też nie zrobiła na nim wrażenia. No tak, przecież urodził się w lutym, śnieg już zna. Pewnie pamięta okres niemowlęctwa. Wrócił zdyszany i mokry, razem z Wielką Szarą Kocicą. Popędziliśmy wszyscy na górę, Szara Kocica przodem. Ja wracałam z szarym cielskiem pod pachą, Garet z Kai pantoflem w zębach. Białe futrzane pomponiki majtały mu się po obu stronach uśmiechniętej paszczy. Mnie majtał się pręgowany, nienaturalnie długi ogon. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet, pobudzony polowaniem na kocicę, biegał od jednych drzwi do drugich w takim tempie, że nie nadążałam zamykać, wskutek czego polowanie na kocicę powtarzało się cyklicznie, co jeszcze bardziej pobudzało Gareta, a co za tym idzie, i babcię, która ponuro prorokowała, że przez tego paskudnego psa wymarzniemy na śmierć. Miała sporo racji, ale ja bym przypisała winę raczej źle działającemu piecowi i dziwnemu systemowi palenia. Zresztą ostatnio Irena przyznała rozbrajająco, że właściwie nie umiemy w tym piecu palić. Żuchwozwis totalny. Odkąd sięgam pamięcią, twierdziła, że to ja nie umiem. Podobnie, jak wszystkiego innego. I nagle coś na kształt samokrytyki. Przyjrzałam jej się uważnie – może gorzej się czuje? Ale nie, wyglądała normalnie posępnie. Zatem mamy eksperymentować. Z piecem.[/FONT] [FONT=Times New Roman]W południe Kaja wróciła z zakupów i Garet rzucił się ją witać, jak zwykle z kneblem w pysku. Tylko że tym razem w roli knebla występował zimowy but babci. Od razu stało się jasne, że mamy nowy problem. Wysokie buty do szafki się nie zmieszczą, a na wysoką szafę, na której chronią się nasze, babcia nie sięgnie. Na razie umieściłyśmy jej obuwie na parapecie, ukryte wśród kwiatków. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet, w szale powitalnej radości, natychmiast rozwiał moje złudzenia co do nowego kuchennego stołu. Wcale mu nie przeszkadzało, że jest mały, okrągły i niezbyt stabilny. Wskoczył nań jednym zwinnym susem, przylgnął do blatu, dopasował się do kształtu, i zwinięty jak rolmops kontynuował powitanie mojej córki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]W pół godziny później, kiedy Kaja usiłowała sprawdzić w Słowniku Wyrazów Obcych, co to zacz „futon”, nadal ją ogryzał. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Fe! Fe! Mamuś, weźże go sobie, no popatrz, włożył mi łapę do kieszeni! Czemu on ciągle mnie się czepia? [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Teraz robi ci wyrzuty, że na tak długo go opuściłaś. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Fe! Garyś, odwal się! Nie liż Kopalińskiego. Bidet, bental... no właśnie, co to jest bental?[/FONT] [FONT=Times New Roman]Kaja wpadła w typową słownikową pułapkę. Człowiek chce sprawdzić jedno konkretne określenie, ale po drodze napotyka na inne, które go zainteresuje, potem na kolejne i przepadło. Można tak spędzić cały dzień. Pod warunkiem, że nie ma się Gareta wczepionego w rękaw. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No, trudno. Sam się o to prosiłeś – Kaja odłożyła słownik i rzuciła się na psa. –Ty kundlu paskudny! Ty konarze! Kto to słyszał, żeby konar tak gryzł? A widzisz? Jednak jestem od ciebie silniejsza! – oplotła go jak anakonda i kotłując się, runęli na podłogę. Przytomnie odsunęłam nogi. Z komody przyglądała im się sceptycznie Liszka. Zwinęła przed sobą łapy i wyglądała, jakby miała białą mufkę. Marchew spała rzucona na boku, z podgiętymi łapkami i podbródkiem przyciągniętym do piersi jak upolowana łania. Wokół komody krążyła podekscytowana Gacia machając ogonem jak plemnik. Rozruszała się turlając po kuchni psią chrupkę. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zapasy skończyły się porażką Kai, którą rozochocony Garet uszczypnął boleśnie. Obraziła się i pielęgnowała naburmuszona swoje rany. Garet, zziajany, ale wciąż promiennie uśmiechnięty, zainteresował się moim kubkiem, w którym stała woda z sokiem malinowym. Długi ozór zręcznie wśliznął się do środka. