-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
A czemuż to nasza szyba jest stale osmarkana? [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img205.imageshack.us/img205/2886/092007026dr8.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img490.imageshack.us/img490/4264/092007027mt8.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img187.imageshack.us/img187/6518/092007028kd9.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img260.imageshack.us/img260/9287/092007029ec8.jpg[/IMG][/URL] Bo nasz kiciuś urzęduje na parapecie [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img260.imageshack.us/img260/4275/092007030kg3.jpg[/IMG][/URL]
-
14.09.2007 piątek Już w dwa dni po tym, jak przez całe popołudnie oszpecałam bramę, okazało się, że cały ten wysiłek, brzemienny w koszmarny efekt, mogłam sobie darować. Kiedy wróciłam ze szkolenia, masując obolały żołądek, Irena poinformowała mnie radośnie, że pies spędził pół dnia na podjeździe u sąsiada, wyglądając przez bramę na ulicę. -Kurde, przecież to, cholera, niemożliwe! – zawyłam niedowierzająco. –To tylko obłąkany pies, a nie samolot! Nasza brama ma teraz ponad dwa, ohydne, metry! -Ale on wcale nie przeskoczył przez bramę. Przełazi gdzieś za modrzewiem. Poczekałam, aż deszcz nieco osłabnie i poszłam dokonać wizji lokalnej w towarzystwie rozradowanego Gareta. Od strony naszego ogródka nawet nie próbowałam, bo gałęzie modrzewia zwieszają się nisko, pod nim rośnie biała porzeczka, a obok pnąca róża, więc musiałabym być opancerzonym wężem, żeby pokonać te przeszkody. Przewiesiłam się przez pojemnik na śmieci i jakieś przerdzewiałe żelazne stelaże od strony podjazdu sąsiada. Za tym wszystkim rzeczywiście była dziura. Kiedy ojciec sąsiada wpuszczał do naszego ogródka rurę od rynny (zmilczałam, bo ostatecznie ogródkowi trochę wody nie zaszkodzi), oderwał siatkę od słupka, ale do głowy mu nie przyszło, żeby założyć ją z powrotem. Lekko rozjuszona udałam się do sąsiada i uprzejmie, opanowanym głosem poprosiłam o ponowne założenie siatki. Obiecał, że jego ojciec zrobi to następnego dnia. Cóż, ostatecznie przez pół dnia można Gareta nie wypuszczać do ogródka. Cóż, byłoby to realne, gdyby Irena ustawicznie nie szwendała się z jedzeniem dla obcych kotów. Garet bez trudu staranuje ją w drzwiach. Przez dwie godziny, do wieczora, moja wyobraźnia zdążyła wyprodukować kilkadziesiąt mrożących krew w żyłach wizji. Wreszcie, drżąc w padającym deszczu i od męczącej mnie, tajemniczej gorączki, wytaszczyłam z piwnicy dużą płytę meblową i sapiąc z wysiłku, wetknęłam ją za siatkę, żeby zasłoniła dziurę. Cóż, dla mnie byłoby to wystarczające zabezpieczenie, ale tu chodziło przecież o Gareta. Musiałam to zasłonić czymś jeszcze od strony podjazdu. Rozejrzałam się wokół – podjazd z obu stron otaczają zwały różnego rodzaju śmieci. Powinnam bez trudu coś wybrać z tego szerokiego asortymentu. Wypatrzyłam ciężką, żeliwną płytę stanowiącą niegdyś właz do piwnicy. Wyglądała doskonale, szkopuł w tym, że nie byłam w stanie nawet oderwać jej od ściany. Wizja Gareta pod kołami tira uruchomiła we mnie niespodziewane rezerwy. Plując niezrozumiałymi przekleństwami przez trzymaną w zębach latarkę, wlokłam płytę w kierunku siatki. Gdyby nie okulary, pewnie by mi oczy wypadły. Dotaszczyłam ją wreszcie na miejsce i przez chwilę charczałam na klapie pojemnika na śmieci. Garet z łagodnym zaciekawieniem przyglądał się moim poczynaniom od strony ogródka. -Ty obłąkany sukinsynu… - wymamrotałam bezsilnie. –Ja kiedyś przez ciebie życie stracę… - w odpowiedzi mrugnął bardzo poważnie, nastawił uszy w trójkąt i pomerdał ogonem w gałęziach modrzewia. Płytę na wszelki wypadek docisnęłam dwoma ogromnymi kawałami gruzu. No, teraz ruszyłby to tylko buldożer. Poszłam spać znacznie spokojniejsza, choć nawet mimo kojącej obecności Kolesia zasnąć nie mogłam, bo fatalnie się czułam i bolał mnie żołądek. Następnego dnia wyszłam ze szkolenia już w czasie pierwszej przerwy na kawę, bo po wypiciu małej filiżanki skosił mnie tak silny ból, że zrobiło mi się słabo. Mimo dwóch tabletek no-spy z trudem dowlokłam się do przychodni. Mój ukochany lekarz rodzinny spojrzał na mnie przyjaźnie krwiożerczym wzrokiem. -Za dużo surowizny i ostrych przypraw! -Hm… - ostatnio faktycznie odżywiałam się głównie kiszonymi ogórkami, pomidorami, piklami w zalewie curry i serem feta z duża ilością pieprzu oraz ciasteczkami kokosowymi. -Mocna herbata! -Hm… -Za dużo kawy! -Może trochę… - szepnęłam potulnie. Przecież mu nie powiem, że wypijam litr dziennie. Chociaż ostatnio przestała mi smakować. -Ostry nieżyt żołądka! – wrzasnął życzliwie wyjmując palce z moich powłok. Pogawędziliśmy przez kilkanaście minut i pożegnaliśmy się z wielką sympatią. -Wszystkiego dobrego! – ryknął groźnie na do widzenia. Po oddaniu połowy swojej krwi na badania biochemiczne polazłam do domu, po drodze zaopatrzywszy się w kości cielęce dla Gareta. Okutana byłam w kaszmirowy golf, takiż szal i wełnianą pelerynę, ale wciąż trzęsłam się z zimna, chociaż po raz pierwszy od wielu dni wyjrzało słońce. Na widok ludzi w cienkich bluzkach robiło mi się jeszcze gorzej. Postanowiłam zaraz zapalić w piecu i rozhulać go do ostatniej kreski bezpiecznej temperatury. W połowie ulicy zmiękły mi nogi, bo w odległości stu metrów dostrzegłam na chodniku jakiś czarny stosik. Nieruchomy. Na jezdni obok plastykowy pachołek ostrzegawczy. Ulicą na zbity ryj pędziły ciężkie samochody ciężarowe. Zanim dotarłam na tyle blisko, żeby stwierdzić, że czarny stos to po prostu płyty asfaltu wycięte po raz czwarty w ciągu tygodnia z okolic tej samej studzienki kanalizacyjnej, przeszłam wszystkie fazy stanu przedzawałowego, a obolały żołądek owinął mi się wokół kręgosłupa. I to szyjnego. Przed domem włosy zjeżyły mi się na głowie, bo Gareta nie było przy furtce, za to na klamce drzwi wejściowych wisiała rozerwana obroża z mięciutkiej czerwonej skórki, którą mu ostatnio kupiłam do chodzenia po domu. Na szczęście za drzwiami rzucił się na mnie Garet. Cały i zdrowy, choć bez obroży. Błyskawicznie rozerwał szponami siatkę z zakupami, strącił mi torbę z ramienia, ukradł woreczek z kośćmi, rozerwał i za chwilę skakał po fotelach, klekocząc w paszczy krwawą chrząstką, którą natychmiast rzucił na stertę świeżego prania, a kiedy ją już udeptał, porwał łopatkę i zaczął wszystko od nowa. Kiedy przesłuchałam Irenę, miałam już prawie jasny obraz sytuacji. Wychodząc do miasta zostawiła, spokojna, Gareta w ogródku i zamknęła drzwi wejściowe. Kiedy wróciła, Garet był z drugiej strony domu, pod drzwiami i bardzo ucieszył się na jej widok. Zniszczona obroża wisiała na klamce. Zrzuciłam pelerynę i świszcząc z furii poleciałam do sąsiada. Po głowie plątały mi się ostrzegawcze myśli na temat norm współżycia społecznego. W chwile później, pod moim nadzorem, sąsiad przywiązywał siatkę do słupka przy pomocy starego kabla od anteny. Uprzednio odsunął do reszty gruz i żeliwną płytę. Główną część tej pracy wykonał Garet. W międzyczasie powiadał, jak to znalazł psa na podjeździe i postanowił przeprowadzić go przed dom. Obroża podobno urwała się od razu, ale Garet wcale nie pchał się na ulicę tylko szedł potulnie przy ścianie. -Chyba, *****, zupełnie oszalałeś! Cud boski, że nie wskoczył pod samochód! -Ależ skąd, ty wiesz, jak on się boi samochodów? A potem mi jeszcze zaczął wmawiać, że Garet wcale nie przechodzi przez dziurę tylko wchodzi na studnię i przeskakuje przez siatkę. I chociaż zawlokłam go na miejsce, żeby na własne oczy zobaczył, że w tym celu musiałby podfrunąć, a następnie pokonać chwiejnym lotem dwumetrowy stalowy stojak, balię z gruzem i stos metalowych rusztowań, po to, żeby wylądować trzy metry dalej, nadal trwał w debilnym uporze. Jednego nie znoszę na równi z chamstwem – kiedy ktoś łże w żywe oczy wbrew oczywistym faktom, więc czym prędzej, hamując zgrzytające mi między zębami słowa, wyniosłam się do domu. Chryste, dlaczego ja nie mogę mieszkać na jakimś cichym pustkowiu? Garet na razie nie zdołał oderwać siatki. Nie wiem, jak długo potrwa spokój. Moje nerwy ukoiła Magda, która przyjechała po informacji, że coś dla mnie ma. Czule tuliła oszalałego z radości Gareta, kiedy wyjmowałam z torebki na prezenty… książkę Gianniego Monduzziego „Jak bronić się przed Mamusią”. Prawie popłakałam się ze wzruszenia. Zapamiętała moje rozżalenie z powodu ograbienia mnie z jedynego egzemplarza przez Artura, jakimś cudem znalazła ją w Internecie, odkupiła od kogoś i przywiozła. Próbowałam tego samego od roku, ale bez skutku. Zawsze mówiłam, że ta dziewczyna to anioł. Garet radośnie rzucał po pokoju kością z błony, którą dostał w prezencie, od czasu do czasu żebrząc o jeszcze ciepłe ciasteczko kokosowe, numer popisowy Kai. Za Magdą przyszedł Jarek, wymęczony po jakimś wernisażu i od razu rzucił się na papierosa. Garet na jego widok zemdlał, potem szybko się pozbierał i patrząc mu miłośnie w oczy usiłował wcisnąć się na kolana, jednocześnie wystawiając brzuch i zarzucając łapy na szyję. A właśnie rozmawialiśmy o tym, że Jarek uwiódł Arturową papugę, co jeszcze nikomu się nie udało. Ostatni amator skończył z opatrunkiem na palcu. Magda, patrząc wymownie na Gareta w zalotach, powiedziała, że podobno papuga Artura to samiec. Co właściwie wszystko tłumaczy. Tym bardziej, dodałam dla wyjaśnienia Kai, że ostatnio Artur i Jarek tulili się do siebie na kanapie, a Jarek zaglądał mu w dekolt. -Patrzyłem czy ma owłosioną klatę – powiedział obronnie Jarek. –Chociaż nie wiem, skąd mi się to wzięło, bo chyba nie wynikło z rozmowy o pani Hojarskiej?... Przez pół godziny prowadziliśmy dyskusję o zanikającej tradycyjnej roli mężczyzn i wynikłemu stąd ich zagubieniu. Garet, zszarpany emocjami, osunął się po nodze Jarka i zasnął z uchem na kości. Przy pożegnaniu ustaliliśmy, że spotkamy się w następny weekend u Renaty optymistycznie licząc na to, że jej ogromne psiska nas nie zeżrą. Podobno Gucio ma czasem odpały i znienacka gryzie. No, raczej nie chciałabym, żeby mnie ugryzł terier rosyjski. W takim ślicznym pysku zmieściłoby się całe moje ramię… W kilkanaście minut później przyjechał Artur. Cierpliwie i łagodnie wysłuchałam porcji złośliwości, bez złych intencji wytknęłam mu kradzież moich książek i zapytałam, czy, jeśli gra na pianinie, gra może też na gitarze? Bo chętnie byśmy na naszej imprezie posłuchali… Odparł, że na gitarze nie, za to może nam zaśpiewać i zatańczyć. Nawet na rurze. I czy może założymy zespół? Proszę, jaki dowcipny. Zapewniłam, że owszem, za tydzień założymy zespół, my będziemy w zarządzie, a on jako członek. W nocy, po kilkunastu minutach sms-owania z Magdą, ustaliłyśmy, że ja uszyję spódniczkę, a ona załatwi kastaniety albo tamburyn. A rura od odkurzacza na razie wystarczy. No i musimy wziąć aparaty. Oraz pampersy – dodała Magda. Cóż, czekam z niecierpliwością. Powinno być ciekawie. Dziś spotkałam Renatę w jej cudnym samochodzie i miałam okazję pomachać przez ogrodzenie Guciowi i Poli. Jezu, ale śliczne bydlaki. Gucio tubalnym głosem składał mi niepokojące obietnice, aż zjeżyły mi się włoski na przedramionach. Paszczę ma jak palenisko naszego pieca. Renata obiecała, że zdobędzie tamburyn, ale zadzwoni, gdy będzie pewna, kiedy jej eks-małżonek i wciąż współlokator wyjedzie na kolejne zagraniczne wojaże. Dziś, o dziwo, słońce! Nadal walczę z żołądkiem, ale temperaturę mam mniejszą i pogrzałam się trochę na leżaku, co wybitnie poprawiło mi humor. Garet spał obok, wtulony w kość od Magdy, bez której nigdzie się nie rusza. Zabiera ją nawet do łóżka. Kaja, która powinna właśnie kończyć pracę na temat stresu, nauczywszy się na pamięć całej „Wyborczej” oraz, jak sądzę, programu telewizyjnego, zaproponowała, żebym poszła z nimi na spacer. -Odprężysz się… - dodała kusząco. No, właściwie, dlaczego nie? Bardzo dawno nie byłam… Już za drzwiami wejściowymi rozochocony Garet cisnął mną o ścianę. Za furtką ruszyliśmy z kopyta. Nagle ulica wypełniła się histerycznym jazgotem. Wszystkie psy, z pianą na pysku, lewitowały nad ogrodzeniami. Garet, ogarnięty amokiem, kwiczał i kicał usiłując przefrunąć górą i złoić im skórę. Szczególnie tym trzy razy większym. Jeszcze przez długi czas gonił nas potok przekleństw. W ostatnim domu przed łąkami, kiedy sama omal nie wlazłam pod samochód ogłupiała od hałasu, do ogrodzenia podbiegło coś czarnego, na krzywych, szeroko osadzonych łapach i parskało czule przez przygryzione wargi, zezując na mnie wrogo. Garet prawie się popłakał. Kaja wyjaśniła, że to jego sympatia, która często macha im z balkonu. -A, Julia? – domyśliłam się. -Paskudna, prawda? -Szkaradna jak rzadko – zgodziłam się. –Ale co potrafi uczucie… Garet jeszcze przez kilkadziesiąt metrów szedł okrakiem. Na łąkach na szczęście spotkaliśmy tylko dwa traktory. Kaja bardzo żałowała, bo koniecznie chciała mi pokazać, co nasz pies-samobójca robi na widok innych piesków, takich średnio sześćdziesiąt kilo wagi. Odparłam pospiesznie, że nie jestem aż tak bardzo ciekawa. -O, a to jest ta łąka, po której zapierdalałam aż do tamtych domów – wskazała ruchem przewodnika majaczące na horyzoncie zabudowania – bo mój pies zniknął, ponieważ zobaczył w oddali coś tak małego, że samo nie wiedziało, że istnieje. I musiał sprawdzić, co to jest! Poskubałyśmy trochę anemicznych jeżyn i zawróciłyśmy obszedłszy całą okolicę. Garet na piętnastometrowej lince. Dzięki łutowi szczęścia udało mi się uniknąć dekapitacji. Ledwie wyplątałam nogi z linki, Kaja zręcznym ruchem zarzuciła mi ją na szyję, a w tym czasie Garet z pełną prędkością ruszył na pobliski pagórek. W dodatku musiałam się sama ratować, bo Kaja zgięła się w pół i rzęziła, że tylko chciała mi pomóc. Ciekawe jak, odcinając mi zmartwienia wraz z głową? W drodze powrotnej kolejne kilka kilogramów tynku odpadło od ścian domów, kiedy sąsiedzi gromko życzyli szczęścia naszemu wojowniczemu porostowi. Tak go to podnieciło, że na przemian usiłował oderwać nam rękawy i rzucał po pokoju kością. Irenie próbował wyrwać poduszkę spod siedzenia, aż zagroziła mu kijem do ćwiczeń. Wreszcie, kiedy urwał mi kawałek ściągacza od bluzy, tak nieszczęśliwie upadł na podłogę, że wykręcił sobie łapę. Podniósł przy tym taki lament, że po raz pierwszy od dwóch tygodni zrobiło mi się gorąco. Po intensywnej akcji ratunkowo-pocieszającej pokuśtykał na fotel i regenerował się przez pełne pięć minut.
