Jump to content
Dogomania

irma

Members
  • Posts

    1991
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by irma

  1. nooooooooooooooooo :crazyeye:
  2. oj Spajderku malutki jakoś tego domku nie widać a może domek jeszcze nie wie, że jest Twój ?
  3. [quote name='Legion23']aaaaa może Teoś im nie odpowiada? ;) a może wyjeżdżają? i mogą zostawić Teosia na trochę z wujkiem Serwo ;)[/quote] no coś Ty Legionie ? dobrze się czujesz ? znasz kogoś, komu Teoś nie odpowiada ? bo jakbyś znał, to ja chętnie z nim pogadam :mad: a na troszkę to ja bym go z wujeczkiem Serwusiem zostawiła oj rozmarzyłam się Teoś taki śliczny i pojętny psiaczek taka przytulanka maskoteczka ruchliwa i zadziorna i strasznie mądra a co tam namówię nowych Państwa na odwiedziny
  4. no i co tu tak cicho ? hmmmmmmmmm najpierw szantaż, awanturka, że niby czytać nie mają co a potem co? CISZA a ja łasa jestem na pochwały - co prawda ja tylko publikuje dzieło mojej córki ale i tak jestem łasa - w jej imieniu
  5. jakoś tak pusto w domu i ogrodzie bez Teosia a Srewo po wyjściu z kojca od razu biegnie do miejsca, gdzie zwykle w czasie dnia był Teoś nie wytrzymam i chyba pojadę z wizytą a może namówię, żeby to Teos ze swoimi nas odwiedzili ...
  6. Zosiu jesteś zdrowa na umyśle i już a co do jedzenia to ja mam swoją teorię - o ile mu to wyraźnie nie szkodzi to niech je ile razy chce widac sam wie jak, kiedy, ile razy i co jest mu potrzebne a pieczywo to dla niego z pewnościa nie lada przysmak (tak jak dla rozpieszczonych domowych ciasteczka)
  7. dzisiaj o pierwszych szczęnietach Malwinki Malwa szczeniła się dwa razy. Za pierwszym razem zaszła w ciążę planowaną, bo jak wszyscy miłośnicy psów wiedzą, suka musi mieć choć raz potomstwo, żeby zachowała równowagę psychiczno- fizyczną. Znalazłyśmy jej wspaniałego narzeczonego- mieszkającego na drugim piętrze okazałego kaukaza- Jatagana. Gdy już miała cieczkę okazało się, że nam to on i owszem- podoba się, ale jest zupełnie nie w jej guście. Warczała na niego zaciekle a i on nie bardzo miał ochotę na amory- może był zbyt arystokratyczny. Za to w pobliskim bloku, w ogródku na parterze rezydował sobie taki czarny puszysty kundel, przypominający skrzyżowanie wilka z labradorem o dosyć dyskusyjnej urodzie. I to właśnie ów gentleman stał się wybrankiem serca Malwy. Do zbliżenia doszło pewnego zimowego i mroźnego wieczoru na spacerze, w mojej obecności- miałam prawdziwe poczucie wykonywania misji specjalnej. Zanim do tego doszło, tymczasowy bohater naszej opowieści musiał odpędzić niezbyt groźną w ludzkim rozumieniu rzeczy konkurencję, w postaci roju nie sięgających Malwie do kolan walecznych i odurzonych nią do granic szaleństwa kundelków. Pozostało nam tylko cierpliwie wyczekiwać efektów akcji i rzeczywiście- okazało się, że wszystko się udało. Malwa zaczęła rodzić w dniu naszego spóźnionego powrotu z wyjazdu na ferie. Gdy weszłyśmy do mieszkania, zastałyśmy kartkę od mamy, że ona już dłużej czekać nie może i żebyśmy się zajęły psiną. A ona leżała w naszym pokoju, na swoim posłaniu, w otoczeniu szmat przeróżnych z wywalonym na wierzch