Jump to content
Dogomania

joannasz

Members
  • Posts

    593
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by joannasz

  1. Kocham Was. Mariola, Kaja przepisuje tekst, który Was zainteresuje. Wyślę jutro na adres Luizy. Na Forum ja osobiście wolę tego nie zgłaszać. Ale trzeba. J:loveu:
  2. Pouczona należycie o swoim zachowaniu, wysoce społecznie szkodliwym oraz opóźniającym rozwój cywilizacji, jak również o łamaniu wszelkich przyjetych norm, tudzież rozmyślnym działaniu na szkodę psa społeczeństwa itd., kajam się i wprowadzam korektę do ostatniego tekstu. Zaznaczam także, raz na zawsze: t[B]o nie jest podręcznik. To nie jest reportaż. To nie jest dokument. Czytanie wyłącznie dobrowolne. Grozi destrukcją psychiki, ruiną emocjonalną oraz chorobami somatycznymi![/B] [B][FONT=Arial]30.07.2006 niedziela[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]9.00 – Garet śpi w swoim fotelu. Na mój widok przeciąga się, ziewa, wyciąga wszystkie łapy, wystawia brzuszek do drapania. Drapię. Pod szyją również. Głaszczę po grzbiecie. Ma coraz bardziej jedwabistą sierść. Niezwykle błyszczącą. Kiedy próbuję odejść, chwyta w zęby moje palce i przyciąga do siebie. Drapię dalej. Całuję w mordkę i w czoło, wtulam twarz w miękkie uszka. Uwaga: 1. sprawdzić, czy pies bez szwanku zniesie bakterie, jakie ma człowiek. 2. przejrzeć podręcznik, czy 10 minut pieszczot na raz to nie za długo i nie zwichruje charakteru psa.[/FONT] [FONT=Arial]9.10 – idę do łazienki. Garet za mną, zostaje na fotelu w kuchni, gdzie znowu zasypia. Uwaga: sprawdzić w podręczniku, czy nie należy szczeniakowi wyznaczyć ściśle określonych godzin snu i jaka komenda do tego służy.[/FONT] [FONT=Arial]9.30 – zaczynam gimnastykę. Garet z powrotem włazi na swój fotel i drzemie. [/FONT] [FONT=Arial]9.45 – ziewa, schodzi z fotela, rozgląda się, łapie gryzaka i kładzie się obok mnie na futrzaku upuszczając mi gryzaka na brzuch. Śmieję się. Uwaga, b. niepedagogiczne! Powinnam zawołać: Fe! i kazać mu udać się na swoje legowisko. Kładzie się wzdłuż mojego ciała i przytula się. Drapię go po głowie. Znowu błąd. Powinien siedzieć w kącie i nie przeszkadzać![/FONT] [FONT=Arial]10.00 – Kaja schodzi z góry i szuka swoich pantofli. Są, każdy osobno. Wita się z Garetem, ściska go i całuje, drapie po brzuszku. Błąd! Powinien zostać ostro skarcony za to, że: 1. ukradł w nocy pantofle. 2. położył je niechlujnie, zamiast równo obok siebie. 3. Zabrał z łazienki na dole jej spodenki, wyniósł je na górę i umieścił obok łóżka. Uwaga: zamykać drzwi do łazienki, dobudować nowe pomieszczenie i przenieść tam kocią kuwetę ewentualnie wyciąć w drzwiach łazienki dziurę z klapką, przez którą zmieszczą się koty, a pies nie. [/FONT] [FONT=Arial]10.00-10.20 – śniadanie. Pies nie wykazuje zainteresowania swoim talerzem. Za gorąco czy zjedzone późnym wieczorem trzy talerze mięsa to wystarczająca ilość na tyle godzin? Sprawdzić w podręczniku. W razie potrzeby użyć dwóch osób do zaaplikowania pokarmu. Zjada pół kanapki grubo posmarowanej masłem z żółtym serem i pomidorem. Uwaga! Nadmiar soli mineralnych może go zabić. Chleb wieloziarnisty jest groźny dla życia psa. Witamina A i E w maśle mogą nie być przyswajane przez jego organizm. Sprawdzić w podręczniku. Podać w tabletkach. [/FONT] [FONT=Arial]10.20 – 10.40 – koty jedzą śniadanie. Pies wyproszony z kuchni. Próbuje otworzyć drzwi, ale są zamknięte na zatrzask od środka. Kładzie się na progu i inhaluje pod drzwiami. Potem biegnie do pokoju i próbuje się przedrzeć przez regał. Fe! Nie skutkuje. Zbić? Zbudować kojec i zamknąć. Gdyby zwierzęta były zdolne do uczuć, można by przypuszczać, że jest zazdrosny o czułe gruchanie do kotów. A fe! Pięć miesięcy i taki nieopanowany. Poważne błędy wychowawcze.