-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
:diabloti:Taaa, bardzo, kurna, w porządku. Zamiast lewej półkuli mam maskę, zamiast prawej bagażnik, a pień mózgu zastąpił hamulec ręczny. Moja tępota bije rekordy, a panika sięga zenitu. Postanowiłam nie iść na egzamin, tylko wykupić jeszcze kilkanaście godzin jazdy. Ale to też mnie nie uspokoiło. Dobra lekcja pokory. To będzie najdroższy kurs w historii ludzkości. Bardzo jestem wdzięczna chrzestnej wróżce za wizytę poadopcyjną. Czekaliśmy do pierwszych siwych włosów Gareta, ale doczekaliśmy się w końcu! :multi::multi: A już myślałam, że to nigdy nie nastąpi...
-
No dobra, dobra, już nie marudź, Brzytewko. [FONT=Arial]Następnego dnia wstałam w stosunkowo niezłej formie, co mnie samą zaskoczyło. Bardziej zrozumiałe by było, gdybym przez pół dnia patrzyła głęboko i rzewnie w oczy muszli klozetowej...[/FONT] [FONT=Arial] W odróżnieniu ode mnie, Irena i Kaja, prowadzące paskudnie zdrowy tryb życia, charczały, smarkały i kaszlały patrząc na pokrywający się śniegiem świat załzawionymi oczami. Garet, w formie znakomitej, jak zawsze, polował na chusteczki do nosa porzucone przez Kaję, a w przerwach na koty ze szczególnym uwzględnieniem Marchwi. Wydobycie chusteczek z psa wymagało włożenia ręki po łokieć do jego przepastnego przełyku. Kotów na szczęście nie trzeba było wydobywać, radziły sobie same. [/FONT] [FONT=Arial] Odpowiedziałam optymistycznie na kilka sms-ów z zapytaniem o samopoczucie, ale z każdym spojrzeniem za okno mój optymizm wiądł jak róża od Kai. Optymizm Gareta i tulipan Ireny miały się świetnie. [/FONT] [FONT=Arial] -To mężczyźni powinni dawać kwiatki na Dzień Kobiet – oprotestowała Irena gest wnuczki.[/FONT] [FONT=Arial] -Ale jeśli ich nie ma... – Kaja wzruszyła ramionami. [/FONT] [FONT=Arial] Garet z fotela i Koleś usadowiony nad jego głową, na oparciu, obrzucili ją pełnym wyrzutu wzrokiem. Garet zerwał się, złapał swoją ukochaną, upiorną zieloną piłeczkę i przygrywając sobie skocznie popędził do drzwi wejściowych. Piskał sobie do popołudnia, kiedy to pojawił się kolega Kai. Z ulgą zamknęłam drzwi od kuchni słysząc popiskiwanie oddalające się na piętro. [/FONT] [FONT=Arial] Według zeznań Kai, wlazł na jej łóżko i komponował w głębokim natchnieniu umilając jej rozmowę z kolegą. Niespodziewanie do pokoju weszła Marchew. Już samo to było zdumiewające, że ta tchórzliwa, nieufna i zdziwaczała kotka odważyła się pojawić przy kimś obcym. Przemaszerowała, załamując się w pasie, z uwagi na złośliwie dobrane przez Naturę niepasujące do siebie części, aż do łóżka. Tam przez chwilę zawahała się, po czym zdecydowanym ruchem walnęła Gareta w zwisającą kitę. Garet na chwilę zamarł, ale widać doszedł do wniosku, że ma omamy, toteż na powrót podjął przerwany utwór. Marchew zastrzygła uszami i trzepnęła go łapą w udo. Biedna psina z zaskoczenia otworzyła paszczę, piłeczka wypadła, a Marchew aroganckim krokiem naćpanego kuca opuściła pokój. Widocznie dźwięki wydawane przez upiorną piłeczkę budzą w niej niepohamowaną agresję. Możliwe, że chodzi o zazdrość zawodową, bo sama wydaje trudne do zniesienia piski na granicy słyszalności, od których pękają plomby w zębach i zwijają się włoski w nosie. [/FONT] [FONT=Arial] -Idę wieczorem do Klaudii – oznajmiła radośnie Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] -A ja idę do Magdy – oświadczyłam ponuro. [/FONT] [FONT=Arial] -Nic nie mówiłaś?[/FONT] [FONT=Arial] -Bo nie wiem, czy pójdę. Patrz, jaka pogoda. Poza tym moja potrzeba kontaktów towarzyskich na ten kwartał została zaspokojona wczoraj. [/FONT] [FONT=Arial] -Och, mamuś! – Kaja spojrzała na mnie z wyrzutem. [/FONT] [FONT=Arial] -No tak, wiem, wiem. Jestem nietowarzyska, izoluję się i tak dalej. Gdyby nie chodziło o kochaną, słodką Magdę, znalazłabym ze sto racjonalnych wykrętów – wymamrotałam spoglądając za okno. Z szarego nieba powoli, majestatycznie spływały płaty śniegu wielkości spodeczków pod filiżanki. Drogę miały krótką, bo od rana napadało śniegu po kolana, a miniony dzień, przedstawiwszy się jako kapryśny uśmiech wiosny, odpłynął w niebyt.[/FONT] [FONT=Arial] -Ale wrócę szybko – obiecałam. – Nie można zostawić chorej babci z chorym z porzucenia Garetem. [/FONT] [FONT=Arial] Zaczęłyśmy się przygotowywać do wyjścia. Kaja z entuzjazmem, ja niemrawo i niechętnie. [/FONT] [FONT=Arial] Po piętnastu minutach marszu i ślizgania się po zaśnieżonych chodnikach byłam mniej więcej na miejscu. To znaczy, między właściwymi blokami. Zainkrustowana śniegiem, potykając się o miliony nierówności, błąkałam się jak beznadziejnie zaplątana w białej, aksamitnej kurtynie kombinując, czy to ma być 10/15 czy 15/10, czy 8/9 czy 9 przez cholera wie co... Za każdym razem mam tak samo! Narastająca złość nie pozwoliła mi na dostrzeżenie powalającego uroku wiosennej zimy. Wreszcie poddałam się i skorzystałam z telefonu. Okazało się, że obszedłszy całe osiedle, stoję pod właściwym blokiem. Otworzył mi Jarek. Przez długą chwilę strząsałam z siebie kilogramy białego puchu, usiłując coś dojrzeć przez zaparowane okulary.