-
-Wysmyknęła się? Gacia specjalnie wypuściła ją z tego paskudnego ryja! Hodowlę sobie zakłada, żeby miała się czym bawić w zimie! I jeszcze wystarczy uwierzyć, że zostanie w pokoju babci. Jak znam swoje szczęście, obie będą biwakować pod moim łóżkiem. Wyskakując w najmniej oczekiwanych momentach, co zapewni mi spokojny, odprężający sen – kontynuowałam zjadliwie. W parę godzin później któraś z myszy wybiegła spod telewizora i zdecydowanym truchtem podążyła do kuchni, jakby wzywały ją pilne interesy. Musiała trafić na Gareta, który padł w poprzek drzwi kuchennych, bo rozległ się rumor, potem dzikie drapanie pazurów i protest ostro szlifowanej podłogi zakończony głuchym łomotem. -Garecik, żyjesz? – upewniłam się. Żył. Przykłusował nerwowo, wskazując wszystkimi częściami ciała czające się w kuchni zagrożenie. -Wiem, mysz – powiedziałam ze znużeniem. Pół nocy minęło na polowaniu. Wnosząc z kotów, które obsiadły szafkę pod zlewozmywak i kiwały się sennie gapiąc się tępym wzrokiem w szparę, tam właśnie schroniła się mysz. Nad kotami czuwał nastroszony Garet w pełnej gotowości bojowej. Ilekroć któryś z kotów robił gwałtowny wypad w nadziei pochwycenia dostępnej w danej chwili części myszy, pies z entuzjazmem rzucał się przednimi łapami na zaskoczonego kota, w którym natychmiast wiądł duch wielkiego łowcy. Mysz zacierała suche pazurki i rechotała złośliwie. Zapewne myślała, że jakkolwiek środek transportu nie był zbyt komfortowy, ostatecznie trafiła do najlepszego ze światów, gdzie w licznym gronie pobratymców dożyje zgrzybiałej starości śledząc w lustrze z aprobatą zmarszczki pojawiające się na jej mysiej twarzy. Zanosi się na wspaniałą współpracę. Gacia będzie powiększać kolekcję, a Garet zadba o to, żeby żadnemu z eksponatów nic się nie stało. Tyle czasu w swoim pracowitym życiu jakoś wyskrobie. O ile oczywiście nie zginie gwałtownie, ku czemu dąży ze wszystkich sił. Kaja pod koniec tygodnia rozpoczęła paniczne działania związane z wrześniowym egzaminem, do którego przygotowywała się przez całe wakacje studiując wnikliwie książki Pratchetta i rozwiązując tysiące krzyżówek. W tym celu udała się do Krakowa. Kiedy wracałam z miasta obwieszona torbami, z kiełbasą w jednej i parasolem w drugiej ręce, wpadł mi w oko jakiś znajomy ruch w niewłaściwym miejscu. Przyjrzałam się uważniej i zmartwiałam. Na podjeździe sąsiada merdał całym ciałem radośnie roześmiany Garet. Rzut oka w głąb pozwolił mi stwierdzić, że drewniana brama do naszego ogrodu jest zamknięta. Wynikało z tego niezbicie, że nasz obłąkany pies, zmotywowany tęsknotą, przefrunął ponad nią i wyczekująco zerkał na ulicę typując samochód, pod który się rzucić. Wyjątkowo brama sąsiada była zamknięta, co udaremniło jego plany. -Ty cholerny idioto, coś ty zrobił!? – wrzasnęłam ze złością. Garet rzucił mi spojrzenie sponiewieranej niewinności i pytająco opuścił ogon. Do domu wpadłam w stanie ziejącej ogniem furii. Zrzuciłam mokry ładunek na podłogę w kuchni śmiertelnie przerażając drzemiącą na zabytkowym fotelu Marchew. -Mamo!!! Wiesz, gdzie ten bandyta jest?! Na podjeździe u Darka! -Jakim cudem? -Takim, że wykombinował, jak się przełazi przez bramę. Cholera, teraz już ani sekundy nie będę miała spokojnej! Oni swoją bramę trzymają otwartą, lada moment wpadnie pod samochód, tym razem skutecznie! -Co za cholerny głupek! -Przeciwnie, całe nieszczęście w tym, że jest zbyt inteligentny… -Skaranie boskie z tym psem… Łomot na schodach od piwnicy świadczył o tym, że skaranie boskie nadbiega uszczęśliwione, aby dokonać powitalnej demolki. I o tym, że pokonało tę samą drogę powtórnie, najwyraźniej bez uszczerbku na zdrowiu, a szczególnie na dolnych partiach ciała, dzięki czemu wieczorne rytuały nie ulegną zmianie. Dziś całe popołudnie spędziłam z wkrętarką i piłą w ręce, mocując do bramy konstrukcję z listewek. Dlaczego, naiwna idiotka, myślałam, że brama wysokości metr sześćdziesiąt wystarczy?! Taka ładna była… - myślałam z rozżaleniem. Bliższe oględziny wykazały, że zanim Garet przeskoczył górą, usiłował przeszkodę zeżreć, co mu się w znacznym stopniu udało. Jedna sztacheta była praktycznie przegryziona na pół, pozostałe lekko nadpiłowane. Spod ciemnobrązowego drewnochronu wyłaziły jasne drzazgi zmasakrowanego drewna. Resztę urody straciła, kiedy uznałam swoje dzieło za ukończone. Trzymało się dość solidnie, a brama osiągnęła wysokość ponad dwóch metrów. Realnie oceniam swoje możliwości i zawsze mówiłam, że w pracach wymagających precyzji jestem kiepska. Konstrukcja złożona z ciemnobrązowych, ozdobnych sztachet stanowiących bazę i jasnych listewek w formie nadbudowy, wyglądała dość osobliwie. Chociaż się starałam, krata z listewek zataczała się we wszystkich kierunkach, rozpaczliwie wyciągając w zachmurzone niebo różnej długości palce. Ściśle mówiąc, każdy był innej długości. Sprawiała wrażenie tworu Robinsona Crusoe, wykonanego w ataku malarii, mglistą nocą, z kawałków drewna znalezionych na plaży, przy pomocy sękatego konara i trzciny. Moje umiłowanie piękna zasłoniło rozpaczliwie oczy i wyjąc wpełzło do kąta. Irena wykazała się wyjątkową wyrozumiałością. -Nie szkodzi. Najważniejsze, że znowu można go wypuszczać do ogródka. W piątek Kaja powtórnie wyjechała, Irena poszła do miasta, ja też musiałam wyjść, żeby zdobyć gdzieś druk delegacji, w przeciwnym razie musiałabym jechać do pracy, bo od poniedziałku zaczyna mi się tygodniowe szkolenie. Zamierzałam kupić w centrum obsługi biur cały bloczek druków i w ten sposób uniknąć kombinowania, którego ze znajomych napaść w pracy. Niestety, to chyba jedyny artykuł biurowy, jakiego nie było. Na stoisku dla plastyków odnowiłam zapas farb i uświadomiłam sobie, że tuż obok pracuje Jarek. O ile jest w pracy. Wyjęłam komórkę i przez zachlapane deszczem okulary usiłowałam dostrzec odpowiednie przyciski. Udało się. Z lekkim zdumieniem wysłuchałam entuzjastycznych okrzyków radości spowodowanych moim telefonem i pokrótce wyjaśniłam, o co mi chodzi. Jarek jakby lekko się zawahał, po czym, wciąż radośnie, wyjaśnił, że niestety, jest poza pracą, a konkretnie w sanatorium na drugim końcu Polski. Zresztą podobno pisał mi w mailu, że wyjeżdża. Zdumiałam się mocno, bo jako żywo nigdy od Jarka maila nie dostałam, ponieważ nie wymieniliśmy adresów… i nagle uświadomiłam sobie, że owszem, rozmawiam z Jarkiem, ale nie z tym. Jezu, od faceta pracującego w Warszawie domagałam się druku delegacji, po który mogłabym wpaść za chwilę! Powstrzymałam okrzyk, że nie, wcale nie chciałam z nim rozmawiać i cierpliwie wysłuchałam ostrożnej rady, żeby może rzeczony druk znaleźć w Internecie… A za kilka minut byłam u właściwego Jarka i odbierałam druk. Okazało się przy tym, że nasze kolejne spotkanie dogomaniaków odwlecze się, bo w ten weekend Jarek sprawuje pieczę nad dożynkami gdzieś w gminie, a w następny jadą do jego dawno niewidzianej mamy. Za chwilę Kaja zadzwoniła i przekazała mi parę niemiłych wiadomości, a ukoronowaniem wszystkiego był powrót do domu. Już przy furtce ponad rozszalałym Garetem dostrzegłam przez drzwi frontowe, że podłoga korytarza jest zaścielona czymś w rodzaju grubego dywanu w kolorach od kremowego do rudawego brązu, przez kilka odcieni pośrednich. Natychmiast skojarzyło mi się to z moimi wierzchnimi okryciami, co wydawało się niemożliwe, jako że wisiały ukryte w wąskiej szparze pomiędzy szafą i ścianą, zasłoniętej dodatkowo komodą. Sama mam problemy, żeby tam sięgnąć. Wyglądało na to, że Garet nie miał. Rycząc jak obłąkany byk chwyciłam naręcze strzępów. Przez palce przesypywały mi się kawałki jedwabnych poszewek, lnu i kaszmiru. Wciąż wrzeszcząc, wpadłam do kuchni. Garet wcisnął się w fotel i dygotał zszokowany, gotów gorliwie przytaknąć, że wszystko jest FE! Tylko ostatnio kupiona kurtka z jedwabistego zamszu ocalała. Z pozostałych mogłam sobie na pamiątkę zachować guziki, gdybym koniecznie chciała. -To niemożliwe, żeby on to stamtąd wydostał – upierała się Irena. –Musiałaś to zostawić na wierzchu. -Jasne, ułożyłam rzędem na podłodze, żeby nie musiał daleko szukać. -Bo na jaką zarazę był ci potrzebny ten pies! Tylko nerwy człowiekowi zżera! Same kłopoty przez niego! -A skąd mogłam wiedzieć, że trafi mi się obłąkany? -To twoja wina, bo on nie był wychowywany jak zwierzę tylko jak dziecko! Cały czas na rękach, na kolanach i setki zabawek do gryzienia! To teraz masz. W pokoju oprócz zrzuconych z parapetu kwiatków i mocno smarkanej szyby żadnych zniszczeń nie było. W kuchni odkryłam zasikany róg koca okrywającego fotel, a w łazience na górze na Kaję czekała ogromna kupa. Wszystkie zachowania wynikające z lęku separacyjnego powróciły przy pierwszej naszej nieobecności w domu. Wieczorem Kaja znowu wyjechała, a my zostaliśmy bocząc się na siebie. Garet dodatkowo pojękiwał boleśnie i co chwilę wybiegał na dwór manifestując tęsknotę za Kają. Wreszcie pozamykałam drzwi na klucz, bo zimno było jak diabli. Ostatecznie wybaczyłam mu, ale i tak leżał i świstał żałośnie. O szyby dzwonił deszcz i było tak posępnie i smutno, jak tylko być może w samotny letni wieczór cierpiący na osobowość wieloraką, która chwilowo zafiksowała się na listopadzie.
-
8.09.2007 niedziela Zraz, zaraz, a gdzie jest moja ukochana pora roku? Babie lato, wstęp do złotej polskiej jesieni? Ja rozumiem, że kiedyś trzeba ten ładunek wody zrzucić, ale dlaczego realizować plan pięcioletni w ciągu dwóch tygodni? Wczoraj zauważyłam, że pomiędzy palcami rosną mi błony pławne. To wszystko dlatego, że wolne dni zamierzałam przeznaczyć na utrwalanie opalenizny. W rezultacie zajęłam się redukowaniem zawartości szafy wynosząc letnie rzeczy na strych, a te, które zrobiły się za duże, do pojemnika PCK. Na wszelki wypadek wolę ich nie zostawiać, bo a nuż mój sprytny organizm postanowi się do nich z powrotem dopasować… W przerwach, dla rozrywki, paliłam śmieci, bo wejście do piwnic stało się problemem, a poruszanie po nich coraz bardziej niebezpieczne. Po trzech godzinach takiej działalności w domu robiło się przyjemnie ciepło, a ja byłam kompletnie zaczadzona i wglądałam jak siwy Murzyn po szychcie. W dodatku wąsaty. Jezusie, nie tylko mam wąsy, ale całą twarz mam obrośniętą jak szympans! Hirsutyzm czy co? Czemuż mi te włosy nie rosną, jak Bóg przykazał, na przykład na nogach? Kaja usiłowała mnie pocieszyć, że każdy normalny człowiek ma jasny meszek na twarzy. Zwykle niewidoczny, ale jak osiądzie na nim sadza… -Meszek? – zawyłam, wpatrując się przez zasmolone okulary w lustro. –To jest sierść! Jakby to było brązowe albo czarne, to miałabym mordę jak Garet! Zaległości w piwnicy zrobiły mi się, ponieważ miałam idiotyczną nadzieję, że w ciągu trzech miesięcy wakacji zrobi to Kaja. Nie mogę powiedzieć, przez ten czas dziewczyna przepracowała solidnie ze cztery dni. No, niech będzie tydzień, tak awansem. Zresztą nie wiem, czego się czepiam, spodziewałam się jakieś cudownej przemiany charakterologicznej? W gruncie rzeczy najważniejsze dla mnie było to, że w tym czasie zajmowała się Garetem, który prawie znormalniał, wyjąwszy wieczorne ataki popędu seksualnego. Na to nie ma żadnej rady. Zaczyna się zawsze od wełnianej poduszki babci. Cyk, cyk, cyk, stukanie pazurów i pojawia się nasz pupil z miną Susie, uszka ściągnięte do tyłu, myśliwskie policzki rozlane wdzięcznie na całej szerokości poduszki, w ogromnych, rzewnych oczach wyraz nieśmiałej nadziei z domieszką desperackiego uporu. Wspina się z poduszką na kanapę i zastyga niewinnie jak psi odpowiednik Piaskowego Dziadka, a wtedy Kaja gwałtownie wyrywa mu zdobycz. Czyni to samo z każdą następną, układając je rzędem na najniższym regale z książkami (-Później to odniosę.). Pomysłowość Gareta jest niewyczerpana, a z każdym następnym przedmiotem moja złość rośnie w postępie geometrycznym, bo wiem, że kiedy obudzę się następnego ranka, na regale, nad moją głową, nadal będą tkwić, stłoczone jak w poczekalni u okulisty: poduszki, maskotki, skarpetki, sznurówka, bluza od dresu, jakaś część bielizny i jeszcze parę innych fajnych rzeczy. Może się też zdarzyć, że Koleś w przypływie fantazji, w drodze z mojego łóżka, zechce poćwiczyć taternictwo i cały ten majdan z hałasem zleci. Koleś od dwóch miesięcy wiernie sypia na moim łóżku. Telewizor odstąpił Gaci. Zaczął od układania się na moim brzuchu. Nieważne, jakich akrobacji dokonywałam w nocy, jeśli spadł, wdrapywał się tam z powrotem. Po odpracowaniu całego rytuału z mamlaniem swojego podbrzusza, ugniataniem i ogłuszającym mruczeniem wtulał się i zasypiał na nowo. -Ożenił się ze mną, a ja nie zauważyłam? – zapytałam zrezygnowana po imprezie u Magdy i Jarka, kiedy ponad wszystko pragnęłam położyć się na boku. -A może mam raka? – spekulowałam następnej nocy. No dobra, czas wybrać się do ginekologa po kilkuletniej przerwie. Długi czas miałam wymówkę, bo specjaliści strajkowali, ale niestety, strajk się skończył. Na swoje nieszczęście jestem typem strusia. Wetknąć tchórzliwie łeb w piasek, przeczekać, a samo zniknie. A jeśli nie zniknie, to sprawa i tak jest beznadziejna. Nic to, że nieprzyjemne uczucie depczące po piętach jest stokroć gorsze niż jakakolwiek pewność. No, ale Koleś… Kolejnego dnia późnym popołudniem wracałam do domu ze skierowaniem do szpitala w torebce. I wrażeniem, że wszystko dzieje się obok mnie. Słońce łagodnie świeciło, zapach rozgrzanego kurzu mieszał się wdzięcznie ze smrodem spalin, a mnie nie chciało się nawet przejść przez ukochany stary cmentarz prawosławny, na którym nieodmiennie doznaję wspaniałego uczucia wyciszenia i ukojenia. Na zmianę z przemożną chęcią mordu, gdy widzę nowe dewastacje dokonane przez debilnych troglodytów działających beztrosko niemal na progu komendy policji. Chociaż ostatnio policja przeniosła się do nowego, wypasionego gmaszyska wielkości Pałacu Kultury w odległej dzielnicy, co zresztą nie ma nic do rzeczy. Równie dobrze mogliby okopać się na Księżycu. Byliby tak samo dostępni. Koleś spędził kolejną noc na moim brzuchu, a ja kilka następnych dni grzebiąc w Internecie. Choć mam słabo rozwinięty instynkt samozachowawczy, to nie na tyle słabo, żeby iść akurat na ten oddział w naszym mieście. Przynajmniej nie w stanie pełnej świadomości. No, taka pełna to może nie była, zważywszy na to, co w międzyczasie wyprawiałam. Próba wyjścia z domu bez spódnicy, na szczęście udaremniona przez ryczącą ze śmiechu Kaję, kwiczącą, że gdyby Artur to zobaczył, nie dałby mi spokoju do końca życia, to był zaiste drobiazg. Ostatecznie skorzystałam z miejsc NFZ-owskich w prywatnym krakowskim szpitalu i zostałam wpisana do kolejki oczekujących. Oznaczało to jeszcze pięć tygodni robienia piramidalnych głupstw w stanie umysłu godnym zombi. Na szczęście mój buntowniczy duch ocknął się. Przede wszystkim przed laty obiecałam sobie solennie, że narkozie poddam się tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia. To było po tym, jak pozbywszy się woreczka żółciowego postanowiłam zakończyć tę farsę i zamiast wrócić do pochlastanego ciała zaczęłam dziarsko podążać w stronę światła. A raczej w stronę ciemności, bo żadnego światła nie pamiętam. Ale może dlatego, że nie miałam okularów. A teraz mam się na to zdecydować co najmniej raz, jeśli nie dwa? Najpierw w celu wycięcia zmiany oraz pobrania materiałów do badań, a po otrzymaniu wyników być może w celu bardziej radykalnego zabiegu? A w życiu. Nikt mi nie będzie wmawiał, że w dwudziestym pierwszym wieku nie da się zastosować, przynajmniej w pierwszej fazie, znieczulenia miejscowego. A z całej dostępnej śluzówki niech faceci w celu diagnostycznym obdzierają siebie. Nawet im mogę zaprojektować łyżeczkę w kształcie szydełka z ostrą kryzą. Założę się, że wtedy by się okazało, że jest to zabieg tak obciążający dla organizmu, że należy go wykonywać jedynie w ostateczności. Po tygodniu okładów z Kolesia, solidnego studiowania teorii i intensywnej pracy umysłowej wróciłam do mojej ginekolog i przedstawiłam jej swoje wnioski. Może nieco chaotycznie, ale zrozumiała. -Ja to pani zrobię – powiedziała po prostu. W gruncie rzeczy miałam taką nadzieję. Inaczej człowiek odnosi się do narządów, które posiada, a inaczej do tych, które zna głównie z atlasów anatomicznych. Umówiłyśmy się za tydzień. Koleś dzielnie leżakował na moim brzuchu, a w ostatnich dniach przeniósł się w swoje ulubione miejsce, w zgięcie kolan. Nie wiedziałam, jak to zakwalifikować. No i wreszcie chwila pełna napięcia. Szczęk narzędzi, chwila ciszy, z mojej strony intensywny kontakt wzrokowy z sufitem… Dziwne, ale jakoś nie czułam zdenerwowania. -Ale tu nic nie ma… Czyściutko. -Co? -Ani śladu. No chodź, sama zobacz! – To naturalnie było do koleżanki w sąsiednim pomieszczeniu, bo gdybym nawet była joginką, zajrzenie sobie w drugi koniec przekraczałoby moje możliwości. -Rzeczywiście. Nic nie ma. -Szyjka gładziutka jak u dziewczynki. Na fali euforii, w jakiej się znalazłam, nie przeszkadzała mi nawet ta zbiorowa kontemplacja. Zawołajcie jeszcze tych z poczekalni, im więcej świadków, tym lepiej. Rzuciłam sufitowi spojrzenie pełne głębokiego uczucia i z wdziękiem lekko zreumatyzowanej łani zeskoczyłam z fotela. Uściskałam swoją lekarkę, która broniła się, że przecież nic nie zrobiła. -Jak to nic, potraktowała mnie pani jak człowieka – zaprzeczyłam radośnie. Założyłam buty, w ostatniej chwili przypomniałam sobie o reszcie garderoby i wyszłam zwycięskim krokiem. Za chwilę załomotałam w samozatrzaskujące się drzwi, żeby odebrać swoją torebkę. Materiały z rutynowych badań powinny być gotowe za dwa tygodnie. Czyli w gruncie rzeczy jeszcze wszystko może się zdarzyć, ale na razie jest wspaniale. Przez miasto maszerowałam z szerokim uśmiechem na twarzy i guzik mnie obchodziło, że wyglądam trochę dziwnie. Po drodze kupiłam koci przysmak w cenie kawioru, opakowany jak biżuteria, który kiedyś Kolesiowi bardzo smakował. Oraz kawałek suchej kiełbasy dla Gareta, który zawsze wtykam mu przy furtce, żeby nie rozerwał mnie na strzępy. Nie zważając na psa, który demolował kuchnię z kiełbasą wiszącą z pyska jak przeżute cygaro, ryknęłam pełną piersią: -Gdzie jest mój uzdrowiciel?! Gdzie jest Koleś?! – w międzyczasie nieco chaotycznie wyjaśniałam, o co chodzi. Dopadłam Kolesia na fotelu w pokoju Ireny, chwyciłam wielkie, rozespane cielsko i uściskałam serdecznie. Zanim zdążył wpaść w panikę, zaserwowałam mu ulubione danie, które zjadł do ostatniego włókienka i ostatniej kropli sosu. Po wszystkim przeciągnął się z godnością, mrugnął do mnie uspokajająco ślicznymi oczami i wolnym krokiem odmaszerował kontynuować drzemkę. Od tej pory Koleś nadal śpi ze mną każdej nocy, ale układa się w zgięciu kolan, jak dawniej. Chociaż gdy dziś rano obudził mnie telefon od Artura, znowu spał na moim brzuchu?… Podobno pojawiają się znaki wróżące ciężką zimę. Jarek mówił coś o trutniach, Artur o bocianach, ale nie słuchałam uważnie, bo ani na jednych ani na drugich się nie znam. Widzę za to, że Garet obrósł prawdziwym materacem, a koty już od sierpnia pracują nad osiągnięciem kształtu idealnego, czyli kuli. W dodatku zadbały o rozrywkę na długie zimowe wieczory. Pewnego dnia spod półki pod telewizor, na którym smacznie spała Gacia, wyluzowanym krokiem wymaszerowała brunatna mysz. Gapiliśmy się z Garetem osłupiali, jak przystaje, obrzuca nas pogodnym spojrzeniem i podejmuje dziarską wędrówkę w kierunku uchylonych drzwi. Pierwszy ocknął się Garet. Runął z kanapy, po krótkiej acz dramatycznej walce złapał przyczepność i popędził za intruzem, waląc głową w regał na zakręcie. Na ten hałas Gacia lekko uchyliła zielone oko. -Może ruszyłabyś to swoje tłuste dupsko? W domu jest mysz. Wiesz, takie małe, szybko biega i normalne koty to łapią… Gacia bez uprzedzenia opuściła żaluzję z powrotem. No jasne. Scena jak sprzed lat. W jednym kącie leży wielki pers, w drugim wielki owczarek podhalański i leniwie przyglądają się, jak Irena z miotłą w ręce goni po kuchni mysz. -Mamy w domu mysz – poinformowałam Kaję, wchodząc do łóżka. –Stacjonuje pod telewizorem. Może wpłynęłabyś na swoje futrzaki, żeby się nią zajęły? W wolnej chwili pomiędzy jedzeniem, sikaniem i spaniem?… Kaja w odpowiedzi zaćwierkała czule do grzejącej się na telewizorze Gaci i wróciła do oglądania filmu. -O, myszka! – usłyszałam po kilkunastu minutach. –O, zagląda pod twój obrazek! O, przegląda się w lustrze! Jaka urocza! O, weszła pod zegar! -O, o, o, jakie to, kurde, czarujące! Po domu plącze się dziewięć kotów i pies oraz jedna mysz alpinistka. Która jak już poprzegląda się w lustrze może zechce w nocy opaść mi z parawanu prosto na twarz – warknęłam. –Co spowoduje, że obiorę kierunek przeciwny – do sufitu. -Mamuś? Wiesz, nie chcę cię denerwować, ale chyba mamy w domu dwie myszy – oznajmiła Kaja następnego popołudnia. –Tamta była brązowa, prawda? No to ta jest szara. Wysmyknęła się Gaci… Przyniosła ją z ogródka i wypadła jej z buzi w pokoju babci.
