-
Posts
1991 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by irma
-
no tak Zosia butami się zachwyca ... a pies ?
-
no i obiecane .... buty Serwa czyli para butów, która składa się z 4 sztuk
-
Hossa dla koszalińskiej HOSSY - MISSION COMPLETED ;-)
irma replied to kinga's topic in Już w nowym domu
[quote name='PaulinaT']Trawnik super - zaraz widac ze tam mieszkają szczęśliwe psy :p Ciotki, macie jakiś sposób zeby starego już psa uświadomić, że koty w domu są dobre ale niejadalne??? :placz:[/quote] powiedz mu, że za długo je trzeba gotowac i łykowate z nich mięsko :eviltong: -
Hossa dla koszalińskiej HOSSY - MISSION COMPLETED ;-)
irma replied to kinga's topic in Już w nowym domu
[quote name='Camara'] [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img213.imageshack.us/img213/3641/1uy5.jpg[/IMG][/URL][/quote] ale masz ładne kamienne murki - super -
ciąg dalszy fotorelacji z przemiany pewnego psa [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img57.imageshack.us/img57/6171/serwo1kp6.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img114.imageshack.us/img114/9023/serwo2mp6.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://img59.imageshack.us/img59/2306/serwo3ab5.jpg][IMG]http://img59.imageshack.us/img59/2306/serwo3ab5.th.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://img146.imageshack.us/img146/7542/dsc09072ou8.jpg][IMG]http://img146.imageshack.us/img146/7542/dsc09072ou8.th.jpg[/IMG][/URL]
-
a to fotorelacja z pewnej przemiany
-
Dimek kochający dzieci !!! Wreszcie w nowym kochającym domku!!!
irma replied to Ania_i_Kropka's topic in Już w nowym domu
Dimek ma obserwatora na allegro może to coś znaczy... [URL="http://www.allegro.pl/item116098483_dim_chory_na_bezdomnosc_wielbiciel_dzieci.html"]http://www.allegro.pl/item116098483_dim_chory_na_bezdomnosc_wielbiciel_dzieci.html[/URL] -
Hossa dla koszalińskiej HOSSY - MISSION COMPLETED ;-)
irma replied to kinga's topic in Już w nowym domu
no no a mnie to zupełnie pominęły ja też nad morzem i też sobie próbuję kwiatki wąchac wieczorem a czuję ten sam zapach co Kinga a kupki zbieram dwa razy dziennie - rano i po południu - tak ok w pół godziny udaje mi się oblecieć całą posesję -
Faworek już za tęczowym mostem. Są następcy w potrzebie....
irma replied to wisela1's topic in Już w nowym domu
a może to właśnie przez te upały bo u mnie też raczej luzacko -
co do trawy i azotu to jeszcze walczę szańce wybudowane Irma przeskakuje odbijając sie z miejsca Piegus drapie się jak po drabine a reszta albo za ciężka lub zbyt niezdarna żeby przeskoczyć (Jaskier i Serwo) albo jeszcze nie wie że można (Lotnik i Bajka) akoty łażą gdzie chcą zwykle dziura w trawniku jest inicjowana przez kopczyk kreta - Bajka szuka kreta i kopie, i kopie, i kopie a potem to już nie ma w tym miejscu trawnika ale jeszcze się nie poddałam
-
ogródek chcesz mieć z kwiatkami ? ... ja też dlatego zbudowałam w ogrodzei szańce wokół tej częsci gdzie cokolwiek ma rosnąć a wzdłuż płotu to już odpuściłam krety i psy to ekipa, która zmieni każdy ogród w krajobraz księżycowy
-
Malwa zostawiła mi godną seibie reprezentację - Jaskra i ciągu dalszego opowieści o Malwie nie będzie, ale kiedyś będzie opowieść o Jaskrze
-
Lisek bezdomny od 20 lat - Odszedl za Tęczowy Most <">
irma replied to azzie5's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
proszę wygłaskać ode mnie kota (i pozdrowienia dla niego od moich kotów - mogłyby sobie kociny godzinami opowiadac o życiu w jednym stadzie z psami) -
Hossa dla koszalińskiej HOSSY - MISSION COMPLETED ;-)
