-
Posts
28366 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by szajbus
-
Tak. Tym bardziej, że Balbisia jako mój jedyny ze wszystkich psiaków kochała wiosenne, maleńkie fiołki. Ona się nimi zachwycała. Nie wiem co ona w nich widziała, ale wiosną szła zawsze w kierunku kępek gdzie wschodziły. Kiedy zakwitły stała przy nich bardzo długo, przyglądała się im i wąchała, wąchała, wąchała. Nie można było jej od nich odciągnąć. Dlatego na jej grobku są własnie fiołki. Tamtej wiosny ich nie doczekała. Dlatego kiedy wzeszły wykopywaliśmy je całymi kępkami i wieźliśmy na jej grobek. Przyjęły się.
-
21 marca pierwszy dzień kalendarzowej wiosny. To właśnie tego dnia 2016 nasze maleństwo postanowiło pobiec na tęczowe łąki zostawiając nas w przeogromnym bólu. Minęły 4 lata, a to wciąż bardzo boli. Balbisiu brakuje mi spojrzeń w Twoje duże oczka, twoich minek, twoich szerokich usteczek, które wszyscy podziwialiśmy. Tak bardzo bym chciała znowu zobaczyć jak dopinką tańczysz lambadę, jak żebrzesz o ciasteczka, jak wołasz na spacerek, jak napadasz na inne psy, jak rozrabiasz ze Zuzią. Brakuje mi podglądania i podziwiania wszystkich pozycji jakie przybierałaś podczas snu. Tak wiele mi brakuje. Kochałam, kocham i będę kochać zawsze moja psia duszyczko.
-
Wiem , mam dokładnie to samo.
-
My też się z nikim nie kontaktujemy poza telefonami i messengerem. Mój syn też ma pracę domową z czego się ciesze, bo dojeżdżał do niej środkami masowego transportu.
-
Radku ile Gajunia ma lat? A o te nasze pychole zawsze się będziemy bać. Gdyby umiały mówić ........... niestety nie potrafią i my bazujemy tak naprawdę tylko na obserwacji.
-
Czy Wam też jest tak strasznie smutno? Robię drzewo genealogiczne. Udało mi się dotrzeć do akt od 1734. Brnę przez te akta, czytam je i często klucha staje mi w gardle, z oczu popłyną łzy kiedy zaczynam sobie zdawać sprawę, że jedna zaraza za drugą kosiła całe rodziny z noworodkami włącznie. Moi przodkowie i Wasi przeżyli wiele przedłużając swoje linie do czasów teraźniejszych. Pracuję nad tym od dawna i przez myśl mi nie przeszło, że w XXI wieku przyjdzie nam się zmierzyć z kolejną zarazą, która nie zna litości. Jeszcze smutniej mi kiedy czytam, że właściciele masowo prowadza swoje psy i koty do usypiania w obawie przed zakażeniem. Skłamałabym gdybym powiedziała, że się nie boję. Boję się. Wiem, że jako pacjentka z przeszłością onkologiczną, której 5 letnie leczenie dało w kość wszystkim organom jestem w grupie ryzyka, tym bardziej, że mój układ immunologiczny po leczeniu nigdy nie wrócił do normy. Boje się o mojego jedynego syna, który przeszedł 1,5 roczne leczenie chemiczne walcząc z innego typu wirusem. Boję się o męża, którego kocham, o całą rodzinę. Nie boi się głupi, albo cwaniak. Każdy z nas odczuwa lęk w jakiś sposób. Mam powody do obaw, ale w życiu by mi nie przeszło przez myśl. żeby ze strachu uśpić moje psie maleństwo. Jak można podjąć taką decyzję sugerując się plotami, nie biorąc pod uwagę nawet komunikatów WHO i organizacji pro zwierzęcych? Jak czytam takie doniesienia to mnie dosłownie bierze cholera. Psoniu, Balbisiu kocham i pamiętam
-
I jakie wiesci?
