-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
[FONT=Arial]31.01.2008 czwartek[/FONT] [FONT=Arial] Gdy Kaja jest w domu, jestem niemal spokojnym człowiekiem. Jakież to uczucie komfortu, kiedy nie muszę się martwić, co ten czarny świr wykombinował podczas mojej nieobecności. A przede wszystkim, czy jakoś nie wydostał się na ulicę i nie rzucił pod samochód, żeby zniszczyć mi resztę życia. Widok każdych czworonożnych zwłok na poboczu doprowadza mnie do tragicznego stanu, z którego długo nie mogę się otrząsnąć. Wiecie, dlaczego kocham nerwowego i opryskliwego kierowcę minibusu, którego wszyscy inni nienawidzą? Bo pewnego dnia wykonał bardzo ryzykowną woltę, narażając życie nas wszystkich, żeby ominąć szczeniaka, który z radosnym ujadaniem wskoczył mu znienacka pod koła. [/FONT] [FONT=Arial] Zamiast cieszyć się, że po kilkugodzinnych wysiłkach słońce przegryzło się przez gęstą mgłę, idę i wymyślam jakieś okropieństwa. Pewnie to wina nie tylko ponurego usposobienia, ale i diety. Wiedziałam, że nie powinnam folgować sobie w święta. Raz popuściłam i teraz nie mogę przestać. Ostatnio nabrałam paskudnego zwyczaju jedzenia nawet po drodze. Wczoraj, jak zwykle, kupiłam sobie torbę prażynek ziemniaczanych i chrupałam je w ramach przekąski przed obiadem. Nic to, że kaloryczność przekąski stanowiła równowartość dwóch obiadów... Zanim dotarłam do domu, od brody do stóp obsypana byłam okruchami. Obrzydliwość. Garet nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. W drzwiach wyrwał mi z garści pęk prażynek, wskoczył z nimi do kuchni i plunął potężnie. [/FONT] [FONT=Arial] -Moja podłoga! – zawyła Kaja. – Myłam dziesięć minut temu! [/FONT] [FONT=Arial] -Znam to uczucie – powiedziałam współczująco, zręcznie zasłaniając się kolanem przed kolejnym atakiem. Nie doceniłam skoczności naszego psa. Płynnym łukiem przeleciał nad moją nogą, w locie chwycił torbę z prażynkami, zanim opadł na ziemię, rozdarł ją na dwie części i z wyraźną przyjemnością patrzył, jak tłuste, białe płatki rozsypują się po kuchni. Resztę rytualnego, powitalnego tańca wykonał przy wtórze trzasków i chrzęstu. Zrzuciłam z siebie zakupy i kurtkę i zabrałam się do zamiatania. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja posprzątała po awanturze, jaką zrobiłam poprzedniego dnia z powodu kotów lejących mi po chamsku w pokoju. Zazwyczaj udaje mi się utrzymać jaką taką dyscyplinę, to znaczy przy pomocy Gareta tępię w swoim pokoju wszystkie z wyjątkiem Kolesia i Gaci, które raczej tam nie sikają. Przy Kai koty są rozbestwione do granic możliwości, cała piątka kotłuje się na moim łóżku, przy czym połowa z nich zdobywa się na wyczerpujący wysiłek odczołgania się o dwa metry, żeby radośnie opróżnić pęcherz wprost na podłogę. Perła wykazuje więcej pomysłowości i przenika pod kanapę. Wejście pod kanapę wydawało mi się bezpiecznie uszczelnione, bo tam, gdzie mebel nie przylega do ściany, ma przykręcone kawałki paneli, a jeden krótszy bok jest zatkany wielką kłodą do kominka. I właśnie obok tej kłody, przez trzycentymetrową szparę, ta mała, jednooka zaraza wpełzła do swojego prywatnego wychodka. Ryknęłam jak rozjuszony buhaj i pognałam do łazienki po dezodorant. Nadal rycząc, opróżniłam niemal cały, zanim wypłoszyłam spod kanapy tego padalca. Z rozpędu złapałam Liszkę ze swojego łóżka i wrzuciłam ją do pokoju Ireny. Kaja niebacznie zwróciła mi uwagę, że moja reakcja jest niewspółmierna do... Natychmiast ryknęłam jeszcze głośniej, dla odmiany artykułując, że, do cholery ciężkiej, mam prawo do swojego kąta w tym pieprzonym zoo, w którym nikt nie będzie mi lał i srał i w którym będę mogła poruszać się bez obrzydzenia. Po czym rozwinęłam temat. [/FONT] [FONT=Arial] Jak się okazało, pod kanapą faktycznie był wychodek. Oprócz tego, o czym zupełnie zapomniałam, leżał tam pokaźnych rozmiarów blok płócien malarskich. Wsunęłam go tam, bo wydawało mi się, że to jedyne bezpieczne miejsce, gdzie obiekt tej wielkości może leżeć. [/FONT] [FONT=Arial] -Ale wiesz, na płótnach nic nie znać, wszystko poszło w tę grubą tekturową okładkę – pocieszyła mnie Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] Hmmm... Były już filmy z różnymi efektami, dlaczego nie malarstwo florystyczne z czarującym zapachem kocich sików?[/FONT] [FONT=Arial] Dziś miałam w planie malowanie lilii. Szkic od kilku dni stoi za telewizorem i czeka. Około południa na moim planie pojawiła się wyraźna rysa. Kaja przed wyjazdem zadzwoniła, że od rana nie ma prądu i czy wobec tego powinna wyłączyć zasilanie pieca? Zbędna fatyga, zadbał już o to zakład energetyczny. [/FONT] [FONT=Arial] Gdy wracałam z pracy, światła na głównym skrzyżowaniu już działały. Od połowy ulicy szłam ze wzrokiem utkwionym w nasz komin. Leci dym czy nie? Może leci, przy tym ekologicznym piecu smużka jest prawie niewidoczna... [/FONT] [FONT=Arial] Garet i Irena czekali na mnie z jednakową niecierpliwością. Broniąc się przed psem słuchałam Ireny.[/FONT] [FONT=Arial] -Dobrze, że jesteś, już miałam do ciebie dzwonić, nie wiem, co się stało, kaloryfery zimne jak lód... [/FONT] [FONT=Arial] -Nic się nie stało, prądu długo nie było i piec zdechł...[/FONT] [FONT=Arial] Irena odetchnęła z ulgą, ja wręcz przeciwnie. Założyłam dres i z rozochoconym Garetem na plecach poczłapałam do piwnicy. Dlaczego, cholera, nie przyglądałam się uważniej, jak ten fachowiec uruchamiał piec! Naiwnie myślałam, że będę się tym martwić dopiero przy rozpoczęciu kolejnego okresu grzewczego... Z nosem przy ziemi oczyściłam palenisko, nasypałam świeżego groszku i ułożyłam na nim resztę podpałki, którą wyrwałam Szkaradnemu Kocurkowi spod tyłka, co nad wyraz go zdegustowało. Wyprostowałam się na chwilę, bo czarno mi się w oczach robiło od tego zwisania na dół głową. Podpałka się paliła, ale jakoś niemrawo, więc otworzyłam środkowe drzwi, żeby zrobić przeciąg. I to był błąd. Drzwi były dokładne zalepione górą sadzy i drobniutkiego popiołu, który to ładunek ochoczo osypał się na palenisko gasząc i tak wątły ogień. Wybrałam z paleniska groszek z popiołem i zamyśliłam się. Wskutek intensywnej pracy intelektualnej pobiegłam mniej więcej oskrobać się z sadzy, wcisnęłam na bose stopy buty, narzuciłam kurtkę i popędziłam do najbliższego sklepu z kosiarkami i innymi akcesoriami ogrodowymi. Podpałki do grilla nie było. W dalszym sklepie też nie, więc wróciłam do domu, po drodze kupując śledzie. Śledzie kupiłam chyba dlatego, że mózg mi zaczadział. Wciąż jeszcze odbijało mi się tłustoczwartkowymi pączkami, w nosie miałam zapach nafty i sadze, więc jakoś śledzie mi pasowały jako antidotum. [/FONT] [FONT=Arial] Garet powitał mnie radośnie, jak po dwóch dniach nieobecności, Irena nieco mniej. Właściwie nie wiem, po co wróciłam, bo zaraz potem wyszłam i pokłusowałam na STATOIL. Wyglądałam cokolwiek dziwnie w powypychanych na kolanach portkach od dresu i z gołymi kostkami błyskającymi nad zimowymi butami, ale uznałam, że jest ciemno i nikt mi się nie będzie przyglądał. Przeoczyłam drobny fakt, że sklep przy stacji benzynowej jest rzęsiście oświetlony oraz to, że pod nosem mam smugę sadzy, a we włosach popiół, którego kupka spadła ze mnie wprost na ladę. Wydałam na podpałkę te dwanaście złotych, które oszczędziłyśmy dziś na prądzie, wymieniłam ze sprzedawcą kilka nerwowych i życzliwych uśmiechów i pomaszerowałam z powrotem do domu. [/FONT] [FONT=Arial] Z hałasem stoczyliśmy się z Garetem do piwnicy, Garet z entuzjazmem przyprawił o stan przedzawałowy piwniczne koty, a ja z powrotem zanurzyłam się w czeluściach pieca. Ze wszystkich zakamarków wybrałam wiadro sadzy i drobniutkiego jak pył popiołu. Cud, że ten piec w ogóle działał. A właściwie czemu ten facet przy uruchamianiu nie powiedział, że to trzeba czyścić częściej niż raz na sezon? I w ogóle, jak to robić przy uruchomionym piecu, żeby nie zasypać paleniska? Hm, pewnie trzeba co parę dni, jak tego syfu będzie niewiele, to nadmuch go usunie... Na razie to pieśń przyszłości. Chwilowo ani nadmuchu, ani ognia, ani popiołu... Po raz trzeci załadowałam palenisko groszkiem i podpałką. Kolejną godzinę spędziłam z nosem trzy centymetry nad podłogą, a przeciwległym końcem uniesionym dla równowagi. Świetnie to wpłynęło na mój kręgosłup, głównie szyjny, a pośrednio i na mózg. Właściwie po tak długim czasie niedokrwienia z powodu ucisku powinni mnie wsadzić do doniczki i podlewać dwa razy w tygodniu, w sezonie letnim z nawozem mineralnym...[/FONT] [FONT=Arial] Ponieważ kończyło mi się drugie pudełko podpałki, w desperacji zaczęłam wtykać w kopczyk groszku, umieszczony w misce wielkości garnka do gotowania mleka, drobne patyczki. W głowie mi się kręciło, coraz gorzej widziałam i robiło mi się słabo, więc spasowałam, włączyłam elektronikę i poszłam zająć się obiadem, a właściwie kolacją. Garet, wyczerpany, uwalił mi się pod nogami, więc w chwilach, gdy nie potykałam się o Gacię, Liszkę albo Kolesia, wpadałam na niego. Z mojego pokoju wyskoczyła Perła i zaczęła lizać sobie tyłek, ale byłam za słaba żeby zabić ją natychmiast, więc odłożyłam to na później. Kiedy już zrobiłam śledzie po japońsku i usmażyłam frytki, Irena oznajmiła, że chce się wcześniej położyć i nie będzie jeść. Garet, który chwilę wcześniej skończył swoją porcję wołowiny, plunął frytką przez całą szerokość kuchni trafiając w ogon Kolesia, który na stole dobierał się do majonezu na półmisku śledzi. Koleś z zaskoczenia strącił otwartą torebkę z nawozem do róż, który miałam wykorzystać do rośliny kupionej przed miesiącem, zamierającej na etapie licznych, obiecująco rozchylonych pąków. Nic nie było mnie w stanie zdenerwować, bo kaloryfery zaczęły wydawać krzepiące postukiwania. A różom i tak nic nie pomoże. Kiedy przesunęłam doniczkę, osypały się niemal wszystkie liście. Zostały tylko obiecująco rozchylone pąki przywodzące na myśl pośmiertny makijaż. [/FONT]
-
[FONT=Arial]28.01.2008 poniedziałek[/FONT] [FONT=Arial] Nie wiem, dlaczego pora posiłku wydaje się w naszym domu najlepszym momentem do serwowania wrzodotwórczych informacji. Jeśli jest coś denerwującego do przekazania, na bank dowiem się tego w czasie obiadu, kiedy z bijącym sercem i rozdygotanym talerzem w ręce padam wreszcie, zaspokoiwszy uprzednio wszystkie potrzeby czworonogów, na cudem wywalczony fotel w kuchni. W tym czasie Garet wbija w mój widelec pożądliwe spojrzenie, a śluzówka żołądka rozchyla się w gościnnym oczekiwaniu na nową niszę wrzodową.[/FONT] [FONT=Arial] -Hmmm... widziałaś już tę kurtkę, którą powiesiłam na poręczy schodów? Ten szatan ją skądś przywlókł... – rzuca Irena przez ramię podążając z opróżnioną popielniczką do swojego pokoju.[/FONT] [FONT=Arial] -Jaką kurtkę? Cholera, niemożliwe, przecież wszystkie były zamknięte na górze![/FONT] [FONT=Arial] Cisnąwszy talerz i widelec pędzę na korytarz. Garet za mną. Widząc jednak, co biorę do ręki, natychmiast zawraca. [/FONT] [FONT=Arial] Nie wiem, czemu nie zauważyłam mojej zamszowej zimowej kurtki na poręczy. Może po prostu dlatego, że jej się tam nie spodziewałam. Pobieżne oględziny nie wykazują żadnych zniszczeń, jednak wypada z niej wyrwany brutalnie kawałek czekoladowego jedwabiu. Ale skąd? Podszewka tylko z lekka poszarpana... [/FONT] [FONT=Arial]Wpadłam do kuchni, w milczeniu, jako że głosu chwilowo nie byłam w stanie wydobyć, potrząsnęłam groźnie kurtką powodując u Gareta nerwowe mruganie i popędziłam na górę. U szczytu schodów nogi zaplatały mi się w kłębowisko utworzone z dwóch płaszczy, żakietu i trzech wieszaków. Wypływały z uchylonej szafy jak ze źródła. Zgarnęłam wszystko nawet nie patrząc, bo w głowie już i tak niebezpiecznie mi pulsowało i wcisnęłam na powrót do szafy. Zatrzasnęłam drzwi i zablokowałam je ciężkim fotelem. Dębowej rzeźby wolałam nie angażować jako ochroniarza, do tej pory boli mnie palec zmiażdżony przez pasterza... [/FONT] [FONT=Arial]Po powrocie do kuchni ponownie obejrzałam kurtkę i wreszcie zauważyłam, że ten wydarty kawałek to skasowana podszewka kieszeni. Całe szczęście, że od niej zaczął. Odczułam coś na kształt wdzięczności... Została mi druga kieszeń, wystarczy, że zaszyję w niej dziurę. [/FONT] [FONT=Arial]Zawsze, kiedy się zdenerwuję, dużo jem. Czyli w domu niemal na okrągło. Oczywiście wsad musi być wysokokaloryczny, najlepiej słodki. Do pieczenia nie mam najmniejszego talentu, ale ostatecznie masę grysikową i polewę potrafię zrobić, a biszkopt na trzywarstwowy tort akurat kupiłam. Klnąc pod nosem łapałam fruwające na niskich wysokościach naczynia. Żonglerka była niezamierzona, to efekt roztrzęsionych łap zdenerwowanego nałogowca. Jak zwykle dzwonienie garnkami zwabiło do kuchni liczną, pełną nadziei na jakiś kulinarny cud, widownię. [/FONT] [FONT=Arial]-Wynoś się, ty złoczyńco! – warknęłam na Gareta, o którego potknęłam się przy kuchence. Posłusznie wycofał się na bezpieczne pozycje, więc natychmiast na niego wpadłam, gdy tylko zrobiłam krok do tyłu. Kiedy sięgałam po pomarańczę, wlazła mi pod nogi Marchew, ale zanim zdążyłam zakląć, Garet pogonił ją do pokoju babci, skąd jego z kolei wygoniło złorzeczenie mojej rodzicielki. [/FONT] [FONT=Arial]-Podobno mamy duży dom – syczałam ze złością. –O Boże, przepraszam, Kolesiu, ale, do cholery, nie szwendaj się pod nogami! ...Niektórzy ludzie mają największy pokój wielkości naszej kuchni – kontynuowałam, usuwając stopą Gacię. A w naszej kuchni nie ma się gdzie ruszyć!!! – wrzasnęłam, gdy Gacia, utworzywszy zręczną ósemkę oplątała mi obie nogi, co zmusiło mnie do karkołomnego pląsu. Wygibas pozwolił mi utrzymać pozycję stanowiącą zdobycz ewolucji, jednak połówka pomarańczy, z której wyciskałam sok jako poncz na biszkopt, wyskoczyła mi z ręki osiadając po krótkim i łagodnym locie pośrodku stygnącego grysiku. Grysik, który jak wszystkie twory kaszopodobne, wyszedł mi za gęsty, po krótkim wahaniu utrzymał pierwotną pozycję. [/FONT] [FONT=Arial]Pomijając drobne szkody, głównie psychiczne, torcik był gotowy w rekordowo krótkim czasie i, o dziwo, zyskał ogromne uznanie Ireny. Kawałek ocalał nawet do przyjazdu Kai. [/FONT] [FONT=Arial]Kaja przyjechała na cały tydzień, po zdaniu trzech egzaminów. Garet wpadł w obłęd spowodowany uniesieniem i nie mógł się uspokoić. W stanie nadaktywności kradł i aportował wszystko. Rekord to była poduszka zagrabiona z krzesła Ireny, którą niósł w zębach podążając paradnym krokiem tuż za właścicielką. Wieczorem do noszenia zostały mu już tylko meble. [/FONT] [FONT=Arial]-To już jest ten najgorszy stan – westchnęła Kaja, patrząc z niepokojem na Gareta, który z ogonem zadartym powyżej wysoko uniesionej głowy zataczał się po pokoju, zezując gorączkowo w okolice sufitu, jakby szukał jakiegoś obiektu do upolowania, zagryzienia i zniewolenia. Ostatecznie rzucił się na rękawy i nogawki Kai. [/FONT] [FONT=Arial]Próba z wołowiną okazała się chwilowym sukcesem. Irena, w przypływie dobroci serca, przywiozła Garetowi z targu kawał mięsa, które musiałam pokrajać. Świeże było na pewno, ale jakieś dziwne. Wyglądało na wołowinę, nie mogłam dojść pierwotnej lokalizacji, bo myliły mnie występujące gdzie niegdzie jakby pęcherzyki pod powięzią... Krwiaki świadczyły o niesympatycznym zejściu właściciela... Zacisnęłam zęby i walczyłam nożem mamrocząc pod nosem pełne wątpliwości uwagi. [/FONT] [FONT=Arial]-Babciu, a co to za mięso?! – wrzasnęła z zaciekawieniem Kaja.