[/FONT] [FONT=Arial] -Boże, mogłaś zadzwonić, przyjechałbym po ciebie! Myślałem, że przywiezie cię Artur![/FONT] [FONT=Arial] -Artur?! A skąd ci taki idiotyzm przyszedł do głowy?! – warknęłam ironicznie. Sama myśl o tym, że Artur kurtuazyjnie i spontanicznie proponuje podwiezienie, wywołała ponury rechot. Owszem, nasz kolega bardzo chętnie podwozi, jeśli jedzie w tym samym kierunku i człowiek mu wpadnie na maskę. Nie wynika to bynajmniej z braku życzliwości, tylko ze zbyt skomplikowanego procesu przejścia z „ja” na „ty”, czyli czegoś w rodzaju empatii. Gdybym wyraźnie poprosiła, żeby mnie podwiózł, na pewno by to zrobił. [/FONT] [FONT=Arial] Obrzuciłam Artura nieprzyjaznym spojrzeniem, przywitałam się serdecznie z Magdą i Luckim oraz Hitchcockiem, zerknęłam na papugi i usiadłam obok Renaty, lśniącej przepięknym, nowym kolorem włosów. Panowie i w tym roku wykazali się pamięcią – Artur obdarzył nas na Dzień Kobiet lizakami w kształcie serduszek, Jarek pięknymi bombonierkami czekoladek. [/FONT] [FONT=Arial] Odmówiłam wina, za to z przyjemnością zażerałam się kopytkami z kapustą duszoną na żeberkach. Na zdrowy rozum powinnam była zrobić odwrotnie...[/FONT] [FONT=Arial] Rozmawiałam głównie z psem i Hitchcockiem, byłam obrzydliwa do tego stopnia, że sama straciłam do siebie cierpliwość i chyba wszyscy odetchnęli, gdy Magda dość wcześnie odwiozła mnie do domu. Stanowczo, w takim nastroju nie powinnam była wybierać się na imprezę. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy wróciłam , Irena już spała, a Garet warcholił się na legowisku usłanym z mojej bluzy, jednego zimowego buta oraz Kai spodni od dresu, dżinsów i sportowego stanika. Moja nocna koszula skromnie tuliła się do drzwi wejściowych wspierana przez jedną skarpetkę i utytłany w kocim moczu jedwabny szlafrok. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy wyczerpał mi się zasób inwektyw, wpełzłam do łóżka, nie zważając na potrzeby Gareta wychodzenia przez wszystkie drzwi natychmiast i jednocześnie. Zostawiłam go łkającego w zimowy pejzaż na parapecie. [/FONT] [FONT=Arial] Gdy obudziłam się trzy godziny później, o pierwszej, Garet spał na kanapie, co świadczyło o tym, że Kai nadal nie ma. Zrzuciłam z poduszki na podłogę pantofel mojej córki oraz wełnianą poduszkę Ireny i powędrowałam do łazienki, po drodze wpadając w śmiertelnie niebezpieczny poślizg na kawałku kurzego udka. [/FONT] [FONT=Arial] To, oraz poczucie winy (ależ potrafię być odrażającą suką!) rozbudziło mnie całkowicie. Garet, również przebudzony, mlaskał na kanapie. Z rodzaju dźwięków wywnioskowałam, że z czułością liże sobie łapę. Nagle poczułam się straszliwie samotna. [/FONT] [FONT=Arial] -Garecik, chodź do mamusi! – zaskamlałam prosząco. [/FONT] [FONT=Arial] Częstotliwość mlaskania nie uległa najmniejszej nawet zmianie. [/FONT] [FONT=Arial] -Garecik? No chodź, chodź! Dziubuś! – uderzyłam ponaglająco dłonią w materac. [/FONT] [FONT=Arial] Garet nadal mlaskał w tym samym, bezlitosnym rytmie. No, to się nazywa mieć posłuch u psa![/FONT] [FONT=Arial] Zagwizdałam przez zęby. Zakląskałam. Cmoknęłam. Zachrumkałam. Zakwiczałam. Podrapałam paznokciami w poduszkę. Załomotałam bambusowym parawanem. [/FONT] [FONT=Arial] -Mlask, mlask.[/FONT] [FONT=Arial] Zasyczałam. Zawarczałam.[/FONT] [FONT=Arial] -Mlask, mlask.[/FONT] [FONT=Arial] Zamiauczałam. Jęknęłam.[/FONT] [FONT=Arial] -Mlask, mlask. [/FONT] [FONT=Arial] -GARET!!! DO NOGI!! CHODŹ TU NATYCHMIAST!!![/FONT] [FONT=Arial] -Mlask, mlask. [/FONT] [FONT=Arial] -A wal się, ty czarny egoisto – warknęłam zrezygnowana i przewróciłam się na drugi bok.[/FONT] [FONT=Arial] -O Boże, gdyby ktoś to usłyszał...- westchnęłam w przypływie samokrytycyzmu. [/FONT] [FONT=Arial] -Mlask, mlask... [/FONT] [FONT=Arial] Zasnęłam o czwartej, gdy wróciła Kaja, a Garet ogonem zaczął demolować kuchnię. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
[FONT=Arial]12.03.2009 czw.[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]DZIEŃ KOBIET I NIE TYLKO[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Jestem adoptowanym dzieckiem. Pracuję w jednej instytucji, ale moje miejsce pracy mieści się w innej. Sytuacja ta wynikła z ciasnoty lokalowej. Budynki mają fatalną właściwość – są sztywne i nie da się ich rozciągnąć. Kocham swoją rodzinę zastępczą i w gruncie rzeczy żyję jej życiem, a i pod względem merytorycznym moja praca jest związana bardziej z nią niż z instytucją macierzystą. Współpraca układa nam się znakomicie. [/FONT] [FONT=Arial] -Ty słyszałaś, jak Ewa się męczyła wczoraj z tym głuchym? – zagadnęła mnie szefowa rodziny zastępczej, zanim zdążyłam wydostać się z kurtki. [/FONT] [FONT=Arial] -No, częściowo słyszałam, bo mnie ryki zdekoncentrowały. [/FONT] [FONT=Arial] -Radziłam jej, żeby pisała mu dużymi literami na kartce, ale wrzasnęła, że on jest również ślepy... No i nigdzie go nie mogę pokierować, dopóki nie zrobi operacji oczu. [/FONT] [FONT=Arial] -Patrz, a przysięgłabym, że Ewę jednak zobaczył... gapił się na nią z wyrazem absolutnego uwielbienia na twarzy. [/FONT] [FONT=Arial] -A weź, przestań. Joaśka, załatw mu jakieś słuchawki. [/FONT] [FONT=Arial] Zamarłam z kubkiem w ręku. Kawy jeszcze nie piłam, niż wgniatał w ziemię, więc poniekąd moje otępienie było usprawiedliwione. Słuchawki... jakie, kurde, słuchawki?![/FONT] [FONT=Arial] -Aaaa, aparat słuchowy – odetchnęłam z ulgą.[/FONT] [FONT=Arial] -No przecież mówię...[/FONT] [FONT=Arial] -To nie tak. Najpierw laryngolog, potem dofinansowanie z NFZ, a potem dopiero z PFRON-u. A zresztą może on ma aparat. Trzeba zapytać... o, właśnie, Ewa! Ten klient, któremu proponowałaś opiekunkę na obiad, to ma aparat słuchowy? [/FONT] [FONT=Arial] Ewa zamarła w drzwiach z wyrazem rozpaczy na twarzy. [/FONT] [FONT=Arial] -Ma! I co z tego, że ma, jak go nie będzie nosił. Uparł się i nie będzie.