-
Posts
1538 -
Joined
-
Last visited
-
Days Won
1
Everything posted by Czekunia
-
Ogonku mój kochany, nie było mnie u Ciebie od piątku - miałam pierwszy zjazd, ale i tak cały czas serduszkiem byłam i jestem przy Tobie... Pamiętam, jak broniłam licencjat i wiedziałam już, że będę robić mgra, wyobrażałam sobie, jak to będzie zostawiać Cię na weekendy, przecież jak tylko kogoś z domowników nie było dłużej niż jeden dzień, leżałeś cały czas w przedpokoju i czekałeś, aż wróci... Myśl o tej rozłące była nie do zniesienia, ale z drugiej strony cieszyłam się, że będę wracać zmęczona po całym weekendzie zajęć, a Ty będziesz mnie witał radośnie... Nie doczekałeś tego...:-( Weszłam do domu, ale nikt nie czekał przy drzwiach, żeby radośnie zaszczekać... Tęsknię za Tobą:placz::placz:
-
Jak to jest Skarbie... Jednej nocy śnisz mi się zdrowy, młody pełen energii, a już w następnym śnie znów jesteś chory i nie możesz chodzić:-(... W co mam wierzyć, najdroższy? W to, że jest Ci dobrze za Tęczowym Mostem, czy w to, że tęsknisz tak samo jak ja i nie możesz się tam odnaleźć... Wiem, że powinnam dać Ci odejść, pozwolić żyć w spokoju tam, z innymi zwierzakami, ale jeszcze nie umiem... [*] Zabrałeś ze sobą moje serduszko...:placz:
-
Pudelek-DAFFI-tak bardzo mi Ciebie brakuje
Czekunia replied to Duffi's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Duffi... Piękne słowa... [FONT=Comic Sans MS].....Wszystko co jest dla nas najcenniejsze - nosimy zawsze w swoich sercach.....[/FONT] Trzymaj się mocno Kochana... Jestem z Tobą... A Twój Dafulek na pewno już zakumplował się z moim Ogonkiem... Daficzku, zaopiekuj się Axelkiem, On jest tam nowy... Biegajcie razem szczęśliwe -
:-( To jest właśnie to... My, takie "stare dupy", które powinny myśleć racjonalnie, mają nadzieję, że ich psy są wieczne. I ja też tak myślałam... Myślałam, że mój Axeluś będzie żył wiecznie, a jeśli nie wiecznie, to chociaż dożyje późnej starości, przeżyje choć jeszcze raz tyle, co żył... Ale rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała moje myślenie... Dziękuję Wam, dziewczyny... Tutaj jest mi o wiele łatwiej. Wchodzę na dogo, czytam setki wątków, tych radosnych i tych mniej, ale mam świadomość, że są tysiące osób odczuwających to samo, co ja... Miłość do swoich zwierząt, tych żyjących i tych biegających za TM. W moim otoczeniu takich ludzi możnaby policzyć na palcach jednej ręki, a i to z wielkim trudem... Poprostu większość nie rozumie, jak można tak tęsknić i płakać za psem... "To tylko pies", mówią... Mam nadzieję, że jesteś zdrowy i szczęśliwy, Kochanie:-(:-(
-
Już miesiąc, jak Cię nie ma:placz::placz: ... A ja cały czas mam nadzieję, że jednak gdzieś jesteś i zaraz przybiegniesz... Wchodzę do domu i szukam Cię wzrokiem, czekam aż przyjdziesz i przywitasz mnie... W nocy idę do kuchni i delikatnie stąpam nogami, żeby tylko Cię nie nadepnąć... Podkulam nogi, żebyś mógł wyciągnąć swoje ciałko, a Ciebie nie ma... Po co mi takie duże wyrko, jak nie ma z kim go dzielić... Boże, jaka straszna pustka...:-( [*]... Kocham...