[/FONT] [FONT=Arial]-Co? A, mięso. No właśnie nie wiem, kobieta mówiła, że gulaszowe...[/FONT] [FONT=Arial]-A była w żałobie? – zapytałam cichutko. [/FONT] [FONT=Arial]-He, he! Jezu, mamuś, okropna jesteś![/FONT] [FONT=Arial]Garet przeżył posiłek i nawet mu smakowało. Dzień zakończył klekocząc czymś delikatnie w nogach mojego łóżka. [/FONT] [FONT=Arial]-Garecik, co ty masz w buzi? – usiłowałam dojrzeć coś w półmroku, ale bez skutku.[/FONT] [FONT=Arial]-No i co on tam ma? – zainteresowała się Kaja z kanapy. [/FONT] [FONT=Arial]-Nie wiem, nie widzę bez okularów. [/FONT] [FONT=Arial]Kaja z westchnieniem wstała, wpełzła na łóżko i po kilku sekundach potrzebnych na identyfikację tajemniczego przedmiotu wrzasnęła ze zgrozą. [/FONT] [FONT=Arial]-Co się stało? – zaniepokoiłam się, przeczekawszy szamotaninę w dolnych rejonach łóżka. –Co on tam miał?[/FONT] [FONT=Arial]-Co? Pudełko z pinezkami, cholerny samobójca! [/FONT] [FONT=Arial]Boże, gorzej niż z dzieckiem. Dobrze, że nie wkłada pazurów do kontaktu...[/FONT]
-
Obraz pokażę, jak skończę. Jeśli nie rozwalę go na Garetowym łbie :angryy: [FONT=Arial]21.01.2008 poniedziałek[/FONT] [FONT=Arial] Dzięki ukrywaniu ubrań udaje nam się chronić resztę przyodziewku. Garet cierpliwie czeka aż nasza czujność osłabnie. On na pewno się nie zagapi. Udowodnił to kilka dni temu. Wróciłam z pracy odurzona wiosenną aurą, nastrojona łagodnie i przyjaźnie. Część łagodności co prawda wsiąkła w kałuże kociego moczu na podłodze korytarza, ale trzymałam się. Pies konał w powitalnych konwulsjach na fotelu w kuchni, ale przez chwilę go ignorowałam, żeby uczył się cierpliwości. Prezentując kamienną obojętność złapałam zabytkowy fotel, który wykatapultował w kierunku zlewozmywaka, kolanem podparłam zsuwającą się ze stołu paterę z owocami, w ostatniej chwili ocaliłam wysypujące się z rozdartej reklamówki bułki... no, prawie wszystkie. Dopiero wtedy dostrzegłam psa i zaczęłam się z nim witać. Emocje wykończyły go do tego stopnia, że był już w stanie omdlenia. Osuwał się po oparciu fotela rozkrzyżowany jak rozjechana żaba. A spod fotela coś wystawało. Coś baaardzo dziwnego. Lekko włochate, trochę skórzaste, kształtem przypominało wydmuszkę z żółwia. Wzięłam to ostrożnie w dwa palce i obejrzałam ze szczerym zdumieniem. Po dłuższych oględzinach rozpoznałam w dziwnym obiekcie resztki swojej czarnej, skórzanej rękawiczki. Ponieważ było ciepło, rano zostawiłam rękawiczki we wnęce kredensu. Szatan w niszczycielskim zapędzie musiał wspiąć się z fotela na blat kredensu i balansując ryzykownie, ściągnąć rękawiczkę. Trudno, moja wina. Przecież wiem, że to akrobata... Chyba że posłużył się Liszką. Ta wstrętna ruda zaraza kiedyś straszliwie łomotała w łazience. Gdy poszłam sprawdzić, co tam demoluje, zastałam wysuniętą środkową szufladę komody, a moje majtki wywleczone na podłogę. Nawet nie mogłam jej dokopać, bo uciekła. A ja się naiwnie dziwiłam, jakim cudem któryś z obrzydliwców nasikał mi do dolnej szuflady ze skarpetkami! Łatwizna niewarta wzmianki.[/FONT] [FONT=Arial] W czwartek i piątek wzięłam urlop, ponieważ byłam umówiona na badania. Garet najwyraźniej wykombinował sobie, że weekend już się zaczął, wobec czego lada moment pojawi się Kaja. Galopował, jęcząc i szlochając, pomiędzy stanowiskiem obserwacyjnym na parapecie, drzwiami wejściowymi i drzwiami do piwnicy. Ja też galopowałam, klnąc i pieniąc się ze złości, otwierając i zamykając drzwi. Za każdym razem przysięgałam sobie, że robię to ostatni raz, ale jego piski były tak przeraźliwe, że nie wytrzymywałam nerwowo. Przestałam się dziwić Irenie. Chociaż nie, właściwie dopiero zaczęłam się dziwić, że jeszcze kompletnie nie ześwirowała, spędzając większość dnia z tym obłąkańcem. Teraz rozumiem, dlaczego nie nosi aparatu słuchowego. Też bym nie nosiła. [/FONT] [FONT=Arial] Szarpany emocjami, czarny kretyn stanowczo odmówił jedzenia. W ciągu dwóch lat jego życia przetestowałam wszystkie gatunki mięsa i każdą dostępną w sklepach jego postać – ostatecznie udka z kurczaka jakoś skubał, chociaż bez zbytniego entuzjazmu i dopiero wtedy, kiedy nic ciekawszego, niemięsnego, nie było. Drugiego dnia postu poddałam się i usmażyłam mu filet z soli, ale też nie chciał. Zjadł trochę, karmiony z ręki. Gdy przyjechała Kaja, niewiele się zmieniło. Swoją miskę kompletnie lekceważył, natomiast zachłannym wzrokiem wpatrywał się w nasze talerze. Kotlet z żółtego sera utknął mi w przełyku. [/FONT] [FONT=Arial] -Cholera! To samo masz w misce! – wrzasnęłam. Garet mrugnął zdegustowany moim zachowaniem i nadal patrzył mi w zęby.[/FONT] [FONT=Arial] -Kaja, zaskocz go. Przynieś mu tutaj miskę. No proszę cię, kiedyś tak załatwiłam Wajsa. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja z ciężkim westchnieniem odłożyła talerz, wzięła Garetową miskę i cisnęła mu ją między łapy. Garet musnął przeszkodę przelotnym spojrzeniem, wstrząsnął się lekko, jakby z obrzydzenia i usiadł z drugiej strony fotela kontynuując intensywną obserwację mojego widelca. [/FONT] [FONT=Arial] -Słuchaj, a może on nie lubi jeść z tej miski? Jest stalowa, może się jej brzydzi albo co...[/FONT] [FONT=Arial] -Albo co – warknęła Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] -Spróbujemy mu dawać na talerzu. [/FONT] [FONT=Arial] -Oj, mamuś![/FONT] [FONT=Arial] -Ha, widzisz? Z talerza je! – zawołałam po chwili z triumfem. [/FONT] [FONT=Arial] -Akurat. Wywlókł jeden kawałek i zostawił.[/FONT] [FONT=Arial] -No to ja już nie wiem...[/FONT] [FONT=Arial] -Dajże spokój, niech się trochę przegłodzi. [/FONT] [FONT=Arial] Poddałam się. Wypiłam w spokoju herbatę, którą Garet nie był zainteresowany. Przeczytałam parę stron książki, rozplątałam się i zlazłam z fotela. [/FONT] [FONT=Arial] -O żesz (nierządnica) jego mać!!! – wrzasnęłam potrząsając wściekle bosą stopą. Z pokoju dobiegł mnie pełen satysfakcji rechot Kai. [/FONT] [FONT=Arial] -Wlazłam w jego miskę! – poskarżyłam się. [/FONT] [FONT=Arial] -Wiedziałam![/FONT] [FONT=Arial] Kaja wyjechała w niedzielę, zaraz po spacerze z psem. Była w domu dobę, co dla Gareta stanowiło jakąś drobną minutkę. Po jej wyjściu wpadł w szał. Parapet – jedne drzwi – drugie drzwi – parapet – drzwi... a wszystko to przy wtórze rozdzierających serce jęków w tonie sugerującym tragedię unicestwiającą duszę. Po godzinie ze współczucia przeszłam gładko w furię zaćmiewającą wzrok. Pod wieczór wszystko leciało mi z rąk i byłam jednym kłębem rozedrganych nerwów. Nawet malowanie mnie nie uspokajało, wręcz przeciwnie, drażniło jeszcze bardziej. Gdyby nie to, że tyle wysiłku kosztowało mnie przyklejenie dwóch arkuszy płótna na desce, do której przykleiłam bez trudu spodnie od dresu i palce, rozbiłabym ten wielki kawał drewna na czarnym, szalonym łbie. O jedenastej w nocy po raz mniej więcej czterysta pięćdziesiąty otworzyłam drzwi wejściowe. Garet runął na zewnątrz drąc pysk na całą dzielnicę. Kiedy upewnił się, że wystraszył wszystkich czających się w pobliżu wrogów, zaczął poszczekiwać bardziej rozważnie, choć wcale nie ciszej. [/FONT] [FONT=Arial] Wykąpałam się i wpuściłam go do domu. Od razu poleciał na parapet i utkwił pełen napięcia wzrok w ciemności. Wzięłam pod pachę Kolesia i zapakowaliśmy się do łóżka. Ledwie Koleś rozpoczął rytuał usypiający na moim brzuchu, Garet świszcząc przeraźliwie pogalopował do drzwi kuchennych. Te od pokoju wybił głową. [/FONT] [FONT=Arial] -A to nieprzyjemność – wysyczałam złośliwie, kiedy rumor ucichł. – Zamknięte! [/FONT] [FONT=Arial] Garet, który nie poddaje się tak łatwo, spróbował jeszcze raz.[/FONT] [FONT=Arial] -Dość tego! Spać![/FONT] [FONT=Arial] Powłócząc pazurami przyczłapał do łóżka. Wlazł, stękając boleśnie i wystawił pierś do drapania. Po kilku minutach westchnął rozdzierająco, trącił nosem Kolesia i znowu wdrapał się na parapet. Po chwili zaczął wściekle ujadać przez szybę. Jedną ręką złapałam się za serce, drugą przycisnęłam przerażonego Kolesia.[/FONT] [FONT=Arial] -Zamknij się! – wrzasnęłam. [/FONT] [FONT=Arial] Wreszcie, po kilku szczeknięciach, dał za wygraną. Wrócił do łóżka i zwinął się w kłębek na poduszce. Udało mi się ocalić jaśka, którego wcisnęłam w szparę przy ścianie. Koleś od nowa rozpoczął rytuał przygotowywania się do snu. Przyklejona do ściany, z Kolesiem na brzuchu i tyłkiem Gareta na prawym ramieniu, usiłowałam choć trochę rozluźnić przykurczone mięśnie lewej, chorej połowy ciała. Kiedy niemal udało mi się zignorować piekący ból promieniujący do lewej nogi, Garet zasnął. Jego uwertura omal nie wysłała nas w Kosmos. Wczepiliśmy się z Kolesiem w siebie, powoli odzyskując równowagę. A Garet chrapał, trąbił, rzęził i charczał tak potężnie, że drżało łóżko, a wyjący za oknem wiatr przestał być słyszalny. Męczyliśmy się tak do anemicznej zapowiedzi brzasku. Kiedy po piątej zwlokłam się z łóżka, kundel poczłapał do kuchni i zwinął się w swoim ulubionym fotelu, żeby odespać ciężką noc. [/FONT] [FONT=Arial] Dziś popołudnie i wieczór spędziłam na słuchaniu gwizdania, jęków i rozpaczliwego szlochu oraz na bieganiu od drzwi do drzwi... [/FONT]
-
w GALAKTYCE próbowałam. Wy mi tu o zimie nie mówcie, bo nie mamy w czym chodzić :angryy: [FONT=Arial]9.01.2008 środa[/FONT] [FONT=Arial] O Boże, żeby już był piątek. To nic, że będę starsza o kolejne dwa dni, chcę się wreszcie wyspać. W weekendy nic się nie dzieje. W ciągu tygodnia, kiedy muszę wstać przed szóstą, domowe życie rozkręca się po północy. Garet zajmuje swoje stanowisko na parapecie i zaczyna dyżur. Wybałusza gały na ciemny ogród i ilekroć dostrzeże tam jakiś ruch, zeskakuje z łomotem i kląskając rozpaczliwie otwiera z hukiem drzwi od pokoju, a potem usiłuje otworzyć kuchenne, ale porażka – są zamknięte na klucz. Kiedy wreszcie to do niego dotrze, zaczyna biegać tam i z powrotem stękając jak roznamiętniona foka. Wreszcie z powrotem wskakuje na parapet i znowu podejmuje wnikliwą obserwację i wkrótce wszystko zaczyna się na nowo. Gdy sytuacja na ogrodowym froncie jest szczególnie nagląca, drze ryja i żadne groźby na niego nie działają. [/FONT] [FONT=Arial] Gdybym przywykła do tego rodzaju hałasu, pozostają jeszcze koty. Zaczynają cwałować po domu jak stado perszeronów, gryzą chrupki tak głośno, jakby miały w gębie mikrofon i co jakiś czas szarpią pazurami drzwi do mojego matecznika – zapewne po to, żeby znaleźć sobie nowe, dogodne miejsce do sikania. Garet natychmiast usłużnie się zrywa i otwiera drzwi. Więc wstaję, przeklinam ponuro i zamykam je. Zabawa zaczyna się od nowa w momencie, gdy na powrót uda mi się przybrać w miarę wygodną pozycję. Przysięgam, nocami nienawidzę zwierząt. Wszystkich, bez wyjątku. Pewnie, gdybym hodowała gąsienice, też okazałoby się, że po północy tupią, wyją, a może chrzęszczą i chroboczą. [/FONT] [FONT=Arial] W dniu zagryzienia kożucha zasnęłam bliżej świtu niż wieczoru, drapiąc czarnego, wtulonego we mnie, przestępcę po brzuchu. Obudziłam się ze stonogą w objęciach. Zerkała na mnie posępnie oczodołem, z którego wystawały smętne kępki waty. Garet czyhał na parapecie na ogródkowe zjawy. [/FONT] [FONT=Arial] Przed wyjazdem do Krakowa wyniosłam na górę ostatnio używane okrycia. Te Kai zostawiłam, ponieważ Garet działa w myśl żelaznych reguł swoistej logiki – niszczy rzeczy zbrodniarza, który porzucił go ostatni. [/FONT] [FONT=Arial]Tym razem w drodze powrotnej udało mi się zająć przedostatnie miejsce siedzące w busie. Ostatnie, obok mnie, zajął jakiś gość, który przez całą drogę fuczał jak kaszalot. Najwidoczniej miał ropne zapalenie zatok, gardła albo górnych dróg oddechowych, a możliwe, że wszystko jednocześnie. Odwracałam głowę niemal do tyłu, ale ciężki, mdły zapach ropy wydawał się wszechobecny. Bez mała widziałam, jak wpełzają we mnie wielkie, tłuste gronkowce. Nogi miałam powykręcane, bo nie mieściły mi się na długość i objawy korzeniowe nasiliły mi się do tego stopnia, że zabiłabym za dodatkowe dziesięć centymetrów wolnej przestrzeni. Mam nadzieję, że ci, którzy projektowali rozkład siedzeń w busach, skończą na dnie piekła upchnięci w szybkowarze o pojemności jednego litra. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy skrobałam po drzwiach usiłując trafić w ciemnościach do dziurki od klucza, miałam wrażenie, że oprócz jęków Gareta słyszę jakiś dziwny szelest. Udało mi się wreszcie otworzyć, a gdy wydostałam się spod czarnej lawiny, wpadłam prosto w miękką, szeleszczącą pułapkę na podłodze. Pułapką okazała się nowa, puchowa kurtka Kai. To znaczy prawie nowa. Wyglądała jak wieloryb po seppuku. [/FONT] [FONT=Arial]-Co to, do (nadużywanej seksualnie nierządnicy), ty (wykorzystywany seksualnie) debilu, jest?!! – wrzasnęłam, potrząsając wściekle wybebeszoną sztuką odzieży. Obawiam się, że staję się monotematyczna i zadaję wciąż te same, retoryczne pytania. Dzień po dniu... Garet popędził na kuchenny fotel i wtopił się w oparcie nie podejmując dyskusji. Ciekawe, co Kaja założy w mroźny dzień na spacer z recydywistą. Przed świętami straciła jedną kurtkę, teraz drugą... Musi nadejść wiosna. Zresztą wszystko na to wskazuje, jeszcze parę dni, a na powrót zacznę rozpoznawać słońce. [/FONT] [FONT=Arial]Dziś po pracy nie spieszyłam się z robieniem zakupów, nie chciało mi się wracać do domu. Ale słońce zaszło i od razu zrobiło się zimno, więc krótkimi ślizgami po oblodzonych chodnikach wyruszyłam w kierunku królestwa zwierząt. Cholerny zamek się zaciął i długo nie mogłam dostać się do środka. Kiedy weszłam, zrobiło mi się czarno przed oczami. Moja dżinsowa ocieplana kurtka leżała pod drzwiami, a Garet tańczył kankana w strzępach lśniącej, złocistobrązowej włóczki. Tej, po którą specjalnie pojechałam do Krakowa, z której, przezwyciężywszy organiczną niechęć do kobiecych robótek, zrobiłam sobie długi, mięciutki szalik. Śliczny. Znaczy, był... Jeszcze rano wisiał omotany wokół mosiężnego wieszaka na wysokości dwóch metrów. Za nisko. Wieszak, rozłamany na pół, połyskiwał agonalnie na podłodze, obok kurtki, która szczęśliwie nie ucierpiała. Widocznie targanie szalika było zbyt absorbujące. [/FONT] [FONT=Arial]Właściwie nie wiem, dlaczego tak bardzo obrażałam matkę Gareta, ale akurat ten motyw wypływał mi wraz z pianą na usta. Potem nawrzeszczałam na Irenę (muszę wrzeszczeć, żeby przebić się przez jej głuchotę, która w takich chwilach rozjusza mnie jeszcze bardziej), bo wróciła do ogranego wątku – po co ci był potrzebny ten cholerny głupek, takiego szkodnika jeszcze u nas nie było, sama do tego doprowadziłaś, bo od małego dawałaś mu ciągle nowe zabaweczki i nauczył się targać szmaty, to teraz masz... Nic, tylko na kolanach i ciągle nowe maskotki, dziecko tego nie miało... [/FONT] [FONT=Arial]W odpowiedzi ryczałam, że on niszczy intencjonalnie, a nie szmaty jako takie, bo ręczników, ścierek i narzut nie rusza. Na koniec zamilkłam i przestałam dostrzegać wszystko, co czarne. Nawiasem mówiąc, zbrodniarz już trzeci dzień nie ośmielił się wyleźć na moje kolana, chociaż dziś wcisnął się na fotel za moje plecy, ale go zignorowałam. Zlikwidowałam wszelkie tekstylia. Teraz zostały mu tylko meble. [/FONT]