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Garyś, fe! Przecież poproś, to ci dam! – nalałam mu do jego miseczki. Wypił z apetytem, rozejrzał się po kuchni, starannie omijając wzrokiem indyka na swojej misce i wytropił stojące na szafce kiszone ogórki. Aż się zapluł z pożądania. Przekąsiwszy ogórka, zainteresował się naszą kolacją. Twarożek ze śmietanką i szczypiorkiem. Wie już, że nie wolno mu żebrać, kiedy jemy. Więc nie żebrze. Ze stanowczością wozu terenowego wygramolił się na fotel, wepchnął na moje kolana i odwróciwszy skromnie głowę od talerza, zapatrzył się obojętnym wzrokiem w przestrzeń. Twarożek bardzo mu smakował. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zima zadomowiła się na dobre. Codziennie więcej śniegu. Miałam szczęście, że skończyłam prace w ogródku. Dzięki gorliwej pomocy Gareta wygląda jak po intensywnym ostrzale artyleryjskim, ale to się wyrówna na wiosnę. Mam nadzieję, że do tego czasu Garet spoważnieje, bo zamierzamy założyć piękny, równy trawnik, a nie okopy.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Dziś w ramach eksperymentów z piecem zagotowałam wodę w kaloryferach. Na szczęście babcia nie słyszała. W kotłowni, najcieplejszym miejscu w domu, na baraniej skórze biwakował Adolf. Kocurkowi i Koteczce zostały wełniane koce. Adolf na nasz widok jak zwykle zaczął drzeć gębę i lamentował tak rozdzierająco, że wreszcie Garet nie wytrzymał i przepłoszył go, zanim mnie puściły nerwy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet z jakiegoś powodu okazuje awersję indyczej szyi. Na obiad zjadł trochę surowego mięsa i ravioli ze serem, a indyczą szyję wziął delikatnie w zęby i zaniósł do pokoju. Przez chwilę chodził z tym cybuchem, potem zakopał ją na fotelu. Po powrocie ze spaceru uznał to miejsce za niewłaściwe. Po długim namyśle przeniósł ją na moje łóżko. Tak był zaabsorbowany zagrzebywaniem szyi w narzutę, że nie zauważył śpiącej tam Liszki i przykrył ją swoją imponującą kitą. Zafascynowane patrzyłyśmy, jak spod puszystego ogona wyłania się ruda głowa ze sterczącymi uszkami i wybałuszonymi oczami płonącymi jaskrawozielonym oburzeniem. Pogrzebawszy szyję należycie, Garet odetchnął z satysfakcją i usiadł w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku. Niestety, na Liszce... To musi być okropne uczucie, kiedy własny tyłek nieoczekiwanie wylatuje w Kosmos. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Udało nam się opanować kryzys z piecem, zanim babcia udała się do piwnicy z jedzeniem dla obcych kotów. Kiedy wróciła, zabrała się za układanie pasjansa. Korzystając z chwilowej nieobecności Gareta, poszłyśmy do jej pokoju, żeby pozachwycać się Kolesiem, który spał najpiękniej na świecie, rozciągnięty na maszynie do szycia. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Żebyś psa już nie wpuszczała do piwnicy, bo zaraz otworzy drzwi na zewnątrz, a ja je podparłam i zostawiłam szparę tylko jak na kota! – Irena spojrzała na mnie groźnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jasne – pokiwałam potulnie głową zastanawiając się, czy Garet zdążył już wrócić z piwnicy i czy ten łoskot, który słyszałam, to były wyrwane z zawiasów drzwi... I co się, do cholery, dzieje z Kają, że tak dziwnie się wije?![/FONT] [FONT=Times New Roman]-...Bo nam ziemniaki wymarzną. Byłaś tam już? Widziałaś, że drzwi są podparte? – moja matka wymierzyła we mnie asa pikowego. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Tak... pewnie. Szpara jak na kota – zapewniłam solennie i nagle zrozumiałam powód konwulsji Kai, która teraz już płakała. Za drzwiami balkonowymi stał uchachany Garet, a z przyciśniętego do szyby nosa para buchała mu dwoma strumieniami jak napalonemu bykowi. