-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
:loveu: Moje cudne, nie jestem świnią ostatnią, niedługo coś wrzucę. Tylko teraz sypiam po 3 g. na dobę, bo zwaliło mi się na łeb mnóstwo zajęć w pracy, doszkalanie itp. Wieczór autorski pierwszy: Sławków, MOK, 11.09. godz. 17.00. Drugi: Olkusz, 23.10. godz, 18.00. Reszta nie wiem, jak ktoś zorganizuje i zaprosi :). A co do drugiego tomu, upominajcie się! Wyd. SOL, adres e-mail w necie. Oczywiście już jest napisany! Całujemy - cała Garetowa, obłakana rodzina. CMOK!
-
:loveu: To już pewnie ostatni post. Potem zaproszę Was na stronę internetową, którą muszę złożyć. [FONT=Arial]26.08.2009, środa.[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Lubię leniwe, sobotnie i niedzielne poranki. Szczególnie, gdy mogę się obudzić o takiej porze, jaką wybierze mój organizm. Ale na ogół nie jest mi dane. Jeśli już wykluczymy pomysłowość zwierząt, niespodziewany przyjazd mojego szalonego brata, telefon oraz inne przypadki losowe typu uwierająca w tyłek ostra kość albo piłeczka piszcząca po położeniu się na niej, i tak wydarzy się coś innego. [/FONT] [FONT=Arial] Tej soboty był to sms od kolegi, który wyobraził sobie, że jeśli on wstaje o piątej, to dla innych ósma jest w sam raz. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT][FONT=Courier New]Jeszcze spie[/FONT][FONT=Arial] – odstukałam zirytowana, choć oczywiście nie było to już prawdą. [/FONT] [FONT=Arial] Garet, zauważywszy poruszenie w moim łóżku, przybiegł natychmiast wymachując ogonem i zadkiem i rzucił mi na poduszkę żółtą, frotową skarpetkę. Pogmerałam go niemrawo po żabocie, odwróciłam się na drugi bok i zwinęłam w kłębek, starając się desperacko zasnąć. Nic z tego. I Irena, i Kaja, wylęgły się tego dnia wyjątkowo wcześnie. [/FONT] [FONT=Arial] Irena człapała, pofukując ze złością na koty grymaszące nad pełnymi miskami, Kaja ułożyła się obok Gareta na kanapie i bredziła miłośnie.[/FONT] [FONT=Arial] -Myszunia! A kto robi takie śliczne minki? –cmok, cmok – a co to za uńko? Chodź tu, ty paskudniku! –mrrr! –O, jaki niedźwiadek! Ty się wybzdyczasz, miśku?...[/FONT] [FONT=Arial] Z westchnieniem odwróciłam się do nich. Obok mnie leżały: żółta skarpetka, gumowa rękawica bokserska, duża kość z błony i piłeczka charakteryzująca się wyjątkowo przeraźliwym dźwiękiem i niezwykle trwałym materiałem, o czym świadczy to, że Garet przez rok nie dał jej rady. Garet właśnie, jęcząc z rozczulenia, wepchnął Kai język do ust. [/FONT] [FONT=Arial] -O, fe! A idź z tym ozorem! – oburzyła się roześmiana Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie mam pojęcia, jak on się tego nauczył, ale pocałunki opanował do perfekcji – wychrypiałam w zadumie. [/FONT] [FONT=Arial] -Ja tym bardziej nie wiem, co wyście tu robili! Ja tu bywam tylko w weekendy![/FONT] [FONT=Arial] Odchrząknęłam i poprawiłam jaśka pod głową. [/FONT] [FONT=Arial] W tym momencie zza okna dobiegła nas rozłożysta wiązanka soczystych przekleństw. Sąsiad-pasjonat. Kaja zwlokła się z kanapy i wyjrzała przez okno. [/FONT] [FONT=Arial] -Co on robi już trzeci dzień na tym małym dachu? [/FONT] [FONT=Arial] -Trzeci dzień? On się tam drze od tygodnia![/FONT] [FONT=Arial] -Ciekawe, kiedy stał się taki wrzeszczący...[/FONT] [FONT=Arial] Natychmiast wyobraziłam sobie sinego z furii noworodka. [/FONT] [FONT=Arial] -Po pierwszym krzyku – odparłam. –Spodobało mu się...[/FONT] [FONT=Arial] Kaja obciągnęła kusą koszulkę nocną i usiadła na kanapie biorąc ze stolika swój nowy telefon, który od razu polubiła i wciąż odkrywa w nim nowe funkcje. Oczywiście telefon jest solidny, funkcjonalny i praktyczny, w przeciwieństwie do mojego, który za to jest ładny i stanowi nowość na rynku... [/FONT] [FONT=Arial] Wczoraj, kiedy byliśmy z Garecikiem na spacerze obok ujęcia wody, pokazał mi symbol H i chwilę trwało, zanim się domyśliłam, o co chodzi – paplała, pstrykając klawiszami. [/FONT] [FONT=Arial] „H” -jak hydrant! – zawołałam odkrywczo. –Ty, on ma różdżkę wbudowaną! [/FONT] [FONT=Arial] Kaja parsknęła śmiechem i przerzuciła się na opowieść o swoim pobycie we Wrocławiu. Kiedy już omówiłyśmy architekturę i słodkie, urocze krasnoludki, nadszedł czas powrotu. [/FONT] [FONT=Arial] -...a w tym pośpiechu myślałam, że umrę. Nie dość, że wlókł się jak sparaliżowany, to jeszcze w przedziale było śmiertelnie gorąco. Niechęć naszego społeczeństwa do świeżego powietrza i zabobonny lęk przed przeciągami! Siedziałam w jakimś strasznym odrętwieniu, miałam wrażenie, że już nigdy się nie poruszę i przestanę oddychać... [/FONT] [FONT=Arial] Słuchałam ze współczuciem, bo na samą myśl o podróży koleją ogrania nie dzika panika. [/FONT] [FONT=Arial] -A potem przesiadłam się na TLK, wiesz, właścicielem jest Inter City - inny świat! Klimatyzacja, woda w toalecie – uwaga! – czystej! Papier, ręczniki... W przedziale wyświetla się prędkość, temperatura, nazwa stacji... [/FONT] [FONT=Arial] -Boże, to brzmi jak bajka! – jęknęłam z zachwytem. –Dlaczego oni nie mogą być monopolistami?! – wyrzuciłam z łóżka piłeczkę, bo trafiłam w nią łokciem wywołując dźwięk, który poderwał nas wszystkich na równe nogi. Garet wdrapał się na łóżko, usiadł na mnie i zaczął przeprowadzać inwentaryzację ogona. Potem postanowił podrapać się po mordce, jak zwykle niezdecydowany, o które konkretnie miejsce mu chodzi. Wygląda to strasznie, bo człowiek ma wrażenie, że przy tych nieskoordynowanych ruchach zaraz wydłubie sobie wybałuszone oko. Rzuciłyśmy się obie, żeby unieruchomić mu łapę. Podrapałam go solidnie po głowie i klepnęłam w ulokowany na moim biodrze tyłek.