Jump to content
Dogomania

BeataG

Members
  • Posts

    2330
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by BeataG

  1. Zgadzam się z Marcino1978. Nawet gdyby Rybka w ogóle nie miała żadnej suki, to takie zainteresowanie jest jak najbardziej usprawiedliwione i dobrze o niej świadczy. Zawsze kiedyś w przyszłości takie informacje mogą się przydać, jak nie przy tej suce, to przy innej, jak nie samej Rybce, to komuś z jej rodziny czy znajomych. Ja sama też jestem bardzo zainteresowana tym tematem, choć na dzień dzisiejszy mam tylko samca, który jest kundlem - od razu mówię, że wykastrowanym, żeby nie było głupich posądzeń. W przyszłym roku będę mieć szczeniaka - owczarka belgijskiego tervuerena, ale jeszcze nie wiem, czy to będzie suka czy pies (to zależy od losu i od hodowczyni, na której wybór się całkowicie zdaję). A jednak temat ciąży i porodu też mnie bardzo interesuje. Więc zamiast wieszać psy na Rybce i prorokować, czy suka będzie wybitna, czy nie, bądźcie uprzejmi podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniami, a ja też chętnie skorzystam. :wink: :lol:
  2. Hurrraaa! Terwiki górą! 8)
  3. Niestety masz rację, Flaire. Bronia chyba należy do osób, które mają skłonności do uogólniania i wyolbrzymiania problemu. To stwierdzenie jest oczywiście przesadne. Podobnie jak przesadne są stwierdzenia właścicieli psów typu "on się zawsze rzuca na wszystkie psy", po czym okazuje się, że wcale nie na wszystkie i wcale nie zawsze. Również to miałam na myśli, mówiąc o nastawieniu właściciela do problemu. Bo prawidłowe zidentyfikowanie problemu jest połową sukcesu w jego rozwiązaniu.
  4. Flaire, być może to był skrót myślowy - tzn. sunia nie boi się samego budynku (bo tam jest też sklepik), tylko wejścia do gabinetu. A może jest tak, że gdy Bronia idzie z nią do sklepiku, to jest "na luzie", a gdy do weta, to jest spięta i zdenerwowana - a pies takie rzeczy przecież wyczuwa. Zdaję sobie sprawę, że bardzo trudno jest "wyłączyć" własne nerwy i niepokój. Ja na szczęście mam taką cechę, że gdy dzieje się coś złego, to najpierw działam, a "rozklejam się" dopiero potem, gdy już wszystko, co trzeba, zostało zrobione. Ale na pewno pomocne będzie znalezienie weta, do którego Bronia będzie mieć zaufanie. I który potrafi zdobyć również sympatię i zaufanie suni.
  5. Na pewno się nauczy, musisz tylko być konsekwentna, zawsze ganić gryzienie i zawsze przerywać zabawę, no i nie reagować na zaczepki. :) Dokładnie tak. I możesz dodać do tego komendę, np. "siusiaj", "rób" itp. - wtedy jak zaczniesz z nią wychodzić na dwór, będziesz mogła również decydować o tym, gdzie sunia ma się załatwiać.
  6. Pisałaś, że robisz pierwszą część - objawy dezaprobaty. A kluczowa jest tu część druga - natychmiastowe przerwanie zabawy. Bo jeśli krzyczysz z bólu, ale dalej się z nią bawisz, to właśnie nagradzasz ją za gryzienie.