-
Mój Faflunek miał prawie 13 lat i żadnych oznak starości, poza brakami w uzębieniu. Zachowywał się, jak młody piesio, słuch i wzrok dobry, nie miał problemów z załatwianiem potrzeb fizjologicznych, tylko czasami więcej czasu zajmowało mu rozbudzenie się, mimo upływu lat nasze spacery były tak samo długie i zawsze przynosiły mu tyle radości... A może miałam tylko takie wrażenie? Może, tak jak jest napisane w tym artykule, on poprostu nie pokazywał, że starość daje o sobie znać? Sama nie wiem... Ten artykuł zrodził we mnie jeszcze więcej pytań i wątpliwości... Czasami nachodziły mnie myśli, że kiedyś będziemy musieli sie pożegnać, ale bardzo szybko je odpędzałam i tak żyliśmy sobie spokojnie aż do tamtego dnia... Przecież Ax byłby zdrowy, gdyby nie ten wypadek... On tak bardzo chciał wstać... Może powinnam dać mu więcej czasu, może odzyskałby siły a nogi byłyby na tyle sprawne, żeby mógł choć powoli dreptać... Nigdy nie pozbędę się wątpliwości, czy dobrze zrobiłam, pozwalając mu odejść... Kochanie wybacz mi...:placz::placz:
-
"...Ktoś powiedział, że dopiero, gdy udomowiliśmy psy, staliśmy się ludźmi. Psy nauczyły nas, czym jest bezwzględna wierność, dozgonna miłość i prawdziwa radość życia. Psy są ucieleśnieniem emocji - psi ogon, długi czy krótki, nie posiada się ze szczęścia, gdy wracamy z pracy; psie uszy, te beznadziejnie oklapnięte i te sterczące dziarsko, denerwują się straszliwie, gdy coś burzy ustalony porządek, a oczy... Oczyma spoglądają na nas wszystkie psie marzenia, nadzieje i obawy. Psy żyją tu i teraz. Spacer z czworonogiem, wspólna zabawa, pieszczoty, a nawet wspólne oglądanie ulubionego programu w telewizji uczą nas całkowicie zanurzać się w teraźniejszości. Psy akceptują nas takimi, jakimi jesteśmy. Każdy pies uważa swojego człowieka za najdoskonalszą istotę na świecie. Obyśmy nigdy nie zaprzestali dążyć do ideału, jakim jesteśmy w oczach naszego psa..." I jeszcze to... Chyba gdzieś już to jest na dogo... Ale piękniejszego tekstu nie czytałam dawno... Kiedy zwierzę umiera, udaje się w to specjalne miejsce, które dla nas pozostających tutaj jest niedostępne. Są tam łąki i wzgórza dla wszystkich naszych Wyjątkowych Przyjacioł, więc mogą razem bawić się i biegać. Jest mnóstwo jedzenia, wody i słońca - nasi przyjaciele żyja w cieple i dostatku. Wszystkim zwierzętom, które były chore i stare zostaje przywrócone zdrowie i wigor; ranne i okaleczone zostają uzdrowione i są znowu silne, dokładnie takie jak zostały w naszych wspomnieniach i w snach z dni minionych. Są tam szcześliwe i zadowolone, z wyjątkiem jednej małej rzeczy: każde z nich tęskini za kimś wyjątkowym, za kimś kto pozostał. Razem bawią się i biegają, ale przychodzi taki dzień, kiedy jedno z nich nagle zatrzymuje się i spogląda w dal. Jego błyszczące oczy patrzą uważnie; jego ciało zaczyna drżeć. Raptam oddziela się od innych, leci przez zieloną trawę, szybciej i szybciej... Poznał Cię! I kiedy Ty i Twoj Przyjaciel wreszcie się spotkaliście, przytulacie się do siebie w radości ponownego połączenia - nigdy nie będziecie rozdzieleni. Deszcz