[/FONT] [FONT=Arial] -No, wystarczy, wstajemy. [/FONT] [FONT=Arial]Przeszliśmy do kuchni. Garet wlazł na fotel i zagapił się na moje przygotowania do smażenia jajecznicy. Pokroiłam cebulę, pomidory, boczniaki i wrzuciłam na patelnię. [/FONT] [FONT=Arial]-Jesteś trochę obrana – zauważyła krytycznie Kaja, spoglądając na moją, z natury bawełnianą granatową, koszulę nocną. W rzeczywistości wyglądała jak melanż z angory. [/FONT] [FONT=Arial]-Powinnam sypiać tylko w jedwabnych, ten cały włochaty syf by się ześlizgnął... [/FONT] [FONT=Arial]Usiadłam w fotelu obok Gareta i zaczęłam robić notatki czekając, aż mieszanka na patelni się poddusi. Kundel zrobił zeza i utkwił wzrok w kalendarzu. [/FONT] [FONT=Arial]-Cholera, oduczyłam się ręcznie pisać... Nie to, żeby mi kiedykolwiek szło dobrze, ale teraz to po prostu tragedia! Te dedykacje, które wpisuję do książek wyglądają, jakby je naskrobał naćpany analfabeta![/FONT] [FONT=Arial]-Ja przynajmniej ćwiczę na listach zakupów! – zachichotała Kaja. –Chyba coś ci się przypala![/FONT] [FONT=Arial]Rzuciłam długopis i poderwałam się. W oczach Gareta zapalił się płomień nadziei. [/FONT] [FONT=Arial]-A wiesz, że rozkład jazdy naszej komunikacji miejskiej jest w necie?[/FONT] [FONT=Arial]-To miło... skoro go nie ma na przystankach... – wymamrotałam, mieszając energicznie jajka. – Nie rozumiem, dlaczego ten powiat jest taki wyjątkowy – wyszczerzyłam się ironicznie do drewnianej łyżki. Czy naprawdę musimy w ten korzystny sposób odstawać od reszty kraju? W Krakowie czy na Śląsku mimo mojego kalectwa związanego z orientacją przestrzenną trafię wszędzie, dopóki potrafię czytać i dopóki nie pomylą mi się liczone przystanki... najwyżej jeden przejdę na nogach. Tutaj, o ile w ogóle jakiś rozkład jazdy się ostał, nie mam pojęcia, dokąd jadę i przez co, oraz czy stoję na właściwym przystanku, to znaczy skierowanym „do” czy powrotnym. Zakute łby – wymamrotałam, przenosząc deseczkę i patelnię na stół. [/FONT] [FONT=Arial]Kaja odmówiła, Garet głośno przełykał ślinę, położywszy mi głowę na ramieniu. [/FONT] [FONT=Arial]-Opanuj się, stary, dostaniesz, ale na razie jest gorąca![/FONT] [FONT=Arial]W odpowiedzi zamrugał długimi, podwiniętymi rzęsami, a na aksamitnych obrzeżach warg pojawiły mu się maleńkie kropelki. [/FONT] [FONT=Arial]-A może tak zajrzałbyś do swojej miski? – zaproponowałam, bez nadziei na odzew. [/FONT] [FONT=Arial]-O, tfu! Jezu, za słona! Nie wiem, co się dzieje, ostatnio wszystko przesalam, a przecież uważam! Już nie mówiąc o paleniu garnków! Nigdy mi się to nie zdarzało![/FONT] [FONT=Arial]-Zakochałaś się, czy co? – zapytało moje świeżo zakochane dziecko. Spojrzałyśmy na siebie i wybuchnęłyśmy śmiechem. [/FONT] [FONT=Arial]-Czy co... – odpowiedziałam identycznie, jak właściwemu człowiekowi na to samo pytanie... [/FONT] [FONT=Arial]W chwilę później z przygnębieniem śledziłam malowniczy ślad jajecznicy na swojej włochatej koszuli nocnej. Nigdy nie ukrywam tego, że śliniak z dzieciństwa powinien mi towarzyszyć przez całe życie...[/FONT] [FONT=Arial]-Ciekawa jestem – rzekłam w zadumie – gdzie jest ten allel, który za to odpowiada... [/FONT] [FONT=Arial]-Mam nadzieję, że nie we mnie! – przeraziła się Kaja. –Boże! Będę mieć dziecko niezdarę![/FONT] [FONT=Arial]-No tak – wymamrotałam w poczuciu winy – takie cechy ujawniają się w trzecim pokoleniu... Na początek obijesz dom czymś miękkim – powiedziałam pocieszająco, czując dreszcz grozy, gdy wyobraziłam sobie siebie jako obłąkaną, gapiowatą babcię czuwającą choćby przez moment nad takim samym stworzeniem. [/FONT] [FONT=Arial]Położyłam patelnię na złączonych poręczach foteli. Garet, zwiedziony zapachem i pełen ufności, z nabożeństwem przymknął powieki i zaczął jeść. Po kilku kęsach spojrzał na mnie z urazą i odwrócił głowę wyginając szyję jak rasowy koń. Odstawiłam patelnię z powrotem na stół. [/FONT] [FONT=Arial]-I co, Myszunia, nie będziesz jadł? Niedobre mamusia zrobiła?... Wiem, że niedobre...[/FONT] [FONT=Arial]Garet zatrzepotał długimi rzęsami, pisnął i walnął mnie swoimi szponami w gołe ramię. [/FONT] [FONT=Arial]-Ty kundlu! – przycisnęłam ręką nabrzmiewające krwiaki. –A jednak była ZA SŁONA! [/FONT] [FONT=Arial]Garet uśmiechnął się szeroko i dał mi buzi. [/FONT] [FONT=Arial]Odniosłam patelnię do zlewu. [/FONT] [FONT=Arial]-Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie chcesz zająć się terapią – powiedziałam, wróciwszy i objąwszy córkę. Garet w fotelu zapiszczał, więc druga ręką głaskałam go w roztargnieniu go po głowie. –Masz idealną ku temu osobowość – jesteś mądra, inteligentna, zrównoważona, empatyczna i do obrzydliwości normalna w odróżnieniu od tych, którzy idą na psychologię, żeby zgłębiać jakieś swoje zaburzenia. [/FONT] [FONT=Arial]-Może jeszcze kiedyś się zajmę – wymamrotała Kaja lekko stłumionym głosem. Czułam, że coś w niej wzbiera. [/FONT] [FONT=Arial]-No i masz doświadczenie wynikające z obserwacji wariatów w środowisku naturalnym, co nie każdemu jest dane – zdobyłam się na ukłon w stronę swoją i rodziny.[/FONT] [FONT=Arial]Kaja westchnęła spazmatycznie. [/FONT] [FONT=Arial]Nagle uświadomiłam sobie, ze Gareta głaszczę po głowie, a obejmowaną drugim ramieniem Kaję drapię po żebrach. [/FONT] [FONT=Arial]-O Jezu... – zaprzestałam wszelkich działań. [/FONT] [FONT=Arial]-Byłam ciekawa, kiedy się zorientujesz – wykrztusiła Kaja i obie zgięłyśmy się w ataku histerycznego śmiechu. Garet patrzył na nas lekko zdezorientowany, wyszczerzając się promiennie.[/FONT]
-
[quote name='jadwiga']właśnie odebrałam w empiku,jadąc do domu kolejką podczytywałam sobie fragmenty - ludzie unikali mojego sąsiedztwa,bojąc się,że mają do czynienia z wariatką.Jak na razie jedno zastrzeżenie - dlaczego nie ma choć jednej fotografii głównego bohatera?[/quote] A to już do wydawnictwa :p Może dlatego, że główny bohater jest tak uwodzicielski, że zamieszcanie jego podobizny by było niebezpieczne...
