Akirka86
Members-
Posts
344 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by Akirka86
-
Każda reguła ma swoje wyjątki. Dwa psy na smyczy też się nie pobawią...
-
Z tym dzieckiem to mi chodziło o przypadkowe potrącenie, bo stało na drodze do czegoś. To tylko przykład. I zgadzam się, że wychowanie to podstawa, którą większość społeczeństwa uważa za faneberię świrów od tresury psów. Nie mówię o smyczy jako metrowym pasku, który nie pozwala psu nawet na powąchanie ziemi po której idzie. Mam na myśli zastosowanie jako środek awaryjny, który niestety działa wyłącznie jeśli jest do psa przypięty. Nie musi natomiast ograniczać psa, który w warunkach publicznych i tak z reguły nie jest od nas zbytnio oddalony.
-
Podstawowym problemem jest w przepisach brak zdefiniowania "miejsca mało uczęszczanego". Jak dla mnie to jest odludny zakątek parku albo podmiejska łąka. Dla kogoś innego jest to skwerek 50x50 metrów przy osiedlowym parkingu. A przepisy dotyczące "ras niebezpiecznych" są odrębne w stosunku do przepisów prowadzania psów w miejscu publicznym. Kwestia agresji na smyczy przypomina trochę paradoks kury i jajka - czy pies jest agresywny bo jest ciągle na smyczy czy może jest na smyczy bo jest agresywny. W naszym kraju panuje mylne przekonanie, że pies agresywny taki po prostu jest i nie da się go zmienić, bo to jego charakter i koniec. I zapinają go na smycz, do tego kaganiec i uważają, że to załatwia sprawę. Jak pies powyżej 15kg rzuci się na smyczy to istnieje duże ryzyko, że się wyrwie właścicielowi, bo dłoń ma tylko ograniczoną siłę uścisku. A kagańcem można poturbować niewiele mniej dotkliwie niż zębami. To się wszystko zgadza. Sama mam psa, który jeszcze jakiś czas temu wykazywał agresywne zachowania wobec psów, ciężko pracowałyśmy, żeby to zmienić (podbiegacze nam sprawy nie ułatwiali) i dziś mija psy bezkolizyjnie, obwąchuje się z nimi, czasem pobawi się chwilę (choć szybko się nudzi), więc wiem, że psa można wychować, tym bardziej jeśli ma się go od szczeniaka. Ale każdego psa może coś zaskoczyć na tyle, że jakaś jego reakcja nastąpi, mniej lub bardziej akceptowalna. Smycz wtedy nie posłuży nam jako kotwica w związku z czym pies do Kowalskiego nie dopadnie (zresztą pies socjalizowany prawdopodobnie najpierw obszczeka albo powarczy), tylko daje nam nazwijmy to awaryjny bodziec przerywający, w postaci delikatnego szarpnięcia, które odwróci uwagę psa na moment i da nam możliwość ponownego skoncentrowania jego uwagi na nas. Natomiast jeszcze odrębną kwestią jest to czy pewność posiadania psa którego nic nie wyprowadzi z równowagi jest uzasadniona? Może to ja mam zbyt wybujałą fantazję, bo uważam, że odrębny gatunek w nienaturalnym dla siebie środowisku może zachować się w sposób przez nas niezaplanowany, nieprzewidziany, przez co może na nas i siebie ściągnąć kłopoty? I żeby nie było nie mam tu na myśli od razu Kowalskiego z rozszarpanym gardłem, ale chociażby przewrócone w biegu dziecko, któremu w gruncie rzeczy nic się nie stało, ale przez które nasz pies będzie "napiętnowany" (oczywiście użyte słowo jest przesadne, ale odzwierciedla niechęć do naszego psa jak już plotki wyolbrzymią zajście).
-
W sprzedaży są różne uchwyty mocujące smycz rowerową (czyli ogólnikowo pręt w bok od roweru żeby smycz się nie wkręciła i sama smycz - z reguły amortyzowana). Jest to trwałe umocowanie psa (w sensie dopóki sama go nie odepniesz) do roweru. Jeśli przypniesz psa, który się szarpie za gołębiem albo kotem, psem, czymkolwiek to skończysz z połamaną ręką/nogą/szczęką, wybitymi zębami, obdartą twarzą i wieloma innymi. Pies sam skomponuje zestaw zależnie od prędkości i kierunku szarpnięcia. Pies, który potrafi za czymś nagle skoczyć nie nadaje się do jazdy ze smyczą. Ale za miastem, luzem (o ile nie ponosi go za zwierzyną) to zupełnie inna sprawa.
