-
Posts
28366 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by szajbus
-
Agato możemy sobie podać ręce. Dziś o 14:15 minie tydzień a my nadal nie możemy nie tylko się otrząsnąć ale w ogóle w to uwierzyć. Dziś zaczęłam wypierać z siebie myśl, że jej nie ma. Zaczynam udawać. Rozglądam się, jej nie ma, więc wmawiam sobie, że ona leży sobie w salonie na swojej ulubionej kanapie i śpi. Nie idę tam, żeby jej nie przeszkadzać. Kiedy muszę iść salonu i jej nie ma, to wmawiam sobie, że śpi w drugim pokoju w legowisku albeo siedzi na balkonie i rozgląda się dookoła. itd. Przyznam, że to odrobinę pomaga. Pytanie tylko czy to wypieranie pomoże na dłuższą metę. Musiałam znaleźć jakiś sposób, bo wyglądam jak upiór z sińcami pod oczami, a same powieki mam tak spuchnięte, że je widzę. Nie wychodzę na miasto, żeby się ludzie nie przestraszyli na mój widok. Może dzięki temu dziś płakałam tylko 4 razy. Współczuję Ci bardzo, bo wiem co przeżywasz. Musimy Agato wylizać same nasze rany a będzie to proces bardzo długi. Wiem, że z czasem ból stanie się mniej palący ale będzie nadal. Jedno jest pewne. Nasze psiaki mają swoje własne pokoiki w naszych sercach, do których poza nami nikt nie ma wstępu. Są tam bezpieczne, kochane i tam żyją nadal. Tego nikt nam nie wydrze i będzie tak do końca naszych dni. Teraz, na tą chwilę mogę Cię jedynie cieplutko przytulić. Światełko dla moich psich córeczek i Twojej boksi. Kocham Was moje słodkie maluszki. Pomóżcie nam przez to przejść.
-
Ból, cierpienie i wspomnienia. Nie pamiętam tak smutnych świąt. Rana jest zbyt świeża, zbyt paląca. Balbinko Zuzia wciąż Ciebie szuka
-
-
Nasze kochane maluszki Jesteście w naszych sercach i naszej pamięci. Te święta będą smutne, przepełnione bólem po odejściu Balbinki. Mimo to dzielimy się z Wami jajeczkiem.
-
-
-
-
Radku my tez mieliśmy nadzieję, że kryzys nie wróci. 1,5 godz. przed jej śmiercią zadzwonił dzwonek do drzwi i.... ona szczekała. W sobotę miała duszności- przeszły. W niedziele po tych nocnych wymiotach i biegunkach znowu wyglądała na zdrowego aczkolwiek osłabionego psiak. Nie dawało mi spokoju czy nie spóźniam się z podaniem leku, bo musiała najpierw zjeść. Biłam się z myślami czy nie powinnam wsadzić do dzioba na sile na pusty żołądek. Cały czas zadawałam sobie masę pytań. Po jej odejściu z lewej dziurki noska poleciała rozwodniona krew. To najprawdopodobniej dało wetowi podstawę do stwierdzenia,z e pękł guz. W domu zrobiło się tak strasznie pusto, tak smutno, tak jakoś zimno ale nie w sensie temperatury. Wylewamy łzy tak, żeby nie widziała tego Zuzia. Ona nadal się rozgląda, tak jakby miała nadzieje, że Balbisia zaraz wróci, że wszystko będzie tak jak dawniej. Wczoraj wieczorem i dziś w południe zachowywała się, jakby ją widziała. Wiem, że to brzmi irracjonalnie ale mogłabym przysiąc, że tak właśnie bylo. Bacznie obserwowała miejsca, gdzie poruszała się Balbinka w salonie, stała zdumiona i wodziła cały czas oczkami po Balbinki trasie. Dziś w taki sam sposób obserwowała nasze łóżko. Nikt na nim nie leżał, było zaścielone a ona wodziła oczkami tak jakby ktoś po nim przechodził i była tym żywo zainteresowana. Balbisia w ciągu dnia cały czas korzystała z naszego łózka i na nim odeszła.
-
Miłość nie umiera
-
Piękne i smutne - jak nasze serca i nasze oczy, z których wciąż płyną łzy. Siedzimy i płaczemy, nie chce się nam jeść , nie chce się nam nic robić, patrzymy na jej zdjęcia i płaczemy. Boże jak to strasznie boli. Jak strasznie.............
-
Właśnie dostałam wiadomość od jej weta. Opisałam mu wszystko i powiedział, że na 90% pękł jej guz. W takiej sytuacji nie było dla niej żadnego ratunku. Sam nie może uwierzyć, że to paskudztwo rosło w niej w tak zastraszającym tempie.
