Jump to content
Dogomania

szajbus

Members
  • Posts

    28366
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by szajbus

  1. 3 tygodnie - czy warto je liczyć? Nie warto skoro boli i wiem, że będzie boleć bez względu na upływający czas. Oczywiście przestanie kiedyś mocno palić ale będzie; tak samo jak ta cholerna pustka. 10 lat, 6 miesięcy i 21 dni radości i szczęścia zamieniło się w ból, tęsknotę i pustkę. Tylko miłość się nie zmienia. Tak wyglądała pierwszego dnia, kiedy do nas trafiła. Pierwszy dzień w nowym domu, pierwsze wyjście na balkon. To miejsce było jej ulubionym. Chciałabym móc cofnąć czas do tego dnia. Tak wyglądała 3 tygodnie przed odejściem. Godzinę później była strzyżona. Oj mój kochany maluszku, coś ty nam zrobiła? Przecież to nie tak miało być, nie tak.
  2. Radku Zuzi też nie robiliśmy nigdy. Ta z kolei chce lekarza zeżreć jak robi jej echo serca a musi mieć robione regularnie.Trzymają tego małego skunksa 3 osoby. Jakby miała mieć robiony jeszcze brzuch to ni wiem co by się działo. Zuzka w przeciwieństwie do Balbinki jest histeryczką - tak określają ją weterynarze. Balbisia miała robione USG na 10,5 roku 2 razy bo miała duży brzuszek. To nie był też nasz wymysł, ale wet chciał się upewnić czy tam wszystko gra. Zawsze grało. Taka kontrola dla świętego spokoju. Była malutka, niskopodwoziowa i to był po prostu tłuszczyk. Kolejne dwa razy miała już po diagnozie raka i to tydzień po tygodniu. Trzecie miała mieć wykonane za 2 tygodnie. Te badania z kolei były obserwacją czy nie ma płynu i przerzutów. Nie było. Też sobie zadaje pytanie skąd tyle nowotworów wśród psów.
  3. Dziękuję Radku. Przeczytałam.
  4. dwbm z tego co wiem Balbinke nie bolało i dlatego nie miała włączonych środków p. bólowych i w tym wszystkim to jedyne pocieszenie. Ze względu na tuszę i dziwnie duży brzuszek miała wykonywane badania USG, nigdy nic się nie działo podejrzanego i z brzuszkiem do końca było ok. Nie powiem, że miała robione co rok, bo bym skłamała. Na te lata co była u nas miała robione 2 razy. Kolejne 2 w ciągu 3 tygodni już po diagnozie raka. Sprawdzali czy nie zbiera się tam płyn i czy nie ma przerzutów odległych. Fakt RTG miała robione dopiero podczas diagnozy. Ciągle się z tym nie mogę pogodzić i raczej nie pogodzę. Myślałam, że limita raka w rodzinie ja wyczerpałam. Ale jemu było mało, musiał dopaść i Balbinkę. dwbem współczuję Ci bardzo.
  5. Dziękuję Radku. Nasze sunie też ( na wszelki wypadek) są konsultowane. Jakoś ciężko uwierzyć w diagnozę jednego weta. Czasem uchodzimy za dziwolągów i przewrażliwieniowców ale nic sobie z tego nie robimy. Częściej wzywamy ich na wizyty domowe, bo to jednak mniejszy stres dla psa niż wizyta w gabinecie. Pilnujemy badań, kalendarza szczepień, żeby nas nic nie zaskoczyło. To my musimy trzymać na pulsie, bo przecież pies nie potrafi mówić. Balbinka też nie skarżyła się na nic, Matko... 1,5 godz przed... jeszcze ujadała na dźwięk dzwonka przy drzwiach. Ta nasza profilaktyka, baczna obserwacja psów nic nie dała. Zaskoczyło nas to po raz drugi i tyle.