irma replied to kinga's topic in Już w nowym domu
[quote name='Dorothy']kurcze lupe ma talent, banerki to pkus w porownaniu z ta strona!!! piekna! eech.... Hoska tez piekna:loveu: tak ciocia Kinga ja juz nie wiem jak sie nazywam, poplakuje cicho nad pudlami, wciaz nie wiem kiedy przyjedzie ciezarowka, potem musze naraz spakowac tira, dziecko, 4 psy, dwa konie do przyczepy, w dwa auta pojechac do Polski, a po podrozy to wszystko rozpakowac, i nie oszalec, ja nie wiem, jak dam rade, mam potworne reise fieber i w ogole :placz: :placz: :placz:[/quote] przeżyjesz z całą pewnością ([SIZE=1]w końcu jesteś kobietą nie facetem[/SIZE]) ja też to przeżywałam rok temu co prawda z dwoma psami i kotem ale remont mam za to do dzisiaj i część rzeczy nie rozpakowana a i tak jest fajnie -
Pewnie każde z nas widzi ją do dziś trochę inaczej. Jak miało się szczęście być posiadaczem tak wspaniałego, nie waham się powiedzieć ludzkiego (w najlepszym tego znaczeniu) psa, to chyba nieuniknionym tego skutkiem jest projektowanie na niego tych cech, które sami uważamy u siebie za najlepsze czy najbardziej pożądane. Dla mnie zawsze będzie najbardziej niezależną, ale i czułą, zważającą na innych, wyjątkową osobą. Kochałam jej upór, wytrwałość i autonomię. Widziałam, naprawdę, że ma poczucie humoru. Że tak jak i ja, nie lubi zbyt głośnego i licznego towarzystwa, że jest nieśmiała i refleksyjna. Że boi się ludzi i psów. Nie umiała bawić się z innymi przedstawicielami swego gatunku i unikała z nimi kontaktu, na spacerach nigdy do nich nie biegała, niekiedy nawet przed którymś uciekała i świetnie ją rozumiałam. Czasem niezdarnie podchodziła do jakiegoś pieska i coś tam próbowała z nim wykręcić, ale różnie to bywało. Była jednak ciekawa świata i nie unikała nowości. To był taki typ towarzyskiego samotnika, ktoś, kto jak już podaruje komuś serce czy przyjaźń, to jest dla niego na zawsze, ale nigdy sam nie szuka aktywnie pierwszego kontaktu. Projekcje? Nie wiem, trzeba by zapytać pozostałych. Nie chowała urazy, nigdy długo się nie gniewała, zawsze wolała zdobyć się na wysiłek wybaczenia niż pogrążać się w trudzie pamiętania krzywd i aktualizowania listy swoich nieodwzajemnionych zasług. Dla właściciela psa to, o czym teraz napiszę będzie stwierdzeniem trywialnego faktu. Ale tego, kto traktuje zadziwiającą w bezpośrednim kontakcie cechę, jaką jest niczym niezmącony psi brak wszelkich uprzedzeń, co do wyglądu i poziomu inteligencji ludzi, jako rzecz daną raz na zawsze i tak oczywistą, że niewartą docenienia, nie zawaham się nazwać głupcem. Malwa nigdy nie zajmowała się takimi nieistotnymi szczegółami, jak to czy ktoś był gruby czy chudy, mądry czy głupi, lubiany, popularny czy nie. Nie interesował jej czyjkolwiek stan konta, marka ubrania, oceny w szkole czy sukcesy na polu zawodowym. Nie obchodziło jej zupełnie, czy ma się dobrze poukładane w głowie. Wydobywała z człowieka istotę rzeczy- znaczenie miało to, czy jest czuły, czy lubi się dzielić z innymi tym, co ma, czy obchodzi go coś więcej niż on sam. Sprawiała, że choć przez moment, czułeś się ważny, wartościowy i kochany. W jej towarzystwie, nieważne, że psim, znajdowałeś pełnię uwagi oraz niezmącony nieistotnym brzęczeniem rzeczywistości spokój w pełnej akceptacji tego, co sobą reprezentujesz. Dawała to cudowne poczucie, że nie jest się samemu, że jest ktoś- taki ciepły, kochany i nie oczekujący niczego w zamian (chyba, że w okolicy było coś do jedzenia), komu nie jest wszystko jedno, jak się czujemy. Dla niej liczyło się tu i teraz- właśnie z tobą, z nikim