-
Artur powitał nas w towarzystwie swojej współpracownicy, Madzi, subtelnej, słodkiej istoty, co wzbudziło we mnie paskudne podejrzenia, że na swój sposób poradził sobie doskonale, a pudełka z pizzą, które ściskał w objęciach, to tylko preludium. I miałam rację. Stół w salonie aż się uginał, przy czym przekąski najwyraźniej były dziełem delikatnych rączek Madzi, bo nie miały nic wspólnego z kategorią „wrzątek + sól”. Moi towarzysze chwilowo byli wyłączeni z obiegu, usiłując zapanować równocześnie nad wytrzeszczem, rozbieżnym zezem i opadem żuchwy. -Jeeezu, tu jest jak w muzeum! – jęknęła nabożnie Magda, której ogromne, smoliste oczy przybrały zupełnie nierealne rozmiary. Ja większość już widziałam, a że wolę kameralne wnętrza, zmagałam się jedynie z natrętną myślą „Chryste Panie, kto to sprząta?!”. W upiornej wizji ujrzałam jakąś hipotetyczną Arturową żonę, powiedzmy, za dziesięć lat. Drżący szkielet, wycieńczony pracą zawodową, gotowaniem posiłków i uprawianiem ogrodu, w trzydziestej szóstej godzinie doby polerujący miękką ściereczką marmury i udręczonym wzrokiem spoglądający na hektary czekających na umycie okien. Usłyszałam bolesny jęk. Jęk okazał się pochodzić z rzeczywistości, a nie z mojej wyobraźni. Uderzona strasznym obrazem cofnęłam się odruchowo i wlazłam twardą podeszwą na palce stojącego tuż za mną Jarka. Nie moja wina, że głupek znowu zdjął buty, chociaż temperatura w pałacu oscylowała niebezpiecznie blisko zera. Przez pół godziny miałam potem wyrzuty sumienia, chociaż pocieszał mnie, że przed chwilą Magda zmiażdżyła mu drugą stopę, więc teraz ma równowagę. Artur w roli przewodnika czuł się jak ryba w wodzie. Zresztą nie wiem, czy jest jakaś rola, w której tak się nie czuje. Doczekałam wreszcie momentu, gdy wycieczka zawędrowała do apartamentu pana domu, natychmiast wypatrzyłam niewielką półkę z książkami i padłam przy niej na kolana. -No proszę, my tu oglądamy zabytki, a Joanna od razu poleciała do książek! -Jasne, że poleciałam, może uda mi się wreszcie odzyskać moje! – wymamrotałam, łapiąc drapieżnie Barley’a i rozglądając się gorączkowo za Monduzzim. Nie jestem ani skąpa, ani drobiazgowa i setki książek rozdaję, ale nie te, których nigdzie już nie można kupić, a do których jestem przywiązana. -Oddaj, to moje! – wrzasnął Artur, porzucając papirusy. -A w życiu! O, tu jest podpisana! – postukałam palcem w wewnętrzną stronę okładki. -Jak już coś tu się znajdzie, to jest moje! -Możesz sobie pomarzyć. Na pewno już żadnej ulubionej książki ci nie pożyczę, a teraz jeszcze oddaj mu Monduzziego. -Nic ci nie oddam! Pobieżna inspekcja to było za mało, musiałabym wszystko wywalić na podłogę, więc z żalem zrezygnowałam w nadziei, że może jednak w kamiennym sercu Artura obudzą się jakieś zmumifikowane resztki sumienia. Łagodna Madzia patrzyła na mnie ze zdumieniem, więc wyjaśniłam, że Artur wyparł się zawłaszczenia moich ulubionych książek, cieszę się z odzyskania jednej, ale Monduzziego „Jak bronić się przed mamusią” nie mogę odżałować. Nie wiem, po co mu to pożyczyłam, przecież i tak nie zamierza… A teraz pewnie uważa, że skoro dziesięć lat minęło, to jest jego, przez zasiedzenie… Madzia uśmiechnęła się pod nosem i obiecała, że przy okazji rzuci okiem. Ostatecznie pożyczyłam jej „Niebezpieczny sport”, a teraz się gryzę, czy dobrze zrobiłam? Bo może okaże się lojalna wobec swojego okrutnego pracodawcy-tyrana? Przyjaźń polega na tym, że kocha się kogoś pomimo jego wad. Wierzcie mi, z Arturem to ciężkie doświadczenie. Trudno go nie kochać, ale kochać też niełatwo. A na przykład przy Magdzie żadnych rozterek, bo to chodzący anioł. -No jedzcie!!! Czemu nic nie jecie?!!! – wrzeszczał Artur, gromiąc nas rozjuszonym wzrokiem. Nie mogliśmy mu odpowiedzieć tym samym, bo z powodu zaawansowanych procesów trawiennych nasze organizmy przeszły na tryb awaryjny, a pozbawione krwi mózgi zaowocowały niemrawą tępotą oblicza i szklanymi spojrzeniami. Ewakuowaliśmy się na zimny taras na papierosa. Lampki solarne świeciły, koniki polne chrzęściły oszronionymi skrzydełkami, a obok, na ścianie, ciurkał uruchomiony przez gospodarza mosiężny zabytek. Dość długo spekulowaliśmy, co to jest, ja skłaniałam się ku opinii, że pisuar, z jakiegoś powodu zaopatrzony we wścibską twarz. Ostatecznie okazało się, że z zaokrąglonych ust tejże twarzy ciurka woda, co jak sądzę, nie wyklucza wykorzystania miski w innym celu. Raczej nawet ułatwia. Drżąc z chłodu wymienialiśmy się wrażeniami. Byłyśmy właśnie z Magdą przy marmurowych schodach prowadzących na piętro. Stwierdziłam, że na samą myśl o nich pocą mi się ręce, bo wyobrażam sobie, że pierwszego rozespanego poranka zleciałabym z nich na zbity ryj. -Lecę bo chcę… - zanucił smętnie Jarek. Kiedy udało nam się opanować atak histerycznego śmiechu, nasunęła nam się wizja naszych psów połamanych na kawałki po pierwszej potyczce ze schodami, a potem pociętych na plasterki przez szklane blaty stolików z okazałymi orchideami. Na pociechę wyobraziłam sobie skórzane kanapy po zetknięciu z kocimi pazurami. -Jedzcie, bo zaraz podamy słodycze!!! – pastwił się nad nami Artur, zanim zdołaliśmy odtajać po powrocie z tarasu. Wydaliśmy zgodnie cichy, żałosny jęk. -To wszystko ma mi stąd zniknąć! – wrzasnął dzwoniąc ostrzami dwóch ogromnych noży, które niepostrzeżenie przyniósł z kuchni. -Już jemy, nie musisz aż tak – zaszemrał ugodowo Jarek, jako jedyny, który zdołał z siebie wydobyć głos. -A, nie, ja chciałem wam tylko pokazać, jakie noże kupiłem na wyprzedaży! – powiedział z lekkim zakłopotaniem Artur, podążywszy wzrokiem za naszymi spanikowanymi spojrzeniami. No, jeśli Garet ma ADHD, to co ma nasz ulubiony kolega? Po lodach z ajerkoniakiem i bitą śmietaną wysyczałam półgębkiem do Renaty, że teraz to już nie wiadomo, co podać, bo i tak tego nie przebijemy i zapytałam nieśmiało, czy moglibyśmy choć na chwilę usiąść na czymś miękkim i wygodnym. A poza tym jest mi zimno i chciałabym się do kogoś przytulić. Magda, też skurczona z zimna, zaofiarowała mi swoje kościste ramię, ale nie skorzystałam, bo istniała możliwość, że jej temperatura jest zbliżona do mojego poczucia własnej wartości, czyli oscyluje w okolicy liczb ujemnych dwucyfrowych. Na kanapach, z dala od stołu, odzyskaliśmy nieco wigoru i przez pół godziny, jakie pozostały do wyjścia, pękaliśmy ze śmiechu. Nawet mnie udało się wypowiedzieć parę pełnych zdań. Przypomniałam sobie, jak tuż przed rozwodem przez parę miesięcy mieszkałam w Krakowie i zachwalałam znajomym muzykę Zamfira jako niezwykle kojącą i harmonijną. Tak się złożyło, że w tym towarzystwie nikt jej nie znał, więc poprosiłam mojego, wciąż jeszcze, męża, żeby mi przywiózł parę taśm, co też uczynił. Jesienny wieczór rozjaśniony blaskiem świec, krąg pełnych wyczekiwania twarzy i ja, uruchamiająca magnetofon, spodziewająca się słodkich tonów fletni Pana. Pstryk! I nagle na pokój runęła kakofonia potwornych dźwięków, a ochrypły głos ryknął: „Tańcowała baba z Wickiem, wybiła mu zęby cyckiem!!!” Nigdy wcześniej ani później nie widziałam już tej miary osłupienia. Zaznaczam od razu, że mój mąż okazał się całkowicie niewinny w tym przypadku. Kiedy żegnaliśmy się po udanym wieczorze, Artur wciąż jeszcze usiłował w nas wzbudzić wyrzuty sumienia, że tyle pysznych darów bożych się zmarnuje. Wysunęliśmy propozycję, że ewentualnie jakieś śniadanie następnego ranka… Artur zawinął w serwetkę świetnie wyglądającą roladę i wcisnął mi do rąk, żebyśmy posilili się po drodze… Z rozkoszą przylgnęłam do wygodnego siedzenia samochodu moich marzeń, Renata włączyła na full ogrzewanie i powoli przestaliśmy dygotać. Nie da się ukryć, nadchodzi jesień. Odzyskawszy czucie w rękach przypomniałam sobie o roladzie. -Ciasteczko? – zaproponowałam niepewnie, acz zachęcająco. Sponiewierana śmiechem, w środku nocy byłam tak rozbudzona, że mogłam zaczynać dzień. Garecik też eksplodował, stepując po stole zeżarł kawałek rolady i plunął przez całą kuchnię kostką zielonej galaretki. Przeskoczył przez Kolesia, który zainteresował się znaleziskiem i badał je wnikliwie, runął do pokoju, staranował Kaję na kanapie, poleciał do kuchni, wrócił dzwoniąc pazurami z aportem w postaci pudełka z depilatorem, które wyjął z kredensu. W nawyk mu weszło, ostatnio przyniósł je jako przedostatni łup po wszystkich odebranych przez Kaję potencjalnych obiektach do kopulacji. Ostatnia była sznurówka, jako akt desperacji… Zaplątana w Kolesia zasnęłam wreszcie chyba nad ranem. O siódmej poczłapałam przez cichy dom, żeby zażyć no-spę, bo zaczynał mnie boleć skamieniały żołądek, pewnie po tych histerycznych napadach śmiechu. Po drodze zgarnęłam z kuchni telefon i mętnym wzrokiem zauważyłam, że przyszedł sms. 6.37, Artur: „Śniadanie”. Odruchowo pomasowałam żołądek i zataczając się z osłabienia wróciłam do łóżka, do kocura.
-
30.08.2007[FONT="] [/FONT]czwartek Spotkania dogomaniaków stały się tradycją. Pierwsze odbyło się z inicjatywy Magdy i Jarka (Lucuś, chwilowo pod opieką Sońka, suczka mamy Magdy). Oprócz mnie, zaprzysięgłego dzikusa, który postanowił się uspołecznić (Garyś) byli: Renata (dwa teriery rosyjskie) i Artur (wszystkie nasze psy w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości). Zanim Artur zakończył straszenie właścicieli psów podczas wizyt domowych i przyjechał z naszym prezentem w postaci potwornie ciężkiego jesiennego kosza z sezonowymi owocami i warzywami, zdążyłam odnowić znajomość z Luckiem i zacieśnić kontakty z Sońką. Lucuś bez Gareta w pobliżu okazał się słodkim, pogodnym pieseczkiem spragnionym pieszczot zupełnie jak Garyś. Ma jednak trochę silniejsze łapy, bo nie osuwa się po pierwszym dotyku. Sońka co do joty odpowiada opisowi. Pancernik, który przez fatalny przypadek znalazł się na drodze walca drogowego, od czego nabrał wyrazistego spojrzenia i gabarytów materaca. Osobowość dominująca o cechach histerycznych i silnie rozwinięty gen rywalizacji oraz wyraźne zaburzenia tożsamości płciowej. Cechy te wyskakiwały z niej w przypadkowej kolejności jak króliki z kapelusza, toteż , zgodnie ze swoją naturą, już po kwadransie gładko weszłam w rolę ofiary. Siedziałam na kanapie drapiąc jedną ręką szeroko uśmiechniętego Lucka, a drugą gmerając niepewnie zakotwiczoną na moim udzie Sońkę, która wpatrywała się we mnie bez zmrużenia powiek wzrokiem, od którego robiły mi się wgniecenia na twarzy. Wolałam się nie domyślać zawartego w nim przesłania. W gruncie rzeczy od dzieciństwa, kiedy to mojego brata omal nie zeżarł taki jeden Misiek, boję się psów, których nie znam naprawdę dobrze. Z tego powodu omal nie popłakałam się ze szczęścia na widok Artura, który wpadł wreszcie z właściwym sobie hałasem i skoncentrował na sobie uwagę wszystkich, w tym Sońki, która już na kanapę nie wróciła, jako że Artur musiał gdzieś usiąść, a ze swoim władczym usposobieniem nie należy do ludzi, którzy wisieliby skromnie przycupnięci na jakiejś poręczy. Ostatecznie Sońka sporo czasu spędziła w szafie ubraniowej, która jest dla niej swego rodzaju matecznikiem. Wylazła około północy, kiedy jej organizm przestawił się na produkcję testosteronu i usiłowała skonsumować związek z kolanem Magdy, która opędzała się od niej z anielską cierpliwością. Lucek protestował z bezpiecznej odległości, aż wreszcie Jarek zakończył ten mariaż odsyłając suczkę z powrotem do szafy, żeby w ciemności uporządkowała swoją gospodarkę hormonalną. Obolała od śmiechu doszłam do wniosku, że spotkania towarzyskie to naprawdę niezła sprawa i najwyższy czas zrzucić mnisi habit. Z niecierpliwością czekałam na kolejne u mnie. Miejsc do siedzenia po przetransportowaniu zabytkowego fotela z kuchni do pokoju było w sam raz, gorzej ze stołem. Dotychczas goście stawiali kubki z napojami na małym, okrągłym, zaopatrzonym w kółka, którym w dzieciństwie jeździł Garet. Albo na parapecie, co za każdym razem przyprawiało mnie o dreszcz grozy, bowiem jest to miejsce często uczęszczane przez naszego obłąkanego psa i wizja wrzątku lądującego malowniczym łukiem na czyichś plecach pozbawiała mnie tchu. Przywlokłam zatem z piwnicy drewniany blat i w ciągu weekendu wymalowałam na nim łąkę pełną kwitnących maków. Nawet nieźle to wyglądało. Kaja zabezpieczyła obraz kilkoma warstwami lakieru bezbarwnego, a potem przymocowała do niego nogi od mniejszego, składanego stolika. Konstrukcja była nieco chybotliwa, toteż z piłą do metalu w ręce zabrałam się do przywracania stabilności nowemu meblowi. Jeśli chodzi o prace wymagające precyzji, to jestem do kitu, toteż po półgodzinie dopasowywania nóżek metodą „na oko” zanosiło się na to, że dekoracyjny blat zawiśnie dziesięć centymetrów nad podłogą albo trzeba go będzie osadzić na skrzynce po ziemniakach. Uszczęśliwiony Garet rzucał po całej kuchni drewnianymi klockami, które potem transportował do pokoju i zamieniał w wykałaczki na kanapie i na moim łóżku. Porzuciłam piłę na rzecz szlifierki oscylacyjnej, którą na koniec szybko potraktowałam stopy, bo i tak nie miałabym czasu na ich moczenie i bawienie się pumeksem. Genialny wynalazek! W efekcie jedwabista skóra plus masaż wibracyjny. Czas mi się skurczył przez zwichrowane wskazówki kuchennego zegara, które w czasie mozolnej wędrówki od dwunastki do szóstki są w głębokiej rozterce i w ostatniej chwili decydują się na pokazanie określonej godziny. Dopiero dwa spojrzenia na telefon, jedno spokojne, a drugie spanikowane, uświadomiły mi, że zamiast piątej jest szósta. Jestem mistrzynią w przygotowywaniu szybkich potraw, ale nie do tego stopnia! Tym bardziej, że sama byłam w rozsypce. Godzina na sprawy kuchenne wystarczyłaby mi w zupełności, ale na prysznic i trafienie spiralą w rzęsy to stanowczo za mało! A prasowanie?! -Kaja! Pomocy!!! – wrzasnęłam rozpaczliwie budząc w Garysiu mylne przekonanie, że oto pojawiła się inwazja kotów, które natychmiast trzeba przepędzić. Moje dziecko, które niemrawo przygotowywało się do snu przed bardzo wczesną wyprawą w góry, zlazło na dół, zderzyło się z ryjącym pazurami podłogę psem i bez entuzjazmu, ale też bez wyraźnych objawów niechęci, podjęło akcję ratunkową. Ostatecznie o siódmej, z mokrymi włosami i zadyszką, mogłam powitać gości, a raczej uratować ich ze szponów uszczęśliwionego Gareta, gdy już zdążył zamienić ich ubrania w łachmany i przeszedł do przemeblowywania pokoju i zrzucania ogonem doniczek z parapetu, jednocześnie rozdrabniając na kanapie otrzymane przysmaki. Kaja w tym czasie usiłowała zlokalizować pucharki na sałatkę owocową i odnaleźć kilka, niekoniecznie takich samych, łyżeczek. Część zwykle ukrywa się w kocich pasztetach, misce z wątróbką i kociej śmietanie, kilkanaście pozostałych w miejscach trudnych do odgadnięcia, za to niezwykle skutecznie. Garet w amoku uprawiał dziki rajd po kanapie, uniemożliwiając zajęcie miejsca i kompletnie nie zwracając uwagi ani na mój błagalny, ani na stanowczy ton. Wreszcie, zdopingowana pełnym politowania wzrokiem Renaty, która ma doskonale wychowane psy, złapałam go za lśniące zadziory na tyłku i zrzuciłam na podłogę. Kiedy już wszystkie gorące napoje znalazły się na wciąż chybotliwym stole, pomyślałam z właściwym sobie debilnym optymizmem, że sytuacja jest opanowana i z westchnieniem ulgi opadłam na kanapę. Ten właśnie moment wybrał Garecik, aby, uzyskawszy na środku pokoju drugą prędkość kosmiczną, runąć długim susem wprost na ulubiony mebel. Cel osiągnął w sposób spektakularny. Kiedy pies osiadł na kanapie, w powietrzu wciąż znajdowały się naczynia z kawą, Jarek ratujący między innymi spodnie oraz Magda i ja, wykatapultowane z kanapy. W chwilę później kubki znalazły ukojenie na podłodze, a Garet, nie zważając na moje pełne irytacji wrzaski, rył narzutę jak oszalały knur. Z ulgą stwierdziłam, że moja sukienka jakimś cudem pozostała biała. Wrzasnęłam przez okno na Kaję, która wybita z rytuału przygotowywania się do snu produkowała w ogródku kilkumetrowy słup ognia oraz kłęby dymu paląc śmieci i udałam się po narzędzia do zbierania powodzi z podłogi. Garetowi całe zamieszanie nie przeszkodziło w najmniejszym stopniu, stał na głowie symulując całkowitą głuchotę i głębokie upośledzenie umysłowe. Rozjuszona bezradnością trzepnęłam go w tyłek ścierką do naczyń. Biedna psina doznała takiego szoku, że potruchtała do kuchni i zległa na fotelu zwinięta jak rolmops. Przez cały wieczór walczyłam z poczuciem winy, tym bardziej, że gdy wreszcie siadaliśmy po raz kolejny, stół, trącony przez Jarka, znowu zrzucił z siebie część zawartości i wyglądało na to, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Zrezygnowana zostawiłam na podłodze czarny ręcznik, bo zanosiło się na to, że kolejne kilka godzin spędzimy na osuszaniu otoczenia. Garet poderwał się tylko na kilka sekund, żeby powitać Artura, po czym znowu przywarł do fotela. Artur sprawiał wrażenie lekko porażonego, gdy ujrzał mnie w sukience i jedwabnym szalu zamiast w powygryzanej bluzie od dresu. W jego okrzyku dopatrzyłam się czegoś na kształt grozy i skomentowałam ze zjadliwym rozgoryczeniem, że po raz pierwszy w życiu odróżnił mnie od szafy na ubrania. Prawda i wrodzona energia powaliły go na kanapę z taką siłą, że znowu na stole coś się wylało. To zaczynało być nudne. Na szczęście reszta wieczoru minęła bez tragicznych wypadków. Zadając kłam legendom o gadulstwie kobiet, my byłyśmy raczej słuchaczkami, podczas gdy produkowali się panowie. Jarek z właściwym sobie ironicznym poczuciem humoru opowiadał rozkoszne zdarzenia z czasów pracy w straży miejskiej. Ze łzami spłynęły nam resztki makijażu. Potem do głosu dorwał się Artur i już nie popuścił, obracając w pył i popiół moje nieśmiałe podejrzenia o wrażliwość maskowaną rozhukaniem. Dwunastoletnie złudzenia legły w gruzach, teraz wystarczyło po prostu zamienić kolejność i zamknąć rozdziawione ze zdumienia usta. Garet wreszcie dał się przebłagać i z najwyższą niechęcią przyczłapał do pokoju. Z ociąganiem usiadł obok kanapy, powyginał się we wdzięczne łuki, ściągnął uszka, opuścił podkręcone rzęsy i zrobił minę Susie, ale wtedy z właściwą sobie delikatnością zaatakował go Artur i tego nadszarpnięta psychika już nie wytrzymała. Garecik pozbierał swoje błyszczące loki i potruchtał schronić się na kuchenny fotel, skąd wyłuskałam go dopiero po północy przy pomocy licznych czułych zabiegów i łzawych umizgów. W trzy dni później byliśmy umówieni u Artura, aby wykorzystać ostatnie dni pobytu jego mamusi w sanatorium. Przez ten czas zabawialiśmy się w spekulacje, co też zaserwuje na kolację duży chłopiec, który w czasie nieobecności mamusi radził sobie znakomicie wyjmując z zamrażarki poporcjowane posiłki zaopatrzone w instrukcje typu: „wrzątek + sól”. We wtorek doszliśmy do wniosku, że ani chybi wymówi się jakąś operacją, najlepiej zbiorową i z żalem zrezygnowaliśmy z planów najazdu na rezydencję z naszymi wszystkimi psami. I wtedy Artur dał znać, że środa, o dziewiętnastej, wprawiając nas w lekkie pomieszanie. Stawiliśmy się prawie punktualnie, a opóźnienie wynikło z powodu mojego zwykłego niedopasowania potrzeb do możliwości i nieudanych prób wtłoczenia tego wszystkiego w ramy czasu. Po raz pierwszy jechałam samochodem swoich marzeń i zakochałam się w nim na zabój. Chrysler cruiser jest pierwszym przypadkiem w moim życiu, kiedy rzeczywistość przerosła oczekiwania i to in plus. Renata z niedowierzaniem słuchała moich zachwytów i kiedy już skończyłam z powalającym urokiem dekadencji i klasą retro, stwierdziła ponuro, że ona osobiście go nie znosi i nie może się z nim dogadać. Z żalem oderwałam się od wygodnego siedzenia z popielatej skóry.
