-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
:roll: [FONT=Georgia]18.06.2006 niedziela[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Na piątkowe popołudnie mieliśmy ambitne plany, ale nic z nich nie wyszło, bo mój kręgosłup znowu zaatakował. Taka zdrada! Jakoś nie potrafię cierpieć pokornie, więc Kosmos aż spuchł od moich mało pochlebnych komentarzy i wymyślnych przekleństw. Garet nie miał problemów z poruszaniem się, ale doskwierały mu zęby i zmiany ciśnienia. Zamiast skupić się na zagryzaniu mnie, przytulał się tak słodko, że zaniepokoiłam się, czy nie jest chory. Pomacałam nos – suchy i ciepły. Zajrzałam w oczy – cicha melancholia. Czoło – pobrużdżone wzdłuż. Uszy – żałośnie opuszczone z wyjątkiem resztek pędzelków, które nie zdążyły jeszcze wylinieć i sterczą w nieprzewidywalnych kierunkach. [/FONT] [FONT=Georgia]-Garyś, jesteś chory czy masz doła? [/FONT] [FONT=Georgia]W odpowiedzi westchnął z siłą zdolną ugasić płonący las, a nie tylko zdmuchnąć z poręczy fotela kłęby kurzu. Zamrugał żałośnie i pociamkał wysuszonym blacikiem. [/FONT] [FONT=Georgia]-Dobra, stary, idziemy do ogródka. Ja się wygrzewam, ty brykasz. [/FONT] [FONT=Georgia]Zanim dokuśtykałam ostrożnie do ogrodu, Garet zdążył wywołać panikę wśród kotów. Piwnicznych, oczywiście, po domowych nie było ani śladu. Wielka, szara, bezczelna kocica siedziała na murze, kocurek balansował na wąskim występie za balustradą balkonu, a nieśmiała koteczka wskoczyła na pień ściętej lipy obficie zarośnięty młodymi gałązkami i stamtąd pluła wściekle na Gareta usiłującego w drodze błyskawicznych mutacji wykształcić sobie małe, czarne skrzydełka. [/FONT] [FONT=Georgia]-No to, Garyś, mamy jasność. Jesteś zdrowy. Fe! Zostaw kotka![/FONT] [FONT=Georgia]Garet kwiknął z frustracji, ponieważ próba uskrzydlenia nie powiodła się, i zaprzestał daremnych usiłowań wdrapania się po pniu. Żeby upuścić trochę napięcia, ruszył przed siebie dzikim galopem. Towarzyszył mu rozpaczliwy chrzęst miażdżonych roślin. Tego by tylko brakowało, żeby teraz wyszła na balkon babcia…[/FONT] [FONT=Georgia]-I znowu ten szkodnik niszczy wszystko! Cała moja praca na nic! – zakrakała ponuro nad moją głową. Podskoczyłam nerwowo, co wywołało natychmiastowy oddźwięk w całej prawej nodze, a to z kolei wprawiło mnie błyskawicznie w fatalny nastrój.[/FONT] [FONT=Georgia]-Przecież widzisz, że biega po trawie![/FONT] [FONT=Georgia]-Jak już przeleci przez fasolkę![/FONT] [FONT=Georgia]-Zaraz położy się obok mnie – spasowałam. I prawie miałam rację. Kiedy ulokowałam się ostrożnie na trawie, nie zastanawiając się nad tym jak i czy w ogóle zdołam wstać, Garet runął szczupakiem na moje nogi, a zniesmaczony głośnym protestem wyhamował wszystkimi pazurami i ostatecznie zatrzymał mi się na karku, w sam raz, żeby rozpocząć poszukiwania mojej twarzy. Zamiast niej znalazł ucho, dzięki Bogu, bez kolczyka, i zaczął je nerwowo skubać, na co wrzasnęłam jeszcze głośniej. Garet zaskrzypiał zniecierpliwiony, wybił się, zeskoczył zręcznie i pokłusował na przełaj przez róże. Na chwilę zapadła cisza. Ptaki ćwierkały, muchy bzyczały, trawy szeleściły, koniczyna pachniała... Trawy szeleściły zdecydowanie zbyt głośno. Uniosłam głowę i rozejrzałam się podejrzliwie. Niby nic paskudniejszego od żaby nie spodziewałam się zobaczyć, ale nigdy nie wiadomo... Najpierw go poczułam. Ten oddech! Z zielska na wprost mojego nosa wychynął kocurek z potężnym wytrzeszczem. Uszy z napięcia zlazły mu się na środku czoła, ale namiętne uczucia były silniejsze i cisnęły go wprost na moje usta. Wtulił się mrucząc głucho i niepohamowanie. [/FONT] [FONT=Georgia]-Tfu, kocurek, uważaj, pies! – plułam ostrzegawczo futrem. Garet zmaterializował się jak na zawołanie. Rozkraczył się nad nami z rozdziawionym pyskiem i radosnym błyskiem seryjnego mordercy w oku. Kocurek wcisnął mi się głębiej pod brodę. Boże drogi, kot na twarzy i pies na głowie dawały niemal stuprocentową gwarancję, że poniosę poważny uszczerbek na urodzie... [/FONT] [FONT=Georgia]-Garet, fe!!! – wrzasnęłam. Mój okrzyk tak przestraszył kocurka, że wyprysnął jak szara rakieta i zatrzymał się dopiero w połowie śliwy, skąd szyderczo spoglądał na szlochającego na dole psa. Odetchnęłam z ulgą i powoli przewróciłam się na plecy szukając najmniej bolesnej pozycji. Skośne promienie popołudniowego słońca nabrały pomarańczowej barwy i pachniały miętą. Powietrze, wciąż rozedrgane od upału, zaczynało nasiąkać przedwieczorną wilgocią. Zaczęłam zapadać w drzemkę. [/FONT] [FONT=Georgia]-Chrrr, pfe, grrrhh...!!! – zerwałam się jak gimnastyczka usiłując oczyścić drogi oddechowe. Kiedy otrzepałam z grubsza twarz i oczyściłam oczy, ujrzałam Gareta, który mościł się pod tują. Widocznie też czynił przygotowania do drzemki, bo energicznie kopał sobie dołek w poszukiwaniu chłodniejszego podłoża, a strugi ziemi posyłał beztrosko wprost na moją głowę. Otrząsnęłam się z grubsza i korzystając z tego, że już nie muszę się martwić tym, jak wstanę, poczłapałam do domu. Ciekawe, czy kiedyś znajdę miejsce, gdzie będę się mogła naprawdę odprężyć, poczuć bezpiecznie i wreszcie zaznać spokoju? I to zanim zatrzaśnie się nade mną sosnowe wieko, na które uczestnicy imprezy z radosną ulgą rzucą po garści piasku?[/FONT] [FONT=Georgia]-I ty mówiłaś, że on się przytula?! – narzekała Kaja, opędzając się od oszalałego ze szczęścia Gareta. Przyjechała wieczorem, wprost po egzaminie, przywożąc swoją ogromną torbę, dobre przeczucia i lawendę w doniczce dla mnie. [/FONT] [FONT=Georgia]-No, już nie przesadzaj, co on ci zrobi takim blacikiem? Kły mu dopiero kiełkują.[/FONT] [FONT=Georgia]-Blacikiem też sobie świetnie radzi, ale te jego okropne pazury! A tymi przeciwstawnymi kciukami wczepia się i zjeżdża na dół razem ze skórą! Garecik, już dobrze, przestań piesku... Ależ on obrósł, skóry mu przybyło czy co?[/FONT] [FONT=Georgia]-Też mam takie wrażenie. Marszczy się i zwisa. I oprócz tego narosło mu kilka warstw sierści. Spróbuj go pogłaskać pod włos, jak chrzęści! Pierwszy raz widzę psa, który brzdęka przy głaskaniu... Teraz to już go nie czeszę, tylko poleruję. [/FONT] [FONT=Georgia]-A jak tam koty? Mamy jeszcze wszystkie?[/FONT] [FONT=Georgia]-Prawie. Perła przepadła w dniu twojego wyjazdu i jeszcze nie wróciła. To już piąty dzień... Może jak usłyszy twój głos...[/FONT] [FONT=Georgia]-No nie, co to za rok! Ile jeszcze?![/FONT] [FONT=Georgia]-...Za to piwniczne są wszystkie. Jakby miały gumkę w tyłku. Nie odchodzą dalej niż na dwadzieścia metrów... [/FONT] [FONT=Georgia]Kaja poszła do kuchni przywitać się z kotami. Najgłośniej gadała jak zwykle Gacia. Kiedy skończyła robić Kai wyrzuty za porzucenie, zdawała jej relację z całego tygodnia. Wrażenie za każdym razem jest dość makabryczne, bo Gacunia, przy całym swoim wdzięku rusałki, głos ma niczym przepity drwal i wydaje dźwięki jak walcząca o życie ropucha. [/FONT] [FONT=Georgia]-Rrrreh... hrrre.... grrehhh... [/FONT] [FONT=Georgia]-Mrrrniał! – wtórowała jej Liszka, wypinając złotorudą pierś i przymrużając jasnozielone oczy. Kolesiowe – Mi! Mi! – na tle tego chóru wypadało bardzo skromnie, aż wierzyć się nie chce, że taki wielki przystojniak popiskuje tak delikatnie. Marchew, która nigdy nie nauczyła się miauczeć, gruchała i wyginała w liczne łuki swoje krępe, łaciate ciało owijając się to wokół Kolesia, to wokół nóg Kai. Moja córka ociekała miłością, serdecznie odwzajemnianą przez koty. Garet, oparty przednimi łapami o komodę, podejmował daremne – na razie – próby wspinaczki i szalał z zazdrości. Wyszłyśmy do ogródka, gdzie Kaja nawoływała Perłę. Faktycznie, to kocie bonsai nadbiegło z włączonym sygnałem dźwiękowym od strony głównej ulicy. Jeszcze raz się udało. Perła lubi ekstremalne sporty. Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch za szybą pokoju. Garet wyskoczył na łóżko, przednią część ciała ułożył na parapecie i śledził przez okno nasze poczynania. Stulił uszy i wyglądał jak wielki, zrozpaczony glonojad. Odbił to sobie później, podczas cowieczornego ataku szału. [/FONT] [FONT=Georgia]Spacyfikowałyśmy go dopiero w czasie masażu. Nie ma mowy, żeby został w pokoju. Od razu wdrapuje się na mnie i usiłuje odgryźć Kai wszystko. Groźba wyrzucenia za drzwi działa tylko przez chwilę. Przywiera do jęczącego podłoża i mruga niewinnie długimi rzęsami sprawiając wrażenie, że do innego ruchu nie jest zdolny. W tej pozycji wytrzymuje jednak nie dłużej, niż kilkanaście sekund, po czym rusza do ataku z nowymi zasobami energii. Wreszcie Kaja podstępnie wyrzuca mu na korytarz kość albo zabawkę i zamyka za nim drzwi. Garet wydaje głośny okrzyk, prawdopodobnie przeklina swoją naiwność, potem świszcze jak delfin, za jakiś czas przechodzi na dźwięki, od których popękałyby kryształy, gdybyśmy takowe posiadały, aż wreszcie zaczyna ogryzać drzwi. W przerwach skacze na klamkę i wzdycha głęboko prosto w szparę pod drzwiami. Łzy z kamienia by wycisnął. Żal mi go, ale cóż ja na to poradzę, że się rozpadam i cotygodniowy masaż jest dla mnie długo wyczekiwaną ulgą. Termin na cykl masaży wyznaczono mi już na marzec przyszłego roku. Zawsze jest nadzieja, że do tego czasu zejdę albo doznam trwałego porażenia jakiegoś kawałka i przy odrobinie szczęścia trafię na neurochirurgię. Wcześniej o takich fanaberiach mowy nie ma. Chyba że człowiek jest gwiazdą estrady, bo kule źle się komponują ze szpilkami, a wózek mógłby się wplątać w kable. [/FONT] [FONT=Georgia]Garecik uwolniony od roli uszczelki jest taki stęskniony, że od razu włazi mi na kolana i przytula się słodko. Wytrzymuje tak przez chwilę, ale zaczynają go kusić rękawy przy podkoszulku Kai. Walczy ze sobą, odwraca głowę, ale w końcu ulega nowej namiętności. Żucie krótkich rękawów wymaga nie lada precyzji, tym bardziej, że plecy, na które częściowo się wdrapał, są paskudnie ruchome i śliskie, nic też dziwnego, że blacik czasami się omsknie i musi przytrzymać się skóry. Skóra okrutnie wrzeszczy, w końcu wszystkim nam puszczają nerwy. Nocna cisza zapada dopiero wtedy, kiedy Kai udaje się wrzucić na trwałe psa do mojego łóżka. Okrywam go moskitierą i obuje wsłu****emy się w złowróżbne buczenie zjadliwej populacji komarów. [/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia]-Kaja, te rajstopy w korytarzu to twoje? – sobotnie sprzątanie rozpoczęłam od wyrzucania niepotrzebnych rzeczy.[/FONT] [FONT=Georgia]-No coś ty! – oburza się moja córka. Rozumiem ją, żadna z nas nie włożyłaby czegoś takiego, w kolorze różowego beżu.[/FONT] [FONT=Georgia]-Pewnie Garet je skądś przyniósł, ale skąd?[/FONT] [FONT=Georgia]-Sprzed domu – podpowiedziała Kaja. – Może ludzie uznali, że to już taki zwyczaj i u nas trzeba wrzucić coś za ogrodzenie. Jak grosik do fontanny, wiesz... [/FONT] [FONT=Georgia]Pojękując z bólu i z furii zabrałam się za podłogi. Wolę nie obarczać tym Kai, bo samo umycie podłogi w łazience zajmuje jej mnóstwo czasu, poza tym nastraja się duchowo do zrobienia zakupów, a jeszcze zaplanowałam dla niej pracę przed domem – pozbieranie kupek Gareta i licznych śmieci. Żeby ludziom nie utrwalił się ten zwyczaj wrzucania... No, chyba że faktycznie zamiast rajstop zaczną podrzucać grosiki. Może powinnam zachęcająco wystawić puszki z otworami? Z napisem „Mała Orkiestra Garetowej Pomocy”?[/FONT] [FONT=Georgia]Umyta i z takim trudem wypastowana podłoga już po godzinie wyglądała jak w zaniedbanym saloonie po przejściu wyjątkowo niechlujnego stada poganiaczy bydła. Wszędzie były odciski psich łap, okruchy po kolejnych przekąskach, wióry i kamienie. Kamienie okazały się świetną zabawką, Garet podrzucał je w pysku, klekotał nimi, jeździł na nich i grał nimi w nogę. A raczej w cztery.[/FONT] [FONT=Georgia]-Do licha, skąd on je bierze? Przecież nigdzie w okolicy nie ma takich wypolerowanych kamyczków... – praca detektywistyczna przyniosła wyjaśnienie zagadki. Po przemeblowaniu duży fikus stanął obok łóżka. Zupełnie zapomniałam, że w doniczce ziemia była posypana ozdobnymi kamykami. Garet wyłaził na łóżko, zwieszał się niedbale przez krawędź i wyłuskiwał po kolei te kamienie. [/FONT] [FONT=Georgia]-Garyś, nie mógłbyś bawić się kosteczkami? Popatrz, jakie ładne ci kupiłam... No weź! – Garet ostrożnie, wyszczerzając zęby, przeniósł najpierw jedną, potem drugą kość i ułożył je delikatnie pod łóżkiem. Nie mam pojęcia, dlaczego traktuje je z takim szacunkiem. Kupiłam je w sklepie dla zwierząt jako gryzaki. Z czego one są zrobione, na litość boską?! Dałam spokój. Niech się bawi, czym chce. Przedmiotem, którym zajął się w oczekiwaniu na obiad, był kurczak. Gdzieś go spryciarz upolował. Kurczak po nakręceniu plastykowym kluczykiem skakał i machał skrzydełkami. Zanim dostał się w zęby i przeciwstawne kciuki Gareta, był żółciutki i puszysty. Teraz nieco wyliniał, stracił oczy i dziób, a spomiędzy psich łap sterczały dramatycznie rozcapierzone pomarańczowe nóżki. [/FONT] [FONT=Georgia]-Garet, drób w tej postaci nie nadaje się do jedzenia... Właśnie duszę ci udka, ciekawa jestem, czy wzbudzą w tobie taki sam entuzjazm. [/FONT] [FONT=Georgia]Nie wzbudziły. Garet ochoczo zjadł kotlety z żółtego sera, mizerię, pieczarki marynowane, a kawałkami kurczaka karmiłam go wieczorem i każdy zanosił na łóżko zanim wreszcie go zmamlał. Dlatego wywabianie go z pokoju na czas masażu kurczakiem nie miało sensu. Tym razem nie poskutkowały też kości ani zabawki. Garet wlazł mi na kolana i uśmiechał się przebiegle.[/FONT] [FONT=Georgia]-Patrz, jaki skurczybyk inteligentny – powiedziałam z podziwem. –Koniec robienia psa w konia, już nigdy nie da się nabrać. [/FONT] [FONT=Georgia]-Garecik, no chodź, chodź, pieseczku – umizgała się Kaja. Udało jej się osiągnąć tylko tyle, że zlazł z moich kolan i merdając przepraszająco ogonkiem przywarł do podłogi. Rozciągnął się na całą długość i przywarował. [/FONT] [FONT=Georgia]-Próbuj dalej, może uda ci się go wynieść razem z deską... [/FONT] [FONT=Georgia]Kaja wreszcie straciła cierpliwość, wzięła go pod pachę i stękając wytaszczyła na korytarz. Tylko osiemnaście kilo, ale aż osiemnaście kilo biernego oporu. Zemścił się za to później masakrując ją przez cały wieczór. Ćwiczył zachowania zaczepno-obronne, zjeżył się na grzbiecie wzdłuż, a na karku w poprzek. Wyglądał jak jakaś osobliwa odmiana morskiej ryby z głową glonojada. Podczas walki o życie Kaja dokonała wstrząsającego odkrycia. [/FONT] [FONT=Georgia]-O Boże! Mówiłam, że tak będzie! Rośnie mu drugi rząd! No zajrzyj tylko do tej strasznej paszczy, rośnie mu drugi rząd trzonowców. Bliżej podniebienia. Myślisz, że to normalne?! [/FONT] [FONT=Georgia]-U Gareta tak – odparłam spokojnie. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
[quote name='Camara']Joano... dziś jakoś tak... smutniej zrobiło mi się po ulubionej lekturze... tak mi przykro z powodu Bakuni :-([/quote] Dzięki. Była wspaniała, żyła bartdzo intensywnie, zachłannie. Nawet oddychała dwa razy szybciej, niż inne koty. Może wiedziała, że ma mniej czasu... My też kochałysmy ją intensywniej. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że kontakt jest możliwy niezależnie od tego, w jakim świecie czy w jakiej rzeczywistości się przebywa. Chyba najsilniejszym pomostem są emocje. Ucałowania - Joanna
-
Witajcie. [FONT=Georgia]13.6.06 wtorek[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Garet źle zniósł wcześniejszy wyjazd Kai. Tym bardziej, że porzuciłyśmy go obydwie, bo ja poszłam na zastrzyk. Przy okazji kupiłam truskawki. Jesień zaczęła nieśmiało przechodzić w wiosnę, pokazało się słońce, więc miałam nadzieję, że będą słodkie. Nareszcie Garet zje tyle, ile zdoła, bez ograniczeń. [/FONT] [FONT=Georgia] Przy furtce znalazłam nocną koszulę Kai – opuściła dom po mnie, więc miała gorsze notowania. Kawałek dalej leżał jej podkoszulek. Na Gareta natknęłam się przed drzwiami. Właśnie niósł w zębach Kai bluzę. Postanowił ją spakować i wyprowadzić? Pęk ubrań posłużył mi do obrony, kiedy uszczęśliwiony pies rzucił się, żeby mnie powitać. Zawsze zastanawiam się, czy mnie wita, czy też usiłuje rozerwać na strzępy, żebym już nigdy nie opuszczała domu. A przede wszystkim psa. Zaniosłam ubrania do łazienki i zaczęłam wypakowywać zakupy. Garet zwinął się w fotelu w kuchni; na tle czarnej skóry w ogóle nie było go widać. Czekało go jeszcze jedno powitanie, bo wracając z dyżuru zajrzał do nas Tomek. Pies oszalał. Z lekkim niepokojem słuchałam chrzęstu dżinsów mając nadzieję, że spodnie wytrzymają. Odpędzany, ruszył galopem przez wszystkie pomieszczenia odbijając się od Tomka wtedy, gdy przelatywał przez kuchnię. Z wdzięcznością przyjęłam zapas książek do czytania, bo wyprawa do biblioteki z wózkiem na zakupy jeszcze nie wchodziła w grę i w desperacji już miałam zamiar zacząć odświeżać angielski...[/FONT] [FONT=Georgia] -Zobacz, on coś porwał – Tomek wskazał na Gareta, który wypadł ze spiżarni z wielką cebulą w pysku. Dobrze, że babci akurat nie było. Okropnie ją denerwuje widok cebul i ziemniaków ułożonych przed domem. Mnie irytuje to, że muszę wykonać mnóstwo nieprzewidzianych skłonów, żeby ten warzywnik pozbierać.[/FONT] [FONT=Georgia] Złapałam małego złodzieja kiedy przebiegał obok nas i odebrałam mu cebulę. Nawet nie patrząc wrzuciłam ją przez otwarte drzwi do spiżarni pewna, że wpadnie prosto do wiklinowego kosza. Co znaczy wprawa. Jeszcze parę miesięcy temu nie trafiłabym nią z odległości metra nawet do wielkiego pojemnika na gruz. [/FONT] [FONT=Georgia] Przy obiedzie znowu mieliśmy konflikt. Garet bardzo chętnie zjadł kotleciki z żółtego sera, mizerię, zasmażaną kapustę, natomiast starannie ominął dopełniacz w postaci kaszy. Mięso po kawałku zawlókł na moje łóżko. Przepraszam, na swoje legowisko, na którym pozwala mi sypiać. To odpowiedź na skasowanie jagnięcej skórki. Obiecałam, że oddam mu skórę, kiedy przestanie ją depilować. Wygłosiłam długą przemowę, która miała mu uświadomić, że normalne psy jadają też kaszę i ryż, co poparłam licznymi przykładami. Słuchał bardzo uważnie wpatrując się z przekrzywioną głową na przemian we mnie i w swój talerz, jednak jego sceptyczna mina wzbudziła we mnie uzasadnione wątpliwości co do skuteczności mojej perswazji.[/FONT] [FONT=Georgia]-Garecik, musisz to zrozumieć. Jesteśmy zrujnowani. Czy wiesz, że musiałam wziąć kolejną pożyczkę, żeby pokryć debet? Nie stać mnie na to, żeby twoim jedzeniem tuczyć wszystkie okoliczne czworonogi. Jak mnie zamkną w więziennym szpitalu, to zostaniesz sam jak ogon, kapujesz? [/FONT] [FONT=Georgia]-Ołk! – chyba zrozumiał. Truskawki rzeczywiście znalazły uznanie u rozpaskudzonego psa. Chociaż mam wrażenie, że wolałby lekko zamrożony mus. [/FONT] [FONT=Georgia]Po zastrzykach ze sterydów w plecy wzięłam jeszcze trzy dni zwolnienia, do czwartkowego święta. Więcej nie mogłam, bo z powodu sezonu urlopowego nie ma mnie kto zastąpić. Garet był uszczęśliwiony moją stałą obecnością w domu. Wysypiał się, bo chociaż z powodu nadmiaru słońca, od którego organizm się odzwyczaił, budziłam się nieprzyzwoicie wcześnie, nie wstawałam od razu, żeby nie wywoływać szoku u psa rozwalającego się w moich objęciach. Zauważyłam, że na rozruch potrzebuje więcej czasu niż ja. Musi się poprzeciągać, wytarzać, wystawić brzuch do drapania, plecy i oba boki do głaskania, pogadać trochę, poziewać ze skrzypieniem godnym starych, kompletnie zardzewiałych zawiasów, pogapić się na muchy... Potem w pośpiechu załatwiał swoje sprawy przed domem i wracał, żeby dokładnie obserwować moje poczynania. Zazwyczaj dosypia jeszcze w kuchennym fotelu, co jakiś czas zerkając jednym okiem, czy nie zaplanowałam jakiegoś paskudnego dowcipu i nie zamierzam zniknąć. Do łazienki puszcza mnie samą bez oporów, bo drzwi ma w zasięgu wzroku, ale już każde wyjście do pokoju zmusza go do pozbierania się z ciężkim westchnieniem, zrzucenia kości na podłogę, pogrupowania ich w należyty sposób i przemieszczenia moim śladem. W pokoju przewraca się tylko po to, żeby po chwili znowu poczłapać za mną do kuchni.