[/FONT] [FONT=Arial] -Może go trzeba jakoś nakłonić – zaproponowała optymistycznie szefowa. [/FONT] [FONT=Arial] -Moja mama też nie chce nosić. Za nic w świecie. Podobno jednak ta jakość dźwięku jest fatalna i to denerwuje. Woli nie słyszeć – powiedziałam z przygnębieniem. [/FONT] [FONT=Arial] -Mój ojciec też nie chce – potwierdziła Ewa. [/FONT] [FONT=Arial] -No, ale dajcie spokój, ślepy jest i głuchy ma być? Może jednak da się namówić. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie będzie nosił, bo słyszy głosy – Ewa energicznie ruszyła do swojego biurka. [/FONT] [FONT=Arial] -Twoja mam też słyszy? – zaciekawiła się szefowa. [/FONT] [FONT=Arial] -Tylko ryczące...[/FONT] [FONT=Arial] -Słyszy głosy, bo ma schizofrenię! – zirytowała się Ewa. [/FONT] [FONT=Arial] -O Jezu... - wymamrotałam stłumionym głosem. Nagle przypomniała mi się Grażyna spazmująca w palarni. Chrząknęłam i pospiesznie zapanowałam nad twarzą. – Ciekawe, że bez aparatu mu odpuszczają... [/FONT] [FONT=Arial] -Już sama nie wiem, co mam z nim zrobić! – jęknęła Ewa. –Ślepy jest, głuchy, słyszy głosy i jeszcze ma zepsute zęby, a bez zębów nie zoperują mu oczu!!![/FONT] [FONT=Arial] Stłumiłam skowyt i runęłam w drzwi, ale zamiast do kuchni popędziłam do łazienki, bo jest bliżej i bardziej ustronna. [/FONT] [FONT=Arial] I jak tu nie kochać takiej rodziny zastępczej? Jednakże na zaproszenie do karczmy z okazji Dnia Kobiet w pierwszym odruchu odmówiłam. Paskudnie nietowarzyska jestem, poza tym w piątek miałam być w Krakowie, do karczmy publicznymi środkami lokomocji dojechać się nie da, musiałabym miotać się busami tam i z powrotem, a ostatnie kilometry pokonać na nogach... Argumentów miałam mnóstwo. [/FONT] [FONT=Arial] -Weź, Aśka, nie rób jaj. Wysiądziesz na przystanku i ktoś po ciebie podjedzie – fuknął zniecierpliwiony Paweł. [/FONT] [FONT=Arial] Nie potrafiłam odmówić naszemu jedynemu mężczyźnie. A zresztą, postanowiłam, będę obchodzić Dzień Kobiet, dopóki jeszcze da się rozpoznać płeć. Ostatecznie to tylko dzień, jak przytomnie zauważył Sztaudynger „Obchodzimy ku chwale Ojczyzny jeden Dzień Kobiet, cały rok mężczyzny”. [/FONT] [FONT=Arial] Wskutek tych decyzji, czwartkowe popołudnie spędziłam na ciężkiej pracy, której efektów i tak nie było widać, mianowicie zajęłam się sobą. Zafascynowany Garet deptał mi po piętach i właził pod nogi, domagając się zwykłej porcji czułości. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy, zezując do małego lusterka, usiłowałam sobie wyregulować brwi, wlazł na ławę, stamtąd na stół, i zdecydowanym krokiem ruszył w moim kierunku, zapewne po to, żeby obdarować mnie buziakiem. Niestety, na drodze stanęła mu miseczka z migdałami. Przestraszony łoskotem, z jakim wypróżniła się na podłogę, szarpnął się i wysłał w kuchenny kosmos mosiężny dzban z różami z jesiennych liści. Nie wybiłam sobie oka, ale wrzasnęłam i zaklęłam paskudnie, zrywając się z fotela. Garet natychmiast zsunął się ze stołu na moje miejsce i spłoszony wachlował rzęsami rzucając mi rozżalone spojrzenia. Nie dość, że jakieś paskudztwa rzuciły się na niego, to jeszcze mamusia krzyczy... [/FONT] [FONT=Arial] Wycałowałam szlachetną myśliwską mordkę i wszystko wróciło do normy. Mogłam zająć się poszukiwaniem jakichś preparatów do twarzy. Zestaw do peelingu okazał się przeterminowany, poza tym wyrzuciłam polską ulotkę, a francuskiego nie znam. Udało mi się za to znaleźć maseczkę oczyszczającą „under 20”, co stropiło mnie tylko na chwilę. Zanim zaschła, przykleiłam sobie włosy do twarzy, okulary do nosa i usta do Garetowego czoła. Odrywanie większości było bolesne. [/FONT] [FONT=Arial] Odebrałam Garetowi szpulkę nici, którą mamlał dyskretnie na ławie i wypuściłam go do ogrodu. Nałożyłam sobie na włosy natłuszczający olejek amla i zabrałam się za paznokcie. Okazało się, że lakier wysechł. [/FONT] [FONT=Arial] Zapadł późny wieczór, Garecik padł jak ścięty, a ja byłam mniej więcej w połowie. Jezu, skąd kobiety biorą tyle czasu?! Wreszcie weszłam pod prysznic i spłukałam z siebie wszystko. Przynajmniej tak mi się zdawało. [/FONT] [FONT=Arial] W nocy męczyły mnie okropne koszmary na temat Gareta. Musiałam wydawać straszne dźwięki, bo psina porzuciła kanapę i wlazła do łóżka, spychając mnie na peryferie. Przytulał się tak słodko, że zrezygnowałam ze snu i czochrałam go z twarzą wtuloną w grzywę na karku. W rezultacie wstałam wcześniej, niż zamierzałam. I całe szczęście. [/FONT] [FONT=Arial] Wypuściłam Gareta do ogrodu, żeby przepłoszył wszystkie upiory, które tam się w nocy zalęgły, nałożyłam mu mięso na miskę i weszłam do łazienki. Jezu. Wzdłuż twarzy spełzały mi, bez wątpienia, znakomicie natłuszczone włosy. A przecież myłam je w gorącej wodzie! Może użyć płynu do mycia naczyń?[/FONT] [FONT=Arial] Wpuściłam roześmianego Gareta popiskującego na wyszczerzonej piłeczce bez oczu i zajęłam się włosami. Przed wyjściem z domu byłam mniej więcej w zwykły sposób sucha. Kaja na szczęście wygrzebała się wcześniej z wyra i przyjechała przed południem, więc Garecikowi nie groził zespół porzucenia. [/FONT] [FONT=Arial] Impreza w karczmie udała się znakomicie. I tak już zgrani, zbliżyliśmy się jeszcze bardziej. Po każdym kuflu piwa rosła nasza wzajemna miłość. Pękaliśmy ze śmiechu, a pod koniec nawet próbowaliśmy śpiewać. Na szczęście był to już ten etap, kiedy nie zwraca się uwagi na występy innych, a krytycyzm wobec własnych spada do zera. Wszystko grało, oprócz jedzenia. Zamówiliśmy dwa korytka z grilla, co na kilkanaście osób okazało się wystarczające. Na dnie korytka leżało tak na oko z dziesięć kilo pieczonych ziemniaków, na nich grillowane mięso. Gatunek nie miał znaczenia, bowiem smak i zapach każdy umęczony kawałek miał identyczny. Zapakowałam tego sporo do reklamówki, Garet nawet nie grymasił. Przynajmniej, o ile pamiętam... c.d.n.[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
