Jump to content
Dogomania

joannasz

Members
  • Posts

    593
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by joannasz

  1. Och, Kochana, czeka Cię sublimacja przeżyć, mnóstwo miłości,rozczulenia, furii, rozpaczy, załamań, bezradnosci, kolosalnych wydatków poczucia winy, rozkoszy i myśli - dlaczego, *****, po tylu normalnych psach, trafił mi się taki świr?!! Całuję i życzę żelaznyh nerwów. J. PS. Własnie przeżywamy kolejny remont. Garecik dostał w łeb moją spódnicą i zre mnie poczucie winy.
  2. [FONT=Arial]02.06.2008 poniedziałek[/FONT] [FONT=Arial] Minął tydzień od mojej sentymentalnej podróży do Opola. Omal w ostatniej chwili nie stchórzyłam, bo dwanaście lat nieobecności w ulubionym mieście wydawało mi się wiekiem i z jakiegoś powodu wyobraziłam sobie, że nikt się nie zmienił i tylko ja pogrążyłam się w zgrzybiałej starości, zatem będę nierozpoznawalna i poczuję się, jakbym już nie istniała. Kaja z mieszaniną irytacji i rozbawienia doprowadziła mnie do pionu i zmusiła do wyjazdu. Miałam jeszcze nadzieję, że Arturowi coś wypadnie, ale nie wypadło. Przeciwnie, nawet szkło w okularach miał już nowe, choć na wzmianki o Garecie reagował dziwnie nerwowo. Ciekawe dlaczego, pies przez pięć dni wychodził z szoku pourazowego. [/FONT] [FONT=Arial]Sobota wyglądała tak, jakby zastanawiała się, czy zmarszczyć brwi, czy nie. W rezultacie nie padało, ale było pochmurno z niechętną tendencją do przejaśnień. Moje samopoczucie idealnie harmonizowało z pogodą. [/FONT] [FONT=Arial] Wyjechaliśmy po drugiej. Rozsiadłam się wygodnie; uwielbiam ten samochód, bo mam dużo miejsca na nogi i w dodatku znajdują się pod właściwym kątem, czyli nie zdążają chyłkiem i podstępnie w kierunku uszu. Odprężyłam się, a przynajmniej tak mi się zdawało. [/FONT] [FONT=Arial] -Co ty się tak kurczowo tej klamki trzymasz? Boisz się, że wypadniesz? –zainteresował się Artur. [/FONT] [FONT=Arial] -Wcale się nie trzymam, położyłam tam rękę, bo mi tak wygodnie – zaprotestowałam. Możliwe, że wyglądałam na lekko spiętą, ale to emocje związane z odwiedzeniem ulubionego miasta po 12 latach, a nie obawa przed jazdą, bo Artur jest dobrym kierowcą i w przeciwieństwie do mnie wie, gdzie się znajduje i dokąd zmierza. [/FONT] [FONT=Arial] -Będziesz rzygać? – zaniepokoił się z właściwą sobie subtelnością, gdy oparłam głowę na zagłówku i dotknęłam szyi. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie będę – zapewniłam z lekkim rozdrażnieniem, zastanawiając się, czy jeśli się podrapię po głowie zapyta, czy dostałam wylewu. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy uzgodniliśmy już swoje stanowiska w sprawie objawów wegetatywnych, wymieniliśmy jeszcze parę uwag, po czym powróciłam do właściwego sobie stanu, czyli zamilkłam zagapiona na piękne widoki i pogrążona w myślach. Jako towarzystwo dla kierowcy na długich trasach jestem do niczego, bo działam bardziej usypiająco niż płatki śniegu lecące nocą na przednią szybę. Jednakże Artur, najwyraźniej w przeciwieństwie do mnie, wyspany, ani raz nie uderzył nosem w kierownicę. [/FONT] [FONT=Arial] Nie wyspałam się z powodu kanalizacji. Parę razy w roku, najczęściej podczas głębokiego niżu, gównociąg w całej dzielnicy bierze głęboki wdech, po czym z ulgą wypuszcza z oszlamionych płuc powietrze cuchnące jak średniowieczne miasto po przejściu zarazy morowej. Natychmiastowe zatkanie wszelkich odpływów poprawia nieco samopoczucie, ale nie atmosferę. [/FONT] [FONT=Arial] Tym razem niczego nie zatkałam, bo zasnęłam głęboko, a gdy obudziłam się gwałtownie z powodu szoku wywołanego nieziemskim smrodem, mogłam zatkać już tylko nos. Jak się okazało, Irena ocknęła się wcześniej i opatuliła dokładnie kibel szlafrokiem, o czym przekonałam się z głębokim zdumieniem dopiero wtedy, gdy na nim usiadłam. Wróciłam do pokoju, bezmyślnie otworzyłam okno i usiłowałam zasnąć myśląc mgliście, że gdybym teraz zapaliła, pewnie cały dom wyleciałby w powietrze. Po kilkunastu minutach, chora od narastającego fetoru, uświadomiłam sobie, że otworzenie okna pogorszyło sytuację, więc czym prędzej je zamknęłam. W stanie odurzenia dotrwałam do świtu, kiedy Garecik z hukiem wtoczył się przez kuchenne drzwi i przyczłapał do łóżka domagając się pieszczot. W zamian rzuciła mi na poduszkę pantofel Kai. Wciśnięta na baczność w szparę między łóżkiem a ścianą głaskałam, drapałam i czochrałam, dopóki nie natknęłam się na kleszcza zagnieżdżonego w atłasowym uszku. Wykręciłam gada w całości, ale i tak musiałam wstać, żeby go utopić, więc już nie było sensu się kłaść ponownie. [/FONT] [FONT=Arial] Do Opola dojechaliśmy w niespełna dwie godziny. Półtorej doby później byłam jeszcze bardziej niewyspana, jeszcze bardziej oszołomiona, ale na szczęście Artur przestał na mnie patrzeć jak na tykającą bombę zegarową i nie interpretował każdego mojego gestu jako katastrofy zdrowotnej grożącej w najlepszym przypadku zabrudzeniem samochodu. Pewnie doszedł do wniosku, że skoro nie wybuchłam w drodze do Opola, nie eksploduję również, przynajmniej fizycznie, w drodze powrotnej. Bardzo się cieszę, że pojechałam. To było niezwykle pouczające doświadczenie.[/FONT] [FONT=Arial] Po pochmurnych dniach upał spadł na nas jak przepocona wełniana czapka i dopóki jeszcze się nie rozkręcił na dobre, można było trochę posiedzieć w ogródku. Poprzez znienawidzony huk samochodów słychać było czasami śpiew tych ambitnych ptaków, które jeszcze nie ochrypły, poszczekiwanie okolicznych psów, adresowane niewątpliwie do Gareta i wytrwałe pianie jakiegoś obłąkanego miejskiego koguta, któremu wszystko się pochrzaniło od pór dnia poczynając. Potrafię go sobie nawet wyobrazić, jak wychudły i wyleniały, z przerzedzoną szczeciną na wydatnej grdyce, stoi w jakimś wypalonym słońcem piaszczystym ogródku i przewracając wybałuszonymi w obłędzie ślepiami, wysyła ochrypłe popołudniowe pienia w przesycone spalinami powietrze. [/FONT] [FONT=Arial] Wychodziłam do ogrodu po powrocie z pracy, powitaniu oszalałego z radości psa z rozmerdaną, białą piersią, pozbieraniu sprzed domu różnych, sponiewieranych części garderoby i nakarmieniu siebie oraz sprawcy całego zamieszania, tyle że w odwrotnej kolejności. Drzwi wejściowe zamykałam na klucz, żeby Garet nie musiał być ofiarą bolesnej rozterki, gdzie powinien czuwać. Kiedy już rozpędził wszystkie koty i odgwizdał marsz żałobny nad moim leżakiem, podsuwał się do głaskania i drapania. Potem z bolesnym westchnieniem padał na płytki patio i przez chwilę bawił się doświadczaniem udaru słonecznego. Odczekawszy chwilę, po zasymilowaniu wrażeń, dochodził do wniosku, że jeszcze nie czas na samobójstwo i parkował w cieniu pod tujami albo kopał sobie dołek pod lipą, obficie zasypując piaskiem płytki, które co jakiś czas z bezsensownością Syzyfa myję na kolanach. [/FONT] [FONT=Arial] Jego zniknięcie było zielonym światłem dla Szkaradnego Kocurka, okrutnie niedopieszczonego po śmierci Greeba. Wyłaniał się z chrzęstem z pędów dzikiego wina na murku nad moją głową i poskrzekiwał albo rechotał niczym ropucha we wstępnym stadium afonii, potrząsając z rozczuleniem paskudnym, frędzlowatym, szarym futrem. Nigdy jednak nie zdobył się na tyle odwagi, żeby zeskoczyć i jak dawniej, łasić się do mnie plując ze wzruszenia. Garet w ciągu roku zdołał go wychować. [/FONT] [FONT=Arial] W celu przywrócenia jakiego takiego wyglądu Szkaradnemu Kocurkowi zrobiłyśmy wszystko. Jest systematycznie odrobaczany, doskonale żywiony, w dodatku wypił potworne ilości cholernie drogiego tranu, pewnie odpowiednik co najmniej jednego wieloryba, i nic. Taka jego uroda, ma geny śp. matki, równie szkaradnej, plus geny jeszcze szkaradniejszego ojca, po którym odziedziczył grubokościste, niezgrabne ciało, łeb jak zdeformowane wiadro, uszy na wysokości oczu, schodzące się w zdumiewający sposób na czubku głowy i futro, które wygląda jak u bezdomnego owczarka kaukaskiego w okresie intensywnego, tragicznego linienia. Za to ma serce jeszcze większe niż łeb, pełne miłości i czułości. Jego siostra miała więcej szczęścia. Jest idealnie proporcjonalną, ładną, gładkowłosą koteczką. Ale szczerze mówiąc, wolę Szkaradnego Kocurka. Tak jak wolę ludzi mniej idealnych, z defektami, za to ciepłych i życzliwych. [/FONT] [FONT=Arial] W czwartek po pracy miałam drobny zabieg chirurgiczny. Wracałam z Katowic ze zgrabnymi szwami pod lewą pachą, różową margerytką w torbie i ogromną, obsypaną cytrynowymi kwiatami lipką w objęciach, co znakomicie wpłynęło na kondycję mojej świeżej rany. Równie dobrze zrobiło jej piątkowe sprzątanie, a na koniec atak czułości Gareta. Właśnie, kucając na podłodze, wyjęłam z kosza worek ze śmieciami i próbowałam go zawiązać, ale nie zdążyłam. Garecik wpadł z dworu z głębokim postanowieniem obdarzenia mnie mokrym całusem i żadne błagania o zwłokę nie pomogły. Jak zwykle nasz samiec alfa dopiął swego, a ja leżałam na podłodze przysypana śmieciami z niezawiązanego worka. Garet stał nade mną z rozrzewnioną miną, łkając ze wzruszenia i wzrokiem skacowanego saksofonisty śledząc, jak zdejmuję sobie z twarzy skórkę po pasztetowej. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja przyjechała w sobotę, nakładając tymczasowy opatrunek na ziejącą tęsknotą ranę w duszy Gareta. Opatrunek był prowizoryczny, bowiem dusza naszego psa mimo kompletnego stada nadal żywiołowo reaguje na zew świata zewnętrznego. Teraz, gdy stale otwarte są drzwi wejściowe i balkonowe, Garet rozpaczliwym szlochaniem domaga się otwarcia również drzwi do piwnicy. Zmniejsza to częstotliwość molestowania, ale nie jego siłę. Jego pięknie wysklepiona, myśliwska głowa nie pojmuje odmowy. Perkusja pazurów o podłogę, spojrzenie roztapiające marmur i rzewny utwór o znanej melodyce. [/FONT] [FONT=Arial] -Słyszałaś, odgwizdał walca wiedeńskiego! – zawołała odkrywczo Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] -Faktycznie, a zastanawiałam się, skąd to znam! – i jak tu odmówić psu, który zna uwerturę walca „Na falach Dunaju?”[/FONT]
  3. I my Was bardzo serdecznie pozdrawiamy. Garecik uczy się gwizdać walca wiedeńskiego.:p
  4. [FONT=Arial]14.05.2008 środa[/FONT] [FONT=Arial] Pogoda jak kryształ, ale prognoza pociesza, że to lada dzień minie, jak wietrzna ospa przebyta we właściwym wieku. Nawet nie będę narzekać, ziemia bardzo potrzebuje deszczu, żyzny piasek w naszym ogrodzie tym bardziej. Z konieczności zabrałam się za prace ogrodnicze, bo Kaja ma dobre chęci, ale jest „szybka inaczej”. Irena mówi, że za to dokładna. Hm... nie potrafię tego rozstrzygnąć. Zamiłowaniem do grzebania się ze wszystkim bardzo przypomina swojego ojca, choć na szczęście w odróżnieniu jej rozwiązania są kreatywne i nie zagrażają życiu, a upór nie jest ślepy i destrukcyjny.[/FONT] [FONT=Arial] W sobotę wypowiedziałam wojnę kupie piasku pozostałej po wykopaniu dziury na basen i biwakującej pod jałowcem od ubiegłego roku. W ciągu sześciu godzin przewaliłam cztery tony tego paskudztwa i to niejako dwukrotnie. Raz do wiadra, drugi raz nosząc w odległy kąt ogrodu na trawnik, który Kai się nie udał i to nie z winy wadliwych nasion trawy. Zostawiła go odłogiem, aż wybujały na nim dwumetrowe chwasty, które wreszcie w ataku furii wyrwałam, omal nie przypłacając tego życiem. W miejscu po każdym wykarczowanym chwaście powstał lej, wskutek czego trawnik przypominał miejsce po zmasowanym ataku bombowym, więc oczywiście zakupiona przez mnie kosiarka mechaniczna odmówiła współpracy. Kaja za jedyne rozsądne wyjście uznała używanie podkaszarki, co z kolei wywołuje we mnie stan omdlenia na myśl o ilości zużywanego niepotrzebnie prądu. [/FONT] [FONT=Arial] W rezultacie kupa piasku przeniosła się na trawnik. Z rozgrzebanej piramidy wydobyłam stos cegieł, plastykowe worki, wiadro i mnóstwo strupieszałych maskotek Gareta, w tym słodkiego żółtego smoka, który, o dziwo, nie stracił nic ze swojej barwy i nadal jaśniał jak kaczeńce w pochmurny dzień. Zgodnie uznałyśmy, że smoka trzeba wyprać i będzie jak nowy. Kaja tymczasem powiesiła go na furtce, co oznacza, że jeśli sama nie wsadzę go do pralki, będzie tak wisiał do pierwszych mrozów lub najbliższej porządnej wichury. [/FONT] [FONT=Arial] Rozplantowanie piasku pozostawiłam Kai, ale stwierdziła, że się nie da, bo kępy trawy przeszkadzają, wobec czego zajmę się tym za parę dni, gdy mi się wygoją pęcherze na rękach. Na razie ścięłam trawę na pozostałej połowie ogrodu. Przy plewieniu pnących róż i winorośli pod murem natknęłam się na jakieś toksyczne chwasty i dostałam uczulenia na całej przedniej części ciała. W rezultacie dziś mogłam tylko obciąć lipę zasłaniającą patio pod balkonem i umyć połowę okien, dzięki czemu widoczność w domu zwiększyła się o 80 procent. Na jutro zostawiłam sobie resztę okien, ale nie wiem, co z tego wyjdzie, bo prawa ręka praktycznie przestała mi funkcjonować...