[/FONT] [FONT=Georgia]-Czy ten pies nie może trochę posiedzieć na dworze? Ja rozumiem, jak był deszcz, ale teraz jest ładna pogoda! Przecież to nienormalne, dlaczego on ciągle za tobą łazi? Jest wszędzie! Biedne koty nawet nie mogą podejść do miski! – warczy moja mamusia. [/FONT] [FONT=Georgia]Nawet się nie kłócę, bo ma rację. Garet powinien wykazywać więcej zainteresowania światem zewnętrznym. Nawet Funiaczek, kiedy jeszcze nie był tak bardzo niedołężny, lubił sobie poleżeć przed domem. Garet nie. Wyskakuje tylko wtedy, gdy słyszy karetkę pogotowia żeby zawyć rozdzierająco i zaraz wraca. Karetki jeżdżą szybko, a według Gareta śpiew [I]a capella[/I] nie ma sensu. Poza tym mało, że mnie śledzi. Chodzi krok w krok, a nawet więcej – chodzi w moich pantoflach i to wtedy, kiedy są w nich moje stopy, co często kończy się naszym wspólnym lamentem. [/FONT] [FONT=Georgia]Korzystając z chwilowo ustabilizowanej pogody, wygrzewam sobie kości na słońcu. Garet oczywiście ze mną. Początkowo próbował leżeć na moich nogach, ale rozsądnie dał spokój. Po zakończeniu inspekcji ogródka wczołguje się pod tuje i mamle jakąś zdobycz, dopóki nie zaśnie. Co jakiś czas wyłazi, przemaszerowawszy przez mój brzuch albo plecy sprawdza, czy żyję, po czym wraca i śpi dalej. Zawsze gdzieś w pobliżu czai się kocurek, wyglądając spomiędzy traw z czujnym i nieszczęśliwym spojrzeniem. Nie może się pogodzić z tym, że z powodu mojego ochroniarza został pozbawiony możliwości do przytulania się i dzielenia swoim okropnym chuchem. Wytrwale jednak czeka na zmianę sytuacji. Ale Garet czuwa. Kiedy robi się zbyt gorąco, zbieram ubrania, materacyk, odczepiam psa od tego, co akurat przeżuwa i wracamy do domu. Na ogół gryzie patyk albo coś wywleczonego z kompostu, na przykład skórę od grejpfruta. We wtorek bawił się jakąś kością. Wyglądała na podudzie jakiegoś ssaka, co mnie na chwilę zastanowiło. Królik? Ale skąd wziąłby się w naszym ogródku? Chyba że ktoś przerzucił przez ogrodzenie. Ci ludzie, naprawdę... [/FONT] [FONT=Georgia]Po południu mieliśmy drugą sesję nagrzewania. Garet był bardzo aktywny, co chwilę gdzieś biegał, sapał, stękał i szeleścił gałęziami tuj. W przerwach gonił po ogródku koty. Oczywiście nie nasze, tylko piwniczne. Naszych ani śladu, lubią igrać z losem. Najwyraźniej uwierzyły w legendę o dziewięciu kocich żywotach. Szkoda, że samochody jej nie znają. [/FONT] [FONT=Georgia]Nie poleżałam długo, bo zrobiło się bardzo gorąco i w tej trawie odnalazły mnie muchy. Nienawidzę much z całej duszy, tyleż żywiołowo co bezradnie. Odpłacają mi tym samym gryząc przy każdej okazji. Makabryczne efekty mojego rewanżu widoczne są na szybach w całym domu. Ale szala zwycięstwa i tak przechyla się na ich stronę. To kwestia liczebności i mobilności. [/FONT] [FONT=Georgia]Zwinęłam materac i pozbierałam ubranie. Odhaczyłam okulary z gałęzi i założyłam odzyskując wzrok. Garet siedział na lilii z tą samą kością w zębach. Nie gryzł jej, tylko delikatnie trzymał. Obok w trawie leżało coś, co początkowo wzięłam za kłęby futra wyskubane z jagnięcej skóry. Ale w takiej ilości... i ten kształt.... Przyjrzałam się uważniej i zrobiło mi się słabo. Bakunia?!.... [/FONT] [FONT=Georgia]W chwilę później, szlochając rozdzierająco, w stanie skrajnej histerii, próbowałam wyjaśnić Irenie, że Baki się znalazła. Garet skądś przyniósł jej resztki, pewnie wiedział, że wciąż jej szukamy! Musiała, ranna albo otruta, resztkami sił doczołgać się do ogródka, pewnie nawet słyszała nasze głosy, może można jej było jeszcze pomóc, a my, cholerne idiotki, wołałyśmy, zamiast przeczesać każdą parszywą kępę wrednych roślin! I gdzie, do k... nędzy jest jakaś pieprzona łopata, bo chcę ją pochować obok Funiaczka! Nigdy w życiu sobie tego nie wybaczę, nic dziwnego, że śniła mi się prawie co noc! [/FONT] [FONT=Georgia]Moja matka patrzyła na mnie wstrząśnięta, a niepokój ożywił jej oblicze, zazwyczaj zastygłe w wyrazie ponurej niechęci. Pewnie myślała, że nareszcie kompletnie oszalałam. Garet prędzej zrozumiał, o co chodzi, ale nie mógł znieść mojego płaczu i usiłował wdrapać mi się na głowę zawodząc żałośnie. W takim osobliwym pochodzie, zamykanym przez moją matkę dzierżącą w ręku torbę foliową, która ostatecznie przydała się do przeniesienia doczesnych szczątków Bakuni, podążyliśmy do ogródka. Pieprzoną łopatę ostatecznie znalazłam za drzwiami piwnicy. Po pochówku, wciąż nie mogąc się uspokoić, wpadłam do domu i zabrałam się za sprzątanie. Garet nadal płakał razem ze mną. Kaja, powiadomiona o wszystkim krótkim, burzliwym telefonem, płakała w Krakowie. Irena przebąkiwała coś o moim kręgosłupie, ale adrenalina waliła mi nadal. Obrzuciłam pokój obłąkanym wzrokiem. Przemeblowywałam go już tyle razy, że kolejna zmiana wydawała się niemożliwa. Teraz czułam jednak, że nie tylko jest możliwa – jest także konieczna. Resztę popołudnia i wieczór spędziłam na rujnowaniu efektów dotychczasowego leczenia. W nocy z pełną ulgi satysfakcją stwierdziłam, że pokój wygląda bardzo dobrze. Teraz rolę zasieków spełniała długa, dębowa komoda, na której Garet mógł oprzeć łapy i zaglądać do pokoju babci. Regały powędrowały pod ścianę, a fotele stanęły obok siebie złączone poręczami, które utworzyły miękki pulpit mogący służyć do ogryzania kości. Garet przeczekał te zmiany leżąc otoczony najbardziej ulubionymi zabawkami na łóżku, które chyba wydało mu się ostatnim bezpiecznym przyczółkiem. Kiedy już wszystko starało się ochłonąć na swoich nowych miejscach, obadał możliwość pokonania komody górą, po czym zabrał swojego ulubionego kudłatego pieska i uwalił się z nim na moim fotelu. Przełożyłam ich obu na fotel Gareta, co pluszak zniósł bez protestu, a jego kumpel z urazą. Później tę operację musiałam powtarzać jeszcze wiele razy. Garet za nic w świecie nie potrafił zrozumieć, że teraz bliżej biurka stoi mój fotel, a jego obok. Oboje wykazywaliśmy w tej kwestii wściekły upór. Niby oba fotele są identyczne, przykryte takimi samymi wełnianymi kocami, jednak różnią się stopniem wysiedzenia, wygryzienia i podrapania przez całe pokolenia czworonogów. Z Garetowego wyłazi przez sporą dziurę trawa morska, a sprężyny są jakby aktywniejsze, bo usiadłszy na nim człowiek chwieje się jak w kajaku. Mój jest w zdecydowanie lepszym stanie. I będę o niego walczyć![/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia]16.06.2006 piątek[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Myślałam, że uda mi się nadrobić trochę zaległości w pracy, ale zamiast tego w nielicznych wolnych chwilach musiałam wyprostować bałagan i liczne pomyłki powstałe w czasie mojej nieobecności. Mogłam ostatecznie zostać w pracy na całe popołudnie, ale ostatnio postanowiłam poświęcać się jak najmniej. Nie kosztem zdrowia i nie przy takich zarobkach. Popędziłam do minibusu. Pogoda była prawdziwie letnia, słońce świeciło na lazurowym niebie, las pachniał odurzająco, ptaki ćwierkały. Nagle przez drogę, stukając wąskimi kopytkami, przegalopowała sarna, omal na mnie nie wpadając. Obie byłyśmy tak samo spłoszone. Pogratulowałam sobie, że mimo tak intensywnego dnia w pracy, mój kręgosłup jakoś trzyma się kupy. Moja radość jednak nie trwała długo. [/FONT] [FONT=Georgia] Garet nie czekał na mnie przy furtce. Spał w moim fotelu powalony upałem i zmianami ciśnienia. Już dawno stwierdziłam, że jest jeszcze większym meteoropatą niż ja. Ciekawe, jak przeżyłby w bloku. W domu zawsze jest chłodniej, a u nas, po ubiegłorocznym ocieplaniu, panują temperatury wręcz arktyczne. I w zimie i w lecie. Nie rozumiem, dlaczego to się nazywa ocieplaniem. Zaniepokoiłam się, czy nie zachorował. W pokoju panował idealny porządek. Żadnej zeżartej książki, żadnych szczotek, ubrań, włóczek. Na mój widok jednak zareagował normalnie, gejzerem pretensji o porzucenie. Zaraz powędrował w moich pantoflach do kuchni, żując plastykową koszulkę od wkrętu, którą upolował sobie w środę, prześladując murarza. [/FONT] [FONT=Georgia]Faceta do zamurowania dziur w ścianie cudem znalazłam. Ale musiałam, bo pan Borsuk zawiódł. Pomogła mi sąsiadka, niesamowicie operatywna kobieta. Jest mniej więcej w moim wieku, ale szybka i skuteczna jak piorun kulisty. Miała dużo pomysłów, ale każdy kolejny okazywał się niewypałem – każdy mężczyzna umiejący trzymać w ręku kielnię albo był za granicą, albo miał grafik pełny przynajmniej na dwa miesiące naprzód. Zupełnie jak w czasie wojny, zostali tylko staruszkowie i dzieci. Ostatecznie znalazł się tylko jeden, emeryt. Z wyglądu podobny do zagłodzonego szczura cierpiącego na awitaminozę. Jedyną dobrze rozwiniętą częścią jego wychudzonego ciała był zdumiewająco okrągły brzuch, przypominający ciążę zmierzającą raźno do wyjścia albo piłkę do ćwiczeń umieszczoną niedbale pod podkoszulkiem. Facet trząsł się jak osika i nie był to Parkinson, ale alkoholizm w tym stadium, że odcięcie od siły napędowej zabiłoby go w ciągu dwunastu godzin. Ale był wolny i chętny do pracy.[/FONT] [FONT=Georgia]Przyklekotał ze swoim sprzętem i omal nie poległ tuż za furtką, trafił bowiem od razu na złaknionego towarzystwa Gareta, który rzucił się, aby powitać go z należytą gościnnością. Skakał i piszczał z radości próbując polizać Szczurka po szarej twarzy. Daleko nie miał, byli prawie tego samego wzrostu. Niemrawe próby samoobrony spełzły na niczym. [/FONT] [FONT=Georgia]-Szefowa, weź pani tego psa, bo mnie zagryzie! – wychrypiał autentycznie przerażony. Mógł mieć rację. Dla niego atak agresywnej serdeczności mógł być groźny. Zawlokłam rozpaczliwie protestującego psa do domu. Później spotykali się jeszcze kilkakrotnie i za każdym razem musiałam ruszać z odsieczą. Było coraz trudniej, bo Garet, sfrustrowany niespełnionymi uczuciami, coraz namiętniej dążył do konfrontacji. Jeśli jeszcze trochę podrośnie, będzie nas bronił jak lew. Jeśli nie zaliże wroga na śmierć, to rozdrapie go podczas dążenia do zalizania. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
A fuj, wy z tymi tętnicami. Żyjemy. [FONT=Georgia]09.6.2006 piątek[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] W środę wieczorem stało się jasne, że bez zastrzyków nie przeżyję nocy. Umrę albo z bólu, albo z niemożności oddychania. Lub też powalona jednym i drugim jednocześnie podczas próby obronienia się przed Garetem. W psa wstąpił diabeł i jego liczni krewni. Tak nie zachowywał się jeszcze nigdy. Możliwości do wyboru było kilka: albo jest cholernym sadystą pastwiącym się z upodobaniem nad kalekami, albo doszczętnie oszalał, albo gwałtownie ząbkuje. Zważywszy na brak lewego dolnego kła, byłam skłonna postawić na to trzecie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Będziesz się przebierać? – zagadnęła moja matka obrzucając mnie wzrokiem pełnym wątpliwości.[/FONT] [FONT=Georgia] -W życiu. Nie zamierzam tego robić przez najbliższy tydzień; w każdym razie do czasu, dopóki nie odzyskam lewej strony – wyrzęziłam.[/FONT] [FONT=Georgia] -To może podjedź sobie autobusem...[/FONT] [FONT=Georgia] -Aha. Świetna myśl. Kaja zostanie spadkobierczynią moich długów na pierwszym wyboju.[/FONT] [FONT=Georgia] Używając paska torby jako temblaka na lewe ramię, podreptałam do przychodni starczo-kaczym chodem starając się redukować przechył w lewo na tyle, żeby wyglądać na facetkę w średnim wieku, która wybrała się bez celu na przedwieczorny spacer, a nie na menela płci żeńskiej, który nadużył i radośnie zatacza się w kierunku domu. [/FONT] [FONT=Georgia] W przychodni o tej porze było już pusto, toteż w pół godziny później, przyczołgawszy się z apteki, wisiałam na kozetce w gabinecie zabiegowym uboższa o kwotę, za którą przeżyłabym jedną trzecią miesiąca. [/FONT] [FONT=Georgia] -Może trochę szczypać – uprzedziła pielęgniarka podpinając do igły tkwiącej w moim tyłku trzecią z kolei strzykawkę. [/FONT] [FONT=Georgia] -Musiałaby pani użyć wiertarki, żeby coś przebiło się przez ból pierwotny – wysapałam uspokajająco. [/FONT] [FONT=Georgia] W poczekalni spotkałam sąsiadkę, która od lat ma poważne problemy z chodzeniem. Wracałyśmy razem. Starsza pani była tak miła, że dostosowała swoje tempo do mojego. [/FONT] [FONT=Georgia] -Już ósma? To przed północą będziemy w domu – ucieszyłam się.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ano, trzeba nieść swój krzyż. Najważniejsze, pani Asiu, to nie narzekać. [/FONT] [FONT=Georgia] Potaknęłam ochoczo, bo przypomniała mi się Pollyanna i popełzłam dalej wlokąc swój krzyż oraz krzyże i inne członki. [/FONT] [FONT=Georgia] Droga upłynęła nam na wymienianiu się doświadczeniami bólowymi, a że trwała długo, zdążyłyśmy też pogadać o polityce i warunkach bytowych. Nie narzekałyśmy, bynajmniej, omawiałyśmy fakty. [/FONT] [FONT=Georgia] W domu, po zderzeniu z Garetem nadal tkniętym obłędem oraz dodatkowo radością powitalną, zawyłam rozdzierająco, co go na chwilę speszyło, ale nie na tyle, żeby nie spróbował powtórzyć doświadczenia. Na te ryki, ozdobione bogato plugawymi słowami, pojawiła się moja matka. Proszę, proszę, jakby mnie nagrać i używać zamiast dzwonka do drzwi, to usłyszałaby mnie w każdym kącie domu pomimo głuchoty.[/FONT] [FONT=Georgia] -Przeszło ci?[/FONT] [FONT=Georgia] -A wyglądam?![/FONT] [FONT=Georgia] -Głośniej mówisz...[/FONT] [FONT=Georgia] -No, faktycznie, lepiej mi się oddycha – przyznałam sprawiedliwie. [/FONT] [FONT=Georgia] W czwartek Garetowi się nasiliło. Zadzwoniłam do Kai, żeby przyjeżdżała jak najszybciej, bo jestem unieruchomiona, dom zapuszczony, a pies oszalał albo ząbkuje, co na jedno wychodzi. Odparła dyplomatycznie, że miała taki zamiar, bo zostanie tylko do piątku... [/FONT] [FONT=Georgia] No to super. Miejmy nadzieję, że do piątku odzyskam rękę. Rozejrzałam się bezradnie wokół. Wszystkie podłogi zasłane były kłębami szarego futra z jagnięcej skórki, którą Garet, pewnie z zazdrości, postanowił upodobnić do siebie. Wolne miejsca zajmowały strzępy woreczków foliowych, drzazgi drewna oraz liczne maskotki. Pomiędzy tym szalał pies, piszcząc, gadając i rzucając się na wszystko. Brudne naczynia tworzyły chwiejną konstrukcję w obu komorach zlewozmywaka, a wszystkie pozostałe powierzchnie zajmowały różnego rodzaju odpady, bo moja mama drogę do kosza uznaje za zbyt męczącą, a że kuchnia jest duża, musi upłynąć sporo czasu, żeby zatkała się pojemnikami po kocim pasztecie i śmietanie, obierkami jabłek, zużytymi połówkami cytryn i woreczkami foliowymi. Kaja ma to po niej. Gdzie od niej coś odpadnie, tam zostaje. Przestałam już robić na ten temat uwagi, bo od razu pała świętym oburzeniem twierdząc, że właśnie miała to sprzątnąć. Niemrawo zabrałam się za porządkowanie tej stajni Augiasza. Ponieważ do kuchni zajrzała Liszka, a wygląd jej jasnozielonych oczu i nastroszonej rudej sierści dobitnie świadczył o wielkim głodzie, wyrzuciłam na chwilę Gareta na korytarz. Bawił się tam czymś stukając zajadle. [/FONT] [FONT=Georgia] Kilkanaście minut później okazało się, że była to pusta doniczka po begonii. Begonia oraz pozostała zawartość doniczki dokładnie pokrywały podłogę. Zanim odzyskałam zdolność artykulacji, wyłam z taką furią, że pies znikł jak wymieciony. Teraz wystarczyło zamieść resztę. Złapałam miotłę i otworzyłam szafkę pod zlewem w poszukiwaniu śmietniczki. Z wyjątkiem potrzebnego przedmiotu natychmiast znalazło mi się mnóstwo innych, bowiem na nogi wypadło mi wszystko to, co nie mieściło się w koszu na śmieci i zasłoniło mnie mniej więcej do kolan. Mam nadzieję, że nikt mnie nie słyszał. [/FONT] [FONT=Georgia] Kiedy trochę ochłonęłam z furii i bólu, a większość gleby oraz resztki begonii znalazły się z powrotem w doniczce, dostrzegłam psa w kuchni pod stołem, gdzie ze zgnębioną miną żuł skórkę od banana. Zamieniłam ją na obrany owoc. [/FONT] [FONT=Georgia] -Masz, ty morderco kwiatków. [/FONT] [FONT=Georgia] Uradowany, że moje szaleństwo przygasło i znowu jesteśmy kumplami, zeżarł banana i pogalopował czynić dalsze szkody.[/FONT] [FONT=Georgia] -O rany, nie wierzę! Doczekałam tego, że Garet stracił kieł! – zawołała radośnie Kaja usiłując uchronić się przed rozdarciem na strzępy. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ała! To nic nie dało! Gryzie drugą stroną! Co się z nim dzieje?! Ratunku!!![/FONT] [FONT=Georgia] Kiedy wróciłam z zastrzyku, według Ireny już całkowicie zdrowa, wysłała mnie do ogródka, żeby zwabić do nas murarza kładącego tynk u sąsiada. Chociaż, jak dodała, na pewno mi się nie uda.[/FONT] [FONT=Georgia] Stanęłam pod murem i wabiłam. Facet bez oporów zlazł z rusztowania i za chwilę przyczłapał pod naszą furtkę. Kiedy wszedł do środka, Garet prawie popłakał się z radosnego wzruszenia. Witał go tak, jakby odzyskał utraconego brata. Rośnie nam bardzo groźny pies obronny. [/FONT] [FONT=Georgia] Wyjaśniłam fachowcowi sytuację – do pokrycia tynkiem jest trójkąt u szczytu domu, bo firma, która robiła nam w zeszłym roku ocieplenie, zgarnęła pieniądze i znikła na chwilę z powodu deszczu, obiecując wrócić jak się tylko wypogodzi. W miarę moich kolejnych telefonów sytuacja zmieniała się nieznacznie, aż nareszcie tej wiosny wyjaśniła się całkowicie – właściciel wyjechał do Anglii, firmę rozwiązał, a słomiana wdowa po nim nie poczuwa się do niczego. Fajnie okraść bogatego. Ponieważ wszelkie decyzje podejmowała moja mamusia, mnie używając wyłącznie do załatwiania brakujących materiałów oraz do pertraktowania z doprowadzonymi do granicy szaleństwa fachowcami, którym ciągle wisiała nad głową ustawicznie zmieniając zdanie na każdy możliwy temat, umowa była tylko na gębę. W tej sytuacji wszelkie roszczenia można było sobie wetknąć. Co też mojej mamusi wyjaśniłam dobitnie, gdy upierała się przy molestowaniu przeze mnie owej słomianej wdowy, która jakoby miała wpłynąć na męża, aby ten, wiedziony poczuciem przyzwoitości, honoru, ambicji i czego tam jeszcze, spowodował zakończenie robót. To znaczy pokrycie tynkiem niewykończonych kawałków oraz usunięcie usterki w postaci pęknięcia powłoki na długości dwudziestu metrów. [/FONT] [FONT=Georgia] Świeżo upolowany fachowiec, który z powodu brody w szaro-biało-czarne pasy skojarzył mi się z borsukiem, obiecał, że przyjdzie w piątek rano. Na razie jednak był zimny wieczór, przez uchylone okno wpadał nostalgiczny zapach dymu, co sprawiało, że złudzenie jesieni było kompletne. Postanowiłam podjąć próbę położenia się na podłodze, żeby Kaja mogła mnie pomasować. Próba owszem, powiodła się, przede wszystkim Garetowi. Z właściwą sobie delikatnością uwalił się na moich plecach, uprzednio wpadłszy w poślizg, z którego wyratowały go wbite we mnie pazury, a kiedy zaczęłam wrzeszczeć, udał się na poszukiwanie mojej twarzy. Musiał sprawdzić, skąd wydobywa się tak przeraźliwy dźwięk. Miej więcej się zorientował, ale aby całkowicie się upewnić, postanowił mnie wykopać spod włosów. Spieszył się, bo czuł, że dzieje mi się krzywda.