szczęśliwych pocałunków na Twojej twarzy, rece tulą ukochaną głowę, znów patrzysz w te ufne oczy, które tak dawno odeszły z Twojego życia, ale na zawsze pozostały w Twoim sercu... Razem przechodzicie przez Tęczowy Most...:placz::placz::placz::placz: Czas wcale nie leczy ran... Wręcz przeciwnie, z dnia na dzień są one coraz większe, a tęsknota coraz silniejsza... Całe moje życie powoli zamienia się w okropny sen, z którego chciałabym się obudzić... Chciałabym jak najszybciej znów móc Cię przytulić, mój Przyjacielu... Bezsilność... Mam ochotę zwinąć się w kulkę i wyć z bólu... Może wtedy usłyszysz i przyjdziesz do mnie...:placz::placz::placz::placz:
-
Ciężki dzień białasku... Wspomnienia wracają jak bumerang... Dzisiaj w pracy dopadło mnie kolejne... Pamiętam, jak pierwszy raz Cię zobaczyłam, siedziałeś w koszyczku ze swoimi braćmi i siostrami... To była miłość od pierwszego wejrzenia... Jeden jedyny z całego miotu miałeś różowiutki nosek, przepychałeś się bardzo wśród tych wszystkich szczeniorków, wchodziłeś im na głowę, żeby tylko wydostać się z koszyka... Tak to wtedy wyglądało... Myślałam, że to ja dokonałam wyboru, ale teraz już wiem - to Ty wybrałeś mnie na swoją panią, przyjaciółkę i towarzysza wielogodzinnych wypraw... A teraz nie ma tego, co tak bardzo kochałam, za dużo czasu wolnego, który do tej pory wypełniany był na spacerkach... KOCHAM!!
-
Psoniu kochana... Odwiedź swoją Panią we śnie, przyjdź do niej, pomachaj ogonkiem i pokaż, że jest Ci dobrze tam, gdzie jesteś... Ona tak mocno tego pragnie... Bądź szczęśliwa za Tęczowym Mostem i zaopiekuj się moimi łapeczkami, pokaż Mu wszystko, bo jest tam nowy i może czuje się zagubiony... Powiedz mu, że kocham Go z całych sił i tęsknię strasznie... Zresztą nie tylko ja... Szajbusku! Bądź dzielna, jestem przy Tobie myślami i duszą!
-
[*] Pamiętam... Bez ciebie jestem smutkiem szarym cieniem na ścianie łzą na policzku płaczem Bez Ciebie milknie śmiech słowa tracą swój sens sekundy się wloką ogromnieją Bez Ciebie tracę siły samotność krąży we krwi tęsknota jak powietrze jest wszędzie Bez Ciebie uciekam wciąż radość zamknęła drzwi złe myśli ranią mnie zabijają Bez Ciebie jestem pustką nadzieja we mnie drży rozum zapomniał się zasnął...
-
Pyszczku mój... To już prawie 3 tygodnie bez Ciebie. Jak dla mnie wieczność... Nie wiem czy kiedyś znajdę siły, żeby się pozbierać. Wszyscy mi mówią, że jestem nieobecna, ale to dlatego, że duszą jestem przy Tobie... Nic mnie nie cieszy, nic nie przynosi radości, nie ma po co wstawać z łóżka, wszystko jest poprostu zwyczajnie mi obojętne... Mam dalej żyć, ale jak to zrobić, kiedy nie ma ani sił, ani tym bardziej chęci... Byłeś całym moim światem... Wiesz, kolega ma suczkę labradora... Ona tak bardzo się do mnie klei... Nie wiem, czy wyczuwa, że mi smutno, ale lgnie do mnie, gramoli się na fotel, na którym siedzę, żeby tylko troszkę móc mnie pomęczyć i poprzytulać się... Z jednej strony jest taka kochana, pociesza mnie, ale serce mi pęka, że nie mogę tak przytulić Ciebie... Śpij dobrze. Pani kocha Cię całym swoim sercem!