-
Dziękuję Wam. Zrobiliśmy Balbisi na szybko trumienkę. Otuliliśmy jej kochanym kocykiem, dostała od nas maskotkę, swoje ciasteczko i ulubione suszone ucho na drogę za TM. Czekaliśmy z ciałkiem na Szymona, żeby się z nią mógł pożegnać kiedy wróci z uczelni. Serce nam pękało jeszcze bardziej, bo Zuzia za wszelką cenę chciała ją obudzić. Zrobiła się smutna, nie chce jeść a to nas martwi , bo ma przecież chore serduszko. Balbinkę pochowaliśmy 15 km od domu u naszych przyjaciół. Są miłośnikami zwierząt, mają przepiękny własny park a w nim cmentarzysko swoich zwierząt. Leży obok nich, Nie jest sama a nad jej mogiłą rośnie bez. Nasi przyjaciele nam towarzyszyli w pochówku, dołączyły do nas 2 ich psiaki i kot. Zapaliliśmy jej elektrycznego znicza i myślimy, żeby w tym miejscu z czasem posadzić jakiś krzew- może różę? Żaden weterynarz nie dawał jej szans na życie. Rak był nieoperacyjny i z góry była skazana na śmierć. Miała leczenie paliatywne ale tak szybkim odejściem zaskoczyła nawet wetów a co dopiero nas? W sobotę źle się poczuła. Miała płytki oddech, łapała powietrze jak rybka i szybko się męczyła, nie mogła leżeć, tylko siedzieć. Zawieźliśmy ją do jej lekarza, obadał dokładnie, osłuchał, obmacał na wszystkie strony, dołączył kolejne leki. Powiedział, że nie jest cudownie, ale nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, że mamy być przygotowani na jej kryzysy, lepsze i gorsze samopoczucie, że w jej stanie to normalne, że tak już będzie. Będą lepsze i gorsze dni. Pozycja siedząca ułatwia jej oddychania i mamy jej nie przeszkadzać, nie próbować kłaść itd. Po nowych lekach w nocy z soboty na niedzielę dostała biegunkę i wymioty ( skutki uboczne). Bylam non stop z kontakcie tel. z wetem , informowałam go o wszystkim. Tego dnia ze względu na wymioty miałam nie podawać jej leków. Przeszło jej kolo południa. Po kryzysie poczuła się wspaniale. Jadła, piła, wywalała brzusio do miziania, czekała na całuski, spokojnie oddychała, mogla leżeć, a my cieszyliśmy się tak, jakbyśmy Pana Boga złapali za pięty. Wszystko wskazywało na to, że kryzys minął. Wczoraj znowu przyszedł kryzys. Zajdla jednak śniadanie, ale oddech miała ciężki, zipała. Podałam leki ułatwiające oddychanie, potem na wzmocnienie serduszka. Mąż zniósł ją na siusiu ok 13:00. Obeszła spokojnie swoje miejsca, wywąchała je dokładnie. Potem już wszystko się potoczyło bardzo szybko. Oddech był szybki a ona zipała niesamowicie, unikała naszego spojrzenia. Z mężem doszliśmy do wniosku, że te leki nie zadziałały, że wzywamy weta do domu, że być może trzeba będzie jej podać kolejny steryd, że tamten przestał działać, a może zapisać inne leki. Kalejdoskop myśli i szybka narada. Nie zdążyliśmy. Odeszła na naszym łóżku, na jej ulubionym miejscu dziennego pobytu. Płaczemy wszyscy. rana jest ogromna, nie wiem czy kiedykolwiek się zabliźni. Nie możemy ani jeść ani spać. Siekło nas tak samo jak po odejściu Psoni. Odejście Psoni było błędem lekarskim, mogła żyć jeszcze długie lata. Balbisia dostała wyrok od razu, nie miała szans, wszyscy mówią, że odeszła szybko, że zrobiła nam przysługę, że nie patrzyliśmy na jej mękę, na te kryzysy całymi miesiącami, bo tak to wygląda w tej chorobie. Wiemy o tym. Jednak rozum swoje, serce swoje. Moje słonko wiedziało, że mielibyśmy problem z podjęciem decyzji o jej odejściu, zrobiła to za nas i za to kochamy ją jeszcze mocniej. Balbinko nawet nie wiesz ile bólu nam sprawiłaś swoim odejściem. Przecież to nie tak miało być. Miałaś pobić rekord życia w zdrowiu i odejść nagle ze starości. Życie jest okrutne a nas kocha doświadczać. Kiedy to się skończy? Kochamy Was nasze córcie i pomóżcie nam przez to wszystko przejść. Pomóżcie się pozbierać nam i Zuzi. Miłości nic nie zabije - ona nie umiera nigdy. Nasza miłość do Was będzie trwała do końca naszych dni. Spójrzcie na te kochane oczka, na te szerokie usteczka do całowania. Czyż nie była piękna? Po stracie Psoni przyniosła wiosnę do naszych serc- odeszła w pierwszy dzień wiosny.