-
:shake:Hej, oczywiście, mam zapisane i nawet przeprowadziłam korektę, bo tu jednak jest praktycznie na żywca. Mało tego, zdobyłam się na wysiłek i wysłałam próbki do kilku wydawnictw (chyba do trzech) - nikt nie był zainteresowany, więc dałam spokój. Jakoś nie bardzo wierzę w branie autorów wprost "z bruku". Trzeba mieć wejścia, żeby ktos w ogóle raczył rzucić okiem. Całuski. Joanna ps wczoraj zeżarł Kai puchową kurtkę. Musi idzie wiosna i on to czuje?...;)
-
[FONT=Arial]07.01.2008 poniedziałek[/FONT] [FONT=Arial] -To ile ten twój pies już ma? – zapytała dawno niewidziana koleżanka, na którą wpadłam zaraz po opuszczeniu busa. [/FONT] [FONT=Arial] -W lutym skończy dwa lata – odparłam i zdziwiłam się. Dwa lata! Niemożliwe! Jak to zleciało, mój Boże...[/FONT] [FONT=Arial] -Powinien już zmądrzeć – spojrzała na mnie wyczekująco.[/FONT] [FONT=Arial] -Pewnie tak, ale on o tym nie wie... – pożegnałam się mówiąc, że jutro wywożą śmieci, więc jeszcze przy dziennym świetle muszę wywlec kosz z podjazdu przed bramę. [/FONT] [FONT=Arial] Kosz swoją drogą, ale w gruncie rzeczy niepokoiłam się, co zastanę w domu, bo Garet pierwszy raz od kilku tygodni został na dłużej sam, bowiem Kai skończyły się ferie, Irena wybrała się w swoje wojaże, a ja, bez specjalnego zapału, do pracy. Rano zachowywał się normalnie, to znaczy widząc, że przygotowuję się do wyjścia, zapadł w depresję na kuchennym fotelu i wsadził nos w moją bluzę od dresu, którą położyłam na oparciu, żeby nie musiał jej rozrywać ściągając z wieszaka w łazience. Do towarzystwa miał poza tym koty i długą stonogę, którą kupiłam mu pod koniec tygodnia. Obydwa moje kożuchy wisiały bezpiecznie na wieszaku w korytarzu na pierwszym piętrze, pantofle położyłam wysoko na kredensie, szufladę z lekarstwami zasunęłam, książek już od dawna nie czyta...[/FONT] [FONT=Arial] Ponieważ podjazd jest stromy, a pojemnik stoi jakieś trzy metry od bramy, śmieci i popiół składamy w workach, które wrzucam dopiero po wywleczeniu pojemnika. Tym razem zaparłam się, a ten skurczybyk tylko lekko zachybotał. Po chwili gorączkowych zmagań wciąż był wygrany, ale już zaczęłam wpadać w furię, która miała mi dać kopa wystarczającego nawet do przetoczenia odrzutowca.[/FONT] [FONT=Arial] -Dajże to, sieroto – usłyszałam za sobą głos Mariusza. [/FONT] [FONT=Arial] -Ten... (syn prostytutki wykorzystywany seksualnie przez mężczyznę) – wysapałam ze złością. Mariusz bez wysiłku wyciągnął pojemnik przez bramę. Zajrzałam do środka i okazało się, że Kaja zapełniła go w trzech czwartych workami z popiołem. Nic dziwnego, że miałam problemy. Ale dlaczego niewysoki, szczuplutki Mariusz sobie z nim poradził?! [/FONT] [FONT=Arial] Szybko załadowałam resztę śmieci, otrzepałam brudne ręce i poszłam do domu. Garet oczywiście rzucił się na mnie jak wampir po wielkim poście. Udało mi się przedrzeć do kuchni i uwolnić od torby z zakupami. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że wszystko jest w porządku. Odetchnęłam z ulgą. Opędzając się od kundla umyłam ręce, wyrzuciłam stojące w misce od rana, wzgardzone mięso, umyłam miskę i nałożyłam mu świeże udka bez kości. Zamiast jeść, popędził na korytarz, z rumorem otworzył drzwi wejściowe i zaczął pyskować przed domem. Przerwałam tarcie marchewki i poszłam zamknąć drzwi, niech się trochę przewietrzy ten obłąkany zgniluch. W połowie korytarza dotarło do mnie, że na schodach katem oka dostrzegłam coś dziwnego. Zawróciłam. W kształcie przypominającym rozesłane na stopniach zwłoki rozpoznałam kupiony przed trzema tygodniami długi kożuch, który znakomicie mi służył w czasie ostatnich, mroźnych dni. Niemiłe uczucie w żołądku nasiliło mi się, gdy w lekkich jak puch czarnych kłębkach rozpoznałam jedwabiste futro lamy, które jeszcze rano stanowiło integralną część kaptura i rękawów. Zaczęło mi wściekle dzwonić w uchu i przez moment przeraziłam się, że wreszcie kundel dopiął swego i zaraz trafi mnie wylew. Sapiąc z wściekłości obejrzałam rozmiary zniszczeń. Kołnierz wzdłuż kaptura został równiutko oderwany, futro już raczej nie będzie powiewać, tylko sterczeć, ale dziur nie zauważyłam. Być może dlatego, że pole widzenia dziwnie mi pociemniało. Zaniosłam oba kożuchy do pokoju pełniącego rolę garderoby i zatrzasnęłam drzwi. Sycząc przez zaciśnięte zęby odciągnęłam na bok dużą, dębową rzeźbę ludową przedstawiającą górala na hali w otoczeniu owieczek. Rzeźba od dawna poniewiera się po domu, bo nigdzie nie pasuje stylem, powiesić się jej nie da, bo wyrwałaby kawał ściany, stoi niestabilnie i co jakiś czas, po kolejnej kolizji, odpada z niej jedna z osadzonych na kołkach owieczek. Sprawdzałam w Internecie, jest sporo warta, gdybym ja ją chciała kupić, ale nic, gdybym usiłowała ją sprzedać. Oparłam tego grzmota o poręcz schodów, widocznie góralowi ta przeprowadzka się nie spodobała, bo bez chwili namysłu opuścił swój kołek na hali i runął wprost na moją stopę. Zawyłam, łzy spłynęły mi po policzkach, niebaczne na trwający od lat zespół suchego oka; jęcząc boleśnie, z trudem uwolniłam zmiażdżoną stopę od przeklętego pasterza i Bóg mi świadkiem, że gdyby Garet nawinął mi się pod rękę, nie dożyłby drugich urodzin. Klnąc w paskudny sposób przewróciłam na długi bok stojącą w korytarzu szafkę i zablokowałam nią wejście ze schodów. Pokuśtykałam na dół i wpuściłam potwora z dworu. [/FONT] [FONT=Arial] -Co to, do... (nierządnicy) nędzy, jest?!!! – podetknęłam mu pod nos kłąb mięciutkiego włosia. Ty.... wstrętny, niewdzięczny (synu prostytutki)... – rozpoczęłam długą i pełną pasji przemowę, której skruszony przestępca wysłuchał w całości wciśnięty w kuchenny fotel. Kiedy brakło mi tchu, przestałam się do niego odzywać i starannie omijałam go wzrokiem. Ze złości przez całe popołudnie pożarłam równowartość mniej więcej pięciu obiadów przynależnych robotnikom kopiącym rowy w glinie. Tak już mam, agresję wyładowuje w jedzeniu. [/FONT] [FONT=Arial] Myślałam, że już będzie spokój. Ostatni płaszcz poszatkował mi miesiąc wcześniej, ale uznałam, że to moja wina, bo nie wyniosłam go na piętro, i słowem się nie odezwałam. Ale nie, przecież on nie odpuści. Nie wystarczyło mu, że sponiewierał pozostawioną do towarzystwa bluzę od dresu. Stonogą w ogóle się nie zainteresował, leżała tam, gdzie ją porzucił rano, a po podłodze plątała się wciąż ta sama, oderwana o świcie noga. Naczytałam się okropnych historii, porad behawiorystów rodem z filmów grozy, żeby psy z lękiem separacyjnym zamykać na czas nieobecności właścicieli w dużej klatce, bo w gruncie rzeczy tam będą się czuły bezpieczniej. Już widzę w klatce Gareta, który nie może znieść nawet zamkniętych drzwi. Zabiłby się o pręty. I podobno ten amok trwa tylko przez parę pierwszych minut, potem pies kładzie się i resztę samotnych godzin przesypia. Przez parę minut to nawet stado rozjuszonych knurów nie zdołałoby dokonać tylu zniszczeń co Garet, kiedy ma lepszy dzień. [/FONT] [FONT=Arial] Nie da się ukryć, nic nie mija, powiedziałabym nawet, że objawy się nasilają. W czasie ferii Kai przechodził sam siebie, chociaż wydawałoby się, że powinien być zadowolony, bo całe stado miał na oku. Przed spacerem szalał, ale to zrozumiałe. Po spacerze jeszcze bardziej, co już jest niezrozumiałe. Kradł wszystko, co mu tylko wpadło w pysk i to zanim przedmiot objawił się fizycznie. Marek jeszcze nie dotarł do kuchni z workiem pełnym świątecznego zaopatrzenia, a Garet już siedział w fotelu i był w połowie swojskiej kaszanki, którą troskliwy syn przywiózł dla Ireny. [/FONT] [FONT=Arial] Żadne z nas nie mogło pojąć, jak to się stało, bo przecież w worku nie było dziury, a poza tym Marek nie wypuszczał go z ręki. Z tego naszego zdziwienia na ogól uchodzi mu wszystko na sucho. Bułkę, oscypek, pomarańczę czy inny kawałek zakupów ma w zębach, zanim zdążę zdjąć torbę z ramienia. Kiedy i jakim sposobem – nie wiem, nigdy nie zauważyłam. Kiedy jestem z nim sama, wydaje się spokojniejszy, może dlatego, że nie jest w stanie wymóc na mnie szantażem ani umizgami tyle uwagi, ile uzyskuje od nas obu, szczególnie w dni wolne. Zaczyna się, jak zwykle, wieczorem, na ogół wtedy, kiedy Kaja skupia uwagę na masowaniu mojego kręgosłupa. Pierwszy odgłos raźnego tupania wyrywa nam zgodny jęk z piersi. [/FONT] [FONT=Arial] -Poszedł po poduszkę Ireny... – za chwilę Garet pojawia się z wełnianą poduszką w pysku. Potem z rajstopami babci. Za chwilę z rachunkiem ściągniętym z jej stołu. [/FONT] [FONT=Arial] -Co mu jeszcze zostało? – usiłuję się domyślić. –Chyba tylko poduszka pod głową Ireny... [/FONT] [FONT=Arial] -Wynoś się stąd, ty zarazo!!! – dobiega nas przytłumiony od snu głos mojej matki. A jednak...[/FONT] [FONT=Arial] Ponieważ Garet nie uznaje pustych przebiegów, aportuje do ostatniego ważącego mniej niż dwadzieścia kilo przedmiotu. Z łazienki: spodnie Kai, moją bluzę od dresu, skarpetki Kai, potem moje, pumeks, pilnik do paznokci z częściowo obgryzionym uchwytem... Bluzę Kai, mój czarny sweter z angory, który po tej podróży nadaje się praktycznie do wyrzucenia, bo nie znam Kopciuszka, który byłby skłonny obrać go z miliona kłaków, chusteczki higieniczne, szczotkę do rąk. Z kuchni: moje krople do oczu, pudełko maści żywokostowej, bułkę, mandarynkę, pędzel, fakturę za Internet, pół zawartości kosza na śmieci, latarkę... Jego pomysłowość i energia są niewyczerpane. Czasem na odczepnego pozwalamy mu zatrzymać skarpetki – nie wypuszcza ich z zębów nawet wtedy, gdy wreszcie padnie bez przytomności. [/FONT] [FONT=Arial] Po długiej przerwie, kupiłam mu nową maskotkę – dużą stonogę w wesołych barwach, z co prawda nie stoma, ale dwudziestoma nogami. Chodziło mi o to, żeby miał na czym wyładować swoją agresję, a długie maskotki świetnie się do tego nadają, bo majta nimi tak energicznie, że nawet słonia zwaliłby z nóg. Niestety, od razu zabrał się za szczegóły. Najpierw oderwał jej oczy, potem czułki, następnie, mimo ostrzeżeń Kai, zabrał się do trepanacji czaszki i po kilku minutach wydłubał jej mózg – z czystej zazdrości, widocznie miała większy... Kaja odebrała mu zabawkę i ulokowała na regale przy moim łóżku, jak wszystkie śmieci zresztą... Co jakiś czas podrzucam mu stonogę, żeby ją sobie poszarpał, jest wyjątkowo solidnie wypchana, nawet specjalnie się nie sypie. Pulchne nóżki z bawełny ma przyszyte do pluszowego tułowia, więc może je odrywać bez obawy, że wypatroszy całość. Na razie straciła tylko jedną, zostało dziewiętnaście. Jeśli tylko nie zakopie jej gdzieś w śniegu, będzie miał zajęcie, bo wszystkie swoje i kocie piłeczki powrzucał pod meble, a nie zamierzam ich wyjmować. Jutro po pracy jadę do Krakowa, muszę się dobrze zastanowić, co i gdzie powinnam jeszcze ukryć. [/FONT]
-