-
:loveu:Dziewczyny moje kochane, ja to jestem lewa do reklam itp., nigdzie nie dawałam recenzji. Zakopałam głowę w piasek, jak struś. Tak mam, organicznie, nie umiem. Dzięki cudownej pani Monice Szwai! A ona jak pisze... szkoda słów... [FONT=Arial]14.08.2009, piątek.[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Garecik leży w otwartym oknie i spod przymkniętych powiek obserwuje ulicę. Wygląda na zmęczonego, po wyjeździe Kai musiał zrobić porządek z ubraniami – gdy wróciłam z pracy, przez kwadrans zbierałam je przed domem i w ogrodzie. [/FONT] [FONT=Arial] Wieczór jest chłodny, czuje się schyłek lata... astry kwitną...[/FONT] [FONT=Arial] Byłam dziś u Uli i próbuję dojść do siebie. Źle się dziś czuła, gdy przyjechałyśmy z Kasią, płakała. Otworzyła nam Natala. Nie odstępuje mamy na krok. [/FONT] [FONT=Arial] -Idź do sklepu, kup sobie rogaliki – popędziła ją Ula. [/FONT] [FONT=Arial] -Kupiłam sobie pączki, rogaliki będą dopiero w środę – oznajmiła dziewczynka w minutę później. Przysięgam, przez ten czas nie zdążyłabym nawet dojść do półpiętra. [/FONT] [FONT=Arial] -Natalka, idź na podwórko, pobaw się, pani Asia jest, nic mi się nie stanie...[/FONT] [FONT=Arial] -Nie! Odparła Natala i było to „nie” tak stanowcze, że wiadomo było, iż nie ma o czym dyskutować. W rezultacie rozmawiałyśmy w czwórkę, po chwili Ula trochę się rozpogodziła i nawet się śmiała. Przy pożegnaniu ucałowałam jej rękę – drobną teraz i delikatną jak rączka dziecka. [/FONT] [FONT=Arial] Wyszłyśmy przygnębione. Kasi od razu zaczęła drętwieć połowa twarzy, ja miałam żołądek ściśnięty, a mój mózg się odmeldował do tego stopnia, że gdy w chwilę później chciałam napisać sms-a, wyjęłam pióro... [/FONT] [FONT=Arial] Wycieczka do Krakowa bardzo się udała. [/FONT] [FONT=Arial] Wszyscy stawili się w komplecie i w doskonałych nastrojach. Lekkie opóźnienie spowodowałam ja, ponieważ musiałam pędzić do sklepu po udka dla Gareta – Kaja poprzedniego dnia zapomniała kupić, a wyjechała. [/FONT] [FONT=Arial] Opinie były zgodne – udka nie przetrwają. Albo raczej – nie tylko [/FONT] [FONT=Arial]przetrwają, ale rozwiną się w nich liczne, nieoczekiwane formy życia. [/FONT] [FONT=Arial] -To może włożymy je do bagażnika… - zawahałam się zignorowawszy rady o kamiennym garnku i liściach pokrzywy (nieobecne, poza tym na pokrzywę mam uczulenie) – tam chociaż słońce nie świeci…[/FONT] [FONT=Arial] Nasz pogodny kierowca, uśmiechając się promienniej niż słońce, uprzejmie otworzył bagażnik. [/FONT] [FONT=Arial] -Obawiam się, że po południu same stąd wyjdą. [/FONT] [FONT=Arial] -Niech pan tak nie mówi, co mój rozpieszczony pies będzie jadł? [/FONT] [FONT=Arial] -Trzeba go było zabrać ze sobą. [/FONT] [FONT=Arial] -Źle znosi jazdę… [/FONT] [FONT=Arial] Przyjechaliśmy na tyle wcześnie, że godzinę do otwarcia Muzeum spędziliśmy w parku Jordana. Dawno się tak nie odprężyłam. Sam środek dużego miasta, a tu cisza, słońce przesączające się przez gałęzie drzew i zapalające malutkie tęcze na kroplach rosy w pajęczynach rozesłanych jak welony na krzewach. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć i spacerkiem powędrowaliśmy do Muzeum. [/FONT] [FONT=Arial] W połowie zwiedzania przypomniałam sobie o delegacji i popędziłam do samochodu. Na szczęście kierowca był. [/FONT] [FONT=Arial] -Pies nie dzwonił? – zagadnął uśmiechając się szeroko. [/FONT] [FONT=Arial] -Udka nie pukały? – zrewanżowałam się. [/FONT] [FONT=Arial] Z muzeum powędrowaliśmy na Wawel, stamtąd na jakąś przekąskę, bo wszyscy byli głodni. Weszliśmy do pierwszej pizzerii na Grodzkiej, przyciągnięci zapachami i nieświadomi tego, co nas czeka. Czekało nas potwierdzenie życiowej prawdy, że pozory mylą. Pizza była... hm, gorąca. Poza tym do ciasta zamiast sztućców przydałby się palnik acetylenowy, zaś do zlokalizowania farszu – potężna lupa.[/FONT] [FONT=Arial] Powędrowaliśmy z powrotem lawirując pomiędzy barierkami odgradzającymi chodniki przed finałem Tour de Pologne. Zrobiło się naprawdę gorąco i zauważyłam, że nawet najdzielniejsi z grupy byli już solidnie zmęczeni. Aż serce rosło, kiedy patrzyłam, jak wspierają się wzajemnie, czekają na słabszych, służą sobie ramieniem ani na chwilę nie tracąc humoru. Kocham ich. [/FONT] [FONT=Arial] Zatrzymaliśmy się na chwilę przy Smoku Wawelskim. Ział ogniem bardzo malowniczo i na tyle często, że każdy zdążył to zobaczyć. Kupiłam wszystkim po maskotce pogodnie uśmiechniętego smoczka. [/FONT] [FONT=Arial] Zapakowaliśmy się do busa, wszyscy podekscytowani i zauroczeni magią Krakowa. Wrócimy, oczywiście. Jest jeszcze tyle do obejrzenia...[/FONT] [FONT=Arial] Brałam nikły udział w wesołych rozmowach, bo siedziałam na pierwszym siedzeniu, za mną zaś ulokował się nasz odkryty podczas balu karnawałowego talent. Zorganizowaliśmy wtedy karaoke, jako przerywnik tańców, i okazało się, że wszyscy chcą śpiewać! I nieźle im idzie... publiczność była wspierająca i pełna entuzjazmu. Teraz jeden z odkrytych tam talentów, który po kilku występach na różnych imprezach zmienił się z wycofanego introwertyka błądzącego wzrokiem po ziemi w odważnego i bardzo pewnego siebie faceta, siedział za mną i ambitnie ćwiczył. W uszach miał słuchawki, w ręce discmana. [/FONT] [FONT=Arial] -„Zostańmy razem... zostańmy razem... zostańmy razem... zostańmyrazemzostańmyrazemzostańmy...”.