-
Hej, żyjecie? [FONT=Arial]07.08.2007 wtorek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Czy ludzie dojrzali nie powinni mieć co najmniej dwumiesięcznych wakacji? Ostatecznie jesteśmy bardziej wyeksploatowani niż młodzież. W dzieciństwie męczą nas traumy, które przez resztę życia leczy się u psychoterapeuty, i niecierpliwe oczekiwanie na wyzwalającą dorosłość. Czas wlecze się okrutnie i to jest dodatkowo dobijające. W wieku adolescencji następują męki dojrzewania z dominującym problemem, kim zostaniemy, kiedy dorośniemy. Potem nadchodzi dorosłość i okazuje się, że to podstępne ścierwo wcale nie wyzwala. To znaczy owszem, wyzwala z jarzma wlokącego się czasu, który nabiera oszałamiającej prędkości bez dopalaczy. Nasze noworodki zaczynają chodzić w naszych co atrakcyjniejszych ciuchach i martwią się brakiem wystarczająco imponującej listy osiągnięć życiowych, starsza pani z podtapirowaną trwałą, której odruchowo ustępujemy miejsca w autobusie, okazuje się młodsza od nas, a koledzy, którym włosy dyskretnie spełzły z głowy na dekolt, zapuszczają siwe brody. W dodatku jakimś cudem piersi mają większe od nas. Codziennie w środku nocy, zanim jeszcze obudzą się nasze narządy wewnętrzne, wstajemy do pracy, a wciąż nie mamy pewności, kim zostaniemy, kiedy dorośniemy. Okrutnie to wszystko wyczerpujące, a zmęczenie kumuluje się w organizmie jak promienie X. I od tego potem dostaje się emocjonalnego raka. Zatem, czy nie zasługujemy na dwumiesięczne wakacje?[/FONT] [FONT=Arial] Większość moich koleżanek z pracy, podobnie jak ja, jest po urlopie. Gosia wróciła po wczasach z mamusią znękana do ostateczności. Nawet zdjęcia przywiozła nieostre i szare, co wzbudziło ogólne podejrzenie, że jej aparat też popadł w depresję. Wyjaśniłam, że wybrała nieodpowiednią czułość, dwusetki nie nadają się do prześwietlonych słońcem plenerów. Teraz odzyskuje równowagę, pilnując bratu mieszkania i kota. [/FONT] [FONT=Arial] Julka użerała się z ekipą prowadzącą remont, a raczej z poczuciem frustracji wywołanym rzadką obecnością tejże ekipy. Z jakiegoś powodu nie życzy sobie rozmów na temat remontu, który wywołuje u niej odruchowy szczękościsk. [/FONT] [FONT=Arial] Ja też zaczynam rozumieć ideę urlopów wyjazdowych. Człowiek wtedy odpoczywa, bo nie ma innego wyjścia. Wypłynął nam temat najatrakcyjniejszych miejsc do ewentualnego odwiedzenia. A może zamieszkania? Ostatecznie zgodziłyśmy się na Nową Zelandię, raj na ziemi, bez jadowitych obrzydlistw, o bardzo przyjaznym klimacie i dobrych zarobkach, ale okazało się, że to cholernie daleko. [/FONT] [FONT=Arial] -Dwadzieścia sześć godzin lotu z trzema międzylądowaniami – poinformowała Gosia, odrywając wzrok od broszury biura podróży. [/FONT] [FONT=Arial] -Odpada – oznajmiłam stanowczo.[/FONT] [FONT=Arial] -Dlaczego? – rozmarzyła się Julka. –Ja też mam lęk wysokości, ale gdyby miało być fajnie, to może bym wytrzymała…Nastawiłabym się psychicznie. Przecież jak siedzisz w samolocie, to możesz oglądać tylko wnętrze, nie musisz patrzeć w dół. [/FONT] [FONT=Arial] -Dzięki, mnie wystarczyłaby świadomość, ile kilometrów jest pode mną. Obawiam się, że załoga źle by zareagowała na wieść, że się rozmyśliłam i chcę wysiąść. Natychmiast! Zresztą, o czym ja mówię. Do samolotu mogliby mnie wsadzić, jakby mnie oderwali od ziemi razem z płytą lotniska. [/FONT] [FONT=Arial] -No, to z tobą jest gorzej niż ze mną.[/FONT] [FONT=Arial] -Zdecydowanie. Chociaż… pamiętam, raz, gdy Kaja była mała, wybrałyśmy się do smutnego wesołego miasteczka i wsiadłyśmy do łabądka. Wiecie, takiego, gdzie jest wajcha i można sobie regulować wysokość. Zdobyłam się na szaleńczą odwagę i krążyłyśmy na wysokości co najmniej półtora metra. Musiałam, wstyd mi było, bo wszyscy wznieśli się na maksa. Ach, to poczucie wyzwolenia! Byłam taka dumna z siebie! Pewnie samolotem też mogłabym lecieć, gdybym mogła sobie te półtora metra ustawić. Tyle, że wyrąbałabym dość długi korytarz… przez obie półkule…[/FONT] [FONT=Arial] -Posądziliby cię o powiązania z bin Ladenem. Z pudła byś nie wyszła![/FONT] [FONT=Arial] Przez całe lata nie zdawałam sobie sprawy, że brakuje mi babskich pogaduszek. O niczym, o kosmetykach, o zabiegach upiększających, o których nie mam pojęcia, o odczuciach i uczuciach, o problemach w relacjach, o różnych interpretacjach tych samych sytuacji. Tyle mi przepadło! Ale cóż, nie miałam szans. Albo pracowałam z facetami, albo sama. Raz przez osiem miesięcy siedziałam w jednym biurze z dziewczyną, ale o dialogu nie było mowy. Nawet jej mąż nie wiedział, jak się ją wyłącza i jedyną metodą wydawał się celny cios pustakiem między oczy. [/FONT] [FONT=Arial]Z fascynacją słucham, jak moje koleżanki wymieniają się uwagami na temat oglądanych telenowel. Czuję się jak kosmitka widząc, że są inteligentni ludzie, którzy robią to dobrowolnie. I przeżywają przy tym autentyczne emocje.[/FONT] [FONT=Arial] -… Mówiła, że kiedy on ją długo tak dotyka… i dotyka… i dotyka, doprowadza ją do szaleństwa… Facet wie, jak zabrać się do rzeczy. – Julka, streszczająca Gosi ostatni odcinek…czegoś, wypuściła zgrabną strużkę dymu. Ocknęłam się z wytrzeszczonego zasłuchania. [/FONT] [FONT=Arial] -Ty, a on ma dobry wzrok? Bo może on najpierw tak maca, żeby ją w ogóle namierzyć… [/FONT] [FONT=Arial] -No wiesz, w tobie to jest zero romantyzmu – zgromiła mnie Julka.[/FONT] [FONT=Arial] No patrzcie, a zawsze uważałam się za romantyczkę. Pewnie Garetowe opętanie seksem przytłumiło we mnie wszystkie wzniosłe porywy. Mam nadzieję, że to minie, bo ostatnio nawet łagodna Kaja grozi mu obcięciem jaj. [/FONT] [FONT=Arial] Szaleństwo Gareta nasila się wieczorem, po spacerze. Przez kilkanaście minut słychać ciurkanie gwałtownie produkowanych hormonów płciowych i szmer wypływającej w tym samym tempie, lecz w przeciwną stronę, inteligencji. Potem w oczach psa pojawia się błysk, na gębie debilny, przepraszający uśmiech i sprawy nabierają tempa. Na pierwszy ogień idzie wełniana poduszka z krzesła Ireny, którą Garet transportuje chyłkiem na kanapę, dzwoniąc dyskretnie pazurami o podłogę. [/FONT] [FONT=Arial] -Fe! Oddaj! – Kaja po dłuższych zmaganiach konfiskuje ofiarę i rzuca ją na dwumetrowy regał z książkami. Ostatnio posiłkujemy się żelem z olejkami eterycznymi, który ułatwia oderwanie Gareta od obiektu żądzy. Wystarczy odkręcić puszkę i podetknąć mu pod nos. Na regale lądują kolejno: moja koszula, moja bluza, Kai spodnie, kaczka, gałka włóczki i lekko zdenerwowany Koleś. [/FONT] [FONT=Arial] -Garet, jeśli nie przestaniesz molestować Kolesia, będziesz jaja nosił w siatce na cytryny – ostrzegam lojalnie. [/FONT] [FONT=Arial] -Uśśś… - syczy Kaja, przypomniawszy sobie ogromne pazury Kolesia. [/FONT] [FONT=Arial] Garet, nieświadom niebezpieczeństwa, truchta przed dom po półtorametrowego jamnika, którego mu niedawno podarowałam. Jak zwykle powstaje problem przy transporcie zwierza przez drzwi. Bydlak jest długi, sprężysty i klinuje się tak podstępnie, że zahacza tylnymi łapami i drzwi przytrzaskują Garetowi rozpalony tyłek. Po krótkich acz dramatycznych zmaganiach, z hukiem wtaczają się do pokoju i lądują na kanapie. Garet usiłuje opanować uporczywie wypstrykującego partnera, aż wreszcie Kaja rozwiązuje problem i jamnik przenosi się na bliźniaczy do przepełnionego już regału, zaznając upragnionego spokoju. [/FONT] [FONT=Arial] Wczoraj nasz pies, z szaleńczym błyskiem w oku, usiłował wdrapać się na regał z mojego lóżka, ale jednak było za wysoko. Wybiegł zdesperowany i za chwilę w głębi domu rozległ się tajemniczy huk. Okazało się, że tak bardzo chciał zniewolić dżinsy Kai, aż zerwał je razem z mosiężnym wieszakiem i kawałkiem framugi okna w łazience. Pies przytomnie znikł, więc zaczęłyśmy warczeć na siebie, przy czym ja byłam w gorszej sytuacji, bo leżałam z twarzą wciśniętą w podłogę i plecami powierzonymi kręgarskim zabiegom Kai. [/FONT] [FONT=Arial] Następny łoskot dobiegł z piętra. Zamilkłyśmy nasłu****ąc. [/FONT] [FONT=Arial] -Koty grasują ci po pokoju? – podsunęłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Oby to były koty. Koleś i Gacia są tutaj…[/FONT] [FONT=Arial] Faktycznie, Gacia przycupnęła pod stolikiem z szeflerą, a Koleś schronił się obok, na najniższej półce regału. Oboje z wybałuszoną uwagą obserwowali rozwój rozgrzanej do czerwoności sytuacji. Dzwonienie pazurów zwiastowało zbliżanie się Gareta. Pojawił się w drzwiach, dzierżąc w zębach nowe, białe skarpety Kai. [/FONT] [FONT=Arial] -Fe! Fe, ty zboczony idioto! No przecież popatrz, ten dupek włamał się do mojej szafy! I co, teraz będziesz kopulował ze skarpetkami?! Daj ten żel! – po krótkiej szamotaninie Kaja odzyskała skarpetki i z furią wróciła do moich pleców. Tymczasem Garet rzucił się na kanapę i zaczął wciskać pod siebie narzutę tak zapalczywie, że zrzucił ze ściany dwie deski z obrazkami. Huk jeszcze nie przebrzmiał, kiedy Kaja ryknęła mi do ucha jak rozjuszona syrena okrętowa. Gareta zmiotło z kanapy, ale w seksualnym amoku rzucił się na moje nogi ryjąc ostrymi, bocznymi pazurami wyprodukowanymi przez obleśną naturę specjalnie do przytrzymywania ofiary. Tym razem ja ryknęłam i wierzgnęłam potężnie. Koleś z łoskotem wskoczył na regał, który niebezpiecznie zadrżał, a Garet z niedwuznacznymi zamiarami rzucił się na Gacię, co wzbudziło żywiołowy protest Kai. Z Gaci bez grymasów przerzucił się na dużą, kremową ćmę. [/FONT] [FONT=Arial] -Cholerne, obłąkane ZOO! – narzekałam, kiedy Kaja z delikatnością Tysona nacierała mi plecy żelem do pielęgnacji wymion. [/FONT] [FONT=Arial] No i czy byłby tyle awantur o seks, gdyby nie nadmiar krążących po świecie męskich hormonów płciowych? Nawet inteligentnemu psu mózg łatwym ślizgiem osuwa się w dół. A co dopiero u facetów… [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
namierzanie ćmy [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img520.imageshack.us/img520/8074/072007093wm5.jpg[/IMG][/URL] Shot with [URL=http://profile.imageshack.us/camerabuy.php?model=HP+PhotoSmart+R607+%28V01.00%29%2B&make=Hewlett-Packard]HP PhotoSmart R607 (V01.00)+[/URL] at 2007-07-29 dylemat kolejności popełnienia mordu... [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img300.imageshack.us/img300/1429/072007112db3.jpg[/IMG][/URL] Shot with [URL=http://profile.imageshack.us/camerabuy.php?model=HP+PhotoSmart+R607+%28V01.00%29%2B&make=Hewlett-Packard]HP PhotoSmart R607 (V01.00)+[/URL] at 2007-07-29
-
[FONT=Times New Roman]Kiedy już przestaliśmy płakać ze śmiechu, Artur opowiedział, jak jego koleżanka zaczynała przed wielu laty pracę w aptece i trafił jej się mamroczący przez zęby klient. Jak zwykle w takich przypadkach, usiłowała gromkimi pytaniami wydobyć z niego zrozumiałą wypowiedź. Zielona jeszcze, ale pełna dobrych chęci nie zdawała sobie sprawy, że jeśli facet mamrocze w aptece, to chodzi mu o prezerwatywy, wówczas gdzie indziej niedostępne. Wreszcie przy pomocy języka częściowo migowego podała mu, jak jej się wydawało, wskazany przez niego przedmiot, czyli lapis. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -I co ja mam z tym zrobić? – zapytał oszołomiony facet, nieoczekiwanie bardzo wyraźnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -To proste. Zdejmie pan tę foliową osłonkę, zamoczy ten sztyfcik, a potem wystarczy posmarować. Jak sczernieje, to samo odpadnie – dodała krzepiąco. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Do poczekalni dotarłam zupełnie pozbawiona sił i jeszcze bardziej oszołomiona niż przed wypiciem kawy. Szczęśliwie lekarska szafa, w której Artur zgromadził kolekcję szklanych zwierzątek, stała mocno. Ze zdumieniem zauważyłam, że jest pusto i mój umysł z wysiłkiem pracował nad zagadką, gdzie podziali się ci wszyscy ludzie, którzy co chwilę otwierali skrzypiące drzwi i uruchamiali dzwonek, a jednocześnie pokazywałam Kai stojącą przed wejściem ładną ławkę z elementami z kutego żelaza. Kokunia przyglądała mi się cynicznie jednym okiem, kiedy z uporem przepychałam się przez szybę drzwi wejściowych nie zwracając uwagi na wysiłki Artura, który sięgał mi pod pachą i wzdychając z cierpliwą udręką usiłował otworzyć te drzwi z klucza. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Przez połowę drogi do domu zataczałyśmy się ze śmiechu. Na szczęście przestało padać i nie musiałam walczyć z parasolem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet czekał stęskniony przy furtce z nienaruszonym bucikiem z błony, który dostał na pocieszenie przed naszym wyjściem. Dopiero na nasz widok w ataku amoku robił wszystko jednocześnie. Rozrywał na strzępy nas i bucik, skakał po meblach, wpadał na ściany i rzucał cielęcą łopatką. Machał łapami, osuwał się na podłogę, wskoczył na Marchew śpiącą w kuchennym fotelu, stratował ją, zanim zdołała się otrząsnąć z osłupienia, wskoczył na stół, złapał z talerza winogrono i plunął nim przez pół kuchni, rozerwał siatki z zakupami i wreszcie osunął się na fotel stojąc częściowo na głowie, z łapami do góry.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Kolejna porcja emocji czekała go po południu. Już przy furtce rzucił się w objęcia Magdzie, która w przypływie niezrozumiałego optymizmu założyła białą bluzkę. Przelotnie stratował Jarka i powrócił do pełnej miłości, ciepła i bezwarunkowej akceptacji Magdy, która bez powodzenia usiłowała usunąć z piersi szary odcisk łapy, świadczący niezbicie o tym, że obmacywał ją pies. Ocaleliśmy dzięki temu, że zajął się swoim prezentem, czyli poduszką w malownicze, purpurowe róże. Bardzo mu było do twarzy z tą nasyconą czerwienią. Magda, dzięki śledzeniu naszych losów na Dogomanii, trafiła z podarunkiem w dziesiątkę. Po krótkiej paradzie z policzkami rozlanymi na poduszce Garet zabrał się za mordowanie przeciwnika. Rozpoczęłyśmy z Kają akcję ratunkową, ale zanosiło się na to, że prezent dokona żywota w ciągu najbliższych sekund ukazując obecnym swoje rozprężające się wnętrze. Wtedy przypomniałam sobie o kaczce. Garet, wszedłszy równocześnie w posiadanie dwóch tak atrakcyjnych przedmiotów, nie mógł się zdecydować, co mordować w pierwszej kolejności. Porzucił poduszkę i złapał kaczkę za długą, białą szyję, po czym z zapałem, zataczając się z nadmiernego entuzjazmu i waląc po żebrach pomarańczowymi, trójpalczastymi łapami, wytrząsał z drobiu ostatni dech. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wiesz, że za to można siedzieć? – zachichotał Jarek. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Chyba warto – powiedziałam z zachwytem. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Żeby tylko nie zaczął robić z nią małych kaczuszek – zaniepokoiła Kaja.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -A co, on tak ma? Nasz Lucuś nie… - uśmiechnęła się z czułością Magda.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Za to suczka mojej teściowej ma wybujałe libido. Rzuca się na wszystko. Nie można na chwilę stanąć, bo zaraz czepia się nogi… - Jarek zerknął na Magdę. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -To chyba ma jakieś zaburzenia tożsamości płciowej…[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ma wszystkie możliwe zaburzenia i patologie. Wiesz, co zawołał Artur, jak ją pierwszy raz zobaczył? „O Matko Boska!!!”[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ale wszyscy ją kochamy – zapewniła Magda. –Tylko nikt z nią nie chce iść na spacer… Jeśli już muszę, to proszę – mamusiu, daj jakiś kocyk albo abażur… Wygląda jak skrzyżowanie kapibary z pancernikiem, biedactwo.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Jest niezwykłej urody – potwierdził Jarek. – Wyobraź sobie lotniskowiec na patyczkowatych łapach… Nie, wyobraź sobie, że walec rozjechał pancernika, ale operator zorientował się w ostatnim momencie, zahamował przed głową i wrócił tą samą drogą… Jedzenie trzeba przed nią chować, bo pochłania wszystko. Ona nie gryzie, tylko jakoś to wciąga, wsysa… [/FONT] [FONT=Times New Roman] Rechotaliśmy przez cały wieczór. Garet się zdrzemnął, wyczerpany wrażeniami. Aksamitną mordkę trzymał na poduszce, a łapami obejmował kaczkę, której w miejscu, gdzie niedawno były oczy, zwisało kilka białych nitek. Kiedy się przebudził, zlekceważył nas wszystkie i przysiadł się na kanapę do Jarka. Spojrzał mu głęboko, przeciągle w oczy, położył łapę na ramieniu i wyciągnął stęskniony nos ku jego ustom. Jarek odchylił się zaskoczony.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Chce buzi – poinformowałam. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Może jednak nie…[/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet, nie zważając na opory Jarka, przysunął się bliżej, zarzucił mu obie łapy na przedramię i z błogim uśmiechem, przewracając rzewnie oczami, uparcie zmierzał do celu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Garecik, to jest facet – próbowałam go zmitygować. Garet jednakże, widocznie wierny zasadzie, że nieważna płeć, ważne uczucie, zdumiewająco jak na siebie delikatnie, acz stanowczo, dążył do zacieśniania stosunków. Na pospieszne pożegnanie gości zareagował głębokim rozczarowaniem, ale szybko się otrząsnął i zaczął zalecać się do poduszki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Szliśmy do furtki śladami fioletowych kosmyków z grzywki kaczki. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -O, winogrono! – Jarek cofnął stopę. –Skąd się tu wzięło?