[FONT=Arial]CZYSTE RADOŚCI MOJEGO ŻYCIA[/FONT] [FONT=Arial]04.03.2009 środa[/FONT] [FONT=Arial]Nasz ulubiony kolega postanowił zmienić zawód. Stara się o pracę w policji. Według mojej oceny ma wszelkie predyspozycje do tego, aby zostać modelowym policjantem nowej ery.[/FONT] [FONT=Arial]Jest dojrzałym trzydziestoparolatkiem, mądrym, wykształconym, inteligentnym, zrównoważonym, spokojnym, o właściwej samoocenie i znakomitej prezencji. Hm, jest aż „zbyt...”. Zbyt dojrzały, zbyt mądry... patrz wyżej. I do obrzydliwości normalny. [/FONT] [FONT=Arial]Zaniepokoił go, i słusznie, sławny test psychologiczny, Multiselekt, na którym wykłada się najwięcej kandydatów. W rezultacie postanowiliśmy go przeanalizować wspólnie. [/FONT] [FONT=Arial]Najpierw przez trzy godziny zeskrobywałam wybałuszone oczy z monitora rozwiązując test i tłumiąc na przemian jęki grozy, histeryczny chichot i okrzyki zachwytu. Jeśli nie układał go student pierwszego roku, to uczył się metodologii u kowala. Wcale się nie dziwię, że przeciętny kandydat dostaje przy tym automatycznej lobotomii. Ba, znalazłam nawet notkę w Internecie, w której doktorant skarżył się, że test oblał. [/FONT] [FONT=Arial]Przesłałam ten wysokiej klasy twór do Kai, żeby też rozwiązała. Miałyśmy niemal stuprocentową zgodność. Zarówno w odpowiedziach, jak i w ocenie. [/FONT] [FONT=Arial]Pewnego wieczoru spotkaliśmy się w czwórkę – socjolog, psycholog, kandydat i Garet. [/FONT] [FONT=Arial]Garet zadbał o atmosferę – odpracowawszy serdeczne, pełne ognia powitanie, którego ofiarą padła większa część umeblowania kuchni, lżejsza od kwintala, nie ustawał w wysiłkach, aby pocałować kandydata. Głaskanie i drapanie okazało się niewystarczające, z uporem wskakiwał na stół usiłując tą drogą na skróty dostać serdecznego buziaka. Wskakiwał z ławy, na której siedziałam. I tak cudnie wyglądał na tym stole... [/FONT] [FONT=Arial]-Mamuś, zrób coś! – zirytowała się Kaja. –Przynajmniej udawaj! – zgromiła mnie wzrokiem, kiedy z rozczuleniem wpatrywałam się w wielkie psisko machające potężną kitą i usiłujące skoczyć ze stołu wprost w objęcia naszego ulubionego kolegi. [/FONT] [FONT=Arial]-Ten stół w końcu nie wytrzyma! – spróbowała z innej beczki. [/FONT] [FONT=Arial]-A skąd, to solidna, holenderska robota! – odparłam optymistycznie. [/FONT] [FONT=Arial]-Ale obliczona na filiżanki z kawą, a nie na miotające się czterdziestokilogramowe cielsko! – warknęła i głębiej wtuliła się w fotel. [/FONT] [FONT=Arial]Gareta wystarczy przeczekać. Hamowanie jego amoku to jak gaszenie pożaru lasu bejsbolówką. W końcu dał za wygraną i padł na podłogę, gdzie po chwili głęboko zasnął. [/FONT] [FONT=Arial]Przystąpiliśmy do analizowania testu. Kaja, na którą nieopatrznie liczyłam, z minuty na minutę popadała w coraz głębszy letarg. Ograniczyła się do komentarza, że złamano wszelkie zasady układania testów psychologicznych. Mrugała oczami jak sowa i obawiałam się, że lada moment po prostu zaśnie, dołączając do Gareta w krainie marzeń. [/FONT] [FONT=Arial]W tej sytuacji ciężar wyjaśniania spadł na mnie. Tłumaczyłam, jakie cechy osobowości, predyspozycje i potencjalne patologie bada każde z pytań, po dwusetnym zaniechawszy komentarzy na temat pirackiej inwencji twórczej autora. Jednocześnie ożywiałam się coraz bardziej, nawet nie próbując hamować wesołości. Nareszcie popadłam w stan permanentnego, wręcz histerycznego rozbawienia. Bolały mnie mięśnie twarzy, bolał brzuch, rechotałam, chichotałam, parskałam i wyłam. [/FONT] [FONT=Arial]Nasz ulubiony kolega zachował spokój, co jakiś czas komplementując mnie, jak dobrze wszystko tłumaczę. Poradziłby sobie z palcem w nosie bez mojej pomocy, toteż już w połowie nie wysilałam się zbytnio. [/FONT] [FONT=Arial]-„Moja dusza opuszcza czasem ciało” – przeczytał nasz ulubiony kolega, zerkając na mnie ze zdumieniem wynikłym z tego, że tak idiotyczne pytanie mogło komuś przyjść do głowy.[/FONT] [FONT=Arial]-Lepiej nie – zasugerowałam słabym głosem. [/FONT] [FONT=Arial]-„Czasem odczuwam szczególną wrażliwość na szczycie głowy”...?[/FONT] [FONT=Arial]-Gdy otwiera ci się czakram – podpowiedziałam radośnie. –Może też być tak, że tamtędy usiłuje wygrzebać się dusza...[/FONT] [FONT=Arial]-„Często słyszę głosy, które nie wiem, skąd pochodzą”? [/FONT] [FONT=Arial]- Raczej nie – zachichotałam.[/FONT] [FONT=Arial]-„Często chciałbym być dziewczynką”... Nie...[/FONT] [FONT=Arial]-„Kiedy ludzie proszą mnie, żebym coś zrobił, nie potrafię im odmówić”... tak.[/FONT] [FONT=Arial]-No coś ty, poproszę cię, żebyś wybił okno mojemu sąsiadowi, bo mnie wkurzył, a ty to zrobisz?![/FONT] [FONT=Arial]-Tak, dla ciebie zrobię wszystko – odparł pewnym głosem nasz ulubiony kolega.[/FONT] [FONT=Arial]-Ale sąsiad ma dziewięćdziesiąt lat, jest bezradnym staruszkiem![/FONT] [FONT=Arial]-Jeśli ty mnie o to poprosisz, to to zrobię – zadeklarował.[/FONT] [FONT=Arial]-Jezu, nie!!! – jęknęłam, walcząc z zachwytem i poczuciem sprawiedliwości. -No dobra. Wyobraź sobie, że łapiesz włamywacza na gorącym uczynku. A on mówi – Panie władzo, potrzymaj mi pan wytrychy, bo wolnej ręki nie mam![/FONT] [FONT=Arial]-No... nie![/FONT] [FONT=Arial]-No właśnie – odetchnęłam z ulgą.