[/FONT] [FONT=Arial] Garecik wiernie towarzyszy mi w ogródku oszczekując ludzi przechodzących ulicą, wtórując melodyjnym fałszem przejeżdżającym karetkom, wygrzebując z cienistych zakamarków zapomniane truchła pluszaków, wpychając się pod sekator w przypływie tęsknoty za pieszczotami, drzemiąc w cieniu pod tujami lub siejąc popłoch wśród coraz mniej licznych kotów. [/FONT] [FONT=Arial] W niedzielę straciłyśmy Greeba. Kaja w drodze do kościoła znalazła go leżącego pod bramą. Po powrocie zakopała go przy malinach. To już trzeci w tym roku. Najpierw bez wieści i śladu zniknęła Wielka Szara Kocica. Wczesną wiosną Adolf przegrał w starciu z jakimś tirem, który, sądząc po efektach, przejechał po nim kolejno wszystkimi kołami. A teraz Greebo, najsympatyczniejszy z piwnicznych kotów, ubarwiony identycznie jak Garet. Zostało już tylko potomstwo WSK – Szkaradny Kocurek i Szara Koteczka. [/FONT] [FONT=Arial] Nasze domowe z nadejściem wiosny wyległy na dwór i najczęściej nie wracają na noc. Mam nadzieję, że mają tyle rozumu, żeby nie szwendać się po ulicy. Oczywiście nie licząc Liszki i jej nieodrodnej córki – Perły, te mają włóczęgostwo we krwi. Są jednak na tyle ostrożne, że pewnie dożyją sędziwego wieku szczęśliwie lejąc po domu. Gacia, Koleś i Marchew brykają po ogrodzie udając bardzo dzikie drapieżniki z ogonami jak kawałki boa ze strusich piór. Najczęściej polują na siebie nawzajem raz przyjmując rolę ofiary, raz napastnika, chyba że Garet sprawiedliwie narzuci im role umykających na drzewa ofiar. Dla relaksu Koleś siaduje w truskawkach i pustym wzrokiem obserwuje opadające z jabłoni płatki.[/FONT] [FONT=Arial] W ramach wiosennych porządków w niedzielę wykąpałyśmy Gareta. Oczywiście wiedział od razu, co go czeka, toteż zwabienie go pod balkon wymagało dyplomacji, umizgów, a wreszcie siły. Raz obezwładniony, mycie zniósł dzielnie. Odzyskawszy wolność, z nastroszonym futrem, które upodabniało go do wodołaza, ruszył dzikim pędem w głąb ogrodu. Przeraźliwy wrzask Kai zabrzmiał zbyt późno. Otrzymałyśmy z powrotem psa bardzo podobnego do naszego, tyle, że dokładnie pokrytego piaskiem i ziemią. Przez całe popołudnie, gdy wykruszała się z niego ta panierka na fotele, kanapę i moje łóżko, obrzucałyśmy go spojrzeniami pełnymi wyrzutu. Na dnie jego wielkich, rozczulająco niewinnych oczu czaiło się coś na kształt poczucia winy.[/FONT] [FONT=Arial]22.05.2008 czwartek[/FONT] [FONT=Arial] Zdałam bezbłędnie egzamin z języka migowego i do rozpoczęcia kolejnej części w jesieni, nie zamierzam się niczego uczyć. W międzyczasie, uznawszy, że informatycy to naród podobny do krasnoludków, które być może istnieją, ale nie sposób ich zobaczyć, opanowałam HTML-a i właśnie kończę składać stronę internetową dla niepełnosprawnych. Chcę, aby ruszyła w poniedziałek, choć oczywiście wciąż zamierzam ją rozbudowywać, a swoją wiedzę w tym kierunku nadal doskonalić. Od dawna nic nie zafascynowało mnie do tego stopnia. Strona, z uwagi na adresatów, jest zbudowana bardzo prosto i przejrzyście, ale kusi mnie wykorzystanie większej ilości dostępnych możliwości. [/FONT] [FONT=Arial] W minioną sobotę impreza dogomaniaków odbyła się u mnie. Świętowaliśmy nieco wcześniej moje imieniny. W terminie się nie dało, bo Jarek w Opolu ma jakiś ważny egzamin ze swoich sztuk walki. Westchnęłam z lekką nostalgią na temat Opola, bo bardzo dobrze mieszkało mi się w tym mieście. Gdyby nie zawirowania życiowe pewnie nadal chodziłabym po tym uroczym, pełnym zieleni mieście. [/FONT] [FONT=Arial] Okazało się, że Artur też wybiera się do Opola i zaproponował, że może mnie zabrać. Wyjazd w sobotę, powrót w niedzielę, doszłam do wniosku, że na jedną dobę mogę opuścić dom, tym bardziej, że Kaja zajmie się Garetem. [/FONT] [FONT=Arial] Na imieniny dostałam wspaniałą sztalugę i pudełko farb. Co jakiś czas ze wzruszeniem zerkałam na sztalugę, udekorowaną na szczycie wielką kokardą. Być może dlatego przegapiłam część ważnych wydarzeń. Garet towarzyszył nam niemal przez cały czas od momentu podania naleśników ze szpinakiem i sosem serowym. Zjadł większość mojej porcji, jak zwykle, z mojego talerza, a na twarzy Renaty narastał wyraz znamionujący ciężką wewnętrzną walkę. Zwyciężyło dobre wychowanie i nie rzuciła we mnie niczym prócz kilku starannie wyważonych uwag. Rozumiem ją doskonale, że szlag ją trafia na to, co widzi, ponieważ sama bardzo rozsądnie wychowuje swoje psy. Musi. Nie poradziłaby sobie, gdyby te czarne piękności wielkości mamuta uparły się parkować na jej kolanach, warcholić się na meblach, wyłazić na parapet czy jadać samo mięso, ale dopiero wtedy, gdy już nic nie ma na talerzu opiekunki. [/FONT] [FONT=Arial] Zaledwie tydzień wcześniej wspomniane piękności dostarczyły niemałych wrażeń mieszkańcom centrum miasta. My w tym czasie byliśmy wszyscy na wieczorze poezji haiku Jarka. Impreza miała się ku końcowi, Jarek rozdawał autografy, Renata i ja paliłyśmy przed drzwiami centrum kultury, Artur czekał, ponieważ zaofiarował się, że mnie odwiezie do domu. Nagle na dziedziniec wpadła mama Renaty, a wraz z nią powiew grozy. Wysapała, że drzwi do kamienicy są otwarte, a oba psy grasują po rynku siejąc panikę wśród przechodniów. Renata rzuciła papierosa i pognała za matką. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy zadzwoniłam do niej wieczorem, okazało się, że to nie włamanie, tylko źle zamknięte drzwi, które misiaczki wyczaiły. Widocznie znudziły się samotnością i postanowiły wyruszyć na poszukiwania ukochanej pani. Rozsądnie zaczęły od rynku robiąc przegląd tam obecnych. Wszyscy przeżyli, prawdopodobnie dlatego, że Gucio czuł się nieco zagubiony wskutek oszołomienia wolnością. [/FONT] [FONT=Arial] Przez chwilę bawiliśmy się wspomnieniem tego wydarzenia, wyobrażając sobie dwa psy Baskerville’ów pośród ciężko przestraszonych ludzi. Doszliśmy do wniosku, że efekt byłby niezapomniany, gdyby natrzeć im futro związkami fosforu. Przypomniałam sobie, że mam jeszcze tę farbę neonową, którą malowałam gwiazdy na suficie i zaproponowałam Renacie, że mogę jej trochę ulać. [/FONT] [FONT=Arial] Wkrótce po podaniu bitej śmietany z truskawkami zadzwonił telefon Artura, więc wstał i przeszedł do kuchni, żeby swobodnie rozmawiać. Garet natychmiast wykorzystał ten moment i przeniósł się na jego miejsce. Z przymkniętymi z rozkoszy oczami, wyrazem głębokiego skupienia na psyku, zaczął delikatnie i precyzyjnie wylizywać śmietanę z pucharka. Kiedy Artur wrócił, zaproponowałam, żeby usiadł obok mnie, bo na jego miejscu siedzi pies, co zresztą było widać gołym okiem. Ale nie chciał. Zdążyłam tylko wrzasnąć, żeby nie siadał na Garecie, gdy z właściwą sobie delikatnością rozbrykanego perszerona runął na kanapę. Niestety, obaj z Garetem mają ten sam problem – są nadpobudliwi oraz przekonani, że każdy z nich jest najważniejszy na świecie, który został stworzony jedynie w tym celu, aby dać im właściwą oprawę i pełną obsługę. [/FONT] [FONT=Arial] Nastąpiło zamieszanie poprzedzone skowytem Gareta, a następnym obrazem, jaki zarejestrował mój mózg, był wstrząśnięty Garet drżący na moich kolanach i Artur oglądający z niedowierzaniem szczątki swoich okularów. Cóż, jedno szkło wciąż było całe... [/FONT] [FONT=Arial] W trzy dni później ostrożnie powróciłam do tematu na GG. Artur z goryczą odpisał, że pysk nadal ma siny, a okulary w kawałkach. Zaproponowałam, że mu zwrócę koszy, choć bez przekonania, bo ostatecznie ostrzegałam go. Chyba nigdy w życiu moje słowo tak szybko nie stało się ciałem i to od razu zmasakrowanym. Artur obraził się na supozycję, że to on zaczął, ponieważ to on poniósł szkody. Odpisałam, że nie poniósłby ich, gdyby biednemu psu nie usiadł na, bez wątpienia, wrażliwej i istotnej dla życia części ciała. Dopytywałam się, na jakiej właściwie, bo nie zdążyłam zauważyć. Okazało się, że na jednej z najważniejszych, ale ma nadzieję, że nic nie wysiedział. Obiecałam, że będę obserwować, a w razie czego on będzie wychowywał, bo więcej niż jednego wariata w domu nie zdzierżę. Artur ostro zaprotestował przeciwko uznaniu ewentualnych Garturków, chociaż zachęcająco zasugerowałam, że z taką mieszanką genową zdobyłyby światową sławę i z powodzeniem mogłyby zastąpić bombę atomową. [/FONT] [FONT=Arial] Wczoraj już wyglądało na to, że Garet ostatecznie doszedł do siebie po tych, nomen omen, miażdżących wydarzeniach. Kiedy wróciłam do domu, pogalopował na moje łóżko, skąd ekshumował chrząstkę podarowaną mu rano przez Irenę.[/FONT] [FONT=Arial] -Skąd on to wywlókł? – zdziwiła się moja mamusia z lekkim poczuciem winy, bo wie, że z uwagi na wrażliwe jelita jestem przeciwna dawaniu mu surowych wołowych ochłapów. [/FONT] [FONT=Arial] -Jak to skąd, z mojego łóżka oczywiście, tam wszystko zakopuje. Żeby tylko zakopywał... Poprzedniej nocy postanowiłam się przyjrzeć beżowej kupce w nogach łóżka, którą, jak mi się zdawało, widziałam tam już poprzedniego wieczoru. Myślałam, że to jakaś szmata. Niestety, gdy zaświeciłam wszystkie światła, okazało się, że to jeden obfity posiłek Gareta, którego najwyraźniej nie zdołał utrzymać w żołądku. Dobrze, że nie włożyłam w to nóg. [/FONT] [FONT=Arial] Irena uśmiechnęła się pod nosem dziwnie radośnie. Cóż, koty zanieczyszczają cały dom, ale żadnemu nie przyszło do głowy, żeby wyszczególnić się na jej łóżko. [/FONT] [FONT=Arial] Gdy sprzątałam tę substancję o konsystencji lekko związanego betonu, Garet mrugał powiekami z wyraźnym strapieniem. Nie wiem, czy przykro mu było, że zarzygał mój barłóg, czy żałował, że bezlitośnie usuwam coś, co poniekąd stanowiło jego własność...[/FONT]