-
No fakt, pod warunkiem, że jest z metryką...
-
No właśnie problem polega na tym, że względem prawa nie ma najmniejszej różnicy pomiędzy 2kg joreczkiem a 50kg kaukazem. Pies to pies. Jeśli joreczek czegoś nie musi, to kaukaza też to nie obowiązuje. Takie mamy prawo - i w drugą stronę, jeśli coś obowiązuje kaukaza to obowiązuje też joreczka. Względem prawa są sobie równe, co z oczywistych powodów jest głupotą samą w sobie, ale to już temat na inna dyskusję. I niestety mamy społeczeństwo w którym jak ktoś zobaczy, że nasz pies idzie luzem to myśli sobie "a dlaczego mam być gorszy" i to miałam na myśli pisząc o zdejmowaniu obowiązku. Według prawa pies to pies i dopóki nie pojawią się przepisy to rozgraniczające, to nie da się zwolnić z jakiegoś obowiązku niektórych psów. Póki co jest albo wszystkie albo żaden. Na samym początku posta zaznaczyłam, że celowo wyolbrzymiam. Z tym niemal też było celowo. Gdyby człowiek wiedział, że upadnie to by sobie usiadł. Nie da się wyjść z domu nie narażając się na różne niebezpieczeństwa od tych całkiem racjonalnych po te zupełnie niedorzeczne. Zresztą w domu też nas prąd może kopnąć... Chciałam przedstawić myślenie zwykłego Kowalskiego, który codziennie mija nasze psy. I ten Kowalski, bogaty w wiedzę z radia, telewizji i internetu wie o psach głównie to, że gryzą. I to z reguły dotkliwie (bo to sensacja, nikt nie chce słuchać o obszczekanym przechodniu bo to nudne, więc słychać tylko o tych dotkliwych przypadkach a już śmiertelne to rozkosz dla mediów). Tak więc Kowalski widząc psa bez smyczy zachowuje się nienaturalnie. Patrzy oczywiście w oczy, bo sprawdza gdzie pies patrzy, czy przypadkiem nie na niego. Jest nienaturalnie wyprostowany i ma odrobinę sztywniejszy chód (jest swojego zachowania zupełnie nieświadomy, bo to odruchowe). Jego zapach też się zmienia. No i wreszcie Kowalski idzie dokładnie nawprost nas. Nasz pies właśnie otrzymuje same wrogie sygnały. I tu absolutnie nie chodzi o fobie, o lęki i przykre doświadczenia. Tak nas wychowano - nie ruszaj pieska, bo może cie ugryźć. Społeczeństwo boi się psów, bo mu to wpojono od dziecka. Niestety oznacza to tyle, że dzień po dniu nasze społeczeństwo prowokuje nasze psy i one dzień po dniu muszą sobie z tą prowokacją radzić. Gdyby opracowano rozsądny (wiem - jest to pojęcie wyjątkowo względne) system szkolenia psów uwzględniający między innymi ten problem zakończony egzaminem i certyfikatem zwalniającym z obowiązku smyczy, taki pies (oznakowany w widoczny sposób - jakiś rzucający się w oczy znaczek) z czasem przestałby wzbudzać w ludziach niepokój. Choć tutaj oczywiście wszystko zależy od ludzi, a jak wiadomo z tymi u nas ciężko cokolwiek zdziałać. To co piszę to bajka o której możemy sobie pomarzyć, ale niestety dopóki tak nie jest to Kowalski nie odróżnia szkolonego psa od takiego z niepoważnym właścicielem i niestety swoim zachowaniem prowokuje psa do agresji. A my nie mając go na smyczy (czy na sprzęcie z półki ciemnej strony mocy) możemy tylko liczyć na to, że pies to oleje, a jeśli nie oleje, to nie mamy jak go powstrzymać.