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Babcia, uspokojona, położyła asa na stole i obejrzała następną kartę z kupki. [/FONT] [FONT='Times New Roman']-Jak na kota... – wymamrotałam, wykrzywiając się groźnie do uszczęśliwionego Gareta i wyma****ąc rękami nad głową nieświadomej niczego babci. Chyba zrozumiał, kiedy markowałam gest podrzynania gardła. Niestety, w tym momencie moja matka rzuciła na mnie okiem. Wycofałam się z pokoju szarpiąc wymownie golf i przykrywając powiekami wybałuszone krwiożerczo oczy i mając nadzieję, że wyglądałam na kogoś zagryzanego przez własny sweter. [/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]Postanowiłam wynieść duży, drewniany stół z kuchni do spiżarni, zaś do kuchni znieść ze strychu okrągły, na którym – jak zapowiedziałam – będą stały tylko kwiaty. Założyłam, że na mniejszy, mniej stabilny mebel, Garet nie będzie właził. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Babcia złorzeczyła, Kaja modliła się o telefon od Marka, bo nie chciało jej się iść na cmentarz i grzebać w liściach w poszukiwaniu okularów. Tym bardziej, że pogoda chwilowo się załamała. Garet osłabł powalony niżem i zamaskował się na czarnym futrzaku w kuchni. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zaopatrzona w worki na śmieci oraz wiadro z zabójczym koktajlem dezynfekcyjnym własnego pomysłu, sprzątałam spiżarnię. Właśnie rozbrajałam zapomniane zapasy babci, które przypominały składowisko odpadów toksycznych. Zdjęłam szmacianą torbę na zakupy z gniazda porośniętych pleśnią obiektów, pierwotnie zapewne jabłek, kiedy w tejże torbie coś zagrzechotało. Pomacałam ostrożnie, a ponieważ nie ruszało się, zajrzałam. Futerał z zapasowymi okularami babci! Eureka! Nabiłam sobie punktów na cały dzień. Irena, uszczęśliwiona, zajęła się cudem odzyskanymi okularami, Kaja kontynuowała modły, tym razem dziękczynne. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Zrób porządek w szufladach, bo niedługo będziemy przenosić stół – wyrwałam ją z uniesienia. – Już dotarłam do pokładów fauny – dodałam z obrzydzeniem w głosie. –O, jaki wielki pająk! Przykro mi... O, cztery w jednym szeregu! I jeszcze trzy![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jezu, przestań! – wrzasnęła Kaja, waląc szufladą o podłogę. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No przecież nie każę ci ich łapać... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Moje okrzyki zwabiły Gareta. Wskoczył i natychmiast coś porwał do pyska. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Fe! Wypluj to! Kaja, weź go otwórz, bo ma w gębie coś paskudnego! I zjada to! Może mysz, bo coś takiego wystaje, jakby łapka...[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Garet, fe! [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Już za późno. Zeżarł. Może zresztą to nie była łapka, tylko ogonek jabłka... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet, pożywiwszy się nieco, wrócił na fotel kontynuować drzemkę. Kaja robiła selekcję w szufladach. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-O, znalazłam zasady uczestnictwa w grupie psychodynamicznej... hm... dość restrykcyjne... Wyrzucić?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Zostaw. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nieważna gwarancja... Wyrzucamy...[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jasne. Bo tę ważną na czajnik, który się zepsuł, Garet zdążył zeżreć. Tak, jak moją legitymację... [/FONT] [FONT=Times New Roman]-O, umowa adopcyjna Garecika![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Przekreśl i napisz: „Anulowano”![/FONT] [FONT=Times New Roman]Po przemeblowaniu kuchni powstał całkiem miły kącik. Babcia od razu stwierdziła, że wygląda paskudnie i teraz nie będzie gdzie zarobić ciasta. Zasugerowałam, że do tego służą blaty szafek. Odwarknęła, że u nas nigdy nic nie może być jak u wszystkich normalnych ludzi, bo zawsze muszę wydziwiać. Wysyczałam, że po pierwsze, u nas nie ma normalnych ludzi, a po drugie, ja nie jestem „wszyscy”. Garet stracił jaskinię pod stołem, bo pod okrągły się nie mieści. Przez chwilę, zgarbiony, z głową wsuniętą pod blat, rozważał problem. Przesunęłam mu dywanik do zakątka, jaki powstał między szafką kuchenną a kaloryferem. Wyjął łeb spod stołu i spojrzał krytycznie, aż czoło zjechało mu na oczy. Westchnął ciężko i wrócił na fotel. