Jump to content
Dogomania

szuwar

Members
  • Posts

    1577
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by szuwar

  1. Przyznam szczerze, że psa szukałm od jakiegoś pół roku. Wyjątkowo zależało mi (a właściwie mojej mamie) na DONku. Przez ten czas pojawiło się kilka kandydatek, ale w każdym przypadku wolontariusze lub opiekunowie ze schroniska odowdzili mnie od pomysłu. Chciałam specjalnie starszą sunię, żeby nie sprawiała kłopotów i nie była zbyt energiczna. W zasadzie za każdym razem jak znalazłam ogłoszenie o DONce i dzwoniłam pod numer z ogłoszenia słyszałam to samo - suka nie nadaje się do domu z dziećmi i innymi zwierzętami. Pewnie powinno mi to dać do myślenia i powinnam mocniej przekonywać moją mamę, że następczyni Zuzy po prostu nie istnieje. Owczarzyca z Grudziądza jest jednak tak łudząco podobna do Zuzi i do tego usłyszałam jeszcze, że łagodna, zrezygnowana... Myślę, że nie można generalizować i z założenia rezygnowac z adopcji starszych psów. Jest dużo fajnych psów w domach tymczasowych. W wielu schroniskach wolontariusze znają swoich podopiecznych wystarczająco dobrze, żeby móc ich polecać nawet do dzieciaków. I na pewno udzielają wskazówek jak działać w razie problemów. W umowie ze schroiskiem miałam zaznaczone, że mogę oddać psa w ciągu tygodnia. Nic nie było o podawaniu ważnych powodów. Po fakcie dowiedziałam się, że jak psa oddam to go uśpią. Taki malutki szantaż emocjonalny, ale zadziałał. Rzeczywiście bez sensu by było wieźć sukę 150 km po to, by ją tam uśpili. Teoretycznie miałam wybór, a że jednak nie bardzo umiem pozbawić psa życia to zadeklarowałam 200 zł na jego utrzymanie - tyle, ile bym średnio na niego wydawała gdyby miał być u mnie.
  2. Dodam jeszcze tylko, że nie widzę potrzeby szukania jej super hotelu ze szkoleniowcem. Nie bardzo wiem, nad czym miałby pracować? Jak dla mnie Suzi jest po prostu bardzo terytorialna (podkreślam, że się na tym nie znam i odczucia moje są czysto intuicyjne). Nie zrzucałabym jej zachowania na poschroniskowy stres, a wręcz na coraz większe poczucie, że jest u siebie. To było już jej miejsce. Tak samo traktuje teraz klatkę, czy balkon, na którym jest zamiennie zamykana. Nie zauważyłam w niej agresji do ludzi, ale dzieci mają bezwzględny zakaz zbliżania się do klatki. Myślę, że by ugryzła, gdyby włożyły tam palce. Bardzo się cieszy gdy się rano budzimy i nas widzi po raz pierwszy, ale np gdy chciałam podlać kwiaty na balkonie była bardzo zestresowana. Weszłam na jej teren. Problemem jest zapinanie smyczy - ewidentnie się boi, ale jest uległa. Pytanie, kiedy poczuje się na tyle pewnie, że przestanie się bać. To jest pies, który nie potrafi wziąć żadnego smakołyka z ręki. Je dopiero gdy się położy coś na podłodze. Po nasypaniu jedzenia do miski trzeba się odsunąć o kilka metów - wtedy zaczyna jeść. Jak sie podejdzie za blisko to ona się odsuwa. Po długich próbach udało się jej kilka razy podać pysznego serka z ręki, ale dla niej to duży stres. Z resztą takie próby były podejmowane PRZED zagryzieniem. Teraz nikt jej do siebie nie będzie u mnie przekonywał. Szukam jej miejsca u kogoś w kojcu, bo jak dla mnie będzie tam całkowicie zadowolona z życia. Ale np moi znajomi ze wsi od razu uznali, że się do nich nie nadaje, bo zadusi im wszystkie kury i koty.