-
Mi przychodzą trzy rzeczy do głowy. Tło nerwowe, z tego co piszesz rozumiem, że zaczęło się od psa sąsiadów a nie łapek - samookaleczanie może być przejawem frustracji (pozostaje pytanie co jest powodem). Tło bólowe, mam na myśli wszelkiego rodzaju zmiany zwyrodnieniowe w tych łapkach (u człowieka zmiany reumatyczne potrafią dać popalić), łącznie z dną moczanową, tu potrzebny byłby ortopeda. Trzecia rzecz jest bardzo mało prawdopodobna, ale jest forma nużycy objawiająca się właśnie w obrębie łapek. Powinny pojawić się jakieś widoczne zmiany skórne, ale zawsze warto sprawdzić. Co do alergii to eliminacja samych kabanosów nie rozwiązuje kwestii. Tutaj albo dieta eliminacyjna wyjaśnia sprawę albo testy.
-
Wszyscy się śmieją, ald parę słów wyjaśnienia by się przydało. Jeśli ktoś ma rejestrowaną hodowlę, to szczeniętom zostaje wystawiona metryczka, jako dowód ich pochodzenia. Jeśli ktoś bez rejestracji rozmnoży rasową parę, szczenięta nie mają prawa mieć metryki, czyli nie mają potwierdzonego pochodzenia. Taki pies w świetle przepisów nie jest psem rasowym. W opinii hodowcy jest to "pies rasowy nierodowodowy". W opinii właściciela - to już zależy od właściciela. Psiaka po rasowych rodzicach (lub takich "nierodowodowych") zwykle określa się jako psa w typie tej rasy. Podobnie zresztą jak psa po jednym rasowym rodzicu (czyli z reguły matka rasowa, ojciec nieznany) też często się tak określa jeśli wyglądem rasę przypomina (choć tu można się spotkać z określeniem mieszaniec w typie rasy). Psisko ze zdjęcia z kształtu i postawy wygląda jak shar-pei, choć ma dość mało fałdek (to moja opinia, ale z tego co słyszałam, zależnie od linii różny jest stopień pofałdowania). Jeśli pies nie ma metryki, to jest to jak najbardziej pies w typie shar-pei.
-
No właśnie w tym tkwi problem. Ty wiesz, że się na kogoś z nożem nie rzucisz, ale czy ten ktoś to wie? Pies jest istotą odrębnego gatunku, obdarzoną zdolnością myślenia i odczuwania emocji, a co za tym idzie, nigdy nie będzie w 100% procentach przewidywalny. Nawet jeśli będzie to 99,99% to nadal nie jest to 100. Nie zrozum mnie źle, Beatrx, uważam, że prawo jest w kwestii psów przesadnie zaostrzone, a społeczeństwo często nadwrażliwe. Absolutnie nie porównuję dobrze ułożonego, karnego psa z takim, który do właściciela wróci jak już mu się trawa znudzi. Nie chcę też zostać odebrana jako wariatka, która w każdym widzi potencjalnego nożownika i obwieszcza światu "nie znasz dnia ani godziny". Celowo teraz wyolbrzymiam sytuację, bo nie bez powodu mówi się, że najwyższą formą zaufania jest właśnie kontrola. Wielu właścicieli psa jest bardziej zaskoczona nagłą agresją swojego psa niż pogryziony. Nikt nie siedzi w głowie swojego psa, więc nikt nie może powiedzieć, że jego psa to nie dotyczy. Owszem, może ryzyko jest niemal zerowe, ale kluczowym słowem jest tutaj niemal, bo odbiera ono całkowitą gwarancję bezpieczeństwa. Brak wyrozumiałości społeczeństwa to inna sprawa. Jeśli jest duży park i wszyscy wiedzą, że w jednej jego części ludzie bawią się z psami, to można by sobie odpuścić piknik na kocyku w tamtym rejonie i pójść gdzieś indziej. Co nie zmienia faktu, że pies to pies, może być mniej lub bardziej obliczalny, ale nawet ten najlepiej ułożony nigdy nie będzie całkowicie przewidywalny, bo jest po prostu żywą istotą, podobnie zresztą jak