[/FONT] [FONT=Arial]Nasz ulubiony kolega dzwonił, że test poszedł mu dobrze. Przed nim jeszcze inne etapy rekrutacji. [/FONT] [FONT=Arial]Wiosna rodzi się wyjątkowo boleśnie i bez słońca. Domyślam się, że się zbliża, bo teraz nie wstaję w środku nocy, tylko o sinawym świcie. Garet zwleka się jeszcze bardziej niechętnie, niż ja. Czasami muszę go zachęcać do inspekcji ogródka, musi się przecież wysikać. Gdyby miał czekać, aż babcia wstanie, uszami by mu wyszło. Bliżej mamy do drzwi balkonowych w pokoju Ireny niż przez piwnicę i jest to ulubiona droga Gareta. Ożywia się już w progu pokoju. Promiennym wzrokiem odpowiada na niechętne spojrzenia kotów, drzemiących w różnych miejscach. Ten, który leży na parapecie, ma przegwizdane. Garet odwraca głowę w kierunku łóżka, a upewniwszy się, że babcia śpi, przez kilka sekund toczy walkę z lepszą częścią swojej natury. Szybko wygrywa i z szerokim uśmiechem na pysku skacze znienacka przednimi łapami na lokatora parapetu. Przeważnie jest to Liszka, która wypryskuje w górę jak wyrzucona z katapulty. I dobrze jej tak, leje mi świnia przy kanapie. [/FONT] [FONT=Arial]-Dobry piesek – mamroczę z wdzięcznością...[/FONT] [FONT=Arial]Posępna pogoda sprawia, że coraz bardziej chce mi się jakiegoś urlopu. Gdyby nie to, że jest mi tak dobrze w pracy, pewnie bym już gniła w domu goniąc miotłą koty i wypuszczając Gareta wszystkimi drzwiami. [/FONT] [FONT=Arial]Siedzimy we cztery w naszej piwnicy, ostatnio, po wymianie oświetlenia, nawet przyjemnej. No, nie przesadzajmy. Ale jasnej. I zawsze znajdzie się parę minut na babską rozmowę w ramach higieny psychicznej. Nie mam wprawy w babskich rozmowach, więc biorę udział raczej w tych z rodzaju ogólnoludzkich. Jakby odrobinę mniej dzika się zrobiłam...[/FONT] [FONT=Arial]Ostatnio, tknięte nostalgią, recytowałyśmy zgodnie [I]Inwokację[/I], potem [I]Stepy Akermańskie[/I], a skończyło się na piosenkach z Kabaretu Starszych Panów. Na szczęście nie posunęłyśmy się do śpiewu, bo klienci by pouciekali. [/FONT] [FONT=Arial]Dziś rozmyślałam nad projektem nowej strony internetowej, toteż wyłączyłam się całkowicie. Ocknęłam się dopiero na okrutne, acz życzliwe wrzaski Ewy. Stała nad najwyraźniej niedosłyszącym klientem i rycząc, proponowała mu różne rodzaje pomocy. Szybko. Chciałam jej jakoś dać znać, że powinna mówić niekoniecznie tak, żeby ją słyszeli w Katowicach, za to wolniej, ale nie miałam jak. [/FONT] [FONT=Arial]Grażyna niebezpiecznie poczerwieniała na twarzy.[/FONT] [FONT=Arial]Klient siedział na krześle z łagodnym uśmiechem i wpatrywał się w naszą piękną Ewę zbaraniałym od zachwytu wzrokiem. Tenże wzrok oraz bezowocność wysiłków spowodowały, że Ewa zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej i szybciej dochodząc nareszcie do niebezpiecznych skrótów myślowych. [/FONT] [FONT=Arial]Wyszłam do palarni. [/FONT] [FONT=Arial]-Chce pan, żeby opiekunka społeczna przychodziła na obiad?!!! – wrzasnęła troskliwie. Niemal równocześnie z tym okrzykiem do palarni wpadła Grażyna i wybuchnęła nieopanowanym śmiechem. Zgięta wpół ryczała, jęczała i płakała. [/FONT] [FONT=Arial]-Iii... chłop nie ma co jeść, a ona... ona chce mu jeszcze przysłać... babę na obiad – wycharczała. –Jezus... nie mogę... żeby mu resztki wyżarła... widziałaś, jak on na nią patrzy?!...[/FONT] [FONT=Arial]Przez kilka minut śmiałam się, głównie z Grażyny, aż wreszcie wróciłam do pokoju w obawie, że będą jeszcze jakieś występy, ale już się skończyło. Klient nadal siedział na krześle, uśmiechał się niewinnie i wybałuszał oczy na Ewę, która już przestała machać rękami i usiłowała zapanować nad mimiką. Z palarni wciąż dobiegały wybuchy śmiechu. Paweł, siedzący u nas gościnnie, też lekko załzawiony, ale opanowany, zapowiedział:[/FONT] [FONT=Arial]-Grażyna ma tu zakaz wstępu. Do końca roku. [/FONT] [FONT=Arial]-I tak nie mogłaby wejść. Zaczynam się obawiać, że coś jej się stanie – spojrzałam z niepokojem na rechoczące drzwi. [/FONT] [FONT=Arial]Głupawka trwała do końca dnia. Hm, może to objaw wypalenia zawodowego?[/FONT] [FONT=Arial]Trochę urlopu będę musiała stracić na jazdy. Spotkałam się ostatnio z instruktorem i rozpisywaliśmy jazdy od tyłu, tzn. od egzaminu. O Boże, zapowiada się niezły maraton. Drugą połowę miesiąca spędzę w znacznej części w samochodzie. Biedny Garet, do domu będę wracać dopiero wieczorem, po trzynastu godzinach nieobecności. Nie mam pojęcia, jak to zniosę, najczęściej po pracy jestem już taka wycięta, że nic mi się nie chce. [/FONT] [FONT=Arial]-Tu wypadają cztery godziny. Wytrzymasz?– Jastrząb spojrzał na mnie badawczo swoim drapieżnym okiem. [/FONT] [FONT=Arial]-Jeśli nie wytrzymam, to mnie zakopiesz gdzieś po drodze – westchnęłam zrezygnowana. [/FONT] [FONT=Arial]Wątpię, żebym przy tych intensywnych jazdach nabrała lepszych umiejętności i znajomości miasta niż przy większej ilości krótszych. Tym bardziej, że orientację w terenie mam jak nietoperz w rurze kanalizacyjnej...[/FONT]
-
:megagrin: Nie, ale poważnie, okrutnie się wystraszyłam...:crazyeye::nerwy: Żesz kurna, człowiek żyje nieświadom swojej roli... Ale czuję się sprowadzona na właściwą drogę, (Brzytwo) Ockhama... Ale czasami też coś napiszcie... właśnie takiego fajnego... UWIELBIAM TO!!! :biggrina: O rany. Dopiero dziś odkryłam, że jestem masochistką.
