shnooreck
Members-
Posts
194 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by shnooreck
-
Cześć i czołem sierściolubom :) Zdecydowałam się na adopcję psa ze schronu - urzekł mnie, pomimo chęci zabrania średniej suki - nieduży samiec. Trafił do mnie w marcu. Kochany i dobry piesek, wpasował się bardzo fajnie w rodzinę, miał jeden problem- nie lubił gdy głaskały go obce osoby, ale temat był przerabiany i problem stopniowo ustępował. Teraz to ideał absolutny. Grzeczny, pojętny i dobrze wychowany ;P Zostałam wolontariuszem w schronie - kolejne spacery utwierdzały mnie w słuszności mojej decyzji- wybrałam dla siebie najlepszego możliwego psa. Jednak temat suki się nie wyczerpał- powrócił w formie "a może weźmiemy drugiego psa?". Zwłaszcza, że pies rezydent piszczał na widok innych psów, witał się z każdym pobratymcem i widać było, że przydałoby mu się towarzystwo. Podczas jednej sesji spacerowej, gdy moja stała podopieczna dała mi w kość poprosiłam o coś mniejszego i spokojniejszego. Pani przyprowadziła mixa amstaffa, a ja pomyślałam "no tylko nie to...". Ale po chwili okazało się, że to jest właśnie ta moja wymarzona dziewczyna. Po zapoznaniu z moim jedynakiem i wspólnym spacerze pojechała do domu. Psy mocno się od siebie różnią, ale uczą się dobrych rzeczy od siebie nawzajem -astka wita sie tak radosnie z każdym gościem, że pies z samej zazdrości pozwala się już absolutnie każdemu miziać. On z kolei pokazuje jej, że inne pieski są fajne (jego pokochała od razu, z innymi idzie jej wolniej, ale pomału do przodu- mniejsze mogą być nawet i suki). Piją z jednej miski, jedzą obok siebie- bez problemu. Koty są zostawione w spokoju. Czyste (znaczy- nie zasikane i nie zdemolowane, bo sierść i piach jak najbardziej obecne) mieszkanie. Sucz uczyła sie przychodzić na zawołanie i super jej szło, psy chodziły luzem a ja sobie dumałam jaki piękny ten świat w szarej godzinie świtu. Cud miód i jednorożce na tle tęczy. Do czasu.... Astka po schronisku miała kiepska kondycję, więc też i nie odbiegała daleko. Nauczona słowa "nie" odpuszczała i wracała grzecznie. Mam pod domem teren do swobodnego biegania- prawie bez samochodów, innych psów, saren- tylko polne myszy, krety i jedna droga asfaltowa. Ale jest to teren tylko na półgodzinny spacer. Jest tam fajnie, ale to zdecydowanie za mało, żeby mój zwierzyniec sie wyszalał. Normalne dla mnie jest, że kilka razy w tygodniu zabieram psy w inne miejsce- bardziej odludne. Tam też były grzeczne, aż astka nie pogoniła sarny. Nauczyła sie błyskawicznie, że "nie" można olać i że nie ma nic tak fajnego jak pogoń. Nabrała krzepy i jej wycieczki wydłużały się. Nie trwaja dłużej jak kilka minut, ale ona teraz w ciągu paru sekund potrafi oddalić sie na sporą odległość. Kicha :( Na naszej ulubionej łące przeskakuje przez rowy melioracyjne i penetruje ścianę lasu. A las kiedyś mi sie wydawał tam bardzo oddalony... Naturalna decyzja- linka. 10 m sznura. No jak mnie to wk...a. A ona wygląda tak, jakbym ja przed chwilą skopała glanem- idzie noga za nogą, łeb spuszczony, że o ogonie nie wspomnę. Nauczona, że rano można sobie poszaleć jest rozczarowana i niewybiegana. Żarcie jej nie interesuje za bardzo - ona szuka sarenki! Pomimo braku śniadania. Zabawki jeszcze nie są fajne na dworze, bawi się trochę szarpakiem w domu, ale to jest coś, co dopiero poznaje i jeszcze nie jest w stanie jej zająć na dłużej (prawdopodobnie ją karano za zabawę i opornie to idzie). No i bardzo zazdrości drugiemu psu, który jest posłuszny idąc luzem. I może sobie pobiegać. Dla niej 10 m to żadna wolność. Chyba już wolę wyprowadzać obydwa na flexi-czysto, prościej, ale żadne nie wybiegane. Wiem, że akceptacja tej sytuacji jest dla niej ciężka - nic nie jest w końcu tak fajne dla psa jak gonienie zdobyczy i latanie luzem po świecie, w którym aż roi sie od ruchomych celów, a na końcu procesu stoi Pańcia z kiełbaską w ręce. A potem od nowa. No nic tego nie przebije i każda zmiana jest zmianą na gorsze. Nawet