człowiek. Nie zmienia to faktu, że puszczając psa ze smyczy pośród ludzi stwarzamy mniejsze lub większe, a czasem niemal żadne (to nadal nie jest stan zerowy) dla nich zagrożenie, na które ci ludzie mają prawo się nie godzić (bo nie ufają naszym psom tak jak my), podobnie jak władze miasta czy kraju w którym przyszło nam żyć. Pewne przepisy przedkładają bezpieczeństwo ogółu nad swobodę jednostki. Zdejmując obowiązek prowadzania psa na smyczy z siebie, zdejmujemy go także z kogoś, kto ma psa mniej ułożonego. Nie da się inaczej, bo kesteśmy równi wobec prawa. Aby to rozgraniczyć trzeba by wprowadzić dla psów jakiś egzamin i certyfikat zwalniający z takiego obowiązku. Tylko kto jest dostatecznie kompetentny by dokonywać takiej oceny i kto poniesie odpowiedzialność za pomyłkę w przypadku "psa certyfikowanego". Jakie kryteria przyjąć i czy taki egzamin da weryfikowalne wyniki. Na jak długi okres ten certyfikat wydać, bo najlepiej wychowanego psa da się łatwo zepsuć. Ty wiesz, że masz dobrze ułożonego psa, ale dla Kowalskiego, który Cię mija w parkowej alejce jesteś tylko inną Kowalską, jego nie interesuje Twoje zdanie na temat własnego psa (w końcu nie wie jakie masz doświadczenie), on chce widzieć fizyczną barierę uniemożliwiającą psu kontakt z nim samym. A biorąc pod uwagę ilość niewychowanych psów jego obawa jest w pełni uzasadniona. A dopóki tego typu egzaminów się nie wprowadzi to niestety wszystkie psy są w jednym worze, to nie ja je tam umieściłam. Ja tylko stwierdzam, że twierdzenie "mój pies jest bezwarunkowo posłuszny" nie może być prawdziwe, bo nie możemy w pełni kontrolować zachowanie innej żywej istoty.
-
Oj przypomina mi się rozmowa zasłyszana u weta. Pani miała pieska, z którego lało się tyłem i przodem (popuścił nawet w gabinecie), lekarz próbuje się dowiedzieć czy pies z tych śmieciożernych, co to wszystko z trawnika wciągną, a pani na niego z pretensją: czy on myśli, że ona za psem biega i mu pod pysk zagląda? Ona pod klatką czeka, pies sobie pochodzi przed blokiem, jak się załatwi to wraca - skąd ona ma wiedzieć? A w okolicy jakiś czas wcześniej grasował truciciel. Niby przestał, ale nikogo nie złapano, więc równie dobrze mógł wrócić. A odnosząc się do wcześniejszych dyskusji, to mi na myśl przychodzą te wszystkie wywiady z sąsiadami jakiegoś typa, który z niewiadomych powodów zaszlachtował dwójkę dzieci albo babcię. I ci sąsiedzi z reguły opowiadają jaki to był zawsze miły człowiek i pomagał, cichy, spokojny, komu by do głowy przyszło... I tak czytam sobie jakiego to każdy ma spokojnego, grzecznego i posłuchanego psa. No i właśnie sęk w tym, że to pies jest, zwierze, którego naturalnym środowiskiem nie jest miasto. Prawie wszyscy tutaj napisali, że ich pies jest bezwarunkowo odwoływalny. Co to w zasadzie znaczy mieć psa pod kontrolą? Nigdy nie ma się pełnej gwarancji, że pies z potulnego nagle (z sobie tylko znanego powodu) nie stanie się wobec kogoś agresywny (podobnie jak ten z sąsiedztwa co to zawsze spokojny był) i niestety "do mnie" może wtedy nie zadziałać. Tak właśnie rodzą się tragedie. Pies między ludźmi właśnie z tego powodu powinien być na smyczy, bo w swojej zwierzęcej naturze nigdy nie będzie w pełni obliczalny, minie potulnie 1000 psów, a tego 1001-wszego zaatakuje. I to nie my będziemy mieli kłopoty z tego powodu, my tylko zapłacimy mandat, pokryjemy