innym. To niesamowite uczucie bycia chcianym w aktualnie przejawianej postaci i kondycji, stawiało na nogi i pozwalało otrząsnąć się ze wszystkiego. Wyciszała, pozwalała wczepić się w swoje ciepłe istnienie i nabrać dystansu do wszystkiego, co gdzie indziej. Jednocześnie samym byciem i obowiązkami z tym związanymi nie pozwalała pogrążać się w bezruchu i oddalać zbytnio od spraw tego świata. Swoją obecnością wymuszała szczątkową chociaż aktywność i celowe działania, nawet tak trywialne jak zatroszczenie się o jedzenie dla niej czy wyprowadzenie na dwór. Był taki okres w moim życiu, że tylko to chyba trzymało mnie jeszcze w pionie i doceniałam to zawsze, zupełnie nie mając pojęcia, czy kiedykolwiek jej to wynagrodzę. Kiedyś dałyśmy jej nowe życie, dom, a ona dawała nam co dzień punkt zaczepienia, jakieś zadanie do wykonania- nieistotne, że małe czy rutynowe. Teraz będzie już tylko łzawo i pretensjonalnie. Ale w życiu też tak bywa- to jedyne usprawiedliwienie egzaltowanego tonu, który przybiera ta kiczowata chwilami opowieść Odeszła od nas stanowczo za wcześnie, ale nigdy nie byłoby właściwej pory. Niestety, nie było to łatwe rozstanie, ani dla niej, ani dla nas. Rozwinął się kolejny guz, który zaczął uciskać na drogi rdzeniowe. Po kolei porażeniu ulegały poszczególne funkcje życiowe- jakby ktoś powoli wyłączał psa. Najpierw przestała chodzić po domu, potem trzeba było ją znosić na spacery, podczas których tylko stała chwiejąc się pod klatką. Robert wynosił ją kilka razy dziennie i robiłby to latami, gdyby nie to, że pewnego dnia przestała jeść, potem pić, a przez ostatnie dni nawet siusiać. Leżała na kanapie w dużym pokoju i smętnie wodziła za nami wzrokiem, jakby wiedziała, że odchodzi i żegnała się z nami. Kilka ostatnich dni jej życia spędziłam nie wychodząc z domu. W końcu, uznaliśmy, że nie ma sensu dłużej jej męczyć, gasła w oczach i coraz bardziej cierpiała z bólu, tracąc świadomość. Powoli przestawała rozróżniać nasze intencje, zdarzyło się, że mnie ugryzła. Zrozumieliśmy, choć bardzo długo się przed tym broniliśmy, że to już koniec i naszym wobec niej obowiązkiem- ostatnim- jest umożliwić jej łagodne przejście do psiego nieba. Weterynarz przyszedł pewnego poniedziałkowego, styczniowego wieczoru, żeby ją uśpić. Myślałam, że po zastrzyku będę mogła ją jeszcze przytulić, spojrzeć w oczy i powiedzieć, jak bardzo ją kocham- że dziękuję jej za tę wspólną podróż przez połowę mojego życia. Mama trzymała na kolanach jej pysk i coś tam szeptała do ucha, Tata złapał ją za nogę, tak jak pokazał doktor, który zaraz potem wstrzyknął jej w żyłę jakiś brązowy płyn- i po chwili już jej nie było. Nie zdążyłam, ale mam nadzieję, że ona i tak to wiedziała czy czuła. Ja nie mogłam uwierzyć, że to już, że ona nie żyje- widziałam przecież wyraźnie, że oddycha i tylko tak leży sobie z zamkniętymi oczyma. Położyłam się na niej i płakałam jej w kark. Była taka ciepła. Wtedy raz jeden jedyny widziałam jak mój tata płacze. Nawet odchodząc, już prawie nie będąc dawną sobą, Malwa oddała nam przysługę. Połączyła nas w cierpiący, ale razem- ulotnością wydarzenia trwający- organizm. Od dawna już nie byliśmy rodziną w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, ale dzięki niej, ten jeden z nielicznych razów poczułam jak już dawno nie, że nią jesteśmy. W czarodziejskiej, swą czarną niesamowitością chwili, wspólnego bólu i troski wszyscy zapomnieli o tych wzajemnych pretensjach i urazach, połączeni magią miłości do psa. Gdzieś tam daleko, za siedmioma górami, za siedmioma morzami i jednym