-
Pamiętasz, jak bardzo lubiłeś jeździć z nami na grzyby, mogłeś wtedy wybiegać się do woli z nosem przy ziemi w poszukiwaniu znanych tylko Tobie zapachów... Dzisiaj byliśmy z Młodym na grzybach... Jak tylko wjechaliśmy do lasu, spojrzeliśmy na siebie, nie mówiąc słowa, i każde z nas wiedziało, o co chodzi... To już nie to samo, Ciebie przy nas nie było, nikt nie kręcił się na tylnym siedzeniu samochodu w oczekiwaniu na to, żeby wreszcie otworzyć drzwi... Błąkałam się po lesie, niby w poszukiwaniu grzybów, ale tak naprawdę wzrokiem szukałam Ciebie, nadstawiałam uszu w oczekiwaniu, że usłyszę, jak przebijasz się przez te wszystkie haszcze... Nie przybiegłeś, Piesku... Gdzie jesteś... Tak bardzo Cię kocham!!
-
Ludwa, bardzo mi przykro... Wiem jak się czujesz, bo też straciłaś wieloletniego przyjaciela... Ale Ty dla swojego psiuta też zrobiłaś wszystko! Przecież nie uśpiłaś go jak tylko pojawiły sie pierwsze oznaki agresji, na pewno radziłaś się weterynarzy czy behawiorystów! Tak jak mówi Ma_ruda, wiele innych osób poprostu oddałoby takiego zwierzaka od razu do schronu, albo, co gorsze, wyrzuciliby go! Nie obwiniaj się! Przeżyliście razem 14 pięknych lat! A jeśli chodzi o mnie.. to mam poczucie winy, mam wątpliwości, czy zrobiłam dobrze, bo może mój Ax miałby dość siły żeby pokonać jeszcze tą jedną chorobę... Może... Ale teraz mogę już tylko gdybać... Wątpliwości pozostaną jeszcze długo, może nawet na zawsze... A Ty, piesku, jesteś ze mną w każdej chwili, w każdym momencie dnia... Cały czas o Tobie myślę... Wspominam... Narazie częściej przychodzą do mnie te gorsze chwile, w których chorowałeś, ale mam nadzieję, że już niedługo będą tylko te dobre wspomnienia... Śniłeś mi się znowu, zresztą jak w każdą prawie noc, ale dzisiaj biegałeś o własnych siłach i byłeś taki radosny... Pamiętasz, jak lubiliśmy razem pływać nad jeziorem w Powidzu. Ja wchodziłam pierwsza, Ty za mną i tak sobie pływaliśmy jeden obok drugiego... Dzisiaj szłam do pracy na popołudnie... obudziłam się wcześnie, przecież zawsze czekałeś na upragniony spacer... Tym razem nie było z kim iść... Z łóżka zwlokłam się dopiero po 11, bo i po co wcześniej... Jutro minie 2 tygodnie, odkąd Ciebie tu nie ma... Nie wiem czy to dużo czy mało... Wiem jedno, już nic nie będzie tak samo... Wszyscy za Tobą tęsknią, kulko moja kochana...
-
SZAJBUS... Nawet nie wiesz, ile znaczą Twoje słowa... Pamiętam, jak za każdym razem, gdy było mi źle, gdy płakałam z jakiegoś powodu, mój pocieszyciel szybko przybiegał na pomoc, kładł się obok, jakby chciał powiedzieć: "nie bój się niczego... jestem przy Tobie..." a teraz nie mogę zrozumieć, że już Go nie ma... Narazie nie myślę o innym przyjacielu, bo wiem, że miałabym poprostu wyrzuty sumienia, czułabym, że zdradziłam kogoś bardzo mi bliskiego... Wiem, wiem, to głupie, bo w głębi serca gdzieś tam czuję, że nie wytrzymam całego życia bez 4 łapek... Ale to pierwsze odczucie jest narazie we mnie silniejsze...