koszty leczenia, a nasz pies do końca życia będzie widziany jako niebezpieczne bydle. Nieraz nawet przez nas samych. Właśnie z tego powodu rozumiem matki z dzieckiem, że mają obawy co do luzem biegającego psa. Dziecko ma inna koordynację, wykonuje nieprzewidziane ruchy, dźwięki, a my uważamy, że nasz pies na 100% nic sobie z tego nie zrobi. Skąd ta pewność? Czy trzymamy jego mózg za postronki? Ile matek jest rozczarowana tym że jej cudownie utalentowane, doskonale wychowane dziecko o nienagannych manierach cichaczem popala papierosy? A my mamy pewność, że doskonale ułożyliśmy stworzenie innego gatunku i pokładamy w nim pewność, że nigdy naszego wychowania i szkolenia nie zawiedzie. Nie chcę tu absolutnie demonizować psów, ale jeśli pies ma być blisko nas to równie dobrze można użyć długiej smyczy, która da mu nieco swobody, a jeśli chcemy go puścić, znajdźmy miejsce, gdzie nie ma ludzi (a przynajmniej możliwość spotkania jest minimalna). Wychodzę z psem jeszcze przed 7 rano i idę na pobliskie łąki, tam czasem spotkamy kogoś z psem i za obustronną zgodą psy (jeśli chcą, chociaż moja z reguły nie chce) pobawią się trochę. Nie dzieje się to jednak pomiędzy dziećmi i osobami trzecimi. Z drugiej strony jak taka "mamuśka" idąc z naprzeciwka zwraca mi uwagę, żebym trzymała psa (który idzie na smyczy i przy nodze, ale znajomi mówią mi, że ma takie budzące niepokój oczy), to bezczelnie jej odpowiadam żeby w takim razie ona też trzymała swojego dzieciaka. Kultura obowiązuje w obie strony. Jeśli ktoś wymaga z mojej strony nadmiernego ustępstwa, to spotyka się z brakiem uprzejmości. Potrafię zejść z chodnika na prośbę kogoś przestraszonego albo z trudnym psem, ale z drugiej strony, gdyby taka osoba się na mnie wydarła, to usłyszałaby, że po drugiej stronie ulicy też jest chodnik. Tak jak przepisy ruchu drogowego organizują poruszanie się aut i pozwalają ograniczyć ilość wypadków (których większość wynika z nieprzestrzegania tych przepisów), tak przepisy dotyczące psów zwiększają bezpieczeństwo społeczeństwa i samych psów. Dotyczą wszystkich psów i przez wszystkich właścicieli powinny być przestrzegane. I choć idealną sytuacją by były powszechne szkolenia psów (choć nieraz bardziej przydałoby się przeszkolić własciciela) i wyższa świadomość społeczeństwa, to jednak mamy to co mamy i żyjemy gdzie żyjemy. W społeczeństwie musimy obracać się w miarę bezkolizyjnie, przestrzegając przepisów, ale jednocześnie nie pozwalając by ktoś żądał od nas czegoś ponadto. Prosty przykład drogowy: oczekujemy, że auto zatrzyma się na czerwonym bo ma taki obowiązek i my możemy wtedy bezpiecznie przejść przez ulicę. Nie możemy jednak oczekiwać, że to samo auto będzie nas przepuszczać mając zielone. Otóż my jesteśmy tym autem i jak mamy zielone to jedziemy, ale jak mamy czerwone to powinniśmy grzecznie czekać.
-
Uwaga na temat dobrostanu psa stróżującego odnosiła się do psów firmowych, takich które pilnują składu złomu, warsztatu itp. - mam nadzieję, że nie odebrałaś jej osobiście. Są rasy, które źle się czują w pomieszczeniach i trzeba je trzymać na dworze - do takich warunków zostały wyhodowane. Może jakieś ultradźwięki (są takie na krety i gryzonie) zdałyby rezultat? Musiałabyś się najpierw upewnić, że pies nie będzie na nie reagował. Na pewno nic nie wywalczysz z psem. Musisz się pozbyć jeży z posesji.