[/FONT] [FONT=Arial] Po godzinie doszłam do wniosku, że to fatalny pomysł i z ulgą wyskoczyłam z busa. Podeszliśmy z kierowcą do bagażnika i spojrzeliśmy na siebie. Całą okolicę spowijał potworny smród, dominujący nawet nad zapachem spalin pędzących trasą samochodów. [/FONT] [FONT=Arial] -Udka? – wyszeptałam ze zgrozą i niedowierzaniem. [/FONT] [FONT=Arial] -Mówiłem... teraz wystarczy je zawołać, a pójdą same – wymruczał z posępną miną, po czym wybuchnął śmiechem. –Ale panią nabrałem! Przed chwilą jechała śmieciara! Będzie cuchnęło jeszcze przez dziesięć minut![/FONT] [FONT=Arial] -Uff! – odsapnęłam z ulgą, odbierając od niego reklamówkę z mięsem. Cóż, nie da się ukryć, udka też nie pachniały nadzwyczajnie...[/FONT] [FONT=Arial] Trzy zamroziłam, trzy ugotowałam od razu. Garnek przykryłam szczelnie, ale nie pomogło ani to, ani dodanie ziół.[/FONT] [FONT=Arial] Zwabiona toksycznymi wyziewami, w kuchni pojawiła się Irena, z wyrazem szczerego zdumienia na twarzy, zna bowiem moją fobię na punkcie szkaradnych zapachów. [/FONT] [FONT=Arial] -Coś śmierdzącego gotujesz? – spojrzała nieufnie na kuchenkę. [/FONT] [FONT=Arial] -Ćwiartki kurczaka dla Gareta – powiedziałam z przygnębieniem. –Kaja zapomniała kupić przed wyjazdem i jeździły ze mną od samego rana... Nie wiem po co je gotuję, przecież on tego nie tknie...[/FONT] [FONT=Arial] Chłodzący się na płytkach kundel łypnął na mnie z wyrzutem i westchnął z udręką. Od razu nabrałam pewności, że gotuję mięso dla bezpańskich zwierząt i będę musiała główkować, czym oboje wyżywimy się do poniedziałku. [/FONT] [FONT=Arial] Wyszliśmy do ogrodu, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Miałam nadzieję, że prześpię się trochę, bo od tygodni chodzę zataczając się ze zmęczenia, ale tylko zapadłam w jakiś letarg. Zza płotu dobiegały mnie odgłosy cięcia drewna i stukania młotkiem. Sąsiad-pasjonat coś reperował, nie żałując sobie. Deski oraz wszystkie narzędzia ku swemu zaskoczeniu poznały swoje mało chwalebne pochodzenie, zwłaszcza ze strony matek, najwyraźniej gromadnie trudniących się nierządem. Ma facet siłę, na takim upale... [/FONT] [FONT=Arial] Już miałam nadzieję, że zasnę w tym kojącym potoku przekleństw i huku pędzących ulicą samochodów, ale zerwałam się nagle w poczuciu, że przestałam oddychać. A dziękuję bardzo za taki relaks. Pozbieraliśmy się oboje z Garetem i wróciliśmy do domu. Akurat przyszła Baśka pytając, czy mam jakieś kolorowe czasopisma. Co jakiś czas kupuję, przekartkowuję i zostawiam dla niej. Uzbierała się tego cała góra, co ją nadzwyczajnie uszczęśliwiło. Okazało się, że chodzi na kurs wizażu i jest tym niezmiernie przejęta. Perfekcjonistka w każdym calu. Z entuzjazmem opowiadała, jak powinien wyglądać profesjonalny makijaż. Przy czwartej warstwie wymiękłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Daj spokój, Basiu, rozumiem, że najpierw trzeba dokładnie zamurować twarz, potem na nowo ją uformować i na końcu wymalować? Nic dziwnego, że wyglądam jak wyglądam, skoro mój makijaż trwa od trzech do pięciu minut. [/FONT] [FONT=Arial] Baśka obiecała, że gdy się nauczy, zrobi mi porządny makijaż. Od razu poczułam nieprzyjemne ściąganie twarzy i wyobraziłam sobie, jak przy mojej żywej mimice ze stukiem odpadają mi kawałki urody... [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]21.08.2009, piątek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Kaja założyła sobie weekendowe zwiedzanie Polski. Tak z grubsza. Do Wrocławia wyjechała z zapaleniem pęcherza, zaledwie po dniu brania lekarstw. [/FONT] [FONT=Arial] W sobotę o świcie zbudził mnie telefon. Niestety, komórka dzwoniła w kuchni, gdzie ją zostawiłam, więc po krótkiej walce ze sobą postanowiłam nie wstawać w przekonaniu, że i tak nie zdążę. Za chwilę zadzwonił stacjonarny, więc uznałam, że to coś ważnego i zwlokłam się z łóżka. Irena zdążyła odebrać i właśnie niosła mi telefon. [/FONT] [FONT=Arial] -Kaja...[/FONT] [FONT=Arial] Zaniepokoiłam się, ale uznałam, że skoro dzwoni, to żyje. [/FONT] [FONT=Arial] Dzwoniła z przychodni, bo potrzebny był jej adres naszej poradni. Zapalenie pęcherza przeszło w zapalenie nerek. Może to i dobrze, że wyjechała, bo nasz lekarz jest na urlopie, a wątpię, czy ktoś inny zleciłby jej dokładne badania, jako że medycy mają skłonność do uogólniania – młodzi ludzie z założenia nie chorują, a starych nie warto leczyć. [/FONT] [FONT=Arial] Ne było sensu kłaść się ponownie, obiecałam sobie, że wyśpię się w niedzielę. [/FONT] [FONT=Arial] W niedzielę o świcie zbudził mnie sygnał sms-a, jako że w przypływie głupoty komórkę położyłam przy łóżku... [/FONT] [FONT=Arial] Mętnym wzrokiem wpatrzyłam się w wyświetlacz. „Mam ją! Nareszcie ją mam!...” Po kilkakrotnym przewinięciu zrozumiałam, że Kasia właśnie dostała z empiku moją książkę o Garecie, o czym z entuzjazmem zawiadamiała mnie od razu... Wstałam, obiecując sobie, że wyśpię się za tydzień... [/FONT] [FONT=Arial] Kaja przyjechała wieczorem, i całe szczęście, bo Garet był już nie do wytrzymania. Albo płakał, albo spał. Jeść nie chciał, za to na okrągło domagał się pocieszania i pchał się na kolana nie zważając na to, co akurat robię. Za to w nocy był słodki. Właził na moje wąskie łóżko spychając mnie na ścianę i przytulał się z ciężkim westchnieniem. Nie wytrzymywał długo, bo ciasno mu było i wyciągniętymi łapami walił o półki z książkami przerażając siebie i mnie. Noce zdecydowanie