  5. [FONT=Arial]17.04.2008 czwartek[/FONT] [FONT=Arial] Wiosna wciąż się waha, temperatura oscyluje od optymistycznej do zimowej, ja też się waham, co rusz dorzucając do pieca po parę wiader groszku w trosce o komfort Ireny. Jak przytomnie zauważyła Kaja, tylko ja w tym domu mam uderzenia gorąca i jest mi wszystko jedno, czy piec jest włączony, i tak przez całą zimę mam zakręcony kaloryfer w swoim pokoju, a większość nocy spędzam pracowicie na odkrywaniu się po kilkaset razy. [/FONT] [FONT=Arial] Garet już ostatecznie uznał nadejście wiosny i większość popołudnia spędza przed domem w oczekiwaniu na moje przyjście. Bardzo pracowicie, bo bierność nie leży w jego naturze. Kiedy wracam, rzuca się na mnie jak oszalały, nie zważając na protesty i pogróżki. Jak słusznie zauważyła Kaja, nadszedł czas, gdy sąsiedzi znowu będą wykręcać sobie głowy obserwując z niezdrową ciekawością, co też wyłazi z naszego domu na zewnątrz. Sama z lekką obawą czekam, co powita mnie przed wejściem. Dwa zamszowe pantofle przeznaczone do prania, spodnie od dresu Kai z nogawkami rozłożonymi jak stęsknione ramiona, moje czarne, skórzane półbuty, najpierw prawy, potem lewy, aksamitne serduszko na biżuterię ze złotym łańcuszkiem w środku i saszetka z próbką perfum, częściowo nadgryziona. Oprócz tego śmiertelnie stęskniony pies usiłujący rozerwać mnie na strzępy. Mięsisty, zamszowy płaszcz, w przeciwieństwie do mnie, radośnie przyjmuje na połowie rękawa gęste gluty. W korytarzu czekają na mnie kolejne niespodzianki – rzeczy wyleczone z zamkniętej i zabezpieczonej gumką do włosów szafy. Garet z uporem i dużą dozą powodzenia od miesięcy usiłuje przegryźć się przez drzwiczki. [/FONT] [FONT=Arial] Ja rozumiem, że wyrzeźbione pazurami drzwi są zjawiskiem normalnym w domu właścicieli psów, to żadna nowość. Ale to, że pies żywcem zżera mebel, żeby dostać się do rzeczy opiekuna, to przechodzi ludzkie pojęcie. Lada moment wypadną z drzwi od szafy artystycznie pomalowane przeze mnie szyby i utną wariatowi wredny, wścibski nos. Złoczyńca wiernie trzyma się zasady, żeby niszczyć rzeczy należące do osoby, która opuściła go ostatnia w terminie nieprzewidzianym tygodniowym harmonogramem. Przekonała się o tym Irena, gdy niespodziewanie musiała udać się do lekarza. Zeżarł jej torbę na zakupy wykonaną z tworzywa, które swoją trwałością gwarantowało przetrwanie kolejnych dziesięciu pokoleń, a może nawet wieków. W kilka dni później odkupiłam podobną. [/FONT] [FONT=Arial] Myślałam, że tylko ludzie zdolni są do zachowań autodestrukcyjnych. Myliłam się. Garet, poddawszy wnikliwej obserwacji znikające w spiżarni koty, zainteresował się tym zjawiskiem na tyle dogłębnie, że zaczął wkradać się tam ich śladem i odkrył zabójcze chrupki. W kilka dni po nałożeniu embargo na toksyczne artykuły w kuchni, w nocy obudził mnie odgłos chrupania, zbyt głośnego, jak na koty. W tym samym momencie rozbudziłam się całkowicie i wpadłam w furię. Wetknąwszy stopę w jedyny dostępny w pobliżu łóżka pantofel ruszyłam jak z lekka kulawy anioł zemsty. W spiżarni zastałam czarnego przestępcę szuflującego toksyczny pokarm pełnym pyskiem. Wydałam z siebie nieartykułowany okrzyk i walnęłam w tyłek paskudnego recydywistę, który w postaci poziomej płaskorzeźby przesączył się na kuchenny fotel, gdzie zamarł w postaci przetrwalnika, a raczej skamieliny pokrytej mchem. [/FONT] [FONT=Arial] Nad ranem z ulgą przerwałam koszmary o treści onkologicznej i zajęłam się sprzątaniem wymiocin wyżej wspomnianego. [/FONT] [FONT=Arial]28.04.2008 poniedziałek[/FONT] [FONT=Arial] No i nareszcie wiosna, chociaż ranki i wieczory są bardzo chłodne. Ale coś za coś. To ustępstwo na rzecz łagodnych zim. W rezultacie wychodząc o świcie trzeba się solidnie opakować w kilka warstw odzieży, a wracając po południu wszystkie zbędne warstwy taszczyć pod pachą jak powłokę mumii. Począwszy od furtki zbieram kolejne sztuki odzieży, które padły ofiarą Garetowej tęsknoty, wskutek czego do domu wchodzę tak obładowana, jakbym dźwigała sarkofag, a nie gustowne obleczenie mumii. Drobiazgi w rodzaju pojedynczych pantofli i skarpetek zostawiam na zewnątrz. Niech się sąsiedzi napatrzą, a co im będę żałować, nie mogę ich zawieść. Gdyby nic przy naszym ogrodzeniu nie leżało, czuliby podobną pustkę, jakby posąg rycerza zniknął z miejskiej starówki. Wspomniany posąg rycerza jest elementem względnie trwałym. Względnie, ponieważ co jakiś czas zdesperowani zbieracze złomu odłamują facetowi lewicę wraz z mieczem i przez jakiś czas woj jest bezbronny. Właściwie dopiero dziś uświadomiłam sobie, że to mańkut, w prawej na bank dzierży tarczę, przyjrzałam się temu po południu, gdy stałam w kolejce do bankomatu za jego plecami. [/FONT] [FONT=Arial] Po zrobieniu zakupów (kolejne buty, Kaja miała rację, wpadam w następną manię), powlokłam się do domu, wyczerpana emocjami. Awizo na list polecony, po którym jak zwykle spodziewałam się wszystkiego najgorszego, okazało się przesyłką od Polsatu cyfrowego. To ugruntowało moją decyzję o wypowiedzeniu umowy. Każde awizo zamienia mnie w ruinę emocjonalną, ponieważ dotychczas tą drogą nie dostałam żadnych dobrych wiadomości. Przy każdym kolejnym moja wyobraźnia daje coraz więcej czadu. Na pierwszy plan wybija się podejrzenie, że jakaś przychodnia zawiadamia mnie, iż badanie histopatologiczne ujawniło.... rozkosze wieku. Do głowy by mi nie przyszło, że kontaktuje się ze mną w ten sposób operator mediów. A program telewizyjny jest tak żałosny, że od wielu miesięcy nie włączam telewizora. Wiadomości czytam w Internecie. Chętnie obejrzałabym jakiś ciekawy film, ale każda stacja ma najwyraźniej trzy sztandarowe nagrane na jednej taśmie, które puszcza w kółko. Aż takiej obsesji jeszcze nie mam. Seriale polskie oraz programy rozrywkowe obsadzone wykreowanymi w tychże tak zwanymi gwiazdami wywołują u mnie alergię intelektualną, toteż unikam ich jak zarazy. Więc po co mi abonament? Niepowtarzalny program rozrywkowy, horrory i sciente fiction zapewniają mi zwierzęta. [/FONT] [FONT=Arial] Połowa stresów by mi odpadła, gdybym miała normalnego listonosza. Niestety, nasz na głowę bije tego z komedii z Chavy Chase’m, który poruszał się z prędkością kosmiczną pierdzącym, starym samochodem, ciskając pocztę w dowolnie wybranym kierunku oraz siejąc popłoch i śmierć pośród pomniejszych istnień. Nasz listonosz, czy bardziej elegancko – doręczyciel, robi to samo, tylko pieszo. Pędzi stówą na godzinę aż mu dym wali z podeszew i z sadystycznym uśmiechem na pysku wrzuca mniej więcej w okolice skrzynki przesyłki oraz, jak sądzę, uprzednio wypisane a wiza. Nadpobudliwość psychoruchowa wyklucza odczekanie choćby pięciu sekund po naciśnięciu dzwonka, jeśli w ogóle trafi rozedrganym paluchem na przycisk. Próbowałam interweniować na poczcie, ale spotkałam się tylko z lekceważącym zrozumieniem. Wskutek tego, jeśli jestem w mściwym nastroju, przesyłki do bliżej niezidentyfikowanych osób wyrzucam do śmieci, a jeśli tli się we mnie sympatia do sprawnych inaczej, podrzucam do najbliższego sklepu. [/FONT] [FONT=Arial] Szczęśliwie nie umieściłam na furtce napisu „Kochany pies, bronić się przed zalizaniem na śmierć!”, bo to mogłoby przemawiać na moją niekorzyść. Nie wiem, jaki – i czy w ogóle – napis umieszczę, gdy zrobię nowe wejście. Wstępne kroki poczyniłam – Marek przysłał nam drzwi wejściowe, zadzwoniłam od razu do naszego genialnego dekarza, wielofunkcyjnego, który zlitował się nad samotnymi kobietami i teraz cierpliwie czekam. Wiem, że prace będą prowadzone dorywczo, w miarę wolnego czasu, materiały trzeba zakupić i przywieźć, obłąkanego psa otoczyć ochroną, a tym samym mnie poczuciem bezpieczeństwa... słabo i się robi na samą myśl o tym. [/FONT] [FONT=Arial] Może dlatego znalezienie w korytarzu zagryzionej lnianej kurtki i ślicznego kaszmirowego żakietu Kai nie wywarło na mnie należytego wrażenia. Wie, czego się spodziewać po Garecie, mogła posprzątać. Swoją opinię wywarczałam do Ireny, która potulnie zebrała szczątki i zaczęła je zszywać. Wszystkiego najlepszego. Pochłonąwszy obiad, zabrałam Gareta do ogródka. Przez chwilę leżałam na swoim ukochanym leżaku, zdolnym do przybrania pozycji Trendellenburga. Potem wyrwałam Garetowi z pyska zwiniętą w rulon gazetę i zabrałam się za zasypywanie dziur w trawniku przy huśtawce. Ponieważ Garet był zdania, że tam, gdzie jest chłodno, jest OK, kolejne 10 wiader piasku zataszczyłam za huśtawkę. Przy okazji ekshumowałam dwie wełniane poduszki, sprawną inaczej stonogę oraz piłeczkę tenisową cierpiącą na progerię. Bukiet tulipanów dla Darka zerwałam w trosce o te ostatnie, ponieważ spod kopyt Gareta nie pryskały gwiazdy, ale kwiaty... [/FONT]
  6. [FONT=Arial]11.04.2008 piątek[/FONT] [FONT=Arial] Muszę przyznać, że kiedy słyszę wstęp „Mamuś, a wiesz, co Garet... „ cierpnie mi skóra. Bo po Garecie można się spodziewać wszystkiego. No, może z wyjątkiem uczynienia krzywdy nawet najbardziej wrednemu człowiekowi, chyba że przypadkiem, podczas żywiołowego okazywania gorącej sympatii. [/FONT] [FONT=Arial] Tym razem chodziło o to, jak elegancko ukradł babci oponkę (oponka to taki pączek z dziurką, czyli bomba kaloryczno-cholesterolowa). Irena ma paskudny zwyczaj zostawiania otwartych drzwiczek do szafki z pieczywem w kredensie. Nienawidzę tego, ponieważ jestem uzależniona od pieczywa, poza tym jestem węchowcem, co oznacza, że nie mam powonienia, tylko węch i to jest moją udręką, bo albo zabija mnie zapach, którego normalni ludzie nie czują, albo uwodzicielski aromat wyzwala zgubną dla mnie reakcję łańcuchową. Pieczywo = utrata kontroli = pół kostki masła i dodatki = 15 kilogramów w dwa miesiące = depresja = zażeranie doła. Garecik, aczkolwiek od pieczywa nieuzależniony, łatwo ulega pokusom i daje upust swojej złodziejskiej naturze. Bez trudu wyobraziłam sobie, jak staje na dwóch łapach, otwiera nosem drzwiczki, wyjmuje zgrabnie z woreczka jedną oponkę i zżera ją we właściwy sobie wytworny sposób nie pozostawiając żadnych śladów. Zastanawiam się, czy z jego arystokratycznymi nawykami jedzenie z talerza na podłodze nie jest dla niego upokarzające. Pewnie dlatego roznosi mięso po fotelach i kanapie. Kiedy jadł ostatnio moją tilapię z talerza stojącego na stole, zachowywał się nienagannie. Siedział wyprostowany w fotelu, uszka stulił, przymknął z rozkoszy oczy i powoli, elegancko, rozprawił się z rybą. Aż miło było patrzeć.[/FONT] [FONT=Arial] W każdej innej dziedzinie jego złodziejskie skłonności budzą mój żywy protest. Najbardziej irytujące na co dzień, a raczej na co noc, jest podkradanie pantofli. Wstaję w nocy do łazienki i udaje mi się wymacać przy łóżku tylko jeden pantofel. Mamroczę pod nosem paskudne przekleństwa i zapalam lampkę, usiłując zlokalizować drugi – kanapa? Parapet? Fotel? – ale oczywiście nigdzie go nie ma. Człapię więc jednopantoflowa, rozbudzona całkowicie, czując, jak osierocona stopa pokrywa mi się piaskiem, kurzem i kłakami. Wiadomo, że w domu, w którym jest sześcioro zwierząt, czysta podłoga funkcjonuje tylko do dziesięciu minut po umyciu. Czasami udaje mi się po drodze napotkać pantofel Kai, więc go zakładam, nawet jeśli pasuje na niewłaściwą nogę. Poprzedniej sobotniej nocy zamiast brakującego swojego zamszowego prawego znalazłam na parapecie granatowy lewy z polaru, odłożony do prania. Założyłam go bez grymasów. Rano spotkałyśmy się z Kają w kuchni. Równocześnie spojrzałyśmy na swoje nogi. Ona miała swój lewy z wiśniowego zamszu i mój prawy z brązowego zamszu, ja swój lewy z brązowego zamszu i lewy z granatowego polaru. Zarechotałyśmy radośnie, co wprawiło w jeszcze lepszy humor Gareta stojącego między nami i uśmiechającego się promiennie zza trzymanej w zębach różowej hantelki, którą natychmiast wypuścił z łoskotem, żeby wyszczerzyć się w pełnej ekstazie. [/FONT] [FONT=Arial] Teoretycznie, w weekendy, opieka nad Garetem spoczywa na Kai. W rzeczywistości sprowadza się to do tego, że Kaja idzie z nim na spacer. Nie mam szans pospać dłużej, bo Garet melduje się na parapecie w moim pokoju już o wschodzie słońca, zaczyna jęczeć, kląskać i chrumkać jak knur. Gdy już raz go wypuszczę dowolnymi drzwiami, zaraz dobija się do następnych. Kiedy już wkurzę się do tego stopnia, że muszę wstać, potulnie człapie na górę do Kai i udaje, że z trudem zwlókł się razem z nią z łóżka o dziesiątej... Oczywiście w dni powszednie pies śpi jak zabity, kiedy wstaję do pracy. Z trudem przemieszcza się na fotel w kuchni, gdzie leży kompletnie odmeldowany zerkając czasami spod długich rzęs, na jakim etapie przygotowań do wyjścia właśnie jestem. Kiedy zakładam torbę na ramię, zwisa żałośnie przez poręcz fotela manifestując poczucie krzywdy i głębokiej depresji. [/FONT] [FONT=Arial] Moja własna depresja jest w głębokim rozkwicie, chociaż mam nadzieję, że słoneczne dni podziałają lepiej niż zwiększona ostatnio dawka leków. Zaczynają mnie już irytować pytania, dlaczego jestem tak strasznie smutna. [/FONT] [FONT=Arial] -No przecież się uśmiecham – warknęłam gasząc papierosa przed Centrum Kultury, gdzie wybraliśmy się w czwórkę na wernisaż podziwianej przez mnie artystki – Magda, Renata, Jarek i ja. [/FONT] [FONT=Arial] -Ale oczy ci się nie uśmiechają – zauważyła Magda. [/FONT] [FONT=Arial] -No dobra, może i nie. Mam depresję. Ale zwiększyłam sobie dawkę leków. Powinno się poprawić. Potrzebuję jakiejś zmiany. Co byście powiedzieli, gdybym się przefarbowała na rudo?