-
Wronka, mi też nie podoba się idea pozostawiania psa samopas na kilka-kilkanaście godzin, kiedy biega po posesji. Niestety na tym polega rola stróżującego psa, jest to pies użytkowy, czy się to komuś podoba, czy nie. Jeśli brama posesji w dzień z różnych powodów jest otwarta, to pies za dnia siedzi w kojcu i dopiero w nocy może "rozprostować kości". Dobrostan tych psów to osobny temat, bo często pozostawia wiele do życzenia (od jedzenia zaczynając a na weterynarzu kończąc), co nie zmienia faktu, że są rasy nie nadające się do domu i przebywają na dworze. I tu można dyskutować czy wypuszczenie psa w nocy z kojca jest bardziej niebezpieczne niż w dzień? Oczywiście idealnie by było gdyby biegał pod nadzorem właściciela, ale to doprowadzi do sytuacji, gdzie pies będzie poza kojcem godzinę dziennie, a wtedy kojec właściwie niczym nie różni się od łańcucha. Kamieniem w psa w kojcu też da się rzucić (choć nie ulega wątpliwości, że jest trudniej), a jak ktoś będzie chciał poczęstować psa kiełbasą z gwoździami to wrzuci na posesję i piesek sobie zje pntem, jak już z kojca wyjdzie, a nawet pod nadzorem właściciela, który nie zauważy, że piesek coś łyknął pod krzaczkiem. W tej sytuacji jeże można chronić tylko trzymając je z daleka od psa.
-
U nas cerenia nie działa. Metodą prób i błędów doszliśmy do hydroksyzyny.
-
Anemia autohemolityczna - czy ktoś miał z tym styczność?
Akirka86 replied to Mary&Jożin's topic in Hematologia
Bardzo się cieszę, że nowe leczenie przynosi skutki. Czekam na dobre wieści o wynikach Jożina :) -
Jeśli chodzi o takiego typa to nic go nie powstrzyma. A 90% włamań to podrzędny złodziejaszek, który odpuści na widok psa "straszaka". Co nie zmienia faktu, że polowanie na jeża jest dla psa nagrodą samą w sobie i nie da się tego oduczyć tak łatwo. Trzeba by nocami siedzieć z psem i z nim trenować, a i tak pozostawiony po kilku miesiącach pracy sam zrobiłby swoje. Dużo lepszym pomysłem jest wzdłuż płotu na dole rozłożyć gestą siatkę uniemożliwiającą (a przynajmniej utrudniającą) dostanie się jeży na teren, gdzie przebywa pies. Poświęcić noc na wyłapanie tych jeży, które w ten sposób uwieziliśmy i wypuszczenie ich w jakimś bezpieczniejszym miejscu. To powinno ograniczyć problem
-
U suni rodziców stosowaliśmy początkowo artrofos (z dolfosu), potem artroflex, następnie osteoartristop, później arthrovet ha, a po nim arthrovet ha complex. Obecnie pies przyjmuje synomax, z którego jesteśmy najbardziej zadowoleni. Pies cierpi na zwyrodnienie stawów biodrowych (weterynarz po zrobieniu rtg na dysplazję stwierdził, że kąty są prawidłowe itd., w wieku około 5 lat pies zaczął kuleć, ostatecznie zawlokłam go do Wrocławia gdzie okazało się, że jedyne co można jeszcze zrobić to odnerwić panewkę - po pół roku niestety ból wrócił). Tak naprawdę na nogach trzyma psa kuracja cartrophenem vet co pół roku na zmianę z bonharenem. Pies co prawda co 3 m-ce przechodzi serię zastrzyków, ale dzięki temu chodzi i potruchta czasem i ograniczyliśmy rimadyl do 2-3 podań w tygodniu a nie codziennie... Natomiast spośród suplementów zdecydowanie najlepiej wypadł u niej synomax.
-
Ja na swojej w tym roku próbowałam ultradźwięki (urządzenie nazywa się tickless). Producent uczciwie informował, że brzęczek nie daje 100% skuteczności, ale zmniejsza ilość kleszczy. Znajomym psy łapały do kilka kleszczy na dzień, moja jednego na kilka dni. Co dla mnie i tak było za dużym ryzykiem (w moich rejonach króluje borelioza, babeszji jeszcze nie ma). Wetka namówiła mnie na vectra 3d. W połączeniu z brzęczkiem działa na tyle dobrze, że pies od dwóch tygodni nie miał ani jednego kleszcza. Rozwiązanie jest o tyle dobre, że ograniczam się do jednego preparatu chemicznego.