różowym jęzorem (jak byłam mała, to myślałam, że wszystkie psy mają języki zrobione z szynki) i ciężko dyszała. Początkowe przerażenie musiało momentalnie ustąpić miejsca zdecydowanemu działaniu- spod ogona Malwy wystawała mała śliska główka szczeniaczka. A jak tylko ten pierwszy znalazł się w całości znalazł się po tej stronie swej mamusi, zaczął wychodzić następny… Na całe szczęście nie trzeba było ich wyciągać, same doskonale znajdowały drogę na zewnątrz. Nawet nie miałyśmy czasu obejrzeć sobie dokładnie tych cudowności. Najgorsze było to, że pouczone przez weterynarza, wiedziałyśmy, że Malwie nie wolno zjeść za dużo łożysk; walka z takim żarłokiem i własnym obrzydzeniem z góry była skazana na klęskę. Udało mi się wyrwać jej z pyska tylko jedno- wyślizgnęło mi się z rąk, przefrunęło przez pokój i zbierałam je potem zza swego tapczanu. Każdy z nowo narodzonych piesków był starannie wylizywany przez swoja mamę, po której to operacji przypominał niedowidzący i nieskończenie piękny wycior do fajek, a następnie sam, węsząc intensywnie, znajdował sobie z jej pomocą cycuszka. Piąty z kolei szczeniak urodził się (a właściwie, jak się potem ukazało- urodziła się) nie oddychając. Malwa tyleż gorliwie, co panicznie trącała go nosem, próbując zmusić do ssania. No cóż- nie bardzo miałam pojęcie, co robi się w takich przypadkach, więc uczyniłam jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy: naprzemienne rozcieranie ciałka, sztuczne oddychanie (to był dopiero kłopot, wepchnąć powietrze ustami w tak maleńką, ślepą i śliską mordkę) i masaż klatki piersiowej- jednym palcem, tak była „ogromna”. Nie wiem, czy pomogły moje zabiegi, czy też po prostu były to jakieś chwilowe kłopoty, ale po chwili zaczął popiskiwać i zabrał się za poszukiwanie źródła mleczka. W sumie urodziło się siedem szczeniąt, trzy dziewczynki, czterej chłopcy. Jak już wszyscy byli w komplecie, to nagle w domu zrobiło się dość głośno. Wszystkie naraz skamlały cieniutko swoimi nowo narodzonymi głosikami. Stanowiły prawdziwy melanż i wyzwanie estetyczne. Nie było dwóch takich samych: jeden wyglądał jak tygrys w brązowo- czarne pasy, kolejna była cała czarna, następna (ta „uratowana”) prezentowała sroczą elegancję- do czarnego garnituru ubrała białą apaszkę, takież skarpetki, czymś śnieżnobiałym pomalowała sobie oczy dookoła, jak również jedno ucho i koniuszek ogonka. Ich kolejna siostra była szarobura i puszysta z domieszką nieodłącznej w tym miocie czerni, następnie naszym oczom ukazał się podpalany, złoto- beżowy chłopiec o czarnych jak smoła uszkach i łapkach, następnie pojawił się sympatyczny „malwiasty” burasek i na koniec znowuż jakiś murzynek o przedziwnych brązowo-szarych wzorach na sierści nadających mu wygląd nieco zużytego dywanika. Wszyscy mieli bardzo różowe poduszeczki łapek, brzuszki i noski. I prezentowały się jako posiadacze okazałych, odziedziczonych po matce, uszu „aż do nieba”. Nic, tylko całować. I ciągle wszystkie te szczeniaki bardzo dużo i głośno piszczały, skamlały, jęczały i w ogóle wydobywały z siebie całą gamę odgłosów o bardzo wysokich tonach… Malwa na