wspólne bieganie z Pańcią- bo nie można sobie tak fajnie poniuchać a i tempo moje- nie jej. Jakieś pomysły? Nie spuszczam jej teraz w ogóle, żeby trochę zapomniała jak to jest. Zabieram do miasta na spacery- tam sa inne zapachy i nie ma w ogóle chęci na bieganie samopas- raczej wychowała sie w bloku i to dla niej naturalne. Idzie zima, a wraz z tym nasze wspólne bieganie będzie utrudnione- nie mam fajnego, oświetlonego parku. Bardzo mnie to martwiło- zimą zwykle miałam przerwę lub ćwiczyłam w domu. Teraz martwi jeszcze bardziej. Z psami to po prostu nie przejdzie. Karmiłabym ja tylko na spacerach, ale ona kocha biegać- boję się o skręt żołądka. Jak się trochę uspokoi na smyczy układać tropy z kiełbasy? Zamiast tropu sarny? Co robicie na spacerach by były fajne?
-
Emeryt nieznajacy sie na psie. Rasa Agresywna.
shnooreck replied to Anastazja11123's topic in Rasy 'agresywne'
Tak- przepis, który mnie -laikowi- wydawał się sensowny, teraz już taki nie jest. Wystarczy poznać temat pseudo, żeby oczy się otwarły. Świadomy właściciel kupuje psa z hodowli, a jak ma wydać taka kasę to sie zastanowi czy aby na peno to dobry pomysł. Mam od niedawna psa ze schronu- typ asta. Ona akurat toleruje większość psów, ale są i takie, które jej nie pasują od pierwszego wejrzenia. Nie znam jeszcze jej klucza i nie chcę jej za bardzo ograniczać możliwości wąchania się z pobratymcami- czasem więc warknie, a mnie jest wstyd. Raz sie ostro wkurzyła na psa, który był spokojny i nieagresywny w dodatku w pewnej odległosci. Także wiem, jak to fajnie. Zwracanie uwagi może być mocno niekonstruktywne- nie miałam przyjemności nic takiego usłyszeć, ale teksty w stylu "po co taki pies do miasta?", "uśpić to bo groźne" , "nacisk szczęk takiego to X ton" nie pomaga, a szkodzi- wzrasta frustracja właściciela i jego- nieprawidłowe- wychowywanie psa. Emeryt może nie zajrzeć na youtube, tam jest np filmik "Coffee agresja smyczowa". Takiej osobie trzeba pomóc w inny sposób- pogadać, doradzić behawiorystę (może akurat kogos sensownego znacie? ) -
Od marca mam psiaka, fajny, kochany i już całkiem ogarnięty :) Ale kusi mnie cały czas drugi...bo miała być większa, spokojna suczka, jest mały żywiołowy samiec i pomimo, że jestem z wyboru bardzo zadowolona, to ta sunia mi gdzieś tam cały czas...no wiecie, spokoju nie daje. Jak mam teraz towarzysza spacerowego to chętniej jadę w teren- z większym czułabym się pewniej jako drobna, samotna kobieta bez ukończonego kursu samoobrony. Miałam przez dwa tygodnie drugiego psa- ciocia wyjechała na wczasy. Odpowiadało mi to- pomimo plątania się na smyczach kundli. Na początku cała ulica nasza :( :( :( potem udało mi się osiągnąć tyle, że chodziły jedną stroną i mniej się ekscytowały=mniej plątały. Jak właściciele dwóch i więcej psów to rozwiązują? Mój psiak bardzo lubi towarzystwo innych osobników swojego gatunku- z każdym chce się zaprzyjaźnić, nawet jak ten drugi ujada za płotem. No, ale bywa zazdrosny, choć usłuchany. Mam do dyspozycji ogród, w którym mój pies nie lubi sam przebywać, więc w czasie naszej pracy jest w domu. Może jakby były dwa to lepiej by się czuł na dworze? Najbardziej się boję tego plątania smyczy, a już zwłaszcza- linek w lesie brrr, okropieństwo. Ale może jest na to jakieś rozwiązanie? Suczka byłaby większa od psa, biegałyby ze mną i obecnym psem w lesie 2-3 razy w tygodniu, jeśli nie bieganie- długi spacer. Mam już jedna na oku...Miła, inteligentna, szkoda jej do pilnowania posesji, a tak kończą zwykle większe psiaki ze schronu- za płotem i tyle. Wyprowadzam ja w ramach wolontariatu, fajna kumpelka. Ale gdy zaczynałam biegać to mój poprzedni pies był już stary i w dodatku jamnik- nie mógł mi towarzyszyć, więc zimowa przerwa nie była problemem. Teraz dwa młode, rozhasane burki - odpada. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie- a my co? Z poprzednim psem wystarczył spacerek wieczorem po osiedlu, potem już i na to nie miał ochoty. Jednym słowem i chcę i boję się....