  3. Chciałabym tylko wspomnieć, że na poczatku tego wątku pokazane jest kilka owczarków, które znajdują się w sytuacji znacznie bardziej dramatycznej wg tych kryteriów. Są w beznadziejnym schronie, gdzie nie leczy się psów, nie wychodzi na spacer, gdzie psy zagryzają się nawzajem. To są tak samo stare psy jak Suzi i pewnie mają takie same guzy jak ona. Suzi już nie jest w tym "piekle" i przecież jej tam nie oddałam, bo usłyszałam, że ją tam uśpią. Ja psa nie zamierzam usypiać, bo nie jestem bogiem i nie decyduję o tym, który pies ma kiedy umrzeć. Byłam z nią na wstępnych oględzinach u weta - pisłam już o tym. Oszacowano ją na jakieś 9-10 lat. Guzy zostały na razie tylko oglądnięte i są do usunięcia, ale na spokojnie. Osłuchowo nic złego się nie dzieje. Póki co nie widać było, żeby suka była szczenna - jest po prostu bardzo gruba. Waży 38 kg a jest wzrostu mojej owczarzycy, która waży 29. Na zadzie ma ślady pogryzień i zmiany na skórze - smarujemy to i leczymy. Powiedzcie mi proszę w jaki sposób jej sytuacja się DRAMATYCZNIE pogorszyła odkąd ją zabrałam? Bo ja nie zauważyłam, żeby ona przeżywała tragedię z powodu zagryzienia Musztardy. Jak dla mnie ona jest całkiem zadowolona z siebie.
  4. Ja też przepraszam tu tylko i wyłącznie Muszti. DONka to jak dla mnie zupełnie osobna sprawa. I dla kogoś, kto nie był ze mną przez ostatnie kilka lat pewnie jest to niezrozumiałe. Ja dziękuję Betbet za zdjęcie. I dziękuję Gamecie za przemycone słowa krytyki pod moim adresem i za jej wściekłość na mnie. Bo ze względu na Musztardę zasłużyłam na najgorsze słowa potępienia. I szczerze nienawidzę się z całego serca. I tu, w tym miejscu, DONka jest dla mnie tylko psem, który zabił moją księżniczkę. Gdyby na spacerze pies z tym samym efektem zaatakował moją Muszti nazwałabym go bydlęciem tak samo jak Gameta. Względem DONki nie mogę użyć tych słów, bo to ja dopuściłam do sytuacji biorąc ją do domu. Nie potrafię zaakceptować jakiejkolwiek agresji u psów. Nie godzę się na nią. Wiem, ze wynika ona ze złego prowadzenia psa od szczeniaka i winni są ludzie. Bez sensu założyłam, że DONka była prowadzona dobrze. Mam owczarka w domu. Psa otwartego do ludzi, dzieci, zwierząt - WSZYSTKICH, także obcych. Psa bardzo dobrego. Nie raz powtarzałam, że jedynym psem, który by mnie ewentualnie bronił w razie napadu byłaby może Musztarda. Suka, którą Suzi miała zastąpić u mojej mamy, także nie wykazała przez całe swoje 14to letnie życie agresji do nikogo i niczego. Błędnie złożyłam, że psy tak po prostu mają. Nie wierzę, że nawet przy najlepszym prowadzeniu można by w tej chwili wypracować DONkę na tyle, ze można by ją spokojnie zostawić w domu samą z kotami i psami na kilka godzin. Dla mnie życie w bloku z takim psem wiązało by się z koszmarem - stresem na każdym spacerze, wiecznym rozglądaniem się w koło, czy nie podbiega do mnie jakiś mały bezpański piesek, z zamykaniem psa w klatce na kilka godzin dziennie i wiecznym zastanawianiem się, czy sobie jej nie otworzył, albo czy kot nieostrożnie nie podszedł za blisko.