kwaterę główną wybrała sobie sypialnię rodziców i to stamtąd późno w noc rozlegały się piskliwe odgłosy, wyraźny dowód na to, że nie tylko ludzkie noworodki nie rozróżniają między dniem a nocą. Oczywiście non stop przenosiła je ze swego posłania na łóżko rodziców, gdzie układała je w chaotyczną, wijącą się i skamlącą kupkę, więc w końcu tata sklecił ze sklejki taki niby- kojec, żeby były odgrodzone. Niewiele to pomogło, zwłaszcza, że pieski z dnia na dzień stawały się coraz to bardziej mobilne i same zaczęły rozłazić się po całym domu. Z tym wiązało się kolejne niebezpieczeństwo, ponieważ dużo szczeniaków oznacza wiele kupek i kałuż na całej podłodze- kto nie nosił kapci, ten mógł potem mieć pretensje tylko do siebie, zwłaszcza, że po początkowym okresie pochłaniania ich odchodów, Malwa powróciła do domowych, choć znacznie obfitszych posiłków. I ciągle należało patrzeć pod nogi, żeby kogoś nie przydeptać. Po jakimś czasie Malwa zaczęła prezentować ogromne zmęczenie i irytację, co chwilę któryś z jej podopiecznych wieszał się jej na cycku, z którego niewiele mógł już uzyskać, wbijając jej przy tym boleśnie małe, ostre ząbki. Był to znak, że rodzeństwo Malwiaków powinno zacząć rozglądać się za nowymi domami i trzeba by im znaleźć godne ich przydziały. Tylko jedna z suczek nie wyglądała na w pełni usamodzielnioną- miała wzruszająco nieproporcjonalnie dużą głowę, ciągle nie umiała trafić do cycka- wyglądało to zawsze tak, że skręca w kierunku przeciwnym do zmierzonego, trzeba jej było pomagać jeść z miseczki…do tego dziwnie chodziła, ze wzrokiem wbity w podłogę, zupełnie jakby coś zgubiła. Myślałyśmy, że ma kłopoty z oczyma, ale okazało się, że to wodogłowie i że trzeba ją uśpić. Nie chciałyśmy tego przyjąć do wiadomości- w końcu po kolejnym weterynarzu i wyroku śmierci, któraś z nas znalazła jakiegoś tam profesora. Okazał się być straszliwym, nadętym burakiem, za to zakorzenionym w wypasionym gabinecie z pielęgniarką i skomplikowaną aparaturą, do którego ustawiały się kolejki wyznawców na przemian ze zrozpaczonymi osobnikami naszego pokroju. Na dodatek nie wniósł nic nowego do sprawy, poza tym, że uśpił ją od ręki i nie pozwalając nam solidnie się z nią pożegnać, a tę emocjonalniejszą stronę naszej trzyosobowej delegacji, która śmiała się rozpłakać (mnie) wywalił za drzwi, żeby mu nie przeszkadzać. Pozostałe pieski trafiły w bardzo dobre ręce, co do jednego zostały rozdane pracownikom mamy; śmieliśmy się że w tym roku premie są w formie psów. Jedna z suczek dostała nawet imię po matce, swojej oczywiście- ona zginęła pod kołami samochodu jeszcze przed śmiercią Malwy. Reszta, o ile wiem, ma się dobrze. no i oczywiście cdn - jutro
  8. no dobra jak się Wam mój pupilek Rufus podoba (to to rude cudo w avatarku) to spowoduję, że ciąg dalszy nastąpi
  9. to ja się miałam Was bać ? :-o :roll: :megagrin: :confused: :eek2: to trzeba było mi o tym napisać, że mam się bać ...:cool3: a ciągi dalsze są takie jakie są czyli tworzące prawie zamknięta całość i mnie tu nie strasz, bo jeszcze się rzeczywiście zacznę bać i zamilknę ze strachu i nic nie napiszę ...