-
Nie umiem wstawić zdjęcia- jakiś błąd wyskakuje :( Pies spaceruje już po najbliższym, bezpiecznym otoczeniu bez smyczy. Nauczył się pięknie bawić piłeczką i robi coś, co przy marnym świetle wygląda jak aport (no, nie zawsze :)). Satysfakcja taka, jak obserwować dziecko wyciągnięte z nędzy jak zaczyna sie bawić lalką i sprawia mu to frajdę. "Agresja" wobec gości wyraźnie zmalała, aczkolwiek widuje te same osoby. Niektórych traktuje prawie jak element krajobrazu, z moją mamą chodzi raz dziennie na spacery- ponoć ją pięknie wita i cieszy się kładąc na grzbiet do głaskania. Na pewno nie jest i nie był niebezpieczny - raczej ostrzegał niż groził. W naszym towarzystwie jest do opanowania jak mu się coś nie spodoba na komendę "NIE" odpuszcza. Ot coś jak w rasie stróżującej choć bardziej wygląda na miniaturkę owczarka niemieckiego. Był na swoim pierwszym wyjeździe w górach, spał w schronisku. Pies nie do zajechania, mimo że to tylko nieduży kundelek na krótkich nóżkach. W nocy próbował szczekać, ale nasze "NIE" załatwiło sprawę. Nie podobało mu sie tylko, jak obcy chcieli go znienacka pogłaskać (oczywiście bez pytania, przecież taki słodki piesek z zakręconym ogonkiem to to samo co szczeniak labradora) , ale nie robił wielkiej afery- najwyżej pomrukiwanie pod nosem i cofka. Jak można podsumować naszą znajomość? Jestem psem nadal zachwycona, w porównaniu do jamnika, którego miałam od szczeniaka jest o wiele bardziej nastawiony na współpracę z człowiekiem, nie jest ciapą i ma swoje zdania, no ale moje jest mojsze-najmojsze i rezygnuje ze swojego. Dużo lepiej od niego znosi kąpiel. Nie żebrze przy stole, choć jeść lubi bardzo. Z szczeniakiem miałabym 3-4 razy tyle roboty co z nim. Gdybym wiedziała, że tak gładko pójdzie, nie zakładałabym nawet tego wątku, ale może ktoś, kto sie waha przeczyta, że bywa i tak. Nie każdy dorosły pies, który nie widział nic poza schroniskiem to chodzący kłębek strasznym problemów. Między nami jest więź, która nie umywa sie do tej z poprzednim psem. Na 100% następny pies też będzie dorosły i przygarnięty. Chyba, ze sam przyjdzie pod dom szczeniak :)
-
To tyle pochwał pod jego adresem :) a teraz co okazało się być tym zapowiadanym na każdym portalu i forum "problemem psa ze schroniska, każdy jakiś ma". Otóż nasz w schronie łagodny psiak, który pozwalał się głaskać wszystkim, w tym pierwszy raz widzianym ludziom na spacerze, nie lubi teraz dorosłych osób. Dzieci, owszem, po zaznajomieniu mogą z nim robić co chcą. Dorośli -absolutnie nie. Nawet (a może zwłaszcza) moi rodzice mieszkający piętro niżej, często zachodzący na górę. Pies ostro szczeka, nawet próbuje doskoczyć do nóg, choć chyba bardziej straszy (łatwo go od tego zamiaru odwieźć). Gdy moja mama próbuje wejść do nas ma duży problem. Zwykle superskuteczne próby przekupstwa nie na wiele sie zdały. Jest na tyle wychowany, że w mojej obecności nie grozi nic gościom, no ale przyjemne to nie jest. W dodatku nie ułatwiaja mi zadania, uważają, ze im przecież wolno zawsze wejść i nie uprzedzają specjalnie, że idą. Jak wygląda wizyta? 