woli spędzać z Kają, za to w dzień jej odpuszcza i wisi na mnie. [/FONT] [FONT=Arial] Zorganizowałyśmy akcję wyjmowania kleszcza z Marchwi. Szczęśliwie oboje z Kolesiem byczyli się na moim łóżku obierając pościel w kolejne warstwy sierści. Założyłam okulary do czytania i delikatnie czochrałam Marchew po policzkach, badając jednocześnie położenie kleszcza. Jakikolwiek zabieg na płochliwej Marchwi graniczy z cudem, toteż od razu zrobiło mi się gorąco. I jeszcze to jej długie, gęste futro... Kaja przyniosła pęsetę, ale pogoniłam ją z powrotem, bo to była nowa, której używamy. Dokopała się wreszcie do starej. Rozanielona Marchew nadstawiała mordkę, skupiłam się, rozchyliłam włosy, złapałam zadek kleszcza i wyrwałam go wraz z futrem ruchem wykręcania śruby. Cały wyszedł, jestem fachowcem... Zszokowana Marchew wlazła na Kolesia i chwilę trwało, zanim puściła incydent w niepamięć. Koleś obadał sytuację ćwiartką lewego oka i na powrót zapadł w drzemkę. [/FONT] [FONT=Arial] Za dziesięć szósta rano obudził mnie sygnał sms-a. Zaklęłam paskudnie i zabójczym wzrokiem wpatrzyłam się w wyświetlacz, żeby zapamiętać, kogo mam zamordować za zabranie mi dwudziestu pięciu minut snu. [/FONT] [FONT=Arial] Kaka (kolejna Kasia, moja ulubiona, najmłodsza koleżanka z pracy). Prosiła, żebym zabrała za sobą ładowarkę, bo nie wie, czy jej się zepsuł telefon, taki jak mój, czy zasilacz. Wygrzebałam się spod Marchwi i Kolesia, wyrzuciłam spod poduszki piłeczkę Gareta i wstałam. Zażyłam lekarstwa i niemrawo zaczęłam ćwiczyć. Natychmiast przytuptał z góry Garet i uwalił mi się na nogach, domagając się pieszczot. Słodki był taki, że omal pod wpływem jego rozespanego, ciepłego ciałka nie odmeldowałam się na macie do ćwiczeń, bo powieki mi opadały.[/FONT] [FONT=Arial] Byłam tak spowolniała, że z domu wybiegłam w ostatniej chwili, zręcznie przeskakując leżącą pod drzwiami kuchni martwą mysz. [/FONT] [FONT=Arial] -Masz – rzuciłam Kace na biurko zasilacz. –I nie rób tego więcej, bo jak cię kocham, tak cię zamorduję. Miałam jeszcze dwadzieścia pięć minut snu, ty sadystko! A ty mnie obudziłaś PRZED SZÓSTĄ!!! [/FONT] [FONT=Arial] Wszystkie dziewczyny zarechotały bez śladu współczucia. [/FONT] [FONT=Arial] Mój zasilacz w telefonie Kaki też nie działał. Czyli zepsuło się wejście.[/FONT] [FONT=Arial] -No to jestem bez telefonu – oznajmiła smętnie. [/FONT] [FONT=Arial] -Zaraz! Przełóż swoją baterię do mojego i naładuj sobie! – zawołałam w przypływie natchnienia. [/FONT] [FONT=Arial] -Ty, Asia, to masz łeb – spojrzała na mnie z uznaniem. [/FONT] [FONT=Arial] -Z niewyspania czasem mam przebicia do zbiorowej inteligencji – wymamrotałam macając na półce w poszukiwaniu torebki z kawą. [/FONT] [FONT=Arial] Natrętne słońce zaglądało już do naszej piwnicy, więc opuściłam roletę tracąc nieco na dopływie powietrza, ale zyskując zielonkawy cień. Przekonałam się już, że gdy naświeci mi w lewe oko, zataczam się potem przez cały dzień. [/FONT] [FONT=Arial] Zaparzyłam sobie kawę i zioła i z dwoma półlitrowymi kubkami wróciłam do swojej zielonej norki. Pojemność moich naczyń niezmiennie budzi sensację. Wciąż tłumaczę, że dzięki temu nie muszę co chwilę zrywać się i latać do kuchni. Poza tym uwielbiam zimną kawę. Za gorącą nie przepadam. Niestety, prawie wszystkie półlitrowe kubki i szklanki w domu mi się wytłukły, a na podobne nie mogę trafić. [/FONT] [FONT=Arial] Włączyłam komputer i poczułam się lepiej. Mniej więcej tak, jak narkoman, który zaaplikował sobie pierwszą dawkę. Moja miłość, moje uzależnienie... [/FONT] [FONT=Arial] Skrawkiem świadomości zarejestrowałam, że wszedł jakiś klient, z którym Grazia rozmawiała szybko i dziwnie zduszonym głosem. Kiedy wyszedł, rzuciła się do otwierania okien, co zwróciło moją uwagę, jako że w pokoju dziewczyn niezależnie od temperatury są zamknięte na głucho, a poza tym włączony jest piec akumulacyjny, który natychmiast po ich wyjściu wyłączam. [/FONT] [FONT=Arial] -Fu!!! – zawołała Grażyna wisząc na klamce kolejnego okna. –Co za nieszczęście, wzrok słabnie, słuch słabnie, a węch wciąż ten sam![/FONT] [FONT=Arial] Wybuchnęłam śmiechem i nie mogłam się uspokoić, więc wyszłam na papierosa przed budynek. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy wróciłam, w pokoju obok zauważyłam znajome, długie nogi. [/FONT] [FONT=Arial] -Waldi?[/FONT] [FONT=Arial] Starszy z naszych informatyków, wysoki brunet, przystojny i uroczy, ale wściekle zakręcony, słowny z opóźnieniem i oderwany od rzeczywistości, uśmiechnął się promiennie. [/FONT] [FONT=Arial] -Cześć![/FONT] [FONT=Arial] -Spójrz na mnie! – zażądałam – tak wygląda wyrzut sumienia. [/FONT] [FONT=Arial] Wybuchnął śmiechem. [/FONT] [FONT=Arial] -Pamiętam – zameldował – sekap ci nie działa![/FONT] [FONT=Arial] -Od trzech tygodni nie mogę się zalogować! [/FONT] [FONT=Arial] -Zaraz do ciebie przyjdę. [/FONT] [FONT=Arial] Pokiwałam głową mając nadzieję, że to nie ten sam zaraz, co u Kai, czyli mikrob wywołujący niepamięć permanentną. [/FONT] [FONT=Arial] Drugi z naszych informatyków, Konrad, jest równie przystojny, choć w blond typie, dla odmiany słowny, solidny i entuzjastyczny w pracy, ale jeszcze młodziutki, więc pewnie za jakiś czas mu przejdzie... a może nie?