  10. no a jak chcecie ciągu dalszego to ... ciąg dalszy następuje Jazgotliwość Malwy to kolejna sprawa godna upamiętnienia. Nie szczekała bez powodu, ale jak już się rozkręciła, to bębenki w uszach pękały. Miała niespotykany timbre głosu, czy może lepiej powiedzieć, szczeku. Każdy dzwonek do drzwi powodował, że biegła pod nie i rozpoczynała je oszczekiwać iście samczym basem, po chwili przechodzącym w taki śmieszny, nadzwyczaj hałaśliwy i uciążliwy odgłos- jakby ktoś jeździł palcem po brzegu szklanki chcąc przy tym naśladować psa. Nadzwyczaj umuzykalnione było z niej zwierzę- jej akompaniament w postaci przeciągłego wycia towarzyszący niektórym domowym performance’om instrumentalnym (ach, te ćwiczenia gry na flecie na lekcje muzyki do szkoły…) dobitnie uwypuklał nasze niedostatki w tej dziedzinie. O jej wysmakowanym guście zaświadcza również fakt, że podczas gitarowych popisów mojego taty udawała się niezwłocznie do innego pomieszczenia (nie mając zapewne już nawet sił na wycie- psy słyszą przecież lepiej i głośniej, a z takimi uszami…). ciąg dalszy oczywiście nastąpi
  11. musze dodać, że ten sylwestrowy 'incydent' miał miejsce w noc Sylwestrową 31.12.1999 na 01.01.2000 a więc nie tylko Nowy ROK ale też NOWY WIEK mogłyby byc przesr.... - ale nie były i nie są a wręcz przeciwnie - wkrótce po tych zdarzeniach moja córka urodziła dwóch cudownych chłopaków w roku 2002 i 2003, tj. uczyniła mnie babcią
  12. ja ? :-o irytujący zwyczaj ? :shake: no coś Ty .... ;)
  13. ten ktoś to moja córeczka-aneczka
  14. MALWA - czść III opowieści Anny Jak już z nią zamieszkałam, to zemściło się na mnie wcześniejsze wykorzystywanie jej do celów towarzyskich. Byłam na drugim roku studiów i zamiast po zajęciach iść z kolegami do knajpy zasuwałam do domu żeby wyprowadzić psy. W wakacje to był już prawdziwy problem- można było zapomnieć o dłuższych wojażach- raz jeden jedyny udało nam się zostawić psy z moją współlokatorką na tydzień, a skończyło się to tym, że jej chłopak był o nie zazdrosny… Wyjeżdżaliśmy więc najczęściej w miejsca, gdzie psy były mile widziane lub chociaż tolerowane. Podczas jednej z takich wypraw na Kaszuby, okazało się, że Malwa nie gardzi naprawdę żadnym jedzeniem- podczas zbierania jagód aktywnie w nim uczestniczyła, z tą różnicą, że nasze zbiory lądowały z krzaczków do koszyka, a ona nie czekała z konsumpcją- wcinała je jak leciało, prosto z krzaczków… Sylwestry Malwy nie były ani szampańskie, ani zbyt rozrywkowe ponieważ histerycznie bała się wybuchów, rac, sztucznych ogni. Wchodziła do wanny (w łazience nie było okien) i cała się trzęsła pomimo uprzednio zapodanych końskich dawek relanium. W związku z tym północ witała nas zazwyczaj w warunkach nieszczególnych. W ogóle cały okres świąteczno- noworoczny upływał pod znakiem nerwicy fajerwerkowej psów, która jeszcze dobitniej uwypuklała idiotyzm niektórych ludzkich zwyczajów. Po pierwsze masowo, obowiązkowo i nie raz na siłę cieszymy się raz do roku, chociaż nie bardzo mamy z czego (no bo cóż to za powody do radości: że się jest starszym i nic ani nikt tego nie zatrzyma? że nam czas ucieka, a my nie mamy nawet pojęcia, kiedy? a może, że się jest o trzysta sześćdziesiąt dni z okładem bliżej zejścia z tego świata? że znowu dzielimy się na tych, co w domach zostają i tych, co balują? że przyjdzie, kolejny- sztucznym kalendarzem na podstawie ogólnoludzkiej zgody stworzony- okres, który też się zaraz skończy?). Po drugie: ileż to pieniędzy puszcza się w jeden dzień z dymem i hukiem, ileż to kasy błyska mniej lub bardziej efektownymi płomieniami