[/FONT] [FONT=Arial]10.40 – 12.30 – przesadzamy kwiatki. Garet biega po ogrodzie. 12 arów to może zbyt mały obszar? Do czasu szczepienia dokupić hektar. Prowadzić na smyczy. Może powinien leżeć przy nodze? Kompletna bezradność. Sprawdzić w podręczniku. [/FONT] [FONT=Arial]12.30 – 12.40 – usuwamy z siebie ślady ziemi.[/FONT] [FONT=Arial]12.45 – przyjeżdża Iwona. Garet szczeka przy furtce. Powitanie stanowczo zbyt entuzjastyczne. Skarcić, niech hamuje ekspresję. [/FONT] [FONT=Arial]12.50 – wskakuje na swój fotel. Macha ogonem. Iwona siada, pies schodzi. Wywiesić tabliczkę z godzinami zajmowania fotela. [/FONT] [FONT=Arial]12.55 – dostaje od Iwony zakupione w sklepie dla zwierząt świńskie ucho. Same błędy! Wszystko powinien dostawać z ręki właściciela. Wieprzowina jest szkodliwa. Nawet jeden wyjątek może go zabić. Obserwować uważnie. [/FONT] [FONT=Arial]13.00 – Garet zjada morelę. Poważne przestępstwo żywieniowe. Za karę wieczorem właściciel przez 15 minut w kącie na grochu.[/FONT] [FONT=Arial]13.05 – Garet zasypia. 13.40 – przeciągnął się i przewrócił na drugi bok. [/FONT] [FONT=Arial]14.00 – podszedł do nas i domaga się pieszczot. 10 minut głaskania i przytulania. Nie rozpieszczać![/FONT] [FONT=Arial]14.10 – Garet bawi się patykiem z wiśni. Zabrać i wetknąć w pysk gryzaka?...[/FONT] [FONT=Arial]14.30 – Garet rzuca po pokoju jabłkiem. Biega za nim i skacze. Uwaga: soki owocowe zrujnują mu szkliwo. [/FONT] [FONT=Arial]14.45 – Garet wybiegł na dwór. Skarcić za samowolę. [/FONT] [FONT=Arial]16.15 – Garet z Kają. Wielka niewiadoma.[/FONT] [FONT=Arial]16.45 – wrócił i wygląda zdrowo. Może nic mu nie będzie. Pije wodę i od razu biegnie do głaskania. Nauczyć wycierania mordki.[/FONT] [FONT=Arial]16.45 - pożegnanie z Iwoną. Dobry pies.[/FONT] [FONT=Arial]16.45-17.15 – obiad. Garet odmawia swojego mięsa. Nadal nie chce się przekonać do chrupek dla szczeniaków produkcji renomowanej firmy. Karmić na siłę? Zabrać talerz i przegłodzić? Jak zacznie się słaniać na łapach, to złamie się jego upór i zje. Pies nie powinien jadać wtedy, kiedy jest głody, tylko wtedy, kiedy jest pora karmienia. Ergo, ma być głodny o określonej godzinie. Niezależnie od warunków zewnętrznych i samopoczucia, ma wtedy jeść. Dyscyplina, żadnych grymasów. Zżera kotlet sojowy i kiszoną kapustę. Soja niemodyfikowana genetycznie. Ale może kłamią. Oduczyć lubienia kapusty. Fermentacja, która czyni ją lekkostrawną dla ludzi, jest zabójcza dla psów. Wszystko z wyjątkiem suchej karmy (nie czytać składu!) oraz mięsa jest zabójcze dla psów. Właściciel za karę przez pół godziny na grochu. Razem na grochu 45 minut. Tymczasem obserwować psa. W przypadku gazów z odrzutem, biegunki krwotocznej, wymiotów itp. objawów ciężkiego zatrucia pokarmowego wezwać pogotowie weterynaryjne, a następnie oddać się w ręce prokuratora. Być może będzie można uzyskać złagodzenie wyroku. [/FONT] [FONT=Arial]17.15-17.20 Garet się bawi. [/FONT] [FONT=Arial]17.20 – przychodzi Anka. Powitanie STANOWCZO ZBYT entuzjastyczne. Przydeptywać tylne łapy, żeby nie podskakiwał. Ewentualnie przygnieść własnym ciałem. Założyć kaganiec, żeby nie skubał. Przywiązać ogon do tylnej nogi, żeby nie walił nim po naszych nogach i po meblach. Koniecznie egzekwować