[/FONT] [FONT=Arial] Waldi faktycznie przyszedł. Okazało się, że po ostatnim przeprogramowaniu mojego komputera do hasła do serwera wkradła się spacja, więc przy kopiowaniu i wklejaniu de facto podawałam hasło zupełnie inne. Zapamiętałam starannie jako nauczkę na przyszłość. Nic to, że nie pamiętam hasła osobistego; metodą prób i błędów... A sekapu nienawidzę z całej duszy. Unikam, kiedy tylko mogę. Jest nielogiczny, zagmatwany i niedopracowany jak trzymiesięczny płód. Pozdrowienia dla twórcy. Podczas, gdy bez trudu rozgryzę program nawet w języku, którego litery przypominają roślinne tatuaże, pod warunkiem, że posiłkuje się elementarnymi choćby prawami logiki i konsekwencją, przy sekapie łzy napływają mi do oczu i dłoń odruchowo szuka broni. [/FONT] [FONT=Arial] I właśnie dzisiaj, kiedy miałam otworzyć nową sprawę, popłakałam się z frustracji. Przez dwa dni wyprodukowałam pół kilograma pism, które, o zgrozo, musiałam puścić przez sekap. Po licznych próbach byłam w stanie skrajnej depresji i wyczerpania nerwowego, a moje poczucie własnej wartości przekopało się przez dno i raźno zmierzało w kierunku Chin, czy co tam jest po drugiej stronie kuli ziemskiej...[/FONT] [FONT=Arial] Konrad był na urlopie, a Waldi nie miał czasu, bo właśnie udawał się w dwa odległe od siebie miejsca równocześnie. Wydawał się mocno skruszony, zwłaszcza, gdy zawyłam do słuchawki, że już w ubiegłym roku domagałam się szkolenia. Ale na odległość nie mogłam go nawet zabić. [/FONT] [FONT=Arial] Ten właśnie moment wybrała Ewka, kierowniczka mojej rodziny zastępczej, śliczna, mądra i cudownie ubierająca się kobieta, żeby przybiec ze swoim ślicznym aparatem w celu zrobienia mi zdjęcia, bo musi się pochwalić, kto jej stworzył stronę internetową. [/FONT] [FONT=Arial] [COLOR=black]-Odwal się - poprosiłam uprzejmie, bo fotografować się lubię mniej więcej tak, jak przestępca poszukiwany listem gończym. I odwaliła się, ale z innego powodu. Spojrzała na mnie uważniej i zawyła ze zgrozy.[/COLOR][COLOR=black] [/COLOR][COLOR=black][/COLOR][/FONT] [COLOR=black][FONT=Arial]-Jezu, Joaśka! Bez korali, bez kolczyków i ta ponura, granatowa bluzka! Ty nie jesteś w pełni kobietą[/FONT][/COLOR][COLOR=black][FONT=Arial]![/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Wieczorem Kaja przygotowywała się do jubileuszowego spotkania swojej klasy z liceum.[/FONT][/COLOR][COLOR=black][FONT=Arial] [/FONT][/COLOR][COLOR=black][FONT=Arial][/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Mamuś, tylko mnie nie rozśmieszaj - warknęła ostrzegawczo, gdy weszłam do łazienki. -Maluję sobie kreskę![/FONT][/COLOR][COLOR=black][FONT=Arial][/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]Faktycznie, dokonywała cudów precyzji nad gęstymi rzęsami (cholera wie, po co), co dla mnie jest nieosiągalne z powodu wrodzonego braku precyzji.[/FONT][/COLOR][COLOR=black][FONT=Arial][/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-Najgorsze jest to, że malujemy się dla innych dziewczyn - wymamrotała.[/FONT][/COLOR][COLOR=black][FONT=Arial][/FONT][/COLOR] [COLOR=black][FONT=Arial]-O tym samym myślałam dziś rano! - zawołałam odkrywczo.[/FONT][/COLOR][COLOR=black][FONT=Arial] I gdzie tu miejsce dla facetów?[/FONT][/COLOR] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
[FONT=Arial]06.08.2009, czwartek.[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]Ja chcę spać!!! Zapomniałam, jak to się robi! Oduczyłam się! Dwie godziny snu zapewniły mi kondycję zombie i oczy koloru poświaty na ulicy Czerwonych Latarni. [/FONT] [FONT=Arial]O trzeciej prawie zasypiałam, kiedy w Kolesia wstąpił diabeł. Zaczął rzucać z łoskotem cielskiem z mebli o podłogę i pojękiwać żałośnie. Po kilku minutach współczucie mi przeszło, senność również i cisnęłam pantoflem w kierunku ostatniego hałasu. Odpowiedzią był metaliczny klekot, co oznaczało, że nie trafiłam w coś innego. W co, wolałam nie myśleć. [/FONT] [FONT=Arial]Potem Garet postanowił wyjść do ogrodu i usiłował wyłamać drzwi do piwnicy z determinacją wróżącą sukces. Nigdy nie wiem, czy naprawdę musi wyjść, czy nie musi, ale musi, żeby obrzucić obelgami dowolnie wybrany obiekt. Wolałam nie sprawdzać, otworzyłam drzwi do piwnicy i zamknęłam na klucz swoje. Niech lata do Kai dzielić się wrażeniami. [/FONT] [FONT=Arial]W pracy funkcjonowałam w stanie lekkiego obłędu załatwień przed wycieczką. W ciągu 4 godzin pięciokrotnie odwiedziłam pięć wydziałów, potem jeszcze raz ekstra cztery, bo zgubiłam teczkę z dokumentami, która szczęśliwie znalazła się w zupełnie innym wydziale, do którego wstąpiłam tylko na chwilę. Nikt specjalnie się nie dziwił, bo ciągle coś gubię albo zostawiam. [/FONT] [FONT=Arial]Wróciłam do siebie. Udało mi się, pojękując z niesmaku, napisać pół artykułu. Reportaż z sobotniej imprezy. Rozpacz! Musi być zrozumiały dla wszystkich członków społeczności lokalnej, zawierać nazwiska wszystkich wykonawców i zasłużone pochwały dla nich, jednocześnie prezentując spójność i pewien poziom, bo, jak powtarzam, są granice śmieszności, których przekraczać nie należy. A przynajmniej ja nie mogę. Muszę zachować zwykłą lekkość stylu i dowcip, inaczej nie podpisałabym się pod artykułem.