[/FONT] [FONT=Times New Roman] -To nie winogrono. To oko kaczki – orzekłam, przyjrzawszy się czarnej kulce. A tam drugie. Sprawiedliwość podobno jest ślepa… [/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]27.07.2007 piątek[/FONT] [FONT=Times New Roman]W środę pogoda doznała gwałtownego spadku formy. Po upale nie pozostało ani śladu, przyroda postanowiła przetestować jesień. Okazało się, że działa, ale chciała się tym nacieszyć. Dziesięć stopni, deszcz oraz wiatr z gatunku tych zmieniających parasole w ich niefunkcjonalną odwrotność. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet, meteoropata, jak wszyscy w rodzinie, zasypiał na stojąco. Odzyskiwał przytomność tylko po to, żeby przyciągnąć sobie czyjąś rękę do głaskania, po czym zamykał oczy i osuwał się na załamujących się kończynach. Na widok żelazka wpadł w ostateczne przygnębienie i zwiądł z klapnięciem jak kwiat hibiskusa. Żelazko oznacza prasowanie ubrań, a prasowanie oznacza wyjście z domu, oczywiście bez psa. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Początkowo zamierzałyśmy go zabrać, bo wybierałyśmy się do Artura, ale Kaja dostała zaproszenie na kolejne wesele i plany poszerzyły nam się o poszukiwanie odpowiedniej kreacji.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jeszcze najwyżej jedno i dosyć – powiedziałam ostrzegawczo. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Co – jeszcze jedno?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wesele. Najwyżej trzy, bo po czterech jest pogrzeb – odparłam, nawiązując do naszej ulubionej komedii. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Naprawdę nie jest ci zimno? – Kaja zerknęła spod kaptura ciepłej kurtki, jak wspieram parasol w walce z wiatrem, w czym przeszkadza mi narzucona na podkoszulek cienka lniana bluza, której ubzdurało się, że umie fruwać. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie – warknęłam – przecież jest lato. A w lecie nosi się letnie rzeczy.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Mokre i zmarznięte kontynuowałyśmy wędrówkę po sklepach z ciuchami. Kiecki na wesele nie znalazłyśmy, za to Kaja wzbogaciła się o sweterek z seksownym dekoltem i sztruksową kurtkę Benettona, a ja o lnianą spódnicę i takąż, fantazyjną kamizelę. Dla Gareta kupiłam dużą, piękną kaczkę. Białą, z wielkimi, pomarańczowymi stopami, wyłupiastymi oczami, które pójdą na pierwszy ogień i uwodzicielską, fioletową grzywką. Przy grzywce kogoś poniosła fantazja, ale psu raczej nie będzie to przeszkadzało. Długa szyja gwarantowała pewny chwyt, a spłaszczony odwłok miłe efekty dźwiękowe podczas majtania przy mordowaniu. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Z wychłodzenia i braku kawy mój mózg dokonywał samoistnych restartów. Nie, żeby to była jakaś nowość, powiedziałabym, że w moim przypadku to fizjologia, ale miło czasami zrzucić winę na zimno i spadające ciśnienie. Kaja na wszelki wypadek łapała mnie z rękę przed przechodzeniem przez ulice i zręcznym ruchem biodra nadawała mi właściwy kierunek po każdym zatoczeniu się. Pokornie poddałam się jej kierownictwu, tym bardziej, że wybrała drogę na skróty, a skróty budzą we mnie jak najgorsze skojarzenia. Niestety, Artur wybudował swoje domiszcze na końcu świata. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dopiero w poczekalni na dobre wyjrzałam zza parasola. Z gabinetu dobiegały głosy świadczące o obecności jakiegoś pacjenta, więc skierowałyśmy się do klatki Kokuni. Trzymała się drążka dłońmi w eleganckich rękawiczkach w mozaikę w odcieniach szarości i nastroszywszy pióra mierzyła nas badawczo to jednym, to drugim okiem o gwałtownie kurczących się i rozszerzających źrenicach. Lustracja chyba nie wypadła na naszą korzyść. Nie odpowiedziała ani na przymilne zagadywanie Kai, ani na moje prośby o najłagodniejsze choćby przekleństwo. Próbowałam nawet podpowiedzi, ale bez skutku, więc dałam spokój. Głupio tak stać i przeklinać przed klatką papugi, która spogląda na człowieka chłodnym wzrokiem zniesmaczonej arystokratycznej ciotki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ty, patrz, ona się trzęsie. Jak myślisz, ja na nią tak działam, czy jej zimno? Pewnie zimno… Paskudny ojciec nie zadbał o odpowiednią temperaturę w domu…[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jakby ci to powiedzieć, mamuś… [/FONT] [FONT=Times New Roman]Otworzyły się drzwi gabinetu i wyszli rodzice z białym szpicem o kształcie całkowicie sprzecznym z nazwą, a za nimi Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No, cześć! – po urlopie sprawiał wrażenie nieprzyzwoicie odprężonego, a ze sterczącą szczeciną na twarzy wyglądał z jakiegoś powodu świetnie, ale tego wolałam mu nie mówić, bo zacząłby się golić dwa razy dziennie. Kłuł jak jeżozwierz. Jak co roku wybrał się na wczasy polegające na ciągłym przemieszczaniu się po wybranym kraju – tym razem była to Norwegia – autokarem pełniącym również rolę hotelu. Nieodparcie kojarzy mi się to ze spaniem w bagażniku.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-No i gdzie są suche ręczniki i ciepłe koce? – zapytałam napastliwie. Artur moje zgryźliwe uwagi o pogodzie zbył beztroskim machnięciem ręki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Tam na szesnaście dni przez piętnaście lało![/FONT] [FONT=Times New Roman]-I co, ciekło wam przez klapę bagażnika? – zapytałam zjadliwie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przeszliśmy do drugiego, biurowego, pomieszczenia lecznicy. Kaja zamówiła herbatę, ja kawę po turecku i aspirynę. Zapomniałam dodać, że normalną kawę, co u mnie oznacza mniej więcej pół litra i smętnie zapatrzyłam się w aromatyczny płyn w małej filiżaneczce. Artur miał pół filiżanki czegoś dziwnego. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To herbata? – zainteresowałam się.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Kawa. Piję słabą i tylko tyle… [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Niedługo będziesz sobie dawkował kroplomierzem – zauważyłam, nadgryzając kruche ciastko zmoczone w kawie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Przestań, brrr… to mi się kojarzy z protezą! – wzdrygnął się Artur. –Przecież masz swoje zęby?[/FONT] [FONT=Times New Roman]No pięknie, nawet nie można spokojnie zjeść herbatnika nie wywołując u kolegi utajonego lęku przed starością. Mógł zaserwować te ciastka trzy lata wcześniej, a nie zaglądać mi teraz podejrzliwie do paszczy…[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Mam, ale zapomniałam użyć kleju… No już dobra, zresztą nakapałam tylko trochę – wytarłam palcem kroplę kawy ze spoiny między odłamkami kafli, którymi dość niedbale wyłożony był blat stołu. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Sam kleiłeś?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Tak, po nocach. Zlikwidowałem ten sosnowy, bo czasami trzeba położyć jakiegoś psa z kroplówką, a na tym jest mi wygodniej. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zrezygnowałam z odłożenia kamiennego ciastka na stół. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Podczas rozmowy zastanawiałam się, dlaczego nie zwraca uwagi na ciągłe otwieranie drzwi wejściowych i dźwięk dzwonka. Wydawało mi się, że poczekalnia jest już pełna zniecierpliwionych ludzi. Czysty, melodyjny odgłos przypisałam Kokuni i pochwaliłam, że ma piękny tembr głosu. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To głos Magdy – powiedział Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Niemożliwe, żaden człowiek nie ma takiego głosu – zaprotestowałam. Nie dlatego, żebym ujmowała coś jego asystentce, ale nikt nie ma dzwonu w gardle. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-O, bekło się jej – ucieszyła się Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To też głos Magdy? – zaciekawiłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Tak jest – potwierdził natychmiast.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-U nas miałaby znacznie szerszy repertuar – wymamrotała Kaja do swojej filiżanki. –Aż strach pomyśleć, czego by się nasłuchali biedni goście… [/FONT] [FONT=Times New Roman]Moja wyobraźnia przebudziła się na chwilę i dostałam ataku histerycznego śmiechu. Z trudem opanowałam się, żeby odebrać dziwnie dziś aktywną komórkę. Kaja z Arturem zajęli się wgrywaniem zdjęć z aparatu na laptopa. Ten człowiek nigdy tego nie opanuje. A przecież podobno umie czytać… [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dzwoniła kierowniczka MOPS-u, żeby poinformować, że przywieźli moje informatory. I że są śliczne. I że z jakiegoś powodu, nie usłyszałam, z jakiego, bo zasięg zanikał, potrzebna jest umowa z drukarnią. Na szczęście zachowałam sobie jedną kopię i w dodatku miałam ją w ręce tuż przed urlopem. Cholera, że też nie zrobiłam porządku w papierach… A tak sobie obiecywałam![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ewuniu, na tych półkach za moim biurkiem… Chyba na drugiej od góry… pod śmieciami, obok pudełka z muesli… - wykrzywiłam się do Artura, który odwrócił się od komputera i przyglądał mi się ze zgrozą - powinna być taka złachmaniona biała teczka z napisem „Umowy”… [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No co, nie nadaję się do urzędniczego życia – warknęłam do Artura zatrzasnąwszy telefon.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Pięknie, pięknie. W papierach masz śmietnik i co chwilę jesteś na urlopie. Zaraz cię wyleją. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Odwal się. Jeszcze mi ponad dziesięć dni zostało… może w październiku wezmę - znowu zadzwoniła komórka. Tym razem Lucyna zastanawiała się, dlaczego po dwudziestu paru dniach chorobowego dostała wezwanie na komisję ZUS-owską. Zazwyczaj czepiają się po paru miesiącach. I to raczej szeregowych pracowników, a nie dyrektorów. Usiłowałam zmusić do pracy swój zaćmiony umysł, ale wychodziło mi na to, że orzeczników ZUS-u nikt nie zrozumie, nawet oni sami. Wszelkie rady wydawały mi się chybione, bo sytuacja i tak rozwinie się w innym kierunku, niż człowiek się spodziewa i na pewno nie będzie to kierunek korzystny dla klienta. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Cóż, po prostu przywieź całą dokumentację medyczną, ujmij sobie sto punktów IQ i zachowuj się jak lekko upośledzona i mocno przejęta swoim stanem zdrowia. Możesz z troską zapytać, czy to poważne i jakie według nich są rokowania – powiedziałam gromiąc wzrokiem Artura, który znowu odwrócił się od monitora z wiele mówiącą miną. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-U większości normalnych ludzi prośba o pomoc i radę wygasza agresję i budzi najlepsze instynkty… jeśli takowe posiadają – dodałam pod adresem Artura. [/FONT] [FONT=Times New Roman]W tle hałasów z poczekalni, przerywanych od czasu do czasu melodyjnym bekaniem, opowiadałam Arturowi o remoncie korytarza. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To teraz musi tam być naprawdę jasno. A wyrzuciłaś wreszcie tę paskudną szafę? [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie. Odwal się wreszcie od mojej szafy![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wyrzuć ją i zrób sobie garderobę w tym zimnym pokoju na górze. Zrobi ci się dużo miejsca. Wystarczy drążek przez środek[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Sam się powieś na drążku. Po cholerę mi miejsce w korytarzu? Nie zamierzam tam siedzieć. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ale ludzie tamtędy przechodzą! [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jasne, ruch jak na Marszałkowskiej! Kij mnie ludzie obchodzą, pomieszczenie ma być funkcjonalne. Szafa jest mi potrzebna.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ja tamtędy przechodzę![/FONT] [FONT=Times New Roman]-I co, nie mieścisz się?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Mama lubi nory – pospieszyła z pomocą Kaja. Najwyraźniej nie mnie chciała pomóc.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Proszę, następna zwolenniczka przestrzeni. Nie będę latać po każdą kieckę po tych stromych schodach ze swoimi pourywanymi więzadłami! – najeżyłam się. –Myślisz, że mam tyle miejsca, jak ty w swojej rezydencji! Ktoś dzwoni. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To Kokunia. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Nie mam doświadczenia z papugami, ale jakoś nie chciało mi się wierzyć, żeby działały jak magnetofon. Może… Porzuciłam temat szafy, bo jeszcze trochę, a pokłócilibyśmy się okropnie. Nikt nie będzie mi urządzał domu, a poza tym w pokoju, o którym myśli Artur, z trudem mieści się powietrze. Kaja robi tam porządek od pół roku. Oprócz zwykłego umeblowania wylądowały tam po remoncie zbędne meble. Fotel z pokoju Kai, sosnowy stół z kuchni, w którym wyłamała nogę podczas zgrabnego zeskoku, sosnowe biurko spod komputera stacjonarnego, które miała odnowić po zasikaniu przez koty. Oprócz tego leżakują tam wełniane dywany, zlane przez kociska i czekające na czyszczenie, narzuty i koce, nasze zimowe kołdry, których nie da się wepchnąć do wersalki, bowiem ta jest założona mnóstwem rzeczy, które miały zostać wyniesione na strych. Podłogę zastawiają gęsto worki z odzieżą i butami, które nie dotarły trzy metry dalej, na strych, reklamówki z setkami płyt CD, które nie dotarły po remoncie na dół, bo zepsuł się odtwarzacz, dziesiątki teczek z dokumentami i przynajmniej połowa książek, których nie zniosłam z powrotem, kosze z kserokopiami i tym podobne drobiazgi. Oprócz tego biwakują tam dwa wieszaki niewidoczne spod moich sukienek i spódnic, które nie zmieściły się w szafie, a których nie noszę z tego powodu, że nie chce mi się latać po schodach i przedzierać przez liczne, groźne dla życia przeszkody w tej rupieciarni. Jedną trzecią pokoju zajmuje gigantyczna paproć, która powinna być rozsadzona albo przynajmniej przesadzona parę lat temu. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało jej się osiągnąć tak monstrualne rozmiary, skoro w jej doniczce w ogóle już nie ma ziemi, bo całą przestrzeń wypełniają stłoczone korzenie. Co gorsza w całym domu nie ma takiego miejsca, w którym można by ją umieścić nie wynosząc przynajmniej połowy mebli. Ten nieszczęsny pokój stanowi ukochane miejsce kotów i Gareta. Ilekroć zdołają się tam wedrzeć, rozlega się rumor licznych, walących się przedmiotów i chrzęst tych, które zwaliły się wcześniej, a są podatne na zmiażdżenie. Prawdę mówiąc, najchętniej zabiłabym drzwi gwoździami i zapomniała o całej zawartości tej komnaty tajemnic. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Artur podał Kai listek z tabletkami do odrobaczania kotów, Kaja podała je mnie, a ja machinalnie schowałam do torby pogłębiając swoją wiedzę na temat przycinania dziobów papugom, bo przypomniało mi się niedawne spotkanie z Magdą i Jarkiem, którzy mnie zszokowali taką informacją.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-No, ja rozumiem, pazury, ale dziób? I czym to robisz, piłą? [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Tak, tarczową – potwierdził Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Boże drogi, nie miałam pojęcia, że papugi są takie skomplikowane w obsłudze. Całe szczęście, że nie kupiłam wtedy, kiedy mnie tak kusiło… Już pomijam te koty siedzące do głodowej śmierci wokół klatki, ale szlifierka do dzioba… dajcie spokój. No dobra, zbierajmy się, po południu mają przyjść Magda i Jarek, trzeba trochę ogarnąć dom… Kto chce dropsa bez cukru? A może gumę? – proponowałam, kopiąc energicznie w torbie. – Gdzieś tu mam… na sto procent… Widziałam rano… [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ciekaw jestem, co ty naprawdę tam masz – Artur usiłował zajrzeć do mojego składowiska śmieci, zaintrygowany grzechotem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nic, naprawdę. Praktycznie tylko kalendarz… wczoraj robiłam porządek, bo szukałam rachunku, który musiałam wyrzucić jakoś wcześniej. Nawet scyzoryk ostatnio wyjęłam, bo był cholernie ciężki… O, mam. Proszę! – wyjęłam listek z gumą do żucia w pastylkach. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Hm… to są tabletki na robaki – powiedział spokojnie Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ależ skąd, guma! Sama kupowałam! – zapewniłam żarliwie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Mamuś, to są tabletki dla kotów, dałam ci je! – wykrztusiła Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Och. Dałaś mi? Kiedy? Kurde, a takie podobne… dobrze, że nie zaczęłam żuć… na przykład w minibusie… - wyszeptałam słabo. [/FONT]
-