powściągliwość! Powitanie dopuszczalne tylko w formie delikatnego machania ogonem z opuszczonym łbem i zamkniętym pyskiem. [/FONT] [FONT=Arial]17.20 – 17.40 – zmasowana porcja pieszczot. Nie rozpieszczać, błąd wychowawczy. Można poklepać w nagrodę, uściski „za nic” – niedopuszczalne. Stłamsić własne, egoistyczne potrzeby. W razie niemożności udać się do psychiatry. [/FONT] [FONT=Arial]17.40 – 18.00 – pies bawi się pluszakiem. [/FONT] [FONT=Arial]18.00 – 18.15 – pies bawi się konarem wiśni. [/FONT] [FONT=Arial]18.15 – 18.20 – entuzjastycznie wita Kaję wracającą z kościoła. Spacyfikować. Przecież widział ją godzinę temu. [/FONT] [FONT=Arial]18.20 -18.30 – wyszedł z Kają.[/FONT] [FONT=Arial]18.35 – przyjeżdża Tomek po Zuzię. Powitanie bardzo żywiołowe. O wiele „zbyt”. Tępić. [/FONT] [FONT=Arial]18.35 – 18.40 sam ze mną w pokoju. Płacze pod drzwiami, chce iść tam, gdzie wszyscy. Skutek nadmiernego rozpieszczenia. [/FONT] [FONT=Arial]18.40 – 19.15 – bawi się na dworze. Kupa normalna. Brzuch miękki, niebolesny. Brak zażółcenia spojówek, język bez nalotu. Sierść bardzo błyszcząca. W najwyższym stopniu niepokojące! Organizm najwyraźniej przyzwyczaił się do podawanych trucizn. Właściciel do więzienia, dożywocie bez możliwości zwolnienia warunkowego. Na razie pół godziny na grochu. W sumie 1 godz. 15 min.[/FONT] [FONT=Arial]19.20 – 19.25 z okruchami herbatnika uczymy się siad. Bawimy się świetnie. Okazuję radość zbyt wylewnie. Za karę na 15 min. na grochu. Razem 1,5 godziny. [/FONT] [FONT=Arial]19.26 – „siad” opanowany. Za szybko, coś nie gra. Kupić samochód, zrobić prawo jazdy (sprawdzić, czy są dofinansowania z Unii) i zawieźć na tresurę. [/FONT] [FONT=Arial]19.27 – 20.15 – Garet bawi się długim misiem. [/FONT] [FONT=Arial]20.20 – zjada melona. Właściciel do więzienia, a na razie godzina na grochu. Razem 2,5. Przygotować weterynaryjny zestaw do intensywnej terapii. [/FONT] [FONT=Arial]20.20 – 21.00 – gra na piszczącej kości. Długo i w sposób urozmaicony. Skasować kość, bo może uszkodzić mu słuch. [/FONT] [FONT=Arial]21.00 – 21.25 – Garet zjada dwa talerze mięsa. Wygląda na głodnego. Dostaje chrupki dla szczeniąt. Pluje. Znaczy, nie był głodny. Zjada 2 kapsułki tranu.[/FONT] [FONT=Arial]21.25 – 21.30 – sprawdzamy „siad”. Pamięta. [/FONT] [FONT=Arial]21.30 – 21.40 – masaż. Pies zlizuje mi krem nivea z pleców. Zrobić płukanie żołądka. W pogoni za ćmą przebiega po mnie. Wyraźna rysa na nodze. Wsadzić do aresztu za nieumyślne uszkodzenie ciała. Siada mi na plecach i rozgląda się w poszukiwaniu ćmy. Ukarać za naruszeni godności osobistej właściciela. Kaja wyje ze śmiechu. Dać szlaban za niestosowne zachowanie. [/FONT] [FONT=Arial]21.40 - 22.30 – Garet biega z domu do ogrodu, po domu, skacze, gra na kości. Zbyt dużo swobody i żywiołowości. W przyszłości spacyfikować. [/FONT] [FONT=Arial]22.30- 22.40 – poluje na ćmę. Nauczyć poszanowania dla innych istot żywych. I powściągliwego zachowania się. Po zakupieniu samochodu i rozpoczęciu tresury nie zapomnieć o programie tropienia ciem i polowaniu na komendę. [/FONT] [FONT=Arial]22.40 – 23.00 – drzemie na prawym boku.[/FONT] [FONT=Arial]23.00 – 23.05 – stoi nad WSK (Wielką Szarą Kocicą), która pożywia się przy tacy z chrupkami. [/FONT] [FONT=Arial]23.05 – 23.30 – bawi się kością i gałęzią wiśni. [/FONT] [FONT=Arial]23.30 – 24.00 – przeczekuje na fotelu w kuchni moje wieczorne ablucje.[/FONT] [FONT=Arial]24.00 – idę do kąta klęczeć na grochu. Potem napiszę na siebie doniesienie do prokuratury. Następnie spakuję walizkę do więzienia. Prawdziwa kara nastąpi w kolejnych wcieleniach. Uwaga! Pilnie poszukiwana rodzina adopcyjna dla pięciomiesięcznego szczeniaka, prawie retrivera. Konieczne referencje. Będzie potrzebna intensywna terapia prowadzona przez psiego psychologa. Oraz detoksykacja. [/FONT] [/B]