[/FONT] [FONT=Georgia] -Won! Cholera! Weź ze mnie tego świra! Rozdrapie mnie na kawałki!!![/FONT] [FONT=Georgia] -O.... Boże, nie mogę... jaki on jest śmieszny... rzęziła Kaja też leżąc na moich plecach. [/FONT] [FONT=Georgia] -Wściekliście się?! Won ze mnie obydwoje! – wydarłam psu z pyska włosy. Widok mojej zaczerwienionej twarzy tak go uszczęśliwił, że rzucił się, aby mnie dokładnie oblizać. Wyrwałam mu powtórnie włosy z gęby i wreszcie się uspokoił. Obszedł mnie i położył się na moich nogach. Tam sobie mógł zostać, nawet przyjemnie było, bo grzał jak kaloryfer. Niestety, kiedy Kaja zaczęła mnie masować, rzucił się najpierw na nią, potem, żeby było sprawiedliwie, na mnie. Niezmordowanie próbował nas rozdzielić. W końcu Kaja wyrzuciła go na korytarz. Wpasował się w szparę pod drzwiami. Przez chwilę popłakiwał w głębokim poczuciu krzywdy, potem już tylko sapał i fuczał. Kiedy otworzyłyśmy drzwi, wyglądał jak czarna, rozżalona uszczelka. [/FONT] [FONT=Georgia] W piątek obudził mnie o piątej rano. Wcześniej chyba już spacerował po domu, bo słyszałam jakieś hałasy. Teraz wyraźnie mu się nudziło, gadał jak najęty i lizał mnie po twarzy. Z niechęcią otworzyłam jedno oko i usiłowałam skupić na nim spojrzenie. Przez chwilę znosił to cierpliwie, aż nagle ciapnął mnie łapą. Dobrze, że zdążyłam zacisnąć powiekę. Zaraz potem przewrócił się na plecy i musiałam odpracować rytuał drapania psa po łysym brzuchu. Potem pod brodą. Stękał i paplał – O, ła, mmm...ma-ma, ma-ma...[/FONT] [FONT=Georgia] Wreszcie wygłaskałam boki starannie przestrzegając dróg przebiegu pasm nowej sierści. Rośnie w ściśle określonych kierunkach, twardo trzymając się wybranych przez siebie tras, a przylega tak ściśle, że gdybym spróbowała głaskać pod włos, na pewno rozległoby się „brzdęk!”. Garet jest tak gładki, że aż opalizuje. Wywabiłam wyglansowanego psa na dwór, żeby się wysikał. Na środku korytarza rozlewała się wielka kałuża. Musiał wyprodukować ją wcześnie rano. Rzuciłam na nią szmatę i wróciliśmy do łóżka. Ja z nadzieją, on z najwyższą niechęcią. Pewnie pobudzał go widok wlewających się przez okno strumieni słońca. Kiedy zrozumiał, że przez jakiś czas nie nawiąże ze mną kontaktu, przyniósł sobie do łóżka swoją szczotkę i zaczął ją ogryzać na poduszce, przy mojej głowie. Wyśliznęła mu się i spadła. Zeskoczył i przytaszczył ją z powrotem. Za chwilę znowu spadła. Westchnął rozdzierająco, zwiesił głowę i przez chwilę rozważał, czy warto się fatygować. Doszedł do wniosku, że nie, sapnął z irytacją, przytulił się do mnie i dmuchał mi prosto w twarz. Nie mógł jednak zasnąć, bo co chwilę wzdychał. Odwróciłam się na drugi bok. Dopasował się do moich pleców. Zapadłam w niespokojny sen. Znowu przyśniła mi się Baki. Śni mi się mniej więcej co drugą noc. Bardzo często z poranionymi łapkami. Kaja twierdzi, że to dlatego, iż rozmawiałyśmy po jej zaginięciu o sidłach i wnykach. Teraz też miała poszarpane stópki. Obudziłam się ze ściśniętym sercem. Kaja postanowiła przyjąć wersję optymistyczną, że po prostu zmieniła dom. Może nie całkiem dobrowolnie. Może ktoś ją porwał. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ummm... ma-ma-ma? –zagadnął zachęcająco Garet.[/FONT] [FONT=Georgia] -Dobra, wygrałeś. Zaraz wstajemy. Boże, dopiero wpół do siódmej! Co za masochizm![/FONT] [FONT=Georgia] Nagle przypomniałam sobie, że tego dnia rano miał przyjść pan Borsuk. Ale przecież nie o tej porze?! W tym samym momencie usłyszałam szczęk furtki. Wyskoczyliśmy z łóżka. Garet przede mną popędził witać przybysza. Cholera! A wieczorem coś mi mówiło, żeby zmienić nocną koszulę albo chociaż ją wyszczotkować! [/FONT] [FONT=Georgia] Za drzwiami opędzali się od karesów Gareta pan Borsuk z pomocnikiem. Pan Borsuk obrzucił mnie lekko zaskoczonym spojrzeniem. Nic dziwnego. Rozczochrany łeb, dwa różne pantofle, w najmniejszym stopniu niespokrewnione, powyciągana flanelowa koszula porośnięta czarnym włosem. Oraz czarne smugi na szyi, o czym przekonałam się w chwilę później rzuciwszy okiem do lustra w łazience. Cholera! Przecież kładłam się czysta! Umyłam się szybko i ubrałam w samą porę, bo pan Borsuk zaczął odczuwać brak drabiny. Wciąż jeszcze oszołomiona dopiero po chwili przypomniałam sobie, że mamy długą drabinę na strychu. Zaprowadziłam tam pana Borsuka łudząc się, że nie zauważy wielkiego gówna w korytarzu na górze. Albo weźmie je za coś innego, ostatecznie człowiek nie spodziewa się na ogół widoku wielkiej kupy poza łazienką... Garet naprawdę był bardzo aktywny od świtu... Zwabiłam go do domu, żeby nie plątał się robotnikom pod nogami. To jeszcze nie był koniec niespodzianek. Kiedy chciałam wypuścić go do ogródka, okazało się, że babcia wychodząc wcześnie rano nie zamknęła drzwi do swojego pokoju. Piesek zdążył to wykorzystać. Nie wiem, skąd wziął tyle płynu, ale na środku wykładziny odznaczała się plama wielkości Morza Śródziemnego. Stół był oplątany włóczkami, a z pudełka z tasiemkami na szafie wybałuszała oczy zszokowana Gacia. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garet! Ty wstrętny, obrzydliwy, złośliwy bydlaku! Wynocha do ogródka! I nie pokazuj mi się na oczy! – łajdak potraktował karę z dziką radością, od razu spędzając z balkonu piwniczne koty, które jak zwykle tkwiły pod drzwiami. A ja przystąpiłam do usuwania zniszczeń zastanawiając się, co jeszcze tego dnia mnie czeka. Nie powinno nic oprócz wypoczynku, bo Kaja powinna kiedyś wstać i posprzątać. [/FONT] [FONT=Georgia] Wracając z zastrzyku uznałam, że coś od życia mi się należy. Kupiłam sobie kolejne pantofle zamierzając ich strzec jak oka w głowie. Oprócz tego kilka ładnych goździków niskopiennych, dwie gaury, w których zakochałam się w ubiegłym roku, bo kwitną do pierwszych mrozów i są takie romantyczne... Sundavilli nie powinnam już nabywać, ale była taka śliczna... No i dla Gareta kości cielęce, żeby miał na czym wyłamywać sobie zęby. Trochę nowalijek na surówki. Mrożony mus truskawkowy na deser. I jeszcze parę niezbędnych rzeczy. Oczywiście pamiętałam, że nie wolno mi nic nosić... ale samo przyjść nie chciało. [/FONT] [FONT=Georgia] Nie wiem, co bardziej uszczęśliwiło Gareta – kości czy goździki, które poszedł sadzić ze mną. Nie wiem, czy ich kolor czy zapach go urzekł, ale co chwilę wytrząsałam mu płatki z upartego pyska. Najbardziej spodobał mu się czerwony. Dzięki mojej heroicznej obronie nie zdołał go zeżreć, za to na koniec go rozdeptał. Wrócił z ogródka tak rozochocony, że porwał mi butlę z resztką wody, która ledwie zdołałam ocalić. Wodę wylałam, a butelkę mu oddałam. Ruszył z hukiem pociągu towarowego. Chyba to obudziło Kaję. Niemrawo się pozbierała i wyruszyła na zakupy. Potem z grubsza posprzątała i zaczęła się zbierać do odjazdu. Ale przekonaliśmy ją, żeby została do soboty. Nie było zbyt trudno, co znaczy nasze urokliwe towarzystwo! Garet okropnie się ucieszył. Miał na kim poćwiczyć atakowanie przeciwnika. Przecież z obcymi nie będzie trenował. Najeżył się jak płastuga. Wzdłuż grzbietu zrobiła mu się jedna okazała płetwa, a na karku kilka poprzecznych. Wyglądałby naprawdę groźnie, gdyby nie brak kła. [/FONT] [FONT=Georgia] -Zobacz, on nie ma obu na dole! – zawołała Kaja opędzając się od mordercy, który atakował ją skacząc z fotela.[/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś? Pokaż gębę. O, faktycznie! Musiał sobie wyłamać na butelce! Boże, jaki śmieszny blacik! I ssso sychać, starusku? – wysepleniłam złośliwie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Auk! – wkurzył się. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ratunku! To nie ja się z ciebie naśmiewam, to ona! Zrób coś z tym szatanem! Moje ręce! Moje nogi![/FONT] [FONT=Georgia] Nikt nie kwestionował prawa własności Kai do wspomnianych kończyn. Garet je tylko liczył. Sytuację uratował mus truskawkowy. Już na widok opakowania pies zaczął się trząść. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garet, ty chwilę poczekaj, twój musi bardziej rozmarznąć, bo ci zaszkodzi... No dobra, skoro twierdzisz, że nie... – złapałam Batmana w locie na komodę. Resztę wieczoru spędził ujeżdżając z hałasem trzy opakowania po musie. Wcześniej naturalnie wylizał je dokładnie trzymając precyzyjnie w łapach. Muszę się zgodzić z Kają – on ma przeciwstawny kciuk. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
[quote name='mar.gajko']Ja jednak "wydam" to drukiem chałupniczym z ilustracjami. 12 sztuk. Jeden dla Joanny, jeden dla nas i 10 rzucę na rynek!!!! Zaprzęgam Luizę do roboty, jako zawodowy i pasjonacki plastyk niech się męczy i robi skład. A Joanna - każdziutki egzeplarz osobiście podpisze i naniesie dedykację dla nabywcy. Co Joanno?????[/quote] I jeden dla Gareta. Niedługo będzie czytał.
-
[FONT=Georgia]07.06. 2006 środa[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Konieczności pracy, czy raczej opuszczania domu i psa na nieskończenie długie godziny, Garet nie może pojąć. Ja też. Potworne dźwięki wydawane przez budzik, niszczące strukturę mózgu oraz, jak przypuszczam, naruszające ogólny porządek rzeczy we wszechświecie, sygnalizują mu, że to nie byle jakie wstawanie na sikanie, tylko wstawanie właściwe. Kiedy wyłączę budzik i padnę jeszcze na chwilę, żeby otrząsnąć się z szoku poakustycznego, pies wyciąga się na całą długość wystawiając brzuch do drapania. Zawsze istnieje szansa, że pasjonujące to zajęcie pochłonie mnie na tyle, że zapomnę o opuszczeniu łóżka. Ponieważ sztuczka nie działa, przez chwilę tarza się wywieszając ozór i zezując okropnie, potem daje za wygraną i ziewa rozpaczliwie piszcząc przy tym jak stare zawiasy. Rozumiem doskonale, że pora jest mordercza, nawet koguty dopiero przewracają się na drugie skrzydło, ale co ja mogę… [/FONT] [FONT=Georgia] Z uwagi na stan ostry gimnastyka nam odpada, z wyjątkiem kilku delikatnych ćwiczeń rozciągających. Rozpoczyna je Garet rozciągając się na całą swą czarną długość wzdłuż futrzaka. Kiedy go stamtąd sturlam, wdrapuje się na mnie. Po zmarnowaniu kilkunastu minut towarzyszy mi w łazience, gdzie robi inspekcję kociej kuwety, a potem w kuchni, gdzie czyści do czysta kocią tacę z ulubionego gatunku puriny. Połknąwszy swoje tabletki zakamuflowane w jakimś przysmaku, układa się na fotelu, zwija w kłębek, wskutek czego przestaje być widoczny na tle czarnej skóry i ujawnia swoją obecność wzdychając rozdzierająco. Tymi jękami wprawia się w nastrój depresyjny, który towarzyszy mu aż do mojego powrotu. Nie przeszkadza mu to zezować na stół i typować przedmioty, które da się stamtąd niepostrzeżenie ściągnąć. [/FONT] [FONT=Georgia] Po południu, zależnie od pogody, albo czeka na mnie przed domem, albo śpi w fotelu owinięty w jakąś sztukę mojego ubrania, którą uprzednio zamiótł całą okolicę, co widać. Po okolicy mniej, bardziej na odzieży. [/FONT] [FONT=Georgia] Popołudnie umila nam zwykła przepychanka z obiadem. Są dwie miski – jedna be! (Garetowa) i druga mniam, mniam – moja. Z tej pysznej ostatnio jedliśmy kotlety ziemniaczane o smaku tragicznego wypadku pojemnika z pieprzem. Ktoś go nie zatkał należycie. Garet zniósł to bardzo dobrze, ja nie mogłam ugasić pragnienia do wieczora. Paliło mnie jeszcze, kiedy kładłam się do łóżka. Na czymś okrągłym… zaniepokoiłam się i ostrożnie pomacałam, bo pierwsze, co mi przyszło do głowy, to zagrzebana w moją pościel koc cielęca, a kiedy ją ostatnio widziałam, była jednym z przedmiotów, na którym na pewno nie chciałabym się położyć. Przypomniałam sobie, że kość opuściła nas kilka dni temu i to w większości na swoich licznych, krótkich nóżkach i pomacałam odważniej. Ach, piłeczka tenisowa wyżebrana od Kai! Przy okazji wyrzuciłam też z łóżka pojemnik po musie truskawkowym. [/FONT] [FONT=Georgia] Tak zupełnie bez niczego Garet spać nie może, więc piłeczkę mu zostawiłam na jego trzech czwartych łóżka. Tej nocy jednak musiał czuć się wyjątkowo samotny, a może też nie mógł zasnąć, bo z płytkiego, kurczowo chwytanego snu, wyrwało mnie chrupanie. Chrupał przegryzany rzemień w moich porządnych, sportowych butach. Co to za dziwactwa, żeby buty wiązać rzemieniami… Położyłam obuwie na półce nad moją głową, gdzie przez całą noc zachowywało się należycie, ale rano przegrało z grawitacją i spadło mi na środek twarzy. Ciężkie było… [/FONT] [FONT=Georgia] We wtorek zwlokłam się resztkami sił, a dolegało mi wszystko. Garet natomiast w znakomitej formie. Pomyślałam, że być może większość nieszczęść sprowadza na mnie nawykowy, negatywny sposób myślenia. Mój znajomy twierdzi, że woli być pesymistą, bo zawsze może się przyjemnie rozczarować, chociaż to zazwyczaj nie następuje. Ja wolę być optymistką, chociaż mi nie wychodzi. W gruncie rzeczy jestem optymistką, ale z bagażem doświadczeń, co wygląda jak pesymizm. Postanowiłam dla odmiany popaść w syndrom Pollyanny. Starałam się, naprawdę. Widok listopada za oknem prawie mnie ucieszył, bo ostatecznie mógłby być grudzień. Nie udało mi się znaleźć rękawiczek, ale dzięki temu skóra mi się hartuje. Siny też miły kolor. W pracy ktoś mi zwinął ostatni piszący długopis, ale ten, który został, też miewa dobre momenty, o czym usiłowałam przekonać pacjenta. [/FONT] [FONT=Georgia] -To najlepszy długopis w szpitalu![/FONT] [FONT=Georgia] -A, dziękuję, podpiszę się swoim… [/FONT] [FONT=Georgia] Odwiedziła mnie koleżanka, która od kilku tygodni pławi się w szczęściu na zwolnieniu lekarskim. Słuchałam jej jednym uchem zajmując się równocześnie kilkoma pilnymi sprawami na raz i od czasu do czasu bąkając coś we właściwych, jak mi się przynajmniej zdawało, miejscach. [/FONT] [FONT=Georgia] -Kubek? Weź ten po kwiatkach. Nie mam płynu do mycia, ja tylko czasami płucze i żyję. Nie myj, bo jak zaczniesz raz myć, to nigdy nie skończysz, tam się jakiś taki śliski osad zrobił, lepiej go nie ruszać… Cukier? A co to jest? No, nie mam. [/FONT] [FONT=Georgia] -Czemu tę kawę wylewasz? O rany, mogłaś sobie pilnować, przed chwilą się gotowała, za chwilę nasiąknie, nie przesadzaj… [/FONT] [FONT=Georgia] -Co???!!! – ocknęłam się.[/FONT] [FONT=Georgia] -No pytam, czy nie masz pożyczyć drobnych sześćdziesięciu groszy, bo mi do biletu brakuje, a mam całe sto. [/FONT] [FONT=Georgia] Wybuchnęłam szyderczym śmiechem, ale w porę przy pomniałam sobie, że mam stosować wzorzec pozytywny. [/FONT] [FONT=Georgia] -Przykro mi, ja też nie mam drobnych – odparłam, co było prawdą, ale nie brzmiało tak okropnie, jak gdybym wrzasnęła: „Oszalałaś? Skąd ci wezmę?”[/FONT] [FONT=Georgia] Do domu wróciłam późno. Miałam tylko pół godziny przed wyjazdem do Krakowa. Za mało, żeby odpocząć. Położyłam się na lewym boku w fotelu w kuchni, niemal wsadzając nos do zupy pomidorowej. Garet wskoczył mi na prawe biodro, gdzie elegancko usiadł z łapkami do kupki i wpatrywał się z napięciem w mój obiad. Na swój, stojący w misce przy stole, w ogóle nie zwracał uwagi. Nie da się ukryć, kolorystycznie przegrywał z moją zupą. Na ten moment oczywiście trafiła moja matka, której wielorakie uczucia aż odebrały głos, co jest zjawiskiem rzadkim. Garet na jej widok przycupnął i wczepił się w mnie pazurami, ale spojrzenia od dymiącego talerza nie oderwał. [/FONT] [FONT=Georgia] -Grzeje mi chore miejsce – wyjaśniłam niepytana. [/FONT] [FONT=Georgia] Do minibusu nie dotarłam i całe szczęście, bo nie wiem, co zrobiłabym w drodze. Zdołałam dopaść hypermarketu, gdzie na dłuższy czas zamieszkałam w ubikacji. To z Krakowa nici. W przerwach pomiędzy sesjami w kiblu poszalałam trochę, bo debet mi się wyrównał. Do domu wróciłam nieco odwodniona i obciążona ponad miarę potworną ilością siatek. Garet zaczął je rozpakowywać, czemu przyglądałam się bezradnie przez uchylone drzwi łazienki. [/FONT] [FONT=Georgia] -Zostaw te banany! Obiorę ci! – wrzasnęłam. [/FONT] [FONT=Georgia] Zjadł od razu dwa. Na kolację zrobiliśmy sobie pizzę, bo doszłam do wniosku, że jelita trzeba doprowadzić do przytomności. Udało się. Moja matka próbowała zrozumieć, dlaczego kupiłam od razu całe wiadro kapsułek tranu i trzy kilogramy ryb. Obliczyłam, że tran wystarczy Garetowi na 150 dni, a co do ryb, postanowiłam zrobić eksperyment, bo ten pies przecież coś normalnego musi lubić. Trafiłam na miłego sprzedawcę, z którym wdałam się w dyskusję o zawartości ości w poszczególnych gatunkach. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie mogą mieć drobnych ości, bo spędzę resztę życia na dłubaniu w rybach, a pies nie radzi sobie tak, jak koty. Oczywiście te, które ryby jedzą – dodałam przypomniawszy sobie nasze. [/FONT] [FONT=Georgia] -Pies? To ja pani sprzedam po dwukrotnie niższej cenie filety. Wybiorę połamane, bo ludziom to przeszkadza, a psu nie powinno.[/FONT] [FONT=Georgia] Zapewniłam gorąco, że nie będzie. [/FONT] [FONT=Georgia] Eksperyment zrobiłam dziś rano. Poddusiłam ryby na oliwie, podstępnie przemyciłam w nich trochę makaronu z kawałkami mięsa, bo co do kaszy i ryżu to mamy jasność. Be! Garet odłożył sobie na później wpadanie w nastrój depresyjny i rzucił się do miski. Zeżarł do zera i radośnie podzielił się ze mną rybim chuchem. [/FONT] [FONT=Georgia] -No to teraz Kaja będzie miała rację, że śmierdzisz. Że też ja wcześniej nie wpadłam na to, że byłeś w poprzednim wcieleniu kotem! Stąd te zwinne wspinaczki na meble i miauczenie przy ziewaniu. [/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] :diabloti: [/FONT]
-
Lebiodki, kurde, mlecze! Jeśli z czosnkiem, to Garet jak najbardziej, jak sądzę. Wolałabym,żeby z równym zapałem zjadał swoje jedzenie, bo niedługo zamieni się w elfa. :shake: Eteryczny czarny elf pokryty gładkim, rzadkim, szorstkim włosiem. Pierwszy raz mam do czyniena z psem, który jest od urodzenia zdeklarowanym wegetarianinem. Pozdrawiam wszystkich, Joanna
-