[/FONT] [FONT=Arial]Po południu w towarzystwie Kasi odwiedziłam Ulę – słabiutka, wygląda jak mała dziewczynka, miała kryzys, noc jazdy po szpitalach, z rakowcami nikt nie chce mieć do czynienia, bo nie wiadomo, co im się właśnie rozpada. Powinni taktownie i po cichu umrzeć. Udało mi się jednak rozśmieszyć ją i przez kilkanaście minut rechotałyśmy radośnie. I to były najcenniejsze chwile tego dnia. Kasia z kolei opowiedziała zdarzenie z dzieciństwa – jak to pewnego razu, podczas pływania w jeziorze, zaczęła się topić, a nieznany mi osobiście mąż Uli, wówczas podobno całkiem przyzwoity człowiek, uratował jej życie. [/FONT] [FONT=Arial]Ula wzruszyła się do łez, że będzie miała co opowiedzieć córce, aby miała pełniejszy obraz ojca – nie tylko jako faceta, który porzucił rodzinę i prowadzi nieciekawy tryb życia, ale również jako mężczyzny szlachetnego. Teraz z kolei ja wzruszyłam się do łez. To Ula jest szlachetna, wielkoduszna i mądra. Jest wspaniała. Moją książkę położyła obok siebie na łóżku. [/FONT] [FONT=Arial]Wieczorem, kiedy trochę się przespała, oprzytomniała i odpoczęła po dramatycznych nocnych przeżyciach, zadzwoniła z ponownymi gratulacjami. [/FONT] [FONT=Arial]-No popatrz, wcześniej nie zauważyłam, a to Monika Szwaja poleca! Sama Monika Szwaja! Jestem z ciebie taka dumna! – zakończyła. [/FONT] [FONT=Arial]Żołądek mi się ścisnął. Nic na to nie poradzę, ale większość uczuć osadza mi się w okolicy żołądka. Zaczynam podejrzewać, że tam naprawdę stacjonuje zazwyczaj dusza. Czy Wy też tak macie?[/FONT] [FONT=Arial]Ku rozczarowaniu Gareta, który ostatnio z uporem odmawia jedzenia udek z kurczaka, zamiast przyzwoitego posiłku ugotowałam dietetyczną zupę jarzynową z błonnikiem. Staram się wrócić do ludzkiego wyglądu, ale bardzo opornie to idzie. Długo miałam wiarygodne (tylko nie dla siebie) wytłumaczenie – że stres, że sterydy... no i narosło. A coraz trudniej się rozstać z kochaną otuliną. [/FONT] [FONT=Arial]-Kaja, spróbuj, pyszna zupa – powiedziałam zachęcająco. [/FONT] [FONT=Arial]-Faktycznie, ładnie pachnie... – moje dziecko zajrzało do garnka i odsunęło się ze zgrozą. –Fuj!!! Ohyda!!! Takie gluty![/FONT] [FONT=Arial]-Błonnik...[/FONT] [FONT=Arial]-Przecież to wygląda jak stadium tuż przed inteligencją! Potem zaczyna myśleć i zdobywać świat! – spojrzała na mnie z odrazą. [/FONT] [FONT=Arial]Zakrztusiłam się błonnikowym glutem. Garet taktownie odwrócił wzrok od mojego talerza.[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
Już jest w empiku. Książka jest troszkę zmieniona. I to pierwszy tom, 2006 rok. Dziekuję Wam, za wszystko. [FONT=Arial]04.08.2009, wtorek.[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]Kaja wróciła po dwudniowej nieobecności akurat w porę, aby odebrać paczkę z egzemplarzami autorskimi książki o Garecie. W biegu do wejścia Garet okazał się szybszy. Trzasnął jednymi drzwiami i jak zwykle z rozmachem runął na klamkę ciężkich, metalowych drzwi wejściowych. Efekt za każdym razem jest piorunujący. Drzwi z hukiem walą o mur, który wyłącznie cudem jeszcze stoi, potem odbijają i walą w mur po raz kolejny. Doręczyciel z pewnością nie spodziewał się takiego powitania, toteż usłyszawszy okrutny łoskot i ujrzawszy lecącego wprost na siebie dużego psa rozkrzyżowanego jak czarno-biały nietoperz, nie wytrzymał nerwowo i skoczył tyłem wprost na ulicę. Być może nie wierzył, że furtka powstrzyma obłąkaną bestię albo w ogóle zapomniał o istnieniu tejże furtki, na którą z rozpędem wskoczył potwór. Facet miał fuksa, że ulicą akurat nic nie przejeżdżało. Kaja pospiesznie starała się zapanować nad sytuacją. Kiedy kwitowała odbiór, Garet rozpaczliwie usiłował przedostać się przez furtkę górą, aby obdarzyć serdecznym całusem pracownika poczty, jednakże ten nieufny człowiek zasłonił się paczką. Zanim Kaja dopełniła formalności, kundel zdążył już częściowo rozpakować przesyłkę. Hmmm... może wiedział, co się w niej znajduje...[/FONT] [FONT=Arial]Przywlokłam się do domu otumaniona upałem i od razu zaczęłam zdzierać z siebie ubranie, zdecydowana natychmiast wskoczyć do basenu. Byłam na etapie bluzki, kiedy Kaja zaproponowała, abyśmy pokazały babci książkę. Irena grzała sobie nogę pod balkonem. Zawahałam się, wreszcie machnęłam ręką – ostatecznie po ogrodzie ludzie chodzą w strojach kąpielowych, a ja byłam niemal kompletnie ubrana, nawet w koralach i kolczykach, co może wyglądało nieco dziwnie przy białym, koronkowym biustonoszu, ale okolica wydawała się wymarła. [/FONT] [FONT=Arial]Irena wzięła do ręki książkę, wpatrzyła się w nią z pełnym niedowierzania uśmiechem, i wymamrotała z zaskoczeniem – no, coś podobnego... – co jak na nią było reakcją pełną ekspresji. [/FONT] [FONT=Arial]Wracałam pospiesznie do domu, aby przebrać się w strój kąpielowy, i już prawie dotarłam do schodów, gdy nagle z okna wychylił się do połowy sąsiad.[/FONT] [FONT=Arial]-Cześć!!! – wrzasnął radośnie tuż nad moją głową.[/FONT] [FONT=Arial]-No nie, nie wierzę – jęknęłam z rozpaczą, zaplatając ramiona.[/FONT] [FONT=Arial]Kaja za mną zachichotała szatańsko. [/FONT] [FONT=Arial]-No co ty, sąsiada się wstydzisz?! Jesteśmy jak rodzina![/FONT] [FONT=Arial]-Jęknęłam powtórnie, choć nieco ciszej. [/FONT] [FONT=Arial]Pogadaliśmy chwilę i wreszcie dotarłam do domu, ale po tak ciężkich przeżyciach postanowiłam zacząć od obiadu. Garet nie miał nic przeciwko temu. Z mysim wzrokiem oparł się na złączonych poręczach foteli i zaczął przełykać ślinę nad moim talerzem. Kaja usiadła obok niego. [/FONT] [FONT=Arial]-Wiem, że się powtarzam, ale chciałabym choć raz zjeść spokojnie posiłek bez zamykania się w łazience – warknęłam zirytowana.