  6. Radku przebrnęłam przez oba wątki. Żałuje, że nie ma zdjęć na wątku Rajka, bywałam tam ale nie pamiętam wyglądu psiaka. W ogóle zauważyłam, że na dogo zniknęła masa zdjęć na wątkach, pogasły pozapalane świece. Czytając watek Aiszy płakałam jak cholera. Jednak od samego początku czułam, że ten guz na szyi da o sobie znać i to szybko. Tak też się stało. Pytanie czy żyłaby dłużej gdyby go zostawiono w spokoju. Przerzuty idą błyskawicznie kiedy naruszy się siec naczyń krwionośnych. Problem polega na tym, że nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Sunia w ostatnim okresie była szczęśliwa. Miała dom, nie musiała walczyć o jedzenie, była kochana a to jest najważniejsze. Odeszła szybko co w sumie też cieszy ( matko jak to paradoksalnie brzmi). Wątek ścisnął mnie za serducho i to porządnie. W piątek byliśmy z Zuzią na szczepieniu na wszystkie psie paskudztwa. Idąc mijaliśmy 3 osoby, które pytały gdzie Balbinka? Serce mi pękło. Szłam ulicą i zalewałam się łzami. Ludziska ją bardzo lubili, zawsze z nami szły 2 psiaki i nagle jest jeden. Wet powiedział mi, że powinnam sobie przetłumaczyć to tak, że Balbinka odeszła szybko i zaoszczędziła nam widoku prawdziwego cierpienia. Co prawda dawał jej kilka miesięcy, bo nie miał pojęcia, że gadzina była tak agresywna. Gdyby był operacyjny, albo byłaby szansa na chemioterapie........... ale tu był przypadek z góry skazany na niepowodzenie i jedyne co mogliśmy zrobić to wszcząć leczenie paliatywne. W sobotę przed Biedronką spotkaliśmy weta, który prowadził u Balbinki to leczenie paliatywne. Powiedział to samo. Jest pewien, że śmierć suni spowodował rozpad guza, dlatego poszło to tak szybko. Nie wiadomo jaki czynnik spowodował, że skurwiel zaczął gwałtownie rosnąc aż w końcu się rozpadł. Powiedział ,że nawet gdybym zdążyła go wezwać, to nie byłby w stanie jej pomóc poza jednym....Nigdy nie rozwiążemy zagadki od kiedy go miała. Mogła go mieć przez długie lata i nie mieć żadnych objawów. W końcu coś spowodowało, że dał przerzut (drugi guz), który gwałtownie zaczął się rozrastać doprowadzając do objawów i szybkiego zgonu. Sam gdyby nie widział RTG też by pewnie leczył ją na krtań, bo jedynie tam słychać było jakieś podejrzane szmery. W płucach i serduszku o dziwo nic nie dawało się wysłuchać. Pewnie dlatego każdy z lekarzy brał to za przewlekle zapalenie krtani. Zadałam pytanie czy gdyby od pierwszego zakasłania miała postawioną prawidłowo diagnozę przebieg choroby byłby inny i żyłaby dłużej. Odpowiedź brzmiała NIE! Guzy były całkowicie nieoperacyjne i to zmniejszało od samego początku jej szanse. Gdyby można je było zoperować i ją samą potem poddać chemioterapii może by to jej wydłużyło życie, ale by jej nie uratowało. Niestety usytuowanie zarówno guza pierwotnego jak i przerzutowego było takie, że operacja bez względu na czas rozpoznania nie wchodziła w rachubę. Poza tym Balbinka pomimo tuszy była zdrowym psiakiem. Wszystkie organy miała zdrowe. Sukinsyn ją zaatakował i nam ją zabrał. Gdyby nie on, miałaby szanse pobić rekord życia. Nie wiem czy ja mam jakiegoś pecha do psów czy co? Psonia też wszystkie organy wewnętrzne miała tak zdrowe, że weci nie wierzyli, że ona ma 10 lat. W klinice mnie pytali kilka razy czy jestem na 100% pewna jej wieku a pies nie żyje. Zabił ją cukier, który nagle wzrósł po