  5. [COLOR=#222222]Niestety jestem w stanie zadeklarować tylko 200 zł miesięcznie na hotelowanie Suzi. Nie dam rady więcej. Hotelu szukałam, ale w tej cenie nic nie znalazłam. Jeszcze przy założeniu, że psa trzeba izolować. Przyznam, że chciałam odwieźć ją do schroniska, które zna od ponad roku - wiem, że to stres, ale z drugiej strony znane dla niej miejsce. Wtedy miałabym czas na szukanie sposobu jak jej pomóc. Toyoto jednak twierdzi, że tam ją uśpią jak się dowiedzą jaki jest powód zwrotu. Gdy padła propozycja, że przecież nie trzeba mówić czemu, Toyota napisała, że ona już wszystko w schronie opowiedziała. Nie chciałabym jej oddawać do tego nie fajnego miejsca, ale z drugiej strony nie jestem w stanie emocjonalnie zapewnić jej domu u siebie. Moje dzieci widziały jak ten pies pozbawia życia ich ukochanego pieska. Można mówić o mojej winie, braku doświadczenia, popełnionych błędach... Ale z drugiej strony przecież zabierając ją na 4 dni do siebie nie chciałam jej pozbawiać szansy na adopcję. Dzięki szczerości Toyoty wobec kierownictwa schronu nawet nie mogę jej zwrócić do miejsca, z którego ją wzięłam. Nie poczuwam się do odpowiedzialności za cały los tego psa. Bardzo chciałam go zmienić i poprawić. Zapłaciłam za to bardzo wysoką cenę. Ale dlaczego nie mogę jej teraz nawet oddać tam gdzie spędziła ostanie 1,5 roku i pewnie i tak spędziła by resztę swego życia? Czuję sie odpowiedzialna za śmierć mojej Musztardy, ale w sugerowaną śmierć Suzi czuję się po prostu wmanipulowana. O tym co się u mnie stało można by nie mówić w tym akurat schronie, skoro mają takie podejście. Suka wróciła by pewnie nawet do swojego boksu. Można by jej dalej szukać domu całkowicie legalnie i na spokojnie. I tak nie miała szans na adopcję schroniskową. Wiem, że za błędy płąci się dużo. Czasem nawet bardzo dużo. Liczę się z tym. Ale teraz jestem postawiona w sytuacji, że nie mam gdzie oddać psa, który jest u mnie od tygodnia. Nie nadaje się zupełnie do mojego domu. Jedyną opcją jest wykupienie jej kojca w hotelu za 500 zł (gdzie w schronie ma kojec za darmo), dopłacanie przeze mnie do leczenia i to przez czas właściwie nieograniczony, bo szanse na adopcje suka ma praktycznie żadne. Przepraszam, ale za los Suzi nie czuję się aż tak odpowiedzialna,[/COLOR]
  6. Mam nadzieję, ze w całej tej sytuacji nie proszę o zbyt wiele, ale jakbyście mogli przenieść dyskusję o DONce na inny wątek to będe wdzięczna. Musztarda zmieniła kawał mojego życia. Czasem było ciężko, czasem rozpaczliwie... ale tyle radości co ona nie przyniósł mi żaden pies. Ona była największym psem na świecie, choć w sumie słowo "pies" ją obraża. To był co najmniej NADpies. Sikała do końca gdzie popadło. Potrafiła tygodniami zapominać o robieniu mokrych niespodzianek, po czym lała kilka razy dziennie. Pchała swe niezgrabne ciałko w rękaw każdej pozostawionej bluzy. Zawsze musiała się w coś zakopać. Miała poczucie władzy absolutnej i była przekonana o włąsnej urodzie i mądrości... Mój TZ jej nie znosił. Dopatrywał się w niej przyczyn 90% naszych problemów. I to on zawsze wdeptywał w jej siki. A może to ona zawsze je robiła specjalnie na jego drodze? Mówiłam o niej wiele strasznych rzeczy - że jest brzydka i niezgrabna... przeklinałam ją za zniszczone dywany, zalane kocyki... Przepraszam Cię królewno. Gdybym mogła cofnąć czas...