-
Piesku kochany... Śniłeś mi się kolejną noc... To był jakiś zły sen, bo obudziłam się wystraszona... Tak bardzo chciałabym, żebyś dał mi znak, że jest Ci dobrze tam, gdzie jesteś, że masz z kim biegać, że nic Cię nie boli... Dzisiaj tak bardzo spieszyłam się z pracy, żeby zdążyć z Tobą wyjść... Ale w połowie drogi ocknęłam się , bo przecież nikt już nie czeka na spacer...
-
Ma_ruda... Wiem, że Ty i wiele wiele innych osób na tym forum przeżywa lub przeżywało to samo... Dlatego tu napisałam... Stronę dogomanii znalazłam jakiś rok temu, do tej pory tylko czytałam tutaj wątki, byłam cichym obserwatorem, nie dopuszczając do siebie myśli, że kiedyś też przyjdzie mi podzielić się z Wami moim bólem... Ale właśnie w takich chwilach świadomość, że nie jestem sama, że w obcych ludziach, takich jak Ty, można znaleźć oparcie, daje siły do życia, sprawia, że na sercu robi się cieplej chociaż na chwilę... Historię Twojej Puni też znam, bo czytałam ją wielokrotnie... I może to głupie, ale czuję z Tobą i innymi osobami znajdującymi się w naszym polożeniu większą więź niż z niektórymi moimi znajomymi, którzy nie potrafią zrozumieć, że można tak cierpieć po stracie psa... Może po jakimś czasie też przekonam samą siebie, że zrobiłam wszystko, żeby mój Zbójek był szczęśliwy i żeby nie cierpiał, ale narazie na to za wcześnie, w mojej glowie plączą się różne myśli... A przecież oddałabym mu własne nogi, żeby tylko został ze mną... Kochanie moje... Byliśmy na działce... Jak tylko podeszłam do Ciebie, po policzkach popłynęły mi łzy wielkie jak grochy... Miałam ochotę rzucić się na ziemię, żeby tylko być bliżej Ciebie... Serce chciało mi pęknąć z żalu... Mama zasadziła Ci 9 pięknych wrzosików... Sadziłyśmy też tulipanki... Pamiętam, jak zawsze grzebałeś łapką, jakbyś chciał pomóc albo kładłeś się mamie tuż przed nosem i musiała Cię przeganiać... A tym razem nikt już nie przeszkadzał... A przed chwilą.. Weszłam do swojego pokoju i nim zdążyłam zapalić światło, zamarłam... Znów miałam wrażenie, że leżysz w tym samym miejscu co zawsze... Ale to tylko złudzenie... Nie było Cię... Skarbie mój, czy znów przyjdziesz do mnie w nocy?? Tak bardzo za Tobą tęsknimy...
-
Pamiętam... Był luty 1995 roku... To właśnie tego dnia zawitałeś do naszego domu... Było zimno dlatego tata schował Cię pod kurtkę i wypuścił dopiero w przedpokoju... Pamiętam minę mamy, która nigdy nie była za tym, żebyśmy kupili pieska, ale jak tylko Cię zobaczyła, od razu podbiłeś jej serce... Biegałeś po całym mieszkaniu, jakbyś znał je od dawna... I tak upłyneło nam prawie 13 lat... Razem dorastaliśmy, dzieliliśmy ze sobą te dobre, ale też te gorsze chwile... Pokonywaliśmy długie trasy, bo Ty uwielbiałeś biegać po polach, wtedy budziła się Twoja myśliwska natura, a ja dzięki Tobie też lubiłam te spacery, mogłam wtedy patrzeć, jak wielką frajdę przynosi Ci ganianie po polach i pływanie w rzekach... Te wszystkie wspólnie spędzony chwile dawały mi przekonanie, że będziesz z nami na zawsze... Może i głupio się przyznać, ale miałam nadzieję, że jesteś nieśmiertelny... A teraz zostałam sama... Twoje problemy ze zdrowiem zaczęły się ponad rok