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Pozostał jeszcze problem fruwającego telewizora. Doszłam do wniosku, że zamiast walczyć z żywiołem, czyli próbować zatrzymać powódź słoikiem, zastosujemy metodę uginającej się trzciny. Nie ma ludzkiej siły, która potrafiłaby zniechęcić Gareta do pokonywania barier. Wobec tego postanowiłyśmy przesunąć nieco ogromną komodę, żeby zrobić przejście między jedną częścią pokoju a drugą, w której są drzwi prowadzące do kuchni. Po tych zabiegach, kombinowałam, Garet przestanie przedzierać się przez meble i przestanie otwierać drzwi na korytarz, żeby tamtędy dostać się do kuchni. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Na jagnięcej skórze, którą kilka dni wcześniej rozłożyłyśmy na komodzie, żeby kotom było miękko, leżały Gacia i Koleś. Przymrużonymi oczami śledziły nasze poczynania. Już od dawna komoda zamieniła się w trybuny, na których zmieniał się tylko skład widowni. Niezależnie od składu, widownia wściekle syczała, ilekroć Garet zbyt długo penetrował nosem jej futrzaste okrycia. Teraz, kiedy przesuwałam okrutnie ciężki mebel, koty tylko zastrzygły uszami. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Koniec jazdy. Fajnie było? – wysapałam. W odpowiedzi Gacia rozdziawiła się bezgłośnie, a Koleś rzucił mi ciepłe spojrzenie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przez wąskie przejście, które powstało, zaczął przełazić nie tylko Garet, ale i my wszystkie. Skróty mają w sobie coś niezwykle kuszącego. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wieczorem koty rezygnują z doskonałej pozycji obserwacyjnej na rzecz ciepła. Wcześniej czy później udają się na poszukiwanie grzejnika biologicznego. Ostatnio Koleś upodobał sobie mnie. Zjadłszy trzecią kolację, przeszedł przez szparę za komodą i obrzucił pokój bacznym spojrzeniem. Jeden fotel zajmowali babcia z Garetem, przy czym Garet mrugał przyjaźnie, a z pleców babci emanowała wrogość. Kaja balansowała na piłce rehabilitacyjnej, ja z laptopem na kolanach siedziałam w drugim fotelu. Koleś podjął decyzję. Ruszył wolnym krokiem, nie odrywając szeroko otwartych oczu od Gareta. Przy moim fotelu rzucił mu ostatni, ostrzegawczy błysk i wskoczył. Przesunęłam się, żeby miał więcej miejsca. Potem przesunęłam się w drugą stronę, ponieważ życzył sobie zająć miejsce od strony Gareta. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Koleś poruszył zwycięsko wąsami i ułożył się wygodnie, częściowo na mojej nodze, mrucząc donośnie. Dość długo wytrzymałam, ale był taki uwodzicielski! Odłożyłam komputer i zajęłam się tym przystojniakiem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Zostawże tego kota, bo zaraz ucieknie! – zniecierpliwiła się babcia. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie mogę! To jedyny kot, którego można mocno uściskać bez obawy, że zaraz się rozpadnie. – Koleś z anielską cierpliwością znosił moje karesy. Kiedy dostrzegłam w jego pięknych oczach pierwsze błyski udręki, pozwoliłam mu spokojnie wyciągnąć się na sobie na całą długość. Jednak, kiedy Babcia i Garet zwolnili drugi fotel, natychmiast się tam przeniósł i zabrał za pedicure. Rozcapierzył ogromną stopę i przystąpił do zabiegów, które, jako żywo, wyglądały na wyrywanie pazurów. Zaraz przytuptała Gacia i wskoczyła na kocura, udaremniając te masochistyczne praktyki. Objęła go łapkami za szyję i energicznie szczotkowała języczkiem braterskie uszy. Koleś poddawał się spokojnie toalecie, utkwiwszy tępy wzrok w suficie. Potem zasnęły słodko, przytulone policzkami. Marchew, najwyraźniej zazdrosna, jaśniała na komodzie jak biały duch. Garet wrócił z kuchni, przez chwilę z zaskoczeniem wpatrywał się w zajęty fotel, potem policzył nosem koty, wreszcie westchnął i ułożył się do snu na baraniej skórze pod kaloryferem. Za chwilę chrapał, aż podłoga drżała.