  7. Dezaprobata (fe, nie wolno, okrzyk bólu itp.) plus natychmiastowe przerwanie zabawy. W końcu się oduczy.
  8. Broniu, tu problemem może być niestety Twoje nastawienie - wiesz, że sunia będzie się stresować, więc jesteś zdenerwowana, ona to Twoje zdenerwowanie wyczuwa, więc się stresuje i powstaje błędne koło. I to Ty musisz to błędne koło przerwać. Przede wszystkim - maksimum pozytywnych skojarzeń, nie tylko z samą lecznicą, ale i z lekarzami. Tzn. idziesz do lekarza nie tylko wtedy, gdy coś suni dolega, ale również towarzysko. Ja z Emilem bywam w lecznicy 2-3 razy w tygodniu i dla niego pójście do weta jest nagrodą, wręcz mnie tam ciągnie, gdy tylko znajdziemy się w pobliżu, a lekarze to dla mojego psa ukochane "ciocie" i "wujkowie". Zawsze jest porcja mizianka, zawsze smakołyki (dzisiaj np. wyżarł pani doktor 2 próbki karmy, a trzecią dostał na drogę - a byliśmy tylko towarzysko). A uwierz mi, że Emil trochę przykrości u weta musiał przejść, bo miał parę chorób i ran, było szycie ucha i operacja itp. Ale ja dbałam o to, by tych pozytywnych skojarzeń było więcej. Jeśli psu coś dolega i np. trzeba z nim chodzić na zastrzyki co drugi dzień, to ja chodzę codziennie - jednego dnia jest zastrzyk, mizianko i smakołyki, drugiego dnia tylko mizianko i smakołyki. Gdy kupuję psu np. frontline czy tabletki na odrobaczenie, idę tam z nim - żadna krzywda mu się przecież nie dzieje, wręcz przeciwnie - zawsze coś dobrego wyprosi. Gdy chcę tylko o coś lekarza zapytać, idę z psem - dokładnie na tej samej zasadzie. I najważniejsze - mam zaufanie do tych wetów. Gdy psu coś dolega, nie boję się, że coś spartaczą, że przysporzą mu cierpień, czyli idąc z nim do weta nie jestem kłębkiem nerwów. Jestem spokojna, bo wiem, że Emil jest w dobrych rękach, że tam ulżą jego cierpieniom i psa na pewno to moje opanowanie uspokaja. Tak było od samego początku. Emil na początku - jak każdy pies - bał się weta, może miał przykre doświadczenia (gdy go przygarnęłam miał ok. 1,5 roku). Ale ja go nigdy nie pocieszałam, nie mówiłam tego klasycznego "nie bój się", które wyrządza dużo szkody, bo tylko utwierdza psa w przekonaniu, że grozi mu coś złego. Moje opanowanie, zaufanie do lekarzy i z drugiej strony ich kompetencja i serdeczność zaowocowały tym, że Emil uwielbia chodzić do lecznicy i ze stoickim spokojem znosi wszelkie zabiegi, a przy tym jest ulubionym pacjentem. Więc postaraj się przede wszystkim pracować nad swoim nastawieniem do problemu, a jeśli Twojego weta nie stać na takie zachowanie w stosunku do psa, jak opisałam wyżej, to lepiej znajdź innego. Aha - i oczywiście w sytuacji, gdy sunia już tak bardzo boi się weta, trzeba zacząć od odczulania, tak jak proponuje Flaire. A potem dbać o to, by pozytywnych skojarzeń z wetem było znacznie więcej niż negatywnych.
  9. Lisi, wejdź na forum Tęczowy Most. :(
  10. Dlatego, że moim zdaniem rywalizacja jest potrzebna ogólnie, do rozwoju agility jako sportu, bo na razie ten sport jest u nas jeszcze w powijakach. I nie zmienia mojego zdania fakt, że wśród trenujących ten sport są takie osoby jak Ty, którym na rywalizacji nie zależy w ogóle, czy takie jak ja, które rywalizację traktują jako rzecz drugorzędną. Tak jak napisała wyżej Elka - nikt nie zmusza Ciebie ani mnie do udziału w zawodach, również nikt nam nie zabroni trenować, gdy w zawodach nie będziemy brać udziału. Ja wybieram trenowanie z udziałem w zawodach, Ty wolisz trenować i w zawodach nie uczestniczyć. I masz do tego prawo. Ale zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego nie odpowiada Ci trenowanie wśród osób, które chcą brać udział w zawodach. Czy chęć rywalizacji (zdrowej oczywiście) jest jakąś skazą charakteru? Przecież u niektórych osób to jest wręcz odruch. Czy nie spotkałaś się z takimi sytuacjami, gdy np. kilkanaście osób pływa sobie w jeziorze, a 2-3 z nich nagle postanawiają się ścigać? Albo grupa ludzi gra w siatkówkę plażową i w pewnym momencie ktoś proponuje "rozegrajmy mecz"? Czy to jakaś zbrodnia? Jeśli chodzi o regulamin uzyskiwania w agility kolejnych stopni, to faktycznie mógłby być on lepszy - np. powinien uzależniać przejście do następnej kategorii wyłącznie od liczby czystych przebiegów w poprzedniej, a nie również od lokat na zawodach. I dlatego napisałam, że to inna bajka. Ale nie neguję przez to potrzeby samych zawodów.