[/FONT] [FONT=Arial] -Hmmm... spróbuj. Powinno być dobrze. Masz cerę, która pasuje do każdego koloru. [/FONT] [FONT=Arial] Moja ulubiona artystka uprawia hiperrealizm. Przyssałam się do obrazów – niestety, niewielu – przedstawiających naturę. Reszta, w kolorystyce z dominantą szarości, tylko mnie zdołowała. Fakt, kobieta jest genialna. Podziwiam jej talent do ukazywania patyny czasu. Obłażące tynki, łuszcząca się farba, plamy i brud. Doszłam do wniosku, że jest pogrążona w jeszcze głębszej depresji, niż ja.[/FONT] [FONT=Arial] Kiedy w dwa dni później spotkaliśmy się na koncercie, włosy miałam już w odcieniu rudym. Jeśli tak można nazwać pomarańczowy...[/FONT] [FONT=Arial] -Tak trzymaj, może więcej miedzi – powiedziała Magda. [/FONT] [FONT=Arial] -Zdecydowanie więcej miedzi - poświadczyła Renata.[/FONT] [FONT=Arial] -Znaczy, więcej czerwieni – upewniłam się.[/FONT] [FONT=Arial] -A jeszcze przedwczoraj mi się podobałaś – jęknął Jarek, odwracając z odrazą oczy. [/FONT] [FONT=Arial] Koncert zaczął się w nastroju minorowym. [/FONT] [FONT=Arial] -Jezu! – zawyła posępnie Renata. –Teraz ja dostanę depresji! [/FONT] [FONT=Arial] Mniej więcej w połowie imprezy nasze ulubione trio ożyło, a publiczność poszła w jego ślady. Ale co to jest jedna nędzna godzina muzyki? O ileż krótsza niż godzina spędzona w poczekalni u dentysty! Odmówiłam zakończenia wieczoru wspólną filiżanką kawy pod pozorem pilnego skończenia malowanego na zamówienie obrazu. W gruncie rzeczy męczyło mnie to „więcej miedzi”. Już niejednokrotnie gubiła mnie chęć osiągnięcia wyobrażonego ideału. Tym razem miałam wizję złotomiedzianej czupryny. Taki odcień naprawdę mi się podoba. Z farbą na głowie zastała mnie Anka. Uścisnęła mnie ostrożnie i zrugała, że w ogóle się nie odzywam. Ani maila, ani sms-a, ani telefonu. Do Ewy też się nie odzywam i w ogóle jakby mnie nie było. Czy tak się traktuje przyjaciół? Wymamrotałam ponuro, że nie mogę, bo mam doła, a co za tym idzie, fizycznie jestem, ale emocjonalnie mnie nie ma. Powtórzyłam oklepaną śpiewkę, że teraz, kiedy wiosna, słońce i tak dalej, na pewno mi się poprawi. Obejrzałam z podziwem wzór sukni ślubnej Ewy (niemożliwe, że są na tym świecie ludzie szczęśliwie zakochani!) i poszłam spłukać włosy. Podsuszyłam je trochę w nadziei, że to, co widzę, zmieni się. Nic z tego. W kuchni na mój widok Koleś wybałuszył oczy i przycupnął, po czym na oślep wybiegł na korytarz omal nie rozbijając się o drzwi. [/FONT] [FONT=Arial] -No dobra, nic nie mów. Są czerwone.[/FONT] [FONT=Arial] -No, może trochę... – Anka przyjrzała mi się uważnie. -Ale wiesz, taki kolor podobno jest teraz modny – pocieszyła mnie. –Może widziałaś na okładce „Pani”... a, racja, ty nie czytasz kobiecej prasy. [/FONT] [FONT=Arial] Garetowi było dokładnie wszystko jedno, jak wyglądam. Skupił się na czekaniu przed domem na powrót Kai, która wyjechała o dzień wcześniej, czym rozwaliła mu cały kalendarz. Powinna być, a nie ma jej. Wpadał na chwilę do kuchni, żeby zakląskać żałośnie albo pogwizdać rozdzierająco i znowu wychodził przed dom. Drzwi nie zamykałam, bo było dość ciepło. Na płytce obok Gareta leżał jakiś śmieć, przemknęło mi przez głowę, że może nasza skarpetka, ale nie chciało mi się sprawdzać. Zresztą po chwili śmieć zniknął, a Garet pojawił się w kuchni, bardzo ożywiony. Nastawił uszy w trójkąt, wygiął szyję i chrumkał w kącie za drzwiami. Bardzo ostrożnie macał coś sztywną łapą. Nagle to coś podskoczyło, ja wrzasnęłam, Garet przysiadł z przerażenia i rozejrzał się nerwowo, to coś znowu miękko pacnęło o podłogę jak rękawiczka, ja znowu wrzasnęłam, chociaż już wiedziałam, że żaba, a nie krokodyl czy wąż. Cholernie nie lubię takich mało komunikatywnych gatunków, które włażą na moje terytorium i hasają sobie jak u siebie. Im szybciej, tym gorzej. Dotyczy to żab, gryzoni, nietoperzy, o wężach nawet nie wspominając, bo gdyby jakiś się pojawił, z punktu, tak jak stoję, wylewitowałabym z domu. [/FONT] [FONT=Arial] -Cóż, wstyd się przyznać, ale wrzeszcząc „Mamo!!! Żaba! Żaba!!!!” – popędziłam do pokoju Ireny i zerwałam ją z łóżka. [/FONT] [FONT=Arial] -Jaka żaba? – wymamrotała z irytacją.[/FONT] [FONT=Arial] -Duża! Żywa! W kuchni! – ryknęłam treściwie.[/FONT] [FONT=Arial] -No to ją wynieś! – poinstruowała mnie i zrobiła ruch, jakby zamierzała na powrót zanurzyć się pod kołdrę obłożoną Kolesiem i Marchwią. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie mogę! Brzydzę się![/FONT] [FONT=Arial] Irena fucząc pod nosem poczłapała boso do kuchni, wyjęła z kubła ze śmieciami woreczek foliowy i zamierzała żabę złapać, ta jednak miała swoje zdanie na temat tego rodzaju transportu i pokicała sama. W ten sposób, powoli, asekurowane przez podnieconego Gareta, poczłapały i pokicały przez korytarz do wyjścia, gdzie żaba z godnością i bez pośpiechu pokonała próg, a Irena zatrzasnęła Garecikowi drzwi przed samym nosem. [/FONT] [FONT=Arial] -Dzięki – powiedziałam trochę zawstydzona. Irena spojrzała ponuro i z naganą na moją czerwoną głowę i wróciła do łóżka. Garet dostał szlaban i z konieczności położyliśmy się wcześniej. Niestety, jego jelita znowu urządziły koncert, więc mniej więcej co godzinę wypuszczałam go na dwór, nie wiedząc, czy domaga się wyjścia jak zwykle, żeby drzeć ryj wśród nocnej ciszy, czy też faktycznie musi. [/FONT] [FONT=Arial] Wstałam jak z krzyża zdjęta w porze, gdy nasz pies umościł się w fotelu i zachrapał smacznie tuląc do policzka osierocony pantofel Kai. [/FONT] [FONT=Arial] W pracy przekonałam się o tym, że ludzie zwracają na nas jeszcze mniej uwagi, niż nam się wydaje. Dopiero w pół godziny po moim wejściu koleżanki zauważyły, że zmieniłam kolor włosów. Pocieszyło mnie to w pewnym stopniu, bo byłam przekonana, że walę tą czerwienią po oczach jak wóz strażacki. Już całkiem uspokojona rozmawiałam z Urszulą przez telefon. Wytłumaczywszy się, dlaczego się nie odzywam (!) szybko zadałam bezpieczne pytanie – A co u was?, na co zostałam uraczona opowieścią, jak to poszli na spacer z Lesiem (bardzo rasowy kot) przez cudny wiosenny las, gdzie Lesio wskoczył w kłębowisko żmij. Straciłam głos i poczułam, że telefon wysuwa mi się z mokrej dłoni, a Urszula pogodnym głosem kontynuowała, że żmije najwyraźniej zajęte były zalotami, bo udało jej się Lesia stamtąd porwać bez szwanku, ale zaraz idiota poleciał z powrotem. Ledwie go złapali. Pewnie, taka atrakcja, tyle sznurków z własnym napędem, nic dziwnego, że kot się zainteresował. Zdołałam wycharczeć jakieś wyrazy wstrętu, grozy i współczucia, kiedy Urszula oznajmiła, że nie ma nic przeciwko wężom, są bardzo ładne, zresztą hoduje jednego wielkiego zaskrońca w kompostowniku.[/FONT] [FONT=Arial] -Ładne? Hodujesz? – jęknęłam słabym głosem.[/FONT] [FONT=Arial] -No tak, bardzo jest sympatyczny, mleko mu przynoszę![/FONT] [FONT=Arial] -Jezu, błagam Cię, przestań, bo zemdleję... [/FONT] [FONT=Arial] -...No to kiedy wreszcie dasz się zabrać na weekend?[/FONT] [FONT=Arial] -Oszalałaś?!!! A w życiu moja noga tam nie postanie! Ja mam fobię na punkcie węży, za nic w świecie tam nie pojadę! Dobrze, że mi powiedziałaś, teraz te wasze piękne włości to mogę najwyżej na zdjęciu oglądać. [/FONT] [FONT=Arial] Wyobraziłam sobie, jak nie spodziewając się niczego złego idę na spacer przez ten śliczny las i nagle natykam się na kłębowisko żmij. A kiedy reanimują mnie na podwórku, z kompostownika wypełza wielki zaskroniec pełen życzliwych uczuć i spragniony towarzystwa, co doskonale udaje mi się dostrzec z przestrzeni poza ciałem... [/FONT] [FONT=Arial] Do końca dnia odruchowo patrzyłam pod nogi i byłam rozdrażniona. Część irytacji przelałam na Artura żądając recepty neopankreatynę, bo przecież, do cholery, coś temu psu musi pomóc! Artur zapytał, czy przypadkiem nie zjada kocich chrupek, jakby nie wiedział, że zjada. O chrupki awanturuję się od dawna, bo mam w stosunku do nich złe przeczucia, a Garet faktycznie je żre pełną gębą, mimo że daję mu za to klapsa. [/FONT] [FONT=Arial] Wobec tego Artur zaproponował odkrywczo, żeby odstawić go od chrupek. Na co warknęłam, że musiałabym się wyprowadzić, a on w przypływie genialnego natchnienia zaproponował, żeby koty karmić na stole. Jakby Garet na stół nie trafił...[/FONT] [FONT=Arial] Ostatecznie, kiedy wrzeszczałam do Ireny, że przez te cholerne, srające i sikające wszędzie koty pies mi się przekręci, moja matka spokojnie zaproponowała, żeby chrupki podawać w spiżarni, gdzie koty i tak włażą, a pies prawie wcale. Rozwiązanie wydało mi się najlepsze z możliwych. Resztę żarcia mogą dostawać na miskach w kuchni, bo na przykład takiej wątróbki to Garet nie tknie nawet w warunkach skrajnego wygłodzenia. [/FONT] [FONT=Arial] System na razie funkcjonuje, choć nasz inteligentny pies zaczął się coraz żywiej interesować spiżarnią, chociaż gonię go stamtąd rycząc jak furiat. [/FONT]
  7. Dzięki, każda uwaga mnie dopinguje, więc nowy odcinek lada moment. Wątki mam poskładane, 2 duże tomy, teraz SZUKAM AGENTA. Niniejszym ogłaszam to oficjalnie. :roll:
  8. [FONT=Arial]30.03.2008 niedziela[/FONT] [FONT=Arial] Postuluję, żeby święta wielkanocne dopasować do potrzeb osób pracujących. To znaczy Wielką Sobotę obchodzić w poniedziałek, Niedzielę we wtorek, a Poniedziałek w środę. Wtedy człowiek jakoś by te święta odczuł. Szczególnie ci, którzy sprzątają do upadłego, założywszy sobie, że każdy milimetr kwadratowy i sześcienny musi być dokładnie wymyty, wypolerowany i wypastowany. Zawsze przed świętami przypomina mi się moja była teściowa i są to chwile, gdy myślę o niej z prawdziwym współczuciem. Przez dwie doby harowała jak galernik, zapomniawszy o śnie, a gdy wreszcie nadchodziły święta, chwiała się nad obficie i perfekcyjnie zastawionym stołem tocząc wokół półprzytomnym spojrzeniem spod opuchniętych i zaczerwienionych powiek, z rozmazanym uśmiechem udręki i satysfakcji, który przyprawiał mnie o głębokie poczucie winy... Sama mam znacznie bardziej racjonalne podejście do świątecznych przygotowań. Po pierwsze, nie przesadzać z ilością potraw, a będzie mniej do wyrzucenia. I tak to, co się przygotuje, pozwoli przytyć każdemu członkowi rodziny o trzy kilogramy w ciągu trzech dni. Po drugie, nie przesadzać ze sprzątaniem. I tak w godzinę później wszystkie tekstylia pokryją się kłakami, a podłogi piaskiem. Okien nie ma sensu myć, jeśli wali śniegiem, bo największą gratyfikacją będzie zapalenie oskrzeli, a poza tym szyby zaraz zostaną osmarkane przez nawiedzonego psa. [/FONT] [FONT=Arial] W związku z tym posprzątałam jak zwykle, plus mycie luster i kafelków. Po głębokim namyśle umyłam okno w pokoju od wewnątrz, z trudem oskrobawszy je z glutów Garecika. [/FONT] [FONT=Arial] Z jedzeniem jednak przesadziłam, wskutek czego kilogram łososia wylądował w śmietniku, a sałatka osiadła mi na tyłku w postaci dwóch kilogramów sadła. Kolejny kilogram to jajka, tona tłuczonych ziemniaków z masłem i śmietaną oraz chleb. [/FONT] [FONT=Arial] O święceniu jak zwykle przypomniałam sobie w drodze do miasta. Cholera. Najpierw poszłam do sklepu dla zwierząt, żeby kupić Garecikowi suche mięsne pałeczki używane jako „dobry pies” po zażyciu lekarstw i czyszczeniu uszu. Poza tym żadnych fanaberii. Pies jest na ścisłej diecie, tylko gotowane białe mięso i to, co uda mu się upolować w kociej misce albo ukraść ze stołu. [/FONT] [FONT=Arial] Z wahaniem podążałam w stronę kościoła. Jedyny dzień, kiedy jest otwarty, chociaż nie ma mszy. Kiedy mieszkałam w Krakowie i w Opolu, z wielką przyjemnością wchodziłam do pustego, chłodnego, cichego kościoła. Tutaj jest to niemożliwe. Medytacja w przedsionku jest dla mnie równie atrakcyjna, jak przyjmowanie gości w ciemnym przedpokoju. Święta to jedyna okazja, gdy tutejsi duchowni dają wiernym kredyt zaufania wierząc, że wpuszczeni do środka nie zdrapią złoceń ze ścian i posągów, oszczędzą wota i nie obrabują kasetek z ofiarami. Zaiste, wzruszające zaufanie do własnej pracy duszpasterskiej. Prawie popłakałam się ze wzruszenia. Po drodze kupiłam papierosy.