Ale zrozumcie. Ja mam uczynić kogoś członkiem mojej rodziny. Muszę więc przekonać do niego nie tylko siebie, ale i pozostałych członków rodziny (wciąż niestety mieszkam z rodzicami; "naczelna" odpowiedzialnosć za psa spoczywać będzie na mnie). A oni - inaczej niz ja - boją się psa "najbiedniejszego z biednych" - bo to oznacza, "kłopoty" (a psa jak adoptujemy, to nie po to by się go po x czasie pozbywać). Do tego dochodzą argumenty: "po co ci pies z konina, po co ci pies z łodzi. i we własnym mieście tyle masz cierpiących czworonogów... jakie masz prawo do oceny psiego nieszczęscia... wyboru tego bardziej zasługującego na pomoc..." , na które nie mam przekonujacej odpowiedzi.
Na ten moment stanęło na tym, że albo bierzemy psa ze azylu w rudzie śląskiej, albo bierzemy porzuconą i prawie zagłodzoną azę, której dopiero grozi schronisko. Jestem za azą (bo od samego początku, spotykały ją tylko same nieszczęścia; teraz jest w miejscu przyjaznym, ale tymczasowym, no i entuzjastycznie podchodzi do niej moja matka - "najtrudniejszy orzech do zgryzienia") choć jeszcze jej nawet nie widziałam. Tak jak i byłam za frędzelkiem, kokolino, amidą i mambusią. Decyzja niestety nie tylko do mnie należy.
Tak czy siak, jestem wam wdzięczna za pomoc jakiej tym psiakom udzielacie, za wasze zaangażowanie, tym bardziej że sama się na podobne zdobyć nie potrafię.
pozdrawiam