  7. [COLOR=#222222]Po pierwsze - mieszkanie ma 120m2 powierzchni, dwa poziomy i jest na obrzeżach miasta. Po drugie - od początku mówiłam, że DONka ma być dla mojej mamy, która jest samotna, ale jest stale odwiedzana przez dzieci i to dużo młodsze od moich Po trzecie - też od razu mówiłam, że na czas przejściowy sucza idzie do mnie, nie do mojej mamy, bo mama nie poradzi sobie z jakimkolwiek problemem, a na pewno nie z agresją psa, o czym też mówiłam. Uprzedzałam też, że sucz musi być łagodna - warunek bezwzględny. Nie wyperaj się teraz prosze Toyota tej wiedzy, bo mi osobiście jeszcze bardziej przykro. Ja nie wypieram się swojej głupoty, ale nie mów o mnie teraz, jakbym zataiła przed Tobą wszystkie fakty. Wiedziałaś ile jest zwierząt u mnie i jakie. Wiedziałaś w jakim wieku są dzieciaki. Wiedziałaś, ze idzie do mieszkania i się z tego wspólnie cieszyłyśmy... Wszyscy mówili, że ona jest łagodna. Pewnie, że to mało czasu, żeby cokolwiek ocenić. I pewnie, że nie było podstaw, żeby sądzić, że naprawdę taka jest. Ja nie mam doświadczenia z agesywnymi psami. I nie mam złych doświadczeń z owczarkami. Nie spodziewałam się takiego zachowania od suki, która zachowywała się w domu bardzo pozytywnie. Z każdą chwilą lepiej. Byłam bardzo zadowolona, że się mi udało znaleźć następczynię poprzedniej ONki. I nie byłam czujna i ostrożna. Ale pies nie był w domu zostawiony sam, był cały czas przy mnie. Wszystko szło ku dobremu. A dramat rozegrał się w nie całą minutę. [/COLOR]
  8. Póki co też walczę, żeby jej coś znaleźć. Staram się jak mogę i nie chodzi mi o to, żeby się jej jak najszybciej pozbyć. Oczywiście, że dałam ciała i nie winię psa, ale nie pisz proszę, że ostrożności nie było zbyt wiele. Zapoznałam psy na neutralnym terenie, nie dawałam im wspólnie jeść, tak jak to napisałaś - pisałam Ci, że Suzi odstepowała miskę i musiałam pilnować Musztardy, żeby jej nie wyjadła porcji, ale to nie znaczy, że jadły ze wspólnej miski. Owszem woziłam je w jednym aucie i na pewno było na to za wcześnie, ale nie przyszło mi do głowy, że Suzi zechce zrobić Musztardzie krzywdę. Nie dawała mi żadnych znaków. Suzi była w domu na smyczy, może powinna być też w kagańcu. Teraz mogę sobie gdybać... Bez sensu, że zaryzykowałam w ogóle branie wielkiego psa do domu. Nigdy nie twierdziłam, że się na tym znam i że zrobię wszystko najlepiej jak można. Wydawało mi się ok, myślałam, że na tym polu nie ma problemu. Wystarczy mi własnych wyrzutów sumienia i mam ich na tyle dużo, że nie bardzo potrzebuję komentarzy, że trzeba było zrobić coś lepiej i mądrzej. Teraz to nawet ja wiem. Jest spora szansa, że jak wzięłabym jakiegokolwiek innego psa to nawet nie wiedziałabym, że dałam ciała i cieszyłabym się z happy endu. Ale trafiłam na Suzi i na problem, którego nie przewidziałam. Wiem, że jest w stresie. Wiem, że mogła sikać, robić pod siebie, czołgać się ze strachu, próbować wyskoczyć przez okno. Spodziewałam się różnych rzeczy, ale nie domyśliłam się, że nagle zabije mi psa. Chroniłam koty, dzieci, siebie... Nie ochroniłam Musztardy. Bardzo, bardzo mi z tym źle. Nie zajmuję się na co dzień adopcjami, nie biorę psów na tymczas, przez mój dom nie przewija się milion różnych zwierząt. Chciałam dać dom starszej suce ze schroniska i szukałam jej pół roku. Uległam złudzeniu, ze to właśnie Suzi jest TYM psem. I doskonale zdaję sobie sprawę, że to mój bład. Zwrot jej do schronu jest ostatecznością, ale nie pisz mi proszę, że teraz przeze mnie ją uśpią.