No i masz, za długie, muszę w tomach... Tom drugi: [FONT=Georgia]04.05.2006 niedziela[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Niby z każdego tygodnia urlopu urywałam dwa dni na pracę, ale i tak większość tygodnia spędzaliśmy razem. Prawdziwy szok Garet przeżył we wtorek, kiedy potworny dźwięk budzika zrzucił mnie z łóżka wpół do szóstej rano. [/FONT] [FONT=Georgia] -Przykro mi – wymamrotałam do oszołomionego psa, wczepionego pazurami w poduszkę, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się moja głowa. –Też wolałabym pracować w domu – wygrzebałam but spod kołdry i pokuśtykałam do łazienki. Podczas zabiegów kosmetycznych poprzedniego dnia omsknęła mi się ręka i ucięłam sobie kawałek stopy. Bolało jak diabli, plaster przykleił mi się dokładnie i do rany i do skóry. Plecami szarpały mi bolesne skurcze, ponieważ nie doleczyłam sobie zapalenia korzeni nerwowych, tym razem w kręgosłupie piersiowym. Nie było mowy o złagodzeniu dolegliwości przez najbliższe dziesięć dni, dopóki wypłata nie pokryje mi debetu. Rzut oka za okno utwierdził mnie w dobrym nastroju. Przegrzebałam szafę w poszukiwaniu czegoś wełnianego, ale znalazłam tylko cienki sweter z surowego jedwabiu, ponieważ cała reszta tkwiła w workach na strychu. A miałam przeczucie, żeby nie znosić letnich rzeczy w takim idiotycznym pośpiechu! Teraz muszę z powrotem wygrzebać zimowe. [/FONT] [FONT=Georgia] Z pracy wróciłam haniebnie późno. Garet, szczelnie spowity w depresję i moją nocną koszulę, spał na swoim fotelu. Nie mam pojęcia, jak zdołał ją ściągnąć z wieszaka w łazience. Szybko zjedliśmy obiad. Oddałam mu swoją porcję marynowanych pieczarek, tak mnie tą koszulą wzruszył. Ponieważ przed wyjazdem do Krakowa miałam jeszcze pół godziny czasu, wleźliśmy do łóżka i poleżeliśmy trochę tuląc się wzajemnie w objęciach, przy czym ja nie gryzłam. [/FONT] [FONT=Georgia] Po powrocie zastałam Gareta zawiniętego dla odmiany w moją bluzę od dresu, a cały pokój usiany był szczotkami do butów. Nie miałam pojęcia, że mamy ich aż tyle. Wyrzuciłam te pogryzione na kawałki, a resztę schowałam. I już północ, a za chwilę piąta rano. Oderwałam policzek od swojego buta i wygrzebałam się spod rozkosznie ciepłego psa. Przy wyłażeniu z łóżka na zranioną nogę spadła mi kość cielęca, w nieco tylko gorszym stanie niż moja stopa. Okazało się, że spałyśmy razem, z czego nie zdawałam sobie sprawy. Co do kości nie jestem pewna, może wiedziała. Próbowałam się trochę rozgimnastykować, ale okazało się, że to zły pomysł. Leżałam na plecach starając się zebrać siły, żeby wrócić do pozycji przynależnej człowiekowi. Garet, dotychczas grzecznie śledzący moje poczynania z fotela, nie wytrzymał. Kwiknął raźno i wskoczył mi na brzuch. Też kwiknęłam, bo walnął łokciem w splot słoneczny, co go wyraźnie zafascynowało. Przekrzywiając głowę wsłuchiwał się w wydawane przez mnie dźwięki zmieniające się w zależności od tego, w jakie miejsce trafił kościstą łapą. Nie miałam siły go zrzucić, bo kiedy uświadomiłam sobie, że gra na mnie jak na rozstrojonym instrumencie, osłabłam do reszty ze śmiechu. Rozstaliśmy się dopiero, kiedy postanowił użyć zębów, bo sama nie znoszę wysokich dźwięków, a od moich pisków zaczęły drżeć szyby. Nic to, że plastykowe.[/FONT] [FONT=Georgia] Przy obiedzie postanowiłam zachować żelazną konsekwencję. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie dostaniesz nic, dopóki nie zjesz swojego mięsa. Żadnych kluseczek. No, wcinaj. Psy jedzą mięso, uwierz mi. Albo poczytaj sobie – postukałam palcem w miskę. Garet nastroszył uszy, spojrzał sceptycznie na swoje żarcie, potem na mnie i zatrąbił pełnym protestu barytonem, którego używa w chwilach głębokiej frustracji. [/FONT] [FONT=Georgia] -No, Garyś, amć! Pierwszy kawałeczek! Spróbuj, pyszny![/FONT] [FONT=Georgia] Wyszczerzył zęby i unosząc wargi z odrazą wziął z mojej ręki część udka, otrząsnął je z kaszy i pomaszerował na swoją skórę. Zjadł i wrócił z męczeńską miną. [/FONT] [FONT=Georgia] -Jeszcze jeden. Patrz, jaki wielki, z taką pyszną chrząstką! Zjedz, a ja nałożę ci klusek i surówki. [/FONT] [FONT=Georgia] W nocy, w drodze do łóżka, kątem oka zarejestrowałam coś dziwnego na podłodze. Przyjrzałam się uważniej. Pod kaloryferem jest dziura w desce, którą Garet pracowicie w wolnych chwilach powiększa. Z tejże dziury, dokładnie udeptany, mrugał do mnie kawałek kurczaka, ten z pyszną chrząstką. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garet, co to jest? [/FONT] [FONT=Georgia] Winowajca zwiesił głowę z łóżka i zajrzał do dziury. Poruszył uszami i zwrócił na mnie pełne niedowierzania spojrzenie obramowane w dolne półksiężyce. Zidiociałam czy faktycznie nie rozpoznaję? Zdołowany moją tępotą przyniósł sobie jako towarzystwo do łóżka starą tenisówkę Kai, ale wytropiłam ją po zapachu. [/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] -Kaja dziś przyjeżdża – poinformowałam Gareta w czwartek po południu. Zastygł na chwilę, a kiszona kapusta zwisała mu z pyska jak frędzle. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ęk? – upewnił się przekrzywiając głowę.[/FONT] [FONT=Georgia] -Tak, wieczorem.[/FONT] [FONT=Georgia] W odpowiedzi machnął ogonem i powrócił do pochłaniania nowego ulubionego przysmaku. Podałam mu kolejną porcję. Chwycił za koniec i przymykając z lubością oczy pochłaniał długie pasma ciamkając rozkosznie. Czosnek będzie miał konkurencję. Zresztą możemy to połączyć. Sałata na razie obrzydła mi do tego stopnia, że nie mogę patrzeć na ten odcień zieleni. [/FONT] [FONT=Georgia] Kaja wdarła się do domu podstępnie, kiedy psina spała. Zanim ją usłyszał, już zamknęła się w kuchni i gadała do stęsknionych kotów, które powyłaziły ze swoich kryjówek, w których zapadały w sen zimowy. [/FONT] [FONT=Georgia]-Rrehhh... – grzechotała Gacia.[/FONT] [FONT=Georgia]-Mi, mi! – wtórował jej cieniutko Koleś, który zbliża się do swojej zimowej wagi sześciu i pół kilograma. W tle słychać też było zalotne ćwierkanie Marchwi. [/FONT] [FONT=Georgia]Garet zaszlochał rozdzierająco, zeskoczył z fotela i pobiegł do kuchennych drzwi. Po drodze wpadł na torbę Kai i od razu zabrał się do unicestwiania znienawidzonego przeciwnika. [/FONT] [FONT=Georgia] -Zdrajczyni! – wrzasnęłam – Chodź, przywitaj się z pieskiem! [/FONT] [FONT=Georgia] -Garecik? Garet, nie! Fe! Mamuś! Wbił mi ząb w udo i dojechał do samego dołu! Garet, wypluj! Kiedy mu te potworne kły wypadną?! On je zmieni podstępnie w nocy, tak, że nawet nie zauważymy! Garet, o kurde, puść, to boli![/FONT] [FONT=Georgia] Westchnęłam ciężko i uzbroiłam się w cierpliwość na kolejne trzy dni. Takie okrzyki są nieodłączną częścią każdego spotkania Kai i Gareta. Mnie też gryzie, a przecież nie wydaję takich ryków. Zniecierpliwiona zabrałam Gareta na strych, gdzie szukaliśmy w workach swetrów z angory. Nie ma co udawać, że jest wiosna. Jest cholerny, słotny listopad, nawet, jeśli nazywa się inaczej. W korytarzu na piętrze zwinnie wyminęliśmy wielką kupę i kałużę moczu. Kaja znowu będzie wrzeszczeć. To musiało zdarzyć się rano. Garet, wylazłszy z ciepłego łóżka, za nic nie dał się namówić na wyjście na dwór. Wyjrzał za drzwi, zamrugał z niedowierzaniem na widok strug deszczu i zawrócił otrząsając się ze wstrętem. Wracając ze strychu oboje jednocześnie spojrzeliśmy na stolik służący za skład wypranych skór i chodniczków. Leżała na nim wielka, szara kocica, która znowu wlazła jakąś szparą. Wraca jak bumerang natychmiast po wyniesieniu jej na dwór. Garet stanął na dwóch łapach obrzucając ją piskliwymi obelgami. W odpowiedzi przeciągnęła się bezczelnie, zabeczała jak baran i przewróciła się na grzbiet wystawiając wszystkie łapy i ogromne brzuszysko do góry.[/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, chodź, nie denerwuj się. Niech ją sobie Kaja wynosi – poprawiłam naręcze swetrów i zezując pod nogi na stromych schodach, zeszłam na dół. Garet, oglądając się za siebie, podążył za mną. [/FONT] [FONT=Georgia] -Kaja? Zgadnij, kto na ciebie czeka u góry? [/FONT] [FONT=Georgia] -Wielka, bezczelna, szara kocica?[/FONT] [FONT=Georgia] -Bingo. [/FONT] [FONT=Georgia] Chciałabym zrozumieć, dlaczego nasze koty włóczą się z takim zapamiętaniem, a te obce trzymają się domu jak przywiązane na gumkach. Na wełnianej poduszce na parapecie u babci – kocurek. Na chodniku za drzwiami balkonowymi – kociczka. Za każdymi drzwiami i wszędzie w środku – wielka, szara kocica. Oszaleć można. [/FONT] [FONT=Georgia] W piątek, mimo kropiącego deszczu, Garet czekał przed domem na mój powrót z pracy. Ostatnio weszło mu to w zwyczaj. Kiedy już uda mi się wedrzeć przez furtkę, usiłuję równocześnie przekręcić klucz, ocalić kolczyki przed oderwaniem razem z uszami i wyplątać oszalałego psa z torby. Tym razem moim poczynaniom przyglądał się facet, którego dość często widuję chwiejącego się przy ogrodzeniu. Teraz też wyglądał tak, jakby zastanawiał się, czy podążyć na spotkanie kolejnej połówki czy zrzucić balast obciążający żołądek za nasz płot. [/FONT] [FONT=Georgia] -Kierowniczko! – odezwał się chrapliwie. Już myślałam, że chce dwa złote na chleb czy inne żytnie przetwory, ale nie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Jaki ten bisurman fajny! Ja mam takiego samego, tylko większego! Taki sam! – zapewnił przyjaźnie, usiłując skoncentrować spojrzenie i na mnie i na Garecie, który nawet mnie dwoił się w oczach. [/FONT] [FONT=Georgia] -Cóż, dziękuję! – odparłam równie przyjaźnie i pokiwałam mu wolną ręką na pożegnanie. Druga tkwiła głęboko w pysku bisurmana, który kwiczał, skrzypiał i sapał z radości. Szkoda, że nie zapytałam, jaka to rasa. Może jest lepiej poinformowany, niż ja. [/FONT] [FONT=Georgia] Przez cały weekend przestrzegałam zasady żywieniowej – najpierw obowiązek, potem przyjemność. Garet, choć z wielką niechęcią, zjadał najpierw swój posiłek, żeby później dostać ten upragniony – na przykład pikantną fasolkę w sosie pomidorowo-paprykowym, kotlety z gotowanych ziemniaków w sosie grzybowym, surówkę z kiszonej kapusty z ekstra dodatkiem czosnku oczywiście. Nie mam pojęcia, co będziemy jeść do czwartku, bo praktycznie wyżarliśmy wszystkie zapasy. Zostały ziemniaki i mąka. A w lodówce mięso dla psa oraz żarcie i śmietanka dla kotów. Dziś, po swojej kolacji, Garet rzucił się na racuchy z dżemem morelowym. Potem zapatrzył się w pojemniczek z musem truskawkowym, który w przypływie litości zafundowało mi dziecko. Trząsł się przy tym zupełnie jak na widok czosnku. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garet, nie będziesz tego jadł. Psy nie jadają takich rzeczy. Słyszysz, ty wynaturzone stworzenie? [/FONT] [FONT=Georgia] W odpowiedzi zaskrzypiał z niecierpliwością i wskoczył na fotel celując nosem w plastykowe opakowanie. [/FONT] [FONT=Georgia] Pięć minut później z wielkim hałasem mordował pusty pojemnik, a ja wystukiwałam sms-a do Kai. [/FONT] [FONT=Georgia]-[I]Kurde, mus truskawkowy uwielbia tak samo, jak czosnek.[/I][/FONT] [I][FONT=Georgia]-Bardzo kurde [/FONT][/I][FONT=Georgia]– nadeszła chłodna odpowiedź. [/FONT] [FONT=Georgia] Rozstałyśmy się nieco zirytowane, ponieważ zarzuciłam Kai, że zamiast zająć się psem, drze się jak pawian i zamyka przed nim. Nadęła się w słusznym oburzeniu, że jeśli tylko nie śpi, to usiłuje ją zagryźć, jakby miał automatyczne naprowadzanie na jej ciało. Faktycznie, Garet od razu rzuca się na nią z fanatycznym błyskiem w oku, ale chyba dlatego, że czuje w niej szczeniaka, który powinien się bawić, a nie wrzeszczeć i umykać po kątach. Nie udało nam się dojść do porozumienia, a nastrój rozdrażnienia potęgował dym snujący się po domu i wywołujący ból głowy. Moja matka bowiem, po nieudanej próbie podjętej poprzedniego wieczoru, uparła się, że rozpali w centralnym, bo w domu jest zimno. Niestety, nasz piec działa mniej więcej tak samo, jak wszystko w tym domu. Jeśli jest wilgotno, konsekwentnie odmawia współpracy. Dziś, uporczywie molestowany, produkował złośliwie kłęby gryzącego dymu przecząc przysłowiu, że nie ma dymu bez ognia. Wreszcie, po kolejnej wizycie w piwnicy, zarządziłam otwarcie drzwiczek i otwarcie na oścież drzwi piwnicy, zanim wszyscy wymrzemy podstępnie zaczadzeni. Dym radośnie buchnął na zewnątrz, co nie znaczy, że w domu go ubyło. Za chwilę odezwał się dzwonek telefonu. Unieruchomiona laptopem na kolanach, wrzasnęłam do babci, żeby odebrała. [/FONT] [FONT=Georgia] -Aaa... tak, wiem. Nie, dom się nie pali, to nasz piec... próbowałyśmy się ogrzać. Ale dziękuję bardzo, że pani zwróciła uwagę. Tak, jeszcze raz dziękuję...[/FONT] [FONT=Georgia] Jak słusznie się domyśliłam, sąsiadka przed wykręceniem numeru straży pożarnej zadzwoniła do nas. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
[quote name='mar.gajko']No to dobrze, że zyjesz Joanno. Ale tak oskubać z sierści Garecika, toż to zgroza. Innej kary nie mogłaś wymyśleć?????[/quote] Hej. Ta wydała mi się najlepsza, bo trwa długo i pozostawia trwałe ślady. [FONT=Georgia]29.05.2006 poniedziałek[/FONT] [FONT=Georgia] -Zaczynasz biżuterię wystawiać przed domem? – Kaja, która właśnie przyjechała na weekend, najpierw cisnęła swoją wielką torbę, aż podłoga w kuchni zadrżała, potem rzuciła na stół rozerwany naszyjnik z pereł. Garet fruwał wokół niej trąbiąc z radości jak kobza. Dźwięk tracił na ostrości, kiedy wczepiał się zębami w jej rękaw albo nogawkę spodni. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, nie wolno takich rzeczy wynosić... – skarciłam go słabym głosem, bo maraton w pracy pozbawił mnie resztek energii. -Dobrze, że brylantów nie mamy – dodałam przytomnie. – Byłoby trochę szkoda.[/FONT] [FONT=Georgia] -O ile pamiętam, ten naszyjnik był już rozerwany. Garet, fe! Dlaczego ty mnie cały czas gryziesz?! Czemu ci te zęby nie wypadną wszystkie na raz! [/FONT] [FONT=Georgia] -On ci po prostu okazuje swoje uczucia, jak potrafi. Wiesz, ile emocji kłębi się w tym małym ciałku? Myślisz, że samo machanie ogonem wystarczy? [/FONT] [FONT=Georgia] -Takim łysym na pewno nie. Boże, on całkiem wyłysiał! Gdzie ten długowłosy pies? Garet, ty oszuście![/FONT] [FONT=Georgia] -Nie mów tak do niego, bo ranisz jego uczucia – spojrzałam na Gareta, który właśnie usiłował wydrapać dziurę w torbie podróżnej. Robił to z takim zaangażowaniem, że sukces miał w zasięgu łapy. Faktycznie, lśnił, jakby go ktoś pociągnął czarnym lakierem. Resztki loków zostały mu jeszcze na pośladkach i tylnych łapach, wskutek czego wyglądał, jakby miał na sobie opadające gatki z baraniego futra przetrzebionego przez całe pokolenia moli. Uszka też zachowały trochę postrzępionych kosmyków, które stroszy w chwilach zdziwienia i zainteresowania upodobniając się do czarnej chryzantemy. Zważywszy jednak na to, że codziennie zeszczotkowuję z pościeli kłęby czarnego pierza, co noc dusi mnie kaszel jak kota w Shreku, a każdy posiłek jest solidnie owłosiony, nic co puszyste nie przetrwa na Garecie długo. Nowa sierść jest sprężysta, lśniąca i mocno przylegająca w wybranym przez siebie kierunku. [/FONT] [FONT=Georgia] -Jest nie tylko krótkowłosy, ale i szorstkowłosy! – oznajmiła Kaja odrywając psa od torby i całując go w pobrużdżone czoło. – I śmierdzi jak stary but.[/FONT] [FONT=Georgia] -No, tu już przesadziłaś! – obraziliśmy się obydwoje i pomaszerowaliśmy do pokoju. Garet z frustracji zaczął nerwowo wydzierać pasma skóry z narzuty na swoim fotelu.[/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, zostaw to! Zobaczysz, schowam narzutę i będziesz spał na gołym fotelu! Cały pokój wygląda, jakby go oblazły wielkie, włochate gąsienice. Nie wolno![/FONT] [FONT=Georgia] Garet rzucił mi żałosne spojrzenie z białymi półksiężycami, westchnął i kontynuował dzieło zniszczenia. Wyraźnie było widać, że musi. Zmienił obiekt zainteresowania dopiero wtedy, kiedy Kaja wcisnęła się obok niego w idiotycznym przekonaniu, że poogląda sobie telewizję pogryzając chrupki cynamonowe. [/FONT] [FONT=Georgia] W piątek moje dzieci pracowały jak wyrobnicy. Kaja skuwała tynk ze ściany w drugiej części domu, a Garet pomagał jej z całych sił. Ja zabrałam się za sprzątanie, co było o tyle bezsensowne, że co jakiś czas któreś z nich wpadało na chwilę, zostawiając po sobie paskudne ślady i porzucone narzędzia. Na dworze szalał zaawansowany listopad. Pogoda w sam raz na to, żeby usiąść z gorącą herbatą przy kominku, jeśli go ktoś ma, albo przy kaloryferze, jeśli jest czym napalić w piecu. [/FONT] [FONT=Georgia]Wypastowałam podłogę i zabrałam się do segregowania śmieci. Dokładnie w tym momencie, kiedy siedziałam na podłodze obłożona workami, wpadł pies maści beżowo-szarej z koroną pajęczyn na głowie, zahamował z wizgiem pazurów i porwał mi spod ręki butelkę po oleju. [/FONT] [FONT=Georgia]-Przedstaw się – zażądałam, odbierając butelkę. [/FONT] [FONT=Georgia]Zaskrzypiał radośnie i złapał mnie zębami za nos dzieląc się z moją twarzą hojnie swoimi pajęczynami. [/FONT] [FONT=Georgia]-Napij się chociaż, bo padniesz! – rzuciłam mu monstrualnej wielkości różowe winogrono, które natychmiast potraktował jak piłkę futbolową. W wymyślnych zwodach wpadł na nogę od stołu, potem na drzwi, a wreszcie, kozłując, pokłusował z powrotem do Kai. Podążyłam za nim żeby sprawdzić, czy moje dziecko żyje. Żyło i wyglądało podobnie jak pies, przynajmniej kolorystycznie. Stało i ze zgrozą gapiło się na czarnego pająka wielkości wróbla, który maszerował po ścianie. Przysięgłabym, że słyszę tupanie. [/FONT] [FONT=Georgia]-Mamuś, patrz, jaki wstrętny, zabij go, bo nie mogę pracować! – zażądała Kaja machając wielkim młotkiem i otrząsając się z obrzydzeniem. Reaguje na pająki podobnie, jak ja na myszy. Nawet najmniejszy wytrąca ją z równowagi, a ten był naprawdę okazały. Jeszcze takiego bydlaka nie widziałam. Ponieważ Garet pozbawił mnie pantofla, byłam zmuszona chodzić w klapkach na solidnej podeszwie, które teraz bardzo się przydały. Kaja ze wstrętem odwróciła wzrok. [/FONT] [FONT=Georgia]-No dobra, już nie żyje – zapewniłam ją. – Jak skończycie, pod prysznic wchodzicie razem. I jeśli to możliwe, do łazienki przemieśćcie się drogą powietrzną – dodałam zerkając to na nią, to na Gareta, który właśnie zadał ostateczny cios winogronu i spożywał je ze smakiem otoczony kłębami wzbitego przez siebie kurzu. [/FONT] [FONT=Georgia]-Przecież nie można tak często myć psa! – zaprotestowała moja matka widząc, że przygotowuję kąpiel dla Gareta. [/FONT] [FONT=Georgia]-Masz rację – przyznałam. – Ale powiedz mi, jak w inny sposób go odczyścić? – wskazałam na szarego psa, który padł sztywny na środku kuchni i chrapał wprost z zapylonych płuc. [/FONT] [FONT=Georgia]-Wyszczotkuj go![/FONT] [FONT=Georgia]-Chyba młotkiem. Nie widzisz, że jest cały w cemencie? Kaja, dawaj, przynieś go, woda gotowa. [/FONT] [FONT=Georgia]Garet był tak zmęczony, że musiałyśmy go podtrzymywać, żeby się nie utopił. Ożywił się na moment przy wycieraniu uszu, ale sił mu starczyło tylko na doczłapanie zygzakami do fotela w pokoju. Kaja pomogła mu wywindować siedzenie i, już śpiącego, otuliła miękkim kocykiem. Niezwykła cisza panująca w domu przez cały wieczór ośmieliła Gacię. Wsunęła swoje lśniące ciało do pokoju i rozejrzała się uważnie. Przeszła ostrożnie kilka kroków i zamarła, bo dostrzegła głowę Gareta zwisającą bezwładnie z fotela.