1. kroki na schodach, pies szczeka i powarkuje 2. otwieraja się drzwi, szczekanie się nasila 3a. do akcji wkraczam ja, odwoluje psa ("choć tu") mówię "NIE" gdy znów zaczyna szczekać i jak na razie nawet działa. Jeśli nie próbują wejść dalej tylko przekazują jakąś krótką informację to na tym "atrakcje" sie kończą 3b. po prostu sobie wchodzą, ja nie zdążę dojść od razu, pies doskakuje do nóg, jest przez nich odpędzany (tak, wiem , głupio...ale jednak nie atakuje na serio) 4. sytuacja opanowana, cisza. Goście zapraszani są na salony, pies robi sztuczki za żarcie - gdy gość siedzi to pies jest spięty, ale nie na tyle, by mu przesłoniło to perspektywę smakołyka. Ale gdy tylko zabawa sie kończy to układa mi się przy nogach i pilnuje by mnie nie ukradli. Czuwa, raczej nie śpi. Próby karmienia przez gości średnio sie kończą- zdenerwowany pies denerwuje sie jeszcze bardziej (choć nadal je), gość widzi to, denerwuje sie też, pies również to widzi i zaczyna warczeć. Koniec karmienia. 5. Koniec wizyty/gość rusza sie z miejsca w jakimś celu- pies się podrywa, ujada itp. Znowu wkraczam ja lub mąż. Przenieśliśmy zapoznanie z nowymi ludźmi na ogród, który dla niego nie jest jeszcze "jego terenem". Dzieci pokochał i myślałam, że problem rozwiązany. Ale nie. Identycznie przebiegające zapoznanie z spokojną, psiolubną osobą było dość nerwowe, choć nie agresywne. 1. pokazuje, ze mam mnóstwo pysznego jedzonka, wyprowadzam go na podwórko. Cieszy sie, skacze itp. dopóki nie zobaczy OBCEGO. Wtedy spina, uszy do góry. 2. Robimy sztuczki i pies całkiem zadowolony gdy OBCY jest tylko widzem, ale widać, że nie czuje się do końca komfortowo. Jednak jest posłuszny i skupiony na mnie. 3. Stawiam miskę, OBCY rzuca do niej coś, koniec dobrego psiego samopoczucia. Spina, powarkiwanie, ale jednak jedzenie. 4. idziemy na spacer, OBCY nam towarzyszy, cos tam dajemy zdenerowanemu psu. Jakoś to idzie.... 5. wchodzimy do domu, szczekanie powarkiwanie. Sama wizyta trwała bardzo krótko.Psa dało sie opanować. 6. Ogromna ulga i radość psa gdy OBCY wreszcie znika z horyzontu. Czy robię jakiś kardynalne błędy? Może ma ktoś jakis pomysł? I właściwie nie do końca rozumiem ta zmianę. Widywałam go wielokrotnie z obcymi podczas wizyt w schronie i nie było nigdy nawet śladu stresu w psie. Aż tak strasznie broni domu? Przypominam, że od razu wiedział, że to jego dom. Mam przypuszczenia, że podczas badań w ostatnim tygodniu jego pobytu w schronisku ktoś nadużył jego zaufania i stąd ten zwrot o 180 stopni. Da sie to odkręcić? Szkoda mi go, bo to naprawde dobry i kochany psiak. Poza tym jednym problem jest zwierzęciem idealnym!