-
W sensie są aktywniejsze niż w dzień czy aktywniejsze od człowieka? ;)
-
Sprawdź jakie jest zboże w tej karmie hipoalergicznej (i przy okazji co to za marka karmy). Poza tym pies może mieć alergię na więcej niż jeden czynnik i to nie koniecznie z karmy. Inna sprawa, że wcale nie musi mieć alergii na pyłki. Pies nieleczony zaczyna reagować na czynniki, które w normalnych warunkach organizm by tolerował. Jeśli rodzice nie zgadzają się na testy, a karma nie działa (mam nadzieję, że pies jadł wyłącznie karmę i nic poza tym, nawet okrucha z podłogi), to niestety nie widzę innego rozwiązania jak sterydy, a szkoda psiaka, bo jak tak młodo zacznie to na starość odchoruje. Gryf80 dobrze radzi o kwasach, tylko coś porządnego - ja swojej podaję efa olie i omegatrin na zmianę, ale takich preparatów jest mnóstwo. Jeśli steryd to w połączeniu z hydroxyzyną, móżna wtedy w połączeniu z kwasami zejść na bardzo małą dawkę. Ale najlepiej by było znaleźć alergen, bo jeśli faktycznie to pokarmowa alergia, to wystarczy dieta i obejdzie się bez leków. W każdym razie również witam w klubie i powodzenia w leczeniu.
-
Nie bardzo rozumiem... Nulini, przedstawiasz swój problem, który wynika z tego, że psu nikt nie poświęca w ogóle czasu. Na rady polecające pracę z psem i poświęcenie mu czasu, odpowiadasz, że Ty czasu nie masz, a osoby które może by go miały, żałują go psu. Więc dwa pytania: 1. Jakiej rady właściwie oczekujesz? 2. Po co Wam w ogóle ten pies, skoro nikt nim się właściwie nie interesuje?
-
Anemia autohemolityczna - czy ktoś miał z tym styczność?
Akirka86 replied to Mary&Jożin's topic in Hematologia
Mary&Jożin, bardzo się cieszę i trzymam kciuki za dalszą poprawę. Teraz encortolon u weta to kwestia wysyłki z hurtowni leków. Moja wetka wypisuje mi receptę do zwykłej apteki. Na początku zasugerowała nawet, że jeśli mam znajomego lekarza, który zgodzi mi się przepisać receptę na mnie jako alergika to zapłacę wtedy 3zł z groszami za opakowanie w aptece. No ale nie mam takiegn lekarza więc płacę koło 13. Trzeba się pilnować, bo w aptece z reguły nie mają i próbują wciskać encorton, bo to jest to samo, ale przy mnie już się panie nauczyły, że muszą zamówić i albo jest popołudniu albo na drugi dzień rano. Ostatnio nawet pytały czy to będą stałe leki to by mi zamawiały regularnie żebym nie musiała czekać. Nie ma więc najmniejszego problemu z dostaniem leku i nie jest znowu taki drogi. -
Fipronil z powodzeniem jest stosowany przez wielu wetów przeciwko wszawicy u gryzoni. Podstawowa znajomość matematyki chroni te zwierzęta przed śmiercią. Co do pieska autorki. Szkoda psiaka, ale to nie fiprex go zabił. Daje skórne reakcje nadwrażliwości (zaczerwienienie, świąd, wyłysienie, nawet otwarte rany), alergię (objawy oddechowe albo skórne, czasem obrzęk, skrajnie nawet wstrząs anafilaktyczny), a w przypadku nadwrażliwości lub przedawkowania objawy są neurologiczne. Zaczyna się od światłowstrętu i nadreaktywności na dźwieki. Jedno i drugie się nasila, reakcja źrenic na światło zanika. Następuje brak koordynacji ruchów. Pojawia sie bladość i ataki przypominające padaczkę, coraz częściej, aż do utraty przytomności. Potem przyspieszony, nieregularny oddech i praca serca. Na koniec dochodzi do porażenia mięśni oddechowych i zwierzę się dusi. Widziałam takiego kota, tylko po permetrynie (właściciel zakropił kota ektoparem), ale przebieg jest identyczny. Anemia? Nie sądzę. Uważam, że