[FONT=Times New Roman]27.07.2007 piątek[/FONT] [FONT=Times New Roman]W środę pogoda doznała gwałtownego spadku formy. Po upale nie pozostało ani śladu, przyroda postanowiła przetestować jesień. Okazało się, że działa, ale chciała się tym nacieszyć. Dziesięć stopni, deszcz oraz wiatr z gatunku tych zmieniających parasole w ich niefunkcjonalną odwrotność. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Garet, meteoropata, jak wszyscy w rodzinie, zasypiał na stojąco. Odzyskiwał przytomność tylko po to, żeby przyciągnąć sobie czyjąś rękę do głaskania, po czym zamykał oczy i osuwał się na załamujących się kończynach. Na widok żelazka wpadł w ostateczne przygnębienie i zwiądł z klapnięciem jak kwiat hibiskusa. Żelazko oznacza prasowanie ubrań, a prasowanie oznacza wyjście z domu, oczywiście bez psa. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Początkowo zamierzałyśmy go zabrać, bo wybierałyśmy się do Artura, ale Kaja dostała zaproszenie na kolejne wesele i plany poszerzyły nam się o poszukiwanie odpowiedniej kreacji.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jeszcze najwyżej jedno i dosyć – powiedziałam ostrzegawczo. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Co – jeszcze jedno?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wesele. Najwyżej trzy, bo po czterech jest pogrzeb – odparłam, nawiązując do naszej ulubionej komedii. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Naprawdę nie jest ci zimno? – Kaja zerknęła spod kaptura ciepłej kurtki, jak wspieram parasol w walce z wiatrem, w czym przeszkadza mi narzucona na podkoszulek cienka lniana bluza, której ubzdurało się, że umie fruwać. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie – warknęłam – przecież jest lato. A w lecie nosi się letnie rzeczy.[/FONT] [FONT=Times New Roman]Mokre i zmarznięte kontynuowałyśmy wędrówkę po sklepach z ciuchami. Kiecki na wesele nie znalazłyśmy, za to Kaja wzbogaciła się o sweterek z seksownym dekoltem i sztruksową kurtkę Benettona, a ja o lnianą spódnicę i takąż, fantazyjną kamizelę. Dla Gareta kupiłam dużą, piękną kaczkę. Białą, z wielkimi, pomarańczowymi stopami, wyłupiastymi oczami, które pójdą na pierwszy ogień i uwodzicielską, fioletową grzywką. Przy grzywce kogoś poniosła fantazja, ale psu raczej nie będzie to przeszkadzało. Długa szyja gwarantowała pewny chwyt, a spłaszczony odwłok miłe efekty dźwiękowe podczas majtania przy mordowaniu. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Z wychłodzenia i braku kawy mój mózg dokonywał samoistnych restartów. Nie, żeby to była jakaś nowość, powiedziałabym, że w moim przypadku to fizjologia, ale miło czasami zrzucić winę na zimno i spadające ciśnienie. Kaja na wszelki wypadek łapała mnie z rękę przed przechodzeniem przez ulice i zręcznym ruchem biodra nadawała mi właściwy kierunek po każdym zatoczeniu się. Pokornie poddałam się jej kierownictwu, tym bardziej, że wybrała drogę na skróty, a skróty budzą we mnie jak najgorsze skojarzenia. Niestety, Artur wybudował swoje domiszcze na końcu świata. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dopiero w poczekalni na dobre wyjrzałam zza parasola. Z gabinetu dobiegały głosy świadczące o obecności jakiegoś pacjenta, więc skierowałyśmy się do klatki Kokuni. Trzymała się drążka dłońmi w eleganckich rękawiczkach w mozaikę w odcieniach szarości i nastroszywszy pióra mierzyła nas badawczo to jednym, to drugim okiem o gwałtownie kurczących się i rozszerzających źrenicach. Lustracja chyba nie wypadła na naszą korzyść. Nie odpowiedziała ani na przymilne zagadywanie Kai, ani na moje prośby o najłagodniejsze choćby przekleństwo. Próbowałam nawet podpowiedzi, ale bez skutku, więc dałam spokój. Głupio tak stać i przeklinać przed klatką papugi, która spogląda na człowieka chłodnym wzrokiem zniesmaczonej arystokratycznej ciotki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ty, patrz, ona się trzęsie. Jak myślisz, ja na nią tak działam, czy jej zimno? Pewnie zimno… Paskudny ojciec nie zadbał o odpowiednią temperaturę w domu…[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jakby ci to powiedzieć, mamuś… [/FONT] [FONT=Times New Roman]Otworzyły się drzwi gabinetu i wyszli rodzice z białym szpicem o kształcie całkowicie sprzecznym z nazwą, a za nimi Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No, cześć! – po urlopie sprawiał wrażenie nieprzyzwoicie odprężonego, a ze sterczącą szczeciną na twarzy wyglądał z jakiegoś powodu świetnie, ale tego wolałam mu nie mówić, bo zacząłby się golić dwa razy dziennie. Kłuł jak jeżozwierz. Jak co roku wybrał się na wczasy polegające na ciągłym przemieszczaniu się po wybranym kraju – tym razem była to Norwegia – autokarem pełniącym również rolę hotelu. Nieodparcie kojarzy mi się to ze spaniem w bagażniku.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-No i gdzie są suche ręczniki i ciepłe koce? – zapytałam napastliwie. Artur moje zgryźliwe uwagi o pogodzie zbył beztroskim machnięciem ręki. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Tam na szesnaście dni przez piętnaście lało![/FONT] [FONT=Times New Roman]-I co, ciekło wam przez klapę bagażnika? – zapytałam zjadliwie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przeszliśmy do drugiego, biurowego, pomieszczenia lecznicy. Kaja zamówiła herbatę, ja kawę po turecku i aspirynę. Zapomniałam dodać, że normalną kawę, co u mnie oznacza mniej więcej pół litra i smętnie zapatrzyłam się w aromatyczny płyn w małej filiżaneczce. Artur miał pół filiżanki czegoś dziwnego. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To herbata? – zainteresowałam się.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Kawa. Piję słabą i tylko tyle… [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Niedługo będziesz sobie dawkował kroplomierzem – zauważyłam, nadgryzając kruche ciastko zmoczone w kawie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Przestań, brrr… to mi się kojarzy z protezą! – wzdrygnął się Artur. –Przecież masz swoje zęby?[/FONT] [FONT=Times New Roman]No pięknie, nawet nie można spokojnie zjeść herbatnika nie wywołując u kolegi utajonego lęku przed starością. Mógł zaserwować te ciastka trzy lata wcześniej, a nie zaglądać mi teraz podejrzliwie do paszczy…[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Mam, ale zapomniałam użyć kleju… No już dobra, zresztą nakapałam tylko trochę – wytarłam palcem kroplę kawy ze spoiny między odłamkami kafli, którymi dość niedbale wyłożony był blat stołu. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Sam kleiłeś?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Tak, po nocach. Zlikwidowałem ten sosnowy, bo czasami trzeba położyć jakiegoś psa z kroplówką, a na tym jest mi wygodniej. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Zrezygnowałam z odłożenia kamiennego ciastka na stół. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Podczas rozmowy zastanawiałam się, dlaczego nie zwraca uwagi na ciągłe otwieranie drzwi wejściowych i dźwięk dzwonka. Wydawało mi się, że poczekalnia jest już pełna zniecierpliwionych ludzi. Czysty, melodyjny odgłos przypisałam Kokuni i pochwaliłam, że ma piękny tembr głosu. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To głos Magdy – powiedział Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Niemożliwe, żaden człowiek nie ma takiego głosu – zaprotestowałam. Nie dlatego, żebym ujmowała coś jego asystentce, ale nikt nie ma dzwonu w gardle. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-O, bekło się jej – ucieszyła się Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To też głos Magdy? – zaciekawiłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Tak jest – potwierdził natychmiast.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-U nas miałaby znacznie szerszy repertuar – wymamrotała Kaja do swojej filiżanki. –Aż strach pomyśleć, czego by się nasłuchali biedni goście… [/FONT] [FONT=Times New Roman]Moja wyobraźnia przebudziła się na chwilę i dostałam ataku histerycznego śmiechu. Z trudem opanowałam się, żeby odebrać dziwnie dziś aktywną komórkę. Kaja z Arturem zajęli się wgrywaniem zdjęć z aparatu na laptopa. Ten człowiek nigdy tego nie opanuje. A przecież podobno umie czytać… [/FONT] [FONT=Times New Roman]Dzwoniła kierowniczka MOPS-u, żeby poinformować, że przywieźli moje informatory. I że są śliczne. I że z jakiegoś powodu, nie usłyszałam, z jakiego, bo zasięg zanikał, potrzebna jest umowa z drukarnią. Na szczęście zachowałam sobie jedną kopię i w dodatku miałam ją w ręce tuż przed urlopem. Cholera, że też nie zrobiłam porządku w papierach… A tak sobie obiecywałam![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ewuniu, na tych półkach za moim biurkiem… Chyba na drugiej od góry… pod śmieciami, obok pudełka z muesli… - wykrzywiłam się do Artura, który odwrócił się od komputera i przyglądał mi się ze zgrozą - powinna być taka złachmaniona biała teczka z napisem „Umowy”… [/FONT] [FONT=Times New Roman]-No co, nie nadaję się do urzędniczego życia – warknęłam do Artura zatrzasnąwszy telefon.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Pięknie, pięknie. W papierach masz śmietnik i co chwilę jesteś na urlopie. Zaraz cię wyleją. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Odwal się. Jeszcze mi ponad dziesięć dni zostało… może w październiku wezmę - znowu zadzwoniła komórka. Tym razem Lucyna zastanawiała się, dlaczego po dwudziestu paru dniach chorobowego dostała wezwanie na komisję ZUS-owską. Zazwyczaj czepiają się po paru miesiącach. I to raczej szeregowych pracowników, a nie dyrektorów. Usiłowałam zmusić do pracy swój zaćmiony umysł, ale wychodziło mi na to, że orzeczników ZUS-u nikt nie zrozumie, nawet oni sami. Wszelkie rady wydawały mi się chybione, bo sytuacja i tak rozwinie się w innym kierunku, niż człowiek się spodziewa i na pewno nie będzie to kierunek korzystny dla klienta. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Cóż, po prostu przywieź całą dokumentację medyczną, ujmij sobie sto punktów IQ i zachowuj się jak lekko upośledzona i mocno przejęta swoim stanem zdrowia. Możesz z troską zapytać, czy to poważne i jakie według nich są rokowania – powiedziałam gromiąc wzrokiem Artura, który znowu odwrócił się od monitora z wiele mówiącą miną. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-U większości normalnych ludzi prośba o pomoc i radę wygasza agresję i budzi najlepsze instynkty… jeśli takowe posiadają – dodałam pod adresem Artura. [/FONT] [FONT=Times New Roman]W tle hałasów z poczekalni, przerywanych od czasu do czasu melodyjnym bekaniem, opowiadałam Arturowi o remoncie korytarza. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To teraz musi tam być naprawdę jasno. A wyrzuciłaś wreszcie tę paskudną szafę? [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nie. Odwal się wreszcie od mojej szafy![/FONT] [FONT=Times New Roman]-Wyrzuć ją i zrób sobie garderobę w tym zimnym pokoju na górze. Zrobi ci się dużo miejsca. Wystarczy drążek przez środek[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Sam się powieś na drążku. Po cholerę mi miejsce w korytarzu? Nie zamierzam tam siedzieć. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ale ludzie tamtędy przechodzą! [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Jasne, ruch jak na Marszałkowskiej! Kij mnie ludzie obchodzą, pomieszczenie ma być funkcjonalne. Szafa jest mi potrzebna.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ja tamtędy przechodzę![/FONT] [FONT=Times New Roman]-I co, nie mieścisz się?[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Mama lubi nory – pospieszyła z pomocą Kaja. Najwyraźniej nie mnie chciała pomóc.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-Proszę, następna zwolenniczka przestrzeni. Nie będę latać po każdą kieckę po tych stromych schodach ze swoimi pourywanymi więzadłami! – najeżyłam się. –Myślisz, że mam tyle miejsca, jak ty w swojej rezydencji! Ktoś dzwoni. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To Kokunia. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Nie mam doświadczenia z papugami, ale jakoś nie chciało mi się wierzyć, żeby działały jak magnetofon. Może… Porzuciłam temat szafy, bo jeszcze trochę, a pokłócilibyśmy się okropnie. Nikt nie będzie mi urządzał domu, a poza tym w pokoju, o którym myśli Artur, z trudem mieści się powietrze. Kaja robi tam porządek od pół roku. Oprócz zwykłego umeblowania wylądowały tam po remoncie zbędne meble. Fotel z pokoju Kai, sosnowy stół z kuchni, w którym wyłamała nogę podczas zgrabnego zeskoku, sosnowe biurko spod komputera stacjonarnego, które miała odnowić po zasikaniu przez koty. Oprócz tego leżakują tam wełniane dywany, zlane przez kociska i czekające na czyszczenie, narzuty i koce, nasze zimowe kołdry, których nie da się wepchnąć do wersalki, bowiem ta jest założona mnóstwem rzeczy, które miały zostać wyniesione na strych. Podłogę zastawiają gęsto worki z odzieżą i butami, które nie dotarły trzy metry dalej, na strych, reklamówki z setkami płyt CD, które nie dotarły po remoncie na dół, bo zepsuł się odtwarzacz, dziesiątki teczek z dokumentami i przynajmniej połowa książek, których nie zniosłam z powrotem, kosze z kserokopiami i tym podobne drobiazgi. Oprócz tego biwakują tam dwa wieszaki niewidoczne spod moich sukienek i spódnic, które nie zmieściły się w szafie, a których nie noszę z tego powodu, że nie chce mi się latać po schodach i przedzierać przez liczne, groźne dla życia przeszkody w tej rupieciarni. Jedną trzecią pokoju zajmuje gigantyczna paproć, która powinna być rozsadzona albo przynajmniej przesadzona parę lat temu. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało jej się osiągnąć tak monstrualne rozmiary, skoro w jej doniczce w ogóle już nie ma ziemi, bo całą przestrzeń wypełniają stłoczone korzenie. Co gorsza w całym domu nie ma takiego miejsca, w którym można by ją umieścić nie wynosząc przynajmniej połowy mebli. Ten nieszczęsny pokój stanowi ukochane miejsce kotów i Gareta. Ilekroć zdołają się tam wedrzeć, rozlega się rumor licznych, walących się przedmiotów i chrzęst tych, które zwaliły się wcześniej, a są podatne na zmiażdżenie. Prawdę mówiąc, najchętniej zabiłabym drzwi gwoździami i zapomniała o całej zawartości tej komnaty tajemnic. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Artur podał Kai listek z tabletkami do odrobaczania kotów, Kaja podała je mnie, a ja machinalnie schowałam do torby pogłębiając swoją wiedzę na temat przycinania dziobów papugom, bo przypomniało mi się niedawne spotkanie z Magdą i Jarkiem, którzy mnie zszokowali taką informacją.[/FONT] [FONT=Times New Roman]-No, ja rozumiem, pazury, ale dziób? I czym to robisz, piłą? [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Tak, tarczową – potwierdził Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Boże drogi, nie miałam pojęcia, że papugi są takie skomplikowane w obsłudze. Całe szczęście, że nie kupiłam wtedy, kiedy mnie tak kusiło… Już pomijam te koty siedzące do głodowej śmierci wokół klatki, ale szlifierka do dzioba… dajcie spokój. No dobra, zbierajmy się, po południu mają przyjść Magda i Jarek, trzeba trochę ogarnąć dom… Kto chce dropsa bez cukru? A może gumę? – proponowałam, kopiąc energicznie w torbie. – Gdzieś tu mam… na sto procent… Widziałam rano… [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ciekaw jestem, co ty naprawdę tam masz – Artur usiłował zajrzeć do mojego składowiska śmieci, zaintrygowany grzechotem. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Nic, naprawdę. Praktycznie tylko kalendarz… wczoraj robiłam porządek, bo szukałam rachunku, który musiałam wyrzucić jakoś wcześniej. Nawet scyzoryk ostatnio wyjęłam, bo był cholernie ciężki… O, mam. Proszę! – wyjęłam listek z gumą do żucia w pastylkach. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Hm… to są tabletki na robaki – powiedział spokojnie Artur. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Ależ skąd, guma! Sama kupowałam! – zapewniłam żarliwie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Mamuś, to są tabletki dla kotów, dałam ci je! – wykrztusiła Kaja. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-Och. Dałaś mi? Kiedy? Kurde, a takie podobne… dobrze, że nie zaczęłam żuć… na przykład w minibusie… - wyszeptałam słabo. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Kiedy już przestaliśmy płakać ze śmiechu, Artur opowiedział, jak jego koleżanka zaczynała przed wielu laty pracę w aptece i trafił jej się mamroczący przez zęby klient. Jak zwykle w takich przypadkach, usiłowała gromkimi pytaniami wydobyć z niego zrozumiałą wypowiedź. Zielona jeszcze, ale pełna dobrych chęci nie zdawała sobie sprawy, że jeśli facet mamrocze w aptece, to chodzi mu o prezerwatywy, wówczas gdzie indziej niedostępne. Wreszcie przy pomocy języka częściowo migowego podała mu, jak jej się wydawało, wskazany przez niego przedmiot, czyli lapis. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-I co ja mam z tym zrobić? – zapytał oszołomiony facet, nieoczekiwanie bardzo wyraźnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman]-To proste. Zdejmie pan tę foliową osłonkę, zamoczy ten sztyfcik, a potem wystarczy posmarować. Jak sczernieje, to samo odpadnie – dodała krzepiąco. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Do poczekalni dotarłam zupełnie pozbawiona sił i jeszcze bardziej oszołomiona niż przed wypiciem kawy. Szczęśliwie lekarska szafa, w której Artur zgromadził kolekcję szklanych zwierzątek, stała mocno. Ze zdumieniem zauważyłam, że jest pusto i mój umysł z wysiłkiem pracował nad zagadką, gdzie podziali się ci wszyscy ludzie, którzy co chwilę otwierali skrzypiące drzwi i uruchamiali dzwonek, a jednocześnie pokazywałam Kai stojącą przed wejściem ładną ławkę z elementami z kutego żelaza. Kokunia przyglądała mi się cynicznie jednym okiem, kiedy z uporem przepychałam się przez szybę drzwi wejściowych nie zwracając uwagi na wysiłki Artura, który sięgał mi pod pachą i wzdychając z cierpliwą udręką usiłował otworzyć te drzwi z klucza. [/FONT] [FONT=Times New Roman]Przez połowę drogi do domu zataczałyśmy się ze śmiechu. Na szczęście przestało padać i nie musiałam walczyć z parasolem. [/FONT]