[/FONT] [FONT=Arial] Spotkałam koleżankę, która zainteresowała się, czy idę ze święconym, zerkając dyskretnie na zwisającą smętnie reklamówkę. [/FONT] [FONT=Arial] -Ehm, no, tak. Mam pałeczki dla psa, czekoladowe jajka i fajki – wyznałam odruchowo z właściwą sobie szczerością, z którą walczę bezskutecznie od lat. Żegnana zszokowanym spojrzeniem zachichotałam pod nosem i wstąpiłam do sklepu, dzięki czemu przybyło mi pieczywo, biały ser i masło. Uznałam, że to dosyć. Reklamówka wypełniła się zadowalająco, chociaż w niczym nie przypominała ozdobnych koszyków. Olałam to. [/FONT] [FONT=Arial] Ksiądz, przejęty rolą, machał kropidłem z takim rozmachem, że cały święty płyn wylewał sobie na plecy. Wyszłam z kościoła z wątpliwością, czy święcone zostało poświęcone czy też nie?[/FONT] [FONT=Arial] Garecik z zapałem usiłował upolować baranka z ciasta chlebowego, którego kupiłam dzień wcześniej. Kiedy to mu się nie udało, ukradł świeczkę w kształcie baranka, którą Kaja przywiozła z Krakowa. Bardzo był rozczarowany, kiedy odebrałyśmy mu zdobycz. [/FONT] [FONT=Arial] Baranka dopadł i tak, dzień później. Z zachwytem patrzyłam, jak wytropił go w paterze z owocami, rozejrzał się pospiesznie, ułożył sobie mordkę pod odpowiednim kątem i cichutko capnął, po czym z lękliwym triumfem potruchtał na fotel. Chwycił baranka w przednie łapy jak wiewiórka orzeszek i jednym chapnięciem pozbawił go głowy.[/FONT] [FONT=Arial] -Kaja, aparat! – zawołałam dramatycznym szeptem.[/FONT] [FONT=Arial] -Mamuś, zwariowałaś?! Przecież on go zeżre![/FONT] [FONT=Arial] -A, tam, zeżre. Pogryzie i wypluje, a jaką ma uciechę![/FONT] [FONT=Arial] -Oboje jesteście kompletnie nienormalni![/FONT] [FONT=Arial] Zmasakrowany odwłok baranka plątał się przez dwa dni po domu, przenoszony przez Gareta z jednego pomieszczenia do drugiego. Kiedy zamienił się w stos oplutych okruchów, pozmiatałam wszystko i wyrzuciłam do kosza, a Garet zajął się aportowaniem ulubionych przedmiotów: poduszki i rajstop babci, pantofli Kai, żółtej piłeczki, mojej bluzy od dresu. [/FONT] [FONT=Arial] Zauważyłam, że skłonność do kradzieży wzrasta, gdy Kaja jest w domu. Wtedy nosi wszystko, co zdoła udźwignąć, a jego pomysłowość przekracza moją fantazję, co mówi samo za siebie. [/FONT] [FONT=Arial] Wciąż ma kłopoty jelitowe. Codziennie bierze hepatil, bo miał wysokie próby wątrobowe, ale mam wrażenie, że przyczyna tkwi właśnie w jelitach. Wczoraj, zamiast spać, jak Bóg i kodeks pracy przykazali, do dziesiątej, zmartwychwstałam o czwartej rano, kiedy to Garet zaparkował na parapecie do wtóru orkiestry symfonicznej własnych jelit. Niepokój i współczucie zwyciężyły, a gdy już raz wypuściłam go do ogródka, co chwilę musiałam wstawać, żeby otworzyć mu drzwi wejściowe albo do piwnicy. W przerwach odpoczywał na moim łóżku, trzymając mnie za rękę, żebym przypadkiem nie zasnęła i nie zapomniała, że głównym celem mojego życia jest drapanie psa po piersi i brzuszku. [/FONT] [FONT=Arial] Po kolejnym wypuszczeniu do ogrodu zaobserwowałam przez okno, że zrobił nieciekawą kupę w malinach. Wymacałam okulary i powlokłam się do ogrodu dopiero w malinach uświadamiając sobie, że mam na sobie tylko bardzo skąpą koszulę nocną na ramiączkach. Z westchnieniem rezygnacji uznałam, że moi sąsiedzi już dziwniejsze rzeczy widzieli, i zajęłam się dogłębnym badaniem twórczości Garetowych jelit. Rzadkie i śluzowate. Popędziłam do domu i zadzwoniłam do Jacka, kompletnie nieświadoma, że jest to pora, kiedy normalni ludzie śpią jak kamienie nagrobne i na pewno nie są w nastroju, żeby wysłuchiwać malowniczego opisu psiej kupy. Jacek, z właściwym sobie flegmatycznym spokojem, wdał się w rozważania medyczne, po czym, skłaniając się ku mojej sugestii podrażnienia jelita grubego, zaproponował zastosowanie lakcidu w celu odtworzenia flory bakteryjnej. O Boże, jak ja mogłam na to nie wpaść? Przecież sama doszłam do tego w podobnej sytuacji parę miesięcy temu... [/FONT] [FONT=Arial] Odnalazłam lakcid i zawołałam Gareta. [/FONT] [FONT=Arial] -Kochanie, lekarstwo. [/FONT] [FONT=Arial] Natychmiast wskoczył na duży fotel w kuchni, przytulił się do oparcia i odchylił zachęcająco tylną łapę. [/FONT] [FONT=Arial] -Doustnie, cymbale, a nie dojajecznie![/FONT] [FONT=Arial] W godzinę później Garetowe jelita zebrały ostatnie owacje na stojąco i zakończyły swój utwór. [/FONT]
  9. Sorry, tilapia. Pyszna rybka. A to śliczna łapka [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img441.imageshack.us/img441/5977/marzec2008006my1.jpg[/IMG][/URL] I dekapitacja baranka [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img441.imageshack.us/img441/2818/marzec2008010oq3.jpg[/IMG][/URL] A tu z hantelką [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img441.imageshack.us/img441/2223/marzec2008012vl7.jpg[/IMG][/URL]
  10. Życzymy Wam radośnie rozmerdanych, ciepłych Świąt.:laugh2_2:
  11. Słodka myszka z piłeczką [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img410.imageshack.us/img410/9662/marzec2008002gr1.jpg[/IMG][/URL] Mały kotek na stole w kuchni [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img142.imageshack.us/img142/1446/marzec2008006dw2.jpg[/IMG][/URL]
  12. [FONT=Arial]18.03.2008 wtorek[/FONT] [FONT=Arial] Och, co za pech, myślałam, że będzie wczesna, ciepła wiosna, a tu zima ocknęła się z drzemki i gorączkowo próbuje nadrobić zaniedbania. Szłam obładowana zakupami, zimny wiatr hulał mi pod płaszczem, zarzucając szal na twarz, słońce zastrajkowało, a unoszący się w powietrzu aromat świadczył o niedawnym przejeździe śmieciarki. Ten unikalny bukiet przypominał serię smrodliwych bąków wzbogaconych wonią skarpetek, które po czterech miesiącach wypełzły z butów wraz ze stopami właściciela. Licho mnie podkusiło, żeby wejść jeszcze do hipermarketu. A, nie, zamierzałam kupić łososia, żeby Garecik, będący ostatnio na diecie, mógł urozmaicić sobie jadłospis. Chociaż nie narzeka na gotowanego kurczaka... Po ostatnich zaburzeniach żołądkowo-jelitowych ma straszny apetyt. Potrafi opędzlować kilo udek dziennie. [/FONT] [FONT=Arial] Oczywiście oprócz łososia kupiłam tilapę, wędzone makrele, młode ziemniaczki, nabiał i białą czereśnię wysokości dwóch metrów. Jak znam swoje szczęście, znowu samca, który przez całe lata będzie bujnie wypuszczał liście nie rozpraszając się na owoce. Do domu pełzłam jak skrzyżowanie szkółki ogrodniczej z karawaną wielbłądów. [/FONT] [FONT=Arial] W czwartek znowu zaczęłam się martwić, bo Garetowe jelita powitały ranek skomplikowanym utworem rockowym. Podałam mu nifuroksazyd, a ponieważ zanosiło się na to, że Kaja będzie w domu przede mną, prosiłam, żeby sprawdziła, jak tam jego brzuszek. [/FONT] [FONT=Arial]Przedpołudnie spędziłam w przychodni, bo musiałam zdobyć od uprawnionego lekarza zaświadczenie, że nie ma przeciwwskazań zdrowotnych do zrobienia przeze mnie prawa jazdy. Jest szansa, że PFRON mi dofinansuje, wtedy zdobędę się na odwagę i zrobię. Jeśli nie, to nie, obejdzie się. Znalazłam przychodnię, gdzie koszt zaświadczenia był niemal o połowę niższy, niż gdzie indziej. Zostałam przyjęta dokładnie o umówionej godzinie. Jezu, nie znoszę badań lekarskich, od razu zaczynam świrować, chociaż większą część życia przepracowałam w służbie zdrowia. [/FONT] [FONT=Arial]Lekarz, dwumetrowe chłopisko o kamiennej twarzy, cierpliwie wysłuchał moich skomplikowanych i chaotycznych wyjaśnień, z których kompletnie nic nie wynikało, a wreszcie zażądał PFRON-owskich formularzy. Wyjęłam dwie teczki na dokumenty i zaczęłam w nich nerwowo grzebać. Miałam nawet dwa komplety wniosku, oprócz tego trochę innych papierów, ale ku swojemu zdumieniu i zakłopotaniu nie mogłam znaleźć akurat tej strony, która była potrzebna. Po trzykrotnym przekopaniu wszystkiego cała okolica pokryta była stosem papierów, przy czym na pierwszym planie walały się formularze PIT-ów wraz z załącznikami. Na kamiennej twarzy lekarza pojawił się wyraz dojmującego cierpienia. Do tego dołączył szczękościsk. [/FONT] [FONT=Arial]Zebrałam nędzne resztki władz umysłowych, postanowiłam się opanować i udowodnić, że to tylko chwilowa niedyspozycja intelektualna. Przeprosiłam, spakowałam swoje śmieci, przy czym bez oporów oddałam druki należące do poradni, które zgarnęłam przez czysty przypadek. Ten biedny człowiek, posapując jakoś dziwnie, zaopatrzył mnie w piszący długopis, który już za drugim razem ustawiłam właściwym końcem, i kazał mi wypełnić coś w rodzaju historii choroby. Mamrotałam do siebie niczym blondynka z dowcipów, a popis zakończyłam okrutnym zdziwieniem na temat daty, bo jakoś mi się wydawało, że jest o dziesięć dni później. Ponieważ nawet w przybliżeniu nie pamiętałam, od kiedy datuje się moja niepełnosprawność, znowu otworzyłam obie teczki i rozpoczęłam poszukiwania orzeczenia. Twarz lekarza już od dawna nie była kamienna, miałam wrażenie, że z trudem powstrzymuje się od wycia albo od zaduszenia mnie, przy czym to drugie wydawało się bardziej prawdopodobne. Wreszcie oboje przestaliśmy pisać i przyszedł czas na ćwiczenia gimnastyczne. Przy skłonie z wyprostowanymi kolanami wymamrotałam – no, nie przesadzajmy – i zwiesiłam ręce aż za kolana. Przy przysiadzie zaczęłam protestować obawiając się, że to, co jeszcze trzyma mi kolano w kupie, nagle puści, ale spojrzałam na jego twarz i potulnie kucnęłam. Stanie na jednej nodze z wyciągniętymi ramionami i zamkniętymi oczami – bułka z masłem. Jednak zanim dał mi komendę „spocznij”, zachwiałam się rzężąc i złapałam za biurko. [/FONT] [FONT=Arial]-Tak się przejęłam, że zapomniałam o oddychaniu – wyznałam rozbrajająco, co spowodowało u niego jakiś nerwowy dyg, jakby w moim kierunku, co mnie słusznie zaniepokoiło. [/FONT] [FONT=Arial]Z zaświadczeniem w ręce, podziękowałam serdecznie i pożegnałam się. Po chwili, uśmiechając się przepraszająco, wróciłam po torbę z dokumentami. Przytomnie zabrałam od razu parasol. [/FONT] [FONT=Arial]Przed przychodnią odetchnęłam spazmatycznie, wymamrotałam do siebie kilka komplementów, po czym spojrzałam na zaświadczenie. Spodziewałam się czegoś w rodzaju adnotacji: „ Jednostka śmiertelnie groźna dla siebie i otoczenia, całkowicie niezdolna do prowadzenia pojazdu. Nie ma szans, żeby odnalazła swój samochód, a jeśli nawet tego dokona, wsiądzie do bagażnika i uzna za kierownicę koło zapasowe”. Nic takiego jednak tam nie było. Jestem pewna, że ten nieszczęsny człowiek po raz pierwszy w życiu aż tak sprzeniewierzył się sobie. Obawiam się, że będę się pojawiać w jego koszmarach sennych. [/FONT] [FONT=Arial] Zadzwoniłam do Ireny domagając się informacji o samopoczuciu Gareta. Oznajmiła, że czuje się dobrze, bo lata jak szalony, a nos ma normalny. Trochę mi ulżyło. [/FONT] [FONT=Arial]Powędrowałam do Urszuli. Moje przyjście zakończyło naradę, jaką zrobiła swoim pracownikom. Przerwała ją z ulgą, bo od dwóch dni, jak stwierdziła, łeb jej nieziemsko napierdala, przy czym i tak jest już lepiej, bo teraz boli ją „jakby w drugim pokoju”. Kwicząc z radości wysłuchała moich przygód z lekarzem. Przeprosiłam, że i w tym tygodniu nie pojadę z nimi na wieś, bo w piątek mam konferencję w Krakowie, potem imprezę u siebie, a w sobotę przychodzi zaprzyjaźniony i śmiertelnie zajęty budowlaniec, którego od pół roku błagam o litość i o wykonanie reszty prac remontowo-przeróbkowych. [/FONT] [FONT=Arial]Przez kolejne dwie godziny zrobiłam z dziesięć kilometrów po mieście, ale załatwiłam wszystko, a nawet więcej, niż planowałam. [/FONT] [FONT=Arial]W domu powitał mnie stęskniony Garet. Nie było ani Kai, ani Ireny. Okno w kuchni było zdemolowane – najwyraźniej Garet korzystał z parapetu, aby obserwować Irenę wychodzącą z domu. Wszystkie doniczki leżały na podłodze, przy czym ta z paprotką przeleciała przez fotel i pół kuchni zanim rozbiła się, siejąc wokół ziemią. Zignorowałam pobojowisko licząc na to, że Kaja lada moment przyjdzie i będzie w lepszej formie niż ja. Wypakowałam zakupy, założyłam dres i poczłapałam na piętro do garderoby, żeby powiesić sweter. Drzwi, które sama wyrywam zapierając się nogą o ścianę, były otwarte na oścież, co mnie poważnie zaniepokoiło. Cały pokój wyglądał jak ciuchland po kilkakrotnym włamaniu zakończonym bombardowaniem. Wszystkie stelaże zwaliły się jak kostki domina, a setki ubrań leżały zwalone w bezładne, malownicze stosy na podłodze. Przy samym progu dogorywał czarny sweter z oderwaną od rękawa futrzana oblamówką. Widocznie Garecik wybrał go sobie jako ściółkę, ale okrycie złośliwie zaplątało się w kółka stelaża powalonego najbliżej drzwi. [/FONT] [FONT=Arial]Wyobraziłam sobie koty sikające radośnie w stos moich kaszmirowych swetrów i zrobiło mi się słabo. Byłam zbyt słaba, żeby sprawdzać słuszność swoich podejrzeń.