sterydzie podanym przy zapaleniu gardła. Balbinka miała wszystkie organy zdrowe i zabił ją rak. Teraz się zastanawiam nas sposobem mojego postępowania. Nie uznaje puszek, suchej karmy. Owszem można moim zdaniem psu podać raz na jakiś czas ale nie przesadzać, bo jednak tam jest w cholerę chemii. Jedynie Psonia przez krótki czas była karmiona Eukanubą. Zawsze pichciłam moim psom ich żarcie. Nie dostawały nigdy resztek z pańskiego stołu, miały swoje, odpowiednio przyrządzone i zbilansowane jedzenie. Piekłam ciasteczka własnej roboty itd. I co? Nie mam dwóch psiaków a trzeci chory na serce. Znam psiaki, które dostają przysłowiowe jedzenie z gara, żyją, są zdrowe, mają się dobrze i jedynie co można u nich zaobserwować to objawy starcze. Jeden ma 17 lat, drugi 16, a trzeci 19 lat. Poszłam krok dalej. Sunia, która odeszła rok temu a bawiła się z Psonią była żywiona żarciem z gara i przeżyła też 19 lat. Moje miasto jest małe, psiarze się doskonale znają więc nie ma problemu zasięgnąć języka. Zaczęłam zaczepiać właścicieli psów, które odeszły w wieku starczym i bezczelnie się pytałam czym były karmione. Żarciem z gara!!!! Jak ma się do tego teoria psiarzy i moja, że pies nie prosię i powinien dostawać odpowiednie jedzenie? A może pies się przystosował do życia z człowiekiem tak, że i nasze jedzenie mu sprzyja? Nie wiem. Jestem głupia. Pewnie psiarze by mnie zaszczekali i tą teorię ale... jak to logicznie wytłumaczyć? Im bardziej chuchamy, dmuchamy na nasze psiaki tym częściej zapadają na choroby cywilizacyjne. Moje kochane psie córcie - na zawsze w mym sercu i mej pamięci
  7. Radku, nie pytaj, tylko wklej. Bardzo chętnie przeczytam.
  8. Nie chce wywoływać w Tobie przykrych wspomnień, ale czy mógłbyś podzielić sie ze mną pewnymi informacjami. Radku siedzę cały czas i analizuję przypadek Balbinki i nic mi się nie zgadza. Wyczytałam w necie masę informacji o takich przypadkach o objawach i to mi nie daje spokoju. Nie chudła, nie słabła, nie miała ataków duszności. apetyt miała cały czas do końca. Nic nie zwiastowało choroby. Pojawił się sporadyczny kaszek, który leczono jako zapalenie krtani a potem okazało się, że to jest rak. Przecież rak nie zabija w tak krótkim czasie. Musiała go mieć już od dawna. Pytanie od kiedy? Nie ma wątpliwości na co zmarła, bo wyniki były konsultowane. Nie ma mowy o pomyłce. Pytanie tylko czy mogłam coś przeoczyć, czy zrobiłam wszystko co możliwe. Wiem, że Saruśka odeszła na to samo paskudztwo. Jak to przebiegało u niej? Nie daje mi spokoju tak gwałtowny przebieg choroby. Nie umiem sobie z tym poradzić. Mógłbyś podzielić się ze mną swoją widzą? Proszę. Jeśli jednak wspomnienie o tym miałoby wywołać w Tobie ból to nie pisz, zapomnij, że w ogóle o to pytałam.
  9. Wiem, ze małe, ale człowiek trzyma się nadziei. Ważne jest także to, że można było przeprowadzi operację. U Balbisi nie było to możliwe. Miała dwa guzy w jednym miejscu i nigdzie więcej. Wszystkie inne badania były wręcz rewelacyjne. U niej jedyne co było możliwe to leczenie paliatywne. Żyła 20 dni po diagnozie a liczyliśmy na co najmniej kilka miesięcy. Guzy pierwotne nie zabijają, zabijają przerzuty. Podejrzewam, że u Balbisi jeden był pierwotny a drugi przerzutowy, który rósł w zastraszającym tempie aż w końcu pękł. Ja trzymam kciuki nadal.
×
×
  • Create New...