-
Pies jest u nas od tygodnia :) zdjęcia jakieś mam, ale muszę poszukać instrukcji jak sie to robi...proszę o chwilę cierpliwości. Był w schronisku dłużej, niż planowaliśmy. Ma problem skórny, który po badaniach okazał się mieć podłoże alergiczne. Zalecono odpowiednią dietę, którą nieco zmodyfikowałam tak, by było mniej białka (pies się drapał i tak wyskubał sobie nieco sierści na grzbiecie). Jesteśmy na dobrej drodze do pełnego zdrowia :) Uwielbia jeść i to ułatwia bardzo naukę. Tak jak sie spodziewałam, jest bardzo pojętny, szybko sie uczy i orientuje w sytuacji. Na spacerach grzeczny i usłuchany. Przez tydzień opanował zasady panujące w domu i kilka komend. Pozwolił się wykąpać pierwszego dnia, ale nie lubi łazienki i odgłosu lejącej sie wody z kranu. Tak było jeszcze zanim go wsadziłam do wanny, wiec musiał wiedzieć co to jest ta straszna KĄPIEL. Dlatego dostaje część jedzenia w łazience, jest wsadzany i wyjmowany z wanny codziennie (na chwilkę, bez wody) i nagradzany. Powoli wykonuje komendy przy odgłosie ciurkającej wody. Na dobrej drodze. Od razu wziął w posiadanie dom. Obwąchał i uznał za swoje włości. Koty go trochę wkurzyły, bo zaglądały w jego miskę (łatwiej jest zabezpieczyć kocia miskę przed psem niż vice-versa). Ale dogadali sie, zawieszenie broni, choć czasem jest dla nich zbyt żywiołowym i głośnym współlokatorem. Ale zawsze mogą sie ewakuować na zewnątrz. Od razu wiedział, że załatwiać można się tylko na dworze. Wychodziłam z nim częściej na początku, teraz starczają 3 spacery, które uwielbia :) Załapał bardzo fajny kontakt z mężem. Lubią sie chłopaki, choć to ja jestem pańcią i to ja najbardziej się udzielam, zresztą zgodnie z umową. Niczego nie zniszczył, nie ma lęku separacyjnego, zostawiony samemu sobie po prostu sobie śpi. Aczkolwiek nie dzieje się to często gdy jesteśmy w domu- to taki typ, który prosi o pieszczoty, jest absorbujacy, zaczepia i kładzie sie na grzbiecie wystawiając podwozie do głaskania. Kochany i bardzo miły piesek. Nie był potrzebny żaden trenning z klatką kennelową. Jest w niej zostawiany na czas naszej pracy i nie ma z tym żadnego problemu. Dostaje pyszną kość i wypełnionego konga- ma zajęcie, a przy tym nie najada się nadmiernie. Nie lubi w niej być gdy jesteśmy w domu, ale spędza tam i tak sporo czasu, więc mu daruję (chyba?). Jeśli chodzi o nas- nie ma ciągot do obrony zasobów. Mogę mu wszystko i w każdej chwili wyciągnąć z pyska. Nie nadużywam tego :)
-
Kocham tego piesa! Wlasnie wrocilam z drugiej wizyty w schronie. Byl to dzien wyprowadzania psow przez wolontariuszy. Mialam tym razem okazje popatrzec jak zachowuje sie podczas mijania innych spacerowiczow. Duzo samochodow jezdzilo. Wszystko wspolnie ogarnelismy na srebrny medal z dyplomem z wyroznieniem. Wystarczylo sobie odejsc gdzies na bok i poczekac chwile, czasem trzeba bylo odwrocic jego uwage, pogadac, dac smakolyk. Nauka nie ciagniecia na smyczy z wynikiem 95 % spaceru grzecznie. Jestem zachwycona. A jeden z wolontariuszy okreslil go jako ***ten ciagnik***, no ale nie ze mna te numery. Tym razem otworzyl sie na mnie calkowicie, byl 2 razy bardziej absorbujacy niz ostatnio. Nie dalabym rady z jeszcze jednym. Ale zeby sumienie nie bolalo, trafi do nas kocurek, kolega dla Edzia. Same chlopy i ja. I dobrze.