ogromnym oceanem, w rzeczywistości o znacznie przesuniętym czasie i przyjaznym klimacie, Maja zaczynała właśnie świętować urodziny swego ukochanego. Nigdy jej o to nie pytałam, ale jestem pewna, że coś poczuła- dzwoniła pytać o Malwę zaraz potem. Pochowaliśmy ją w jej ulubionym lasku, oddalonym o jakieś 30- 40 km od domu, tam gdzie z rozkoszą taplała się w wodach Raduni, biegała i w ogóle była zadowolonym z życia psem. Padał śnieg, grunt był twardy. W świetle reflektorów tata i Robert mozolnie kopali- czy też wyrąbywali w zmarzlinie- dół. Milczeliśmy. Ciszę lasu zakłócały nieregularne odgłosy łopat rozbijających zamarzniętą ziemię, które wraz z warkotem silnika samochodu, tworzyły jakiś pokręcony marsz żałobny. Wrzuciliśmy Malwie do grobu wszystko- posłanie, kocyki, ukochane zabaweczki, smycz, obrożę. Jeszcze gdy wyciągaliśmy ją z bagażnika, wydawało mi się, że drgnęła, sprawdzałam, czy może jeszcze żyje. Nie zapomnę odgłosu spadającej na nią ziemi. Jeździmy tam do dziś, chociaż nie wiem po co. Malwa cały czas nam towarzyszy i jest z nami- odwiedza mnie i moją siostrę we snach, przychodzi do nas w ciemnych nocnych godzinach i obie czujemy ją wtedy mocno przy sobie. Patrzy na nas i otula swoją obecnością o specyficznej woni. Pozostała wierna nawet tam, gdzie teraz jest. Mówimy o tym tylko między sobą, no bo kto by w to uwierzył- po co narażać się na zamianę niezwykłości w śmieszność? Jestem wdzięczna losowi, że postawił ją na naszej drodze. Dziękuję Ci Malwa, że byłaś z nami- naprawdę niezła suka z Ciebie była. Pusto tu bez Ciebie, a jest to taka luka, której nie da się niczym zapełnić, w moim sercu zawsze masz swoje miejsce, bo już nie będzie takiej jak Ty. Piesku mój bury- ufam, że jeszcze się spotkamy. Zanim to nastąpi, to pewnie za lat parę, pójdę jeszcze do schroniska z dwoma takimi chłopcami, których nie zdążyłaś poznać i będę im kibicować w tym, żeby znaleźli sobie swoją Malwę. Nie jestem najlepsza w wyrażaniu uczuć, więc posłużę się na koniec Przyborą: Wrzesień jak dywan, jakich nie bywa często ostatnio – płowo-zielony dywan zdobiony słońcem dostatnio. Pejzaż gorący rżysk i stygnących gwiazd w zimnym niebie – smutku, co zawisł kluczem żurawi – pejzaż bez ciebie. Dzień za dniem, sen za snem, pełnia i nów, i słońce znów. Noce i dni wciąż nazbyt ładne – zmierzchy i świty bezradne. Rower zmęczony płosząc gawrony sunie drożyną. Jedzie listonosz – już pod czerwoną jest jarzębiną. Na skwar narzeka, ma tylko przekaz – złotych sto dziewięć ! Tą samą drogą wraca. Nikogo. Pejzaż bez ciebie. Dzień za dniem ... itd. Dzień za dniem, sen za snem, pełnia i nów, i słońce znów. Noce i dni wciąż nazbyt ładne – zmierzchy i świty bezradne. Na horyzoncie topi się słońce w złocie czerwonym. Rzeką nadpływa siwa flotylla mgiełek wieczornych. Idę przez pole gdzie dwie topole – drzewo przy drzewie – patrzą z wysoka w przestrzeń jak otchłań – pejzaż bez ciebie. Dzień za dniem... itd. Dzień za dniem, sen za snem, pełnia i nów, i słońce znów. Noce i dni wciąż nazbyt ładne – zmierzchy i świty bezradne. Chyba to sprawił wrzesień, że prawie nic już nie czuję. Słucham, jak teraz upał zamiera, ciszą pulsuje. Pewno ci dobrze gdzieś o tej porze, pewno przyjemnie. A wokolutko- pejzaż bez smutku pejzaż beze mnie. Noce i dni O których nie wiesz jesień i pejzaż bez ciebie. tak moja Anna skończyła opowieść o Malwie i dalszego ciągu nie będzie
-
cisza widać Orlenka już śpi
-