-
Po godzinie wyszłam zaniepokojona, bo znikł mi z oczu. Przedarłam się przez słoneczniki i ze zgrozą stwierdziłam, że z rozpędu wykopał dziurę, która połknie basen w całości. On zaś, zlany potem, wyglądał, jakby lada moment miał tam zlec na zawsze przywalony sztylem od łopaty. Pospiesznie podziękowałam, zapłaciłam, pogawędziliśmy trochę, pożegnaliśmy się i zapatrzyłam się przez okno w ogromną pryzmę piasku. Wskutek intensywnej pracy intelektualnej udałam się na drugi koniec miasta do najbardziej niemrawego, za to taniego i przyjaznego składu budowlanego po folię bąbelkową, zaprawę i cement. Folią zamierzałam wyłożyć dziurę przed wysypaniem piaskiem. Reszta przyda się do zaizolowania fundamentu, gdy w sierpniu zjawi się ekipa budowlana, żeby ostatecznie ukrócić zalewanie piwnicy, przesunąć ogrodzenie i bramę, zamurować jedną ścianę ganku, drugą rozburzyć i wstawić nowe drzwi wejściowe oraz furtkę. Materiały obiecali mi przywieźć dopiero po weekendzie. Raz rozbudzoną aktywność trudno mi było pohamować i zabrałam się za remont korytarza. Irena źle zniosła zerwanie dwudziestopięcioletniej, poszarpanej przez koty tapety. Czuła się z nią swojsko, bo przedstawiała ciemne cegły, a spatynowana przez ćwierćwiecze była prawie czarna, co nadawało pomieszczeniu przyjemny wygląd zapuszczonego grobowca. Kaja zabrała się za lakierowanie boazerii, ja za sufit i ściany po tapecie. Tym razem polichromia przedstawia margerytki ma tle jasnej, groszkowej zieleni cieniowanej szczypiorkową. Na wierzchu, na gładkich płaszczyznach, jest cieniutka warstwa pszenicznej żółci, na tym oczywiście brokat widoczny tylko przy specjalnym oświetleniu i jako wykończenie bejca perłowa. Odnowiłam też parapet i bok schodów. Na parapecie przez noc pojawiły się brudne odciski kocich łap, ale specjalnie się nie awanturowałam, bo i tak pokryją je marmurowe płyty. Zrobiło się dziwnie jasno i nienormalnie, wiosennie optymistycznie. Nic dziwnego, że Irena nie może dojść do siebie. Garet zamienił się w żywy próbnik farb, przy czym najwięcej zgarnął wszystkich odcieni zieleni, bo osunął się lewym bokiem po mokrej ścianie wystawiając Kai stęskniony brzuch do głaskania. Gdyby natura przewidziała jego emocjonalne potrzeby, urodziłby się z czterema kółkami od fotela biurowego na plecach, co pozwoliłoby mu bezustannie wystawiać żądne pieszczot podwozie. W obecności ludzi Garet najczęściej występuje w trzech pozycjach: z ugiętą przednią łapką, co oznacza START albo REPLAY; na boku z odchyloną łapą przednią i tylną, kiedy pobudzone receptory wrzasną w odpowiednim kierunku komunikat PRZYJEMNOŚĆ! oraz na plecach, z rozkrzyżowanymi wszystkimi łapami, kiedy w ośrodku przyjemności pulsuje czerwony napis ROZKOSZ!!! Przy jednostkach wyjątkowo tępych, opornych lub z zakwasami przednich odnóży używa łapki w celu łagodnego lecz stanowczego naprowadzenia kończyny górnej owej jednostki we właściwe miejsce. Najlepiej, jeśli urządzenie do drapania siedzi, gdyż w przypadku rozproszenia uwagi można mu wyleźć na kolana i nakłonić do ponownej koncentracji. Zresztą urządzenia do drapania i głaskania chętnie siadają, bowiem z dwojga złego wolą mieć psa przed sobą lub na kolanach niż rzucającego się z rozpędu w objęcia. -Ostrożnie! – ostrzegłam ulubionego sąsiada-choleryka, który urzeczony zalotami Gareta przez szpary w ogrodzeniu, zdecydował się nas wreszcie odwiedzić. Sąsiad, jakkolwiek postawny i w znakomitej formie, ma jednak biologicznie 82 lata, chociaż wygląda na sześćdziesiątkę. -Nic mi nie będzie – zapewnił, czochrając rozanielonego psa. Odetchnęłam z ulgą, kiedy usiadł na kanapie i ku ogólnemu zadowoleniu kontynuował rozpoczęte przy furtce zajęcie. Garet zamknął oczy, wyszczerzył w uśmiechu ogromne zęby i wywalił ozór chłonąc przyjemność wszystkimi porami. Zaraz też ugięły się pod nim stawy i osunął się u stóp sąsiada kołami do góry. -Jak wyście tego psa wychowały, że w nim nie ma ani odrobiny agresji? Piękny piesek, piękny! Bardzo chciałbym mieć psa, ale boję się, bo jestem sam i gdyby mi się coś stało… Pogawędziliśmy chwilę, bo sąsiad jest inteligentny, oczytany, pogodny i ma poczucie humoru oraz rzadko spotykane nawet u młodych ludzi żywe zainteresowanie światem. Miałam nadzieję, że Irena skorzysta z okazji i przyłączy się do rozmowy, ale tylko się przywitała. A mogliby wzajemnie dotrzymywać sobie czasami towarzystwa. Oboje lubią czytać i rozwiązywać krzyżówki, mogliby czasami pogadać, podyskutować o polityce czy choćby poobgadywać wspólnych znajomych. Może jego optymizm zredukowałby trochę jej pesymizm… ale nic na siłę. Kiedy w poniedziałek przywieźli nam materiały budowlane, w tym folię, zapędziłam Kaję do prac ziemnych. Przedarłyśmy się przez słoneczniki i kosmosy do dziury na basen, rozłożyłyśmy folię i przymierzyłyśmy basen. Wyszło nam, że trzeba podsypać ze trzydzieści centymetrów na dnie. Miałam osiemnaście worków czystego piasku, ale czułam, że to za mało. Kaja stała w dziurze, ja nosiłam worki starając się działać na ugiętych nogach przy wyprostowanych rękach, bo próby jakiejkolwiek rotacji, pronacji czy supinacji prawego łokcia kończą się upuszczeniem nawet lekkich przedmiotów. Nie wiem, co się z cholernikiem stało, ale zawodzi mnie od kilku miesięcy. Garet, nieświadomy zagrożeń, wskakiwał z rozpędem do dziury i wyskakiwał z niej, najchętniej na osypującą się ogromną pryzmę piasku. Wysokość metra dwudziestu pokonywał jednym susem pionowo w górę. Dobrze, że nie trenuje tej umiejętności przy furtce. Po rozplantowaniu czystego piasku na dnie dziury nadal brakowało nam trzydziestu centymetrów… -Trudno, trzeba zabrać się za tę pryzmę… Będziemy przesiewać i wsypywać z powrotem. Przez resztę popołudnia stałyśmy nad dołem z plastykowymi przetakami i zgodnie przesiewałyśmy piasek. Garet przeszukał ogródek i zaniósł do dziury dużą wełnianą poduchę z magnesami, małą wełnianą, plastykowe kółko od nie wiadomo czego, patyk, kłodę do kominka i dużego szafirowego tygrysa. Wreszcie wykopał sobie nieckę w pryzmie i uwalił się z zapiaszczonym nosem, żeby odsapnąć. Z drugiej strony pryzmy Koleś z wybałuszonymi oczami i wyrazem niezaangażowanego zamyślenia na obliczu walnął i zakopał kupę, po czym wylazł wyżej i zaczął się z rozkoszą tarzać. Nogi mi spuchły, więc wcisnęłam między wybujałe słoneczniki plastykowe krzesło ogrodowe i kontynuowałam pracę na siedząco, przesiewając piasek do wiadra, które następnie opróżniałam do dołu. Starałam się przy tym nie uszkodzić zasadzonych wiosną roślin, które mają tworzyć osłonę basenu. Wiąz trącał mnie w brodę, jarzębina w plecy, a spod obu pach wystawały mi kosmosy. Piwonia rozpychała się pod kolanami, a róża drapała mnie w udo. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Kaja znudziła się dość szybko i zaczęła kombinować z wasserwagą, chcąc dowieść, że brzegi wykopu są nierównej wysokości. W tym celu ułożyła pomiędzy nimi uginającą się deskę, a na niej wasserwagę. Kiedy zjadliwie pochwaliłam ją za precyzyjny pomiar, podparła deskę palcem i kombinowała dalej. O zmierzchu zabrała psa na spacer i zostałam sama. Prawą rękę przestałam czuć w całości, ale ponieważ nadal się ruszała, oparłam ją na kolanie i przesiewałam nadal. Lewą rozgniatałam większe grudki piasku. Zrobiło się przyjemnie chłodno, wiał lekki wiatr, koniki pole cykały, róże pachniały słodko, słoneczniki gorzkawo, a dym z grilla sąsiada smakowicie. Gdyby nie łoskot przeklętych, pędzących samochodów, byłoby wspaniale. -Mamuś, chodźże już, jest wpół do jedenastej! – Kaja wychyliła się przez okno. Obok niej na parapecie stał Garet. -Już? Zaraz kończę. -Na dworze jest bardzo przyjemnie - oświadczyłam, wchodząc do domu i wpadając najpierw na drzwi kuchenne, potem na stół i zlewozmywak. –Gdyby nie to, że ostatnia grudka piasku, jaką roztarłam, okazała się Kolesiowym gównem… O Boże! Jak ja wyglądam! – ze zgrozą przyjrzałam się poszarzałej skórze. Pokrywała mnie warstwa piasku, ziemi i zaprawy murarskiej, którą dosypałyśmy do pierwszej warstwy piasku. Poczłapałam pod prysznic, ostrożnie wchodząc do brodzika. Kilkucentymetrowe pęknięcie, które poprzedzone trzaskiem pojawiło się, gdy Kaja przetykała odpływ, wydawało się niezmienione. Na samą myśl o rozkuwaniu wszystkiego, wymianie brodzika, montowaniu i murowaniu wszystkiego od nowa robi mi się słabo. Please, niech zajmie się tym ktoś dorosły, ja chciałabym się trochę pobawić! We wtorek przesiewanie piasku skończyłam o wpół do czwartej, bo musiałam się odskrobać przed wyjazdem do Krakowa. Pogodziłam się już z myślą, że muszę dokupić ze dwadzieścia worków. W tym celu należało skontaktować się z Arturem, który już pewnie wrócił z Norwegii i uzyskać od niego namiary na faceta od piasku. Telefon do Artura scedowałam na Kaję, i tak nadszedł czas odrobaczania kotów i potrzebne nam były tabletki. O wpół do piątej byłam jeszcze w proszku. Kaja w pośpiechu prasowała mi sukienkę, ja jedną ręką malowałam sobie rzęsy, drugą suszyłam wierzchnią warstwę włosów, trzecią odkręcałam flakonik perfum, a czwartą łapałam spadającego papierosa słuchając mamrotania Kai, że kiedyś cały dom sfajczę… Wreszcie wskoczyłam na chwilę do łazienki, przypadkiem rzuciłam okiem w lustro i zamarłam. -O Jezu. Kurde! – zawołałam z przerażeniem na widok straszydła, które najwyraźniej dopiero co wypuściło z gęby obnażony przewód pod napięciem 230 wolt. Kolejne minuty spędziłam na powtórnym moczeniu włosów i przyklepywaniu ich do czaszki. Kaja w kuchni zanosiła się śmiechem. -Okrzyk damy na widok swojego odbicia w lustrze! – rechotała. -Stój! Telefon! -Kurde! – wróciłam po telefon. Potem po buty. Sesja była męcząca i nie wniosła wiele. Wzdychaliśmy i kręciliśmy się na niewygodnych, plastykowych krzesłach. Prawie zwichnęłam sobie kark od spoglądania na zegar ścienny za moimi plecami. Chciało mi się palić i żreć. Byłam zniecierpliwiona i zirytowana jak rzadko, ale tłumaczyłam sobie, że koleżanka, która mówi, nie potrafi bez licznych dygresji, komentarzy i ogólników. Genialny informatyk po mojej prawej stronie niemal położył się na boku i wygiął do tyłu, po czym zaczął okręcać wokół ręki sznur od lampki, co wyglądało tak, jakby w ostatecznej desperacji rozmyślał, czy lepiej się powiesić czy porazić prądem. -Daj spokój, chłopie, mimo wszystko warto żyć – wymamrotałam przez zaciśnięte zęby. Śmiech nieco rozładował atmosferę, ale i tak wyszłam zmęczona i nabuzowana. Podczas jazdy zjadłam całą pizzę. Iwona zacisnęła ręce na kierownicy i rzucała mi udręczone spojrzenia, ale wytrzymała. Od tygodnia stosuje restrykcyjną dietę i na razie się nie złamała. Ja wytrzymałam tylko dwa dni bez słodyczy.
-
24.07.2007 wtorek Dlaczego od połowy urlopu martwię się, że już niewiele dni do końca, zamiast cieszyć się, że jeszcze tyle wolnego przede mną? To chyba ta szklanka do połowy pusta, charakteryzująca pesymistów. Tak naprawdę, to martwiłam się już w pierwszy weekend, zanim urlop na dobre się rozpoczął. Kaja była zaabsorbowana bez reszty przygotowaniami do udziału w weselu. I pryszczem na policzku, który wyskoczył jej jak na zawołanie. Powstrzymałam się od uwagi, że pewnie wskutek zbyt intensywnych zabiegów kosmetycznych, które wstrząsnęły i mną i Garetem. -Chryste!!! – zadygotałam w drzwiach pokoju, kiedy odwrócił się ku mnie zielony upiór z cielistymi łatami wokół oczu. Garet, przyklejony do oparcia kanapy, z uniesioną przednią łapą, jakby zamierzał się przeżegnać, jęknął empatycznie. -No co, maseczki nie widzieliście? – zirytował się upiór. -Może jakoś uprzedzaj, a nie tak z zaskoczenia… Zobacz, jak psa wystraszyłaś, za chwilę oczy mu wypadną. Nie bój się, Garecik, tam pod spodem jest Kaja… - przemknęło mi przez myśl, że rozumiem tych facetów, którzy doznają stanu przedzawałowego w podobnych sytuacjach. Spodziewa się taki biedak żony, a tu znienacka objawia mu się kostropaty kosmita syczący przez zacementowane usta. Nic dziwnego, że po takiej traumie nieszczęsny samiec omija wzrokiem połowicę nie dostrzegając na przykład nowej fryzury, za co znowu mu się obrywa. Pół dnia przed wyjściem uszyta przez Irenę sukienka była gotowa, nowe buty wypróbowane, pozostał tylko problem biżuterii. Do łososiowej sukienki ze złotawym połyskiem i beżowo-złotych zamszowych sandałów pasowało tylko złoto. Moje kolczyki ze złotych płytek Kaja uznała za zbyt ciężkie, więc obiecałam, że rozejrzę się przy okazji zakupów. Ze sztucznej biżuterii nic ciekawego nie było, za to u jubilera od razu rzuciły mi się w oczy kwiatki o wdzięcznie wygiętych płatkach, ze zmatowionego złota, o błyszczących brzegach. Niemal równocześnie zachwyciły mnie mięciutkie sandały z jasnej skóry, które naprawdę były mi potrzebne. Zarówno na jedno jak i na drugie nie było mnie stać. Ale, ostatecznie, dziecko pierwszy raz idzie na wesele – pomyślałam oglądając swoją stopę w niezwykle wygodnym sandale, który był prawie odpowiedniej długości, a będzie odpowiedniej, gdy napiętek się rozciągnie. No i buty były znacznie tańsze od kolczyków… -Ty mi nie mów o rozsądku – warknęłam do przyciśniętej do ucha komórki, kiwając równocześnie do roześmianej ekspedientki, że biorę buty – ja cię tylko pytam, czy chcesz te kolczyki! Kaja w pełnym rynsztunku wyglądała olśniewająco. Kolczyki pasowały doskonale. Dałam jej próbkę luksusowego podkładu i pryszcza nie było widać, powieki musnęłam złotawym cieniem, a dekolt i odsłonięte ramiona balsamem ze złotym brokatem. Udało mi się odnaleźć beżowy szal z przejrzystego jak mgła jedwabiu ze złotymi drobinkami, którego jeszcze nigdy nie miałam na sobie, pewnie dlatego, że dziwnie by wyglądał przy bluzie od dresu. Pomachaliśmy z Garetem wsiadającemu do samochodu dziecku, które już za parę godzin będzie balować w najlepszym lokalu w mieście. Byłam tam tylko raz, na konferencji na temat raka płuc, full wypas, znakomita wyżerka, aczkolwiek atmosfera niespecjalnie imprezowa z uwagi na wyjątkowo paskudne rokowania przy tymże raku. Szczególnie w naszym kraju, gdzie coroczne, profilaktyczne zdjęcia płuc odeszły w niepamięć wraz ze spostponowaną epoką socjalizmu. Teraz, jeśli nawet zmiana jest umiejscowiona tak, że byłaby widoczna na zdjęciu przeglądowym, często bywa uchwycona na tymże zdjęciu dopiero po długim i heroicznym leczeniu objawów wszystkimi dostępnymi na rynku antybiotykami i w takim stadium, że od razu można się odprężyć i nie zawracać sobie głowy obliczaniem szans przeżycia na ułamkach. Garet, pogrążony w głębokiej depresji, zacumował przed drzwiami wejściowymi, a ja, pozbierawszy rozrzucone części garderoby Kai, przystąpiłam do solidnego sprzątania. O nowe ścierki zadbał Garet, dopadłszy poprzedniego dnia koszulę nocną Kai. Opuściła go i poszła po zakupy, a kiedy wróciła, na wieszaku w łazience został tylko obrąbek z metką. Dom był zapuszczony straszliwie, ale dziecko przejęte przygotowaniami na takie drobiazgi nie miało czasu. Moja wyrozumiałość oddaliła się pospiesznie, kiedy odsunęłam kanapę. Mówiłam! Cholera, mówiłam, że pokój cuchnie kocimi sikami!!! Prosiłam, żeby zajrzała pod kanapę! Twierdziła, że nic tam nie ma, a mnie się wydaje, bo mam obsesję! Moja obsesja rozlewała się pod całą kanapą. Na przestrzeni co najmniej dwóch metrów kwadratowych. Miedziane gwoździe z chodniczków fakira weszły z nią w reakcję chemiczną i zostawiły paskudne ślady na podłodze. To samo było pod fotelem w kuchni. Pułapki wyrzuciłam, bo i tak jeśli sama w nie nie wpadnę, to wpadają moi goście, poza tym cuchnęły niemożliwie. W ślad za nimi powędrowało kilka śmierdzących ścierek. Narzuty do prania. Wieczorem dom mniej więcej nadawał się do mieszkania i wąchania. Koty zniknęły z horyzontu. Przekopywałam piwnice w poszukiwaniu jakichś belek, które zamknęłyby wejście pod kanapę i fotele. Wreszcie użyłam w tym celu dębowych kłód do kominka oraz dwóch cegieł. Przeczołgałam się na brzuchu wokół mebli i uznałam, że nic się tam nie wciśnie. Regałom z książkami dałam spokój, bo pod nimi nie zmieści się nawet Perła. Najwyżej piłeczka do tenisa, którą Garet właśnie zaczął się bawić. Przez chwilę bawiliśmy się obydwoje, to znaczy on wrzucał ją pod regały, a ja wyjmowałam. Ubaw po pachy. To znaczy rękę musiałam wkładać aż po pachę, aż wreszcie zaprotestowałam i przestałam reagować na bolesne westchnienia i dolne powieki zahaczające żałośnie o czubek nosa. O pierwszej w nocy obłudnie słodkim głosem zwabiłam Gareta sprzed domu, po czym warknęłam, że czas spać i o tej porze nikt nie drze ryja. Obrażony uwalił się na podłogę przy kanapie. Ledwie wyciągnęłam się na łóżku, gdy przerażający jęk zmroził mi krew w żyłach. Zanim zorientowałam się, że przejmujące dźwięki pochodzą żywcem z marzeń sennych mojej matki, Garet już popędził na ratunek. Przyklepałam stojące dęba włosy i powlokłam się za nim. Kiedy zapaliłam światło, stał dwiema łapami na łóżku i nastawiwszy uszy, przekrzywiał głowę z boku na bok i z zakłopotaniem wpatrywał się w Irenę. Widocznie zastanawiał się, jak u niej wyłączyć fonię. -Na litość boską, chcesz nas wykończyć?! -Chhho?... A, waśnie myślałam, że ktoś powinien mnie obuziśśś… - wymamrotała i z powrotem zasnęła. -Chodź, Garecik, babci nic się nie dzieje. Ale śpijmy szybko, bo może jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa… Początkowo zamierzałam