-
uxmal dziekuje za odpowiedz w tym leku nie bylo, na szczescie, agresji. Na samochod byly podskoki i pobudzenie. Na konie tzw moon eye i podkulony ogon. I tak, szukal wsparcia we mnie, jest to dobra plaszczyzna do wspolpracy. Maz to dobry czlowiek, toleruje znoszenie do chalupy kolejnych zwierzecych nieszczesc. Pozniej jak wszystko jest ok, a dotad bylo, juz je pozna i ma za co lubic, to lubi. Nawet pomaga przy nich. Takze o pozniejsza, zgodna egzystencje jestem spokojna. Ale jesli bedzie to jeden wielki problem to nie poczuje sympatii do zwierzaka i klops. Tej drugiej mamy suczki bardzo nie lubi i pewnie mialby lepsze nastawienie gdyby nie ona. Behawiorysta jesli bedzie konieczny to oczywiscie zostanie zatrudniony. Pan Jacek Galuszka jest moim guru, nawet nie mam az tak daleko
-
może nie wyjść na dobre dla żadnego z tych psów tego sie wlasnie boje...i chce i boje sie. Dla mnie to tak, oczywiscie, lepiej jeden. Odchowac, zobaczyc jak sobie z tym poradze, potem powiekszyc stado. Tak by bylo najlepiej i najrozsadniej....tylko to malo realne ...moze jak bardziej doswiadczeni ludzie mnie przekonaja ze tak sie nie da moje sumienie da mi spokoj.
-
Moj juz wybrany pies jest bardzo socjalny i zyje dobrze z wszystkimi, wiec w nagrode dostaje do boksu najwieksze psie cholery. Juz sie pytalam o jego aktualna kolezanke, pracownik odradzal, nie mozna sobie z nia dac rady.
-
Taki długi post, a ucielo no! Joanienka dziekuję bardzo za odpowiedz! Rozumiem co znaczy zabrać chore zwierzę...nasz problem rozwiązał się po operacji w klinice + czyli jednorazowy zabieg. Ale studencka kieszen bolalo ....i nie chcialam juz tam wiecej brac zwierzaka, stracilam zaufanie. Pozdrowienia dla Waszego przyjaciela!
-
Joanienka dziekuję bardzo za odpowiedz! Rozumiem co znaczy zabrać chore zwierzę...nasz problem rozwiązał się po operacji w klinice Anula mam pytanie jako do doświadczonej osoby :) Jak ktoś wie- niech pomoże. Pies wybrany przeze mnie jest z małego, nowego (dobre warunki) schroniska z wolontariatem. Raczej nie spotkała go nigdy krzywda- pracownicy o wiele bardziej zaangażowani niż ci z wielkiego molocha, z którego brałam koty. Spędził tam całe swoje trzyletnie życie. Bardzo przyjacielski i otwarty. Podczas spaceru ładnie załapał komendy "biegniemy" i "stój"=mądry i nastawiony na pracę z człowiekiem. Psio i kotolubny. Przekupny :) zaczął łapać o co chodzi w grzeczniejszym chodzeniu na smyczy w zamian za kiełbaskę. Aaaaleeee ekscytacja na przejeżdżający samochód- ogromna, pogoniłby na pewno, gdyby był bez smyczy. Zapach (i tylko zapach- padok był za krzakami, nic sie tam specjalnego nie działo, ot konie stały)- konia w pobliżu- wielki strach. Widać ogromne braki w socjalizacji, wszystko co nowe=straszne. A nowe po adopcji będzie absolutnie wszystko- jazda autem, dom, zostawania samemu (juz teraz nie chce mnie puscić po spacerze- kładzie sie przy nogach i nie odmawia zaprowadzenia do boksu przez pracownika. to jest z jednej strony rozczulające, ale z drugiej- lęk separacyjny -juz przerabiałam, nie polecam-mam jak w banku). Zna