[quote name='Ania-Sonia'][URL="http://www.dogomania.pl/forum/showthread.php?t=26623&page=15"]http://www.dogomania.pl/forum/showthread.php?t=26623&page=15[/URL] Szczeniaczki - dwie 7-tygoniowe suczki z sochaczewskiego schroniska. Ich brat już umarł. Szara Abba ma zapewniony, ale tylko dom tymczasowy, żółta Kluska - ciągle w schronie z małymi szansami na przeżycie :placz: [IMG]http://box.type.pl/foto/szcz72006_Abba07.jpg[/IMG] [IMG]http://box.type.pl/foto/szcz72006_ALL_suniazolta02.jpg[/IMG][/quote] domek to mniejszy problem tak naprawdę to problem w tym, że ludzie chętnie biorą szczeniaki, ale ... z domu, z jakiegokolwiek domu a nie ze schroniska śliczna ta klusia - jaka jest szansa, żeby ją wyciągnąć do domku tymczasowego, zaprowadzić do weta, odrobaczyć, zaszczepić
-
o nowych bucikach Serwa jeszcze będzie a historię Malwy wraz z jej końcem znacie - juz ją opisałam wcześniej teraz to ta sama historia opowiedziana przez moja córke i rzeczywiście zbliża się ku końcowi a le maiłam w swoim życiu kilka psiaków i ich historie jeżeli tylko bedziecie chcieli tez opowiem a teraz następuje najważniejszy element histori Malwy czyli CIĄG DALSZY ... Po pierwszych szczeniakach Malwa nabrała trochę odwagi- przestała bać się obcych ludzi, a w końcu- na starość, zhardziała. Była zawsze uparta jak osioł, a z wiekiem cecha ta stawała się coraz wyraźniejsza. Ostatnie lata jej życia przypadły na okres, w którym była już u mnie, a ja bardzo to u niej lubiłam, gdyż jednostki z charakterem, a nawet charakterkiem są przedmiotem mojej admiracji. Trudno się z nimi nudzić i budzą szacunek tym swoim obstawaniem przy często absurdalnych nawet ideach. Czasem zapierała się łapami, czasem siadała jak kloc i była nie do ruszenia, nie pomagały krzyki czy próby przesuwania jej- prawie zawsze wygrywała, znała moją słabość do siebie i wiedziała, kiedy i co jej się upiecze. Poza tym, ona i tak pozwalała nam robić ze sobą dosłownie wszystko. Nigdy było problemu z czesaniem, czyszczeniem uszu czy oczu, podawaniem lekarstw. Pozwalała się przebierać w głupie stroje do śmiesznych zdjęć. Wchodziła wszędzie tam, gdzie ją proszono. Zostawała tam, gdzie jej kazano. Raz zapomniałam po wyjściu ze sklepu odwiązać jej od słupka i jak w panice przybiegłam po nią, już po odłożeniu zakupów w domu, to siedziała tylko smętnie intensywnie wpatrując się nic nie pojmującym wzrokiem w koniec ulicy, gdzie piętnaście minut wcześniej znikłam. Nawet się nie obraziła. Jej zaufanie było tak bezgraniczne, oddanie tak ogromne, a gotowość do poświęceń tak ogromna, że człowiek czuł się aż przytłoczony odpowiedzialnością, jaką na niego nakładała ta wierna, niewiele wymagająca miłość. Przerażało mnie, że mogę jej zrobić dosłownie wszystko, a ona przyjmie to- bo dostaje to ode mnie. Na szczęście nigdy jakoś nie nadużyłam swojej pozycji, co nie jest powodem do przypisywania sobie glorii i chwały, bo jak tu krzywdzić kogoś, kto jest samą dobrocią? Malwa odznaczała się wyjątkową nawet jak na psa gotowością do empatii i współbrzmienia z członkami swego stada. Pewnie każdy z nas, jej właścicieli, miewał w swoim życiu takie momenty, że wydawało mu się, że nie rozumie go już nikt, tylko ta ciepła, specyficznie pachnąca, futrzana istota, wpatrująca się w niego z niepokojem i troską. Trącała nas w trudnych momentach nosem, wpychała się pod ramię, jakby chciała obiecać, że jeszcze będzie dobrze, powiedzieć, że świat się nie kończy, a nawet jeżeli- to mamy siebie. Zlizywała łzy z policzków, otulała sobą, dotykała wilgotnym nosem dłoni. Kładła się, ciężko wzdychając u nóg. I nie poddawała się, nie pozwalała pogrążyć w marazmie. Trwała i towarzyszyła, zawsze była nawet nie obok, ale z nami.