[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie bój się, Gacunia, chodź. Piesek ci nic nie zrobi, zepsuł się – uspokoiłam ją. [/FONT] [FONT=Georgia]-Biedne koty – rozczuliła się Kaja. – Ty wiesz, jaki to dla nich był wstrząs? Nagle pozbawione swoich ulubionych foteli, swojego ukochanego twojego łóżka, twojej mięciutkiej, grzejącej kołderki... [/FONT] [FONT=Georgia]-Same są sobie winne. Gdyby nie uciekały jak obłąkane, tylko parę razy dały Garetowi w ryja, ich stosunki ułożyłyby się poprawnie. No chodź, Gacunia – podniosłam koc na swoim fotelu, żeby Gacia mogła pod niego wpełznąć. Lubi spać przykryta, jak papużka. Ułożyła się mrucząc i poskrzekując z rozkoszy. Koleś też uwielbiał włazić pod koc, dlatego trzeba było uważać siadając, czy fotel nagle nie zaprotestuje rozpaczliwym głosem. [/FONT] [FONT=Georgia]Gacia przespała na fotelu prawie do północy, śniąc o dawnych, dobrych czasach. Uciekła pełna oburzenia dopiero wtedy, kiedy Garet, zregenerowawszy siły, wskoczył na nią, nie spodziewając się, że pod kocem ukrył się dziki lokator. [/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] -Będziemy jeść pierogi – poinformowałam Gareta, jak zwykle towarzyszącego mi przy przygotowywaniu obiadu. – Debet mi się wyczerpał, więc, mój drogi, przez najbliższe dziesięć dni będziemy się odżywiać ziemniakami i mąką. – Garet przekrzywił głowę przyswajając wiadomość. Wyglądało na to, że nie ma nic przeciwko pierogom, jeśli do tego będzie miał pod dostatkiem marynowanych pieczarek i papryki, czosnku, bananów, jabłek i migdałów.[/FONT] [FONT=Georgia] -Nic z tego, migdały się kończą – wyjęłam mu nos z kubka, który namierzył na parapecie i rzuciłam kilka na podłogę. –Pieczarki też. A nie wiem, czy lubisz kiszoną kapustę... Będziesz jadł jak normalny pies, mięso z jarzynami i kaszą. Nie stać mnie na to, żeby codziennie wyrzucać obcym zwierzętom pół kilo mięsa, rozumiesz?[/FONT] [FONT=Georgia] Przełknął ostatnie kawałki migdała i obrzucił mnie cynicznym wzrokiem. Walka będzie ciężka, ale realia też są ciężkie. Myśli o dysproporcji moich zarobków i wydatków przyprawiają mnie o bezsenność, a wspomnienie długów powoduje, że oblewam się zimnym potem. Z tym potem to może przesadziłam, jestem z gatunku niepocących się, ale reszta to sama prawda. Na szczęście moje dziecko miało jeszcze jakieś resztki na swoim koncie, więc poszło do miasta zaopatrzyć psa w mięso. Żelazna zasada obowiązująca w naszym domu mówi, że zwierzęta są na pierwszym miejscu i to pod każdym względem. Westchnęłam ciężko i rozłożyłam kawałki jabłek i śliwki na wykrojonych pierogach. [/FONT] [FONT=Georgia] -Znowu ten pies trzyma pysk na stole! – zirytowała się moja matka. –Przecież ty go w ogóle nie karcisz![/FONT] [FONT=Georgia] -Mam większe zmartwienia – powiedziałam nie dyskutując, bo miała rację. Garet siedział w fotelu trzymając łeb na stolnicy i przewracając niewinnie oczami. Przyklepałam go poniżej poziomu stołu. [/FONT] [FONT=Georgia] -Idź do siebie, zawołam cię na obiad – zwróciłam się do Ireny.[/FONT] [FONT=Georgia] -Na jaki obiad?! – wskazała oskarżycielsko na Gareta, który siedział wyprostowany jak struna pożerając z godnością kawałek jabłka ukradziony z pieroga. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, kurde, nie ma już więcej jabłek! Będziesz jadł samo ciasto! [/FONT] [FONT=Georgia] Garet zamrugał stropiony, zerknął w bok, szybkim rzutem głowy zerwał ze stolnicy kawałek surowego pieroga, uprzednio pozbawiony jabłka i wessał go posłusznie. [/FONT] [FONT=Georgia] -No nie, gdyby ktoś zobaczył, co się w tym domu dzieje, nie uwierzyłby! – moja matka, zabierając swoje oburzenie i filiżankę z kawą, opuściła kuchnię. [/FONT] [FONT=Georgia] -Dlatego byle kogo tu nie wpuszczamy – wymamrotałam do stolnicy. [/FONT] [FONT=Georgia] Tuż po Kai wróciła Perła, oczywiście frontowymi drzwiami, od głównej ulicy, obwieszczając swoje nadejście głośnym rykiem. [/FONT] [FONT=Georgia] W pośpiechu wepchnęłam Gareta do pokoju, żeby bezpiecznie wpuścić kotkę. Siedziała w korytarzu łypiąc na mnie triumfalnie jedynym okiem, a z pyska zwisała jej dorodna mysz. Zatrzasnęłam drzwi równie szybko, jak je otworzyłam. [/FONT] [FONT=Georgia] -Tam jest mysz z Perłą – poinformowałam moją córkę. – Rozdziel je. [/FONT] [FONT=Georgia] Kaja wybierała się na spotkanie z Papieżem, toteż zaraz po obiedzie zaczęła się pakować. Uprosiłam ją, żeby przejrzała ze mną ostatnie worki ze strychu, zanim Aga przyjedzie i zabierze resztę rzeczy. [/FONT] [FONT=Georgia] -I, rozumiesz, ten cholernik klekotał tą wysuszoną myszą jak oszalały, a ja nie mogłam jej z niego wytrząsnąć – kończyłam opowieść o swoich makabrycznych przeżyciach, wywlekając worek spod stołu do masażu zajmującego środek strychu. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mam nadzieję, że wyrzuciłaś tę mysz?[/FONT] [FONT=Georgia] -Oszalałaś?![/FONT] [FONT=Georgia] -To gdzie ona jest?[/FONT] [FONT=Georgia] -A, gdzieś tam, pod legarem – machnęłam ręką w kierunku pudeł z ozdobami choinkowymi, wśród których plątał się niemrawo Garet, obciążony trawionymi pierogami. W dach uderzały pierwsze krople deszczu i wściekłe podmuchy wiatru. Listopad najwyraźniej przechodził w grudzień. [/FONT] [FONT=Georgia] -Weź ten worek, bo jest cholernie.... ciężki?.... – zawiesiłam głos, bo do mojej świadomości dotarł znajomy klekot. Odwróciłam się i spojrzałam na rozpromienionego Gareta. Wyglądał, jakby po latach spotkał ukochanego przyjaciela. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mówiłaś o TEJ myszy? – zapytała radośnie Kaja. [/FONT] [FONT=Georgia] -A! A!!! – Wynocha stąd! Obydwoje! Mysz też! – wrzasnęłam.[/FONT] [FONT=Georgia] -Przecież miałam wziąć worek... [/FONT] [FONT=Georgia] -Mysz! Weź tę cholerną mysz raz na zawsze! Ja wezmę worek... wszystkie worki![/FONT] [FONT=Georgia] Kaja chichocząc złośliwie zabrała Garetowi mysz i trzymając ją przez pożółkłą gazetę zbliżyła się do mnie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ależ, mamuś, popatrz, przecież ta biedna myszka...[/FONT] [FONT=Georgia] -Won, ty bachorze, bo cię walnę! Nawpuszczam ci pająków do łóżka! – złapałam drewniany wieszak i zamachnęłam się. Wobec takiej groźby Kaja skapitulowała. Garet, pozbawiony ulubionej zabawki, podreptał za nią na dół. Znalazłam go w pokoju. Usiłował przeboleć stratę ułożywszy głowę na mojej ulubionej poduszce umieszczonej precyzyjnie na rozkładającej się kości cielęcej. [/FONT] [FONT=Georgia] W niedzielę, jakby świadom tego, że Kaja jeszcze powinna być w domu, cierpiał aktywnie rozrywając na strzępy futrzaną narzutę. Po podłodze pełzały kawałki skóry we wszystkich odcieniach szarości i brązu. [/FONT] [FONT=Georgia] -No i teraz przegiąłeś. Będziesz spać na gołym fotelu – oznajmiłam wywlekając spod niego potwornie ciężki kawał skóry. Odprowadził nas na górę i żałosnym spojrzeniem pożegnał swoje legowisko. Takimi samymi spojrzeniami obrzucałam fotel. Nie było mowy, żeby zostawić go bez przykrycia, bowiem nosił na sobie ślady licznych pokoleń psów i kotów, a wyłażące z niego włosie wyglądało bardziej szokująco niż dekoracyjnie. Przeszukałam cały dom, ale nie udało mi się znaleźć ani jednego wełnianego koca, chociaż sama kilka gdzieś schowałam przed laty. Uparłam się na oliwkowy z wielbłądziej wełny, ale po godzinie było mi już wszystko jedno, przypomniałam sobie bowiem, że ma przyjść koleżanka złożyć mi spóźnione życzenia imieninowe. Wreszcie w pokoju babci natknęłam się na trzydziestoletnie narzuty na łóżka z aksamitu w kwiatowy wzór. Wciągnęłam je spod śpiącej Marchwii, otrzepałam z białego futra i obejrzawszy, uznałam, że z nieco wypłowiałymi kolorami wyglądają nawet szlachetnie. Jednak, aby przykryć tak duży fotel, musiałam zeszyć dwie. Klnąc pod nosem zabrałam się do znienawidzonego zajęcia. Szycia nie znoszę na równi z prasowaniem, a mam do tego tyle talentu, co do pieczenia ciast. Po półgodzinie z przygnębieniem obejrzałam rezultat. Dwa równe początkowo kawałki materiału teraz różniły się długością o około pół metra. Postanowiłam te schody ukryć z tyłu fotela. [/FONT] [FONT=Georgia] Garet natychmiast wskoczył na nowe nakrycie. Po nieudanych próbach wykopania w nim dziury dał za wygraną i zwinął się w kłębek. Poleżał chwilę wzdychając ciężko, wreszcie zlazł na podłogę, wziął w zęby swoją jagnięcą skórkę, wewlókł ją na fotel, udeptał i ułożył się na niej z cichym jękiem, rzucając mi spojrzenia pełne wyrzutu. Wzruszyłam się. Odnalazłam na strychu dużą kamizelkę z mięciutkiej, genueńskiej skóry, którą od razu po zakupie doceniły koty jako świetny obiekt do ostrzenia pazurów, wskutek czego jeden bok zmienił się w ozdobne frędzle. Wycięłam z niej plecy, zaniosłam na dół i rozścieliłam Garysiowi na fotelu. Po krótkich oględzinach zaaprobował nowe podłoże, poprawił je trochę zgodnie ze swoimi potrzebami i westchnąwszy z ulgą ułożył się do snu. [/FONT] [FONT=Georgia] Anka nadeszła zanim zdążył na dobre zasnąć. Powitał ją z entuzjazmem, usiadł jej na stopach i z zadartą głową wpatrywał się jej w zęby, kiedy jadła upieczony przez babcię placek z brzoskwiniami. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ummm... pyszny! Rozpływa się w ustach! – chwaliła z zachwytem. Ponieważ od kilku miesięcy sama jest posiadaczką półrocznego psa, jej niezłomne zasady i uprzedzenia zostały nadkruszone na tyle, że podzieliła się ciastem z Garetem. Kiedy przekonał się, że więcej nie ma, wcisnął się na fotel obok mnie i ułożywszy się na plecach, w pozycji martwego żuka, zasnął jak kamień. [/FONT] [FONT=Georgia] -I ty pisałaś, że mam założyć spodnie, a nie rajstopy? Przecież ten piesek jest spokojny jak aniołek! Nasz bez przerwy gryzie, cała jestem w sińcach! [/FONT] [FONT=Georgia] -Nasz też bez przerwy gryzie i skacze! – zaprotestowałam, przesuwając Garetowi łeb, bo charczał tak, jakby się dusił. Nawet się nie obudził. Od razu przypomniały mi się Mariola i Luiza i westchnęłam ciężko. Było jasne, że Anka mi nie wierzy. [/FONT] [FONT=Georgia] -To jest po prostu stary oszust. Tylko przy gościach udaje aniołka. Tak samo jak udawał, że będzie długowłosym owczarkiem. [/FONT] [FONT=Georgia] -No właśnie, gdzie się podziały te fale i loki?[/FONT] [FONT=Georgia] -W większości są w moich płucach – odrzekłam ponuro. [/FONT] [FONT=Georgia] -Pamiętam te zdjęcia, które wysłałaś nam mailem, taka puszysta kulka! [/FONT] [FONT=Georgia] -Garet nie lubi czesania i postanowił wyłysieć – wyjaśniłam z przygnębieniem. [/FONT] [FONT=Georgia] -No śliczny jest, i taki spokojny! A nasz nadal jest taki kudłaty. Miał być malutki, a rośnie jak szalony. Już teraz wykłada mi łapy na ramiona, jak skoczy! Żre bez opamiętania. Nie nastarczam gotować mu krupniku na skrzydełkach. [/FONT] [FONT=Georgia] Garet jęknął przez sen. Krupnik na skrzydełkach! Chyba dożylnie musiałabym mu podać... Każdy cholerny kawałek mięsa obieram mu ze skóry i z tłuszczu, a i tak muszę go karmić albo wynosić miskę na balkon udając, że zamierzam oddać jego żarcie kotom. Dopiero na widok kocurka oblizującego się z drugiej strony balustrady nasze dziwadło raczy zainteresować się swoim posiłkiem. [/FONT] [FONT=Georgia]Gawędziłyśmy sobie jak dwie matki, przy czym ja byłam tą, która ma wybitnie inteligentne, ale nieprzystosowane dziecko. Przypomniało mi się, jak podczas ostatniej wizyty Anka przebąkiwała o zamiarze sprawienia sobie psa, dla którego zbudują nowy kojec i nową budę. Na to zjeżyłam się jak ogon Gaci, ale zgasiła mnie, że to będzie wiejski pies, do pilnowania domu, a nie do wylegiwania się w łóżku. Na razie o kojcu nie ma mowy, chociaż biedny pies rzeczywiście nie sypia w łóżku, tylko w korytarzu. Jedno jest pewne – Anki nocami nie męczą gwałtowne ataki kaszlu i nie wyjmuje sobie czarnych kłaków z oczu i uszu.[/FONT]
-
[quote name='mar.gajko']Taka długa cisza. Joanno, Kaju!!! Hop, hop!! Czy was co nie zagryzło!?![/quote] Żyjemy, nie zagryzło, chociaż się stara ze wszystkich sił. Wróciłam do pracy i walczę z zapaleniem korzonków, ale dziś postaram się cos napisać i może jutro wyślę, najpóźniej w poniedziałek. Garyś łysy, :placz: tzn. krótkowłosy, ciekawe, czy go poznacie przy następnej wizycie. Resztki loków ma jeszcze na portkach, reszta jest w moich płucach. Całujemy, J.
-
Musimy zrobić nowe zdjęcia. Przy łysinie lepiej widać zęby. Pozdrawiam serdecznie, gryzaczki od Gareta.:cool3: [FONT=Georgia]24.05.2006 środa[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] -Straciliśmy ząbek! – poinformowałam Kaję przez telefon. [/FONT] [FONT=Georgia] -Znowu ci wypadł ten na sztyfcie? – zmartwiła się.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ach, nie, Garetowi wypadł.[/FONT] [FONT=Georgia] -Który?! – zapytała z radosną nadzieją.[/FONT] [FONT=Georgia] -Malutki siekaczek u góry. Teraz wygląda biedak jak wyszczerbiony rekin. [/FONT] [FONT=Georgia] -Aaaach – westchnęła z rozczarowaniem. Rozczarowanie nie dotyczyło nadwyrężonej urody psa, tylko lokalizacji ubytku. Moją córkę uszczęśliwiłby, nawet tymczasowy, brak któregoś z kłów. Powód jest prosty – robią największe dziury. Zarówno w ciele, jak i w ubraniach. Kiedy ostatnio usiłowałyśmy w ogródku upuścić z Gareta nieco energii, zamiast biegać, zaczął trenować skoki wzwyż. Zawiesił się na bluzce Kai, a kiedy odpadł, przez dużą, okrągłą dziurę wyzierał zalotnie zgrabny pępek mojego dziecka. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garet! Ty potworze! – wrzasnęła z furią prosto w roześmiany pysk. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mówiłam ci, żebyś się przebrała. Wiesz przecież, że w tym domu nie powinno się nosić ulubionych rzeczy ani otwierać szafy z ulubionymi ubraniami. Chyba że pies śpi – dodałam pouczająco. –A swoją drogą ciekawie to wygląda. Możesz sobie teraz zamontować kolczyk w pępku... [/FONT] [FONT=Georgia] -Odwalcie się – jęknęła żałośnie Kaja, odrywając Gareta od rękawa. –Oboje jesteście nienormalni![/FONT] [FONT=Georgia] No, może normalni nie jesteśmy, za to inteligentni tak. Zwłaszcza Garet. Pewnie dlatego, że dużo rozmawiamy. Rozumie wszystko, co nie znaczy, że ze wszystkim się zgadza, a jeśli nawet się zgadza, to czasami temperament okazuje się silniejszy. Jeśli przyłapię go na jakiejś niszczycielskiej działalności, na przykład na nadawaniu nowej formy pilotowi od telewizora, kontynuuje ją z miną pełną boleści i wzrokiem mówiącym – wybacz, no, po prostu muszę![/FONT] [FONT=Georgia] Niedawno, zachwycona, opowiadałam Kai o polowaniu na marchewkę. Bawił się nią z zapałem, rzucając po pokoju, kiedy nagle złośliwe warzywo wturlało się pod jeden z regałów z książkami. Położył się, zajrzał pod spód robiąc okropnego zeza i marszcząc nos, a potem usiłował ją spod tej szafki wydrapać. Nic z tego. Usiadł, westchnął głęboko, zerknął jeszcze raz i zamyślił się na chwilkę. [/FONT] [FONT=Georgia] Część pokoju jest odgrodzona regałami, dzięki czemu powstało przejście prowadzące do matecznika babci, teoretycznie dla Gareta niedostępne. Aby tam się dostać, trzeba przejść przez korytarz i kuchnię. Piesek po krótkiej chwili namysłu podniósł się, potruchtał przez pokój, korytarz i kuchnię, pogrzebał chwilę od drugiej strony regału i wrócił tą samą drogą dzierżąc tryumfalnie marchewkę w zębach. [/FONT] [FONT=Georgia] -Więc widzisz – mówiłam z dumą do Kai – potrafi zdefiniować problem, zaplanować działanie, po czym konsekwentnie i z sukcesem je wykonać![/FONT] [FONT=Georgia] Kaja ze zrozumieniem pokiwała głową.[/FONT] [FONT=Georgia] -Szczur uczy się już w pierwszej próbie – poinformowała mnie, przytaczając przykłady kilku doświadczeń. [/FONT] [FONT=Georgia] -O, cholera – zmartwiłam się – to jest lepszy ode mnie. Jakby mnie ktoś wpuścił do najprostszego nawet labiryntu, to do końca życia bym z niego nie wylazła.[/FONT] [FONT=Georgia] -No tak, ale twoje zaburzenia orientacji w przestrzeni to patologia – pocieszyła mnie. [/FONT] [FONT=Georgia] Dla Kai inteligencja zwierząt i ich pełnowymiarowe życie, w tym emocjonalne, jest sprawą oczywistą, ale wciąż zbyt wielu ludzi żyje w błędnym przekonaniu o własnej wyższości jako gatunku [I]homo[/I], bo przeważnie [I]sapiens[/I] to oni nie są. Zwierzęta są dla nich kawałkiem materii organicznej sprowadzonej do odruchów. Na przykład mój eks-małżonek, człowiek skądinąd wykształcony i inteligentny, przekonywał mnie, że pies pamięta dane zdarzenie tylko przez dwie minuty, co dla mnie było tak oczywistym idiotyzmem, że zawyłam z bezsilnej złości. Nie było siły, już choćby z powodu takich poglądów musiałam się z nim rozwieść. [/FONT] [FONT=Georgia] Poniedziałek spędziliśmy z Garetem bardzo pracowicie na segregowaniu ubrań. Dwa miesiące temu, bez przekonania zerkając za okno, zaczęłam pakować do worków zimowe rzeczy, a ze strychu przynosić letnie. Okazało się, że jest tego nieprawdopodobnie dużo. Mowy nie było, żeby zmieściły się gdziekolwiek. Postanowiłam odrzucić wszystko, w czym nie chodziłam przynajmniej od dwóch lat. Wskutek tej nużącej, podejmowanej na raty działalności, na środku jednego z pokoi na piętrze urosła góra ciuchów mojego wzrostu. Ponieważ niedawno koleżanka zaofiarowała się, że przyjedzie i je zabierze – część dla siebie, część dla znajomych – musiałam wreszcie doprowadzić sprawę do końca. Dla Gareta strych stał się prawdziwym objawieniem. Biegał po wszystkich zakamarkach jak szalony, parskając z radości. Co chwilę wpadał do pokoju z nową zabawką, przez chwilę gorączkowo się nią zajmował, po czym porzucał i wracał z czymś znacznie atrakcyjniejszym. Chwaliłam go z roztargnieniem i kontynuowałam grzebanie w kolejnych workach. Widoczne spod ubrań kawałki dywanu usiane były trocinami, których świeżą dostawę co kilka minut przynosił na sobie pies. Wyglądał jak karłowata jabłoń, która zakwitła wyjątkowo obficie. Właśnie biegał wokół kolorowego stosu potykając się o rękawy i plącząc w spódnicach i klekotał zapamiętale czymś, co trzymał w psyku. Musiało być wyjątkowo atrakcyjne, bo próbował mnie wciągnąć do zabawy. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, no kochany piesek, daj spokój, widzisz, że mamusia jest zajęta. No tak, widzę, super zabaweczka, idź sobie... [/FONT] [FONT=Georgia] Garet zaklekotał przy moim kolanie i usiłował mi te kastaniety wcisnąć do ręki.[/FONT] [FONT=Georgia] -No śliczna zabaweczka, idź.... Garet?! Co to jest???.... – głos mi zamierał w miarę, jak bodźce wizualne torowały sobie drogę do mojego otępiałego mózgu. Garet zamerdał radośnie ogonem, wyprężył się i paradnym krokiem zatoczył półkole wokół moich nóg. Poruszył paszczą i zaklekotał tryumfalnie trzymanym w zębach przedmiotem, od którego odstawało coś, jakby ogon... [/FONT] [FONT=Georgia] -Garet! Boże! Kurde, wypluj to!!! – wrzasnęłam rzucając się na psa. Umknął przytomnie na strych. Popędziłam za nim wpadając po drodze na drzwi, a później co krok na jakieś pudła. Dorwałam go w kupie trocin pod legarem. [/FONT] [FONT=Georgia] -Aaaaa!!! Fe!!! Brrr!!! – zjeżona z obrzydzenia potrząsałam Garetem, którego kości klekotały do wtóru trzymanej w zębach zdobyczy. Fatalny łup objawił mi się po bliższych, acz niechętnych oględzinach jako mysz zmumifikowana do postaci sztywnej, półprzezroczystej błony o wiernie zachowanej formie pierwotnej. Kiedy klekot ustał, złapałam psa pod pachę i postawiłam dopiero w pokoju, na kupie ubrań. Przyglądał mi się z mieszaniną rozżalenia i zdumienia, skrzypiąc głosem pełnym protestu, a większe trociny opadały z niego jak przekwitłe płatki.