[/FONT] [FONT=Arial]-Ty mały cholerniku, co zrobiłeś? – jęknęłam żałośnie. Garet spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym, że on też taki bałagan szczerze potępia i zastrzygł z oburzeniem uszami ustawionymi w nieśmiały trójkąt. Machnęłam beznadziejnie ręką, zatrzasnęłam drzwi i podparłam je szafką, ostrożnie omijając opartą o ścianę rzeźbę. Zabójczy pastuch przyglądał mi się ze złośliwą uciechą potrząsając triumfalnie kosturem. Obrzuciłam go paskudnym spojrzeniem i powlokłam się na dół. Akurat wróciły równocześnie Kaja i Irena, Garet w radosnym obłędzie demolował resztę kuchni, ziemia pryskała na wszystkie strony, a Kaja usiłowała uchronić psa przed rozcięciem sobie łap o kawałki doniczki. [/FONT] [FONT=Arial]W piątek wróciłam z Krakowa na tyle wcześnie, że zdążyłam przygotować litr nalewki na kukułkach, z kawą i suszonymi truskawkami, umyć podłogi i doprowadzić do porządku siebie. Jednak, kiedy po siódmej Garet z radości rozrywał gości na strzępy, byłam już ledwie żywa. Cóż, to był wyczerpujący tydzień. [/FONT] [FONT=Arial]Stół oczywiście wyleciał w powietrze, na szczęście na etapie, gdy stała na nim tylko popielniczka. Potem Garet uspokoił się i przylgnął do swojej wielkiej miłości – Magdy. Wypiął rozwichrzony, biały gors i przewracając w upojeniu oczami pozwalał się pieścić i z upodobaniem słuchał komplementów trzymając Magdę za rękę. [/FONT] [FONT=Arial]Ja popadłam w podobny błogostan, gdy nowa potrawa doczekała się westchnień pełnych zachwytu. Nalewka też była znakomita. Magda i Artur jako kierowcy nie pili, Renata niewiele, za to my z Jarkiem postanowiliśmy się upić. Mnie wyszło znakomicie. No i byłam znacznie szybsza niż Jarek w opróżnianiu kieliszków. Co, niestety, nie przeszkadzało mi gadać. Zazwyczaj w ciągu dnia wypowiadam nie więcej niż dwadzieścia zdań, jeśli bardzo się rozkręcę. Teraz pieprzyłam jak traktorzysta pod remizą. Resztkami świadomości zastanawiałam się, jaka część mnie woła: -Jezu, zakneblujcie tę cholerną idiotkę! - ale nie wnikałam w to głębiej. Niestety. Potem nawet pozmywałam, choć straty w szkle były znaczne. Pół soboty spędziłam na modłach o amnezję, które nie zostały wysłuchane. Za to ja wysłuchałam bardzo dokładnej relacji Kai o zajęciach z medycyny sądowej, na które się zapisała, a które zafascynowały ją bez reszty. Oderwałam się od niemrawego gotowania obiadu na widok mojej córki, która z wypiekami na twarzy fotografowała aparatem świeżo kupioną wątróbkę dla kotów. [/FONT] [FONT=Arial]-Może wyjmę ci udka z lodówki – zaproponowałam zachęcająco. Oderwała roziskrzony wzrok od krwawego obiektu i zaczęła rozważać, czy żel wick vaporub będzie odpowiedni do zastosowania pod nos przed pójściem na sekcję zwłok. [/FONT] [FONT=Arial]-Kurde, ale ci wali przez tę sądówkę – odwróciłam się z niesmakiem do przyjaźnie wyglądającej zupy pomidorowej. Poczułam, że jeśli usłyszę niezwykłą historię jeszcze jednej przeciętej lub przestrzelonej tętnicy, zacznę wyć. [/FONT] [FONT=Arial]Z ulgą poszłam z Kają do piwnicy, żeby porozpaczać nad kończącym się opałem i zaczynającą się zimą. Garet wpadł za nami do kotłowni i od razu rzucił się do miski piwnicznych kotów. Zanim go dopadłam, zdążył pochłonąć większość ich obiadu. Kiedy go wypędzałam, pod nogi wlazła mi Gacia. Pod wszystkie i to po kilka razy. Przykucnęła jak zreumatyzowany żółw przesuwając się z uporem w niewłaściwych kierunkach, co zmusiło mnie do odtańczenia czegoś w rodzaju skomplikowanej zorby. Kaja dostała spazmów ze śmiechu, ja warknęłam, że mam już powyżej uszu tego zwierzyńca i wróciłam na górę. Garet, Gacia i Kaja poszli za mną. Garet po to, żeby na fotelu w kuchni oddać ukradzione kotom żarcie w postaci prawie niezmienionej, Gacia po to, żeby powtórzyć numer z piwnicy. Ja wpadłam w furię, Kaja w histerię, płacząc ze śmiechu. Na szczęście nadjechał mój wymarzony budowlaniec. Obiecał rozpocząć roboty, gdy tylko będę miała drzwi wejściowe. Nie ukrywał, że będzie pracował dorywczo i po trochę, bo jest zawalony robotą. Podczas oględzin okazało się, że absolutnie wszystko, co jest do zrobienia, jest najeżone paskudnymi komplikacjami, co sama od dawna przeczuwałam. To pozwoliło mi osunąć się w łagodną, ale głęboką depresję...[/FONT]
  13. ciężkie jest życie aportowca... [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img341.imageshack.us/img341/4998/marzec2008001ya9.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img87.imageshack.us/img87/6800/marzec2008003bd0.jpg[/IMG][/URL]
  14. [FONT=Arial]09.03.2008 Niedziela[/FONT] [FONT=Arial] To oczywiste, że mamy najsłodszego psa na świecie. Żaden inny nie potrafi robić tysięcy tak urzekających minek, rzucać setek niezwykle wymownych spojrzeń, przyjmować póz rzucających na kolana. Jemu nawet układ fal i loków zmienia się w zależności od tego, co chce przekazać. Natura, obdarzywszy go obłędem, spostrzegła poniewczasie swoją fatalną pomyłkę i czym prędzej, w celach adaptacyjnych, obdarzyła go dodatkowym kompletem mięśni odpowiedzialnych za mimikę. Wskutek tego nie można go zadusić, nawet jeśli na to zasłużył. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatnio, wyjąwszy bieganie w asyście rozpaczliwych jęków od drzwi do drzwi, zachowuje się stosunkowo spokojnie. Owszem, zbadał dokładnie wnętrzności mojej nieprzemakalnej, ocieplanej kurtki, ale to moja wina, bo zostawiłam ją na wieszaku. Zresztą i tak jej nie lubiłam, choć czasami się przydawała. Irena, mrucząc pod nosem paskudne rzeczy, wepchnęła jej narządy wewnętrzne na powrót i zeszyła podszewkę. Czyli można uznać, że Łazarz wstał. Do następnego razu. W ostatni wtorek, kiedy Irena wyjechała na godzinę do miasta, Garecik musiał cierpieć wyjątkowo dotkliwie z powodu samotności, bo przeszukawszy jej pokój, znalazł woreczek z nowym, czerwonym płaszczem przeciwdeszczowym, rozpakował je i kierując się artystyczną fantazją, wygryzł sam dół w wymyślne wzory. Zebrałam w milczeniu czerwone strzępki rozsiane po kuchni.[/FONT] [FONT=Arial] -Trzeba będzie to wyrównać i obszyć od nowa – wysyczała moja mamusia rzucając psu pełne groźby spojrzenie, które wprawiło go w krótkie zakłopotanie. [/FONT] [FONT=Arial] Piękna, wiosenna pogoda obudziła we mnie tęsknotę za urlopem, ale niestety, nie mam szans na dłuższy odpoczynek, dopóki nie skończę kursu języka migowego, co nie nastąpi wcześniej, niż w czerwcu. [/FONT] [FONT=Arial] W kursie musiałam wziąć udział z racji swojego stanowiska i przyznam, że początkowo byłam nastawiona bardzo niechętnie, ale okazało się, że to niezła zabawa. Najbardziej przygnębiał mnie dojazd do Będzina, przeciętnie pięknego miasta, którego w dodatku kompletnie nie znałam. Przy moich zaburzeniach orientacji w terenie istniała poważna groźba, że zaginę bez śladu i odnajdę się dopiero po tygodniu w dowolnym, acz niespodziewanym punkcie Polski. Skupiłam się jednak i wytężyłam wszystkie rezerwy intelektualne, dzięki czemu zgubiłam się tylko w przejściu podziemnym, uporczywie wychodząc na tę samą ulicę. Sztuczkę tę konsekwentnie powtórzyłam w drodze powrotnej, nie mogąc pozbyć się ulicy, której z takim uporem szukałam rano... [/FONT] [FONT=Arial] Za tydzień w przejściu poradziłam sobie śpiewająco, wybierając inteligentnie drogę, która wydawała mi się najmniej prawdopodobna, za to coś złośliwie przestawiło mi budynek starostwa i chwilę trwało, zanim odnalazłam bramę, która według mnie jeszcze parę dni wcześniej była w zupełnie innym miejscu. [/FONT] [FONT=Arial] Wyprosiłam dwa dni urlopu i zrobiłam sobie przedłużony weekend. Wprawiło to Gareta w kompletnie pomieszanie, liczba dni mu się nie zgadzała, a poza tym skoro ja byłam w domu, to Kaja powinna być tym bardziej. Czekał, w takim napięciu biegając od okna do drzwi, że serce się krajało. Mniej lub bardziej cierpliwie pełniłam funkcję odźwiernego, a gdy słońce już się rozhulało, brałam go do ogródka, żeby się trochę rozerwał. Oczywiście musiałam zamknąć za nami wszystkie drzwi na klucz, bo to, że ja zakotwiczyłam w ogrodzie, nie znaczyło, że Garet zamierza tam spędzić więcej niż trzy minuty, niezbędne do zrobienia pogromu wśród piwnicznych kotów. Kiedy się okazało, że nie wejdzie do domu ani przez balkon, ani przez piwnicę, pogodził się z porażką i zwiedzał okolicę, co chwilę przybiegając po porcję pieszczot, świszcząc z rozczulenia i z rozpędu dając mi buzi ciepłym, delikatnym językiem. Udało mu się znaleźć większość zabawek, które po zimie spędzonej w ogrodzie prezentowały się mniej lub bardziej rozpaczliwie. [/FONT] [FONT=Arial] W sobotę Kaja, zelektryzowana widokiem słońca, zabrała się za prace ogrodnicze. Głównie za swoje ulubione – przycinanie. Po ojcu to ma – wygolić co się da, najlepiej do korzeni. [/FONT] [FONT=Arial] -To ile chcesz przyciąć te moje wierzby? – zapytałam żałobnym głosem wyglądając przez okno. Stanęła obok mnie, a Garet czym prędzej wyskoczył na parapet, żeby mu przypadkiem coś nie przepadło.[/FONT] [FONT=Arial] -Do wysokości tamtego krzaka.[/FONT] [FONT=Arial] -Jezu, oszalałaś? Przecież same pnie z nich zostaną! – jęknęłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Oj, mamuś, przesadzasz. Zobaczysz, jakie ładne gałązki wypuści. [/FONT] [FONT=Arial] -Z czego, z korzeni?![/FONT] [FONT=Arial] -Babciu, idziemy do ogródka! – poinformowała Irenę.[/FONT] [FONT=Arial] -I co tam będziecie robić? – zaciekawiła się moja matka. [/FONT] [FONT=Arial] -Mama nic, a ja będę podcinać krzewy![/FONT] [FONT=Arial] -Ja będę płakać – uzupełniłam ponuro. [/FONT] [FONT=Arial] Korzystając z okazji dokonałam dokładnej inspekcji ogrodzenia wzdłuż głównej ulicy. Nie wypadła najlepiej. Jeden ze słupków został jakby wypluty przez podłoże, a przęsło oderwało się od niego i zwisało żałośnie. Blisko dwumetrowy mur z pustaków, podpierający znajdujący się powyżej parking, zaczął się poważnie wykruszać, czemu trudno się dziwić, zważywszy, kto te prace wykonał. Podsumowując – groźba, że cały parking runie do położonego poniżej ogrodu, wydała mi się bardzo realna. Aż mi skóra ścierpła, kiedy wyobraziłam sobie konsekwencje. [/FONT] [FONT=Arial] W kiepskim nastroju powędrowałam do domu, zostawiając w ogrodzie Kaję szalejącą z sekatorem i piłą oraz Gareta, okorowującego z zapałem gałęzie. Właśnie wlókł sobie na bardziej dogodną pozycję dwumetrowy, mocno rozgałęziony kawał wierzby mandżurskiej, który złośliwie zaparł się w krzaku czarnej porzeczki. Zważywszy entuzjazm naszego psa, wierzba i porzeczka nie miały szans.