-
ma ma dużo więcej niż roczek - poprawione przecież pisałam, że publikuje bez cenzury a swoją drogą jak to niektórzy uważnie czytają, no, no ...
-
Hossa dla koszalińskiej HOSSY - MISSION COMPLETED ;-)
irma replied to kinga's topic in Już w nowym domu
super to tylko potwierdza jej hovciowe pochodzenie Hossa jest moją ulubienicą - ma cudny charakter(ek) w naszym ogrodzie przez prawie miesiąc były budowane ogrodzenia, żeby psy nie chodziły w pewne zakątki i co ? Irma przeskakuje jak piłka - odbija się i już jest po drugiej stronie, a Piegus drapie się po nich jak po drabinie na pozostałe psy zadziałalo -
no i .... ciąg dalszy nastąpił Kolejna ciąża była przypadkiem podręcznikowej wpadki. Nikt nie pamiętał, żeby o właściwej porze udać się z Malwą do weterynarza celem dania jej zastrzyku antykoncepcyjnego i każdy potem uważał, że to wina pozostałych, a nie jego właśnie. W każdym razie pewnego poranka, w okolicznościach dość tragicznych, które jednakowoż nie należą do historii nikogo innego poza Mają i Malwą, więc nie moja rzecz je tu przytaczać, stało się i jeden z osobników wchodzących w skład rozszalałej z pożądania hordy psów wykorzystał sytuację. Z tej przyczyny na świecie pojawił się Jaskier i jego dwoje rodzeństwa. Tym razem poród nie przebiegał lekko ani łatwo, Malwa męczyła się całą dobę i w końcu w niedzielę, 26 listopada, 1995 roku (tego dnia odbyły się zwycięskie dla Aleksandra K. wybory na prezydenta, dodam) wezwaliśmy weterynarza, który podał jej coś na przyspieszenie akcji porodowej. Około dwudziestej trzeciej zaczął pojawiać się pierwszy mały łepek i jakaż była nasza rozpacz, gdy okazało się po chwili potrzebnej na całkowite opuszczenie matczynego łona, że szczeniak jest martwy. Malwa zagarnęła pieska pod siebie i nie chciała za żadne skarby się podnieść, nie dawało się jej namówić, żeby go oddała. Wzrok miała przy tym zupełnie oszalały, jakby wiedziała, co się dzieje i nie chciała się z tym pogodzić. Cały czas lizała go, wpychała mu sutek do martwej mordki i skamlała. Nie sposób było nie płakać. Na szczęście, gdzieś po pół godzinie, zaczęła rodzić następnego pieska i z drżeniem zastanawiałyśmy się, w jakiej on będzie kondycji- okazało, się, że ten- żółty jak słoneczko w letni dzień- ma się znakomicie. Jedyny problem jaki się wyłonił w trakcie, był tej natury, że nie był on ułożony główko, tylko ogonkowo, więc trzeba go było pociągnąć za tylne łapki i do dziś prezentuje dość szczególny, wręcz rozczulający w swej ciapowatości model siadu. Od razu dorwał się do cyca, a jak już skończył (co zajęło mu trochę czasu i wyraźnie sprawiało ogromną przyjemność, mlaskał i ciamkał wyjątkowo namiętnie), to przewrócił się na plecy i zastygł z łapami ułożonymi symetrycznie w pozycji „taki jestem”- to był bardzo długo jego stały sposób spania, do dziś zresztą stosowany, bo o Jaskrze tu mowa. Potem na świat przyszedł jego brat i na tym był koniec tego miotu. Ten najmłodszy trafił do koleżanki Mai, a Jaskra jakoś tak nikt nie chciał. Ja od początku bardzo chciałam, pomimo braku logicznych argumentów na rzecz takiego rozwiązania, żeby któryś z piesków Malwy z nami został- tak, by zachować ciągłość. Inni, może poza mamą, musieli oswajać się z tą myślą, co niektórym zajęło sporo czasu- ojciec próbował go wciskać naszym znajomym, gdy ten miał już ponad rok. Napadał każdego, o kim wiedział, że nie jest już szczęśliwym posiadaczem zwierząt, zachwalając Jaskra jak nie przymierzając akwizytor cudowny aparat do