tylko schron i nieużytki dookoła. I tu dochodzimy do sedna. Mam doświadczenie ze zwierzętami. Jako dwunastolatka wychowałam, nie najlepiej (mam się wtrącała i rujnowała wiele moich inicjatyw: nie karmić przy stole, nie brać do łóżka) jamnika. Miałam do czynienia ze zwierzakami po przejściach, ale albo to były koty, albo uczestniczyłam w tym jako kibic z daleka (studia- nie mieszkałam w domu rodzinnym). Czy dam radę wziąć tego psa i ewentualnie jeszcze jednego? Jak ten wyżej opisany rokuje? Chcę uratować jeszcze jakąś suczkę w jego wieku lub nieco starszą. W miarę podobną charakterologicznie. Mam warunki na dwa psy i ogromne chęci. Ale muszę je wziąć albo od razu dwa, albo tylko jednego- zwyczajnie drugi raz taka akcja nie przejdzie. Mąż po dłuugich namowach i zabiegach zgodził się na psa, wzięty z zaskoczenia może jakoś przeboleje dwie sztuki, pewnie nawet polubi jak go znam :) . Jednak nie pomoże- brak doświadczenia i checi. On jest zatwardziałym kociarzem. Pies ma być mój, moja radość i moje obowiązki. Boję sie naprawdę bardzo- że sobie nie poradze z parka i zostanę z dwoma niewychowanymi psami i mężem mówiącym "a nie mówiłem"? Jednak dwie uratowane istoty to dwa razy więcej niż jedna...a jest tam miła sunia siedmioletnia- jeszcze w dobrym wieku do adopcji, ale już niedługo pewnie bez szans wśród młodzieży :(
-
Ciąg dalszy- znaleziska (nie adopcje) mojej mamy. Prawie wykopaliska archeologiczne :P Adusia (poczatkowo- Dreda, potem Dredusia) jeden wielki kłąb skołtunionej sierści. Wiek- nieokreślony, ale na pewno nie młody- była w jednej ze swych ostatnich możliwych cieczek, a później- w kolejnej (której to już???) ciąży. Ponure, pozbawione miłości życie. Pełne rzucanych kamieni, głodu i odbieranych szczeniąt. Podczas łapanki ugryzła człowieka. W domu bała sie o szczeniaki- ugryzła mojego ojca. Kuliła sie pod kaloryferem gdy ktoś wyciągnął do niej rękę. Pozytywy? Ależ proszę bardzo, jest ich mnóstwo! Nigdy, ani razu nie załatwiła sie w domu. Po oswojeniu stała sie cichym cieniem naszego jamnika od którego pilnie i szybko nauczyła się pożądanych zachowań. Nigdy nie uciekła na spacerze, pomimo chodzenia bez smyczy, znosiła cierpliwie wszelkie zabiegi pielęgnacyjne (typ sznaucera- psi fryzjer konieczny). Wdzięczny, kochany, cichutki piesek. Druga staruszka u kresu życia - bezzębna paskuda. znaleziona przy ruchliwej szosie. Na pewno wcześniej miała dom. Po 1,5 roku przebywania w naszym domu NIE UMIEM W DALSZYM CIĄGU w razie nieobecności mojej mamy wyprowadzic jej na spacer- ogromny problem :( Gryzie wszystko (włącznie z właścicielka)-to dla niej taki sygnał ostrzegawczy "nie rób, nie dotykaj, zostaw" i histeryzuje. Ale- zdecydowanie żyje tylko dzięki (i dla) mojej mamy. Żyje jej miłościa i ciepłem, bo jedzeniem to już średnio. Mama ją toleruje a twierdzi, że nawet lubi :) Ale wychować sie nie da- jest za stara na przekupstwo smakołykami (prawie nic nie je), zabawa- dawno ją przestała interesować, uwaga przewodnika- ona i tak jak nie gryzie to śpi (lub sika na podłogę). Wszystkie metody zawodzą. Niereformowalna.