-
Moja Balbinka nie znała wielu smaków, ale z czasem się nauczyła. To było kochane dziecko do jedzenia. Co prawda nigdy nie nauczyła sie jeść owoców i warzyw. Te drugie i tak w formie gotowanej są w pożywieniu, ale z owocami do samego końca była na bakier. Psonia przepadała za owocami. Zuzia........... matko ta to jest grymaśnica. Takiego niejadka nigdy nie miałam. Na początku jak do nas trafiła zajadła by konia z kopytami. Jak poszłam do szpitala nastąpił koniec pieśni, który trawa do dziś. W poniedziałek dała nam wszystkim popis. Byliśmy z Januszem zaproszeni na spotkanie, ona została z Szymonem. Wskoczyła mu na kolana i było wszystko ok do momentu kiedy u sąsiadów mieszkających nad nami coś nie spadło na podłogę. Dala nura z kolan i zaczęła się gorsza panika jak w Sylwestra. Ziała, chowała się, biegała spanikowana po mieszkaniu. W końcu Szymon do nas zadzwonił i wróciliśmy szybko do domu. Witała nas jakbyśmy wrócili po rocznej nieobecności. Zabraliśmy ją na dłuuugi spacer i się w końcu wyciszyła. Od poniedziałku do tej chwili jest ok.
-
PAMIĘTAM
-
Nie dostawały nigdy smażonego :) Jajka owszem, też raz w tygodniu ale zawsze gotowane. No wiec jak opyliła calutką jajecznice i to taką ze smażonym boczusiem i szczypiorkiem wpadłam panikę. Myślałam ze zejdę na zawał i na wszelki wypadek podałam Sylimarol 35 mg i zafundowałam sobie nieprzespana nocką poświęconą na obserwacji, z ktorych wynikły - pierdy na potęgę .
-
Bardzo się ciesze Radku. Gajunia jest mała, ale przebojowa. Dzielna dziewuszka.
-
Super! Mała, dzielna wojowniczka. Dalsze kciuki załatwione.
-
Ma się chyba ku lepszemu, bo lala w tym tygodniu miała jazdy do drugi dzień. Aga współczuje ci. Z tym jedzeniem masz tragedię. Zuzia od czasu mojego pobytu w szpitalu stała się niejadkiem i to trwa do dziś. Narzekamy, ale swoją dzienną porcje zjada. Nie tyje, a są okresy, że waga idzie delikatnie w dół, potem wraca do normy. Jak zbliża się do michy, to my nie ruszamy się z miejsc, wstrzymujemy oddechy, żeby nie odwracać jej uwagi od miseczki i jedzonka. Natomiast jest nienasycona psimi smaczkami. Byłaby też zachwycona jedzeniem ludzkim , a to nie tak. Wiem na 100%, że zanim do nas trafiła była żywiona resztkami z talerzy. U nas ten numer nie przejdzie. Ma gotowane, ale swoje żarcie. Skąd wiem? Grymasiła nie raz na swoją miskę, ale potrafiła wejść na stół i opylić z wilczym apetytem zawartość zostawionego czyjegoś talerza. Kiedyś opyliła Januszowi całą jajecznicę. Strachu się najedliśmy, ale na szczęście nic jej nie było. Od tamtej pory w domu mamy zakaz pozostawiania na stole jakiegokolwiek talerza W uprawianiu żebractwa ciasteczek i naszych obiadów ma mistrza świata.To pierwsze dostaje z ograniczeniem, tego drugiego wcale mimo robienia maślanych oczek. Psoniu, Balbisiu proszę o trzymanie łapinek za Zuzolca i obowiązkowo za Gajunie. Kocham Was moje słodkie pycholki.
-
Radku ja tez zaciskam kciuki z całych sił za Gajunię.