[/FONT] [FONT=Georgia] Oderwałam roztrzęsione plecy od zatrzaśniętych drzwi na strych. [/FONT] [FONT=Georgia] -Sorry, stary, wiem, że to była świetna zabawka, ale mam za słabe nerwy na takie ekstremalne rozrywki. Idziemy na dwór wyszczotkować cię. [/FONT] [FONT=Georgia] Mimo intensywnych poszukiwań nie znalazłam ani jednej szczotki Gareta. Musiałam użyć czystej szczotki do butów, które w dużym wyborze poukładane były wzdłuż ogrodzenia. Przy okazji za drzwiami wejściowymi znalazłam czarny, koronkowy stanik Kai, którego szukała przed wyjazdem. Przypomniałam sobie, że przybory do czesania psa widziałam po raz ostatni, kiedy Kaja moczyła sobie nogi. Prosiłam ją, żeby, gdy skończy, umyła szczotki. Oczywiście nie zrobiła tego. Przeczołgałam się na brzuchu po całym domu – szczotek ani śladu. Przez telefon Kaja poradziła mi, żebym zapytała Gareta. [/FONT] [FONT=Georgia] -Już pytałam, nie wie! – zaczynała mnie ogarniać irytacja.[/FONT] [FONT=Georgia] -Pewnie są tam, gdzie twój pantofel – powiedziała beztrosko. [/FONT] [FONT=Georgia] -Aha. No to będę go czesać twoją.[/FONT] [FONT=Georgia] -Mogłaś mi tego chociaż nie mówić! Tak jak o przyprawie do pizzy w herbacie....[/FONT] [FONT=Georgia] -Następnym razem nie powiem. A, znalazł się twój biustonosz.[/FONT] [FONT=Georgia] -O Boże. Gdzie....?[/FONT] [FONT=Georgia] -A.. e... w korytarzu. –Jak nie mówić, to nie mówić. [/FONT] [FONT=Georgia] -To schowaj go gdzieś, żeby znów nie ukradł.[/FONT] [FONT=Georgia] -Schowałam – zapewniłam. Schowałam, ale za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie. Na pewno w miejscu bezpiecznym i gdzieś pod ręką. Trudno, ma jeszcze inne. [/FONT] [FONT=Georgia] Wtorkowy dzień urlopu jak zwykle spędziłam w pracy. Późnym popołudniem z trudem oderwałam się od krzesła i komputera. Targane skurczami plecy wprawiły mnie w nastrój iście krwiożerczy, który nieco opadł na widok stęsknionego Gareta. Dreptał za mną po domu krok w krok.[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie rozumiem, czemu on musi tak za tobą łazić – gderała moja matka. –Czy on nie może trochę posiedzieć na dworze, tylko musi chodzić po domu i straszyć koty? Zupełnie go rozpuściłaś. Jak wychodzisz to się tak awanturuje, że nie można wytrzymać![/FONT] [FONT=Georgia] Podróż do Krakowa wykończyła mnie do reszty. W połowie drogi wsiadło dwóch dżentelmenów, którzy najwyraźniej w tym miesiącu zapomnieli odprawić rytuał wietrzenia skarpetek. Intensywny, niemal materialny zapach wywoływał we mnie równie intensywne objawy. Minibus pochodził zapewne z rezerw wojskowych, a jego doskonała szczelność przewidziana została na poruszanie się po polu walki w warunkach użycia gazów bojowych. Do Krakowa dotrwałam resztkami sił. W naszym społeczeństwie charakterystyczne jest przekonanie, że świeże powietrze może zabić, a przynajmniej wywołać różne niesympatyczne choroby spowodowane „zawianiem”, natomiast smród nikomu nie szkodzi. Widok zbitego korka na Prądnickiej spowodował, że zrobiło mi się słabo. [/FONT] [FONT=Georgia] -Proszę mnie tu wypuścić, dalej pójdę na nogach – zażądałam nosowo łapiąc desperacko za klamkę. –Zabije mnie kolejna minuta bez dopływu powietrza – wyjaśniłam uśmiechającemu się pod nosem kierowcy. [/FONT] [FONT=Georgia] Po powrocie zebrałam spod drzwi wejściowych dwie buteleczki drogich perfum. Jedna z nich odetkała się i część zawartości wsiąkła w beton. Szklany koreczek ostatecznie znalazł Garet. [/FONT] [FONT=Georgia] -Stary, w tym celu używa się płynu do płukania ust – poinformowałam go, wydłubując mu korek z zębów. –A poza tym to damski zapach. Domestos stoi za kiblem. [/FONT] [FONT=Georgia] Środę mieliśmy wyłącznie dla siebie. W czwartek znowu musiałam jechać do pracy. Czy wymuszanie pracy podczas urlopu to już mobbing? Garet mówi, że tak. [/FONT] [FONT=Georgia] Rano starannie wyszczotkowałam pościel. Jeśli on nie przestanie łysieć, stracę pralkę. Nic nie będzie w stanie jej przetkać. Zdumiewające, ile jest sierści na tak małym psie! Włosy są wszędzie. Najwięcej na moim łóżku. I we mnie. Garet wydrapuje ją pracowicie, sapiąc z wysiłku. Loki zostały mu jeszcze na portkach i na uszach. Niestety, obawiam się, że stracimy też rozczochraną chryzantemę. Zostaną dwa płatki czarnego tulipana.[/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, przykro mi, wszystko na to wskazuje, że będziesz łysy. Im wcześniej się z tym pogodzisz, tym lepiej – poinformowałam ze współczuciem psa siedzącego u moich stóp. Przekrzywiał głowę z boku na bok, a kawałek arbuza zwisał mu z pyska jak drugi jęzor. Oprzytomniał, przełknął i zaskrzypiał z niedowierzaniem.[/FONT] [FONT=Georgia] -Tak jest, pierwszy łysy w naszej bujnie owłosionej rodzinie! Ale nie martw się, będziemy cię pastować. Teraz rozumiem, dlaczego tak uparcie wynosisz te pasty i szczotki do butów.... [/FONT] [FONT=Georgia] Tego już nie zdzierżył. Zatrąbił i wskoczył mi na kolana z takim rozpędem, że wylądował połową brzucha na ramieniu. Przez chwilę grzebał łapami szukając zaczepienia, po czym zastygł w tej ryzykownej pozycji. Zerknęłam do tyłu, żeby sprawdzić, co go tak zafascynowało. Pies, wczepiony pazurami w moją szyję, przeglądał się w dużym lustrze wiszącym nad łóżkiem. Szczeknął wojowniczo i ruszył na oślep do ataku. W ostatnie chwili złapałam go za tylne łapy.[/FONT] [FONT=Georgia] -Oszalałeś? Nie na skróty, zabijesz się! [/FONT] [FONT=Georgia] Nie zdołałam osłabić w nim bojowego ducha. Zeskoczył przez boczną poręcz fotela i runął na łóżko. Podskoczył jak pchła i walnął łapą w lustro urągając głośno ukrytemu w nim bezczelnemu facetowi. Niestety, było zbyt wysoko, żeby mógł mu ponownie spojrzeć w oczy. Wobec tego przeniósł się kawałek dalej, wskoczył przednimi łapami na parapet i złapał w zęby zasłonę usiłując dostać się do lustra wiszącego przy oknie. Czym prędzej odczepiłam go od zasłony i zestawiłam na podłogę.[/FONT] [FONT=Georgia] -A, więc tak to zrobiłeś! Dość tego, kombinatorze, masz zakaz wpatrywania się w swoją gębę! [/FONT] [FONT=Georgia] Zabrałam psa do ogródka, żeby oderwać jego myśli od czającego się w lustrach intruza. Kiedy zmęczył się wystarczająco, poszliśmy gotować obiad. Tak jak przewidywałam, zasnął na fotelu w kuchni. Po chwili jednak zerwał się i na chwiejnych łapach podreptał w niewiadomym kierunku. Z odgłosów domyśliłam się, że wychodzi na górę.[/FONT] [FONT=Georgia] -Garet, tylko żadnej kupy u Kai! – zawołałam ostrzegawczo. Niepotrzebnie posądzałam go o niecne zamiary. Wkrótce wrócił. Ściągnął z poręczy wyprany dywanik i stękając z wysiłku, przywlókł go do kuchni. Pokonawszy próg odpoczął, potem znowu wziął zdobycz w zęby i zataszczył pod stół. Umościł się na nowym legowisku, poleżał na próbę, a potem wylazł na fotel, uwalił się zmordowany i zasnął zwinięty w kłębek. Rozczulona, poprawiłam dywanik i zostawiłam go pod stołem. Od tej pory służy Garetowi jako miejsce do spożywania zdobytych w kuchni przysmaków. Ascetą nie jest, sypia nadal na fotelu.[/FONT]
-
Zdjęcia to najprędzej wyśle Kaja. Ja będe dopiero w poniedziałek. Chyba że znowu mnie zmuszą w czwartek do spędzenia urlopu w :evil_lol: pracy. Mam dość. Moja biedna psina tak naprawdę jest sierotą. Nic dziwnego, że potem nawet w kiblu włazi mi na kolana. Co do zdjęć to dajcie mi instrukcje, jak to zrobic, nie znosze, kiedy czegoś nie umiem. Nie, to znaczy, już wiem. Przez panel uzytkownika. Ja to rozpracuję. Problem w tym, że w komputerze, w którym mam zdjęcia zdechla nagrywarka, a w laptopie, gdzie nagrywarka działa, kona kieszeń dyskietek. Jakiś czarny macza w tym pazury. Krewny Garysia może???:diabloti:
-
Straciliśmy jeden ząbek. Całusy! [FONT=Georgia]22.05.2006 pon.[/FONT] [FONT=Georgia] Można rzec, że niepokojąco spokojnie spędziliśmy ubiegły tydzień. Garet robi stosunkowo mało szkody, jeśli cały czas ktoś przy nim jest. Najlepiej zwrócony przodem. I wpatrujący się w niego z natężeniem i niesłabnącą uwagą. [/FONT] [FONT=Georgia] Wtorek był z góry spisany na straty, ponieważ musiałam pojechać do pracy, a później czekał mnie, jak co tydzień, wyjazd do Krakowa. Z pracy wróciłam późno, w fatalnym humorze. Już w progu wpadł mi w objęcia śmiertelnie stęskniony, pełen pretensji pies. Najwyraźniej był przekonany, że odeszłam na zawsze, co może się sprawdzić, jeśli szybko nie znajdę innej pracy (CZY KTOŚ SŁYSZAŁ O JAKIEJŚ PRACY DLA SOCJOLOGA Z DOŚWIADCZENIEM DZIENNIKARSKIM I REDAKCYJNYM?!). Poczułam się jak cudem odzyskany skarb i moje ego napęczniało niczym odpustowy balon. Gdy tylko weszłam do pokoju, wróciło do swoich normalnych rozmiarów – orzeszka laskowego. Pomieszczenie było zasłane rozmaitymi sztukami mojej odzieży, pojemniczkami z pastą do butów i szczotkami do tychże. Na samym środku leżało to, co niegdyś było pierwszym tomem „Old Surehanda”. Poznałam po okładce, którą Garet pozostawił nietkniętą, najwyraźniej chcąc mi oszczędzić długich rozważań, jaka pozycja literacka stała się tym razem materiałem na wielkie szczurze gniazdo. Rozżaliłam się, bo była to jedna z książek pochodząca jeszcze z księgozbioru mojego ojca i przywodziła mi na myśl emocje, jakich doznawałam w dzieciństwie wczytując się w prozę Karola Maya. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, ty żałosny, czarnoskóry szkodniku! Przecież gdybyś i tak nie łysiał, to bym cię oskalpowała! Jak mogłeś to mamusi zrobić?[/FONT] [FONT=Georgia] Garet wręcz spijał z ust moje słowa. Przekrzywiał głowę czekając na koniec kwestii, po czym przetarł sobie oko, przysiadł i z rozpędu pacnął mnie nosem w usta. [/FONT] [FONT=Georgia] -Zakładam, że to znaczy „przepraszam”, a nie „zamknij się”... I nie rób tego więcej![/FONT] [FONT=Georgia] Pokiwał na zgodę ogonem i w radosnych pląsach wycofał się wprost w pozbawione wieczka pudełko kremu nivea, które musiał ściągnąć z parapetu. Nie zdołał wylizać całego, więc w białej, z lekka owłosione masie został wyraźny odcisk jego zadniej łapy. Z pazurami. [/FONT] [FONT=Georgia]-Co to, kurde, Aleja Gwiazd?! – zbuntowałam się zabierając zbezczeszczony krem. [/FONT] [FONT=Georgia]Garet w ramach rekompensaty zaoferował pomoc w sprzątaniu. Polegało to na tym, że entuzjastycznie wskakiwał w sam środek największej kupy śmieci starając się ocalić chociaż skrawek dla siebie. Kiedy oboje dotarliśmy do granic mojej cierpliwości, wystawiłam go na dwór, gdzie po krótkiej chwili rozdzierających lamentów wyładował się na swojej butli, zagłuszając nawet samochody ciężarowe.[/FONT] [FONT=Georgia] Kiedy wyszłam go wpuścić, przy ogrodzeniu stał mój ulubiony sąsiad-choleryk. [/FONT] [FONT=Georgia] -To już wiem, czym on się tak tłucze! Przyszedłem zobaczyć, bo wczoraj w nocy myślałem, że coś się wali. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ach nie, to tylko Garet się bawił...[/FONT] [FONT=Georgia] -To jakiś owczarek? Będzie taki duży, jak tamten?[/FONT] [FONT=Georgia] -Jakiś. Znaczy, owczarek, ale chyba nie urośnie taki, jak Funiaczek. Na razie to wielka niewiadoma. [/FONT] [FONT=Georgia] Ponarzekaliśmy chwilę przyjaźnie na polską rzeczywistość i musiałam się zbierać. Pędząc do łazienki nadepnęłam na coś... Aaaaa!!! sprężyście włochatego. Na szczęście była to zapomniana szczotka do butów. [/FONT] [FONT=Georgia] Kiedy wróciłam w nocy z Krakowa, w progu potknęłam się o migdałowca Kai, który Garet konsekwentnie przystrzygł przy samej ziemi. Szkoda, że nie zabrał się za wykarczowanie resztek jaśminu, z którym nie mogę sobie poradzić z powodu braku koparki. W pokoju, jak mi się wydawało na pierwszy rzut oka, był standard. To znaczy moje ubrania, jeden pantofel, szczotki do butów i kość cielęca, zredukowana już do samego trzonu. Poduszki przezornie trzymam na górze regału. Na drugi rzut oka zauważyłam szyfonową zasłonę z okna fantazyjnie wplątaną w skotłowaną pościel, a na trzeci... zamrugałam, ale nie chciało zniknąć. Duże lustro zdjęte? zdrapane? ze ściany, leżące przy łóżku. [/FONT] [FONT=Georgia] -Kurde, Garet, jeśli je rozbiłeś, to mamy przez siedem lat przej...ne. A ja już więcej nie zniosę. – Ostrożnie obróciłam lustro. Całe! Cud po prostu. Garet z uwagą śledził moje poczynania. Jednocześnie odetchnęliśmy z ulgą. Dźwignęłam lustro i powiesiłam z powrotem. Kaja, do której zadzwoniłam, też nie chciała uwierzyć. [/FONT] [FONT=Georgia] -Chcesz mi wmówić, że zrzucił to duże lustro ze ściany? Jak?![/FONT] [FONT=Georgia] -Właśnie. Nie wiem, jak. Podejrzewam, że wylazł na parapet.[/FONT] [FONT=Georgia] -Mam nadzieję, że się nie rozbiło? Bo wiesz, siedem lat...[/FONT] [FONT=Georgia] -Jest całe. To było pierwsze, co sprawdziłam...[/FONT] [FONT=Georgia] -A, zresztą, nie wiem, co mogłoby iść jeszcze gorzej.[/FONT] [FONT=Georgia]Potem udaliśmy się z Garetem na poszukiwania mojego pantofla. Bez skutku. Przed domem owszem, mnóstwo różnych rzeczy, ale pantofla ani śladu. Za to weszłam w gówno. Kiedy się odskrobałam, przeszukaliśmy dom. Po domu dla pewności przeczołgałam się jeszcze na brzuchu, z Garetem na plecach. Nic. Obmacałam psa, ale we właściwych miejscach był miękki, a obuwie rozmiaru 42 musiałby choć trochę go zdefasonować. Nawiasem mówiąc, pantofel nie znalazł się do dziś, chociaż codziennie, nie ufając swoim zmysłom, ponawiam poszukiwania. Garet, na moje nagabywania, tylko wzrusza ramionami. Możliwe, że przehandlował kapcia za coś całkowicie bezużytecznego swojemu kudłatemu kumplowi, który znosi mu kości i zostawia za furtką. Kaja przypomniała mi, że w tym domu już kilka przedmiotów przepadło bez śladu i na wieki. Na przykład pogrzebacz i wielki nóż do mięsa. Być może działa tu odnośnik trójkąta bermudzkiego.[/FONT] [FONT=Georgia] W nocy Garet uparł się, żeby zabrać do łóżka ulubioną kość. Gnat, aczkolwiek wyczyszczony jak przez termity, jednak mocno trącił. Przez chwilę zmagaliśmy się w milczeniu. Ja wyrzucałam kość na korytarz, Garet ją przynosił i rzucał z łomotem na podłogę patrząc mi twardo w oczy. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nic z tego, stary – zdobyłam się na stanowczość. – Ona cuchnie, nie będziemy z nią spać. Powiem ci krótko – albo kość, albo ja! – i zamknęłam pospiesznie drzwi, ponieważ nie byłam pewna, jakiego dokona wyboru... Następnego dnia dostał świeżą. [/FONT] [FONT=Georgia] Z coraz większym niepokojem patrzyłam na jego drapanie się. Skóra czysta, a czochra się jak szalony. Codziennie zeskrobuję z łóżka warstwę czarnej sierści. Wygląda na to, że leczenie nie przynosi efektu. Zadzwoniłam do Jacka. Na mój niepokój zareagował z właściwą sobie flegmą anemicznego Anglika dotkniętego na dodatek katatonią. Jasne, to nie jego pies łysieje. Mało tego, w ogóle nie ma psa! Powiedział, aby kontynuować leczenie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Bo... żadnego.... nabiału, oczywiście... nie dostaje?... Mleka....? Na przykład....[/FONT] [FONT=Georgia] -Jasne, że dostaje![/FONT] [FONT=Georgia] Kiedy Jacek odzyskał głos i pozbierał do kupy władze umysłowe, zalecił dietę. Drób z ryżem, z jarzynami, żadnego nabiału, żadnej wołowiny. I mam zadzwonić za trzy tygodnie. Za trzy tygodnie, to z Gareta zostanie skin, a żeby zachować dawny kolor, ewentualnie pastowany kaban, jak na „Samych swoich”. [/FONT] [FONT=Georgia] -Dieta, mój drogi! – oznajmiłam bezlitośnie konfiskując mu miskę z mlekiem i usuwając z kuchni talerzyk ze śmietaną dla kotów, którą się obficie raczył. Spojrzał na mnie żałośnie i z niedowierzaniem. Małe, bure oczka błysnęły łzawo. [/FONT] [FONT=Georgia] -Zalecenie doktora – asekurowałam się. [/FONT] [FONT=Georgia]Kurczaka, nad którym krzywił się nieznośnie, zamieniłam na indyka. Też nie szło. Cholera, co to za pies, któremu trzeba na siłę wpychać mięso?! Karmię go jak rozkapryszonego bachora. [/FONT] [FONT=Georgia]–Za mamusię, za ciocię, za tatusia... albo lepiej nie, cholera wie, kto to był, jeszcze raz za mamusię... [/FONT] [FONT=Georgia]Jedynie moje potrawy budzą w nim dziki apetyt. Zeżarłby nawet drut kolczasty, pod warunkiem, że jadłabym to samo... Niedawno jadłam grejpfruta. Garet z taką nadzieją patrzył mi w zęby, że dałam mu kawałek. Teraz my z Kają, ze złośliwymi uśmieszkami, patrzyłyśmy w zęby jemu. Odwzajemnił spojrzenie i z kamienną twarzą, nie mrugnąwszy nawet okiem, zjadł i zażądał dokładki. [/FONT] [FONT=Georgia]-Mówiłam ci, że on nie ma kubków smakowych... Nawet grejpfruty będzie mi zjadał! Ostatnio ukradł mi z talerza marynowaną paprykę i pożarł w mgnieniu oka![/FONT] [FONT=Georgia]-Bo ty go niemożliwie rozbestwiasz! Robi, co mu się podoba![/FONT] [FONT=Georgia]-Jak ty możesz go tak rozpuszczać?! – niemal tymi samymi słowami karciła mnie moja matka. Robiłam pierogi, a Garet mi kibicował siedząc w fotelu przy stole. To znaczy prawie cały czas siedział. [/FONT] [FONT=Georgia]-Przecież ten pies włazi na stół! [/FONT] [FONT=Georgia]-Wcale nie – zaprzeczyłam, zasłaniając sobą odcisk pazurzastej łapy na cieście. Nareszcie wiem, do czego służą te trzy grube, białe anteny na jego podbródku. Nie do odbierania sygnałów z kosmosu, jak sądziłam. Jest to dodatkowy narząd równowagi. Garet nie ma nawet śladowego lęku wysokości. Ja odczuwam łaskotanie w kończynach już wtedy, kiedy założę buty na wyższym obcasie. I rozcapierzam palce, żeby się czegoś bezpiecznie uczepić. W związku z tym noszę buty na płaskim obcasie, aby nie unieść się nad ziemię więcej, niż metr osiemdziesiąt, bo wtedy stopy zmieściłyby mi się dopiero w rakietach śnieżnych. Garet takich problemów nie ma. Pierwszy raz zobaczyłam go do połowy rozciągniętego na stole w kuchni, kiedy sięgał po leżącą tam maskotkę. Delikatnie wziął w zęby żółtego kaczorka (przepraszam, ale to naprawdę milutka i ładna maskotka) i z podstępną miną zamierzał go uprowadzić. Z całą pewnością po to, żeby mu zrobić laparotomię i bezlitośnie go wypatroszyć, bo taki los spotyka wszystkie jego ulubione zabawki. Niewiarygodne, czym bywają wypychane! Na przykład jego ukochany królik ze skóry nafaszerowany był kawałkami rajstop. Długo głowiłyśmy się, skąd Garet wziął rajstopy i jakim cudem tak równo je poprzecinał... [/FONT] [FONT=Georgia]Po raz kolejny ujrzałam Gareta, tym razem całego na stole, kiedy sięgał nonszalancko po moją komórkę. [/FONT] [FONT=Georgia]-Garet?! Fe! – zawołałam z mieszaniną zgrozy i podziwu. Podziwu było więcej, co docenił machając z dumą ogonem i uśmiechając się zwycięsko.[/FONT] [FONT=Georgia]-Ty akrobato! A jednak – fe! – wzięłam pod pachę piętnaście kilo kombinatora i postawiłam na podłodze. Wylazł z powrotem na fotel i potulnie wtopił się w czarną skórę, tylko mu oczy błyskały. Kiedy się tam zwinie, w ogóle nie odróżnia się od podłoża, co bywa zwodnicze, bo kilkakrotnie próbowałam na nim usiąść. [/FONT] [FONT=Georgia]Kaja nie doceniła uroku Gareta wędrującego po stole. Osłupiała, ale na krótko. [/FONT] [FONT=Georgia]-Garet, FE!!! Mamuś?! I ty nic nie mówisz?![/FONT] [FONT=Georgia]-Przecież ty też tu jesteś. Ślicznie tam wygląda, prawda? – dodałam z dumą.[/FONT] [FONT=Georgia]-Mamuś? Ty jesteś nienormalna...[/FONT] [FONT=Georgia]Obydwie z babcią bezustannie mnie krytykują. Zachowują się jak gestapowcy. Nigdy nie ukrywałam, że mam słaby charakter i tak nie potrafię. A kiedy mały diabeł zarzuca mi łapy na szyję albo wpełza na mnie i przytula się trąbiąc czule, moje serce zamienia się w masło. [/FONT] [FONT=Georgia]Irena jak histeryczka przygotowała sobie własny zestaw charakterystycznych sztućców i trzyma go osobno. [/FONT] [FONT=Georgia]-Znowu ta niby psia łyżeczka leży razem z naszymi?![/FONT] [FONT=Georgia]-Leży, bo umyta. Poza tym wcale mu już nie podaję na niej syropu – odparłam obrażonym tonem. Mówiłam prawdę, bo teraz podaję mu dużą łyżką – na małej mieliśmy zbyt duże straty...