[/FONT] [FONT=Arial]-Och, mamuś, nie bądź taka drobiazgowa. On po prostu nawiązał silną mentalną wieź z twoim filetem. [/FONT] [FONT=Arial]-Wolałabym, żeby nawiązał mentalną więź z kurczakiem w swojej misce! Cholera, wyrzucam całe kilogramy mięsa, bo temu dziwakowi już całkiem poprzewracało się we łbie! – spojrzałam groźnie w bursztynowe ślepia. Garet umknął wzrokiem w kierunku ściany, którą zaczął kontemplować w głębokiej zadumie i z lekkim rozrzewnieniem. Zostawiłam mu połowę kurzej piersi i surówki z kapusty. Zeżarł to obrzydliwiec przymykając z rozkoszy powieki, z wyrazem rozanielenia na obliczu. Potem polazł za mną do ogrodu. Przed kąpielą postanowiłam trochę popracować. Przyniosłam z piwnicy sekator i zabrałam się do trzebienia bujnej roślinności. Najpierw walczyłam z pnącą różą pod balkonem, która jakoś wyjątkowo mnie nie lubi. Z wzajemnością. Atakujemy się nawzajem. Jej długie pędy wplątały się w glicynię i wiciokrzew, przygniotły krzew krwawnika, wlazły na lipę i wybrały się przez mur do sąsiada. Skończyłam z różą, otarłam krew z ran, rozmasowałam łokieć i zapędziłam Gareta do cienia.[/FONT] [FONT=Arial]Ognik rozrósł się jak obłąkany kompletnie zagłuszając laur, wplątując się w winorośl i lipę od drugiej strony. Skończyłam z ognikiem, z jękiem pomasowałam łokieć, zwyzywałam Gareta od zidiociałych samobójców i wepchnęłam go za tyłek w cień pod modrzewiem. [/FONT] [FONT=Arial]Przyszła kolej na dzikie wino opadające przez mur ze strony sąsiada i atakujące moją winorośl, która nie pozostała mu dłużna. Poza tym, że wybrała się z wizytą (a, co będę sąsiadowi żałować, niech też ma dobre winogrona) zarosła dwie pnące róże i pełznąc obficie po ziemi zmierzała w kierunku bali huśtawki. Jezu, ktoś powinien nad tym zapanować... Obcinanie pędów dzikiego wina zajęło mi więcej czasu, w trakcie tego coraz bardziej wykrzywiona masowałam ostro protestujący łokieć i dwukrotnie zwyzywałam Gareta od kretynów, ale nadal z uporem wracał na rozżarzone do białości płytki gresowe. Może już dostał udaru cieplnego i zgłupiał od tego do reszty? [/FONT] [FONT=Arial]Przy odcinaniu od pnia lipy zdziczałych pędów, równocześnie rozpadły się sekator i mój łokieć. Zaskowyczałam z bólu, wypuściłam resztki sekatora i nawarczałam na Gareta, który wreszcie ruszył dupsko i zaległ pod modrzewiem. Podlałam hibiscusy i weszłam z sitkiem do basenu usiłując lewą ręką wyłowić z wody setki samobójców, ale zaczęłam widzieć jakoś dziwnie, jakby na czerwono, więc pospiesznie ewakuowałam się do domu. Prysznic jest bezpieczniejszy...[/FONT] [FONT=Arial]-I w samą porę – zgromiła mnie Kaja – znalazłybyśmy cię pewnie dopiero wieczorem![/FONT] [FONT=Arial]Znowu obiecywałam sobie, że już tej nocy na pewno się wyśpię. Długo rozmawiałam na GG, a potem oglądałam prześliczne zdjęcia zwierząt na stronie znajomego. I żarła mnie zazdrość. Kupuję coraz lepsze aparaty, jakby to miało w czymś pomóc. Najczęściej jednak fotografuję w trybie dla cymbałów, czyli „auto”, choć mam większe ambicje. Gdy jednak zaczynam grzebać w ustawieniach i gapić się w wyświetlacz rozmyślając, czy przybliżyć go do oczu czy oddalić, zdjąć okulary czy założyć inne – mój obiekt znika albo zdycha ze starości. [/FONT] [FONT=Arial]Położyłam się po drugiej. Po jakimś czasie nawet udało mi się zasnąć, ale o czwartej wyrwał mnie ze snu potworny łoskot nad głową, potem na schodach i stukanie pazurami w drzwi. Gdzieś w oddali szczekał piesek, któremu Garet musiał natychmiast odpyskować. Walenie stopami w schody świadczyło o tym, że Kaja jest naprawdę wkurzona. Z hukiem otworzyła jedne i drugie drzwi, a Garet radośnie wyskoczył przed dom. [/FONT] [FONT=Arial]-Co wy dwoje, do nierządnicy nędzy, wyprawiacie?! – wrzasnęłam z irytacją.[/FONT] [FONT=Arial]-Ja nic, to ten idiota zeskoczył z łóżka, wplątał się w przedłużacz, strącił mi telefon i rozbił lampkę! – odwrzasnęła Kaja i załomotała szafką w kuchni, pewnie w poszukiwaniu zmiotki i łopatki. [/FONT] [FONT=Arial]-Czy ja się, cholera, choć raz zdołam przespać ze cztery godziny!?[/FONT] [FONT=Arial]Następnego dnia Kaja kosiła trawę. W uszach miała słuchawki od MP4, a pomruk kosiarki musiał korzystnie wpływać na jakość odbioru. Garet oczywiście tkwił na parapecie i wyglądał przez okno, smarkając na szybę. Prawdziwy pies towarzysz. Do ogrodu wyszedł dopiero ze mną. [/FONT] [FONT=Arial]-Spotkaliśmy dziś pielgrzymkę – poinformowała mnie Kaja, wyłączając na chwilę kosiarkę. [/FONT] [FONT=Arial]Zachichotałam radośnie, bo po pierwsze przypomniał mi się ulubiony dowcip (ma dwa kilometry i sra po rowach), a po drugie, przypomniałam sobie, w jak dziką panikę wpadał Garet na widok pielgrzymek. [/FONT] [FONT=Arial]-Na szczęście byliśmy jeszcze na łąkach, kiedy oni szli ulicą. Nastawił uszy, wybałuszył oczy i przeszedł drobniutko kilka kroków. Potem jeszcze bardziej uniósł uszka, znowu postawił parę kroczków i zamarł. Jedną grupę spotkaliśmy na ulicy, ale na szczęście nie śpiewali i nie ryczeli przez megafony, tylko się cicho modlili. Inaczej musiałabym nieść psa na rękach, o ile w ogóle zdołałabym go dogonić. Prawda, Myszunia? – Garet, obsikujący szczodrze magnolię, westchnął i uśmiechnął się szeroko. [/FONT] [FONT=Arial]-Słodki jesteś![/FONT] [FONT=Arial]Garet uśmiechnął się jeszcze szerzej, zrezygnował z opróżniania zbiornika i wyglebił się u naszych stóp, odsłaniając zachęcająco brzuszek. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]