-
A, tam, Ciotka, coś chrzanisz. Kaja mówi, że zdjęcia powinnaś mieć do wszystkich. Zaraz dostaniesz następne, a potem jeszcze następne, które, naiwna, wystawiłam w gabinecie Artura. Cha, cha!!! (homerycki śmiech). Facet ma okrutnie skąpych pacjentów, niewrażliwych na niedolę innych zwierząt poza własnymi. No, ale to jest TO miasto. Dzieki Bogu, że ja tu tylko sypiam. I nie pochodzę stąd. I nie identyfikuję się z tym miejscem. [FONT=Arial]23.02.2009 poniedziałek[/FONT] [FONT=Arial]CHWYCIŁA ZIMA I TRZYMA[/FONT] [FONT=Arial]-Śnieg sypie – informuje co wieczór Kaja z czymś na kształt mściwej satysfakcji w głosie.[/FONT] [FONT=Arial]-Nierządnica jej mać – warczę ponuro. Prognoz pogody na wszelki wypadek nie słucham i nie czytam, żeby się nie dołować. Na dobrą sprawę powinnam już rozpisać pozostałe dwadzieścia trzy godziny jazdy przed egzaminem. To zaledwie siedem wyjazdów do Dąbrowy. Ale co za wartość będę miały takie wyjazdy, jeśli zdołam dostrzec tylko zwały śniegu i zabłoconą dupę samochodu przede mną? Nawet w najbardziej sprzyjających warunkach nie mam szans w porównaniu z ludźmi, którzy mieszkają lub pracują w Dąbrowie albo z tymi, którzy od kilku lat jeżdżą, a prawo jazdy to dla nich tylko formalność. Zachciało mi się na starość... Nie wiem, czemu tak skromnie, mogłam od razu sięgnąć po licencję pilota. Przecież dopiero w butach na pięciocentymetrowych obcasach mam objawy lęku wysokości... [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy o niebieskawym świcie wygrzebuję się z łóżka i spoglądam w okno, zamiast oznak cudu widzę wszechogarniającą biel. Basen jest zasypany aż po brzegi. Cud, że jeszcze Garet do niego nie wskoczył. Na wszelki wypadek zerkam przez szybę, czy nie muszę podjąć w kusej nocnej koszuli i boso natychmiastowej akcji ratunkowej. Garecik podczas pierwszego porannego przebiegu z wyraźną przyjemnością susami zanurza się w zaspach oszczekując całą okolicę profilaktycznie i z czystej radości życia. Uspokojona, odrywam spojrzenie od okna i rozpoczynam poszukiwanie pantofli. Albo znajduję trzy, albo dwa, ale różne i z jednej nogi. Prosiłam już Kaję, żeby wytłumaczyła mu kwestię prawej i lewej. Nie musiałaby wtedy kuśtykać z piętra w jednym pantoflu. Ja rano za słabo kontaktuję i za bardzo się spieszę, żeby podjąć się zajęć dydaktycznych wyrównawczych, a potem zapominam. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy wreszcie Garet wpada przez drzwi balkonowe i tradycyjnie wciska mi mokrą niukę w dłoń, już czuję, że się spóźniam. Muszę jeszcze podrzucić mu jakiś przysmak, żeby podniósł sobie poziom cukru zanim z westchnieniem padnie na fotel i zaśnie głęboko z sierścią wciąż mieniącą się drobniutkimi kropelkami topniejącego śniegu. [/FONT] [FONT=Arial]Kaja zaserwowała nam straszną wiadomość. W tym semestrze zajęcia zaczynają jej się już w poniedziałek, a kończą w czwartek wieczorem, więc będzie przyjeżdżała dopiero w piątek. Jak ją znam, o świcie na pewno nie zerwie. Nie rozumiem. Na piątym roku wszyscy mają taki luz, że rzadko wyjeżdżają z domu, a ona jest chwalebnym wyjątkiem. Ja się z tym pogodzę, ale Garet? Wykończy nas całym tygodniem świstania, szlochów i latania od drzwi do drzwi. Hm... może powinnam zostać rodziną zastępczą? Najlepiej kilkorga dzieci. Instynktu macierzyńskiego specjalnie nie mam, ale tym zajmie się Garet. A one zajmą się nim. [/FONT] [FONT=Arial]W sobotę, sunąc przez nieodśnieżone chodniki chwiejnie niczym mało sterowny pług, podążyłam do miasta. Z pożyczonymi pieniędzmi, bo już dawno skończył mi się debet, a wraz z nim marzenia o wołowinie i cielęcinie dla Gareta. Dobra psina, już w piątek dał się namówić na udko z duszoną marchewką, o czym pocieszająco doniosła sms-em Kaja. Gdy wróciłam z pracy, uzupełniła, że bez odrobiny wstydu wyżebrał również kanapkę od kobiety spisującej wodomierz. Po czym pożarł ją tak, jakby był systematycznie głodzony. Hm... spodziewam się, że następnym razem pani od wody w okolicy naszego domu głęboko schowa swoje drugie śniadanie. Może nawet zostawi je przed furtką. [/FONT] [FONT=Arial]Odebrałam z przychodni receptę, której na razie nie mogę wykupić i stoczyłam ze sobą ciężką walkę przed sklepem dla zwierząt. Przegrałam. Biedny Garecik, taki będzie samotny i nieszczęśliwy... Poniewierany przez Irenę i prześladowany przez koty... [/FONT] [FONT=Arial]-Tak pani to będzie nieść? – zapytała młoda ekspedientka wręczając mi dwoma palcami małą torebkę foliową z wielką wędzoną tchawicą. [/FONT] [FONT=Arial]-Cóż... – wzięłam pakunek w dwa palce i przyjrzałam mu się z lekką odrazą. Udało mi się go upchnąć w wypchanej płóciennej torbie na ramię. Pół tchawicy wystawało. Trudno. [/FONT] [FONT=Arial]Wychodziłam już, kiedy kątem oka, wśród wiszących wysoko na sznurze gumowych zabawek, dostrzegłam upiornie wybałuszone oko. O rany! Ukochana piłeczka Gareta! A niedawno mówili, że wykupiłam wszystkie! Widocznie jedna gdzieś się zaplątała. No to przecież jej nie zostawię...[/FONT] [FONT=Arial]-Jeszcze tę piłeczkę proszę![/FONT] [FONT=Arial]-Którą?[/FONT] [FONT=Arial]-Zieloną, z wyszczerzonymi zębami. [/FONT] [FONT=Arial]Przez chwilę obie ćwiczyłyśmy skoki wzwyż, wreszcie ekspedientka poddała się i użyła inteligencji, a następnie stołka. Piłeczkę też upchnęłam w torbie. [/FONT] [FONT=Arial]Została mi jeszcze sałata. Nie rozumiem, dlaczego akurat w soboty sklepy warzywnicze są takie oblężone. Zgrany w czasie głód błonnika? Sterczałam w kolejce z sałatą w jednej i woreczkiem z pieczarkami w drugiej ręce. Przede mną i za mną tłum. Napierający. Za bardzo... Melodyjny, wielotonowy i bardzo głośny dźwięk, który znienacka wydobył się z mojej torby, spowodował, że zwróciły się na mnie oczy całej kolejki. Dla odmiany, ja swoje utkwiłam z kamienną obojętnością w przestrzeni, a konkretnie w półce z majonezami. Czułam się trochę tak, jak pierwsi użytkownicy komórek, gdy wynalazek stulecia odezwał się nieoczekiwanie i jazgotliwie w zatłoczonym autobusie. Albo jakbym puściła gulgoczącego bąka. W ucho łaskotała mnie wędzona tchawica. Garecik, to wszystko dla ciebie...