  3. Zarówno ja jak i żołądek Garysia mamy się świetnie. Spacery zaczniemy po szczepieniu na wściekliznę. I jednak pozostaniemy przy naszym barwnym, humorystycznym widzeniu świata, bo sztywne, ponure, czarno-białe trąci nam sekciarstwem. :cool3: [FONT=Georgia]30.07.2006 niedziela[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Dni mijają pod znakiem miażdżącego upału. Zaklinacz deszczu pilnie poszukiwany! To, co od czasu do czasu spada, wyparowuje nie dotykając ziemi. Mordercza wilgotność rośnie, za to ziemia przypomina dno piekła. To jedyny okres, kiedy cieszę się, że wstaję, zanim słońce na dobre otworzy oczy. Jeszcze przez godzinę po rozpoczęciu pracy nawiew wtłacza powietrze o temperaturze poniżej dwudziestu stopni i można przeżyć nie schodząc do podziemi. Później jest już tylko gorzej i oddałabym połowę włosów za powrót do zimnej jaskini, w której urzędowałam przed remontem. [/FONT] [FONT=Georgia] -Och, jak tu ślicznie! – wołają pacjenci. –To teraz musi pani być zadowolona! – dodają stali bywalcy.[/FONT] [FONT=Georgia] -Muszę – przyznaję z bladym uśmiechem. [/FONT] [FONT=Georgia] Namnożyło się mnóstwo owadów, najbardziej irytujące są ogromne, niemrawe muchy, który wyglądają, jakby przeszły przez szczotki myjni samochodowej i z trudem trzymały się w całości. Prawie słychać, jak klekoczą podczas pijanego lotu. Najsympatyczniejsze, jeśli ktoś nie ma fobii, są ćmy. Małe, duże, w przeróżne desenie i we wszystkich możliwych odcieniach od mlecznego beżu do dębowego brązu. Kaja, wciąż jeszcze pełna niedowierzania, opowiadała, że w nocy zaskoczyło ją dzwonienie szklanych dzwoneczków zawieszonych na lampie. Dawno żadnego horroru nie oglądała, więc zamiast uciekać przez zamknięte drzwi, odważnie zbadała zjawisko. Dzwoniła wielka ćma, która postanowiła sprawdzić moc żarówki. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mówię ci, była ogromna, miała wielkie, czarne gały, widziałam, jak odbija się w nich światło![/FONT] [FONT=Georgia] -Perskie chociaż puściła? – zainteresowałam się. Te gonione przez Garysia nie mają na to czasu. Dopiero na wysokości półtora metra nad ziemią łapią głębszy oddech. Pot im błyszczy na omszałych czołach, a włochate łapy drżą z przerażenia. Garet też drży, z niespełnionego myśliwskiego zapału. Dopóki coś ucieka, jest niezwykle godne pożądania. Iście ludzkie podejście. Ciekawe, kiedy nasze koty to zrozumieją. WSK (Wielka Szara Kocica) już dawno zgłębiła ten sekret. Odnosi się do Gareta z chłodnym lekceważeniem, a jedyna kolizja, jaka między nimi zachodzi, to gdy pies się o nią potknie. Szary kocurek też już zaczyna łapać. Szczególnie przy misce. Kiedy wynoszę na balkon Garetowe mięso, które w kociej misce gwałtownie zyskuje na atrakcyjności, obaj pożywiają się wśród odgłosów zgodnego mlaskania. [/FONT] [FONT=Georgia] Obowiązuje zakaz wstępu do lasu, więc borówki kupiłam bez kłopotu, choć nieco droższe. [/FONT] [FONT=Georgia] -Trzeba się kryć – oznajmiła rozpromieniona babina, uzasadniając wzrost ceny. Truskawki były znacznie tańsze. Kaja odkopała mikser i w porywie wielkoduszności obierała te maleństwa, a potem miksowała ze śmietaną. W połowie drugiego kilograma wymiękliśmy, ale