  11. Flaire, nie tylko "początkowo" broniłam rywalizacji - bronię jej nadal. Uważam, że rywalizacja jest potrzebna, choć dla mnie osobiście, jak słusznie wychwyciłaś, odgrywa ona rolę drugorzędną. Ale drugorzędną - to nie znaczy żadną. A co do cytowanej przez Ciebie wypowiedzi Magdy i Sagi - moim zdaniem u nas agility dopiero zaczyna się rozwijać i do sportu wyczynowego nam daleko. My właśnie na razie mamy (i to ciągle jeszcze w niewielkich ilościach) prawie wyłącznie imprezy klubowe, "piknikowe", nieoficjalne. Bo jaki to sport wyczynowy, skoro trenuje się raz czy 2 razy w tygodniu, jeśli zawody odbywają się kilka razy w roku itp. A ja wiem, o czym mówię, bo - jak pisałam wcześniej - w dzieciństwie trenowałam wyczynowo pływanie - 2 razy dziennie po godzinie 6 dni w tygodniu (w niedzielę zawsze były jakieś zawody, co najmniej klubowe), a starsi trenowali jeszcze więcej. Więc u nas naprawdę jeszcze nie ma czego rozdzielać, bo u nas na razie ten sport jest wyłącznie rekreacyjny.
  12. Wiesz, Flaire, to mnie wychodzi z tego, że Ty tak naprawdę "buntujesz się" nie przeciwko samym zawodom (bo jak rozumiem w USA te próby też nie odbywają się w próżni i zawsze jakieś psy wypadają lepiej, a jakieś gorzej), tylko przeciwko obowiązującemu w Polsce regulaminowi uzyskiwania poszczególnych "stopni wtajemniczenia" w agility. A to już przecież zupełnie inna bajka...
  13. Flaire, no to faktycznie mówimy zupełnie różnymi językami. Bo dla mnie zawody, to nie tylko, a nawet nie przede wszystkim rywalizacja o lokaty. Dla mnie to okazja do tego, żeby spotkać ludzi i psy z innych klubów, a nawet z tego samego klubu, ale trenujących w innych dniach czy godzinach. To okazja, żeby popatrzeć, jak pracują z psami, żeby może się czegoś od nich nauczyć, żeby również wychwycić ich błędy i np. uświadomić sobie, że ja popełniam te same (bo własnych błędów w trakcie biegu często się nie dostrzega). To również okazja do spotkań towarzyskich z ludźmi myślącymi podobnie jak ja, do porozmawiania z nimi o naszej wspólnej pasji, czyli o psach, nawet niekoniecznie tylko o naszych własnych, ale także bardziej generalnie. Okazja do tego, żeby nasze psy gdzieś tam w przerwie, czy po zakończeniu zawodów pobawiły się razem itp. Bo wiesz, Flaire, zarówno ja, jak i mój pies jesteśmy zwierzętami towarzyskimi, a na co dzień nie ma zbyt wielu okazji do takich większych spotkań. Dlatego np. byłam z psem na zlocie belgomaniaków i będę na kolejnych, dlatego nie mogę się już doczekać, kiedy będę mogła uczestniczyć w zawodach z psem, bo na razie bywałam tylko jako widz i bez psa.
  14. Flaire, ani Twój pies, ani mój pies, ani żaden inny pies nie ma świadomości wygranej czy przegranej w agility, bo mieć jej nie może. Nie może więc tym samym mieć potrzeby wygrywania. To tylko nasze ludzkie pojęcie. Mówiąc o potrzebach psa miałam na myśli potrzebę pracy i potrzebę ruchu, która jest różna u różnych ras, ale u wszystkich w jakimś stopniu występuje. Nie jesteśmy w stanie (w większości) zapewnić naszym psom pracy, do jakiej zostały stworzone, ale możemy zapewnić im jakąś tego namiastkę - im lepszą, tym lepiej. Ja np. specjalnie zmieniłam pory spacerów Emila, żeby mógł spotykać się z taką jedną suczką, która dorównuje mu szybkością - psiaki galopują codziennie kilka kilometrów po parku i aż przyjemnie patrzeć na ich roześmiane pysie. Sama takiej porcji biegania nie byłabym mu w stanie zapewnić. Jeśli pies ma (albo zgodnie z wzorcem rasy powinien mieć) żywy temperament, jeśli jest (albo powinien być) zwinny, skoczny, to należy mu stworzyć warunki do rozwijania tych cech - agility świetnie się do tego nadaje. A bardziej sportowe niż rekreacyjne podejście po prostu stwarza te warunki częściej i lepiej. Poza tym na treningach