[/FONT] [FONT=Arial] Tym razem spotykaliśmy się u Renaty, ponieważ jej eksmałżonek niespodziewanie opuścił kraj, zdecydowanie zniesmaczony tym, że była żona nie zamierza go utrzymywać. [/FONT] [FONT=Arial] Wyjątkowo, Artur przyszedł pierwszy i siedział rozparty w fotelu przed kominkiem w otoczeniu Poli i Gucia. Natychmiast po moim wejściu nastąpiło przegrupowanie. Pola przydreptała z czystej życzliwości, zaś Gucia najwyraźniej przygnała sadystyczna przyjemność, jaką czerpie z wprawiania mnie w stan katatonii. Powolnymi ruchami obdzielałam dwa ogromne kudłacze pałeczkami. Pola wróciła do Artura i uwaliła mu się na stopach, natomiast Gucio wisiał nade mną jak przymurowany obrzucając mnie niemożliwym do zidentyfikowania spojrzeniem spod długiej grzywki i posapując przez wielkie dziury czarnego nosa, który jakoś skojarzył mi się z nosem łagodnie wkurwionego byka. [/FONT] [FONT=Arial] -Gucio, na litość boską, opuść mnie! – jęknęłam rozpaczliwie, starając się nie poruszać ustami. [/FONT] [FONT=Arial] -A czegoż ty się tak boisz tego psa! – ryknął Artur wywołując i w Guciu i we mnie nerwowe drgawki. No, kurde, coraz lepiej. [/FONT] [FONT=Arial] -Bardzo dziwne, że się go boję, przecież ma tylko opinię mordercy, a w dodatku przed chwilą Renata powiedziała, że rzucił się na jej matkę – wymamrotałam zirytowana półgębkiem, tym od strony Artura. –A zresztą ja się wszystkiego boję – dodałam z przygnębieniem, czując na uchu ciepły oddech Gucia. [/FONT] [FONT=Arial] -Rzucił się na twoją matkę?! – zainteresował się Artur tak gromko, że oboje z Guciem sapnęliśmy nerwowo. Od kryzysu uratowało nas przybycie Magdy i Jarka. Panowie wręczyli nam piękne róże i słodycze z okazji Dnia Kobiet. Tak się wzruszyłam, że nadepnęłam na łapę Guciowi, bo wklinował się między Renatę, mnie i Jarka, który nas właśnie serdecznie ściskał i całował. Gucio z niezrozumiałych przyczyn mi to wybaczył, ale sprytnie zamienił się miejscami z Polą, która choć niższa, jest nieco szersza, wobec czego z przyjęciem życzeń od Artura miałam jeszcze większy problem. [/FONT] [FONT=Arial] Lekką chwilę grozy przeżyłam jeszcze raz, gdy któryś olbrzym wziął moją rękę w zęby. Nie usłyszawszy jednak trzasku miażdżonej kości, zorientowałam się, że to Pola łagodnie transportuje moją dłoń w okolice swojego karku, aby zasugerować mi, że skoro już tu jestem i pożeram pyszną rybę po grecku, mogłabym się zająć czymś pożytecznym, na przykład głaskaniem wielkiego psa. Po alkoholu rozluźniłam się trochę, ale i tak do łazienki pełzłam pod ścianami salonu krokiem bardzo zrelaksowanego Indianina. Renata zerkała na mnie z rosnącą irytacją i jestem pewna, że momentami miała nadzieję, że Gucio mnie wreszcie dziabnie, żebym przestała histeryzować. Trudno, nic na to nie poradzę, ale widok psa, który sięga mi do pasa odkurzającego z mojego ubrania drobinki zaczepnego testosteronu Gareta mrozi mi krew w żyłach. [/FONT] [FONT=Arial] Po dwóch godzinach udało nam się szczęśliwie porzucić optymistyczne tematy chorób i nieszczęść i weszliśmy w fazę histerycznego śmiechu z absurdalnych produktów naszej wyobraźni, kiedy zadzwoniła Kaja, że Garet zachorował i wymiotuje. Najwyraźniej czegoś się padalec nażarł oprócz kory – w ogrodzie albo na spacerze. Oddałam telefon Arturowi. Przez resztę wieczoru Artur co jakiś czas udzielał Kai telefonicznych porad i chociaż bawiliśmy się świetnie, żarł mnie niepokój o nasze obłąkane maleństwo. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy, po północy, dotarłam do domu, Garet oprócz lekkiego otumanienia torecanem nie wykazywał żadnych niepokojących objawów, co nie przeszkodziło mi do wpół do trzeciej nasłuchiwać nerwowo, czy na piętrze coś złego się nie dzieje. Jak mnie zapewniła chłodnym głosem Kaja, którą bezlitośnie wywlokłam z łóżka o siódmej rano, na piętrze wszyscy spali. [/FONT] [FONT=Arial]Obudziłam moje dziecko w środku nocy tylko dlatego, że Garecik popędził radośnie przed dom. Gdy wpuściłam go z powrotem, narzuciłam na nocną koszulę płaszcz i przedzierając się przez bez, jaśmin i berberys, uważnie obejrzałam okolicę. Zaważyłam kilka plam pienistych wymiotów i potrzebowałam Kai do konsultacji, czy to wczorajsze czy dzisiejsze. Kaja, która poprzedniego wieczoru przeszukiwała okolicę z latarką, oznajmiła stanowczo, że ślady są wczorajsze, a kupa świeża. [/FONT] [FONT=Arial]-Kupa niezła – powiedziałam z zadowoleniem – rozgrzebałam ją patykiem i obejrzałam. [/FONT] [FONT=Arial]-Jezu, jeszcze powiedz, że ktoś cię widział – jęknęła Kaja zaniechawszy chwilowo powrotu do łóżka.[/FONT] [FONT=Arial]-No owszem, jakaś kobieta. Ale ostatecznie to mój ogródek i moje gówno – oświadczyłam trąc szczypiące z niewyspania oczy. –A poza tym tych ludzi tutaj chyba nie zdziwi już nic, co robię. [/FONT] [FONT=Arial]-Prawie to słyszę. Wróci z kościoła i powie: -wiecie, ta szurnięta baba z domu na rogu w nocnej koszuli grzebała patykiem w gównie! – zniesmaczona Kaja poczłapała na górę, żeby kontynuować drzemkę. Garet pokicał za nią. [/FONT] [FONT=Arial]Wysłałam sms-a do Artura, że Garet czuje się dobrze. Zasnąć już nie mogłam, mimo że Koleś mruczał mi kołysankę w okolicy kolan. Słońce świeciło coraz jaśniej, ptaki śpiewały jak oszalałe, więc wreszcie wylazłam z łóżka i to w stosunkowo niezłym nastroju. [/FONT] [FONT=Arial]Przed południem Jarek, Magda i Renata pytali o samopoczucie Gareta. Kaja mruknęła zgryźliwie, że gdyby ona zachorowała, nikt by się tym nie przejął. Pocieszyłam ją, że gdybym ja zachorowała, też nikt nie dzwoniłby, aby zapytać czy jeszcze żyję...[/FONT]
  15. [FONT=Arial]25.02.2008 poniedziałek[/FONT] [FONT=Arial] Wiosna wygląda bardzo prawdziwie, chociaż, według synoptyków, nie potrwa długo. Liczę jednak na szansę, że spodoba się jej i zostanie. Tym bardziej, że groszku mamy jeszcze na dwa, może trzy załadowania pieca. Czyli licząc optymistycznie na dwa tygodnie. Potem będziemy się ogrzewać oddechem i emocjami Gareta. Na te ostatnie, rozbuchane i gorące, zawsze można liczyć. Wczoraj była to radość, bo mieliśmy urodzaj gości, dzisiaj rozpacz, bo Kaja wyjechała na cały tydzień. Nie mam pojęcia, jak on to rozróżnia, ale kiedy nasze dziecko znika na dwa dni, zachowuje się spokojniej, natomiast gdy wyjeżdża na pięć, szlocha, jęczy, kląska, mruczy, stęka, wzdycha, a żałość przy tym spływa mu z oczu jak kwas solny. Ponadto bezustannie zalicza trasę: parapet – drzwi wejściowe – obszar przed domem – parapet – drzwi do piwnicy – ogródek. Powinnam sobie przypiąć plakietkę „odźwierny”, żeby nikt nie miał wątpliwości, o co chodzi. [/FONT] [FONT=Arial] W plątaniu się w koło dorównuje Garetowi tylko Liszka. Ledwie wyjdzie, już siedzi na zewnątrz kuchennego okna w budzącej litość pozie porzuconego rudego kota, o którym nikt nie pamięta. Jak się rozkręci, to siedzi na tym parapecie, zanim jeszcze wyjdzie... a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. W dodatku na wołanie nie reaguje, trzeba podejść i zaprosić księżniczkę do środka. Niedługo będziemy musiały rozkładać czerwony chodnik, żeby zielonooka raczyła wrócić do domu. A może Garet się wytresuje i będzie ją przynosił w zębach, zamiast włóczyć po domu rajstopy babci, nasze ubrania, poduszki, skarpetki, zapałki, kawałki wołowiny, hantle, pantofle i tym podobne. [/FONT] [FONT=Arial] Z pantoflami zupełnie oszalał. Moje zanosi do Kai na górę, Kai znosi na dół. W dodatku chowa je tak podstępnie, że trzeba wykazać się niezwykłą pomysłowością, żeby zgubę odnaleźć. Ostatnio jeden z moich wrzucił do kociej kuwety. Nic dziwnego, że potem koty mnie obwą****ą i rozdziawiają paszcze z podniecenia i bezbrzeżnego zachwytu dla nowego rodzaju perfum... Ja z kolei rozdziawiam paszczę z powodu zgoła innego, a to, co z niej wychodzi, nie nadaje się do przytoczenia. [/FONT] [FONT=Arial] Nie mam nic przeciwko temu, gdy nasz aportowiec nosi kości. Ostatnio kupiłam mu dwie wielkie, cielęce. Jedna wystarczała mu na trzy dni. Najpierw obwąchiwał wnikliwie analizując dane, potem niezwykle ostrożnie brał w zęby i wypuszczał po to, by za chwilę lizać ją z rozczuleniem. Nic dziwnego, za świeża. Po jakimś czasie chodzili wszędzie razem. Garet na fotel w kuchni, kość z nim. Garet na kanapę, kość z nim. Garet na dwór, wierna towarzyszka w zębach. Garet na parapecie – podobnie. Zasypiał, opierając na niej czule czoło. Problem miał o szarym świcie, kiedy zwykle budzi mnie pocałunkiem, jęcząc z rozczulenia, wielkodusznie wybaczając to, że w odpowiedzi warczę zamiast skakać z radości, że mogę po trzech godzinach snu przez zapuchnięte powieki obejrzeć chrapiący smacznie świat. No bo jak dać buzi, trzymając gnata w zębach? A z kolei wypuścić... a nuż zęby mi odrosły i przyjdzie mi ochota na śniadanie? Ostatecznie decydował się na ryzyko ciskając padlinę na poduszkę, tuż przy mojej twarzy. [/FONT] [FONT=Arial] Trzeciego dnia brał się za ogryzanie chrząstki z nasady, a kiedy się z nią uporał, wyjmowałam mu szpik przy pomocy łyżeczki do koktajli, a potem wyrzucałam niebezpieczną część kości. [/FONT] [FONT=Arial] Gdy kości się skończyły, zupełnie niechcący sprawiłam mu niespodziankę. W hipermarkecie zauważyłam bardzo zgrabne, winylowe hantle. Wpakowałam dwie dwukilowe do koszyka w porywie heroicznej nadziei, że wystarczy mi siły woli, żeby pozbyć się zimowego sadełka. Zanim dotarłam do kasy, koszyk, uzupełniony zakupami, przygiął mnie do ziemi. Wróciłam i odłożyłam jedną, postanawiając wrócić po nią następnego dnia, gdy, jak naiwnie sądziłam, moje bagaże będą lżejsze. Hantlę, piękną, w kolorze fiołków, wypakowałam razem z zakupami na stół. Garet, jak zwykle, rozpoczął penetrację moich siatek zanim wypuściłam je z rąk. Zdołał ukraść kawał żółtego sera, podczas gdy Gacia dobierała się równocześnie do wędzonego halibuta i surowego łososia. Nie wiedziałam, które walnąć w łeb najpierw i co najbardziej chcę ocalić. Nagle Garyś dostrzegł hantlę. Zamarł, ustawił uszy w trójkąt i westchnął z zachwytu. Natychmiast wypluł ser i porwał przyrząd do ćwiczeń, po czym, chrumkając z rozkoszy, wgramolił się z nim na kuchenny fotel. [/FONT] [FONT=Arial] -Garecik, to jest za ciężkie, ząbki ci się wyłamią... [/FONT] [FONT=Arial] Na moje ostrzeżenie odpowiedział wzrokiem skacowanego saksofonisty i wzmocnił uchwyt. Machnęłam ręką i zaczęłam rozmawiać z Ireną, jak zwykle przy pomocy gromkich porykiwań, bo moja mamusia zakłada swój aparat słuchowy tylko do kościoła i z okazji przyjazdu Marka. Nagle podskoczyłyśmy obydwie, bo łoskot, który się rozległ, sugerował co najmniej zmasowany atak terrorystów albo wybuch gazu w niebezpiecznej bliskości. [/FONT] [FONT=Arial] -Co to było?! – przeraziła się Irena. [/FONT] [FONT=Arial] -O Jezu... to tylko Garetowi hantla wypadła... – sapnęłam z ulgą. Garet czym prędzej zsunął się z fotela i porwał swój skarb, zanim któraś z nas wpadła na pomysł, żeby mu go odebrać. Jednak po kolejnej detonacji, której skutkiem było wypuszczenie przeze mnie wytłoczki z jajkami na Gacię zalecającą się namiętnie do nogi od stołu, zabrałam hantlę i położyłam ją na kredensie. Garet oszalał. Zaszlochał rozdzierająco, łzy mu stanęły w oczach i ze śmiertelną determinacją próbował wspiąć się na kredens. Nie udało się, więc wylazł na fotel i podjął kolejną dramatyczną próbę, która mogła zakończyć się sukcesem lub gipsem. [/FONT] [FONT=Arial] Zamknęłam hantlę w kredensie. Ostatecznie dałabym mu ją, może uzębienie by wytrzymało, ostatecznie taka dzika kaczka waży chyba ze dwa kilogramy, ale wizja dwukilowej hantli spadającej na mój, jeszcze niezrośnięty po potyczce z rzeźbą paluch u lewej stopy, skutecznie ostudziła życzliwe porywy serca.[/FONT] [FONT=Arial] -Garecik, obiecuję, jutro ci kupię taką półkilową. Przysięgam![/FONT] [FONT=Arial] Garet załkał, osunął się z powrotem na fotel z jękiem i zgrzytem pazurów i wpadł w pokazową depresję. Wezwałam na pomoc osierocone resztki zdrowego rozsądku i oparłam się pokusie, żeby natychmiast lecieć z powrotem do sklepu. Zrozpaczony pies bez apetytu zjadł na obiad smażonego łososia, a na kolację wędzonego halibuta. Pewnie był głodny, a alternatywą była tylko wołowina obsychająca z osamotnienia w misce. Przepraszam, na talerzu, bo miskę zlikwidowałam w przekonaniu, że nie smakuje mu jedzenie ze stalowego naczynia. [/FONT] [FONT=Arial] Następnego dnia, kiedy dotarłam do domu ze swoją fiołkową i Garetową różową hantlą, zastałam Kaję, która niedawno wróciła z Krakowa. Próbowałam opowiedzieć jej historię rozpoczętego przez Gareta programu fitness, ale nie byłam w stanie dokończyć, bo nasz pieszczoch, na widok aż dwóch cudowności, wpadł w amok. Oczywiście najpierw rzucił się na dwukilową, którą natychmiast schowałam. Jęknął z głębi zranionego serca i utkwił we mnie płonący wzrok. [/FONT] [FONT=Arial] -Hantelka? Moja Hantelka?! Oddaj! Daj mi natychmiast!!! Prooooszę! Chcę tę większa, jestem już dużym chłopcem![/FONT] [FONT=Arial] -Garecik – fioletowa jest mamusi, twoja różowa. Proszę bardzo. [/FONT] [FONT=Arial] Irena, szurająca w kierunku swojego pokoju z filiżanką kawy w ręce, nie mogła powstrzymać się od szerokiego uśmiechu, który natychmiast ukryła, żeby nie zepsuć swojego image’u.[/FONT] [FONT=Arial] Przez długą chwilę patrzyłyśmy urzeczone, jak śliczny, myśliwski pies z głęboką czcią bierze ostrożnie w zęby swój skarb, ostrożnie wnosi go na fotel i z miłością układa na nim lśniącą jak jedwab mordkę przewracając z rozrzewnieniem oczami. [/FONT] [FONT=Arial] Przez kolejne dni cudem uniknęłam powtórnego złamania palca, zmiażdżenia nosa, zmasakrowania twarzy, złamania podstawy czaszki wskutek poślizgu na różowej hantli. Nie uniknęłam wyrzekań Ireny, że zwariowałam już doszczętnie i sama nie wiem, co temu głupiemu psu kupować, a człowiek może się na tym zabić, bo plącze się pod nogami. W odpowiedzi wymamrotałam, że kto jak kto, ale ona się nie zabije, bo posuwa się krokiem narciarza. [/FONT] [FONT=Arial] Nagrodą był widok Gareta wszędzie noszącego swoją różową hantelkę, z którą jest mu niezwykle do twarzy. O świcie dostałam tylko krótkiego, szybkiego buziaka, bo jeśli kość można było odżałować, to hantli nigdy w życiu. Gdy ostatecznie obudziłam się w sobotę o dziesiątej rano, Garet leżał na parapecie, zapatrzony w okno, z hantlą w zębach. [/FONT] [RIGHT][RIGHT][/RIGHT][/RIGHT]