przy każdej porcji Garet miał mnóstwo frajdy z oszczekiwania warczącego potwora, z którego potem wypływała pyszna papka. Był tak zafascynowany, że zupełnie zapomniał o przyczepie i przednimi łapami stał na podłodze, a tylne porzucił na fotelu. I to było nasze pożegnanie z ulubionym jedzeniem. Koniec truskawek, a co do borówek, to nie będziemy popierać łamania zakazu. A zresztą takie przegrzane nie są zbyt smaczne. Morele też mogą być – stwierdził Garet. [/FONT] [FONT=Georgia] Pół piątkowej nocy spędziłam na malowaniu, ponieważ obrazek musiał być gotowy następnego dnia jako dowód wdzięczności za przysługę. W wpół do drugiej byłam już prawie całkiem ślepa. Z ulgą zabrałam się za końcowe zabiegi. Na stole w kuchni. Następnego dnia okazało się, że utrwalając go nie oszczędziłam też wyświetlacza komórki i nowych okularów przeciwsłonecznych Kai. Garet, pochłonąwszy dwie miski mięsa, zasnął na fotelu w kuchni tak słodko, że go nie budziłam. Obudził się sam, o czym świadczyło dobiegające z kuchni rytmiczne chrupanie. Za głośne jak na WSK. Potem usłyszałam energiczne stukanie pazurów i łoskot czegoś rzuconego na podłogę w pokoju. [/FONT] [FONT=Georgia] -O nie, muszę się trochę przespać – jęknęłam. Odwróciłam się na drugi bok, ale niepokojące obrazy, jakie podsuwała mi wyobraźnia na temat tego hałasu (telefon? Oba piloty? Monitor?) wykopały mnie z łóżka. Musiałam zapalić górne światło, bo w lampce nocnej ułamała się żarówka. Na środku podłogi leżał bardzo przytomny Garyś. Pomiędzy szeroko rozstawionymi przednimi łapami miał kocią tacę po chrupkach. Przyglądał jej się w głębokiej zadumie, czekając na przypływ natchnienia. Przypomniały mi się jego niemowlęce czasy, kiedy rzucał pustą miską po mleku. Chichocząc zarekwirowałam tacę i zamknęłam drzwi do kuchni. Był to gest raczej symboliczny, bo bez trudu je otwiera skacząc na klamkę. Nauczył się tego w młodszym wieku, niż wszystkie nasze psy. [/FONT] [FONT=Georgia] Rano w dzikim pośpiechu przygotowywałam się do wyjścia. Garet spał w swoim fotelu snem sprawiedliwego. Obok leżały pantofle Kai, które w nocy przyniósł z góry. Słusznie, chodzenie boso jest podobno zdrowe. Okazało się potem, że w zamian zaniósł jej podkoszulek i spodenki, w których chodziła poprzedniego dnia i położył przy łóżku. Gdyby nie zapomniał o budziku, miałby się z kim pobawić w porannym chłodzie.[/FONT] [FONT=Georgia] Wróciłam w południe, kiedy z nieba lał się największy żar. W wielkiej reklamówce niosłam prezent dla Garysia – półtorametrowej długości pluszowego zwierza. Logika dyktowała mi podejrzenie, że jest to jamnik, jednak Kaja autorytatywnie stwierdziła, że niedźwiedź. No cóż... Garet, nie wnikając w gatunek, od razu się z nim zaprzyjaźnił. Oderwawszy jedyną twardą część – plastykowy nos – całą resztę zaakceptował bezwarunkowo. Od tej pory wszędzie chodzą razem, a duży włochaty pies, poprzedni ulubieniec, z pękniętym sercem dołączył do porzuconych bezlitośnie: białego misia, białego kotka, czarnego pieska, żyrafy, Kłapouchego, goryla, jamnika i tygryska oraz sześciu wełnianych poduszek i pary moich starych skórzanych sandałów. Podobnym uczuciem, jak długiego misia, Garet obdarza tylko grającą kość. Wydobywa z niej dźwięki tak niezwykłe, że wprawia w zachwyt nawet Irenę. Niestety, najczęściej czas koncertu przypada na czas emisji filmu, a zwłaszcza, gdy trafi się jakiś ciekawszy, którego nie powtarzano już pięć razy we wszystkich możliwych programach. [/FONT] [FONT=Georgia] Po południu upał stał się bardziej duszący i zaczęło się chmurzyć, a dalekie grzmoty budziły nadzieję na deszcz. Postanowiłam zająć się kwiatkami, a raczej przeprowadzeniem egzekucji ich lokatorów. Kaja z jękiem protestu wylazła z fotela i poczłapała, żeby mi pomóc. Wyniosłyśmy wszystkie kwiatki, wyjęłyśmy z doniczek i ułożyłyśmy w ogródku, żeby deszcz wyręczył nas w kąpieli. Garet radośnie cwałował po okolicy wyrywając kawały ziemi i rozpaczliwe krzyki z piersi Kai.