i zawodach agility pies uczy się również wielu pożytecznych umiejętności - np. cierpliwości i opanowania. Bo na etapie zawodów na nagrodę musi poczekać, aż przebiegnie cały tor, bo musi nauczyć się tolerować to, że w danym momencie nie on, tylko inny pies biega po torze i pokonuje "jego" przeszkody. My mamy nasze ludzkie ograniczenia (wiekowe, sprawnościowe), psy mają swoje psie ograniczenia. To dlatego jeden pies może biegać w 3 różnych kategoriach z 3 różnymi przewodnikami, a jeden przewodnik może również biegać z kikoma różnymi psami - w tej samej kategorii, jeśli psy są na tym samym stopniu zaawansowania, a w różnych kategoriach, jeśli ich poziom zaawansowania się różni. Do przechodzenia na różne poziomy zaawansowania - zarówno w przypadku przewodników, jak i w przypadku psów - rywalizacja bardzo się przydaje. Być może ja z racji wieku nigdy nie wyjdę z psami z kategorii A0 czy A1, ale to nie znaczy, że mam w ogóle rezygnować z rywalizacji. Lubię robić dobrze to, co robię, ale nie jestem perfekcjonistką, w każdym razie nie w tej dziedzinie. Perfekcjonizm bardzo utrudnia życie. Uważam, że treningi uwieńczone zawodami, czyli formą sprawdzenia siebie i psa, pozwolą mi lepiej zaspokoić potrzeby ruchowe moich psów, choć i tak pewnie nie zaspokoją ich w pełni.
  15. Flaire, a czy ja gdziekolwiek napisałam, że ja albo mój pies mamy potrzebę wygrywania? Nie, wręcz przeciwnie, ja napisałam, że ktoś musi przegrać, żeby kto inny mógł wygrać. I na tym przede wszystkim polega prawdziwy sport - na zdrowej rywalizacji i umiejętności przegrywania. Wygrywać to nie sztuka, sztuką jest umieć przegrywać. Ale żeby się tego nauczyć, niezbędny jest jeden warunek - trzeba startować w zawodach. :lol:
  16. Szkoda tylko, że przy tym wszystkim bierzesz pod uwagę tylko własne upodobania (lub ich brak), a nie bierzesz pod uwagę potrzeb psa. No, chyba że ma się psa z grupy IX (broń Boże nie zamierzam tu obrażać piesków ozdobnych i ich właścicieli, ale te psy mają po prostu zupełnie inne potrzeby).
  17. Flaire, można podnosić swój poziom rywalizując z samym sobą, ale znacznie łatwiej jest to robić, gdy rywalizuje się z innymi. I nic nie stoi na przeszkodzie, żeby uprawiać jakikolwiek sport rekreacyjnie w towarzystwie mistrzów. Dodam tutaj, bo nie wszyscy z tego wątku mnie znają, że ja z Emilem niedawno zaczęłam przygodę z agility (kończymy wkrótce kurs dla początkujących w klubie FORT). Ja swoje lata mam, mój pies jest szybki, ale na treningach agility jest we mnie tak wpatrzony, że nie wybiega przede mnie i ja się już zastanawiam, co by tu zrobić, żeby biegać szybciej. :lol: I nie robię tego ani dla siebie, ani dla wyczynów na zawodach, robię to po prostu dla psa. I to samo będę robić z drugim psem, którego wkrótce będę miała - z belgiem. Nie kupuję belga dlatego, żeby osiągać sukcesy w agility, tylko dlatego, że ta rasa odpowiada mi charakterem, wrażliwością inteligencją itp. A agility będę z nim ćwiczyć, bo uważam, że tak jak Emilowi będzie mu to potrzebne. Jak nie wydolę z tempem, to na pewno znajdzie się ktoś chętny, żeby z moimi psami biegać - zapaleńców na szczęście nie brakuje. Byłam na ostatnim IALu, żeby zobaczyć, ile nam jeszcze z Emilem brakuje do startu w A0. Absolutnie się nie łudzę, że będę w tym sporcie osiągać jakieś oszałamiające sukcesy. Ale w zawodach startować będę, bo ktoś musi przegrać, żeby kto inny mógł wygrać. Takie podejście miałam, gdy (również bez oszałamiających sukcesów) trenowałam w dzieciństwie wyczynowo pływanie i takie podejście mam teraz - gdy rekreacyjnie i dla dobra psa (a w przyszłości 2 psów) trenuję agility.
  18. :cry: Bardzo, bardzo Ci współczuję! Też śledziłam wszystkie Twoje wątki o chorobie Atosa i trzymałam kciuki. Przykro mi, że nie pomogło.