to czysty zbieg okoliczności. Bardziej prawdopodobne są już nowotwory szpiku w zaawansowanym stadium (a mogło się zdarzyć, że nie było wcześniej objawów albo zwalało się na wiek psa), dowolne substancje hemolityczne. Skrajnie nawet ukąszenie węża (w co naprawdę szczerze wątpię, ale nadal uważam za bardziej prawdopodobne niż fiprex). U psa stwierdzono niewydolność narządów (nic dziwnego- produkty rozpadu krwinek są dla organizmu toksyczne) i skrajną anemię. Nie zmienia to faktu, że pies odszedł niezdiagnozowany i dziwię się wetom (bo właścicielkę w szoku mogę zrozumieć), że nie zrobili sekcji i nie wysłali wycinkow na toksykologię i histopatologię. Po zgonie nie trzeba się już śpieszyć z badaniami. Powiedzieli że to fiprex, bo głupio powiedzieć, że się nie wie co to było. VetArgo spokojnie mogłoby tych weterynarzy jak i autorkę oskarżyć o pomówienie i narażanie wizerunku firmy. Jeśli u psa pojawiają się jakieś objawy, psa się jak najszybciej kąpie, żeby usunąć resztę substancji zanim się wchłonie i pogorszy sprawę i do weta. Chyba, że pies ma duszności albo słabnie (wstrząs), wtedy od razu do weta. Część psów nie może sobie miejsca znaleźć po kropieniu, bo je po prostu szczypie miejsce podania.
-
Anemia autohemolityczna - czy ktoś miał z tym styczność?
Akirka86 replied to Mary&Jożin's topic in Hematologia
Kasikz - substancja nie jest ta sama. Prednizon musi zostać przetworzony do substancji czynnej przez wątrobę, co za tym idzie obciążyć ją dodatkowo. Co za tym idzie są też straty, bo nie ma tak, że wydajność procesu to 100%. U kotów w ogóle nie ma sensu podawać encortonu bo ten proces u nich prawie wcale nie zachodzi, co za tym idzie lek nie działa, ale skutki uboczne są, a więc wywołuje ją prednizon przed "przeróbką". Daje to taki efekt, że encortonu trzeba dać dużo, są więc silne efekty uboczne, żeby powstało dostatecznie dużo substancji leczniczej. Nie muszę dodawać chyba jaki sens ma podawanie encortonu przy obciążonej wątrobie. Natomiast prednizolon (encortolon) jest od razu substancją aktywną, dzięki czemu można go podać tyle ile trzeba od razu. On też niszczy organizm, ale mniejsza dawka to mniejsze zniszczenia. Moja wetka mi to tłumaczyła i mówiła, że uczą tego na zajęciach farmakologii na studiach, więc dziwi się czemu w ogóle ktoś używa encortonu. Ja tam zawsze przedstawiam wątpliwości, pytam o alternatywy i zasłyszane sposoby. Mam otwartą wetkę, która potrafi się przyznać, że o czymś nie słyszała, ale przy kolejnej wizycie jest już zaznajomiona z tematem, widać, że nie boi się innych rozwiązań niż ona z reguły stosuje. Cenię ją za to, bo nieraz też się spotkałam z zakazem doczytywania w internecie, bo tam same bzdury można tylko wyczytać. Mam nadzieję, że morfologia będzie lepsza. -
Ja używam urine free max. Zamówiłam u weta bo w sklepach nie było. Działa na wszystko. Mocz psa i kota (mamy pecha do zapalenia pęcherza) - w tym także takiego z krwią, wymiociny, wydzielina z gruczołów okołoodbytowych, a nawet dał radę z kocią lejącą się biegunką. Jedyna wada, trzeba po nim powierzchnię lekko przeprać, np. vanishem do dywanów.
-
A to nie jest przypadkiem tak, że ten owczarek jest szczeniaczkiem, który chce się włączyć do pieszczot? To dorosły pies? I na ile brutalnie traktuje yorka? Może to nie jest taka straszna sytuacja jak się wydaje? Pa-ttti dotknęła dość istotnej kwestii - jak to możliwe, że yorkowi jeszcze się nic nie stało?