fajerwerków, podczas gdy na świecie ludzie i chociażby pieski jeść co nie mają. W świecie Malwy bezsens i głupota tego wszystkiego ukazywały się w całej okazałości, pozbawione przyprawy zwyczaju i tradycji. Był jeden taki Sylwester, który zapadł w moją pamięć wyjątkowo silnie. To było ostatnie (czego wtedy jeszcze nikt nie wiedział) wspólne świętowanie Nowego Roku moich rodziców i wybierali się na jakiś bal, a ja przyszłam pilnować czworonogów, ponieważ i tak nie miałam co ze sobą zrobić- miłość mojego życia była w pracy. U rodziców zjawiłam się około 22giej i nakazano mi wyprowadzić psy, z którymi tata był „całkiem niedawno”. Smętnie jakoś mi tak było, wokoło atmosfera zabawy i ogólnego podniecenia, a ja tu siedzę z psami. Jedliśmy sobie ciasteczka i oczekiwaliśmy wybicia przełomowej godziny, po której nic się nie zmieni. Po 23ciej doszłam do wniosku, że czas się ruszyć, żeby zdążyć ze spacerem przed maksymalnym rozhasaniem fajerwerkowego szaleństwa. Jak Malwa wyszła z mieszkania i usłyszała co się dzieje na dworze, to niestety- zwieracze odmówiły jej posłuszeństwa i zaczęła jednocześnie biec po schodach na dół (czwarte piętro) i srać… Najnormalniej w świecie zesrała się ze strachu, jak w tym potocznym powiedzonku.. Zatrzymała się na parterze… To „całkiem niedawno” okazało się być potem siedemnastą… No to wróciłam do domu po papierowe ręczniki, baaardzo dużo papierowych ręczników i zabrałam się do likwidowania organicznego, roztaczającego coraz silniejszą specyficzną woń (smród po prostu) świadectwa stosunku Malwy do zwyczajów sylwestrowych. Jak doszłam już na pierwsze piętro i tak sobie ścierałam to gówno ubrana w powyciągany dresik, otoczona nerwowo sapiącymi psami, które usiłowały schować się pode mnie, nagle otworzyły się drzwi jednego z mieszkań i na korytarzu pojawiły się dwie ładne i elegancko ubrane panienki w towarzystwie dwóch całkiem niezłych i równie eleganckich facetów. Zanim wbiłam wzrok w ziemię, dostrzegłam ich pełne politowania spojrzenia i usłyszałam: „Fe, jakże tu śmierdzi”. Nie da się ukryć, nie była to wypowiedź z gatunku odkrywczych. Powiedziałam potem Malwie, iż mam nadzieję, że nie chciała mi w ten sposób dać do zrozumienia, iż w Nowym Roku będziemy miały przesrane…. Dziś jestem już na tym etapie, w którym uznaję i cenię sobie komizm tego wydarzenia, a nawet rozpatruję je w kategoriach wspólnej przygody. Malwa miała niestety tendencje do nowotworów- zebrało się tego w sumie trzy operacje. I to, koniec końców- nieusuwalne guzy na kręgosłupie- było przyczyną jej śmierci. U weterynarza zawsze okropnie szczekała w poczekalni, ale podczas badania zachowywała się już spokojnie. Po operacjach szybko dochodziła do siebie- goiło się na niej jak na psie… Nie wiem kogo kosztowały więcej emocji- nas, czy ją; przeżywaliśmy je bardzo. Jak zmieniliśmy mieszkanie, a Malwa była już panią w wieku średnim, to podczas jednej rekonwalescencji mieliśmy nie lada kłopot, bo trzeba ją było kilka dni znosić z czwartego piętra schodami na spacery. A z niej to już wtedy był pokaźnych rozmiarów pulpecik- tata w dół to jeszcze jakoś dawał radę nieść ją na raz, ale do góry to już z przystankami. A i ona nie wyglądała na szczególnie zachwyconą takim traktowaniem. Wołałyśmy kolegów. Wtedy też, żeby rana pooperacyjna się nie wybrudziła i by Malwa nie przeszkadzała się jej goić, założyliśmy jej taką wściekle różową koszulkę typu T-shirt. U góry zawiązana w fantazyjną kokardę, rękawki na przednie łapy- prezentowała się wyjątkowo korzystnie- kolor w sam raz do pyska, linia- jakby na nią szyte. A