[/FONT] [FONT=Arial]Po powrocie do domu, z trudem udało mi się odeprzeć przekleństwami i ramionami zmasowany atak stu Garetów. Zjednoczyli się w jednego psa, gdy wetknęłam im w paszczę piłeczkę. Odetchnęłam z ulgą i przetarłam szalikiem zaparowane okulary. Garet szalał po kuchni i grał zapamiętale. W rozszerzonych fanatycznie źrenicach miał twórczy obłęd, na szlachetnym, myśliwskim pysku zjeżyły mu się dziesiątki dodatkowych, zmodyfikowanych spontanicznie genetycznie silikonowych czułków, a sfalowana sierść lśniła nieziemskim, basekrville’owskim blaskiem. Jednocześnie Kaja opowiadała, jak strącała z rynien śmiertelnie niebezpieczne sople grubości swojego ramienia trzymetrowym karniszem, który jakoś uchował się przed wywózką wielkogabarytowych śmieci i proponowała, żeby go jednak zachować... W przerwach usiłowała przekonać Gareta, żeby dał odetchnąć piłeczce, bo się zepsuje. Co też po kilku minutach nastąpiło. [/FONT] [FONT=Arial]Garet wypluł zgniecioną zieloną gumę i ustawiwszy uszka w trójkąt wpatrzył się w nią z niedowierzaniem, rozczarowaniem i nieśmiałą nadzieją. Piłeczka odzyskiwała oddech i pierwotny kształt wybałuszając upiorne oczy i wyszczerzając zęby. Kiedy już wyglądała równie koszmarnie, jak w najlepszym okresie swojego istnienia, złapał ją znowu i usiłował skomponować kolejny, równie dynamiczny utwór. Niestety, z instrumentu wydobyły się tylko słabe popiskiwania. Co za cios dla kompozytora! [/FONT] [FONT=Arial]-O mój Boże, biedactwo – rozczuliłam się. –Dlaczego oni produkują takie dziadostwo?! Przecież to nie dla ratlerków, bo nie ten rozmiar! [/FONT] [FONT=Arial]Na pocieszenie wręczyłam mu tchawicę, którą zamierzałam zachować do wyjazdu Kai. Złapał ją ostrożnie w zęby i przez chwilę ustalał położenie środka ciężkości. Potem przypomniał sobie o piłeczce. Ostatecznie w rankingu wygrała tchawica. Z zadartą do góry głową i kitą odmaszerował do pokoju Ireny, żeby pochwalić się nową zdobyczą. Szelest rozpakowywanych zakupów zwabił go z powrotem. Nigdy nie potrafi oprzeć się możliwości kradzieży... [/FONT] [FONT=Arial]Zamarliśmy wszyscy porażeni niezrozumiałym łoskotem. A to tylko tchawica podążyła w ślad za Garetem – babcia celnym rzutem trafiła nią w regały z książkami w moim pokoju dając tym samym milcząco do zrozumienia, że nie życzy sobie świństw porzucanych u siebie przez tego piekielnego psa...[/FONT] [FONT=Arial]Garecik nosił ze sobą tchawicę przez całą sobotę, a w niedzielę postanowił ją unicestwić, żeby go nie rozpraszała. Rozprawił się z nią na kuchennej ławie z podziwu godną determinacją, trzymając ją w łapkach jak wiewiórka. [/FONT] [FONT=Arial]Skończyłam obraz z purpurowymi różami. Po pomalowaniu ostatniej partii aniołków przeznaczonych na aukcję Amicusów, gdy rozkraczył mi się ostatni pędzel, poczułam takie znużenie, że ledwie dowlokłam się na łóżko, gdzie padłam obok fuczącego rozkosznie Kolesia. Najwyraźniej był w połowie swojej zwykłej, codziennej, dziesięciogodzinnej drzemki. Spał w nogach, więc z konieczności zległam głową w dół. Za oknem, naturalnie, sypał śnieg... [/FONT] [FONT=Arial]Obudziło mnie własne chrapanie. Uniosłam głowę i napotkałam pełen grozy wzrok kocura. Ogromne źrenice wyparły całkowicie jasnozielone tęczówki. Siedział na baczność wpatrując się we mnie tak, jakby z głowy wyrastały mi drżące, jasnozielone, glutowate czułki. [/FONT] [FONT=Arial]-Och, sorry, Koleś, to wszystko przez ten śnieg – wycharczałam przepraszająco. [/FONT]
-
[FONT=Arial]14.02.2009[/FONT] [FONT=Arial]KURDE, TRZYNASTY![/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] -O, kurde – jęknęłam spoglądając na zegar. Wstałam o zwykłej porze i liczyłam na to, że gdy wyskoczę spod prysznica, zostanie mi, jak zwykle, siedem minut na ubranie się i makijaż. Niestety, cztery bezcenne rozpłynęły się gdzieś w naburmuszonym, pochmurnym Kosmosie. [/FONT] [FONT=Arial] -O, kurde! – zmartwiłam się, patrząc na stos odłamków, w który zamieniło się lusterko. Było wyjątkowo szkaradne i już dawno bym je wyrzuciła, ale nie chciałam robić przykrości Irenie, bo to ona w jakimś estetycznym zaćmieniu kupiła to paskudztwo na targu. Zmartwiłam się z przesądnego rozpędu, bo błąkało mi się po głowie, że rozbite lustro wróży siedem lat nieszczęścia... A może tyle lat, na ile kawałków się rozbiło? Nie, nikt tak długo nie żyje – pomyślałam trzeźwo, zerkając na podłogę.[/FONT] [FONT=Arial] -O, kurde! – uświadomiłam sobie nagle, że jest piątek, trzynastego, i jeśli jeszcze przez kilka sekund będę deliberować na temat rozbitych luster i innych przesądów, nieodwołalnie spóźnię się na minibus, a tym samym do pracy. Runęłam do szafki pod zlewem, chwyciłam zmiotkę, pospiesznie pozbyłam się resztek lustra, przycięłam sobie rękę drzwiami szafki, a przez głowę przeleciała mi pocieszająca myśl, że jeśli czeka mnie siedem lat pecha, to przynajmniej mam gwarancję, że w ogóle czeka mnie jeszcze siedem lat![/FONT] [FONT=Arial] Wygrzebałam z czeluści szuflady indyjskie lusterko w drewnianej oprawie, wytarłam je rękawem, strzyknęłam podkładem na kredens i stół, przy drugiej próbie trafiłam na dłoń, szybko roztarłam to na twarzy przytomnie nie oceniając efektów, chwyciłam czarną kredkę... Kurde, złamana. W strugaczce ukruszyła się jeszcze trzy razy, aż nareszcie udało mi się nanieść ją na powieki. Oraz, obficie, na twarz. Kurde! – spojrzałam na ręce umazane połamanym sztyftem. Wytarłam je o spodnie i zerknęłam w panice na zegar. O, kurde! Cień, tusz, częściowo nawet na rzęsach, potem błyskawiczne zabiegi przywracające mnie na powrót rasie białej i galop na przystanek krokiem kulawej wielbłądzicy. Udało się! Przynajmniej jedno. [/FONT] [FONT=Arial]Wzdęte chmury ostatecznie podjęły decyzję i zaczęły się opróżniać. Śnieg. Śnieg. Coraz więcej śniegu... Aż wierzyć się nie chce, że w ubiegłą sobotę termometr w słońcu wskazywał 26 stopni! W cieniu też było nieźle. Ptaki zachłystywały się wiosennym śpiewem, a nasze koty wylazły na balkon, żeby wywietrzyć pleśń z sierści... I mój bal dla niepełnosprawnych w ten wiosenny dzień udał się znakomicie. Chyba nigdy nie byłam na lepszej imprezie. [/FONT] [FONT=Arial]Odwieźli mnie znajomi, późnym wieczorem. Przed wejściem ostrzegłam ich przed Garetem. Chyba mi nie uwierzyli. Przynajmniej do pierwszego rzucenia o ścianę. Przy Garecie najzdrowszy człowiek jest zagrożony niepełnosprawnością. Powitalny amok nie da się opanować w żaden sposób. Chociaż może, przy pomocy eteru...