[FONT=Arial]01.01.2008 wtorek[/FONT] [FONT=Arial] Podsumowując życzenia – nowy rok ma być lepszy od poprzedniego. I niech się nie ośmieli być inny. Podniósł mnie na duchu ogólnopolski toast kobiet: „Pijemy za zdrowie facetów, którzy nas zdobyli, kolesi, którzy nas stracili, debili, którzy nas rzucili i farciarzy, którzy nas poznają”.[/FONT] [FONT=Arial] Dostaliśmy z Garecikiem bardzo miłe zaproszenie na Sylwestra, ale ostatecznie zostaliśmy w domu, ponieważ Kaja, w towarzystwie kataru i chrypki wybrała się do Krakowa. Po namyśle doszłam do wniosku, że gdybym też wyjechała, i tak przez cały czas miałabym wyrzuty sumienia, że Irena ze swoimi lękami została sama i martwiłabym się, że ona się zamartwia. Postanowiłam w spokoju dokończyć obraz ze słonecznikami, do którego, z coraz większą niechęcią, podchodziłam już trzeci dzień. Nie rozumiem, czemu się uparłam przy fotograficznej wierności. Okrutnie niewdzięczne rośliny do odtworzenia. Już wiem, czemu van Gogh namalował je w taki właśnie, a nie inny sposób. [/FONT] [FONT=Arial] Już po południu rozpoczął się ostrzał. Na zabytkowym fotelu w kuchni Koleś wyswobodził się z objęć śpiącej smacznie Marchwi i wybałuszył oczy jak kulki agrestu. Garet na próbę wpadł w panikę, ale przytomnie nie zaczęłam go pocieszać, żeby nie wzmacniać niepożądanych zachowań, tyko rozmawiałam z nim spokojnym głosem. Najpierw omówiliśmy idiotyzm niepotrzebnego robienia hałasu, potem opracowaliśmy projekt ustawy zabraniającej używania świątecznej amunicji z wyjątkiem kwadransa około północy, a wreszcie ustaliliśmy, co zrobimy ze wszystkimi, którzy się do tego nie zastosują. Garet, uspokojony nieco, westchnął spazmatycznie, uwalił się na moich stopach i zasnął. Nic innego nie miał do roboty, bo zjedliśmy już wszystkie słodycze, na dwór się nie wybierał, a na kolana po kilku nieudanych próbach przestał mi wyłazić. Nie mieścił się po prostu, bo słoneczniki malowałam na dość pokaźnych rozmiarów półce ze starej szafy. Byłam obstawiona kubkami z kawą, herbatą, wodą do farb, tubkami farb, pędzlami, popielniczką i papierosami. W normalnych warunkach zdarza mi się pomylić, a co dopiero w takim zagęszczeniu. Zupełnie niegroźnie podpaliłam pędzel zamiast papierosa, w chwilę potem, w wyniku maksymalnej koncentracji na robieniu cieni, zamiast z lufki pociągnęłam z tubki z zielenią soczystą. Było to o tyle dziwne, że pędzel, którego w tym celu używałam kilkakrotnie, jest mnie więcej grubości lufki, a tubka niekoniecznie. Całe szczęście, że od kilku lat przestałam sobie zawracać głowę robieniem nigdy niedotrzymywanych świątecznych postanowień. Jeden powód do depresji mniej – pocieszyłam się, chlapnąwszy zdrowo ze szklanki do płukania pędzli. A tak, tylko trochę przygnębienia po chwili rozczulania się na własny temat. Talerzyk, pełniący rolę palety, z hukiem grzmotnął o podłogę w okolicy Garetowego ogona. Podjąwszy beznadziejną próbę złapania go, walnęłam się w żuchwę zamalowaną deską, aż mi w oczach pociemniało. [/FONT] [FONT=Arial] -Spokojnie, śpij, piesku, nic się nie stało – Garet na tak jawne kłamstwo otrząsnął się nerwowo rykoszetując pędzel i łyżeczkę podążające śladem talerzyka. Udało mi się na powrót ustabilizować deskę, ale zdecydowałam, że liście domaluję następnego dnia, bo akurat rozpoczęła się kanonada zwiastująca zbliżanie się północy i kolejnego roku oraz przyprawiająca o zawał wszystkie jako tako słyszące psy. Tym razem Garet nie od razu dał się przekonać, że to nic takiego. Przez dobre dziesięć minut dygotał na kanapie zezując nerwowo, bo i za oknem w pokoju i za kuchennym, eksplozjom towarzyszyły wybuchy kolorowych ogni. Sąsiedzi urządzili sobie Sylwestra w firmie, toteż zza ściany dobiegały nas coraz radośniejsze okrzyki ukoronowane serią strzałów przed drzwiami frontowymi. Garet, czując, że zagrożenie niemal dosłownie puka do drzwi, zebrał się w sobie i szczekając groźnym barytonem runął bohatersko na korytarz. Nie wierzę, nareszcie jakieś zwierzę obronne w tym domu! [/FONT] [FONT=Arial] Ten zryw przywrócił Garetowi pewność siebie i kiedy w chwilę później ktoś zaczął dobijać się do drzwi, był gotów walczyć. Zza drzwi dobiegał głos Mariusza, który przedstawiwszy się jako policja, CBŚ, UOP i coś jeszcze, czego nie zrozumiałam, ponieważ jego dykcja cokolwiek ucierpiała od toastów, zapewnił z pogodnym uporem, że poczeka, po czym znowu zaczął dzwonić i pukać. Odpuścił po długiej chwili. Zapewne chciał nam złożyć życzenia, ale byłam już w nocnej koszuli i bluzie od dresu, którą chwilę wcześniej wyciągnęłam spod Kolesia i Marchwi, co było widać. Poza tym na głowie miałam coś na kształt nieodwołalnie porzuconego bocianiego gniazda, a na twarzy smugi z ochry i chromowej żółci, zaś mój nastrój oscylował pomiędzy depresją a furią. [/FONT] [FONT=Arial] Około drugiej w nocy zapędziłam podnieconego Gareta do spania. Wstaliśmy bliżej południa niż poranka. Świat spowijała mgła i martwa cisza pachnąca kacem. Zamykając drzwi za Garetem zorientowałam się, że to bynajmniej nie metafora. Korytarz wypełniał intensywny zapach przetrawionego alkoholu. Przyjrzałam się podejrzliwie ścianie oddzielającej nasz dom od domu sąsiadów, co do której dotychczas miałam pewność, że niewiele jej brakuje do metra grubości. Nadal wyglądała solidnie, w przeciwieństwie do przekonania o moim stanie psychicznym. Wreszcie odetchnęłam z ulgą, bo zorientowałam się, że upojne miazmaty musiały wydostawać się przez rurę, która dawniej doprowadzała gaz do sąsiedniego budynku, a teraz, ucięta, sterczała pod sufitem jak wątpliwa ozdoba. Postanowienie noworoczne – zająć się rurą. [/FONT] [FONT=Arial] Pierwszy dzień nowego roku. Na razie spokojnie, jeśli nie liczyć tego, że dwa razy zdążyłam zarobić w ryja – raz deską z obrazem, a drugi raz pazurami od Gareta, przy gimnastyce. Po jednym mam siniec na żuchwie, po drugim sznyty na policzku. Możliwe, że Garet chciał wyrównać rachunki. Dwa dni wcześniej byłam z Magdą i Jarkiem na koncercie muzyki klezmerskiej. Zaprosiłam ich potem na kawę, Garet oczywiście szalał, a ja wciąż byłam roztrzęsiona. I jego zachowaniem, które od świat osiągnęło szczyty i zmierzało dalej, i wyjściem, co u mnie typowe, nawet jeśli wychodzę z przyjaciółmi czy znajomymi i wskutek procesu odmarzania, bo wieczór był przeraźliwie zimny. Nic dziwnego, że puszka z kawą wystrzeliła mi z rąk. Jak wszystkie przedmioty, które rozstają się ze mną w sposób gwałtowny, zlekceważyła grawitację i podążyła w górę. Po kilku sekundach przypomniała sobie o prawach fizyki lądując Garetowi na głowie i wysypując na niego swoją aromatyczną zawartość, zanim ostatecznie brzdęknęła o podłogę i wtoczyła się pod fotel, na którym siedział śmiertelnie zdumiony pies, oszołomiony dodatkowo po ciosie pokrywką w ucho. Na ratunek rzuciły się Kaja i Magda, która i tak już od progu mierzyła mnie pełnym niedowierzania i zgrozy spojrzeniem, bo nie mogła pojąć, dlaczego warczę na Gareta. W dobroci serca usprawiedliwiła to moją nerwowością, ale teraz, otrzepując osłupiałego psa z kawy, minę miała pełną wątpliwości. Kiedy ze złośliwej przekory, właściwej skazańcom narzekającym na szorstkość sznura, wymamrotałam, że teraz wystarczy go po prostu polać wrzątkiem, popatrzyła na mnie jak na psychopatycznego mordercę. Garet stosunkowo szybko odzyskał wigor, choć przez jakiś czas trzymał się ode mnie w bezpiecznej odległości, a wieczorem musiałam się kajać i długo go przepraszać, zanim przestał mierzyć mnie chłodnym, pełnym urazy wzrokiem. [/FONT]
-
Och, moi drodzy, my już tylko zdążymy życzyć cudownego Nowego Roku. Zdrowia, dobrego humoru, cierpliwości i pieniędzy niezbędnych do życia z naszymi koszmarnymi milusińskimi. Wczoraj w nocy już naprawdę myślałam, że zaduszę Gareta własnymi skarpetkami, które bez przerwy nosi. Nie ma określenia, które oddałoby jego nadaktywność. Ale patrzy człowiek na tę roześmianą mordę i jeszcze się powstrzymuje...
-
[FONT=Arial]11.12.2007 wtorek[/FONT] [FONT=Arial] Zupełny obłęd z tymi minibusami do Krakowa. A raczej – z Krakowa. Odjeżdżają teraz z trzech miejsc. Pełna dezorientacja, a tłok jest taki, że można zupełnie mimochodem nabrać nowych kształtów. Po prostu ludzie rozkładają się nierównomiernie na te trzy przystanki startowe. Gdy wracałam ostatnio, udało mi się wcisnąć na ostatnie wolne miejsce na tylnym siedzeniu. Wiadomo, minibusy, o czym mówi przedrostek, są przystosowane do przewozu anorektycznych Japończyków, a nie ludzi normalnej postury. W związku z tym kolana lepiej zapleść sobie na uszy, jeśli nie ma możliwości ułożenia nóg ukośnie. Na ogół nie ma. Pięć osób wzrostu około metr osiemdziesiąt siedzących obok siebie to już tłok nie do wytrzymania. Ramiona krzyżowały nam się na mostku. W pewnym momencie poprawiałam spadającą torbę i dotknęłam kolana. Ogarnął mnie niepokój. Cholera, straciłam czucie w nogach? Pomacałam jeszcze raz – nic. Niby dżinsy czuję, ale kolana – nie. I wtedy zorientowałam się, że łapię za kolano chłopaka siedzącego obok. Jezu. Podczas dojazdów do pracy znienawidziłam zupełnie obcego faceta, z którym nigdy nie zamieniłam ani słowa. Często się zdarza, że jedyne wolne miejsce jest obok niego. Co ja mówię, miejsce, jedna czwarta miejsca! Nie dość, że facet jest nadmiernie rozbudowany, to jeszcze siedzi w szpagacie, który pozwala przypuszczać, że ma w stosunkowo młodym wieku poważne problemy z prostatą. Wskutek tego każdy, kto desperacko uwiesi się wolnego skrawka siedzenia, wystaje na wąskie przejście i jest ustawicznie potrącany i deptany. I z tego powodu nie cierpię tego sukinsyna. Mam dziwne wrażenie, że Garecik w minibusie byłby przeszczęśliwy. Bez specjalnych zabiegów ciągle na czyichś kolanach! Od razu by mu przeszła choroba lokomocyjna. [/FONT] [FONT=Arial] Nieprawdą jest to, co Kaja mówi, że kocie siki rozmieszczane złośliwie w całym domu to nowość. Guzik prawda, to tradycja, proces przygnębiająco stały. Leją wszędzie. Przestrzegam Was, nie przygarniajcie więcej niż jednego, maksimum dwa koty!!! Chyba, że zależy Wam na tym, żeby znienawidzić ten gatunek. Jeśli uda mi się przeżyć nasze koty, nigdy w moim domu kota już nie będzie. Pies tak. Jeśli pies zesika się w domu, to znaczy, że miał ku temu ważki powód. Jeśli pies wyłazi na stół, to znaczy, że zapatrzył się na koty. Jeśli pies je z mojego talerza, to nic mi to nie robi – po kocie się brzydzę. Jeśli pies zostawia pół kilograma futra w moim łóżku, to nie włazi mi ono do oczu, bo jest zbyt duże. Jeśli pies przytula się do mnie, to z miłości, a nie dlatego, że chce mnie użyć jako otwieracza do puszek czy taśmociągu połączonego z lodówką. Jeśli pies niszczy mi sztukę odzieży wartości średniej klasy szczeniaka po światowych championach, to dlatego, że go porzuciłam samego w domu, a nie dlatego, że ostrzy sobie paskudne szpony. Pies podstępnie nie nasika mi do szuflady w komodzie, w której trzymam skarpetki. A nawet, gdyby mu się to jakimś cudem udało, smród nie wyludni całej dzielnicy. I tak dalej. Zdecydowanie psy![/FONT] [FONT=Arial] Garecik czuł się dziś bardzo porzucony, bo po raz pierwszy zostawiłam go wychodząc do pracy, a po raz drugi – jadąc do Krakowa. Nic dziwnego, że rozerwał woreczki z zupami Knorra, które niebacznie zostawiłam na stole i w szale frustracji wybebeszył długoszyją gęś, którą tak wspaniale się bawił, mimo, iż straciła oczy, grzywkę, obie łapy i wyglądała jak mandolina. Muszę mu poszukać nowej zabawki, z jedną częścią ciała długą, za którą będzie mógł ją złapać, żeby markować zabijanie. To pies stworzony dla myśliwego, w mig zakończy każde nieudane morderstwo. W dodatku, jeśli polowaniem nie zarobią na życie, okradnie każdego w ułamku sekundy, niepostrzeżenie, i wyjdzie z tego obronną łapą. Nikt nie ośmieli się podejrzewać o niecne uczynki tego słodkiego stworzenia ze szlachetną, myśliwską mordką i bezgranicznie szczerym, uczciwym i naiwnym wyrazem oczu ocienionych długimi, podkręconymi rzęsami. [/FONT]
-
Gorzej. On jest prawdziwy:angryy:!!! [FONT=Arial]6.12.2007 środa[/FONT] [FONT=Arial] Sukces! Połowiczny... Wczoraj wieczorem, kiedy straciłyśmy już resztki nadziei i resztki ciepła w tkankach, pojawił się osobiście kierownik sklepu, żeby odpalić podajnik w piecu. Z lekką rezerwą odniósł się do wylewnego powitania Gareta i schylając głowę podążył za mną do piwnicy. Odetchnęłam z wielką ulgą, gdy stwierdziłam, że ogluciała Plamka nie zwisa z pieca. Tego fachowiec mógłby nie wytrzymać. [/FONT] [FONT=Arial] Po godzinie piec hulał, a ja nadal czułam niedosyt, bo dopóki nie zrozumiem dokładnie, jak obsługiwać jagfv kieś urządzenie, zwłaszcza zapatrzone w elektroniczne sterowanie, jestem nieszczęśliwa. Fakt, że elektronika w tym piecu jest wyjątkowo prymitywna, ale przez to trudniejsza w obsłudze. Ktoś, kto to wymyślił, nie kierował się logiką i stosował metody takie, jak ja przy grze w brydża, które jedna z moich koleżanek określiła jako „prosty białostocki” (tzn. niepodlegający regułom, partyzancki, piracki i ogólnie mówiąc – wkurwiający, czyli cios między oczy). [/FONT] [FONT=Arial] Wypytawszy o wszystko, co mi przyszło do głowy, uspokoiłam się nieco. Przynajmniej odnośnie pieca, bo Garet, który dorwał się do worka ze śmieciami i co chwilę aportował fachowcowi pod nogi jakiś kompromitujący przedmiot, doprowadzał mnie do szału. Wszystko przez to, że facet nie zwracał na niego uwagi, i za nic nie chciał mu dać buzi, więc usiłował mu się przypodobać. [/FONT] [FONT=Arial] W nocy tylko dwa razy sprawdzałam, czy wszystko chodzi. Działało bez zarzutu, przynajmniej na pierwszy rzut oka, co wzbudziło moją podejrzliwość. W tym domu NIGDY NIC nie działa bez zarzutu.