[/FONT] [FONT=Georgia]-Ale ty tego wcale nie wyparzasz![/FONT] [FONT=Georgia]-Faktycznie – zaniepokoiłam się – ale może niczym się do ciebie nie zarazi... – dodałam z nadzieją. [/FONT] [FONT=Georgia]-Jesteś obrzydliwa![/FONT] [FONT=Georgia]Zaraz obrzydliwa. To nie ja robię miksturę z pokrzyw, po której pies ma chuch jak stary wiejski wychodek... [/FONT] [FONT=Georgia]Samo podawanie lekarstw jest okropnie stresujące. Wapno muszę już wkładać jako farsz do dużej, soczystej rodzynki, żeby przeszło. A na widok łyżki Garet prawie płacze. Ja też. Umizgam się do niego pełzając na czworakach i gruchając słodko. W odpowiedzi zwija się w precelek mrugając błagalnie długimi rzęsami, merda ogonem i uśmiechając się przepraszająco wycofuje się łagodnym łukiem. W miniony weekend scedowałam ten obowiązek na Kaję. W sobotę wieczorem trafiłam na rundę honorową tyłem wokół kuchni. [/FONT] [FONT=Georgia]-No, dawaj! – zablokowałam czarny, okrągły tyłeczek. Kaja ruszyla do akcji.[/FONT] [FONT=Georgia]-Przepraszam! Ups, sorry! A rano tak dobrze mi szło, kiedy nie patrzyłaś! Zaraz pościeram podłogę.[/FONT] [FONT=Georgia]-Najpierw pościeraj psa i mnie! – spojrzałam na nią ciężkim wzrokiem. [/FONT] [FONT=Georgia]Po zmianie czarnej, wełnianej pościeli na moim barłogu postanowiłyśmy wykąpać psa. [/FONT] [FONT=Georgia]-Trudno, jak ma wyłysieć, niech wyłysieje od razu – zdecydowałam. Użyłyśmy szamponu dla niemowląt i odżywki witaminowej. Cała łazienka porosła czarną sierścią. Na psie mimo wszystko jeszcze trochę zostało. [/FONT] [FONT=Georgia]Kolejny dzień spędziłyśmy na rozważaniach – łysieje czy zmienia sierść?[/FONT] [FONT=Georgia]Pod wieczór Kaja była pewna, że zmienia sierść i nawet ja zaczęłam się łamać. [/FONT] [FONT=Georgia]-No popatrz, tu, na ramieniu i na grzbiecie – ma lśniące, gładkie futro. Zupełnie zdrowe – udowadniała Kaja. [/FONT] [FONT=Georgia]Faktycznie, ma. [/FONT] [FONT=Georgia]-Ale on miał być długowłosy... i puszysty... [/FONT] [FONT=Georgia]-To będzie gładkowłosy i przylizany. [/FONT] [FONT=Georgia]-Będzie miał taki lśniący pancerzyk, jak Gacia! Nigdy nie miałam gładko- i krótkowłosego psa! – zmartwiłam się. [/FONT] [FONT=Georgia]-Nie przejmuj się, tyłek najwyraźniej nie może się zdecydować. Może mu zostanie taki jak u pudla – pocieszyła mnie. [/FONT] [FONT=Georgia]-A weź, przestań! I co, on będzie tak co wiosnę wyglądał jak futrzak wyżarty przez mole?[/FONT] [FONT=Georgia]-Raczej przez cały rok – zawyrokowała z okrutnym błyskiem w oku wydłubując czarne włosy z pierogów ze śliwkami. [/FONT] [FONT=Georgia]-No dobra, może i zmienia. No, chyba zmienia! Pewnie nie ma żadnej alergii! Ale popatrz, na czole to łysieje. Ma takie pionowe bruzdy![/FONT] [FONT=Georgia]-To od głaskania. [/FONT] [FONT=Georgia]-Pieprzysz. [/FONT] [FONT=Georgia]-Nie, na czole też zmienia. A miałam nadzieję, że główka mu zostanie taka mięciutka... [/FONT] [FONT=Georgia]-Garet, dziewięć pierogów wystarczy – zawyrokowałam. –Niejeden kosiarz by się tym najadł – dodałam pochłaniając dwudziestego. Rozgrzeszyłam się w myśli, że te z jabłkami są mniej treściwe...[/FONT] [FONT=Georgia]Śledząc każdego dnia swoją czarną, wełnianą pościel i postępy w łysieniu Gareta nabieram pewności. Zmienia. W dodatku tyłek też się zdecydował, bo przez środek lewego uda biegnie pas gładkiej, sztywnej, lśniącej sierści. No dobra, niech ta metamorfoza nastąpi jak najszybciej, bo będę pierwszym znanym medycynie przypadkiem śmiertelnego owłosienia płuc. Patolog w czasie sekcji będzie musiał zacząć od odkurzacza. [/FONT]
-
Witajcie, kochani. Jestem nieco ranna, ale jeszcze twarz mi nie odpadła. Mały diabeł w znakomitej formie. [FONT=Georgia]Podczas długiego weekendu Garet paskudnie się rozleniwił. Natrętny dźwięk budzika we wtorek po piątej rano powitał z niedowierzaniem. Spojrzał na mnie ćwiartką lewego oka z nieukrywanym zdumieniem i czknął. [/FONT] [FONT=Georgia] -Wstajemy. Niektórzy muszą zarabiać na chleb i mięsko dla paskudnych psów – poinformowałam go. Ziewnął, podrapał się niemrawo po żebrach, wpełzł na kołdrę i uwalił się brzuchem do góry. To już przynajmniej mieliśmy jasność, kto wstaje. [/FONT] [FONT=Georgia] Kiedy rozłożyłam futrzaka do ćwiczeń, spadł z łóżka, pozbierał się stękając z udręką, doczłapał do skóry, liznął mnie niedbale w kolano i zasnął snem sprawiedliwego na samym środku mojego podłoża do gimnastyki. Jakoś sobie poradziłam. [/FONT] [FONT=Georgia] Przebudził się na chwilę żeby towarzyszyć mi do kuchni, z poczucia obowiązku skubiąc mnie w pięty. Ta aktywność tak go wyczerpała, że wlazł na fotel pod oknem i znowu zasnął. Nic dziwnego, mały szatan rozrabiał do pierwszej w nocy. Kaja bezskutecznie usiłowała go przekonać, że o tej porze przyzwoite gówniarze śpią. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś, no, zawołaj go! – błagała, usiłując strząsnąć rozochoconego szaleńca z pleców.[/FONT] [FONT=Georgia] -Gaaaryś.... – wymamrotałam spod kołdry.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ale się zainteresował – parsknęła ironicznie.[/FONT] [FONT=Georgia] Po chwili zelektryzował mnie jej ostrzegawczy okrzyk. Garet z pleców mojej córki przeniósł się na oparcie fotela i z błyskiem niezłomnej decyzji w oku wpatrywał się w moje łóżko.[/FONT] [FONT=Georgia] -Będzie skakał![/FONT] [FONT=Georgia] -O Jezu, zabije się! – jęknęłam odczołgując się gorączkowo w kierunku ściany, istniała bowiem możliwość, że jednak przeżyje. [/FONT] [FONT=Georgia] Garet pięknym łukiem przebył w powietrzu metr dwadzieścia, zarył wszystkimi łapami tuż obok mojej twarzy i zachwycony sukcesem całym pyskiem złapał mnie za włosy. A nie był to bynajmniej koniec jego popisów.[/FONT] [FONT=Georgia] W pracy odebrałam sms-a od Kai, że Garet ma kleszcza na środku głowy, a ona go nie jest w stanie wyjąć, bo ma tylko dwie ręce, a on chce ją zagryźć. Nie kleszcz, rozumie się. Odpisałam, żeby na razie zostawiła.[/FONT] [FONT=Georgia] Po południu wzięłam pęsetę i wspólnymi siłami próbowałyśmy wziąć Gareta z zaskoczenia. Drapanie po brzuszku było super, ale każdy ruch w kierunku głowy kontrował natychmiast. Siłą też się nie udało.[/FONT] [FONT=Georgia] -To nie ma sensu. On wie – powiedziałam z rezygnacją. –Dajmy spokój, przecież może końcu zaśnie choć na chwilę... Na razie spróbujcie znaleźć mój drugi pantofel.[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie ma, szukałam wszędzie. Na dworze też. Naprawdę nie ma.[/FONT] [FONT=Georgia] Sapnęłam z irytacją i sama rozpoczęłam poszukiwania. Oboje chodzili za mną krok w krok. Kaja z miną – „a nie mówiłam?”, Garet z niewinną i lekko zaciekawioną. Wylazł na fotel, żeby lepiej widzieć, jak na czworakach wetknęłam głowę pod łóżko. Pantofla oczywiście nie było, za to na moich plecach wylądowało jedenaście kilo psa. [/FONT] [FONT=Georgia] -Kaja, aparat![/FONT] [FONT=Georgia] -Musiałabym mieć kamerę w oku. – Garet odczekał cierpliwie, dopóki nie otworzyła futerału i zeskoczył w momencie, kiedy wysuwał się obiektyw. [/FONT] [FONT=Georgia] Pantofel ostatecznie znalazł się na półce z butami, gdzie żadna z nas nie szukała, bo i po co. Wkrótce straciłam go ponownie. Opuścił mnie w kuchni w towarzystwie oddalającego się rozkołysanym krokiem Gareta. [/FONT] [FONT=Georgia] -No nie, mam już tego dość! – zirytowałam się. –Czy ja nie mogę, jak cywilizowana istota ludzka, mieć na nogach równocześnie dwóch pantofli?![/FONT] [FONT=Georgia] -Garecik, oddaj mamusi pantofel![/FONT] [FONT=Georgia] Garet posłusznie przyczłapał z powrotem, tyle że w pysku miał teraz brudnego, białego misia. Kaja wybuchnęła śmiechem. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś? Czary mary. Był pantofel, jest misiek![/FONT] [FONT=Georgia] -Bardzo, kurna, śmieszne. Jeszcze trochę poćwiczy i będziemy go do cyrku wynajmować. [/FONT] [FONT=Georgia] Nasze oczekiwanie na choćby krótką drzemkę Gareta było daremne. Nie tylko nie zasnął, ale wieczorem jak zwykle oszalał. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mówię ci, on ma ADHD – zwróciłam się do broniącej życia Kai. –Garet, jeśli nie dasz sobie wyjąć tego kleszcza, urośnie do rozmiarów fasoli i będę ci go wyrywać obcęgami![/FONT] [FONT=Georgia] Nie wiem, czy wizja ciężkiego narzędzia poskutkowała, ale po chwili uspokoił się na tyle, że Kaja rozchyliła mu włosy, a ja, już w locie, usunęłam pasożyta. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie mogłeś wytrzymać jeszcze sekundy?! Teraz masz tonsurę![/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Kolejny wolny dzień. Taki system byłby znakomity – jeden dzień morderczej pracy i jeden dzień na regenerację sił. [/FONT] [FONT=Georgia] Obudziło mnie słońce. Zjawisko na tyle niezwykłe, że postanowiłam wstać. Garet chyba też, bo kiedy rozglądałam się po łóżku usiłując zlokalizować wszystkie części swojego ciała i ustalić kolejność, w jakiej powinnam je pozbierać, zanim pojawi się ból, napotkałam bardzo rześkie spojrzenie Gareta. Leżał rozkraczony w dolnej połowie łóżka, otoczony, niczym haremem, brudnymi pluszakami, gryzakiem i moimi pantoflami. [/FONT] [FONT=Georgia] -Cześć – wymamrotałam. W odpowiedzi szczeknął radośnie, zamachał ogonem i rzucił się do lizania mojej twarzy. Lizanie w sposób zupełnie naturalny przeszło w gryzienie, a gryzienie w atak czkawki. Taki drobiazg w najmniejszym stopniu nie speszył szczeniaczka, toteż do łazienki brykałam jak ochwacona klacz gryziona po pęcinach, słysząc za sobą entuzjastyczne „tuk, tuk”.[/FONT] [FONT=Georgia] Wykorzystując nieobecność babci, która powędrowała do kościoła, zabrałam Gareta do ogródka, żeby się wygonił. Zaczął od przelotu przez grządkę tulipanów, które pryskały na boki jak purpurowe płomienie. Pospiesznie odwróciłam wzrok. Zajęłam się przycinaniem suchych gałązek wierzby mandżurskiej, która pięknie się rozrosła oplatając czule rajską jabłonkę. Garet przykłusował po uszy obsypany ziemią, chętny do pomocy. Obrywanie suchych gałęzi wydało mu się bez sensu, o wiele lepiej oskubywało się z liści te żywe. [/FONT] [FONT=Georgia] Półtorej godziny zajęć ogrodniczych okazało się wystarczające. Pies był gotów do snu. Spał na raty, wędrując za mną z jednego pomieszczenia do drugiego. Kaja korzystała z okazji do pieszczot, bo rozespany diabeł zapomina o gryzieniu. Na miejscu, gdzie poprzedniego dnia był kleszcz, wyrósł mu mały róg. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nareszcie ma swój guz mądrości – zauważyła. Garet drzemał na fotelu w kuchni, który przykryty jest czarną skórą. Gdyby nie jasne łapy, w ogóle nie odróżniałby się od tła. [/FONT] [FONT=Georgia] Pierogi z jabłkami przywróciły mu nadwątlone siły. Szalał aż do wieczora, kiedy to nastąpiło apogeum. Na szczęście sporo czasu spędził na dworze. [/FONT] [FONT=Georgia] -Widziałaś?! Widziałaś, co ten potwór zrobił?!!! – Kaja była autentycznie zrozpaczona.[/FONT] [FONT=Georgia] Wyszłam przed dom. Moja córka oskarżycielsko wskazywała corpus delicti. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mój migdał! Okorował go, ten mały, złośliwy diabeł! Najpierw robotnicy go połamali, potem prawie cały obmarzł, tej zimy złamał się pod śniegiem, powiązałam go jakoś, przeżył, ma pączki, ale Gareta chyba już nie przeżyje![/FONT] [FONT=Georgia] -Jaka szkoda – zmartwiłam się. –Wyjrzałam raz i widziałam, że tu siedział na swoim okrągłym, czarnym tyłeczku, ale nie zauważyłam, że niszczy drzewko. Nawet się dziwiłam, że taki spokojny...[/FONT] [FONT=Georgia] -Siedział na swoim tyłeczku i odrywał korę![/FONT] [FONT=Georgia] -Cholera, biedny migdał, naprawdę ma pecha...[/FONT] [FONT=Georgia] Wieczorem poprosiłam Kaję o masaż. Udało mi się podstępem zdobyć miejsce na futrzaku. Garet szalał. Usiłował dokopać się do mojej twarzy, ugryzł mnie w ucho i zmasakrował palce. Kaja konała ze śmiechu na moich plecach. To cholernie zabawne, kiedy ktoś inny staje się ofiarą przemocy domowej... Na chwilę mały sadysta zajął się zajączkiem, z którego z zapałem wyciągał wnętrzności. Potem wskoczył mi na plecy i tak mu się to spodobało, że latał tam i z powrotem. [/FONT] [FONT=Georgia] -Pedikiur! Musimy mu zrobić pedikiur! – wrzeszczałam wijąc się z bólu. Kaja też się wiła. Ze śmiechu. [/FONT] [FONT=Georgia] -O Boże, twoje plecy! Wyglądasz, jakbyś sypiała z wilkołakiem![/FONT] [FONT=Georgia] -Bo sypiam! Weź go ze mnie razem z tym piaskiem! – warknęłam. –To miał być masaż, a nie gruboziarnisty pilling! [/FONT] [FONT=Georgia] Moje kichnięcie doprowadziło Gareta do autentycznego amoku. Wskoczył mi na głowę, przejechał zębami przez włosy i zakotwiczył w policzku. Kiedy przestałam krwawić, zdezynfekowałam się Cardiolem, bo przecież nie będę chodzić w pracy z brązowymi plamami po jodynie. [/FONT] [FONT=Georgia] -On cię po prostu chciał ratować – pocieszała mnie Kaja. [/FONT]
-
Witajcie! Garet wczoraj, pobudzony wizytą ukochanych ciotek (przypadkiem im nie wierzcie) rozpczął naukę skakania. Ale o tym w czwartek. Na razie... :diabloti: [FONT=Georgia]Garet Black Angel[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Garet jako anioł? Gdybym nie była z nim na co dzień, uwierzyłabym może. Ale o tym potem.[/FONT] [FONT=Georgia] Długi weekend zemścił się na nas paskudną pogodą. Ciśnienie jechało w dół na zbity pysk, meteoropaci, czyli większość ludności, chodzili zataczając się z lekka i masując obolałe skronie. Garet, o dziwo, okazał się meteoropatą. Skroni co prawda nie masował, ale napęd zmniejszył mu się o połowę, a przez całą sobotę albo padał co kawałek, albo snuł się trzymając w zębach sznurek od mojej bluzy. Zawsze zastanawiałam się, po jaką cholerę producenci umieszczają te sznurki w tunelikach na dole ubrania. Może w zamyśle zawiązanie ich ma chronić przed przeciągami albo przed zgubieniem cycków. Teraz już wiem. Sznurki służą jako zaczepienie dla psa, który w zależności od rozwijanej prędkości pełni rolę pociągową albo balastu, którego jednakowoż nie można zrzucić. Po południu całe metr dwadzieścia sznurka razem z Garetem odczepiło się do mojego ubrania. Ładnie się razem bawili, dopóki nie padli. [/FONT] [FONT=Georgia] Spokój trwał do chwili, kiedy Kaja zaczęła myć okna. Garet wpadł w takie podniecenie, że w drodze galopującej ewolucji zaczęły mu się wykształcać zawiązki małych, tłustych, czarnych skrzydełek. W pokoju było mu łatwiej, bo wskoczywszy na fotel głową swobodnie dosięgał parapetu. Otworzywszy całą paszczę usiłował złapać rozpylany na szybę Clin. [/FONT] [FONT=Georgia] -To jest ta wersja z alkoholem – ostrzegłam.[/FONT] [FONT=Georgia] -Uciekaj, bo się nawalisz! – opędzała się przed nim Kaja. Nie było jednak siły, która zdołałaby oderwać go od tak wspaniałej zabawy, więc poprzestała na wycieraniu go co jakiś czas ścierką z piany. Bardzo ładnie się potem błyszczał...[/FONT] [FONT=Georgia] Brykanie po ogródku załatwiło go na amen. Została mu zaledwie resztka sił, którą jednak właściwie wykorzystał. Ocknął się tylko na chwilę, mniej więcej w połowie moich negocjacji z dłużnikiem. Nie umiem rozmawiać z dłużnikami. Byliśmy akurat na etapie, kiedy zapomniałam, że nie mamy czym zapłacić za węgiel i ogarnięta współczuciem do faceta, który jest nam winien kwotę w wysokości moich trzykrotnych zarobków, zastanawiałam się, jak mogę mu pomóc. Garet zlazł z łóżka, przywitał się grzecznie i znikł mi z oczu. Po chwili przydreptał z powrotem i korzystając z mojego paraliżu wywołanego pełnego grozy osłupieniem, jednym ruchem głowy, jakby od niechcenia, wrzucił temuż dłużnikowi na kolana moje majtki, po czym mrugając niewinnie uwalił się u jego stóp, westchnął ciężko i znieruchomiał. A przysięgłabym, że schowałam do szafy całe pranie! Rzuciłam się na faceta niczym żbik, chwyciłam swoje niewymowne i bez komentarzy odniosłam je do szafy. Cóż, ostatecznie to tylko kawałek bawełny w drobne, fioletowe kwiatuszki... Rozmowa jednak wyraźnie przestała się kleić.[/FONT] [FONT=Georgia] W niedzielę też było pochmurnie i ponuro. Właściwie nie było sensu wstawać. Przynajmniej Garet był tego zdania, bo kiedy z największą niechęcią wylazłam z łóżka, przeczołgał się na środek pościeli, przewrócił na plecy i chwyciwszy róg poduszki w zęby zasnął w pozie rozjechanej przez samochód żaby. Jednak gdy bez przekonania próbowałam przywrócić swoim zesztywniałym członkom wątpliwą sprężystość, poczucie obowiązku zwyciężyło. Zeskoczył z łóżka i z przekrzywioną głową śledził osobliwą plątaninę moich kończyn. Mam wrażenie, że pierwszy raz zaczął postrzegać mnie całościowo, a nie fragmentarycznie – jako wargę do odgryzienia albo oko do wydłubania. Po wnikliwej obserwacji otrząsnął się, ziewnął i złapał mnie za włosy, co okazało się mniej wyczerpujące niż próby zrozumienia dziwacznych ludzkich zachowań. I w dodatku przyniosło natychmiastowy skutek w postaci interesujących efektów dźwiękowych. [/FONT] [FONT=Georgia] Taki sam, o ile nie lepszy efekt uzyskał zahaczywszy zębem moją piękną, dużą, jedwabną chustę. Czułam, że znoszenie ze strychu letnich rzeczy to głupi pomysł! Czemu nie posłuchałam głosu intuicji?! Okazałam wielki hart ducha zatrzaskując drzwi szafy dopiero wtedy, kiedy Gareta już pomiędzy nimi nie było. Winowajca, wzruszywszy ramionami na cały ten hałas, wskoczył na fotel, gdzie usiłował zakopać ostatni kawałek jabłka, którego nie zdołał skonsumować. [/FONT] [FONT=Georgia] Po południu wzięłam go do ogródka, żeby się wybiegał, bo to gwarantuje przynajmniej godzinę spokoju. Sama plątałam się zaglądając na posesje sąsiadów w nadziei, że usłyszę gdzieś Baki. Może ktoś ją przypadkiem gdzieś zamknął? Wyszła w czwartek wieczorem i nie wróciła. Nawet przy jej zamiłowaniu do włóczenia się to było stanowczo za długo. Wpadała kilka razy dziennie, żeby coś przekąsić. Popłakałam sobie pod modrzewiem i wróciliśmy do domu. Garet padł. Nawet nie miał siły wyskoczyć na fotel. Kiedy przeniosłam się do kuchni, zataczając się poczłapał za mną, przewrócił się na środku i zasnął. Wstał tylko po to, żeby w somnambulicznym transie podążyć za mną do łazienki, gdzie drzemał na siedząco opierając się o moje kolana. W pokoju przebudził się tylko na sekundę, po to, żeby niedbałym kłapnięciem oderwać grzbiet od „Łuku Triumfalnego” Remarque’a, po czym zasnął na moich stopach. [/FONT] [FONT=Georgia] Kaja wracając z kościoła obeszła całą dzielnicę. Ani śladu Baki w jakiejkolwiek postaci. Czy można rozpaczać po stracie kota, jeśli ma się sześć domowych, trzy „piwniczne” i na dodatek całą chmarę wychudzonych sąsiedzkich do żywienia? Można. Bakunia, jak zresztą każdy z naszych kotów, jest (mam nadzieję, że wciąż JEST) wyjątkowa. Mała bura koteczka o naturze psychopatycznego mordercy i powalającym na kolana uroku. Byłaby chora, gdyby któremuś z pozostałych kotów przynajmniej raz dziennie nie dała w mordę. Kiedy szła, każdy jej włosek tańczył i wyginał się z nieopisanym wdziękiem. Jako istota o dominującej osobowości, najlepiej czuła się na plecach, gdzie układała się wygodnie mrucząc rozkosznie i zostawiając na długi czas „odcisk energetyczny”. [/FONT] [FONT=Georgia] Garet tego dnia już nie odzyskał w pełni przytomności. W nocy poprosiłam Kaję, żeby wyniosła go na dwór, rozstawiła mu łapy i poczekała, dopóki się nie wysika. [/FONT] [FONT=Georgia] Kolejny obrzydliwy, ponury dzień. Ciśnienie czołgało się gdzieś na wysokości gruntu. Garet spał do dziesiątej. Przestał mi towarzyszyć w nocy, wytrzymuje bez sikania. Więc chodzę sama. Raz nawet z rozpędu wyszłam na dwór, ale w porę się zreflektowałam. Nie wiedział, że czeka go wspaniała niespodzianka – odwiedziny cioci Marioli i cioci Luizy. [/FONT] [FONT=Georgia] Gimnastykowaliśmy się wyjątkowo niemrawo. Pies był taki słaby, że wplątał mi łapy we włosy jak nietoperz i zamiast gryźć, sumiennie umył całą twarz. [/FONT] [FONT=Georgia] Łącznie z zębami, kiedy zawyłam tracąc pasmo włosów. W końcu znudziły go te czułości i dziabnął mnie w wargę. Na szczęście przeciął ją tylko od spodu. Omotałam go sznurkiem od bluzy i szybko skończyłam ćwiczenia. Jeden rzut oka na pokój dodał mi energii. Nie wpuścimy ciotek do takiego pobojowiska. Szybko wymiotłam resztki różnych przedmiotów, umyłam i wywoskowałam podłogi. Kaja z Garetem trzepali skóry w ogródku. Na oskrobanie barłogu z powłoki czarnej sierści zabrakło mi czasu i siły. Narzuta szczęśliwie przykryła wszystko. Kaja przyniosła małego diabła pod pachą, bo wymagał gwałtownie kontaktu z wodą. Stękali oboje. Garet nie wiadomo dlaczego, Kaja, ponieważ szczeniaczek waży już dziesięć i pół kilo. A przynajmniej ważył dwa dni temu. Z grubsza wymyty i wytarty zwalił się na fotel i zasnął. Na pewno sprawdzą się nasze najgorsze przewidywania. Powalony przygniatającą pogodą i zmęczeniem po zryciu połowy ogródka zaprezentuje się ciociom jako anielsko spokojne niemowlę używające strasznych, haczykowatych zębów tylko do przyciągnięcia sobie miseczki z ciepłym mleczkiem. Kaja zaproponowała, że zaprezentuje swoje liczne rany i sińce. Jest biedna pocięta przez małego diabła jak przez rój wyjątkowo złośliwych moskitów. Pocieszam ją, że drugie zęby są mnie ostre.