  9. Przecież ona już jest przyzwyczajona. Mogę sobie teraz co najwyżej zafundować dodatkowe wyrzuty sumienia. Pójść na całość. Pytałam w Gdyni, czy mi ją przyjmą, z myślą że miałabym jakąkolwiek szanse poprawic jej życie i odciążyć się wewnętrznie choć odrobinę - nie ma takiej opcji. Szukam opcji tymczasu, jestem w stanie za niego ileś tam płacić, ale nie dam rady dawać 500 zł miesięcznie. Nie mam skąd. Znaleźć jej dom to abstrakcja - stara, wielka i nieprzewidywalna suka. Jest dokładnie taka jak miałą być - wielka, stara, małoruchliwa, lekko zblazowana... Jest bardzo podobna do Zuzy. Ale zagryzła Musztardę...
  10. Ehh, nawet nie wiem co napisać. Nie cofam tego co o niej napisałam i nie staram się myśleć o sobie jako o super specjaliście od psów. Doświadczenia mam tyle, co większość zwykłych ludzi - tyle co psów zdążyłam mieć w swoim życiu. Każdy inny, każdy ze swoją historią... ale do prawdziwego speca mi daleko. Wystarczył moment, żeby Suzi zagryzła mojego psa. Nie wykazywała żadnych oznak, że ma na to ochotę. Nie dawała sygnałów... W domu miała ograniczoną swobodę, bo chciała pogonić koty, więc trzymałam ją na smyczy. Ale były sytuacje, że stała z kotami nos w nos i nie robiła nic. Mimo to, miałam wrażenie, że jak by zechciały uciekać to instynkt myśliwego jej się włączy... Mój pies nie uciekał, nie mruczały na siebie, nie zaczęły nawet ustalać heirarchii... Chodziły razem na spacery, spały razem, jeździły autem w bagażniku. Ani razu Suzi nie próbowała przestawić Musztardy, czy powiedzieć jej, że jest za blisko. Wszystko wydarzyło się na moich oczach w całkowicie spokojnej sytuacji. Suzi nie dostała żadnego napadu, nie "wściekła" się... nic. Po fakcie spokojnie położyła się na miejsce, na którym chwilę wcześniej zagryzła Muchę. A jednocześnie nie dała sobie przerwać ataku. Gryzła, zeby zabić i jak dla mnie nie jest to "wypadek" wynikający z dysproporcji wielkości psów. Ale oczywiście jest to moja subiektywna opinia, nie mająca w sobie nic z profesjonalnej ekspertyzy. Suzi nadal jest u mnie. Nadal z ograniczoną swobodą - teraz siedzi w kenelu co niestety ją frustruje. Przez jeden dzień zaraz po fakcie przetrzymałam ją w kojcu u znajomych - nikt nie odważył się jej podać wody do kojca, ani wziąć na spacer. Ja po nią przyszłam i była całkowicie fajnym, normalnym psem. Na mój widok się cieszyła - bez szału, ale jak normalny, stateczny owczarek. Pewnie, że źle oceniłam sytuację. Pewnie, że nie byłam dostatecznie czujna. Patrzałam na jej reakcję na dzieciaki, w jaki sposób reaguje na obcych, widziałam, ze koty budzą sporą ekscytację... Nie wiedziałam, że zechce tak dosadnie zaatakować i to psa, na którego w ogóle nie zwracała uwagi. Oczywiście, że to ja dałam ciała. Nikomu nie będe udowadniać, ze było inaczej. Przeżyłam swój dramat w niedzielę i nie mam zielonego pojęcia co dalej mam zrobić. Straciłam ukochanego psa i generalnie nie bardzo umiem teraz decydować o czymkolwiek.