  19. Dlatego, że nie ma obowiązku obniżania ceny w związku ze zniesieniem cła - to tylko dobra wola wola importera i widocznie importer Royala takiej dobrej woli nie ma. Importerzy, którzy nie obniżyli cen importowanych produktów w związku ze zniesieniem cła, po prostu teraz więcej na tych produktach zarabiają.
  20. Jasne, że trzymamy! Składaj relacje na bieżąco - oby pozytywne!
  21. No to OK, bo już się przestraszyłam, że przez te 2 miesiące choroby pies nie miał czyszczonych uszu. Co do leków się nie wypowiadam, bo nie jestem wetem, ale zapewne różnymi lekami można te uszy leczyć - tak jak u ludzi - nie każdy dostaje to samo lekarstwo na tę samą chorobę, więc nie przejmuj się, że Twój pies dostaje co innego niż mój. Ta moja maść też jest taka bardziej płynna - wpuszczam kropelkę takim miękkim zakraplaczem i rozmasowuję, mój pies na szczęście to wpuszczanie znosi ze stoickim spokojem, a masowanie wręcz uwielbia, sądząc po błogim wyrazie pyszczka. :D Niestety niektóre psy tak mają, że nie pozwalają na żadne zabiegi pielęgnacyjno-lecznicze. A u Ciebie jeszcze dokłada się to, że psa te uszy zapewne bolą albo swędzą. Może coś się w tym względzie poprawi, jak psa wyleczysz, ale zbytnio bym na to nie liczyła. A niestety u podhalana, jak u wszystkich psów ze zwisającymi uszami, trzeba te uszy czyścić dość często, żeby się takie choroby nie powtarzały. Ale teraz najważniejsze jest wyleczenie, czyli musisz jakoś mu te krople zakrapiać - choćbyś miała 2 razy dziennie jeździć do weta. Wiem, że to kosztuje, ale jeśli sama nie dajesz rady, to nie ma innego wyjścia. Bo 2 miesiące to naprawdę za długo, więc pewnie niewiele tych kropli trafia tam, gdzie powinny. :(
  22. Camara, co znaczy wtedy? W trakcie leczenia trzeba czyścić! Emil ma aktualnie zapalenie uszu (tzn. teraz już tylko jednego, bo drugie wyleczyliśmy), wprawdzie grzybicze (po paru seriach antybiotyków, które brał w ostatnich miesiącach), a nie bakteryjne, ale czyścić trzeba na bieżąco. Na początku czyściłam co 3 dni, teraz dostałam nowy płyn do czyszczenia i to lewe ucho, które jeszcze nie jest do końca wyleczone, mam czyścić codziennie. A leczę go wspomnianą tu już maścią Oridermyl (2 razy dziennie wpuszcza się do ucha kropelkę i rozmasowuje), która jest zarówno na zapalenie bakteryjne, jak i grzybicze (bo ma w składzie neomycynę i nystatynę). Prawe ucho było w porządku już po tygodniu, z lewym mam przyjść do kontoli za 6 dni (czyli po 2 tygodniach leczenia). Ale widzę, że już jest zdecydowanie lepiej, a na początku miał w tym lewym uchu totalne bagno. I to bagno samo nie znika, trzeba je wyczyścić.
  23. Camara, nawet jeśli da się leczyć samymi zastrzykami (w co wątpię), to nie rozwiązuje problemu, bo te uszy przy zapaleniu trzeba też czyścić. Więc chyba jesteś skazana na gehennę. :(
  24. Dzięki Mokka! Jednak widziałam kiedyś to bydlę, ale nie na Emilu, tylko na mojej własnej ręce - zdążylam strzepnąć, zanim się wbił. Nawet nie wiedziałam, że to kleszcz. :D Emila po powrocie ze zlotu obejrzałam bardzo dokładnie (oglądam zresztą po każdym spacerze), ale na szczęście nic nie znalazłam. Emil wprawdzie po zlocie był deczko zmęczony, ale wczoraj pod moją nieobecność wciął 4 olbrzymie biszkoptowe ciastka z owocami, więc raczej nic mu nie dolega. :lol:
  25. Mam prośbę! Czy ktoś mógłby mi podesłać na maila jakieś zdjęcie, jak wygląda taki kleszcz na psie? Bo ja na razie u Emila żadnego nie widziałam ( i obym nie zobaczyła), więc nawet nie wiem, czego szukać.
×
×
  • Create New...