[/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]30.10.2006 poniedziałek[/FONT] [FONT=Times New Roman]Piątek jeszcze był cudny. Mnóstwo liści opadło z drzew i od ziemi bił ciepły blask, a za każdym samochodem unosił się wirujący, złoty welon. Pełzłam powoli, bo uginałam się pod lawiną zakupów. Musiałam odnowić zapasy mięsa dla Gareta, a przy okazji kupiłam parę innych ciężkich rzeczy. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Cały teren wokół domu, wzdłuż dwóch ulic, usiany był stosami śmieci. W większości były to kolorowe strzępy podobizn lokalnych polityków. Walka zaczęła się parę tygodni przed wyborami. Właściwie mogłam zrozumieć te niszczycielskie zapędy, bo w naszej dzielnicy rozklejono oblicza rzadkiej urody, a bijąca z nich szczerość i dobrotliwość każdego przyprawiłyby o krwiożercze skłonności. Ale dlaczego te szczątki muszą zdobić nasz dom?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jeśli zobaczę, że ktoś przykleja plakat na słupie przy naszym ogrodzeniu, to sama go zedrę i wepchnę mu do gardła! – piekliła się Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy zaczęłam obierać ze skóry doczesną powłokę indyka, zleciał się cały zwierzyniec z wyjątkiem Kolesia, który zażywał na moim łóżku zasłużonego wypoczynku po wyczerpująco przespanej nocy. Na czele stał Garet z płonącym chciwością wzrokiem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Oszalałeś? Przecież to jest obrzydliwe. Nie będziesz jadł skór. Dla ciebie będzie mięsko po upieczeniu.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet jednak miał na ten temat swoje zdanie. Wepchnął się pomiędzy Gacię i Marchew i porywał im sprzed nosa rzucane przeze mnie okrawki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A, rób co chcesz. Koleś! Koleś, wstawaj, może coś przekąsisz?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie wołaj go! Chcesz go zabić? – zdenerwowała się Kaja. –Jak zdechnie z otłuszczenia, to sama mu będziesz kopać dołek![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Żartujesz chyba! Do takiego dołka to trzeba będzie kogoś wynająć. Chyba że Garet pomoże. Koleś![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ale z ciebie wstrętna baba![/FONT] [FONT=Times New Roman]Koleś nie dał się skusić, a może nie słyszał, śniąc o następnym posiłku. Za to Garet postawił sobie za punkt honoru zeżreć indyka na surowo. Co wcale nie przeszkodziło mu w pół godziny później pochłonąć trzech talerzy pierogów leniwych. Zdołał jeszcze spróbować trochę pieczonego mięsa, ale odstąpił je Perle, która właśnie wpadła się pożywić po wielogodzinnej włóczędze i jak po sznurku trafiła do jego miski. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Po obiedzie wyszliśmy na słońce. Garet prezentował pełny zespół nadpobudliwości, ja drzemałam skurczona na ławce, a Kaja, siedząca obok, robiła nam prasówkę. Kolejny artykuł o teorii ewolucji w tym samym tygodniu okazał się ponad moje siły. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jeeezu, jaki wstyd! – jęknęłam. –Przestań! Jakby mało było kompromitacji, na jaką ustawicznie naraża nas rząd, to jeszcze zaktywizowali się panowie G![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ale posłuchaj, to jest naprawdę dobre! „Koledzy z instytutu śmiali się, że Bóg mnie stworzył razem z dinozaurami – mówi prof. Adam Proń”, obecnie pracujący w Grenoble... [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ze smokiem wawelskim, którego doskonale pamiętają najstarsi Polacy... To są ci sami, którzy pamiętają krasnoludki. A krasnoludki uległy mutacjom, które, jak słusznie twierdzi profesor Giertych, są bez wyjątku szkodliwe. Więc tak rosły, rosły i rosły, aż przerosły normalnych ludzi i stąd wywodzi się sławny ostatnio ród... Cholera, cały cywilizowany świat pęka ze śmiechu! Chyba już z dwojga złego wolę, żeby nas uważali za pijaków, niż za kretynów. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A czytałaś o pomyśle utworzenia tych szkół specjalnych dla trudnej młodzieży? Przecież taki człowiek byłby naznaczony na całe życie. Na przykład ta dziewczyna, która...[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wiem, czytałam, a teraz pracuje z trudną młodzieżą. To nie jest sposób na zwalczanie przestępczości. Ja proponuję stworzenie także szkół specjalnych dla wyjątkowych szkarad. Całe rodziny by się tam znalazły... jakby je odizolować wystarczająco wcześnie, to społeczeństwo by na tym skorzystało... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet do reszty stracił cierpliwość i nerwowym szczeknięciem włączył się do dyskusji. Wzrok miał bystry, a odwinięte wargi zdawały się formułować jakieś słowa. Jeszcze chwila, a obali jakąś teorię... Ale nie, rozmyślił się i złapał mnie za rękaw.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-A idźże, ty brakujące ogniwo ewolucji![/FONT] [FONT=Times New Roman]Wieczorem poczuł przypływ energii. Właśnie przeglądałam w przygnębieniu program telewizyjny. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie do wiary, po prostu nic nie ma! To znaczy nie, jest „Most na rzece Kwai”, jakie szczęście, kawał czasu, był dopiero tydzień temu![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Rzeczywiście – przypomniała sobie Kaja. –A gdzie jest teraz?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wciąż w tym samym miejscu – warknęłam, wydzierając Garetowi pantofel z zębów. Odczepił się tylko po to, żeby otworzyć wszystkie drzwi. Ostatecznie skorzystał z tych do piwnicy. Przyniósł sobie z ogródka ubłoconą poduszkę. Kiedy zamordował ją już na śmierć, a my zdążyłyśmy pozamykać drzwi, otworzył wszystkie ponownie i tym razem przytruchtał z piłeczką tenisową. Można ją było poznać tylko po wielkości, bo była całkiem łysa, a łysina miała kolor ziemi. Piłeczka zaraz wturlała się pod moje łóżko. Garet obejrzał się na nas, a nie widząc żadnych przejawów dobrej woli, przewrócił oczami, westchnął i zaczął wciskać się jej śladem. Nogi mu się rozjechały i ostatecznie dokonał tego leżąc na boku. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Zanosi się na spokojny wieczór – zagadnęłam pogodnie, bo pies utknął pod łóżkiem i wyglądało na to, że już tam zostanie. Prawie się odprężyłam, gdy spod łóżka wydobył się gorączkowy chrobot. Za chwilę pojawił się czarny pysk zaciśnięty na odrażającej piłce. Za nim wychynęła reszta głowy z dramatycznie wybałuszonymi oczami. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Przygotuj muskuły – uprzedziłam Kaję. –Trzeba będzie podnieść łóżko, bo się oskalpuje. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-O Boże, oczy mu wypadną![/FONT] [FONT=Times New Roman]-To mu włożysz z powrotem. Nawet nie zauważy... [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet, sapiąc w desperacji i żłobiąc pazurami rowki w deskach, wyczołgiwał się na zewnątrz. Uparty jest jak szatan, więc w końcu mu się to udało. W nagrodę podzieliłam się z nim kanapką z pleśniowym serem. Zjadł ze smakiem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Widzisz? Pies wie, co dobre...[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Fuj, obrzydliwi jesteście obydwoje![/FONT] [FONT=Times New Roman]Poprawił sobie muesli z miodem, ze dwadzieścia razy otworzył wszystkie drzwi, opędzlował kotom chrupki, wrzucił mi podstępnie do łóżka zmymłaną kość, przyniósł sobie z łazienki mój polar i podścieliwszy go sobie na fotelu, ułożył się do snu. O północy chrapał, aż szyby w oknach drżały. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dziś byłam na ostatnim szkoleniu w Krakowie. Ćwiczyliśmy rozliczanie wniosków. Towarzyszyły temu chóralne jęki i pełne udręki westchnienia. Ci, którzy nie spali, narzekali, że to najgorsze zajęcia. Kompletnie nie mogłam zrozumieć, dlaczego. Wszystko wydawało mi się jasne i oczywiste, a liczne zadawane pytania kompletnie idiotyczne. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ty to już skończyłaś? Wszystko? – zdziwiła się Dorota, patrząc na mnie załzawionymi z otępienia oczami. –Widzisz, odkryłaś swoje powołanie! Ty nie jesteś artystką, tylko księgową![/FONT] [FONT=Times New Roman]Wzdrygnęłam się nerwowo. Co jakiś czas uaktywnia mi się rodzinny gen ekonomistów, ale jest to tak obce mojej duszy, że wypieram z całych sił. Zdołałam nawet wszystkim wmówić, że mam rodzaj dysleksji arytmetycznej. I sama w to mocno wierzę. Księgowa, też coś. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Popołudnie wciąż było pogodne. Opadłe liście pachniały gorzkawo-słodko, klony jarzyły się wszystkimi odcieniami żółci. Olgerda jak zwykle nie poznałam, ale przez tyle lat już się do tego przyzwyczaił. Swego czasu bawiliśmy się świetnie w tej samej redakcji. Teraz holował do domu siedmioletnią córkę i kilkunastomiesięcznego synka. Tymon dreptał, zataczając się jak po długotrwałym nadużyciu. Co parę metrów przewracał się, pozwalał się podnieść i otrzepać Martynie, po czym, nie zmieniając pogodnego wyrazu twarzy, niezrażony, ruszał ku kolejnemu upadkowi. Wańka – wstańka. Olgerd pochwalił się, że wypowiedział już pierwsze słowo. –Daj![/FONT] [FONT=Times New Roman]-No proszę, osobowość nowoczesna! – ucieszyłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A ty? Ze szkolenia? Menedżer funduszy unijnych? – Olgerd spojrzał na mnie ze zgrozą. –Po co ci to?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wiesz, system kształcenia ustawicznego – wymamrotałam zawstydzona. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-A, wiem, ty należysz do tych, co to ciągle się uczą...[/FONT] [FONT=Times New Roman]-I nic z tego nie mają.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Właśnie to miałem powiedzieć.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Tymon, wsadzony do wózka, popadł w głębokie zamyślenie. Żując własne wargi i patrząc spod daszka czapki chmurnym, nieruchomym wzrokiem, rozwiązywał ważkie problemy egzystencjalne. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Pożegnaliśmy się, Olgerd zapewnił, że jeśli usłyszy o jakiejś sensownej pracy, da mi znać. Wyraźnie wypogodniał, kiedy okazało się, że za pół etatu dostaje więcej, niż ja za cały. A za drugie pół, mało absorbujące, o wiele, wiele więcej. Ech.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Przed drzwiami wejściowymi złapałam się za klatkę piersiową. Aaaaaa!!! Jeśli to nie omamy wzrokowe, to mam zawał. Z ziemi spoglądała na mnie urodziwa, choć chmurna twarz. Mimo, iż nikt by się tego teraz nie domyślił, niespełna trzydzieści lat temu należała do mnie. Teraz, patrząc morderczym wzrokiem, leżała u moich stóp przyklejona do czegoś, co po dłuższych, drżących oględzinach rozpoznałam jako mocno sponiewieraną, wewnętrzną stronę okładki swojej legitymacji ubezpieczeniowej. Legitymacji, która będzie mi potrzebna we wtorek rano. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Podniosłam amputowany kawałek dokumentu i ciężkim krokiem weszłam do domu. Garet wyskoczył, tryskając radością, z wełnianą poduszką w zębach. Jednak to, co ze mnie emanowało, ostudziło jego zapał. Przytomnie wycofał się na bezpieczne pozycje. Poduszki z pyska nie wypuścił, pewnie na wszelki wypadek wolał mieć jakiś bufor. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Czy wiesz, co to jest? – zapytałam ponuro Kaję, która z niewyraźną miną wpatrywała się w dowód rzeczowy.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Twoja legitymacja?... – wykrzywiła się, jakby bolały ją zęby. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Bingo. Moja cholerna, pieprzona legitymacja, a raczej to, co z niej zostało. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-W ogródku znalazłam szczątki i właśnie tak mi się wydawało, że to będzie coś takiego. Przyniosłam je... Ale skąd ta okładka wzięła się przed domem?