-
Nasza kochana królewna odeszła (sama) dziś o godz. 14:15 Pobiegła do Psoni na tęczowe łąki a w domu pozostawiła nas z ogromnym bólem w sercu i morzem łez. PUSTKA KTÓRA BOLI - niemiłosiernie boli Jesteś już nasze serduszko kochane w krainie, gdzie nie ma bólu i cierpienia, gdzie żaden rak nie ma dostępu. Biegaj radośnie z Psonią, bo nam nadzieje, że wybiegła ci na spotkanie.
-
Psoniu mamy kryzys u Balbisi. Doszły kolejne leki. Zaciskaj łapinki słonko moje.
-
Nasza dziewczynka wczoraj wieczorem miała kompleksowe USG brzusia. Nie ma żadnych nieprawidłowości, które budziłyby niepokój. Są jakieś drobne zmiany charakterystyczne dla wieku. Na razie mamy się nie martwić. Nie ma wody w brzuszku i śladów przerzutów. Dostała zastrzyk , tabletki do domku i kolejna wizyta za tydzień. Prawdopodobnie za tydzień zapadnie decyzja czy z zastrzyków sterydowych i przejdziemy na tabletki. Lekarz chce spróbować, żeby jej nie stresować tak częstymi wizytami w lecznicy. Jeśli by się po tabletkach gorzej czuła to niestety będzie musiała widywać się z wetem częściej. Ten tydzień był wyjątkowy. Gdyby nie to, że od czasu do czasu łapał ja kaszelek, nikt by nie powiedział, że to chory psiak. Oby tak dalej. Psotuś zaciskaj te swoje kochane łapinki.
-
Dziękuje Radku. Dzisiaj sobie ucięłam pogawędkę z lekarzem. Trafiliśmy na takiego, który chce pomóc i chce o nią zawalczyć tak samo jak my. Powiedział, że chce nam dać jak najwięcej czasu i zrobi wszystko aby tak było. Ale wyłożył też kawę na ławę, że rak jest nieoperacyjny i chemioterapia poza osłabieniem zwierzęcia nie przyniosłaby skutku. Dziś także dowiedzieliśmy się, że Balbisia ma prawdopodobnie ok 14 lat. a to by wskazywało, że lekarz , który nam ją badał zaraz po adopcji miał rację co do jej wieku mówiąc, że schronisko w książeczce zdrowia zaniżyło jej wiek o co najmniej 1,5 roku. Zastanawialiśmy się od kiedy dzieciak ma tego paskudnika, czy przeoczyliśmy jakikolwiek objaw i odpowiedź brzmi NIE. Podobnie było ze Zuzią. Przypadek sprawił, że miała osłuchowo zbadane szmery w sercu, które okazały się być ujawnioną z wiekiem wadą wrodzoną. Szmery były ledwie słyszalne, Sama lekarka miała wątpliwości czy je słyszy ale woleliśmy to sprawdzić u kardiologa. Zaczęła być leczona zanim pojawiły się objawy. Balbinka zachorowała na zapalenie krtani. Zaczęła nam pokasływać takim suchym, krtaniowym kaszlem. Poza tym czuła się świetnie. Bawiła się z Zuzką, nadal ją podpuszczała, dziamotała na męża jak zapomniał jej dać ciasteczko po spacerze. Jak na dominantkę przystało pilnowała bacznie godzin wyjścia na spacery, czyli budzik w dupce działał bez zarzutów. Na spacerach atakowała każdego napotkanego psa i szła za nim jak przecinak itd. Ale to pokasływanie nie dawało nam spokoju.Ok, pies może sobie zakasłać raz na jakiś czas a ona tego dnia zakasłała ok 7 razy. Byliśmy u weta, dostała zastrzyki, nie przeszło. Kolejna seria zastrzyków, nie przeszło, kolejna nie przeszło. W miedzy czasie badało ją 3 wetów każdy potwierdzał diagnozę poprzednika. Potem okazało się ,że to możne być stan przewlekły, spowodowany wirusem i dlatego nie zareagowała na coraz silniejsze antybiotyki. Ja nie dawałam za wygraną bo mam złe doświadczenia z Psonią. U niej też zaczęło się od banalnego zapalenia gardła. Pogłębiliśmy więc diagnostykę u Balbisi i szok. Teraz jesteśmy w kropce. Jest nam strasznie ciężko pogodzić się z faktem, że mała żyje z wyrokiem, że nie będzie lepiej a gorzej, że staniemy przed podjęciem ostatecznej decyzji. Czujemy się tak, jakbyśmy dostali porządnym obuchem po łbach. Nie tylko ja jestem w taki stanie ale mąż i syn także. Przy pierwszych objawach byliśmy u weta , niby wszystko było dopilnowane a teraz czytamy w necie o objawach choroby , sięgamy pamięcią wstecz i zastanawiamy się, czy miała któryś wcześniej i nasza czujność była uśpiona. Nic takiego się nie działo. Objaw pojawił się nagle. Nie potrafimy powiedzieć od kiedy jest chora. Teraz się oszczędza, bo wie, że szybkie ruchy ją meczą i pojawia się kaszel. Aczkolwiek dziś jak zobaczyła sznaucera na ulicy to wydarła za nim jak szczeniak w kwiecie wieku. Nie udało jej się go zjeść wiec skierowała się do domu i na schodach musiała odpocząć.Dużo odpoczywa ale jest nadal tą samą Balbinką. Jest jedna zmiana. Od czasu choroby praktycznie nie wychodzi z naszego pokoju i w ciągu dnia okupuje nasze łóżko. Tylko na noc wychodzi jak zwykle do salonu na swoją kanapę i przestała całkowicie korzystać z legowiska. Na apetyt też nie możemy narzekać. Zjada chętnie posiłki a nawet uprawia żebractwo. Najlepiej teraz jej wchodzi samo mięcho.