temu... Przez kilka miesięcy walczyliśmy z jakimś wirusem, który niedawał Ci spokoju... Jednego dnia byłeś pełen życia, niczym 3letni pies, a już następnego nie miałeś sił, żeby wyjść na spacer... Pamiętam, jak w nocy, kiedy męczyła Cię gorączka, bóle brzucha, przychodziłeś do mnie, kładłeś się obok łóżka i cicho piszczałeś, dając mi znać, że coś Ci doskwiera... Leżeliśmy wtedy całą noc obok siebie, a ja głaskałam Cię po brzuszku... Chociaż na chwilę pomagało... Lekarz nie wiedział, co Ci jest, ale za wszelką cenę starał się pomóc... Najgorsza była wigilia... Nie spaliśmy całą noc, nad ranem dostałeś dużej gorączki mimo podanych leków... Pamiętam, jak mama robiła Ci zimne okłady, żeby tylko dotrwać do rana,a rano od razu pojechaliśmy do naszego weterynarza... dostałeś kolejną porcję leków i środek uspokajający, po którym spałeś aż do popołudnia... Miałeś jakieś dziwne skurcze i ataki, to wtedy właśnie po raz pierwszy pomyślałam, jak to by było... ale bardzo szybko odgoniłam te okrutne myśli... Myśleliśmy, że przeleżysz tak całą wigilię, ale przed godziną 17tą, zanim jeszcze usiedliśmy do kolacji wigilijnej, obudziłeś się, jakbyś nie chciał przegapić tego ważnego momentu... bardzo szybko doszedłeś do siebie i mogliśmy podzielić się z Tobą opłatkiem... To chyba cud, bo po wigilii wirus odpuścił na jakiś czas... Dopiero w lutym nastąpił kolejny atak, z którym jednak poradziliśmy sobie o wiele lepiej... Zwalczyliśmy tego wirusa i wiedzieliśmy, że będziesz z nami długo... Gdyby nie ten motor... Gdyby nie ta niedziela 2 tygodnie temu... Wszystko co się potem wydarzyło, pamiętam jak przez mgłę... Poszliście z rodzicami na spacer tam, gdzie zawsze... nad rzekę... w Twoje ulubione miejsce, bo to tam zawsze uwielbiałeś się kąpać... Piesku kochany, dlaczego wyskoczyłeś z wody akurat w momencie, w którym ten chłopak jechał na motorze... Rodzice usłyszeli tylko Twój pisk a potem widzieli już jak leżysz bezradnie przy krawężniku... Szybko zabrali Cię do weterynarza... Diagnoza: Przerwany rdzeń kręgowy w odcinku piersiowym, paraliż... Jak bardzo wtedy przeklinałam swoje studia... Tak strasznie nie chciałam w tym momencie być fizjoterapeutką... Ale niestety... Wiedziałam, co się z tym wiąże... Tylne łapki bezwładne, brak kontroli nad załatwianiem potrzeb, w przednich łapkach spastyka... Mimo wszystko mieliśmy nadzieję, dostałeś sterydy, leki przeciwbólowe i uspokajające... Przespałeś całą noc, tylko raz na jakiś czas miałeś nagłe skurcze, ataki, jakbyś nieświadomie próbował wstawać... Wtedy nie zmrużyłam oka... Słuchałam każdego Twojego oddechu, moczyłam Ci pyszczek... W poniedziałek dostałeś jeszcze jedną dawkę tych samych leków... Dopiero we wtorek, po ich odstawieniu, zacząłeś kontaktować... Wtedy właśnie rozpoczęłam rehabilitację Twoich tylnych łapek, bo przednie dochodziły do siebie... Masaże, ćwiczenia bierne... Pamiętam to Twoje spojrzenie, te oczy, które tak bardzo chciały wstać, dźwigałeś się na przednich łapkach, ale tył zupełnie odmawiał posłuszeństwa... Dlatego Ci pomagałam, przewiązywaliśmy ręcznik przez dupkę i tak sobie chodziliśmy, w piątek wyszliśmy nawet na dwór... W