spędzić urlop w pełnym szczęścia rozleniwieniu. Tym bardziej, że straszliwy upał skutecznie zniechęcał do jakiejkolwiek aktywności. Opalać się nie dało, bo skóra od razu skwierczała. Garet cierpiał z przegrzania w coraz to innym miejscu, choć w domu było niewiele ponad dwadzieścia stopni. Wieczorem wracał ze spaceru taki zziajany, że naprawdę bałam się o niego. Próbowałyśmy mu moczyć łapy i podwozie, ale traktował to jak inwazyjny zabieg medyczny. Wciskał się w fotel albo we mnie, jeśli akurat tam byłam, podnosił błagalnie łapkę i dramatycznie przewracał oczami. Przez dwa dni udawało mi się utrzymać koty z dala od mojego pokoju. Ziałam złością, ilekroć któryś choćby spojrzał w kierunku drzwi, do których od dołu przykręciłam dodatkową deseczkę udaremniającą wszelkie próby przeczołgania się pod spodem. Nie wiem dlaczego w naiwności swojej sądziłam, że to wystarczy. Kiedy mordercze fluidy w domu osiągnęły poziom akceptowalny, drzwi co rusz były otwarte na oścież, a włochate gady spały niewinnie i głęboko na telewizorze, kanapie, fotelu i zalanym słońcem parapecie. Oskarżałam Gareta o współpracę z nimi, bo przecież same w żaden sposób nie mogły dostać się do środka. Kaja zaobserwowała, że Garecik opracował szybką metodę otwierania drzwi swoim ogromnym kłem. Jedno sprytne zahaczenie i po wszystkim. Ale dlaczego robił mi to również w nocy? Gacia zaczęła traktować szeroki zewnętrzny parapet jak swój prywatny taras. Ustawicznie ciamkała mi i mamrotała nad głową, za otwartym szeroko oknem, wsłu****ąc się w kocie walki toczone w ogródku. Kiedy około pierwszej cichł łoskot czyniony przez pędzących ulicami kamikadze, zaczynały koty. Którejś nocy obudził mnie gwałtowny hałas robiony przez drzwi, najwyraźniej wyrywane po kawałku z zawiasów. Już nabierałam powietrza, żeby nawrzeszczeć na Gareta, kiedy coś hycnęło mi nad głową i na parapecie pojawiła się Gacia. Ta paskudna bestia nauczyła się otwierać drzwi pazurami! Następnej nocy podparłam drzwi leksykonem roślin leczniczych. Tym razem hałas był bardziej dramatyczny, bo Gacia pokonała dwumetrowe drewniane płyty, z których niedawno zbudowałam ściankę działową. Po raz kolejny musiałam skapitulować przed kotami. Kaja puchła z dumy i zachwytu. Ja też puchłam, ale ze złości. Gacia niepodzielnie zawładnęła zewnętrznym parapetem. Przynajmniej do czasu japońskiego horroru. Pierwsza część filmu naprawdę robiła wrażenie, mimo iż za nic nie mogłam odróżnić jednej młodej Japonki od drugiej, wyłączywszy ducha, bo ta wyglądała szczególnie paskudnie, choć nie tak szkaradnie jak duch dziecka. Potem wszystkie sekwencje zaczęły się powtarzać, zmieniały się tylko osoby, na które przyszła kolej, żeby walnąć ze strachu w kalendarz. Dla mnie bez różnicy, bo i tak ich nie rozróżniałam. Zanim jednak się rozluźniłam, a napięcie osiągnęło apogeum, rozległo się bębnienie w okno za naszymi plecami. Odwróciłyśmy się z wrzaskiem akurat w porę, żeby ujrzeć rozkrzyżowane na szybie kawowe podwozie Gaci, która ten właśnie moment wybrała na śmiertelne wystraszenie ćmy. Ciem jest wyjątkowo dużo, różnej wielkości i o różnorodnym ubarwieniu, i co wieczór w moim pokoju odbywa się polowanie. Polują Gacia, Koleś i Garet. Czasami na tę samą ćmę, a kiedy emocje wymkną się spod kontroli, na siebie nawzajem. Przy czym z braku skrzydeł na ćmy nieskutecznie. Już samo skoncentrowanie wzorku na fruwającym obiekcie grozi ukręceniem głowy. Ponieważ obiektów jest kilka, mamy do czynienia ze zjawiskiem rozbieżnego podkręconego zeza. Potem pozostaje dylemat wyboru techniki – łapami czy zębami. I zmiana decyzji w ostatnim momencie, co w rezultacie przypomina oklaski w wykonaniu rozochoconego turonia ze zwichniętym stawem skroniowo-żuchwowym. Przy nieuniknionej kolizji koty dostają wielką łapą przez łeb, a Garet mniejszą łapą w mordę. Dzięki Bogu nie kontynuują łowów w ciemności, bo nie wiem, czy zniosłabym bez szwanku na zdrowiu lądujące mi znienacka na twarzy pazurzaste futrzaki. Straciłam nadzieję na wskrzeszenie zapału Kai do prac ogrodniczych. Przycięła co prawda parę krzewów i wyrwała trochę chwastów, ale ogródek nadal wygląda jak krajobraz po nalocie bombowców. Wytargane przeze mnie badyle schną w przypadkowych miejscach, a nowe dzielnie pną się do góry. Słoneczniki, które wysiały się same w ubiegłym roku, osiągnęły rzadko spotykane rozmiary kilku metrów i rosną gęsto jak dżungla. Pomiędzy nimi na długich, wiotkich łodygach chwieją się kwiatki w kilku odcieniach zgaszonego różu nazywane przez moją matkę „kosmosami”. Na środku króluje basen, który spełnia rolę zbiornika na deszczówkę i opadłe liście oraz stanowi ulubione miejsce samobójstw koników polnych. Postanowiłam doprowadzić do osadzenia go w ziemi. Namierzyłam młodego sąsiada, który ku mojemu zdumieniu porzucił szczęśliwe życie filozofa i dał się ucywilizować, to znaczy zatrudnił się jako ochroniarz. Chodzi po hypermarkecie ze śmiertelnie poważną miną i włosami związanymi w długi koński ogon i mamrocze do krótkofalówki. Obiecał przyjść w pierwszy wolny dzień i słowa dotrzymał. Z zapałem zabrał się za pogłębianie dziury, ale dopiero wtedy, kiedy umknęłam do domu, wysłuchawszy uprzednio licznych wątków z jego życia, bardziej aktualnych nawet czterokrotnie. Kilkakrotnie wynosiłam mu napoje, oboje byliśmy zadowoleni, że tak dobrze się kopie, bo podłoże to sam piasek. Pierwsza warstwa czarna wskutek prób wieloletniego wspomagania ziemią ogrodniczą, reszta śliczna, ciemnożółta.
-
Sahara, specjalnie dla Ciebie - koci sejmik przy lustrach. Trzymajcie sie, idę na urlop! [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img258.imageshack.us/img258/3220/072007057ny6.jpg[/IMG][/URL] Shot with [URL=http://profile.imageshack.us/camerabuy.php?model=HP+PhotoSmart+R607+%28V01.00%29%2B&make=Hewlett-Packard]HP PhotoSmart R607 (V01.00)+[/URL] at 2007-07-13
-
[FONT=Times New Roman]12.07.2007 czwartek[/FONT] [FONT=Times New Roman] [/FONT] [FONT=Times New Roman] No, od razu inaczej, kiedy od rana parasol nie zahacza o brzuchate, szare chmury. Chociaż nadmiar słońca dla nieprzyzwyczajonego organizmu to szok. Źrenice zapomniały, że potrafią się zwężać. Jeszcze dwa dni wcześniej, wyszedłszy z pracy, pochyliłam się odruchowo w obawie, że granatowe, pełne deszczu spaślaki spadną mi na głowę. I wtedy świat z leniwym wdziękiem przejechał w prawo. Potem w lewo. Później znów w prawo… Istny Kabaret Starszych Pań. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Miałam w domu dwanaście butelek jałowcówki… wymamrotałam.[/FONT] [FONT=Times New Roman] Na szczęście, kiedy w półtorej godziny później dotarłam do naszej furtki, dość mocno trzymałam się na nogach. Złapałam w objęcia rozdartą siatkę i bokiem wtoczyłam się do domu. Mięśnie, wymodelowane przez psie szpony, płonęły. Garet, rozpaczliwie niedowitany, miotał się między fotelami w kuchni. Niedawno Kaja opowiadała o poradach psychologów zwierząt dotyczących podobnych przypadków. Ignorować, aż powitania staną się mniej ekspresyjne…[/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ciekawa jestem, jak to można ignorować? – zrzuciłam zmaltretowany bagaż na stół i masowałam ramię, podczas gdy Kaja zakładała Garetowi czułego nelsona. – W milczeniu i obojętnie pozbierać odgryzione członki, kablem telefonicznym zahamować krwotok i omijając wzrokiem psa zadzwonić po pogotowie? – ignorowany pies jęczał i usiłował stanąć na głowie z uniesioną zadnią łapą, żeby odsłonić cały brzuch. Krótka chwila głaskania tylko zwiększyła niedosyt. A cóż on ma za emocjonalną czarną dziurę! Ulżyło mu trochę, kiedy zdołał ukraść skorupkę z jajka, ale Kaja nie pozwoliła mu jej schrupać. W ramach protestu wyjął kawałek mięsa ze swojej miski i rzucił na podłogę. Potem tęsknie zapatrzył się w moje ziemniaki z sosem musztardowym. Nie wiedział biedak, co go czeka. Tego popołudnia obie wyjeżdżałyśmy do Krakowa. Wyszłyśmy równocześnie, bo granitowy spokój Kai redukuje mój stres. Świszczałam jak waleń, starając się nadążyć za wyciągniętym krokiem niższej o dziesięć centymetrów córki i co chwilę oglądałam się, czy jakimś cudem nie pojawi się za nami szybko przemieszczająca się czarno-biała kula. Wskutek tego poruszałam się do przodu głównie przy pomocy półobrotów. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ależ ty masz nerwy! – wysapałam z urazą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Bo widzisz, mamuś – jeśli wiem, że pozamykałam wszystko, to jestem na dziewięćdziesiąt procent pewna, że on nie wyjdzie – poinstruowało mnie moje dziecko chłodnym, rozważnym tonem, zadarłszy swój rozsądny podbródek w kierunku zachmurzonego nieba. – A ty się skupiasz tylko na tych dziesięciu procentach – dodało w tonacji „uspokój się wreszcie, stara wariatko”. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Jeszcze w minibusie zerkałam nerwowo, acz ukradkiem, przez okno, choć gdyby Garet dotarł do głównego skrzyżowania, to już tylko w drodze ku światłości wiekuistej. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Znalezienie się w grupie moich sfrustrowanych, nadwrażliwych intelektualistów stanowiło prawdziwą ulgę. Temat na topie – a cóżby, jeśli nie czarna emocjonalna dziura? W porę ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć, że mój pies też to ma i to w jakim nasileniu! Z jednym mu łatwiej – jest mało wybredny w wyborze partnera. Poduszka, koszula, bluza od dresu – wszystko jest równie pociągające. Z nami gorzej. Pewnie dlatego, że natura nie zdołała stworzyć hybrydy wyposażonej w atrybuty odpowiedniej płci i ogromne, pełne bezwarunkowej miłości serce czułego, opiekuńczego rodzica. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W ramach rekompensaty kupiłam dwie duże pizze ze szpinakiem i różnymi gatunkami serca. Ta nowa pizzeria jest fantastyczna, w życiu nie jadłam tak dobrej pizzy. Iwona i Mateusz odprowadzili mnie na przystanek. Jedli po drodze, bo spieszyłam się na Monka. Chmury, po grupowej naradzie, podjęły decyzję. Zaczęło lekko kropić. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W połowie drogi bus bardziej płynął, niż jechał. Wysiadłam wprost w objęcia tryskającej energią ulewy. Po przejściu kilkuset metrów byłam cała mokra. Stopy ślizgały mi się w ciamkających żałośnie skórzanych sandałach, a ramię zdrętwiało od podtrzymywania parasola i pudełek z pizzą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Garet leżał w otwartych drzwiach wejściowych na posłaniu z herbaty liściastej, której po południowych zakupach nie schowałam w kredensie. Pod wpływem wilgoci okolice gniazda zabarwiły się na rdzawy brąz. Garet, galopujący mi na spotkanie, dwoma celnymi kopami posłał poszarpane opakowanie w kierunku furtki, po czym runął mokrymi łapami na moją, równie mokrą, lnianą sukienkę, której lawendowy kolor nieodwołalnie przeszedł do historii. Jedno pudełko z pizzą po długim, stabilnym locie wylądowało na podłodze korytarza i zaklekotało przyjaźnie przykrywką do leżącego obok parasola. Parasol częściowo moczył się w kałuży, która brała początek o metr dalej, na mojej komodzie z bielizną. Jak na Kolesia, to było tego za dużo. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Co to jest?! Fe! – Garet speszył się na chwilę, przyhamował, po czym pięknym skokiem osiągnął kuchenny fotel, gdzie stanął na lewym uchu podnosząc obie prawe łapy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Ty cholerny głupolu… nie mam już do ciebie siły – wymamrotałam, osuwając się na czarne cielsko. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Pizza po podgrzaniu była jeszcze lepsza. Ciasto chrupiące, szpinaczek i sery pachnące. Jedliśmy jak prosięta, z tym, że ja nie chrumkałam, za to spadało mi więcej okruchów. Odprowadziłam jeden z większych wzrokiem i struchlałam. O Boże. Wielki Wódz Czarna Stopa! Spora część barwnika z sandałów wgryzała się radośnie w moje tkanki, pokonawszy barierę naskórka i skóry właściwej. Po kąpieli i długim, bolesnym kontakcie z pumeksem moje podeszwy ostatecznie zgodziły się na kolor granatowy. Teraz przez najbliższe dni muszę uważać, żeby broń Boże nie zwichnąć stawu skokowego. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ledwie usiadłam na kanapie w nocnej koszuli, Koleś zlazł z telewizora i wskoczył mi na nogi. Już myślałam, że przygnały go ciepłe uczucia, ale kiedy zaczął mnie intensywnie obwąchiwać, nadzieja na własną atrakcyjność zwiędła. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Koleś? Czy ty czujesz to, co ja myślę? Też mi się wydawało, że ta koszula dziwnie pachnie… - utkwiłam oskarżycielskie spojrzenie w Garecie, który odpowiedział niewinnym, lekko zatroskanym. Jasne, już zdążył zapomnieć, że ją przeleciał, a potem odkurzył nią najbliższą okolicę. Pewnie Irena powiesiła potem ten łachman na wieszaku. Kiedy wyjmowałam z szafki czystą, obaj włochaci faceci pilnie śledzili moje ruchy. Zaniepokoiło mnie to, bo zarówno jeden jak i drugi doskonale radzą sobie ze wszystkimi zamkami. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Ponieważ Kai nie było, Garet spał w moim pokoju na fotelu. Rozbestwiony rozwalaniem się w dużym łóżku, na moje, wąskie, już nie wchodzi. Czego nie można powiedzieć o Gaci, Perle i Kolesiu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Kaja miała wrócić rano, więc spokojnie robiłam zakupy, szukając najtańszych ćwiartek z kurczaka, bo Garetowe zapasy już się skończyły. Do domu dotarłam około czwartej, wpadając wprost w stęsknione objęcia psa. Był już tak zniecierpliwiony, że przez cały czas gwizdał, jęczał i chrumkał. Wyrzucił z miski swoje mięso, połknął w pośpiechu parę kawałów kiszonego ogórka i dopiero ulubione śmietankowe lody przymurowały go do miejsca. Prawym okiem nerwowo lustrował okolicę, a lewego nie spuszczał z moich ust. Nie mógł się doczekać, zamruczał niecierpliwie i przeniósł się o kilka centymetrów bliżej. Wreszcie oparł pierś o moje kolana i doczekał się. Owinął stęskniony jęzor wokół patyczka i przymknął w ekstazie powieki. Kawałek loda wylądował mi na spódnicy, a odpryski bryznęły na kredens. W chwilę później, oblizana do czysta, zebrałam papierki po lodach, wstałam i poczułam, że nastąpiła jakaś awaria przyciągania ziemskiego. Ale nie, po prostu trafiłam piętą na porzucony przez Gareta plaster kiszonego ogórka. Pozbierałam siebie i papierki po lodach i zabrałam psychola do ogródka, bo kompletnie nie przyjmował do wiadomości, że Kaja jednak przyjedzie. Mniej więcej za dwie godziny. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Akurat przestało padać i wyjrzało słońce. Chwilę trwało, zanim rozświetliło mroki zbolałej, Garetowej duszy. I mroki mojego umysłu, dzięki czemu uświadomiłam sobie, że najprawdopodobniej nieodwołalnie doznałam rozmiękczenia mózgu, cokolwiek to jest.[/FONT] [FONT=Times New Roman] -… I cio, moja ślićna, myśliwska moldecko? Daj buzi mamusi, ty rzęsaczku cudny… - dotarł do mnie płynny tekst, wydobywający się z moich własnych ust. Rany, do dziecka zawsze mówiłam normalnie, do kotów mówię normalnie, a byle kundel jednym spojrzeniem redukuje mnie do poziomu intelektualnego glonu. [/FONT] [FONT=Times New Roman] W cztery godziny później Garet uszczęśliwiony witał Kaję, równie uszczęśliwioną, bo udało jej się kupić piękne sandały na wesele. Nie jej własne, na szczęście, ale pierwsze, na które idzie. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Siki w korytarzu ci zostawiłam – poinformowałam pogodnie. –Gdybyś przywlokła tyłek wcześniej, to byłoby o jedną kałużę mniej, bo tę pod wózkiem na zakupy twój odrzucony przeszczep wyprodukował dosłownie przed chwilą. [/FONT] [FONT=Times New Roman] Odrzucony przeszczep miał tylko jedno w głowie i wszelkimi siłami próbował zasygnalizować Kai, że najwyższy czas na spacer. Guzik go obchodziły jej flegmatyczne rozważania, czy starsza kałuża zaczęła się na szafie i dotarła do komody czy na komodzie i dotarła do szafy. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Według mnie szafa dostała odłamkami. Ale jeśli chcesz znać dokładną trajektorię, to zapytaj Gareta – zniecierpliwiłam się. [/FONT] [FONT=Times New Roman] -Wiesz, mamuś, to jednak idzie od komody – orzekła Kaja. –I chyba zajrzyj sobie do szuflady z majtkami. Mam wrażenie, że tam się trochę wlało… [/FONT] [FONT='Times New Roman'] Po dwóch godzinach byłam zniecierpliwiona w tym samym stopniu, co Garet, który w przypływie desperacji postanowił wyciągnąć Kaję z domu za nogawkę dżinsów. Gdyby mu się nie udało, byłam skłonna pomóc, korzystając ze swoich bardziej chwytnych kończyn. [/FONT]
-
Hmmm... powstała teoria, że mordka Gareta siwieje od ulubionych lodów śmietankowych... A lustra, oczywiście, dla kotów, żeby mogły sprawdzac, czy wybujałe ego im się nie kurczy. A teraz foto: Proszę, chodźmy na spacer... [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img169.imageshack.us/img169/1562/072007033ye0.jpg[/IMG][/URL] Shot with [URL=http://profile.imageshack.us/camerabuy.php?model=HP+PhotoSmart+R607+%28V01.00%29%2B&make=Hewlett-Packard]HP PhotoSmart R607 (V01.00)+[/URL] at 2007-07-11 Albo pójdziesz dobrowolnie, albo cię zawlokę! [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img412.imageshack.us/img412/1585/072007036vv4.jpg[/IMG][/URL] Shot with [URL=http://profile.imageshack.us/camerabuy.php?model=HP+PhotoSmart+R607+%28V01.00%29%2B&make=Hewlett-Packard]HP PhotoSmart R607 (V01.00)+[/URL] at 2007-07-11