[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie!!! Begonia! Uważaj, sukulent! No zobacz, mamuś, co z niego zostało! [/FONT] [FONT=Georgia] -Trudno, przecież on nie odróżnia. Roślina to roślina, skąd ma wiedzieć, że akurat te powinien omijać? Zresztą begonia jest przyzwyczajona – łagodziłam. Przezornie jednak rzadsze gatunki umieściłam pod murem, za rozłożystą pnącą różą. Skończyłyśmy, kiedy spadły pierwsze krople deszczu. [/FONT] [FONT=Georgia] W nocy, jak zwykle, w Gareta wstąpiło drugie życie. Powiewy chłodu zaostrzają mu apetyt i zwielokrotniają energię. Szaleje tak, że człowiek męczy się od samego patrzenia. W przerwach wygrywa wściekłe oberki na swojej kości. Wymyślił sobie nową zabawę. Wybiega przez piwnicę, robi rundę dookoła ogródka i wpada z powrotem przez pokój babci uciekając galopem przed jej złorzeczeniami. Sama radość. Próbuje wciągnąć Kaję do zabawy stawiając imponującą płetwę na grzbiecie i wywijając zachęcająco długim, coraz bardziej obrośniętym ogonem, ale ona widzi tylko jego ogromne zębiska i głośno protestuje. To już nawet nie jest barrakuda, to Garrakuda. Im bardziej chce mu się spać, tym bardziej jest upierdliwy, aż w końcu pada i zasypia jak czarna kłoda.[/FONT] [FONT=Georgia] Pół niedzieli spędziłyśmy na wsadzaniu do nowej ziemi wypłukanych przez deszcz kwiatków. Czekało je jeszcze spryskiwanie trucizną i kwarantanna w drugiej części domu. Garet brykał po ogródku, a kiedy mu się znudziło, przeniósł się do piwnicy. Zaczęły stamtąd dobiegać odgłosy przypominające lawinę. [/FONT] [FONT=Georgia] -Zgadnij, mamuś, co on robi? [/FONT] [FONT=Georgia] Wzruszyłam ramionami, bo jedyne, co mi przychodziło do głowy, to próby wymontowania pieca do CO. [/FONT] [FONT=Georgia] -Włazi na tę stertę węgla![/FONT] [FONT=Georgia] -No cóż, utrwala sobie kolor...[/FONT] [FONT=Georgia] -Chciałam zauważyć, że on ma też białe obszary! – Kaja wywołała Gareta i zatrzasnęła drzwi. –A przynajmniej miał... [/FONT] [FONT=Georgia] Na szczęście pył węglowy nie imał się lśniącego, śliskiego futra. Nie zdążyłybyśmy go doczyścić przed przyjazdem Iwony. Miała być u nas pierwszy raz, na pewno będzie dzwonić po instrukcje, dlatego wzięłam ze sobą komórkę i położyłam ją na pieńku. Minęła dwunasta, kiedy liczba niezamieszkałych doniczek zaczęła zbliżać się do zera. Jeszcze prysznic z węża ogrodowego i transport kwiatków przez okno na miejsce ostatecznej kaźni tych mączlików, które jeszcze przetrwały. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś, ty zmieniałaś dzwonek w swojej komórce? [/FONT] [FONT=Georgia] -A skąd! – wyczołgałam się spod róży i otarłam czoło ubłoconą dłonią przysłu****ąc się dziwnemu, cichutkiemu popiskiwaniu. [/FONT] [FONT=Georgia] -No mówię ci, to ona dzwoni![/FONT] [FONT=Georgia] -W życiu! – na wszelki wypadek jednak otworzyłam klapkę i przycisnęłam telefon do ucha. [/FONT] [FONT=Georgia] -Halllo Moto! – wrzasnął mi rozochocony facet prosto w kanał słuchowy.