-
Doszliśmy do wniosku, że jej się odezwały jakieś lęki z przeszłości, albo się czegoś wystraszyła o czym nie wiemy. Wie, że jest kochana, że może liczyć na max czułości z naszej strony z czego korzystała i korzysta do woli. Natomiast z dźwiękami i gwałtownymi ruchami jest tak jak napisałam w poprzednim poście. Na milion procent nikt jej nie skrzywdził, bo nie jest spuszczana z oczu , więc kładziemy to raczej na jakieś obrazy z przeszłości, które wróciły. Co zauważyliśmy jeszcze? Potrafi wskoczyć na łózko i sobie spać. Potem wstaje, pochodzi, porozrabia i po jakimś czasie wymusza (w sensie dosłownym), żeby się z nią położyć, bo nadszedł czas drzemki, a sama nie będzie się kłaść i basta. Kiedy jesteśmy zajęci wydaje te swoje dźwięki wyrażające niezadowolenie pt. mmm yyyyy eeee, drapie nas łapką dając nam do zrozumienia, że ona jest teraz najważniejsza. Jak się ktoś z nią położy, nakryje puchatym kocykiem jest ok. Kiedy w domu zostaje z nią jedna osoba bo reszta musi wyjść, to chodzi za nią krok w krok nawet do łazienki. Nie spuści jej z oka nawet na chwilę. Jest cały czas jakby na czuwaniu. Od śmierci Balbinki bała się zostawać sama w domu toteż nigdy nie zostawała i nie zostaje. Do tej pory wystarczyła jej obecność przynajmniej jednej osoby w domu, teraz jest okupacja.To samo jest rankiem. Ona wstaje, wszyscy na nogi. Tygrys się obudził, służba nie słyszy? To odchodzi drapanie po łbach każdego po kolei. Zdajemy sobie sprawę, że ma już 13 lat i 3 miesiące i nie jest młódka, a starszakiem, że ma prawo do zmiany zachowań. Na pewno w sensie zdrowotnym nic jej nie dolega, ale to jej zachowanie jest dla nas dziwne. Na spacerach po załatwieniu swoich potrzeb jest wkurzona, że nikt nie idzie chodnikiem , że nie może go obszczekać, że nie może pokłócić się z jakimś psem więc potrafi kilka razy się zatrzymać i oglądać się dookoła robiąc z chodnika taras widokowy. Jak doczeka się "ofiary" to odchodzi dziamotanie i jest pełnia szczęścia. Chyba czeka nas rozmowa z behawiorystą. Może on pomoże nam zrozumieć zachowanie Zuzi? Tymczasem proszę moje kochane dziewczynki za Tm o opiekę nad nią, bo wiem, ze one czuwają cały czas nad nad nami i naszym domem.
-
Zadajesz sobie pytanie, które i ja zadawałam wiele razy, a na które nie ma odpowiedzi. Z Twojego opisu wynika, że psina miała raka, a na to niestety nie ma leku. Powiem ci tak. Tamoxifen to lek, który brałam przez 5 długich lat i który od samego początku siał spustoszenie w moim organizmie. To lek anty estrogenowy przepisywany kobietom chorym na hormonozależnego raka piersi. Dlaczego Twój pies go dostał? Nie wiem, nie ja jestem wetem ale objawy, które opisałeś bardzo przypominają mi moje. Pierwsze co, to potworne pragnienie, którego nie mogłam ugasić żadnym płynem. Jak picie, to i siusianie, ale pomimo tego w organizmie zatrzymuje się woda. Bezsenność? Nie jest mi obca. Problem polega na tym, ze jak zaczęła się od początku mojego leczenia tak trwa nadal choć leków nie biorę już 6 lat. Powiem ci więcej... lek ten może doprowadzać do zatorów i nie jest wykluczone, ze to spotkało twojego piesia np. zatorowość płucna i na to nie pomógłby mu żaden weterynarz. Zator mógł iść do mózgu, do serca itd. Skoro dawałeś te leki to miałeś ulotkę . Możesz przeczytać sobie bardzo długą listę skutków ubocznych. Możesz mi wierzyć bądź nie, ale za jakiś czas twoja psina mogłaby mieć spory problem z chodzeniem i wstawaniem. Był taki okres i to