  11. Nie Kinga, to by było za proste usprawiedliwienie. Musztarda odeszła w wielkim przerażeniu, w okrutny sposób, nie da się tego opisać. Miała tendencje do "ocierania się" o śmierć. Uwierzyłam, że jest niezniszczalna. Ale to wszystko moja wina. Całe życie miałam tylko duże psy i śmiałam się z ludzi traktujących swoje jamniczki i yoreczki jak niepełnosprawne istotki. A Musztarda była krucha, jak na takie maleństwo przystało. Nie przyjęłam do końca tego do świadomości. trzeba było ją chronić, bo nie miała żadnych szans. A przy tym nie dopuściłam do siebie nawet myśli, że nowy pies może chcieć zabić drugie zwierzę. Naiwnie nie wierzyłam, że to możliwe. A ona nie dała sobie wyjąć Musztardy z pyska, póki ta się ruszała. Ja nawet nie miałam co ratować, nie miałam jak próbować... Pies-morderca siedzi teraz u mnie w domu w klatce, a ja nie mogę na nią patrzeć. Wiem, że to nie jej wina, a jednak nie mogę...
  12. Pożegnałam właśnie Musztardę. Mam dość. Nienawidzę tego wszystkiego. Na oczach moich dzieci Musztardę udusiła suka, którą wzięłam ze schronu parę dni temu. Niby dobra suka i niby wszystko szło dobrze. Spały razem na posłaniu. Suka ustępowała miejsca Musztardzie, oddawała jej pierwszeństwo przy misce, jeżdziły razem samochodem i było wszystko ok. Nie wykazywała agresji, ani nawet zapędów. Bałam się o koty, bo wyraźnie budziły zainteresowanie ONki i dlatego była przywiązywana w domu, żeby nie chodziła całkiem swobodnie. Chciałam ją sprawdzić, zanim przekażę ją mojej mamie. Sprawdziłam bardzo wysokim kosztem. A najwyższą cenę zapłaciła Musztarda. Jestem głupia, że wzięłam dużego, niesprawdzonego psa do domu. Uwierzyłam w bajkę. Żegnaj moja księżniczko... Przepraszam Cię najmocniej... Nigdy sobie tego nie daruję.
  13. Bardzo Ci współczuję. I bardzo mi szkoda, że Czartka już nie ma. Tak bardzo mnie cieszyły wpisy o nim. Kochany staruszek, dziadek bez szans... mało kto wierzył, że nie umrze w schronisku. Dziękuję Ci Mamo Muninki, że go wzięłaś.
  14. Czartku, jak tam? Chłopie, błagam, trzymaj się...
  15. Toyota, może go ogłosić w trójmieście? U nas jakoś w ogłoszeniach brak owczarków. A daleko do was nie jest i jakby co można podwieźć.
  16. Te od szrego papieru to już w ogóle patologia - nie można takim pozwolić na posiadanie jakiegokolwiek zwierza. No może prócz żółwia...
  17. Trochę nie rozumiem sytuacji - właściciel chce się psa pozbyć, niby chce zapłacić za hotel, ale wy już się za niego martwicie, że to za drogo i że trzeba mu pomóc. Chcecie go też wesprzeć we wciśnięciu psa do Gdyni, kombinujecie jak usunąć czipa... Zaadoptował ją, nie wysterylizował, nie korzysta z porad specjalistów - myślicie, że się pofatyguje i zawiezie ją do Chojnic? To z Gdyni 2,5 h drogi. Nie chcę oceniać nie znając tego "pana", ale trudno mi uwierzyć, że zechce mu się wieźć psa tak daleko.