Jaskier zaczął się dziwnie zachowywać, krążył, fukał, skakał na Malwę. I nie wiadomo było, o co mu chodzi. W końcu ktoś, nie pamiętam już kto, choć wydaje mi się, że to Maja była, doszedł do zaskakującego lecz również olśniewającego w swej prostocie wniosku, że Jaskierek zazdrości Malwie elegancji! I rzeczywiście: gdy został odziany w oszałamiającego T-shirta w kolorze wściekłego fioletu zaczął z zadowoloną miną przechadzać się po domu i uspokoił się „od łapy”. No i tak sobie wychodziliśmy na dwór wzbudzając niewielką sensację w okolicy- co było przyczyną tymczasowego nie wychodzenia ojca z psami poza porami absolutnych ciemności wieczornych. Malwa miała niezwykłą łatwość nabywania nowych umiejętności. Magazynowała wiedzę o świecie trwale i skrupulatnie. Nigdy nie powtarzała błędów raz popełnionych. Nie trzeba było tresować jej, szkolić pozytywnie czy negatywnie. Wystarczyło pokazać, czego się od niej oczekuje i już. Podczas wycierania łap po spacerach w niepogodę nauczyła się podawać po kolei wszystkie łapy, każda miała przyporządkowany swój numer (pierwsza, druga, trzecia, czwarta) i była niezmiennie tak podnoszona na życzenie. Umiała sama wytrzeć sobie zaśliniony pysk w ręcznik lub swoje posłanie. Na komendę „psi brzuszek” natychmiast go pokazywała, całą sobą gotowa na pieszczoty. Przynosiła patyczki, zabaweczki na zawołanie, ale wiedziała, kiedy może się trochę podroczyć i nie wypuszczać ich z mordki, czekając, że się z nią troszkę posiłujemy. Nie ruszała żadnej rzeczy, co do której zaznaczyło się, że jej nie wolno (o czym już było powyżej). Chodziła przy nodze, sama z siebie, nie znając nawet takiego polecenia- po prostu, taki sposób towarzyszenia nam leżał w jej naturze. Dawała głos, bo się jej tak mówiło, jak szczekała przy otwieraniu drzwi. Kochała zabawy w chowanego- szukała nas, albo różnych przedmiotów- w lot pojęła, o co w tej zabawie chodzi. Wiedziała, że najlepszym sposobem na uzyskanie kąsków ze stołów jej zawiśnięcie nad czyimiś kolanami z zaślinionym pyskiem. Doskonale potrafiła rozeznać się w stosunkach panujących w naszej gromadce i ustaliła w mig, na co i z kim może sobie pozwolić. Kiedy mieszkała już ze mną z moim obecnym mężem, była „moim” pieseczkiem ukochanym, zdawała sobie sprawę z tego, że jej bezkarność jest tak wielka, jak nigdy przedtem. Każdy mebel, na którym można się było wygodnie rozłożyć w mieszkaniu był w jej gestii. Kiedy wieczorami kładliśmy się spać, zazwyczaj jako pierwsza lądowałam w łóżku, a psy razem ze mną. I tak sobie zalegaliśmy (ja bardzo zadowolona, bo w kupie cieplej i raźniej, one- wyraźnie przeświadczone, że to również ich posłanie) do momentu nadejścia pana domu. Wtedy Jaskier bezszelestnie znikał i materializował się na podłodze, a Malwa udawała, że nic się nie dzieje i nonszalancko się przeciągając zajmowała całą wolną przestrzeń. Kiedy Robert próbował ją zrzucić, stawiała bierny opór całą siłą swego bezwładu albo, kiedy już jej zdaniem nadużywał nieco jej cierpliwości, warczała na niego uprzejmie (tak, tak- jest coś takiego, jak uprzejme w swej naturze powarkiwanie, pełne troski o osobę nim obdarzaną, ostrzegawcze i wyjaśniające, przywracające porządek i ład w psim wszechświecie, którym ktoś obcesowo próbuje zachwiać). Najczęściej w końcu, wielce obrażona, schodziła na niższy poziom egzystencji mieszkaniowej, po czym, gdy tylko jej oponent zasypiał, wracała na „swoje” łóżko, dzieląc je z nami….
  15. TAK JEST ZROZUMIANO
  16. tak się zastanawiam czy już czas na nadejście ciągu dalszego opowieści o Malwince .... hmmmmmmmmmmmm ...............