dość długi w moim życiu, że wstawanie z łózka było dla mnie męką, a rozruszanie się trwało kilkanaście minut. Oczywiście brałam o wiele większa dawkę niż twoja psina bo 20 mg dziennie, ale i jestem przecież większa od jamnika. Nie rozdrapuj ran tylko przyjmij do wiadomości to, co mówi ci mama. Pies był kochany i odszedł kochany. Otrzymał od Was to co najpiękniejsze w życiu, czyli miłość i poczucie bezpieczeństwa. Każdy właściciel zadaje sobie pytanie czy zrobił wszystko co było w jego mocy itd. Nie ty jeden broniłeś się przed podjęciem decyzji o eutanazji, bo zapewne taka propozycja byłaby ci złożona . Uwierz mi pod tym względem nie jesteś wyjątkiem. Masa właścicieli zwleka jeszcze dzień, dwa, może się polepszy, bo przecież idą leki, a badania nie wyszły tragiczne. itd. Moja Balbisia (rak tchawicy z naciekiem na serduszko) była non stop monitorowana.W sobotę po południu nie było zagrożenia życia, a w poniedziałek po godz 14:00 tuliłam jej ciałko z krzykiem rozpaczy. Odeszła zaraz po tym jak wykonałam telefon do weta widząc, ze gorzej oddycha i będąc przekonana że trzeba podać kolejny steryd.. Zakasłała i był koniec. Pamiętaj o tym, że on nie odszedł. On nadal żyje w Twym sercu i Twej pamięci. Nie możesz go dotknąć, przytulić, ale on tam jest, a jego maleńka duszyczka nadal cię chroni. Przytulam Cie cieplutko, życząc, aby ten palący ból min al jak najszybciej.
-
Nie będę ci pisała bzdur, że czas leczy rany, bo to guzik prawda. Ból po odejściu kogoś bliskiego nie znika. Z czasem staje się mniej palący, ale jest nadal. Najważniejsze jest to, że był kochany i odszedł kochany. On to czuł i doceniał, że robiłaś wszystko co było w Twojej mocy, żeby mu ulżyć, żeby go ocalić. Odszedł z tego świata, ale nadal mieszka w Twoim sercu i w Twojej pamięci. Pożegnałam wiele psiaków , każde odejście boli jak jasna cholera i tak samo mocno. Przez pewien czas wylewamy morze łez i zadajemy sobie pytanie, na które nie ma odpowiedzi - DLACZEGO? Rany musisz wylizać sama i kiedyś to nastąpi.Musisz wiedzieć jednak , że nigdy nie zabliźnią do końca. Kto kochał , będzie kochał zawsze i zawsze będzie tęsknił. Ból na początku jest bardzo silny i mamy wrażenie, że sobie z nim nie poradzimy i to jest ten najgorszy okres w naszym życiu. Wraz z upływem czasu mniej pali.ale nie znika do samego końca. Pozwala nam jednak normalnie żyć, czerpać z życia to co najpiękniejsze i nadal kochać. Pozwala na podjęcie decyzji o posiadaniu kolejnej psiej miłości przed którą się bardzo bronimy sądząc, że to byłoby nie w porządku wobec psiaka, który odszedł i był jednym, najważniejszym i najbardziej kochanym, że on byłby zazdrosny. Guzik prawda. Każdy z naszych psiaków uczy nas kochania i zostawia nam tą spuściznę. KOCHAJ NADAL I DZIEL SE TĄ MIŁOŚCIĄ! Nasze serca są bardzo pojemne, podzielone jakby na mnóstwo pokoików. W każdym z nich mieszka ktoś inny z taką sama dozą miłości. Jest takie powiedzenie " nie umiera ten, kto żyje w naszej pamięci" i jest ono prawdziwe. Moje suczki odeszły, ale żyją. Żyją w mym sercu i mej pamięci i nic tego nie zmieni. Wiem, że są moimi psimi aniołkami i nadal się mną opiekują. Nie mogę ich dotknąć pogłaskać, przytulic, dać całuska ale czuje, że są przy mnie. Ktoś sobie pomyśli "stara wariatka. Niech sobie myślą co chcą. Mogę Cie tylko przytulic i szepnąć do uszka, że doskonale wiem co czujesz, bo przechodziłam wiele razy przez to samo i pocieszyć, że kiedyś zaświeci Ci słonce.