[/FONT] [FONT=Georgia] -Matko Boska! – przeraziłam się. Zamiast zjawisk nadprzyrodzonych odezwała się jednak Iwona. [/FONT] [FONT=Georgia] -Będzie za godzinę – poinformowałam Kaję. –Musimy zdążyć z tymi kwiatkami. Jeśli ty się wychylisz, a ja wyciągnę ręce, to nie będziemy musiały latać dookoła domu. [/FONT] [FONT=Georgia] Do okna i tak był kawałek drogi, a kwiatków nie ubywało. Przy czterdziestym zaczęłam się potężnie nudzić. Przed przyjazdem Iwony ledwie zdążyłam z grubsza się opłukać i wydłubać większość ziemi spod paznokci. Kaja, po bezskutecznym poszukiwaniu maski, którą ostatnio widziałam w spiżarni, zgromadziła jakieś chałupnicze środki zabezpieczające i ze spryskiwaczem pod pachą powędrowała do drugiej części budynku. [/FONT] [FONT=Georgia] Garet pierwszy usłyszał szczęk klucza w furtce. Zanim posikał się z radości, oszczekał Iwonę grubym, dorosłym głosem. Po krótkiej walce o swój fotel, którą przegrał z godnością, zachowywał się bardzo kulturalnie. W ciągu dwóch minut skonsumował świńskie ucho, które dostał w prezencie, przegryzł kilkoma dojrzałymi morelami i drzemał na futrzaku zbierając siły do nocnej aktywności. Popijałyśmy kawę gawędząc leniwie z porozumieniem, jakie daje tylko wspólnie podjęta droga rozwoju. Od pół roku zgłębiamy razem czeluście naszej podświadomości, a to stwarza więź szczególną. Błogostan zakłóciło nam pojawienie się w drzwiach zamaskowanej postaci. Osłupiałam z lekka, zanim poznałam ubranie swojej córki.[/FONT] [FONT=Georgia] -Terrorysta! – zawołała Iwona. [/FONT] [FONT=Georgia] Kaja, dokładnie omotana w dużą, jedwabną chustkę, spod której wystawały jej tylko ciemne okulary, dzierżyła w ręce spryskiwacz w charakterze broni. Po chwili energicznego przekrzywiania głowy poznał ją również Garet. [/FONT] [FONT=Georgia] Pożegnałyśmy się po południu obiecując sobie spędzić któryś kolejny weekend na łonie natury, na przykład w lesie, z Garetem. Iwona była mile zaskoczona, że pomimo otwartych okien jej samochód wciąż jeszcze stoi na ulicy. Stał, bo dla złomiarzy za duży i na wózek się nie mieści. Gdyby zostawiła wyjętą z zawiasów furtkę, już by jej nie było. [/FONT] [FONT=Georgia]Trzeba zacząć przyzwyczajać Gareta do smyczy, jeśli ma wyruszać na dalsze spacery. Na razie, na fali natchnienia wywołanej obejrzeniem fragmentu programu „Top Dog”, postanowiłam, że przećwiczymy „siad”. [/FONT] [FONT=Georgia] -Najpierw bez tego gestu – doradzała Kaja stojąca za komodą w charakterze sceptycznej publiczności. [/FONT] [FONT=Georgia] -A dlaczego? Inteligentny jest, niech sobie od razu przyswoi. Po dwóch minutach Garyś pojął, że siad na fotelu się nie liczy, a pod koniec herbatnika sadzał pięknie okrągły tyłeczek na podłodze, uśmiechając się szeroko z ozorem zwieszonym zalotnie na bok. Wieczorny sprawdzian dowiódł, że pamięta.[/FONT] [FONT=Georgia] -Bardzo dobry, śliczny pies – uściskałam go i wycałowałam aksamitną, czarną mordkę. –To było zbyt łatwe. Kaja, od miesiąca odgrażasz się, że będziecie się uczyć, gdybyś mu poświęciła pięć minut dziennie, już robiłby doktorat![/FONT] [FONT=Georgia] -Jutro – obiecała Kaja. Usiłowałam sobie przypomnieć, czy to przypadkiem nie było pierwsze słowo, jakiego się nauczyła. Jeśli nawet nie, opanowała je najlepiej. Co znaczy częste powtarzanie... [/FONT] [FONT=Georgia] Ledwie zjedliśmy szybki obiad, a Garyś pobawił się resztkami pomidora, którego ukradł poprzedniego dnia, przyszła Anka. Garet wywijał salta z radości pozwalając się obsypywać pieszczotami. [/FONT] [FONT=Georgia] -Słuchaj, on będzie większy niż nasz. Nasz po skończeniu sześciu miesięcy przestał rosnąć. I