-
Dziękuję Wam. Kolejna wizyta za nami. Za tydzień dodatkowe USG brzuszka, żeby sprawdzić czy nie zbiera się płyn. Dostała zastrzyk ze sterydów i tabletki rozkurczające drogi oddechowe. Dziś była osłuchiwana, obmacywana na wszystkie strony - nie było sensacji. Dostaje ataki kaszlu kiedy przestaje działać steryd. Kolejny RTG za kilka miesięcy ( o ile niunia dożyje). Matko, nawet napisać mi o tym ciężko. Za tydzień miała być szczepiona na choroby zakaźne ale nie ma o tym mowy. Mamy zapomnieć o wszystkich szczepieniach. Możemy jednak spokojnie zastosować Frontline. To tyle.
-
Dziękuję Wam. Jutro kolejna kontrola Balbisi u weta, kolejne zastrzyki i kolejne prochy. Na razie mała połyka wszystko zawinięte w mięsko. Nas też diagnoza ścięła z nóg i ścina nadal. Mamy dwa psiaki. Jeden chory na serce, drugi na raka. Mam głęboki żal i ból w sercu nie do opisania. Nie chodzi o to, że się skarzę, ale o to czy psiaki po przejściach zasłużyły sobie na taki los? Obie w swoim życiu przeszły piekło, potem znalazły kochający dom - kochający w pełni tego słowa znaczeniu. To nie są nasze suczki, to nasze córcie i co? Za to, że po takiej gehennie znalazły miłość, bezpieczeństwo muszą zapłacić cierpieniem? Gdzie sprawiedliwość na tym świecie ? Nie pogodzę się z tym nigdy. Walczymy o nią, o każdy dzień, o każdy oddech. Wiemy co to znaczy. Mamy opinie kolejnych 3 weterynarzy, nie ma mowy o pomyłce, wiemy, że to wyrok. Ile jej zostało? Nie wiem, weci też nie wiedzą, może dzień, tydzień, miesiąc, kilka miesięcy. Nikt nie wie, ale wszyscy wiedzą, że nie ma nadziei. Jak odejdzie? Też nikt nie wie. Może zatrzymać się serduszko i może odejść nagle, może też cierpieć i trzeba będzie jej pomóc. Ale jak? To takie trudne. To dla mnie tortura psychiczna. Póki co, ona walczy i my też. Wiem, że to walka niewyrównana, że wróg jest silniejszy niż my wszyscy razem wzięci, ale nie powiedzieliśmy ostatniego słowa. Psotka błagam nie pozwól jej cierpieć. Zawsze byłaś przy mnie, zawsze mi pomagałaś wiec pomóż i teraz. Nie chce stawać przed ostateczną decyzją. Nie czuję się na silach. Opiekuj się Balbinką i daj nam jak najwięcej czasu a kiedy nadejdzie ten dzień, niech odejdzie spokojnie we śnie. Mój Boże, kto by pomyślał, że kiedyś będę miała takie marzenie? Kto? Los jest okrutny.
-
Może wyjaśnię Wam, że Balbinka ma dwa guzy na szczytach płuc- rak. Niestety nie można tego operować i jedynie co możemy zrobić, to podawać jej leki i poprawiać komfort jej życia. Będziemy walczyć z nią i o nią o każdy dzień i prosimy aby było ich jak najwięcej. Trzymajcie kciuki, żeby nie cierpiała. Psoniu....
-
Psotuś walczymy o Balbinke. Trzymaj łapinki i pomóż jej błagam.
-
Łódź- Baranek miał cudowny dom. Już za TM
szajbus replied to szajbus's topic in Psy, które pożegnaliśmy....