[/FONT] [FONT=Arial] W nocy było na tyle ciepło, że spałam nie tylko bez dresu, ale odkryta, to znaczy, przykryta tylko Kolesiem. Rano Garet, zamiast wyjść na dwór, popędził na górę i długo tam nerwowo gwizdał, zanim udało mi się go wykopać przed dom. Koleś, zamiast jak zwykle wyjść przez piwnicę do ogrodu, ostrożnie, wyciągnięty na całą długość, popełzł na górę i natychmiast stamtąd wrócił z oczami jak półmiski. O szóstej nie jestem zbyt bystra, ale domyśliłam się, że coś nie gra. Równie ostrożnie jak Koleś udałam się na górę i w połowie schodów natknęłam się na lady Glut, bulgoczącą wrogo i wbijającą we mnie wzrok wrzący od bezbrzeżnej nienawiści. I, sorry, wzajemnie. Plamka, zupełnie nieświadoma tego, że gdyby się uparła, nic by jej z domu nie ruszyło, bo nikt dobrowolnie by jej nie dotknął, zareagowała wreszcie na mój pełen furii i odrazy wrzask i potruchtała do piwnicy. W drzwiach jeszcze odwróciła się i splunęła obelżywie. [/FONT] [FONT=Arial] Praca zakończyła się dziś miłym akcentem, ponieważ pani burmistrz, w rocznicę objęcia urzędu, zaprosiła nas do pubu na kawę i ciastka. No cóż, żałuję, że nie mieszkam w tym mieście, w którym pracuję. Pani burmistrz nie tylko jest kobietą prześliczną, ale i charyzmatyczną, błyskotliwie inteligentną, mądrą, bezpośrednią, szanującą innych i zwyczajnie, nadzwyczajnie uroczą. Niedościgły wzór. Po pysznej kawie z bitą śmietaną, pysznym cieście i lampce szampana dostałam takiej zgagi, że prawie ziałam ogniem z gardzieli. W dodatku w przypływie zidiocenia kupiłam w miejscowej piekarni figurki Mikołaja z drożdżowego ciasta, które działa na mnie fatalnie, i skubnęłam trochę. Natychmiast potem uświadomiłam sobie, że powinnam połknąć gaśnicę, żeby zniwelować bolesne skutki. Na szczęście pozostałe półtorej figurki Mikołaja zaraz po powrocie do domu ukradł mi z torby Garet i w większości skonsumował. [/FONT] [FONT=Arial] Zeszłam do piwnicy, żeby wybrać popiół, którego było dziwnie dużo. Na wszelki wypadek zajrzałam do podajnika i osłupiałam. Ekogroszku powinno wystarczyć na trzy, cztery dni, a podajnik był prawie pusty po upływie niespełna doby. Czyżbym założyła najdroższe ogrzewanie na świecie? I kto, *****, będzie je utrzymywał? Przytomnie nie powiedziałam nic Irenie i zadzwoniłam do sklepu. Fachowiec wyjaśnił, że tak się dzieje na rozruchu, a w ogóle to powinnam mieć ciepło w piwnicy, bo piec reaguje na temperaturę otoczenia. Cóż, w piwnicy kaloryferów nie mam, dotychczas naiwnie myślałam, że mam mieć ciepło w domu... Poza tym drzwi wejściowe nie zamykają się i są podparte ciężkim, kolistym kamieniem pochodzącym najpewniej z dawnych żaren, możliwe, że mającym wartość historyczną. Teoretycznie jest to zabezpieczenie wystarczające, bo muszę solidnie się zaprzeć, żeby je odsunąć. W praktyce – Adolf otwiera je jednym, brutalnym szarpnięciem łapy. W niczym nie przypomina zeszłorocznego szkieletu. Waży bydlak z dziesięć kilo, jest dwa razy większy od ogromnego Kolesia. Kiedy dziś rozesłał się na jabłonce, zajął połowę pnia. [/FONT] [FONT=Arial] Po kolejnej telefonicznej konsultacji udało mi się ustawić w pozycji mniej więcej optymalnej mieszacz wody. Przy każdym zejściu do piwnicy potykałam się w progu o gulgoczącą nienawistnie lady Glut. Garet, parskając z obrzydzenia, ale z wielkim zapałem, ruszał mi na odsiecz, Glut charczała w rozterce, które z nas zabić najpierw, co groziło zbiorową śmiercią po upadku ze stromych schodów i wspólną, ogluciałą mogiłą. [/FONT] [FONT=Arial] Ledwie wraz ze swoją zgagą ulokowałam się w fotelu, a Garet z ciężkim westchnieniem w drugim, Irena przyczłapała do spiżarni, żeby zaopatrzyć w świeżą wątróbkę Plamkę czyhającą przy drzwiach balkonowych. Glut, jak na umierającego kota, była w zdumiewająco dobrej kondycji. Za chwilę z pokoju Ireny dobiegł mnie rozpaczliwy wrzask. Nie zareagowałam, bo myślałam, że coś jej spadło. Na przykład miseczka z wątróbką. Przybiegłam dopiero na bezpośrednie wezwanie. Irena z obrzydzeniem zaglądała w czeluście jednej ze swoich szaf. [/FONT] [FONT=Arial] -Co się, u diabła, stało?[/FONT] [FONT=Arial] -Ta cholera tu wskoczyła. Wdarła się do pokoju! Zobacz, czy jej tam nie ma... [/FONT] [FONT=Arial] -Super. Teraz za każdymi drzwiami i każdym oknem będzie się czaił ten Glut, a ty ją będziesz dokarmiać siekaną wątróbką, bo normalnego żarcia jeść nie może... – warknęłam złośliwie. Mogłam sobie warczeć dowolnie długo, Irena i tak nie zakłada aparatu słuchowego i odbiera wybiórczo. To znaczy to, co jej pasuje. [/FONT] [FONT=Arial] Nie zwariowałam, żeby w szafie grzebać ręką, więc pomacałam wieszakiem na ubrania. Nic nie charczało wrogo, to znaczy, że Plamki tam nie było. Najlepsza opcja – jest pod szafą, skąd wypłoszę ją dezodorantem. Najgorsza – wlazła za pianino, skąd nie wypłoszę jej niczym. [/FONT] [FONT=Arial] Przyniosłam latarkę i aerozol na pchły, bo żadnego taniego dezodorantu nie mogłam znaleźć. Plamka tkwiła pod szafą. Po krótkiej akcji wyskoczyła stamtąd gotowa do opuszczenia domu, ale Irena w międzyczasie, w przypływie druzgocącej inteligencji, zamknęła drzwi balkonowe. Glut, po chwili wahania, przemieściła swoje obrzydliwe ciało do kuchni. Garet popędził za nią, ja za nimi, a za nami podążyła Irena z woreczkiem foliowym w ręce. Przemknęło mi przez głowę, że zamierza nim złośliwie szeleścić, żeby Glutowi uprzykrzyć życie. Glut tymczasem zręcznie przemknęła po klawiaturze mojego otwartego laptopa, wskoczyła na szafkę i zręcznym susem zaparkowała na kuchence. Prawdopodobnie, a nawet na pewno, wydawałam ryki pełne obrzydzenia i furii. Wreszcie wyhamowałam, bo sytuacja wydała mi się patowa. Gapiłyśmy się na siebie z nienawiścią – Glut na kuchence, ja obok fotela. Pomiędzy nami szalał podniecony do granic możliwości Garet, a z tyłu szeleściła Irena przeżuwając w skupieniu własne zęby.[/FONT] [FONT=Arial] -Przytrzymaj przynajmniej psa, skoro nie potrafisz nawet otworzyć drzwi, żeby wypuścić tego parcha! – warknęłam w jej kierunku zamachnąwszy się atomizerem z trucizną na Gluta. [/FONT] [FONT=Arial] Irena zignorowała mój apel, rozpostarła woreczek i ruszyła z nim niczym z muletą na Plamkę.[/FONT] [FONT=Arial] -Podrapie cię – ostrzegłam, chwytając Gareta za obrożę, która nagle zrobiła się o połowę za długa. [/FONT] [FONT=Arial] Irena, zdeterminowana, bez przeszkód złapała Gluta przez woreczek i wyrzuciła na schody do piwnicy. Odetchnęliśmy wszyscy, gdy tylko udało mi się przekonać Gareta, że to nie atrakcyjny aport, który powinien natychmiast przynieść. Przez kolejne kilka minut dokładnie dezynfekowała skażoną okolicę.[/FONT] [FONT=Arial] Ilekroć schodziłam do piwnicy, na progu potykałam się o parskającą wrogo, sparszywiałą glucicę. [/FONT] [FONT=Arial] -...To wcale, *****, nie jest zabawne – syczałam przez telefon do Kai. – Chyba, że jest się pięćdziesiąt kilometrów dalej![/FONT] [FONT=Arial] -No właśnie, dlatego jest takie śmieszne! – rechotało radośnie moje dziecko. [/FONT] [FONT=Arial] -I jeszcze te cholerne koty! Wczoraj wieczorem przez półtorej godziny sprzątałam, umyłam wszystkie podłogi, bo znowu nasikały mi przy kanapie i pod telewizorem, kuwetę im co chwilę wymieniam, a tu masz, kuweta sucha, a te skurwysyny zalały cały korytarz!!! – skarżyłam się żałośnie. –Nienawidzę ich!!![/FONT] [FONT=Arial] -Ale przyznasz, że to tylko jeden minus, poza tym są urocze – zachichotała przymilnie. [/FONT] [FONT=Arial] -Tak, *****, jeden minus, ale wielki jak *******ony równik! – wrzasnęłam w poczuciu bezsilności. [/FONT] [FONT=Arial] W odpowiedzi usłyszałam radosny, zupełnie pozbawiony empatii śmiech. [/FONT]
-
[FONT=Arial]4.12.2007 wtorek[/FONT] [FONT=Arial] Garecik właśnie zakończył grę na rękawicy bokserskiej, jedynej piszczącej zabawce, która jeszcze działa, a którą, nawiasem mówiąc, co noc znajduję pieczołowicie ulokowaną na mojej poduszce tam, gdzie zwykle, Boże uchroń, znajduje się moja głowa. Irena rapowała.[/FONT] [FONT=Arial] -Wy-noś-się-stąd-ty-pas-kud-ny-psie! Won-ob-rzyd-liw-cu! [/FONT] [FONT=Arial] Ja dochodzę do siebie po zmaganiach z piecem i wykopaliskach. W płucach przesypuje mi się pół kilograma syfu, z nosa wypadają bryłki węgla, włosy mam szare bynajmniej nie z racji wieku, a przedramiona pokryte bąblami, które przez długą chwilę kontemplowałam ze zdumieniem (coś mi się odcisnęło? Ale co, u diabła? Żwirowisko?!), zanim zrozumiałam, że to reakcja alergiczna na bliżej niesprecyzowane obrzydlistwa – jakiś rodzaj drewna, pleśnie, grzyby, bakterie, wirusy czy inne robaki, albo nieznane jeszcze nauce osobliwe formy życia obecne od lat i mutujące radośnie w naszej kotłowni. W całości mam kolorystykę rdzawo-szaro-czarną, przynajmniej na zewnątrz. Wewnątrz zdecydowanie czarną. [/FONT] [FONT=Arial] Fachowiec, obiecany w piątek na sobotę w celu uruchomienia automatycznego podajnika w cholernie drogim, ekologicznym piecu, którego historię już znacie, nie pojawił się. Kiedy wyczerpałam już limit swoich darmowych minut, pogrążyłam się w błogim przekonaniu, że zgodnie z obietnicą przyjdzie w poniedziałek około szóstej wieczorem. Przygotowałam się solidnie. Po powrocie z pracy przez godzinę odkurzałam dokładnie piec (co moje dziecko rzekomo zrobiło w czasie weekendu), pozamiatałam podłogę w kotłowni i bezskutecznie usiłowałam nakłonić Plamkę do opuszczenia strategicznego miejsca obok konsoli z elektronicznym wyświetlaczem. Patrzyła na mnie wzrokiem psychopatycznego mordercy i charczała ponuro plując śluzem. [/FONT] [FONT=Arial] To, że Plamka jeszcze żyje, to cud prawdziwy i zasługa mojej matki. Pierwotnie kotka należała do naszych sąsiadów. Urodziła im kilkoro kociąt, z których przynajmniej jedno przyniosła do naszej piwnicy (czarny kocurek z przepukliną, tuż przed planowaną operacją zginął pod kołami samochodu). Radziła sobie nieźle, bo zakładam, że sąsiedzi trochę ją karmili, a na dożywianie przychodziła do nas. Wreszcie, pół roku temu, w stanie agonalnym, wprowadziła się na stałe, dołączywszy do grona bezpańskich, „piwnicznych” kotów (Greebo, Szkaradny Kocurek, Koteczka i Wrzaskliwy Adolf), zwiększając ich liczbę do pięciu. Wyglądała makabrycznie – szkielet, po którym przepełzło kilkanaście generacji ślimaków z nadczynnością wydzielniczą, bez zębów, charcząca, z liną śluzu zwisającą z pyska i językiem zwisającym na jedną stronę. Okazało się, że nie może i nie chce jeść makaronu gotowanego z mięsem, więc Irena zaczęła ją karmić drobno posiekaną surową wątróbką. Czyli tym, co (bez rozdrabniania) stanowi wyłączne pożywienie Gaci. Plamka okazała się nienasycona. Potrafi zjeść tej wątróbki ponad pół kilo dziennie i nigdy nie ma dosyć. W międzyczasie została, dość w ślepo, przeleczona antybiotykami zleconymi przez Artura, ma podawany tran i witaminy, ale niczego to nie zmieniło. Intensywne dożywianie sprawiło, że zaokrągliła się i przybyło jej energii, co spowodowało, że patrzy na nas z jeszcze większą nienawiścią. Według mnie, oprócz braku zębów, cierpi na nowotwór złośliwy umiejscowiony w obrębie głowy/szyi, który, wskutek naciekania nerwów, powoduje częściowy niedowład krtani i języka. W gruncie rzeczy to nieistotne, jest kotem specjalnej troski, w dodatku otoczonym opieką pozbawioną satysfakcji, ponieważ nie widać (i nie ma na to szans) poprawy, za to widać wyraźnie, że bez względu na to, co robimy, jesteśmy obiektem jej nienawiści. Pierwsze miejsce zajmuje, naturalnie, Garet, ze swoją delikatnością kuli dum-dum. [/FONT] [FONT=Arial] Po zmaganiach z piecem, uciszywszy poczucie winy tudzież odrazy związane z Plamką, pogrążyłam się w oczekiwaniu, a Irena w ponurym cierpieniu. Wyjęłam z zamrażalnika tort szwarcwaldzki dla fachowca, a z torby czekoladki dla jego żony. Irena co chwilę raportowała, w jakim stanie zamrożenia i związanego z tym obumarcia tkanek jest jej organizm, apelując z delikatnością irackiego terrorysty do mojego wrodzonego poczucia winy. Gacia żałosnym wyciem domagała się wątróbki przeznaczonej dla Plamki, a w międzyczasie w celu ogrzania się usiłowała mi wleźć na plecy/klawiaturę laptopa/głowę/kolana, Garet z uporem maniaka kradł i aportował różne rzeczy z pokoju Ireny (wełnianą poduszkę z krzesła, wełniane rajstopy wleczone za nogawkę z jedną zwisającą żałośnie skarpetką, kłębek włóczki, rękawiczkę), Liszka testowała szponami rattanowe krzesło w korytarzu, Perła darła ryja i błyskała obłąkańczo jedynym okiem, Marchew z dwuznacznymi zamiarami usiłowała dostać się do mojego pokoju (ostatnio któryś skurwiel uparcie sika mi obok kanapy), a Koleś z nawiedzonym wzrokiem biegał dziko z pomieszczenia do pomieszczenia pobudzając Gareta do jeszcze większej nadaktywności. Wskutek tych kolektywnych działań doszłam do stanu takiego wzburzenia, że drżąc, zaczęłam się rozglądać za skutecznym narzędziem mordu, przy czym obiekt był mi zupełnie obojętny. Wreszcie, przed ósmą, wysławszy zjadliwego sms-a do ulubionego fachowca, poszłam zapalić w piecu resztką węgla, koksem i drewnem. Najlepiej spisało się drewno, choć na krótką metę. [/FONT] [FONT=Arial] Plamka przeniosła się na podajnik ekogroszku, życzliwie zostawiając swoje gluty na pudełku zapałek, o czym przekonałam się natychmiast przy odpalaniu pieca, który i tak nie chciał zaskoczyć. W szampańskim nastroju udałam się na górę i po kilku godzinach copółgodzinnego biegania do pieca udało mi się podnieść temperaturę pomieszczeń do czternastu stopni, co uznałam za swój osobisty sukces. [/FONT] [FONT=Arial] Dziś, po telefonicznym monicie, uzyskawszy od kierownika sklepu obietnicę, że jutro na pewno albo on, albo ktoś inny przyjdzie, zanurzyłam się w piwnicy. W międzyczasie rozważałam, czy uplasowanie się na progu sklepu firmowego w pozycji zdesperowanego Rejtana odniesie jakikolwiek skutek. Wcześniej Irena uprzytomniła mi, że już naprawdę nie ma czym palić, w związku z czym ona zamarznie na śmierć. Z taką podbudową motywacyjną zabrałam się do przeszukiwania zwałów chrustu, drewna i śmieci w poszukiwaniu okruchów węgla, które musiały się tam dostać, jako że węgiel przerzucało z miejsca na miejsce w poczuciu krzywdy i wykorzystywania niewinnych niewolników moje niedbałe i kontestujące dziecko. Po godzinie gmerania w toksycznej stercie udało mi się uzyskać opał na dwa dni i stracić około roku życia. Dla zaczerpnięcia tlenu czasami wychodziłam na dwór. W pewnym momencie mój wzrok padł na jedyną ocalałą zaspę topniejącego śniegu, która pośrodku ukształtowała się w napis „adidas”. Przekonana, że z powodu stresu oraz zatrucia nieidentyfikowalnymi substancjami zaczynam doznawać urojeń, dotknęłam wizji palcem, po czym wyciągnęłam lekko zmrożone, ociekające deszczówką, swoje spodnie od dresu. Zważywszy na to, że podczas weekendu Kaja znalazła na kupie piasku obok basenu moją całkowicie zmrożoną bluzę, był to już komplet. [/FONT] [FONT=Arial] -Ty paskudny, złośliwy kundlu! – warknęłam w roześmianą, szlachetną, myśliwską twarz Garecika, który delikatnie obracał w wielkich zębach dowapnione, białe świńskie ucho. [/FONT] [FONT=Arial] -TO-JEST-FE!!!! [/FONT] [FONT=Arial] W odpowiedzi z aprobatą pomachał puszystym ogonem i przewrócił oczami. Jasne, że fe, tylko idiota założyłby coś takiego, nawet udając się na potyczkę z piecem... [/FONT]
-