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Z tej złośliwej, wrednej, czarnej mordy. I co ja teraz zrobię? Ten potwór niszczy wszystko. Teraz zabrał się za niszczenie mojego życia! Mam tego dość.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Spróbuję to posklejać – powiedziała uspokajająco Kaja z mocno powątpiewającym wyrazem twarzy. Stosik zabrudzonych ziemią skrawków nadawał się akurat do zrobienia kolażu. Dla masochisty. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Nie wiadomo, kiedy czarny potomek wszystkich szatanów poszatkował legitymację. Ukradł ją z koszyka stojącego na parapecie w kuchni, gdzie chyba wyfrunął. Był sam w domu przez mniej więcej godzinę, kiedy przyjechał Marek i zawiózł Babcię i Kaję na cmentarz. Ale był dosyć zajęty, bo robił remanent w ubraniach, przesunął stolik, zrzucił telewizor i rozbił nową doniczkę mojego ulubionego kwiatka, który wygląda jak sitowie powykręcane przez artretyzm. Telewizor padł na twarz, ale jakimś cudem na razie działa. Mamy tylko ubytek obrazu z lewej strony ekranu, gdzie pojawiła się plama w kolorze wiosennej zieleni. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Do wieczora Garet schodził mi z drogi. Ignorowałam go z kamienną konsekwencją. Kaja zajęta była robótkami ręcznymi. Czyściła i kleiła coś, co przypominało wydzieranki zrobione przez liczną grupę wyjątkowo niechlujnych przedszkolaków. Ilekroć na nią spojrzałam, robiło mi się ciężko na duszy i na żołądku. Najwyraźniej są położone blisko siebie. Za to przestępstwo Garet powinien dostać dożywocie u „maluchów”, w przedszkolu, które dziesięć razy dziennie mijają pielgrzymki. To jedyne, czego śmiertelnie się boi. [/FONT] [FONT=Times New Roman]W nocy też byliśmy w separacji. O trzeciej rano w milczeniu wypuściłam go przez piwnicę do ogródka. Wrócił mniej więcej po godzinie, kiedy już zamierzałam wyruszyć na poszukiwania. Mokry i ubłocony. Wskoczył na fotel i stanął na głowie, rozpoczynając wycieranie. Zanim wróciłam z łazienki, musiał dojść do wniosku, że lepiej wytrze się o moją pościel, bo zastałam łóżko w takim stanie, jakby dwa słonie tańczyły w nim twista, kręcąc każdą nogą w innym kierunku. Pies leżał na fotelu i głośno chrapał. Rzuciłam mu mordercze spojrzenie i zauważyłam domykającą się pospiesznie ćwiartkę oka. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Wróciłam do łóżka. W tym momencie obudziła się Perła i włączyła sygnał dźwiękowy. Latała po całym domu i miauczała, a Garet za nią. Kiedy wprawił się w stan histerycznego podniecenia, zaczął tubalnie szczekać na swoje omamy słuchowe. W tych sprzyjających warunkach zdołałam się na chwilę zdrzemnąć, ale obudziła mnie babcia twierdząc, że telefon nie działa, bo kabel jest odłączony, a ona musi zadzwonić do Marka, czy nie znalazł w samochodzie jej zapasowych okularów. Bo jeśli nie, to wypadły jej z torby na cmentarzu. I przepadły. Ale na wszelki wypadek Kaja będzie musiała pójść sprawdzić, bo być może Ali Baba i czterdziestu rozbójników jeszcze nie zrabowali tak cennego przedmiotu. Wylazłam z łóżka, podłączyłam telefon i wykręciłam numer. Marek obiecał Irenie, że jeśli znajdzie okulary, to oddzwoni. Już nie było warto kłaść się z powrotem. Tym bardziej, że czekało mnie solidne sprzątanie, a poza tym narastał we mnie niepokój, wymagający terapii jakimś, choćby drobnym, przemeblowaniem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zaczęłam od spokojnego rozruchu ćwiczeniami. Potomek Belzebuba radośnie skoczył do rękawów polara, ale zderzył się z moim paskudnym wzrokiem i zawrócił na fotel. Leżał tam przez chwilę mrugając uspokajająco, a kiedy uznał, że pokajał się już należycie, jednym susem dopadł mojej skarpetki, nie zważając na obecność stopy w środku. Warknęłam krwiożerczo i wygięłam się w koci grzbiet. Zanim zdążyłam opaść na futrzak, Garet już tam leżał. Tylko mu spode mnie ogon wystawał. [/FONT] [FONT=Times New Roman][/FONT]