-
Żeby nie być gołosłownym- moje adopcje. Co prawda tylko kocie, ale jakieś doświadczenie w tym jest. Rudy-dorosły kot z adopcji z domu tymczasowego- pewny siebie egoista, od razu w domu czul się jak książę na włościach. Nie było z nim więzi, w końcu po kilku próbach udało mu się uciec. Jedyne zwierzę w moim życiu, z którym nie mogłam (mimo usilnych prób :( ) kompletnie załapać kontaktu. Rada: nie brać zwierzaka bo jest ładny. Bo jest potrzebujący. Bo ktoś go musi oddać. Bo nikt inny go nie weźmie. To jest po adopcji moje zwierzę i mój problem. Mam co brałam. Musi byc chemia między człowiekiem a zwierzęciem, inaczej jest ...przykro. Bo zwierzę jest nie po to, żeby tylko było. Człowiek dla zwierzaka też musi być czymś więcej niż tylko wydawaczem pełnej michy. Lucyna- dwulatka wzięta ze schronu w dużym mieście, milutka koteczka, którą zabrała choroba. Nigdy żadnych problemów. Taka jaka była w klatce- taka była w domu. Przytul mnie człowieku i kochaj. Edziu- podobno czteroletni, wzięty z tego samego schroniska po śmierci Lucysi. Wydany ze schroniska jako dorosły, niewykastrowany (nie wiadomo dlaczego? w końcu trochę czasu tam spędził) kocur. Cichy i bardzo spokojny. Reagował pozytywnie na głaskanie i śledził człowieka, był zainteresowany jego obecnością, ale to wszystko co można było wtedy o nim powiedzieć.Niczym sie nie wyróżniał. Gdyby nie pomoc pracownika nigdy z takiej ilości zwierząt nie wyłuskałabym mojego najlepszego przyjaciela. Bardzo się stresował podróżą do domu, kilka dni spędził w szafie. Później okazało się, ze to prawdziwy skarb, pięknie się otworzył. Trzeba mu było usunąć wszystkie zęby - zaawansowane zapalenie dziąseł. Nikt tego nie zauważył, nawet podczas zabiegu kastracji, na który go przywiozłam po adopcji (weterynarz nawet nie przyjrzał sie zwierzakowi...dopiero moja kuzynka- studentka zwróciła uwage na zaczerwienienie). Przeżył przeprowadzkę na wieś, gdzie było wiecej zwierząt- tam przesiedział 6 tygodni w szafie wychodząc do kuwety i na jedzenie. Pierwsze wyjście na zewnątrz - po roku. Teraz dobrze sie zaaklimatyzował, choć to taki typ, który zawsze w zwierzęcej hierarchii ląduje na samym dole. Ale wie, ze u pańci jest na samej górze :) Oprócz tych trafiały do nas znajdy- jako kociaki. Dwa dość przecietne, jeden niezbyt człowiekolubny. Jedna koteczka-powypadkowa- z miłości do mnie nabawiła sie lęku separacyjnego, nie można było jej zostawić samej w domu bo strasznie cierpiała. A kot tyle przeżył bólu w życiu i tak był spragniony obecności człowieka, ze trzymany przeze mnie na rekach nie zauważał, że mu robią zastrzyk....Ineczka była zwierzęciem idealnym- kochała jak pies, chodziła krok w krok, a wymagała tyle spacerów i tresury co kot, czyli nic :) Wnioski: dorosły zwierzak wspaniale dogada sie z człowiekiem. Więcej- wiadomo jaki ma charakter, czasem z słodkiego malucha wyrasta przecietne zwierzę. Przekonałam sie też, że pomimo tego, że zwierzęta nie do końca może wiedzą co to wdzięczność, ale te uratowane, zabrane ze złych warunków- wszyskie były (i są, w przypadku Edzia) wspaniałymi towarzyszami. Warto adoptować! Ale musi być to coś, co karze zabrać właśnie tego zwierzaka.
-
Witam, Niedługo do mojego domu trafi psiak ze schroniska. Szukałam informacji na necie, ale w gruncie rzeczy niewiele znalazłam...Po tym jak zwierzak znajduje dom, temat się urywa. A to jest właśnie to, co interesuje potencjalnych właścicieli - i tych już na wzięcie schroniskowej bidy, i tych co się wahają (może jednak pseudohodowla?). Bardzo proszę o odpowiedzi osoby, które mają zwierzę ze schronu o odpowiedzi na kilka pytań: - jak pies/kot zachowywał się w schronisku? Był przyjazny, wycofany, przestraszony, agresywny...? -w jakim wieku było zwierzę? -czy zwierzę miało traumę, złe przeżycia? -jak zachowywało się w domu? -ile zajął proces adaptacji? Podobno zajmuje 4-6 tygodni, czy to się potwierdza w praktyce? -czy pies po okresie adaptacji zachowywał się inaczej? -jakie i czy w ogóle pojawiły sie problemy (gonienie rowerów/kotów, agresja, ochrona zasobów...) -czy odnalazł sie w poschroniskowym świecie? Można psa zabrać na plażę, do tramwaju, boi sie hałasu? -czy są jakieś problemy, których nie udało się przepracować? -można coś pozytywnego :) Może uda sie obalić kilka mitów (stary pies nie nauczy się nowych sztuczek....) i oswoić temat adopcji -wielkiej niewiadomej.