sprzątania, krojenia żywności i parzenia kawy w jednym. Dla historii Malwy ważny jest opis jej stosunków z Jaskrem. Szczenięciem będąc, nie dawał jej wytchnienia ani na moment, ale wspaniale było patrzeć, jak ona sobie z nim radzi. To, co z pewnością odziedziczył po niej, to apetyt- nie było takiej chwili, żeby nie był głodny. Ciągle podwieszał się pod cycki Malwy, nawet wtedy, gdy już były puste. Chodziła po domu z wyrazem rozpaczy na pysku, a u jej brzucha wisiała mała, puszyście piszcząca żółto- różowa kulka sierści i gryzła ją do krwi. Albo, kiedy znudziło mu się już molestowanie jej podbrzusza, wyjadał jej jedzenie z miski- trzeba było go zamykać, na czas karmienia Malwy, żeby mogła się spokojnie posilić. Nauczyła go wielu rzeczy- jak się gryzie, jak się warczy, jak się bawić i kiedy kogo należy słuchać. Tarzali się po ziemi symulując wszystkie możliwe warianty walk, chwytów i zagrożeń wydając przy tym potępieńcze odgłosy i kotłując się niemiłosiernie. Po jakimś czasie zrozumiała, że nie pozbędzie się go już nigdy- że jej koszmarny towarzysz zostaje i będzie nieustannie próbował zachwiać jej pozycją. Nie nadejdzie moment wytchnienia, nie będzie chwili, w której ona i jej państwo zostaną nareszcie sami, zaś wszystko powróci na swoje miejsce, a porządek rzeczy odzyska swój idealny ład i harmonię. Któregoś pięknego razu, w akcie niemej rozpaczy i walki o status, patrząc mojej mamie prosto w oczy, oderwała się ciężko wzdychając od podłogi i mimo, iż był to środek dnia a wszyscy w domu, wymościła się na łóżku rodziców. Mama machnęła na to ręką- sama miała dzieci, więc pewnie świetnie ją rozumiała. Tak już zostało i poniekąd dzięki obecności Jaskra postępki łóżkowe Malwy przeszły ze sfery utajonej do jawnej, stając się elementem powszechnie akceptowanej codzienności (przy niczym nie skutkujących oporach ze strony 50% właścicieli łóżka). Dzięki temu, że został, prowadziliśmy bezkarnie pewną grę słowną- on był w zupełnie uzasadniony sposób etykietowany jako sukinsyn (poczciwy zresztą)- i nikt przy tym nie obrażał jego matki. Ona dostała tytuł „psia mać”. Na spacerach zawsze go pilnowała- jeżeli tylko zbytnio się zabałaganił, odszedł za daleko czy nas nie słuchał, natychmiast biegła za nim i szczekała lub warczała, czasem posuwając się nawet do ciągnięcia go zębami w naszą stronę. Gdy już znajdowali się w sferze uznawanej przez Malwę za bezpieczną i właściwą, najnormalniej w świecie spuszczała mu burę. Strzegła go na każdym kroku i do końca swoich dni miała odruch bronienia go. Było to zresztą czasami potrzebne, na przykład, gdy Jaskier zaczepiał jakieś waleczniejsze koty, które nie miały zamiaru przed nim uciekać- jak taki zaprawiony w niejednej walce, rozjuszony podwórkowy bojownik o wolność podziału odpadków ruszał na niego z najeżoną sierścią i złowieszczym sykiem- wiał za Malwę. Kiedy ktoś dzwonił do drzwi, Malwa jak zwykle oszczekiwała je zapamiętale, a on tymczasem wyglądał zza rogu, cichuteńko sprawdzając, jak tam się sprawy mają i dołączał do niej czasami, ale tylko wtedy, gdy bezbronny gość stał już w zamkniętym mieszkaniu. W ogóle Jaskier zaczął szczekać dopiero po jej śmierci. W zamian za te niedostatki, dawał jej doskonałe alibi na coraz to liczniejsze kradzieże, o czym było powyżej. Prócz tego, świadczyli sobie wzajemnie usługi higieniczne- wylizywali się nawzajem tam, gdzie to drugie nie sięgało, dokonując zabiegów toaletowych każdego dnia po porannej przechadzce. no i oczywiście ciąg dalszy nastąpi ....