[/FONT] [FONT=Arial]Po eter do Artura wybrałyśmy się razem z Garetem i odpowiednią, odpowiednio drogą butelką. Artur z jakiegoś powodu wyobraził sobie, że eter wysuszy wydzielinę w kłapouchach Gareta, dzięki czemu psina przestanie cierpieć na przewlekłe stany zapalne. [/FONT] [FONT=Arial]Wędrowaliśmy bocznymi uliczkami i łąkami budząc namiętne uczucia wśród pilnujących posesji psów. Wzajemne zresztą i tym mocniejsze z naszej strony, im niższe i bardziej sfatygowane było ogrodzenie. Przy drugim domu na Wapiennej zamarły nam serca. O rozklekotany płot opierał się łokciami ogromny dog i ciurkiem przekazywał Garetowi swoje opinie. Na myśl o tym, że za chwilę przez ten płot przelezie i nawet tego nie zauważy, ugięły mi się nogi. Garetowi też się uginały, zwłaszcza tylne, od kicania. Podniecony do granic możliwości nową okolicą, cudownymi zapachami i niezmierną obfitością obiektów do zamordowania, usiłował wzbić się w powietrze, w czym przeszkadzała mu tylko Kaja, uczepiona rozpaczliwie drugiego końca linki z miną wyrażającą mieszaninę ciężkiej furii i lekkiego zawstydzenia. Wszystkie nasze psy ładnie chodziły na smyczy. Wszystkie. A potem nastał Garet... i publiczny obciach. [/FONT] [FONT=Arial]Kicaliśmy, plącząc się w lince, przez ładną dzielnicę. Gapiłam się na domy, obserwując szczegóły, które mnie zauroczyły i starając się wyczuć obecną tam aurę. Z niesmakiem odwracałam oczy od nowobogackich szkaradzieństw, pokracznych manifestacji statusu finansowego. Na ogół wyglądały tak, jakby projektował je naćpany architekt pod presją obłąkanego właściciela, który nie mogąc zdecydować się, czy chce mieszkać w zamku, cerkwi, minarecie czy Disneylandzie zażądał wszystkiego po trochu. Efekt należałoby oglądać również w stanie odmiennej świadomości. [/FONT] [FONT=Arial]W spazmatycznych susach dotarliśmy wreszcie do rezydencji naszego szanownego kolegi. Bardzo dawno tu nie byłam. Jak dla mnie za daleko i nie ma po co, bo łatwiej Artura ściągnąć telefonicznie.[/FONT] [FONT=Arial]Gdyby nie oznakowanie lecznicy, nie poznałabym budynku.[/FONT] [FONT=Arial]-Chryste Panie, co to jest?! – wybałuszyłam oczy. [/FONT] [FONT=Arial]-A, to nie widziałaś tego po pomalowaniu? – uśmiechnęła się krzywo Kaja. [/FONT] [FONT=Arial]-Nie, i szkoda, że tak nie pozostało – jęknęłam. – Przecież ten dom wygląda jak piżama![/FONT] [FONT=Arial]Dom, proporcjonalny, ładny, choć moim zdaniem za duży, stracił cały urok. Artur w jakimś osobliwym natchnieniu polecił pomalować go na chłodny, niebieski kolor. Mało mu było, więc przyozdobił go w pionowe paski w innych odcieniach niebieskiego. Natychmiast stanęły mi przed oczami atłasowe spodnie od piżamy mojego śp. ojca. Jezu. [/FONT] [FONT=Arial]Gospodarz miotał się z rozwianym włosem w poczekalni, zajęty czyszczeniem klatki Kukuni. [/FONT] [FONT=Arial]-Cześć, no chodźcie, chodźcie! – wyszedł przed drzwi i pomachał zachęcająco zmiotką. [/FONT] [FONT=Arial]-Nie, dzięki, ja tu poczekam, nie chcę stresować Garecika – spojrzałam na niego z resztkami grozy w oczach. [/FONT] [FONT=Arial]-Wchodź, przydaj się do czegoś, wyczyścisz Kukuni klatkę![/FONT] [FONT=Arial]-Z przyjemnością, pod warunkiem, że ty przyjdziesz i pościerasz u nas kocie siki – odzyskałam refleks. [/FONT] [FONT=Arial]Staliśmy z Garetem na wybrukowanej ścieżce i oglądaliśmy okoliczne ogrody oraz piękny dom naprzeciwko. W międzyczasie przyjechał pacjent i obrzucił wszystko dookoła chrapliwymi obelgami. Garet nastawił uszy w trójkąt i ze szczerym zdumieniem zapatrzył się na urągającą całemu światu odrobinę sierści wystającej z objęć swojego pana. [/FONT] [FONT=Arial]-On ma tak zawsze u weterynarzy - roześmiał się mężczyzna spoglądając z dumą na wojowniczego yorka. [/FONT] [FONT=Arial]Garet zerknął na mnie pytająco. Wzruszyłam lekko ramionami. Jeszcze nie zdążył otrząsnąć się z zaskoczenia, kiedy pod furtką zaparkował drugi samochód. Po chwili minął nas kolejny mężczyzna z białym szpicem w ramionach. Odprowadziliśmy ich wzrokiem. W poczekalni szpic na chwilę złapał kontakt z podłogą, ale zaraz stanął na tylnych łapach z wyraźnym przesłaniem – chcę na rączki! – i jego prośba natychmiast została spełniona. Całe szczęście, że Garet tego się nie domaga. Byłby cięęęężki problem. [/FONT] [FONT=Arial]Garet domaga się bezpardonowo tylko pieszczot i przysmaków, które ludzie, ze straszliwym egoizmem, usiłują pożreć sami. Na przykład kapusty z golonką, ugotowanej ostatnio przez odchudzającą się Irenę. Kapusta, doskonała, wściekle kwaśna, smakowała mu tak bardzo, że usiłował wleźć na kuchenkę, żeby obsłużyć się samodzielnie. [/FONT] [FONT=Arial]Chyba wolałam czasy, kiedy Irena się nie odchudzała. Taka kapusta to okrutny zamach na moje beznadziejne próby pozbycia się połowy siebie. W gruncie rzeczy mój obiad powinien stanowić tylko pakiet startowy do zupy, jak Kaja nazwała włoszczyznę, nie mogąc przypomnieć sobie właściwego określenia. [/FONT] [FONT=Arial]Dlaczego pulchne zwierzęta wyglądają uroczo, a ludzie niekoniecznie? Taki Koleś, któremu w zimie przybywa sto procent masy, robi się śliczny. Nie ma żadnych kompleksów, wręcz przeciwnie, z jego inteligentnych oczu wyziera mocno ugruntowane poczucie własnej wartości. Hmmm... może to o to chodzi?[/FONT] [FONT=Arial]Garecik też wystawia do głaskania i całowania swoją rozkoszną galaretkę na brzuszku tak, jakby dawał cenny prezent. Chociaż – czy galaretkę na ludzkim brzuszku całowałoby się równie chętnie? Błeee...[/FONT] [FONT=Arial]Ostatecznie z trzynastego wynikło mniej więcej tyle samo, co z leczenia Garetowych uszu. Niewiele. Jeśli chodzi o uszy, wróciłam do leczenia objawowego, bo łeb mu śmierdział jak szpital, w którym pracowałam po maturze i fatalnie się go przytulało. Eterem wyraźnie zaciekawione były koty, którym zapowiedziałam, że jeśli nie przestaną lać po całym domu, to przetestuję na nich, czy i jak specyfik działa. Wziewnie, z lekką pomocą z zewnątrz. [/FONT]