  16. trzeba pilnować [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img518.imageshack.us/img518/5201/luty2008001kf1.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/g.php?h=518&i=luty2008001kf1.jpg][IMG]http://img518.imageshack.us/img518/5201/luty2008001kf1.2ea98cc0c6.jpg[/IMG][/URL] A właściwie to co z tym zrobić? [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img518.imageshack.us/img518/9905/luty2008004xu0.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/g.php?h=518&i=luty2008004xu0.jpg][IMG]http://img518.imageshack.us/img518/9905/luty2008004xu0.a5c791efdc.jpg[/IMG][/URL] Straszne, wszędzie ją muszę taszczyć ze sobą... [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img254.imageshack.us/img254/7346/luty2008010tp1.jpg[/IMG][/URL]
  17. [FONT=Arial]14.02.2008 czwartek[/FONT] [FONT=Arial] -I nigdy się nie zgodzę, że mamy przeszczepiać na swój grunt obce kulturowo święta – warczał Paweł, rozjuszony po dyskusji z Jolą, która podobnie jak ja, nie ma nic przeciwko Walentynkom. Paweł, w zacietrzewieniu, ponuro przewidywał, że jadąc na tej fali, wkrótce u nas też wprowadzi się zakaz używania określeń „ojciec” i „matka”, żeby nie obrażać uczuć homoseksualistów, co nasunęło mi podejrzenie, że jest homofobem. Następnie nawiązał do etosu bohaterskiej śmierci dla Sprawy, co z kolei wprawiło mnie w zakłopotanie, bo wydało mi się dziwnie odległe od Walentynek, ale może się zdekoncentrowałam, bo pracowałam gorączkowo, żeby skończyć poradnik dla pracodawców. Oderwałam na chwilę oszołomiony wzrok od monitora i wymamrotałam ugodowo, że w gruncie rzeczy nie mam nic przeciwko tworzeniu czy przeszczepianiu nowych świąt, jeśli ich przesłanie jest pogodne i raczej konstruktywne. W rzeczy samej uważam, że w dobie anomii każda okazja do miłej zabawy i okazywania sobie ciepłych uczuć jest warta poparcia. Paweł z irytacją przetarł wiecznie zaczerwienione, nadwrażliwe na światło oczy, zamrugał jak sowa trafiona wiązką z reflektora i oświadczył, że Walentynki są może dobre dla tych, którzy na co dzień nie okazują uczuć, i znikł w czeluściach archiwum, gdzie Kasia, moja ulubiona stażystka, walczyła dzielnie z zaległościami. [/FONT] [FONT=Arial] Właściwie, dlaczego nie? Ja popieram, inni nie popierają, a święto i tak się przyjęło. Po drodze widziałam wiele dziewczyn i kobiet z kwiatami, z maskotkami, a chłopców i mężczyzn z bukietami owiniętymi w sfatygowany papier. I to rozjaśniało spowity w szarą watę mgły dzień. [/FONT] [FONT=Arial] Dom był cichy i spokojny, bo Kaja z Garetem byli na spacerze. Dzięki temu ocalały torby z zakupami, a same zakupy wypakowałam powoli, bez konieczności łapania ich w powietrzu w połowie trajektorii lotu albo wyrywania ich z czarnej paszczy. [/FONT] [FONT=Arial] Na stole czekały na mnie piękne, żółte róże i bombonierka w kształcie serca – prezent od Kai. Ona dostała ode mnie wczoraj kolczyki w kształcie serca i zawieszkę – bursztynowe serduszko. Oczywiście, zasadnicza jak zwykle, marudziła przy tym, że nie mogę wytrzymać do właściwego dnia. Nigdy nie wytrzymuję, wskutek czego prezenty a konto jakiejś okazji zaczyna dostawać dużo wcześniej, ale zamiast docenić to, że dostaje ich więcej, narzeka na moją niecierpliwość. [/FONT] [FONT=Arial] Garet wpadł do domu w stanie skrajnego podniecenia i z trudem utrzymałam go przy ziemi. Skręcał się w tłuściutki precelek i walił ogonem po oczach. Zaliczył błyskawicznie oba fotele w kuchni, w locie odpięłam mu kolczatkę, a żeby go spacyfikować i jako prezent na Walentynki – wetknęłam mu w zęby świńskie ucho. Uszy przywiózł w niedzielę Marek, oczywiście Garet zdołał ukraść jedno zanim mój brat dotarł do domu. Jest szybszy niż myśl, a złodziejskie skłonności ma najwyraźniej w genach, nie obrażając mamusi, być może po myśliwskim ojcu. To po prostu musiał być retriever długowłosy. Już dawno doszłam do tego, że Garet jest stworzony na psa myśliwego albo leśniczego. Całodzienny obchód kilku hektarów lasu dałby mu możliwość wyładowania energii i ciekawości, a instynkt aportowca zaspokoiłby przynosząc wszystko, nie wyłączając wnyków wraz z zawartością. Przy tym swoją słodyczą rozbroiłby nawet rannego dzika. Inna sprawa, że taki myśliwy/leśniczy/gajowy padłby z wyczerpania, ponieważ resztę doby spędziłby na otwieraniu i zamykaniu wszystkich drzwi, a wkrótce drapanie i głaskanie nienasyconego psa spowodowałoby u niego przerost mięśni wszystkich kończyn. Nie wiem, po co faceci zażywają sterydy. Powinni sobie sprawić Gareta, gwarancję błyskawicznego efektu bez szkody dla zdrowia. [/FONT] [FONT=Arial] Garet błyskawicznie zmamlał świńskie ucho całkowicie lekceważąc apetyczne udka obsychające z tęsknoty w misce. Po sukcesie z wołowiną, który okazał się tylko chwilowy, wróciłyśmy do kurczaka. Zjada go, gdy skończą się inne możliwości – kocie chrupki, koci pasztet, duszone jarzyny, zapiekanki, tosty, ryby, kiszona kapusta itp. [/FONT] [FONT=Arial] Tajemnicze dolegliwości jelitowe udało nam się zwalczyć po trzech tygodniach leczenia. Nifuroksazyd nie działał, więc zaordynowałam lakcid i smectę i to połączenie okazało się skuteczne. Smecta ciężko wchodziła, więc dostał tylko dwie dawki. Kaja ponuro prorokowała, że zadziałała głównie ta, która po gwałtownej erupcji znalazła się w oku. Dla odmiany przyplątał nam się problem z lewym uchem. Po telefonicznej konsultacji z Jackiem zaczęłam podawać po dokładnym czyszczeniu atecortin. Zdaje się, że działa. Garet, tradycyjnie, wskakuje przy czyszczeniu i podawaniu leków na duży fotel w kuchni. Potem, w nagrodę za cierpliwość, dostaje jakiś przysmak. Następnie galopuje na kanapę albo moje łóżko, żeby dokonać rytuału oczyszczenia. Rozciąga się jak jamnik po przegranym starciu z walcem drogowym, parska, chrzaka i prycha, wreszcie, zrywszy wszystko, co ruchome, złazi, otrzepuje się i z szerokim uśmiechem żąda pochwały. Moja pościel już pierwszego dnia po zmianie wygląda jak ręcznie utkana z wełny przez przedszkolaki z najmłodszych grup, spojówki mam ustawicznie czerwone niczym dolna część flagi narodowej, w nocy duszę się jak kot ze Shreka, a po nałożeniu kremu na twarz oskubuję skórę z włosia – w połowie krótkiego, pręgowanego, w połowie długiego, czarnego i białego. Ponadto mam dużo szczęścia, jeśli już pierwszej nocy po zmianie pościeli nie trzymam nosa w psiej spermie na jaśku... Z lekką niechęcią, acz dużą szczerością skłonna jestem przyczynić się do opinii Reny, że Garet jest upiornie rozpieszczony. Trudno, to los każdej istoty, która trafia w moje ręce. Trzeba mi było dać psa z genami mojego dziecka. Zasadniczego, zdyscyplinowanego, który gryzie mnie w tyłek za każdym razem, kiedy jestem niekonsekwentna, odrzuca niezasłużone profity, ściśle trzyma się terminów, aportuje tylko na wyraźny rozkaz, nie ukradnie nawet rozrusznika serca, który mógłby uratować mu życie, ukrywa skrzętnie wszystkie swoje procesy fizjologiczne i wymiotuje, w zależności od treści, do ściśle określonych i opisanych worków przeznaczonych do selektywnej utylizacji. [/FONT] [RIGHT][RIGHT][/RIGHT][/RIGHT]
  18. :iloveyou:od nas - dla Was - serdeczne całusy walentynkowe
  19. No, niestety, cisza. Psina ostatecznie została w schronisku. Nie ma chętnych, a ci, którzy kochają psy, nie mają mozliwości. Serce pęka. Chciałam dać ogłoszenie na adopcje.org ale bez zdjęcia nie wchodzi, a nit jej zdjęcia nie zrobił. :shake:
  20. Historia jest taka: Moja koleżanka, wielka miłosniczka psów, odkupiła w maju za butelkę denaturatu zagłodzoną niemal na smierć suczkę od pijaka. Wyleczyła ją, nauczyła jeść (nie uwierzycie, wyglądało na to, że nie potarfi jeść)zaszczepiła, odrobaczyła i oddała do swoich rodziców na przechowanie, bo sama ma 2 ogromne teriery rosyjskie, które zachowywały się wobec niej agresywnie. Szukała dla niej domu przez ogłosznie w prasie - nie znalazła. Jej natka chciała pieska zachować, ale ojciec, który jest, jaki jest, ojca się, niestety, nie wybiera, protestował, aż wreszcie postawił sprawę na ostrzu noża i wyrzucił psa z domu - w efekcie moja koleżanka odwiozła tę dziewczynkę do schroniska - w poniedziałek. Dziś mi o tym opowiedziała, a ja zmartwiałam ze zgrozy. Nasze schronisko jest sławne - inaczej. Głośno o nim było w mediach, ale jak to w małym mieście - wystarczy odpowiednie poparcie, a nwet prokuratura wymięka. Dziewczyna nic o tym nie wiedziała, a gdy jej to uświadomiłam, wpadła w rozpacz. I tak ją żarły wyrzuty sumienia, a teraz jest po prostu załamana. Ale niewiele możemy. Dzwoniłysmy do Luizy, dała kontakt do Angeli, do Bukowna, która też niewiele może. Zadzwoniłam do Klucz, do absolutnie cudownego weta (nawiasem mówiąc, polecam wszystkim,[B] dr Jacek Wieczorek, specjalista psów i kotów, geniusz, wspaniały chirurg, Klucze, ul. Rabsztyńska, tel. 608160604[/B], w razie czego można powołać się na mnie, własne życie bez namysłu bym mu powierzyła), obiecał, że będzie miał na uwadze, ale sprawa jest pilna. Trzeba znaleźć dom dla średniej wielkości dziewczynki, wiek ok. 1,5 roku, wygląda jak miniatura wilka. Góra czarna, podwozie kawa z mlekiem, uszka stojące, przytulna, przyjazna, pełna miłości i łaknąca miłości. Idealny pies dla osoby starszej. Na kolana i buzi. W poniedziałek była zadbana i w doskonałym stanie. Może jej jeszcze nie wykończyli. W najbliższy poniedziałek Rena zabiera ją ze schroniska, ale sytuacja jest dramatyczna. NIe może jej zatrzymać, nie ma komu jej dać na przechowanie. Z przykrością muszą powiedzieć, że mieszkańcom miasta, w którym mieszkam od 10 lat, można psy zabierać, a nie dawać. :placz: Cholera, przykro mi, ale tak jest. Proszę, jeśli możecie, pomóżcie. Mój tel. 697260859. Całuję Was - Joanna
  21. No, masz rację, pewnie tak. Właśnie przed chwilą rozmawiałam z Luizą, wracały z Mariolą z misji na rzecz... Dziewczyny Święte za Życia, nikt nie wystąpił o uznanie tego stanu, a należy im się jak nikomu. Podziwiam je na kolanach, dosłownie. To, że istnieją, przywraca mi wiarę w ludzi. Czczę je z wielką pokorą i podziwiam bezgranicznie. Są absolutnie cudowne. Na mojej liście cudów numer jeden. :loveu: A mnie się glupio gada, że mam doła. Idiotka żałosna (znaczy, ja). Wybaczcie. Joanna
  22. Dzięki, dzięki, Kochane. :bigcry:Jakoś mam dziś doła, a Garet depresję. Całuski.
  23. :loveu:Dzięki, Gosiu. Już myslałam, że wszyscy powymierali, a własnie mam chwile, gdy czuję się paskudnie osamotniona.
×
×
  • Create New...