Mimiś! Pozdrawiamy i całujemy;) [FONT=Arial]30.11.2007 piątek[/FONT] [FONT=Arial] Andrzejki! I już prawie po. Garet wymęczony jak rzadko. Obżarty też jak rzadko kiedy. Andrzejki przygotowałam w ciągu niespełna godziny, bo tyle mi zostało do godziny rozpoczęcia od powrotu ze szkolenia w Krakowie. Szkolenie było dwudniowe, a dało mi więcej, niż całe lata psychoterapii. Warsztaty były ukierunkowane na szkolenie z zakresu skutecznej komunikacji interpersonalnej, ale zadziałało przeznaczenie/atmosfera/umiejętności genialnego trenera/potrzeby – do wyboru, a może wszystko równocześnie, że zdarzyło się tyle, co na maratonie psychoterapeutycznym. Doznania były wręcz mistyczne. Do domu przyjechałam w charakterze strzępu emocjonalnego, ale w fazie integracji, w towarzystwie Maćka (genialny, charyzmatyczny trener), pokrewnej duszy, z którą, mam nadzieję, połączy mnie przyjaźń na wiele lat. Maciek oczywiście na Andrzejki nie został, bo czekała go jeszcze ośmiogodzinna podróż w fatalnej, zimowej aurze. Garet pożegnał go z głębokim żalem, ponieważ kilkunastominutowe drapanie i głaskanie to było nic wobec jego niezmierzonych potrzeb. Nie miał pojęcia, że jego emocjonalna czarna dziura jeszcze dziś będzie częściowo i chwilowo załatana. [/FONT] [FONT=Arial] Dzięki Bogu Kaja z grubsza posprzątała, a przede wszystkim upiekła naleśniki, więc dla mnie pozostało starcie kurzu (to według Kai w zakres sprzątania nie wchodzi) oraz przygotowanie nadzienia ze szpinaku i sosu z sera gorgonzola. Zdążyłam na styk. Widok ukochanej cioci Magdy, Renaty i Jarka wprawił psisko w takie podniecenie, że trzeba było kłaść się na przedmiotach nie przymocowanych na stałe do podłogi, żeby nie rozpoczęły entuzjastycznego lotu w kierunku sufitu. W ciągu kilkunastu sekund Garet wycałował i sponiewierał wszystkich, a także niepostrzeżenie ukradł z torby Magdy woreczek z mięsnymi pałeczkami i wchłonął je w mgnieniu oka. Magda najpierw nie chciała uwierzyć, a potem zamartwiała się, że coś mu się stanie, ale uspokoiłam ją, że w stanie amoku jest zdolny do rzeczy nadprzyrodzonych i kilkanaście pałeczek mu nie zaszkodzi. Garet, król i arcymistrz złodziei, pospiesznie i z właściwą sobie wirtuozerią przeszukał torbę Renaty, ale nie znalazł w niej niczego wartego uwagi. Dokumenty przejrzał pojedynczo i zaręczam, że gdyby któryś go zainteresował, potrafiłby go wyjąć nie zmieniając położenia innych. Gdyby go tak podszkolić w tym kierunku, nigdy nie cierpiałybyśmy biedy. [/FONT] [FONT=Arial] Artura nie było, ostatnio się nas, Judasz, wyparł, ale i tak pojawił się problem z miejscami do siedzenia. Renata ulokowała się w fotelu, a Magda na czteroosobowej kanapie. Natychmiast okazało się, że czteroosobowa jest tylko teoretycznie, bo pozostałe trzy miejsca swobodnie zajął Garet. W tej sytuacji Jarek przytaszczył sobie zabytkowy fotel z kuchni, a ja przesunęłam czarne, włochate dupsko, które bez oporów wylazło na zachwyconą Magdę i położyło się jej na kolanach. Po części z miłości, po części dlatego, że Magda siedziała w pobliżu stolika, na którym stały ciasteczka. Zeżarł mniej więcej połowę, zanim zaczęły mu opadać powieki, przez co wyglądał jeszcze bardziej błagalnie, a Magda niemal rozpłynęła się z rozczulenia. Jarek wzdychał z zazdrości, a Renata sugerowała, żeby nauczył się Garetowych min, to owinie sobie żonę wokół małego palca. Możliwe, że wzdychał też z przejedzenia, bo naleśniki okazały się pyszne i trochę przesadziliśmy. Siedzieliśmy potem z otępiałym wyrazem twarzy i szklistym wzrokiem, medytując nad swoim życiem wewnętrznym. Dopiero po trzech godzinach Jarek zdołał się podnieść i zaczął grzebać w płytach. Ja ruszyłam się znacznie wcześniej, bo trzeba było przygotować akcesoria do wróżb. [/FONT] [FONT=Arial] Wróżyliśmy sobie z obierzyn jabłek, przy czym Garet, skończywszy swoje naleśniki, wróżył sobie z samych jabłek. Potem było domino, później Magda i Renata czytały horoskopy (Magda ma jeszcze dobry wzrok, a Renata miała właściwe okulary), a kiedy Garet wreszcie padł, mogliśmy bezpiecznie powróżyć sobie ze szpilek. Z wosku po namyśle zrezygnowałam, ponieważ wyglądało na to, że mam tylko całkowicie spalające się świeczki. Być może na strychu jest gdzieś gromnica, ale nie wydawała nam się odpowiednia, nawet gdyby ktoś ją znalazł. Tym bardziej, że Renata właśnie opowiedziała nam, jak to kilka dni wcześniej, w jej salonie, matka była świadkiem dziwnego zjawiska. Otóż przy zamkniętych oknach i drzwiach firanka wydymała się, jakby targał nią przeciąg, a wystraszona Pola cofała się i warczała. [/FONT] [FONT=Arial] -Dzięki, że to opowiedziałaś. I tak boję się schodzić do piwnicy. A jak tam szanowny eks-małżonek? Dobrze się miewa? – zainteresowałam się nagle. [/FONT] [FONT=Arial]Jarek zachichotał szatańsko, a Rena spojrzała na mnie posępnym wzrokiem, bo codziennie zmaga się z problemami wynikłymi z długów, których jej eks narobił, a które teraz ona spłaca. [/FONT] [FONT=Arial]-Tak sobie pomyślałam, że może był zszedł szczęśliwie i stąd ta firanka. W oku Reny błysnęła iskierka nadziei i natychmiast zgasła. [/FONT] [FONT=Arial]-Myślisz, że ograniczyłby się tylko do ruszania firanką?[/FONT] [FONT=Arial]-Może… na razie. To jakby taka lekka sugestia zanim przejdzie do konkretów. [/FONT] [FONT=Arial]Wzdrygnęliśmy się odrobinę, ale potem pomyślałam, że gdyby byłe szczęście Reny miało straszyć, to straszyłoby raczej w łazience, gdzie za życia, owinięte wokół muszli, szukało czegoś ulotnego… [/FONT] [FONT=Arial]Na następne spotkanie umówimy się, gdy zapracowany Jarek sprawdzi swój grafik. Radośnie doszedł do wniosku, że skoro jest nas czworo, to moglibyśmy grać w brydża. Przeraziło mnie to, bo gram raczej słabo z uwagi na roztargnienie i rozpaczliwe tchórzostwo w licytowaniu. Od razu przypomniał mi się mój genialny ojciec, który patrzył na mnie morderczym wzrokiem i syczał z furią:[/FONT] [FONT=Arial]-Z takimi kartami ty licytujesz dwa?! Przecież mamy szlema!!![/FONT] [FONT=Arial]Dobrze mu było mówić. On szlema potrafił zrobić z najsilniejszą dziesiątką… [/FONT] [FONT=Arial]Poza tym nie grałam od blisko trzydziestu lat. Czarno to widzę, ale Jarek oznajmił optymistycznie, że z brydżem jest jak z jazdą na rowerze, tego się nie zapomina. [/FONT] [FONT=Arial]Lubię piątkowe imprezy, bo potem człowiek ma dla siebie cały weekend i można się wyspać. Przynajmniej można mieć taką nadzieję. Tak samo łudziłam się przed wyjazdem na szkolenie. Co z tego, że położyłam się o jedenastej, kiedy o pierwszej Garet zaczął dobijać się do wszystkich drzwi. Początkowo to ignorowałam, ale potem pomyślałam, że może mu się coś chce i wypuściłam go przed dom. Owszem, chciało mu się, drzeć ryja na całą dzielnicę. Ta sama sytuacja powtórzyła się o trzeciej, ale tym razem tak walił w drzwi i jęczał, że byłam przekonana, że dostał ciężkiej sraczki, bo tego wieczoru nawpychał się różności, a ukoronowaniem uczty był filet z soli z sosem serowym i surówką z kapusty. Ale nie. Zaparkował w zaspie i grzmiącym basem wysyłał w mroźny mrok pytające frazy. Co gorsza za nic nie dał się przywołać z powrotem, choć w końcu to, co ja wysyłałam w ten sam mroźny mrok zagłuszyło jego wypowiedzi, w dodatku za treść jak nic dostałabym kolegium. Trzęsąc się z furii wróciłam do kuchni i zapaliłam papierosa odgrażając się, że przeczekam do rana, a nie wpuszczę skurczybyka. Ale po półgodzinie się poddałam i bocząc się na siebie poczłapaliśmy do łóżka. Ledwie jako tako się rozgrzałam, do drzwi zaczęła drapać Gacia. Ignorowaliśmy ją do momentu, gdy rozległ się dziki pisk świadczący o tym, że niechcący wlazła na rękawicę bokserską. Wybuchnęłam śmiechem, a Garet wystrzelił z łóżka i runął na drzwi, pędząc na ratunek ulubionej zabawce. Gacia skorzystała z okazji, weszła do pokoju i wskoczyła mi na nogi, za chwilę z głuchym stęknięciem ulokował się na mnie pies, uprzednio przezornie ukrywszy rękawicę pod kołdrą, o czym przekonałam się rano. O szóstej wstałam z tak przekrwionymi oczami i opuchniętą twarzą, że przestraszyłam się sama siebie. Podobno najlepszym kosmetykiem kobiety jest sen…[/FONT]
-
[FONT=Arial]24.11.2007 sobota[/FONT] [FONT=Arial] W środę, kiedy, jak rzadko, spieszyłam się w pracy, żeby domknąć wszystko przed czwartkowym szkoleniem, dostałam sms-a z numerem, który dzwonił. Nazwa się nie wyświetliła. Wpatrywałam się weń długo, po czym doszłam do wniosku, że nie mam pojęcia, kto to taki. Na ogół nie oddzwaniam, wychodząc z założenia, że jeśli ktoś ma jakiś interes, zadzwoni ponownie. Niewielkie jest prawdopodobieństwo, że dzwoni kancelaria adwokacka, aby poinformować mnie o hojnym spadku po nieznanych krewnych. Gdyby w naszej piwnicy był zasięg, nie miałabym takich problemów. Ale zasięgu nie ma, a przynajmniej nie ma go plus. Czasami uda mi się złapać dwie kreski w pobliżu drzwi, w okolicach kosza na śmieci. Powędrowałam w kierunku kosza, bo tym razem postanowiłam oddzwonić. A nuż to któraś z uwodzonych przeze mnie sprzedawczyń w sklepie ery, z wiadomością, że stał się cud i pojawił się niedostępny w całej Polsce modem z końcówką USB, co oznacza, że będę sobie mogła założyć Internet w domu?[/FONT] [FONT=Arial] Ku mojemu zdumieniu w telefonie usłyszałam głos swojej matki. No tak, przecież to oczywiste, że numer domowy wydał mi kompletnie nierozpoznawalny. Zaniepokoiłam się, że coś się dzieje z którymś z czworonogów, ale okazało się, że Irena, z dużą dozą satysfakcji w głosie, poinformowała mnie, że jeśli ta lignina, która leżała na stole w kuchni, była mi potrzebna, to po drodze powinnam sobie kupić nową. Czas, który spędziła u dentysty, Garet wykorzystał bardzo produktywnie. Odetchnęłam z ulgą. Wszyscy żyją, a materiały opatrunkowe nie są potrzebne codziennie, chociaż dobrze mieć je w zapasie. [/FONT] [FONT=Arial] Gdy wróciłam do domu, wnętrze kontrastowało ze szczęśliwie nadchodzącą odwilżą. Kawałki ligniny, jak płatki śniegu, pokrywały wszystkie podłogi. Wrażenie puszystości potęgowały śnieżnobiałe kłęby nadzienia, które Garet wypruł w nocy z jamnika, a których nie zdążyłam rano posprzątać. Nie zdążyłam, ponieważ byłam tragicznie niewyspana. Trudno się wyspać z kotami unieruchamiającymi nogi, psem zajmującym cztery piąte łóżka, a od czwartej rano wymieniającym głośne poglądy ze zwidami snującymi się w ogrodzie. No i z przerywnikami wyzwalającymi wyciek hektolitrów adrenaliny. Pełznę po omacku do łazienki, starając się ocalić kruche resztki snu i nagle włażę na piszczącą rękawicę bokserską. Dzięki Bogu teleportację przez sufit ku kosmosowi i wieczności ogranicza mi półtorametrowy jamnik oplątujący nogi… W łóżku trafiam bezbłędnie na gumowego jeżyka, który wydaje agonalny jęk, a resztki wędzonego świńskiego ucha wciskają mi się w kręgosłup… [/FONT] [FONT=Arial] To już reguła – jestem chronicznie niewyspana. Podobno Napoleon potrzebował jedynie kilku godzin nocnego wypoczynku, ale gdzie mi do Napoleona! Może jemu wystarczały cztery godziny, ale mały był, to możliwe. Ja mam trzydzieści centymetrów wzrostu więcej i potrzebuję ośmiu godzin, chociaż organizm się odzwyczaił. Jeśli raz na kwartał uda mi się przespać osiem, wstaję obolała i opuchnięta, jakby mnie nocna sprzątaczka zepchnęła niedbałym kopem z ringu. A oczy płoną mi tak sugestywną czerwienią, że zbiłabym majątek na graniu roli wampirzyc bez charakteryzacji. [/FONT] [FONT=Arial] Szkolenie było takie sobie. W sumie niezłe, jeśli wziąć pod uwagę to, że prowadząca, znana terapeutka rodzinna, jest świetnym gawędziarzem i ma poczucie humoru. Przysięgam, starałam się nie chrapać. Mam nadzieję, że moje zdolności kamuflażu doszły do perfekcji. Wystarczy co jakiś czas pomrugać, rozejrzeć się na boki, spojrzeć inteligentnie w oczy prowadzącemu, uśmiechnąć się, pokiwać głową, coś zapisać. Przebudziłam się pod koniec, po wypiciu strasznych ilości kawy rozpuszczalnej, której nie znoszę. Okazało się, że moje marzenie się spełniło i w międzyczasie zadzwoniła do mnie najbardziej urocza i operatywna sprzedawczyni z ery. Zdobyła dla mnie modem! [/FONT] [FONT=Arial] Droga, zamiast niespełna godziny, zajęła mi półtorej. Przecież to oczywiste, że roboty drogowe na wielką skalę na najbardziej przelotowej trasie zaczyna się jesienią. Liczne ekipy wykonawcy mają zatrudnienie przez całą zimę, a użytkownicy drogi rozrywkę, wszechobecny element niespodzianki i możliwość do zacieśniania relacji. Kiedy wrzeszczy się do kogoś „Ty ******, *******nięty skurwysynu!!!”, co bez wątpienia wskazuje na dziedziczenie patologii, odpada od razu zamęt z bruderszaftem, stawianiem kolejki itp. Jest po prostu miło, ciepło i swojsko. Od razu. Do punktu ery dotarłam w stanie wrzenia. Przede mną były trzy osoby, co wróżyło półtorej godziny stania, a właśnie załatwiana para wyglądała na bardzo zadomowioną. Wręcz odniosłam wrażenie, że wyleżenie na czubku głowy lady powstało wskutek jej kilkudniowej tam obecności. Facet się nie odzywał, jak przystało na głowę rodziny. Za to przynależna tej głowie szyja intensywnie zgłębiała tajniki przedłużanej umowy. A nuż operator wykazał się podstępną inteligencją i zastawił śmiercionośną pułapkę na stałych klientów. Cierpliwa niebiańsko i wciąż, chociaż jakby z wysiłkiem, uśmiechnięta sprzedawczyni, po raz czwarty udzielała tych samych wyjaśnień, a ja czułam, że pojawiają mi się objawy menopauzy, nerwicowe, psychopatyczne oraz zwykła, uczciwa żądza makabrycznego mordu. Na szczęście ludzie przede mną wymiękli, więc już po godzinie zostałam obsłużona. Ponieważ dokładnie wiedziałam, czego chcę, nie wydziwiałam i nie udawałam wtórnej analfabetki z paranoją, zostałam załatwiona w ciągu dziesięciu minut. Po odczekaniu kolejnej godziny w przychodni ulubiony lekarz zajął się moim zapaleniem korzeni nerwowych w kręgosłupie piersiowym. Uznałam, że do wtorku powinnam zacząć normalnie oddychać i jako tako się uruchomić. [/FONT] [FONT=Arial] Do domu, mimo kożucha i kaszmirowego golfu, dotarłam klekocząc zamarzniętymi członkami. Garet, po całym dniu oczekiwania, był tak stęskniony, że usiłował rozedrzeć mnie na strzępy i równocześnie przywrócić kuchnię do stanu przed remontem. Zatkałam go na chwilę krakersami, a zaraz potem wyładował cały entuzjazm na piwnicznych kotach. Spały wszystkie w kotłowni, na stosie „Wyborczej”, z wyjątkiem Szkaradnego Kocurka, który ułożył się na piecu i rzucał mi miłosne spojrzenia zza wyłączonej konsoli. Po przelocie Gareta ostał się tylko Kocurek, z natury flegmatyczny i przyjazny. Reszta znikła, złorzecząc ponuro z różnych zakamarków piwnicy. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy mniej więcej opanowałam sytuację w domu, podłączyłam modem i wsiąkłam. W gruncie rzeczy Internet to dla mnie żadna nowość, stanowi podstawowy element pracy, ale mieć to wreszcie w domu, jako tako działające… O drugiej w nocy Irena zastała mnie w kuchni stukającą w klawiaturę i zażądała, żebym wreszcie wyłączyła tę iluminację i poszła spać. Garet przytaknął ze spazmatycznym westchnieniem.