[/FONT] [FONT=Georgia] -Jemu nie wyrosną drugie, urośnie mu po prostu drugi rząd – mówi z goryczą. [/FONT] [FONT=Georgia] Trochę martwią mnie ciągłe scysje między Kają a Garetem. Niestety, do jego zwyczajów należy też robienie kupy w jej łazience, a gdy braknie miejsca, w korytarzu przed jej pokojem. Ostatnio zaczął tam też sikać. Początkowo próbowałam to zwalić na koty, ale nawet duży Koleś nie jest w stanie wyprodukować kupy swojego wzrostu. Nie mam pojęcia, kiedy to podstępne zwierzę zdoła wynieść tam i zrzucić swój ładunek. Mam go cały czas na oku. Możliwe, że dla niepoznaki zostawia na dole swoje ciało astralne, podczas gdy fizyczne skrada się po schodach, a potem szybko stęka na górze.[/FONT] [FONT=Georgia] Inny zwyczaj Gareta, to znaczy wypijanie kotom śmietanki, doprowadza do rozpaczy i ruiny babcię. Kolejny, rabowanie trocin z kuwety i rozrzucanie ich po całym domu, doprowadza do pasji mnie. [/FONT] [FONT=Georgia] Mały złoczyńca, trąbiąc przez sen jak rozstrojony puzon, czekał na najszczęśliwszą chwilę swojego życia. I oto nadeszła. Pukanie do drzwi! I nagle Garet już jest w korytarzu i sika z radości witając się z ciociami. Pamiętał, jeszcze jak! [/FONT] [FONT=Georgia] Widzieliście kiedyś słodkiego, łagodnego szczeniaczka na filmie rysunkowym? To właśnie Garet. Skulone ze wzruszenia uszka całe w jedwabistych loczkach, ogonek merdający z prędkością światła, przymknięte z rozkoszy oczka, trzepoczące długie rzęsy, różowiutki języczek, i schowane do połowy w dziąsłach ząbki niczym rząd maleńkich perełek... Usiłował nawet skurczyć się o połowę, ale to mu się nie udało. Skarżył się sklamrzącym głosikiem to jednej, to drugiej cioci. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ty oszuście! – wysyczała Kaja.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ha, mówiłam, że wyjdę na kłamczuchę – roześmiałam się z goryczą.[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie da rady długo tak udawać – pocieszyła się Kaja.[/FONT] [FONT=Georgia] -Temperament weźmie górę...[/FONT] [FONT=Georgia] Nie doceniłyśmy jednak Gareta. Wytrzymał naprawdę długo. Mało tego, prezentował doskonałe maniery elegancko częstując się ciastem z talerzyka (wyćwiczył precyzyjny chwyt na komórce Kai), a gdyby była wolna filiżanka z kawą napiłby się nie roniąc ani kropli i odginając pretensjonalnie mały palec, który wyrósłby mu specjalnie na tę okazję. Przebłyski prawdziwej natury zdradzał tylko w kontaktach z Kają. Zagryzł ją niemal na śmierć, ale jakby mimochodem, chociaż błyskało mu przy tym szatańsko w oku. Również mimochodem usiłował Marioli wypreparować tętnicę szyjną. Pod ręką Luizy, która jest adeptką czarnej magii i mistrzynią dogohipnozy, zamieniał się w pasmo czarno-białego, jedwabistego pluszu. [/FONT] [FONT=Georgia] Pod koniec wizyty Mariola poprosiła, żeby Luiza jeszcze raz sprawdziła, że Garet na pewno nie ma rożków. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie ma – orzekła stanowczo.[/FONT] [FONT=Georgia] Pomacałam błyszczący czerep.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ależ ma![/FONT] [FONT=Georgia] -Ta wypukłość na środku to jest guz mądrości u psów – pouczyła mnie.[/FONT] [FONT=Georgia] Zarżałam ironicznie. – Na środku, to on ma płasko. Ja mówię o tych dwóch po bokach![/FONT] [FONT=Georgia] Niestety, wizyta dobiegła końca. Garet zaprezentował cały wachlarz gestów głębokiej rozpaczy. Przysięgam, że po białej kamizelce spływały mu łzy. Na pożegnanie machał przez furtkę łapą w białej, szaro nakrapianej rękawiczce. Potem podstępnie dostał się na górę, walnął wielką kupę w łazience i wyczerpany wrażeniami oraz nawałem uczuć przespał dwie godziny, wykazując tylko przelotne zainteresowanie ładowarką do laptopa. [/FONT] [FONT=Georgia] Właśnie się obudził, poszedł sikać, napił się deszczówki płynącej z rynny, ukradł mi pantofel, zmasakrował prawą stopę, wypił kotom śmietanę, co zmusi mnie do wycieczki do hipermarketu, wydarł kłąb futra ze skóry, na której leżał, a teraz masuje sobie zęby na rączce wyrwanej lalce, która to rączka macha rozpaczliwie spomiędzy wielkich, haczykowatych zębów. Dwie narośle na jedwabistej, czarnej głowie jarzą się na czerwono. To najpewniej zalążki skrzydeł, tylko że w nietypowym miejscu. [/FONT]
-
Jezu, już musze lecieć na autobus. Pa, moi drodzy, do wtorku. Mariola, Luiza, co robicie w weekend? [FONT=Georgia]26.4.06 środa[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Żeby wygrzebać się z łóżka rano o barbarzyńskiej porze, kiedy moje wszystkie narządy wewnętrzne są na „off”, potrzebuję dwóch budzików. Jeden odziedziczyłam po koledze, który przeszedł na emeryturę, a przedtem miał zawał, być może z powodu tegoż budzika. Sądząc po estetyce wykończenia pochodzi z późnych lat czterdziestych, kiedy to naród zajęty był odbudową kraju, a jeśli produkował budziki, to mimochodem i w pośpiechu. Dźwięk ma tak przeraźliwy, że wyrywa z człowieka ciało astralne, które wraca dopiero po dłuższej chwili i to nader niechętnie. Drugi, w komórce, ustawiam dziesięć minut później. Na wszelki wypadek, bo ten pierwszy czasem się zawiesza. [/FONT] [FONT=Georgia] Tego ranka jednak zadziałał i to tak skutecznie, że prawie spadłam z łóżka, chcąc go dosięgnąć. Powlokłam się za Garetem do kuchni, a że od razu po przelocie przez kocie mw pokoju. Właśnie niemrawo usiłowałam trafić kubkiem z wodą do ust, kiedy zapomniana komórka i Garet ozwali się razem. Tego się nie spodziewałam. Kubek wypadł mi z ręki, ledwie żywa dopadłam pokoju, żeby wyłączyć ten koszmarny duet, przy czym miałam ochotę zacząć od Gareta, bo w porównaniu z nim przeraźliwy dźwięk budzika brzmiał jak anielskie murmurando. Mały potwór korzystając z mojego rozstroju nerwowego złapał w zęby poduszkę i popędził na dwór. To ostatnia poduszka, która jeszcze nie jest wytarzana w kłujących resztkach suchych roślin, więc popędziłam za nim. Dopadłam go w drzwiach wejściowych. [/FONT] [FONT=Georgia] Są takie dni, które kobieta powinna spędzać na intensywnej terapii podłączona do kroplówki, a nie narażać się od rana na wstrząsy psychiczne i wysiłek fizyczny. Nic dziwnego, że z domu wyskoczyłam w ostatniej chwili, rzuciwszy Garetowi w pośpiechu wytłoczkę do jajek w nadziei, że zapewni mu to zajęcie na pół dnia.[/FONT] [FONT=Georgia] Ja miałam zajęcia aż w nadmiarze, ledwie przyczołgałam się do domu marząc o krótkim wypoczynku przed popołudniowym wyjazdem do Krakowa.[/FONT] [FONT=Georgia] Pies przywitał mnie okrutnie stęskniony i wyraźnie z siebie dumny, co nie wróżyło niczego dobrego. Obojętnym wzrokiem obrzuciłam sterty przeróżnych przedmiotów zgromadzone przed domem, wygrzebałam z krzaka rozkwitającej forsycji swoje pantofle i zajrzałam do pokoju. Wytłoczka do jajek przy jego hyperaktywności to jednak za mało. A swoją drogą nie miałam pojęcia, że da się ją podzielić na tyle części. Kołdra i narzuta z mojego łóżka były w połowie drogi do fotela, gdzie najwyraźniej osłabły i zrezygnowały z dalszej wędrówki. Za nimi dzielnie podążała poduszka. Przy okazji wyszło na jaw, że mam prześcieradło prawie wełniane, bo całe oblazło czarnym włosem. Jeśli to nie mój kolor i nie linieje, to chyba Garet. Pospiesznie zaścieliłam łóżko z powrotem. Czego oczy nie widzą… Skopałam buty pod jedną ścianę i podniosłam z chodniczka „Kocie opowieści” Jamesa Herriota. Na szczęście mają twardą oprawę, więc Gareat zdążył przeczytać tylko kawałek okładki. A swoją drogą zaczyna sobie dobierać lektury bardziej rozważnie. [/FONT] [FONT=Georgia] Postanowiłam, że posprzątam po powrocie. Albo i nie. Chromolić to. Wyszliśmy do ogródka. Nawet nie patrzyłam, co mały diabeł robi. Zaczął od przepędzenia z balkonu wygrzewających się malowniczo kotów – sześciu naszych i dwóch bezdomnych. Miał dylemat, bo kiedy rozprysły się w różnych kierunkach, nie mógł się zdecydować, które gonić. Padło na Kolesia, który jest najłagodniejszy i najbardziej lękliwy i od czasu przybycia szczeniaka nie może otrząsnąć się z przerażenia, a oczy ma tak wybałuszone, że mu się nie domykają. Biedne, kochane Kolesisko unosząc się na ziemią pofrunęło przez cały ogród na śliwkę. Szatan za nim, nawet się nie potknął. Ja nie miałam szans, nie rozwijam takiej prędkości. [/FONT] [FONT=Georgia] Z westchnieniem rozpaczy położyłam się na słońcu. Ciepło rozluźnia, liczyłam na to, że moje skamieniałe mięśnie spauzują trochę. Poleżałam chwilę i okazało się, że przed wyjściem musze jeszcze wziąć prysznic. Ponieważ rozluźniałam sobie przód i tył, zarówno na brzuchu jak i na plecach miałam odciski ubłoconych łap. Garet przelatywał na skróty i nie przejął się takim drobiazgiem, jak znękane ludzkie ciało.[/FONT] [FONT=Georgia] Wyrzuciłam go z łazienki razem z pękiem trocin. Coś z tym trzeba zrobić. Kiedy weszłam do kuchni, piesek siedział potulnie na podłodze, a z psyka malowniczo zwisały mu błękitne frędzle, które kwadrans wcześniej były moją ulubioną jedwabną apaszką. Wygłosiłam długą i skomplikowaną kwestię, od której nawet robotnikom budowlanym opadłyby uszy. Garet chyba zrozumiał, że przegiął, bo wlazł pod stół i mrugał stamtąd pojednawczo. Moja radość z opuszczenia domu nie zmalała nawet wtedy, kiedy użarł mnie na pożegnanie w łydkę. [/FONT]
-
[quote name='tarantino100']Wątek rewelacyjnozajebiszczasty :evil_lol: dzięki opowieściom Joanny. Stres i złość mi mija, a oblicze rozjaśnia anielski uśmiech, podobny do uśmiechu królującego nam Ojca Dyrektora, gdy to wszystko czytam. Powtórzę za opiekunką Artusa: JEST W PYTĘ! :evil_lol: :evil_lol: :evil_lol: :evil_lol:[/QUOTE] Hej, to znowu my. Pozdrawiamy serdecznie wszystkich garetofanów. Wciąż mam opóźnienie w zapiskach, ale może przez długi weekend nadrobię. A na razie: [FONT=Georgia]Garet Devil Jr. III[/FONT] [FONT=Georgia]W pracy żarł mnie niepokój, bo zapomniałam zostawić Garetowi coś do czytania i obawiałam się, że albo sam sobie znajdzie odpowiednią lekturę, albo ze zdwojoną aktywnością zajmie się robótkami ręcznymi. Wracałam z duszą na ramieniu.[/FONT] [FONT=Georgia] Przed furtką powitało mnie dwóch facetów z Telekomunikacji, co przypomniało mi, że zgłaszałam awarię telefonu.[/FONT] [FONT=Georgia] -Dlaczego pani drzwi nie zamyka? Chodziliśmy po całym domu, wołaliśmy, jakby był kto inny, to by pani wszystko wyniósł. Nie można tak robić, co to pani, niepoważna? – zarzucili mnie pretensjami.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ale przecież moja mama jest w domu… - zaczęłam się tłumaczyć, ale w porę przypomniałam sobie, że rodzicielka jest na etapie twardego zaprzeczania znacznemu niedosłuchowi, więc dopóki nie wyrwali jej chodnika spod stóp, nie mieli szans na nawiązanie kontaktu.[/FONT] [FONT=Georgia] -Zaraz, zaraz, wszystko wynieść… nie wypuściliście mi psa, mam nadzieję?! – przeraziłam się. [/FONT] [FONT=Georgia] -Psa? Jakiego psa?[/FONT] [FONT=Georgia] -O, tego właśnie – pokazałam na tańczącego z radości Gareta, który ignorując całkowicie facetów od telefonów popiskiwał jak gumowa zabawka i czekał, kiedy go wezmę na ręce, co też uczyniłam, jęknąwszy z wysiłku. Musimy zmienić rytuał powitalny, bo niedługo mój kręgosłup tego nie wytrzyma. Co prawda Jacek stwierdził, że Garet nie osiągnie gabarytów Funiaczka, ale dodał natychmiast, że może się mylić. Nawet gdyby ważył tylko marne 40 kg, to trzymając się wzajemnie na rękach zapadlibyśmy się niechybnie pod ziemię.[/FONT] [FONT=Georgia] Okazało się, że tego dnia Garet kolekcjonował akcesoria obuwnicze. Jak dostał się na szafkę wysokości metr dwadzieścia, pozostanie jego tajemnicą, niemniej ściągnął wszystkie schowane tam przed nim buty, po czym malowniczo rozesłał je po okolicy, sprawiedliwie dzieląc pomiędzy pokój i miejsce przed domem. Być może miał trudności w zakładaniu półbutów, gdyż zdobył również niezbędną do tego celu łyżkę. Szczotki i pastę umieścił na moim fotelu, przy swoim zrobił sobie legowisko z mojego swetra. Spętał go kłębem sznurka, żeby nie uciekł. Poduszki porozrzucał po podłodze dla uzupełnienia dekoracji. Natomiast z jakiego powodu przywlókł z kuchni trzykilogramową siatkę ziemniaków, pozostaje dla mnie tajemnicą. Może zwątpił w to, że wrócę i zaopatrzył się na wypadek kryzysu głodowego. [/FONT] [FONT=Georgia]Zbierając buty sprzed domu nareszcie zrozumiałam, po co kopał dziury przy ogrodzeniu. Po prostu szukał schowka na zabawki – w obu, dość pokaźnych dziurach, upchane były pluszaki. Teraz ma je pod ręką, czy raczej – pod łapą. Kiedy jakiś czworonożny kumpel przebiega ulicą, w każdej chwili może wyjąć i pochwalić się. A swoją drogą zauważyłam, że dwunożni przechodnie rzucają wielce zaintrygowane spojrzenia do naszego ogródka. Chrzanić to, gdybym chciała poznosić wszystkie łupy Gareta, padłabym z wyczerpania, a w dodatku musiałabym naśladować Syzyfa. [/FONT] [FONT=Georgia]Na obiad ugotowałam bób z cebulką i zrobiliśmy sobie piknik w ogródku. Postanowiłam wieczorem własnoręcznie wepchnąć Garetowi do gardła jego mięso, na razie też ma białko, chociaż roślinne. Było mniam, mniam, potrafi jeść bardziej gorące, niż ja. Do białka zwierzęcego też się przymierzał, ale żuczek był mały i w dodatku złośliwy, bo akurat w momencie, kiedy piesek zamierzył się na niego łapą i paszczą, zaczął udawać kamyczek. Zdezorientowany i głęboko zawiedziony Garet z niedowierzaniem wpatrywał się w podłoże.[/FONT] [FONT=Georgia]Po obiedzie wyciągnęłam się na słońcu usiłując trochę się odprężyć. Właściwie, co to słowo znaczy? Zapomniałam. Garet, przekąsiwszy co nieco, ruszył na podbój ogródka jadąc na oklep na ulubionej, hałaśliwej zabawce – pięciolitrowej butli (jedną ma w domu, racjonowaną, w zależności od stanu strzępów nerwowych domowników, drugą w ogródku). Niestety, zaczął od betonowej płyty pod oknami. Jezu, to nawet moja matka usłyszy i to z głową pod poduszką! Ale może pomyśli, że sąsiedzi przytoczyli sobie do naszego ogródka betoniarkę – pocieszyłam się. [/FONT] [FONT=Georgia]Wieczorem popadliśmy w poważny konflikt. Nie mogę odzwyczaić Gareta od wynoszenia trocin z kociej kuwety. Wpada do łazienki, nabiera pełen pysk trocin i pluje nimi galopując do pokoju. Próbowałam mu wytłumaczyć, jakie to obrzydliwe i jak mnie wku…rza. Słuchał bardzo uważnie, głowę przekrzywiał i wyglądał tak inteligentnie, jak nasi pracownicy gospodarczy, którym tłumaczyłam, że historie chorób do archiwum należy przenieść i wyłożyć w określonej kolejności. Co też uczynili, to znaczy przenieśli, ale ten wysiłek intelektualny tak ich wyczerpał, że zrzucili wszystko na kupę w zupełnie przypadkowy sposób. Cale 10 lat! Dlatego, kiedy Garet miał ten wzrok taki myślący, zaczęłam odczuwać niepokój. W chwilę później, kiedy akurat skończyłam zamiatać wióry drzewne w kuchni, minął mnie rozchybotanym kłusem z gębą pełną trocin, trochę mu wypadło, bo potknął się o miotłę, ale resztę szczęśliwe doniósł do pokoju, choć odrobinę uronił w korytarzu. Cały zaś ładunek zrzucił na chodniczek, który służy mu jako blat do robót ręczno-zębowych. [/FONT] [FONT=Georgia]Nie jestem w stanie odtworzyć, co powiedziałam. Ale może to i lepiej, bo same gwiazdki by były. Całe gwiazdozbiory… [/FONT] [FONT=Georgia]Garet zmartwił się nieco moim plugawym językiem. Umieściwszy wścibski nos pomiędzy przednimi łapami postękał trochę niczym bardzo zdegustowany stary Indianin, po czym wydobył zza fotela butlę i zaczął ją ujeżdżać aż iskry leciały. Już prawie ją ujarzmił, ale bryknęła i wskoczyła do misek. Kiedy łomot ucichł, oboje z podziwem zapatrzyliśmy się na zwisające z okazałej szeflery girlandy kurzego mięsa. Chwiały się lekko i łagodnie ociekając kroplami rosołu na plastykową butlę.[/FONT] [FONT=Georgia]Garet, nieco zakłopotany, porzucił temat i pomaszerował na drugi koniec pokoju. Tam wpadł mu w oko okrągły sosnowy stolik z niską półeczką. Przyjrzał mu się bystro, jakby go widział po raz pierwszy i zauważył, dotychczas haniebnie zaniedbane, przyjemnie kolorowe egzemplarze „kwietnika” i „działkowca”, leżące sobie niewinnie na tejże półeczce. Postanowił pogłębić swoją wiedzę o roślinach, w szczególności, jak sądzę, o gatunkach magnolii. Hycnął zgrabnie i wylądował brzuchem dokładnie pośrodku sterty. Niestety, zapomniał biedak, że stolik ma kółka. Zatrzymali się dopiero na ścianie. Pozbierałam Gareta i miesięczniki i uznałam, że czas spać. Nie pozwoliłam mu wejść do łazienki, bo na pewno odnowiłby zapasy trocin. Przez chwilę awanturował się w kuchni, potem wylazł na łóżko, gdzie czekał na mnie mamląc grzbiety książek i na zakąskę przegryzając półką. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
O, Jezu słodki, sadystko. Jakbym sie dopsiła, to dostałabym małpiego rozumu. A Garecik slodki po prostu odkrył swoja tajemnicę - juz wiem, kim był jego ojciec - nie berneńczykiem, ale diabłem. Zaraz go jadę uściskać, od Ciebie też. Może jutro będzie spokojniejszy dzień, dziś mam po prostu szaleństwo. Pa, Joanna