  18. Ależ fajne psy mają w tym schronie. Polecam :) Sunia trafiła z kojca prosto do mieszkania, bez żadnego przygotowania. Zachowuje się cudnie. Nie sika, nie niszczy, nie płacze... Nie zjada kotów, maleńkich psów i dzieci. Dała się wykąpać i mimo wielkiego stresu nie mruknęła ani razu. Jest przerażona większością "zwykłych" rzeczy - zapinaniem smyczy, chodzeniem po schodach, windą. Nawet podawaniem jedzenia. A mimo to jest cierpliwa i bez cienia agresji. Wet ocenił ją na 9 lat. Nie męczyliśmy jej jeszcze poważniejszymi badaniami. Jest w dość marnej kondycji, ale serducho osłuchowo bez zarzutu. Poobserwujemy spokojnie co z niej jeszcze wyjdzie, ale na razie mam się guzami nie przejmować - to się zrobi później, może przy okazji sterylki. Toyota pokazywała mi jeszcze pozostałe ONki - kontaktowe, przyjacielskie i śliczne. Nie chciałby ktoś jeszcze z was fajnego psa na kanapę?
  19. Zdjęcia wrzucę jutro, bo dziś generalnie dzień jakiś za krótki... Pojechałam oglądać suczę dla mojej mamy. W pierwszym momencie dziewczyna zrobiła fatalne wrażenie i to jeszcze przez kraty. Ale jak wzięłyśmy ją na spacer to nadrobiłą trochę punktów ;) Dla mojej mamy raczej się jednak nie nadaje. Nie mogłam jej wsadzić znowu do tego kojca. No i stąd decyzja, że biorę ją do siebie. Jest raczej już wiekowa, zęby w srednim stanie, guzy na listwach mlecznych... i coś wielkiego w brzuchu. Ehhh, życie... Dzięki Toyota za pomoc. I także strasznie miło było poznać. Odwalasz tam kawał dobrej roboty. Schron jest dramatycznie przepełniony.
  20. [quote name='kinga']koleżanko szuwar - czy Ty równiez przygotowujesz sie na wizytę PA? Jak weźmiesz ode mnie psa, w bonusie dostaniesz razem z nim białego kociaka 2,5 miesięcznego - na razie NIESIKAJĄCEGO psom do misek. Uwaga: ilość białych kociaków w promocji ograniczona! (zostały tylko dwa!), więc jak już masz ten papier, to określaj czym prędzej typ psa.[/QUOTE] Ja się na wizytę PA w życiu nie zgodzę. Mam swoje zasady ;) Sama doskonale zdaję sobie sprawę, że nie spełniam żadnego z kryteriów dobrego domu dla zwierząt (no może poza papierem, ale teraz mam akurat w kwiatki dla odmiany :eviltong:) i generalnie nie potrzebuję, żeby mi ktoś do domu przychodził i ten fakt uświadamiał. Poza tym tej wiosny przyplątało się do mnie czarne kocie i bezczelnie zostało. W tej chwili ilość zwierzów w domu przekracza ilość ludzi. Proporcje są zaburzone.
  21. [quote name='Aimez_moi']Zakupilam papier w pieski........ mam go....:):) Tani to on nie jest. [/QUOTE] Spokojnie, jest bardzo wydajny ;) Chyba, że masz w domu małe dzieci - wtedy jest wysoce niepraktyczny...
  22. Toyota, masz zapchaną skrzynkę... Mój wyjazd służbowy został nieco przesunięty, daj proszę znać, czy ewentualnie w sobotę wpuszczą mnie do schronu?
  23. Niby wszystko pieknie wygląda, ale jedno mnie nadal niepokoi - koty sikające do miski Yeti. Niby wiem, że to wredne zwierzęta, ale to już chyba przesada... A poza tym jestem w szoku, że większość z obecnych tu "dogomaniaczek" nie posiada w domu papieru w pieski. Skandal. To powinien być standard. A na wizytach PA w pierwszej kolejności powinno się chodzić do toalety i sprawdzać co tam wisi...
  24. Dzięki za info. Sunię pokazałam komu trzeba i się strasznie spodobała. Wiek nie jest aż tak istotny, ważniejszy jej charakter. Wszystko rozbija się o dzieciaki w domu - trochę strach brać zupełnie nieznanego, dużego psa...
×
×
  • Create New...