[/FONT] [FONT=Arial] O ósmej rano już odbierałam pocztę. Ostatnim wysiłkiem woli porzuciłam komputer, pogimnastykowałam się, posprzątałam bardzo solidnie i poszłam na zakupy. Żeby wynagrodzić Garecikowi krótką noc, postanowiłam kupić jakąś nową piszczącą zabawkę, bo stare albo się zepsuły albo były gdzieś ukryte. Długo przesłuchiwałam w sklepie różne instrumenty, wystawiając na ciężką próbę cierpliwość sprzedawczyń, aż wreszcie znalazłam grającą pałkę. Na pewno będzie wygodna do noszenia w zębach. [/FONT] [FONT=Arial] -Tę zieloną proszę. [/FONT] [FONT=Arial] Ekspedientka sięgnęła po zieloną, zawieszoną na sznurku w pobliżu lady.[/FONT] [FONT=Arial] -Nie, przepraszam, chodzi mi konkretnie o tę – wskazałam dyndającą pół metra nad moją głową. –Ma najlepszy dźwięk – wyjaśniłam. [/FONT] [FONT=Arial] Pani rzuciła mi zagadkowe spojrzenie, ale wzięła stołek i podała mi wybrany przedmiot. Oprócz tego kupiłam dwa piękne okazy białych świńskich uszu i worek niebarwionych pałeczek mięsnych.[/FONT] [FONT=Arial] W sklepie mięsnym zaopatrzyłam się w pięć kilogramów różnego rodzaju mięsa, przy okrawkach od żeberek zastrzegając, żeby były drobne i z chrząstkami, bo to dla psa. Kolejka spojrzała na mnie z potępieniem. W pierwszym odruchu pomyślałam, że chodzi o to, iż kupuję wieprzowinę. [/FONT] [FONT=Arial] -Odmówił jedzenia udek z kurczaka – usprawiedliwiłam się pospiesznie. Potępienie jakby zwiększyło ciężar gatunkowy i wtedy uświadomiłam sobie, gdzie mieszkam. W Krakowie nikt by się nie dziwił… [/FONT] [FONT=Arial] -Ale pani ma wybrednego psa! Myślałam, że kupuje to pani dla siebie…[/FONT] [FONT=Arial] Już nie tłumaczyłam, że jestem wegetarianką, a mój pies będzie jadł to, na co ma ochotę, obojętne, co ludzie o tym myślą, tylko przytaknęłam, że tak, jest wybredny i poprosiłam o zapakowanie kości cielęcych, tylko płaskich. Bez ud i podudzi. Kiedyś wdałam się w dyskusję, że chodzi o strukturę kostną, ale pani wywaliła na mnie takie wielkie oczy, że zaniechałam tematu. [/FONT] [FONT=Arial] Taszcząc to wszystko prawie słyszałam, jak mój kręgosłup trzeszczy rozważając, w którym miejscu radośnie pęknąć. Ostatecznie wytrzymał, choć z głęboką niechęcią, za to objawy korzeniowe nasiliły mi się do tego stopnia, że zawahałam się, czy z tabletek nie przejść na zastrzyki. [/FONT] [FONT=Arial] Zanim Garet zdążył rozerwać wszystkie torby z zakupami, przytomnie rzuciłam mu kość. Popędził z nią radośnie do pokoju, żeby oswoić nowe narzuty na kanapie, fotelu i moim łóżku. Po godzinie po całym domu plątały się resztki chrząstek, narzuty zdobiły krwawe wykwity, a pies z przymkniętymi z rozkoszy oczami komponował skoczne utwory na nowej zabawce. Niestety, na krytyka muzycznego wybrał sobie Irenę. Co chwilę z jej pokoju dobiegał dziki wrzask.[/FONT] [FONT=Arial] -Wyjdź stąd!! Wynoś się, do cholery!!! [/FONT] [FONT=Arial] Garet nie z tych, którzy się łatwo poddają. Jeśli wychodził, to tylko po to, żeby zebrać ode mnie porcję pochwał, zrobić honorową rundę wokół kuchni i piszcząc jak wirtuoz wrócić do babci.[/FONT] [FONT=Arial] -Wynocha!!! Co za koszmarny pies!!! Uwziął się na mnie!!![/FONT] [FONT=Arial] Kaja przyjechała późnym wieczorem. Okazało się, że też nie jest w stanie docenić twórczości Gareta. [/FONT] [FONT=Arial] -No przecież wsłuchaj się, to jest wspaniała kompozycja. [/FONT] [FONT=Arial] -Jasne. Piszczy tak, że za chwilę ogłuchnę![/FONT] [FONT=Arial] -Ale posłuchaj, tony są różnej wysokości, różnej długości, zauważ ten rytm… Teraz to jest blues. [/FONT] [FONT=Arial] -Przestań. Na tym można tylko piszczeć, piszczeć i piszczeć. [/FONT] [FONT=Arial] -Cóż, Gareciku, trafiłeś na słuchaczy z dębowym uchem – użaliłam się nad psem, który błyskając w zachwycie białkami, komponował kolejny utwór. [/FONT] [FONT=Arial] Rano Garet odwiedził mnie stosunkowo późno, bo dopiero o siódmej rano. Przyniósł mi do łóżka żółtą gumową kość, której wygląd wyraźnie sugerował, że została niedawno ekshumowana z ogródka. Położył ją na poduszce i podreptał na górę. Kiedy wrócił ze swoją zieloną gumową pałką, zrozumiałam, że chciał mi dać drugi instrument w nadziei, że stworzymy duet. [/FONT] [FONT=Arial] -Garecik, cicho bądź, wszyscy śpią – wymamrotałam, zrzucając ubłoconą kość na podłogę. –Jeśli teraz zaczniesz grać, babcia nas zabije. [/FONT] [FONT=Arial] Garet przez chwilę siedział zadumany na moim brzuchu, obracając delikatnie w wielkich zębach swój ulubiony instrument. Rozważywszy moje argumenty, westchnął spazmatycznie i potruchtał na górę, do pokoju Kai. Wrócił w pół godziny później, wylazł na parapet i zlustrował czujnym okiem ogródek, nie wypuszczając pałki z zębów. Potem wszedł do łóżka, westchnął i przytulił się. Okryłam go kołdrą i już zasypialiśmy, kiedy wstała Kaja, jak na nią zadziwiająco wcześnie. Garet od razu się ożywił i zaczął grać coś w rodzaju oberka. Potem na chwilę zamilkł, najwyraźniej czekając na oklaski. [/FONT] [FONT=Arial] -No, pochwal pieska! – zachęciłam Kaję. [/FONT] [FONT=Arial] -Za co? Za chwilę oszaleję od tego piszczenia![/FONT] [FONT=Arial] Garet zakłopotany poprawił się na moim ramieniu.[/FONT] [FONT=Arial] -Po prostu się wsłuchaj. Jest genialnym kompozytorem. Wydobywa z tego tyle możliwości… I zobacz, takie celowe, przemyślane głęboko działanie…[/FONT] [FONT=Arial] -Walnąć cię?[/FONT] [FONT=Arial] -…zastanawiam się, czy nie kupić mu jeszcze żółtej, ma trochę wyższy dźwięk, może by wolał…[/FONT] [FONT=Arial] -Jeśli chcesz, żebym przestała przyjeżdżać, to mu kup. [/FONT] [FONT=Arial] -Kompletnie się nie znasz…[/FONT] [FONT=Arial] Garet, rozczarowany właściwym geniuszom niezrozumieniem, przewrócił oczami i z pałką w zębach wskoczył na parapet. Za chwilę dołączyła do niego Gacia.[/FONT] [FONT=Arial] -O Boże, znowu się zacznie – jęknęłam. Co rano tak siedzą, a Gacia, nie dość, że zajmuje mu miejsce, to jeszcze drze na niego ryja.[/FONT] [FONT=Arial] -Ona przemawia do ptaszków, prawda, Gacunia?- rozczuliła się Kaja, pieszcząc swoją pupilkę.[/FONT] [FONT=Arial] -Rech, rech – potwierdziła Gacia, strosząc wąsy. [/FONT] [FONT=Arial] I rzeczywiście, zaczęło się. Gacia pomrukiwała i gruchała, raz łasząc się do Gareta, raz kuląc groźnie uszy, aż wreszcie dała mu w zęby po to, żeby zaraz znowu otrzeć się o jego brodę. Zdezorientowany Garet postawił uszy w trójkąt zezując na nas błagalnie. Ale kto może wyjaśnić niespójne zachowania kota? Na pewno nie ja.[/FONT]
-
[FONT=Arial]20.11.2007 wtorek[/FONT] [FONT=Arial] Och, tak, Pan Więcej Błysków niż Najlepszy Cylinder ma się znakomicie. Jego najgorsze cechy utrwaliły się, a dobre nie pojawiły. Gra na moim rozbudowanym poczuciu winy jak wirtuoz. Przez całe życie nie spotkałam lepszego manipulanta. Robi przynajmniej dziesięć nadzwyczaj wyrazistych min na minutę, a każda trafia prosto w serce. Owinął nas sobie wokół najmniejszego pazura. Kiedy już poruszy wszystkie strony duszy, uśmiecha się szeroko, z triumfem, powiewając długim, puszystym ogonem, z diabelskim błyskiem na dnie bursztynowych oczu okolonych gęstymi, wywiniętymi rzęsami. [/FONT] [FONT=Arial] Zasługuje na miano Króla Złodziei. Kradnie po mistrzowsku i niepostrzeżenie, w najlepszym stylu. Wystarczy, że Kaja odwróci się na sekundę, a jej kotlet mielony jest w połowie bezszelestnej drogi na fotel, mrugając niewinnie i uśmiechając się przepraszająco czarnymi wargami. Oscypek, który uwielbiamy obydwoje do szaleństwa, znika z szafki kuchennej i znienacka pojawia się w postaci podziurawionej zębami miniatury na progu pokoju. Winnych nie ma. Kiedyś odprowadzaliśmy do furtki Artura, który też ma słabość do oscypków, ale wielkodusznie zostawił mi połowę. Garet zasmucił się rozdzierająco, uronił parę łez i znikł. Zastałam go na kanapie, gdzie z wciąż wilgotnymi oczami kończył ser. Zapamiętał, że leży na stole, dla niepoznaki odprawił pospiesznie pożegnalny rytuał i zdążył dopaść porzucony przysmak. Dziś, po plasterku, niezwykle elegancko, wykradł z podwójnego woreczka trzydzieści deko okrawków wędlin. Woreczki zostały, w razie, gdyby były przydatne do odtworzenia zawartości. Oczywiście, gdyby okrawki leżały w jego misce, poświęciłby im niewiele uwagi. Płakałyby z osamotnienia tak, jak udka kurczaka. Wszystko zyskuje stukrotnie na atrakcyjności, gdy znajduje się w drodze do naszych ust. Paskudnik potrafi zjeść kapustę kiszoną, sałatę w ostrym sosie, ruskie pierogi, jajecznicę, pod warunkiem, że jest lekko wysmażona, a mięso z jego miski, na moment przed tym, zanim podejmie decyzję opuszczenia jej na własnych, małych nóżkach, pożerają bezpańskie koty i bezpańskie psy. To tyle na temat tego, że ponad połowa rodaków żyje na granicy minimum socjalnego. Przy takich nawykach żywieniowych powinien być chudy jak wiór, ale nie, jest przyjemnie zaokrąglony i świeci się jak obłąkany. [/FONT] [FONT=Arial] Nadal wykazuje kompulsywne zachowania w kierunku otwierania wszystkiego, co zamknięte, po naszym wyjściu z domu niszczy dokumentnie jakąś rzecz osoby, która złośliwie opuściła go ostatnia, a na parapecie w moim pokoju zadomowił się całkowicie, więc pousuwałam większość kwiatków, żeby mu nie przeszkadzały. Pierwsze podejście robi o wpół do piątej, jeszcze przed świtem. Jeśli jest Kaja, wyłazi z jej łóżka otwierając po drodze wszystkie drzwi na oścież. Jeśli jej nie ma, wyłazi z mojego albo zwleka się z kanapy. Ulokowawszy się na parapecie, przykleja nos do szyby i gapi się w ciemność, wypatrując ewentualnych najeźdźców, których należy natychmiast oszczekać. Najmniejszy ruch lub jego iluzja powoduje, że gwiżdżąc rozdzierająco usiłuje wydostać się na zewnątrz. Mniej więcej w tym momencie mogę nieodwołalnie pożegnać się ze snem, choć mój organizm posłusznie się podporządkował i zazwyczaj nie śpię już od trzeciej. Trudno spać, jeśli kilkakrotnie w ciągu nocy człowiek, wędrując do łazienki, zaplącze się w półtorametrowego jamnika, nadepnie na piszczącą rękawicę bokserską, kopnie w ryja jednonogą gęś i potknie się o własne, zimowe buty, nie mogąc uprzednio znaleźć pantofli. Pod stopami krzepiąco chrzęści piasek i kocie chrupki, które wypadły ze złodziejskiej psiej mordy. Pod kołdrą leży ukryte świńskie ucho i jęczący jeżyk, a na kołdrze czekają uprzejmie wyprostowane na baczność przynajmniej dwa spasione koty, zamierzające na powrót wpasować się w wybrane krzywizny ciała.[/FONT] [FONT=Arial] W przeciwieństwie do dużego łóżka Kai, moje ma osiemdziesiąt centymetrów szerokości, toteż jeśli do Gareta, Kolesia i Gaci doda się Perłę, staje się jasne, że przez większość nocy badam obolałymi plecami fakturę ściany. Rozbestwiona przez Kaję, jednooka Perła, przywykła spać na poduszce, od strony twarzy ofiary. Nie sposób odwrócić się niepostrzeżenie. Natychmiast włącza się jej radar i przemieszcza się jak przyklejona, przy czym od nowa włącza mechanizmy samousypiania, to znaczy warczy jak spadający helikopter, co natychmiast odziera mnie z wiotkich, drżących resztek snu, bo od razu wpadam w rezonans. W okolicy kolan charczy i mlaska Koleś, mamląc swój brzuch, a Gacia z niezrozumiałym uporem balansuje na moich skrzyżowanych kostkach. Ze złości robi mi się gorąco jak diabli, wykopuję się spod kołdry, co tylko zwiększa natężenie warcząco-charcząco-ciamkającego hałasu. W stanie skrajnej desperacji wyrzucam z łóżka najgłośniejszą jednostkę, czyli Perłę, która przez długą, pokrzywdzoną chwilę, gapi się na mnie z fotela swoim jedynym, rozjarzonym okiem. Garet wtula się mocniej, oddychając spazmatycznie jak człowiek po ciężkim, histerycznym płaczu. Zawsze tak oddycha podczas snu, to skutek tego, że w czasie czuwania jest taki nakręcony. Najważniejsze składowe wewnętrznej harmonii i spokoju to pies z pełnoobjawowym ADHD i lejące wszędzie koty. [/FONT] [FONT=Arial] Co drugi dzień muszę myć wszystkie podłogi, co zapewnia ich świeżość mniej więcej na kwadrans. Zaraz potem pod nogami trzeszczy piasek, nogi zanurzają się w nadzieniu pluszaków, wyszarpanym przez Gareta, a wzrok lgnie do czarnych, lepkich plam niewiadomego pochodzenia. Z piwnicy dobiega ostry zapach moczu bezpańskich kotów, a mnie przed oczami staje wizja rozpędzonego tira, co natychmiast budzi wyrzuty sumienia i poczucie winy. [/FONT] [FONT=Arial] W przerwach walczę z piecem, który wciąż jedzie na sterowaniu ręcznym, bo mam jeszcze do spalenia trochę zwykłego węgla. Zima zaczęła się tak wcześnie, że jedno jest pewne – ekogroszku i tak zabraknie. No, ale może chociaż przez dwa miesiące będę pluła i smarkała sadzą oraz popiołem co parę dni, a nie codziennie. A Garet będzie miał mnie okazji do prześladowania pięciu piwnicznych kotów i wyżerania im z misek. To jest równie pyszne, jak moje potrawy. Sama już nie wiem, a może on po prostu nie lubi swojej miski? Może pamięta, że jako dziecko jadał z talerza i widelcem?...[/FONT]
-