  17. [quote name='trooll3']witam! Bunia została pierwszy raz w domu sama na dłużej... przychodzę z pracy pełen obaw, widzę już te kupki, kałuże, strzępy... wchodzę , a tu... nic... :) [/quote] no bo Bunia odebrała dobre wychowanie ot panna z dobrego domu - wie co wolno i czego nie wypada ;)
  18. ja daję zmielone surowe (1 łyżka dziennie) - szczególnie gdy karma mokra, gotowana można gotowac siemię lniane i ten wywar dawać (bez samych nasion bo wtedy działa przeczyszczająco) mozna tez dodawać olej do karmy albo dawać łyżeczkę masła dziennie do wylizania masło i siemię lniane zmielone u moich psów dają najlepsze efekty
  19. ostatnio nic mu nie daję - on je karmę RC Intestinal i boje się coś dodawać, żeby mu rozwolnienie nie wróciło a wcześniej dawałam zmielone siemię lniane - efekt murowany z łapami bez zmian - ma niedowład ale stopy stawia już ładnie i buciki nieużywane
  20. ja jestem zainteresowana ale ja go wziąć niestety nie mogę czy to naprawdę jużak? czy tak tylko jużakopodobny i jaki jest w stosunku do innych psów, kotów i tym podobnych
  21. Serwuś żyje sobie pomału wygrzewa na słońcu i nie lubi zostawac sam w kojcu a jak zostaje to lubi sobie wyć powoli go uczymy, że drzwi kojca są stale otwarte i w dzień już tak jest Serwo leży wtedy przed drzwiami do domu albo w gartażu (o ile tylko garaż jest otwarty a ja się staram, żeby cały czas był otwarty) juz trzykrotnie nam się zdarzyło, że niespodziewanie i w sposób zupełnie nieplanowany Serwo spotkał się z Jaskrem ostatnie spotkanie było super i naprawdę żałuję, że nikt tego nie sfilmował Serwo biegał po ogrodzie a Jaskier siedział zamknięty w domu a dom był pełen gości a gość to osobnik zwykle niefrasobliwy i mało odpowiedzialny no i któryś gość zostawił drzwi otwarte a wcześniej ktoś, może ten sam gość wypuścił Jaskra z pokoju, w którym został przez mnie zamknięty (Jaskier jest zamykany w pokoju, do tego są zamknięte drzwi między przedpokojem a wiatrołapem i drzwi do domu ale niektórzy goście są niefrasobliwi i nienauczalni i wybitnie uzdolnieni) no w każdym razie byliśmy na podjeździe przed domem, każde z nas czymś było zajęte, psy biegaly, Serwo z nimi a tu z domu wychodzi sobie spokojnie Jaskier i ... nagle zorientował się, że jakiś Obcy jest na terenie i to ten sam Obcy, ktory sobie często defiluje po trawniku jak on, Jaskier siedzi w domu, na tarasie i tego Obcego przez balustradę może tylko oglądać ... no i Jskier ruszył, ruszył jak czołg i to czołg grożnie warcząco-szczekający zamarliśmy ... ale nie zamarliśmy w bezruchu - ruszyliśmy łapac psy a było ich kilka do łapania, bo jak jest jakaś rozróba to Lotnik natychmiast się przyłącza i podgryza a suki biegają wokół i obszczekują i w tym momencie z podziwem musze stwierdzić, że mój TZ zareagował cudnie - podciął biegnącemu Jaskrowi nogi i Jaskierek, jak pies Pluto, w poślizgu wylądowal z wyciągniętymi przednimi łapami w niemym juz zdumieniu przed a właściwie pod Serwem Serwo stał nad Jaskrem, wokół biegała Irma z Bajką i powarkiwał Lotnik zupełnie nie wiedząc kogo tu podgryźć no i Serwo spojrzał z niesmakiem jakby chciał powiedzieć "i co warto było tak dziobem kłapać' odwrócił się i odszedł posiusiać na trawniku no a my Jaskierka pocieszaliśmy i odprowadziliśmy do domu tłumacząc, żeby wyciągnął z tego zdarzenia jedynie słuszne wnioski i polubił nowego kolegę
  22. Serwo już ma sierść jak prawdziwy ON krótkowłosy (bo Serwo to jest z tych długowłosych) szybko mu sierść odrosła aż to dziwne się wydaje - juz nie jest łysolem tylko sierściuchem zobacz zdjęcia w jego temacie
  23. a sierś już mu odrosła?
×
×
  • Create New...