-
Jest kochana i to bardzo, bardzo mocno. Zawsze poświęcaliśmy wszystkim psiakom wiele uwagi. Z Zuzolcem jest tak samo. No ale nie da się, żeby nie wiem co: nie ugotować obiadu, nie wyprasować, nie rozwiesić prania , czy odpuścić sobie sprzątanie. Z punktu widzenia wet. jest zdrowa , nic jej nie dolega, ale faktycznie chce, aby jej poświęcać calutką uwagę. Zrobiła się też bardzo bojaźliwa. Jak usłyszy jakiś nowy, albo głośny dźwięk to zaczyna się bać. Kiedyś to olewała i wpatrywała się z zaciekawieniem w miejsce skąd on pochodził. Starzeje się? Przyznam, że dla mnie to coś nowego. Do tej pory starszaki więcej spały, były mniej aktywne, miały słabszy wzrok i słuch, i nic poza tym.
-
Kciuki załatwione.
-
Fajerwerki się skończyły, a u naszej paniusi pojawiła się nowa fobia . Jest zdrowa, nic jej nie dolega, apetyt dopisuje ale dostaje pierdolca i to takiego solidnego. Nie zostanie sama w pokoju nawet na chwilę. Chodzi za nami jak cień i coś tam mruczy pod nosem yyyy, mmmm,yyyyyyy itd.. Kiedy nadchodzi czas drzemki daje nam znać i jedno z nas musi się koło niej położyć, nakryć kocykiem i na siłę drzemać razem z nią. To samo jest z zasypianiem nocnym. Rano jak paniusia się budzi to my również, bo paniusia nikomu z nas nie daje spać szczeka, skacze po nas, drapie w poduszki itd. Chce nałogowo wpierniczać psie ciasteczka, trzyma wręcz wartę przy szafce, gdzie są trzymane i nie pojmuje, że to jest smaczek, który dostaje się z ograniczeniem. Zeżarłaby cały słój gdyby jej pozwolono. Kiedyś dostała co swoje po spacerze, pojęczała trochę i odeszła. Teraz uprawia solidne żebractwo i jest obrażona na nas na maksa, że nie dajemy więcej. Gapi się tym swoim spojrzeniem , które ma w nas wzbudzić wyrzuty sumienia. Czemu ona się tak zaczęła zachowywać? Co mam zrobić, żeby jej przeszło? Psoniu, Balbisiu kocham Was i proszę opiekujcie się Zuzolcem. A swoją drogą szepnijcie jej do uszka, że odrobina samodzielności jej nie zaszkodzi.
-
Gaja to mała wojowniczka i sobie poradzi. Gorzej z Twoimi emocjami. Skąd ja to znam? Norciu, Saruśka- Pamiętam
-
Miała lekki atak paniki tuż po północy, bo ktoś zapragnął puszczać fajerwerki w pobliżu naszej kamienicy. Potem przez ok 40 minut była zaniepokojona, ale udało nam się ją zaprosić do łóżka i miziana zasnęła. Dziś było u nas spokojnie. Wszystkie spacerki były o czasie i w ciszy.