znalazłam jakieś zaległości...:iloveyou: [FONT=Arial]16.10.2007 wtorek[/FONT] [FONT=Arial] Garet wciąż trwa w fazie ciężkiej depresji po wyjeździe Kai. Przez całe wakacje był przytulany i pieszczony niemal tak często, jak tego potrzebuje, czyli średnio co trzy minuty, a tu nagle kicha. Przez cały dzień sam, opuszczony, z ziejącą boleśnie emocjonalną czarną dziurą. Obecność Ireny jest chyba marną pociechą, bo sama słaba, zirytowana opieką nad dziesięcioma kotami, kompletnie nie rozumie, że zniszczenie, jakie Garet wokół siebie sieje, wynika z jego niezaspokojonych potrzeb emocjonalnych. Na szczęście ostatnio już nie ucieka na podjazd sąsiada, chwilowo zabezpieczenia działają. Ostatnio pod modrzewiem zamontowałam dwumetrową deskę, sąsiad dołożył ciężką płytę chodnikową, a ja na wszelki wypadek podparłam całą tę konstrukcję zwałami gruzu. Czuję się, jakbym mieszkała w San Quentin. Pierwszego dnia po wyjeździe Kai, wiedząc, że Irena też opuszcza dom na parę godzin, wyłaziłam w pracy ze skóry. Do sąsiada już przed ósmą zdążyłam zadzwonić na wszystkie znane mi numery telefonów. Odezwał się, nieco przestraszony, po dziewiątej, kiedy otworzył firmę. Do tego czasu byłam już w stanie najwyższej paniki i nie od razu mnie zrozumiał. Kiedy wreszcie do niego dotarło, że nie chodzi o morderstwo, rabunek czy pożar, zlustrował okolicę i flegmatycznie zapewnił, że niepokojących sygnałów nie dostrzega, ale mam dziwnie dużo odzieży w ogródku. A, tam, mniejsza o odzież, i tak prawie wszystko zrobiło się za duże. [/FONT] [FONT=Arial] Irena przed każdym wyjściem z domu przeżywa potężny stres, bo rzadko jej się udaje wydostać na tyle zręcznie, żeby Garet nie wydarł się przed nią. I ostatecznie zostawia go przed wejściem, a ponieważ zna moje histeryczne obawy przed otworzeniem furtki przez jakiegoś idiotę, nie ma ani chwili spokojnej. [/FONT] [FONT=Arial] Męcząca jest też klaustrofobia naszego pieszczocha. W lecie możliwa do zniesienia, teraz staje się nie do wytrzymania. Dopóki nie pootwiera wszystkich drzwi, trzepocze się po domu jak naćpana ćma. A ja mam wrażenie, że mieszkamy w przewiewnym igloo. Zresztą igloo chyba najbardziej by mu odpowiadało. Okrągłe, wszystko na oku, mógłby się położyć na środku i kontrolować sytuację. A stado, nawet z lekka przetrzebione, nie mogłoby się rozleźć po kątach. No, ale nawet dla niego nie zdołam przerobić domu na okrągły. [/FONT] [FONT=Arial] Jesień jest prześliczna, jarzy się w promieniach słońca moimi ukochanymi kolorami, ale w domu jest na tyle zimno, że muszę palić. Na razie wciąż jeszcze na awaryjnym stanowisku, starymi zapasami węgla. Dopiero w grudniu przejdę na ekogroszek, mam tylko półtorej tony. Właśnie w sobotę znosiłam to do piwnicy, bo obawiałam się, żeby deszcz nie zaczął padać. Kaja mnie uspokoiła, że węgiel i tak przywieźli mokry, więc żadna różnica. Faktycznie, był na tyle mokry, że nie dało się tego wytłumaczyć osiadaniem rosy… Może padało tylko nad składem opałowym. Specjalnie po to, żeby węgiel był cięższy. Natura zna bardziej zaskakujące przypadki.[/FONT] [FONT=Arial] Byłam w połowie znoszenia, kiedy na balkonie pojawiła się Irena. Przez chwilę szurała pantoflami, po czym zamarła.[/FONT] [FONT=Arial] -Rany boskie, co ty robisz?![/FONT] [FONT=Arial] -Znoszę – sapnęłam zgodnie z prawdą.[/FONT] [FONT=Arial] -Oszalałaś?!! Jakim cudem już tyle zniosłaś?[/FONT] [FONT=Arial] -Tymi ręcami – warknęłam, bo strasznie nie lubię, kiedy ktoś mi przerywa robotę.[/FONT] [FONT=Arial] -Zostaw to zaraz, jeszcze coś ci się stanie![/FONT] [FONT=Arial] Najwyraźniej przed moją matką pojawiła się znienacka wizja osierocenia, a co najmniej wkurwionej i upierdliwej córki rozwalającej dom wózkiem inwalidzkim. Przy każdej cięższej pracy fizycznej zastanawiam się, ile jeszcze zniesie moja przepuklina rdzeniowa i towarzyszą mi podobne wyobrażenia, ale mam słaby instynkt samozachowawczy, za to duży pęd do autodestrukcji. Poza tym spędzanie Gareta z kupy węgla absorbowało mnie wystarczająco, żeby nie myśleć o pierdołach, tylko dążyć do usunięcia problemu. Pies był niemożliwy do opanowania, więc trzeba było usunąć węgiel, zanim obaj zleją się kolorem, który potem z sypką łatwością przeniesie się na kanapę i moje łóżko. A później do moich płuc, jakby mało tam było sierści i smolistych konsekwencji wciągania dymu tytoniowego. [/FONT] [FONT=Arial] Ledwie pozbyłam się Ireny, pojawiła się Kaja. Wybrała znakomity moment na wieszanie prania. Coś tam trajkotała, jak zwykle, ale z prędkością przekraczającą rozdzielczość mojego słuchu, więc nie zwracałam uwagi. Zresztą liczyłam wiadra, żeby mi się czas nie dłużył i każde wkroczenie w to natręctwo wybijało mnie z rytmu. Skrawkiem świadomości zarejestrowałam tylko, że krzyczy na Gacię, co wydało mi się o tyle dziwne, że Gacia na ogół nie opuszcza domu, a poza tym Kaja nigdy na nią nie krzyczy. Zareagowałam dopiero wtedy, kiedy tuż nad moją głową rozległ się ryk:[/FONT] [FONT=Arial] -MAMUŚMAMUŚUWAŻAJNIERUSZAJSIĘMYSZ!!!!!!![/FONT] [FONT=Arial] Moja reakcja nie była zapewne zgodna z oczekiwaniem Kai, za to bardzo dynamiczna. Wrzasnęłam dziko, rzuciłam wiadra i runęłam w przypadkowym kierunku, jak się okazało, niewłaściwym. Zamarłam ze stopą oddaloną o kilka milimetrów od dużej, rudawej myszy, zdradzającej oznaki pełnego najwyższego zdegustowania oszołomienia, który to stan udzielił mi się błyskawicznie.[/FONT] [FONT=Arial] -Ojejej – zmartwiła się Kaja nad moją głową. – Chciałam tylko, żebyś na nią nie wlazła… [/FONT] [FONT=Arial] -To ci się, *****, nawet udało – warknęłam. - Czego się, *****, tak drzesz?!! Nie mogłaś powiedzieć normalnie?! Miałam wrażenie, że ta cholerna mysz spada mi na głowę! [/FONT] [FONT=Arial] -No bo prawie tak było – przyznała sprawiedliwie Kaja. –Dopiero co wytrząsnęłam ją z Gaci… [/FONT] [FONT=Arial] -Chryste, ta cholerna wampirzyca raz na pół roku wyłazi z domu i od razu musi coś wziąć do mordy?! Bo stara kolekcja jej wyzdychała? Wiesz co, wydaje mi się, że z tej myszy nic nie będzie. Nie wygląda na podnieconą wolnością…[/FONT] [FONT=Arial] W pół godziny później, kiedy ułożyłam znękane zwłoki na leżaku, wmawiając sobie, że w słońcu musi być ciepło, zauważyłam mysz, która plątała się bez sensu pod dziurawcem, wciąż uginającym się pod ciężarem cytrynowych kwiatów. Wśród bujnych gałęzi obrastających pień ściętej lipy zaszemrał Szkaradny Kocurek, wpatrując się we mnie z niezaspokojoną tęsknotą. Tęsknota była niezaspokojona, bowiem u moich stóp padł znużony spacerem Garet. Kocurek wyglądał koszmarnie, futro sterczało mu we wszystkie strony, zdradzając nieprzepartą chęć opuszczenia kolejno, kępkami, targanego miłością do ludzkości ciała. Artur, na podstawie opisu dziwnego zjawiska, zalecił, żeby na początek podawać mu tran. Chociaż nie ukrywał, że podejrzewa jakąś paskudną chorobę skóry, co wróży, że wkrótce wszystkie nasze i przysposobione zwierzęta będą wyglądały, jakby wpadły pod mocno zużytą kosiarkę, która dokonała żywota przy wyrębie dębowych lasów. Niewykluczone, że my będziemy wyglądać tak samo, co ostatecznie zakończy legendę nadzwyczaj bujnego, uwarunkowanego genetycznie owłosienia, a tym samym udowodni, że nawet geny wymiękają w starciu z czynnikami środowiskowymi. [/FONT] [FONT=Arial][/FONT]
-
Wiem, że jestem monotematyczna, ale czyż on nie sypia ślicznie? [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img142.imageshack.us/img142/5199/obraz008gz0.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img136.imageshack.us/img136/280/obraz010ia8.jpg[/IMG][/URL] a teraz chłodzenie [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img521.imageshack.us/img521/4198/obraz013eo1.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/g.php?h=521&i=obraz013eo1.jpg][IMG] ... i foczka [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img521.imageshack.us/img521/1435/obraz014oe9.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/g.php?h=521&i=obraz014oe9.jpg][IMG]
-
[FONT=Arial]12.10.2007 piątek[/FONT] [FONT=Arial] Same widzicie, jaki nasz obłąkany skurczybyk jest przystojny. Dla zmylenia przeciwnika robi miny znudzonego rzymskiego senatora, zblazowanego saksofonisty albo wdzięczącej się Susie. Wyjątkiem są sytuacje, kiedy zupełnie nie panuje nad emocjami, a tym samym nad mimiką. Czyli na przykład stan amoku seksualnego po inhalacjach z feromonów na spacerze albo stan powitalnego szału. Oczy ma wtedy puste jak rekin, a wskaźnik na zbiorniku paliwa przełączony na mięśnie. Głównie żwacze. Dopiero ryk spowodowany rozerwaniem siatek z zakupami albo tekstyliów powoduje u niego krótki przebłysk świadomości. Jeśli ryk jest wystarczająco głośny i poparty rozpaczliwymi gestami, Garecik na chwilę rozpościera się bokiem na oparciu fotela, zwiesza głowę i przepraszająco przeciera łapą wybałuszone oko. Być może przypisuję mu niewłaściwe intencje – możliwe, że oko przeciera w nadziei, że ten dziko gestykulujący i wrzeszczący pajac zniknie. [/FONT] [FONT=Arial] Teraz jego uroda dosłownie jaśnieje, bo po pół roku oczekiwania dostałam wreszcie robioną na zamówienie obrożę z czerwonego weluru, wysadzaną kryształkami. Kaja ponuro prorokowała, że obroża na pewno będzie obleśna, a nasz przystojniak będzie w niej wyglądał jak pedał i chyba zwariowałam, że dla takiego byka zamawiam obrożę pasującą yorkowi. Teraz sama przyznaje, że bardzo mu do twarzy i nic nie stracił na męskości. Czerwień to zdecydowanie jego kolor, a kryształki są bardzo dyskretne, chociaż pięknie się mienią. Zresztą Garet postrzega się bardziej jako istotę o małych gabarytach, taką, co to bezkarnie może wskakiwać na kolana i prezentując całkowitą niewrażliwość na bolesne jęki wydawane przez podłoże, układać się tam wygodnie z enigmatycznym wyrazem pyska, wzrokiem utkwionym w przestrzeń i sękatymi łokciami, piętami i kolanami zanurzonymi swobodnie w narządach wewnętrznych tegoż podłoża. Ostatnio wypracowałam w sobie taki hart ducha, że jeśli jem, spędzam go z kolan bezlitośnie. Bardzo jestem z siebie dumna, choć to po części konieczność, bo aby jeść cokolwiek z tym maleństwem na kolanach, musiałabym sobie wykształcić bociani dziób. Przy czytaniu na ogół się poddaję – niech sobie psina posiedzi… Ostatnio wskakuje na kolana wyraźnie w celu podkreślenia swojego prawa własności. Jeśli wtuli się we mnie słodko Koleś, albo Gacia szuka podgrzewacza, jest pewne, że zaraz runie na mnie Garet, kompletnie ignorując wcześniejszego lokatora, który przytomnie salwuje się szybką i pełną irytacji ucieczką. Podobnie zachowuje się podczas wizyty Artura, którego zaczął traktować ostrożnie i lekko bojaźliwie. Nadal jest przyjazny, ale podchodzi z ociąganiem i macha tylko końcem ogonka. Może zaczął rozumieć więcej zapachów, które zwykle towarzyszą weterynarzowi? [/FONT] [FONT=Arial] Tylko Pola pcha się do Artura jak do matki, ale być może jest to spowodowane częstym współwystępowaniem Artura i pikantnych kruchych paluszków, którymi chętnie się dzieli ku wściekłości Reny. Najpierw każe sukę odchudzać, a potem sam ją pasie! Podczas ostatniego spotkania proponowaliśmy, żeby wysłać oboje na jakiś forsowny spacer. Pola straciłaby trochę kalorii, a Artur wyrobiłby sobie kondycję, bo ma tragiczną. Gdy, chwilowo pozbawiony samochodu, musiał przejść na nogach dwa kilometry, gromko obwieszczał całemu światu, że za chwilę umrze, bo jest zupełnie wykończony, cały mokry i śmierdzi. [/FONT] [FONT=Arial] -Niemożliwe, żebyś tak capił – wykrzywiłam się z niesmakiem, ignorując fakt, że pod nosem mam brodę uszczęśliwionej Poli, która właśnie mieszała kikutem ogona w Arturowej herbacie. Spojrzałyśmy na siebie z Magdą i uzgodniłyśmy szeptem, że lepiej nic nie mówić. Arturowi nie zaszkodzi, a Rena musiałaby znowu wstać i iść do kuchni, porzucając tulącego się do niej Gucia. Gucio miał przegwizdane, bo wszyscy wzięliśmy sobie do serca opowieści Magdy o ofiarach jego zębów. Zmuszało nas to do intensywnej uwagi, bo jeśli ogromne góry czarnego futra nie stały obok siebie, trudno je było odróżnić. [/FONT] [FONT=Arial] -Czy to, co leży obok mojej łydki, to Pola? – zapytał z nadzieją Jarek udający się do łazienki. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie, to Gucio – pozbawiła go złudzeń Rena. [/FONT] [FONT=Arial] -A, to ja już nie muszę. No, właściwie to skorzystam na miejscu… [/FONT] [FONT=Arial] Też bym skorzystała, gdybym musiała przejść obok Gucia. Gucio, w przeciwieństwie do Poli, to anorektyk. Rena mówi, że musi dokonywać cudów, żeby coś zjadł. Chociaż mam wrażenie, że te niewielkie ilości wykorzystuje do maksimum. Wyjątkowo miał ochotę na kawałek pizzy. Mój duch pospiesznie wyemigrował z ciała i zawisł pod sufitem, kiedy wolnym ruchem wyciągnęłam w kierunku Gucia rękę z kawałkiem ciasta. [/FONT] [FONT=Arial] -Tylko odegnij palce, bo złapie wszystko razem – ostrzegła mnie w porę Rena. Jezu, nie miałam pojęcia, że moje stawy działają tak sprawnie w zupełnie niefizjologicznym kierunku. Dłoń wywinęła mi się zupełnie na zewnątrz. Na szczęście Gucio uprzejmie skupił się na pizzy. Jadł, dopóki Artur, zgasiwszy papierosa, nie ryknął, żeby otworzyć okna, bo on się dusi!!![/FONT] [FONT=Arial] -Przed chwilą sam paliłeś – zauważyła Magda. –Ciekawe, jak wytrzymasz u nas, przy czterech osobach palących, w mieszkaniu wielkości swojej łazienki…[/FONT] [FONT=Arial] -Wystawimy go za okno. Mam nawet wizję takiego krzesełka na linach… - rozmarzyłam się. –Albo nie, mam lepszy pomysł. Jareczku, czy ty możesz gdzieś wypożyczyć maskę p/gaz? [/FONT] [FONT=Arial] -Pewnie! Bez problemu! – ożywił się radośnie Jarek. [/FONT] [FONT=Arial] -Ale jak on będzie mówił w takiej masce? – zmartwiła się Magda.[/FONT] [FONT=Arial] -Bełkotliwie. Myślisz, że byle maska mu przeszkodzi? – parsknęłam ironicznie. [/FONT] [FONT=Arial] -Jak będzie za dużo mówił, to mu założymy korek na pojemnik – zachichotał Jarek.[/FONT] [FONT=Arial] -A jak będzie złośliwy, to mu do pojemnika podłączymy odkurzacz – dodałam. [/FONT] [FONT=Arial] Rozkoszne wizje Artura w masce pobiły opowieści Reny o byłym małżonku, któremu po imprezach zdarzały się odmienne stany świadomości. Co prawda telewizor przez okno na dach własnego samochodu wyrzucił całkiem na trzeźwo, w chwili lekkiej irytacji. Ponieważ była zima, wszystko ocalało. Przynajmniej do momentu, kiedy taszcząc z powrotem odbiornik, nie pośliznął się na kamiennych płytkach w holu. Za to w łazience zaginął po konsumpcji. Kiedy Rena, mocno zaniepokojona, zajrzała do środka, ujrzała go owiniętego wokół muszli. Leżał z natchnionym wyrazem twarzy. Widząc, że oddycha i nie trzeba wzywać pogotowia, zapytała, co, do cholery, tam robi.[/FONT] [FONT=Arial] -Ci…. szukam…[/FONT] [FONT=Arial] -Czego szukasz?![/FONT] [FONT=Arial] -Ci… szukam…szukam… czegoś ulotnego…[/FONT] [FONT=Arial] Stwierdziliśmy, że bardzo dobrze trafił. Gdzie jak gdzie, ale w kiblu łatwo znaleźć coś ulotnego. [/FONT] [FONT=Arial] Innym razem zaskoczył wślizgującą się do łóżka, skonaną żonę, żądaniem:[/FONT] [FONT=Arial] -Przepraszam bardzo, czy mogłaby się pani przedstawić?[/FONT] [FONT=Arial] -I co zrobiłaś? – jęknęła Magda, kiedy już starłyśmy z oczu resztki makijażu. [/FONT] [FONT=Arial] -Przedstawiłam się. Dobre wychowanie tego wymagało. [/FONT] [FONT=Arial] Po powrocie do domu bez protestów pozwoliłam wskoczyć Garetowi na kolana i z rozkoszą zanurzyłam twarz w jego lśniącym, sprężystym futrze. [/FONT] [FONT=Arial] -Boże, jakie to szczęście, że ty tak cudnie pachniesz![/FONT] [FONT=Arial] Garecik rzeczywiście ślicznie pachnie, a sprężystość jego futra przekracza wszelkie wyobrażenie. Kiedyś Kaja dotarłszy do Krakowa postanowiła sprawdzić, co wbiło jej się w skarpetkę i kłuje w stopę. Nic nie znalazła. Kłuło nadal, więc zaczęła podejrzewać, że to drzazga i następnego dnia dokonała dokładnych oględzin. Okazało się, że to Garetowy włos do połowy wkręcił jej się w skórę. [/FONT] [FONT=Arial]cdn. [/FONT]