większości Cię nosiłam, ale tak bardzo chciałam, żebyś zaczerpnął świeżego powietrza, może to dodałoby Ci więcej sił, chociaż i tak jak na 13letniego psa pokazywałeś ich dużo... Cały czas mieliśmy nadzieję... Mimo wszystko... Mimo to, że z dnia na dzień tych sił było coraz mniej... Mimo to, że kontrola nad załatwianiem potrzeb nie wracała... Mimo to, że nie miałeś już potem ochoty na wstawanie... Ale nie dopuszczałam myśli, że się poddajesz... Tak bardzo chciałam, żebyś żył... Noc z piątku na sobotę pamiętam jak za mgłą... Walczyliśmy z gorączką, która nie ustępowała nawet po czopkach, co chwilę przekładaliśmy Cię z boku na bok, tak bardzo byłeś obolały, że skomlałeś cały czas... W sobotę brat razem z tatą pojechali z Tobą od razu rano do weterynarza... Ja nie mogłam bo byłam w pracy... To wtedy lekarz powiedział o najgorszym... Że trzeba by czekać conajmniej 6 tygodni i nie wiadomo, czy łapki wróciłyby do sprawności takiej, żebyś mógł chociaż chodzić powolutku... Wiedziałam o tym od samego wypadku, ale odpędzałam od siebie myśli i wiedzę, którą zdobyłam na studiach... Kolejny raz serce zwyciężyło nad rozumem... Z pracy dzwoniłam do domu, żeby dowiedzieć się co powiedział lekarz... Najpierw mama nie odebrała, a potem powiedziała, że muszę jechać z Tobą odebrać jakieś wyniki... Wiedziałam, że kłamie... Poprostu to czułam... Odszedłeś przy mnie, byłam z Tobą do końca... Głaskałam Cię za uszkiem, jak lekarz robił zastrzyk... Tak nagle przestałeś oddychać... Ja, 23latka, łudziłam się jak dziecko, że tylko śpisz... Pochowaliśmy Cię na działce, pod krzewem i przy oczku wodnym, przy którym tak lubiłeś przesiadywać... Cały czas męczą mnie myśli, czy jest Ci dobrze tam, gdzie jesteś... Bałeś się zostawać sam na działce, cały czas za kimś chodziłeś, albo leżałeś w takim miejscu, żeby mieć nas na oku,a teraz... Zostawiliśmy Cię tam samego... Już tydzień jak Cię nie ma... A ja nadal mam wrażenie, że zaraz wbiegniesz do pokoju, wdrapiesz się na łóżko i zaczniesz smacznie chrapać... W nocy budzę się, żeby sprawdzić czy śpisz u rodziców na fotelu, ale nie ma Cię tam... Nie słychać pazurek na panelach... Chlipania wody... Nie ma z kim wyjść... Mój porządek dnia poprostu runął w gruzach... Wchodzę do pokoju i szukam Cię wzrokiem w miejscach, w których tak lubiłeś leżeć... Ostatni kawałek mięsa z obiadu odruchowo rzucam na podłogę, bo przecież Ty zawsze czekałeś, aż coś spadnie... Z pracy spieszę się do domu, żeby wyjść z Tobą na spacer, a przecież już nie czekasz... W nocy tak strasznie mi zimno, bo już nie leżysz w nogach... Wielka pustka, Piesku... Wszyscy tak bardzo za Tobą tęsknimy... Śnisz mi się co noc... Powiedz, Zbójku, czy jest Ci dobrze, tam gdzie teraz jesteś??? Kocham Cię tak bardzo:-( ... Moje życie bez Ciebie nie ma sensu...:-( Ciągle dopadają mnie wątpliwości, czy zrobiłam dobrze... Chociaż nie cierpisz, przecież po 6 tygodniach samego leżenia zostałyby z Ciebie skóra i kości, bo szanse na odzyskanie władzy w łapkach w takich przypadkach są nikłe... Ale z drugiej strony... Może akurat Twoje łapki by odżyły... Te wątpliwości mnie zabijają... Daj jakiś znak, kochanie moje...