widzisz, Garet jednak robi się długowłosy! [/FONT] [FONT=Georgia] -Od niedawna. Ma już zaczątki trzeciej rasy. Zaczął jako berneńczyk, potem funkcjonował jako seter, ale uszy mi nie pasowały, Garet ma zgrabniejsze, aż wreszcie na Dogomanii znalazłam zdjęcie retrivera długowłosego i to jest to! Założyć mu srebrzysto-beżowe skarpety, biały żabot i przykleić biały symbol prawdziwej skóry pod ogonem – Garyś, jak żywy! [/FONT] [FONT=Georgia] Anka zaprezentowała mi kolekcję sińców po swoim pupilu. Zamierzałam, jak zwykle, zrewanżować się tym samym, ale uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu Garrakuda mnie oszczędza. Dorasta czy padliny nie rusza? – zaniepokoiłam się przelotnie. Jak to dwie matki, omawiałyśmy różne aspekty życia dzieci. [/FONT] [FONT=Georgia] -...A potem obieram mu te skrzydełka z mięsa, bo moja córka twierdzi, że nie może, bo jej od tego niedobrze.[/FONT] [FONT=Georgia] -To coś jak Kaja. Tyle, że ja Garetowi kupuję udka. I obieram je ze skóry i tłuszczu przed gotowaniem. [/FONT] [FONT=Georgia] -Obierasz? A ja swojemu daję ze skórą – zaniepokoiła się Anka. [/FONT] [FONT=Georgia] Ledwie skończyłyśmy wymieniać doświadczenia, Anka zaczęła się zbierać w obawie, że ucieknie jej ostatni minibus. Kaja wróciła z kościoła i zaraz potem przyjechali Tomek z Beatą po królicę Zuzię. Na widok Tomka Garet rozszlochał się z radości. Łączy ich szczególna więź od czasu, kiedy Garyś zarzygał mu samochód. Wszyscy powędrowali do apartamentu zajmowanego przez Zuzię. Kaja pożegnać się, bo podczas tych kilku dni polubiły się do tego stopnia, że królica lizała ją czule, Anka obejrzeć Zuzię, bo nigdy nie widziała z bliska miniaturki, choć uprzedzałam, że teraz też nie zobaczy, bo królica miniaturowe ma tylko uszy, a Tomek z Beatą odzyskać swoje zwierzę. Zostałam z rozżalonym Garysiem, który nie mógł zrozumieć, dlaczego nagle wszyscy go porzucili. Woleliśmy nie ryzykować. Zuzia szczęśliwie przetrwała cały tydzień, głupio by było, gdyby na oczach właścicieli skończyła jako materiał na pasztet albo padła na zawał otłuszczonego serca. [/FONT] [FONT=Georgia] Wieczorem można było już tylko zapaść się w fotele z jakąś przekąską.[/FONT] [FONT=Georgia] -Co to jest, takie paskudne? – zagadnęła przyjaźnie moja mamusia widząc, jak uwalniam z reklamówki przywieziony przez Iwonę dorodny melon. [/FONT] [FONT=Georgia] -Melon.[/FONT] [FONT=Georgia] -No przecież wiem. Mówię tylko, że brzydki.[/FONT] [FONT=Georgia] -Według ciebie powinien być pomalowany w kwiatki? – warknęłam równie przyjaźnie. Znam dokładnie ten mechanizm, a jeszcze daję się podpuszczać. Zaraz nastąpi dalszy ciąg gry.[/FONT] [FONT=Georgia] -Melony są niedobre. Mdłe i bez smaku – oznajmiła Irena człapiąc do pokoju na garetowy fotel. [/FONT] [FONT=Georgia] -To nie jedz. Garyś, melona?[/FONT] [FONT=Georgia] Garet porwał ociekający słodkim jak miód sokiem, pokaźny kawałek. Oczy mu zapłonęły i zameldował się natychmiast po następny. [/FONT] [FONT=Georgia] -Zaraz, po kolei – zaprotestowałam. Melon, słodki, soczysty, o lekkim zapachu cedru, był wyjątkowo pyszny.[/FONT] [FONT=Georgia] -Nawet niezły – przyznała z niechęcią Irena.[/FONT]
  4. :p Witajcie, Kochani, Mam lekkie opóźnienie, bo miałam wyjątkowo pracowity weekend. Czy może raczej wypełniony towarzysko. Garyś w świetnej formie, wczoraj w ciągu jednego herbatnika opanował "siad". Rozłąkę jakoś przeżyjemy, będę przyjeżdżać na weekendy. Serdecznie pozdrowienia, również dla masochistów, którzy pomimo irytacji czytają opowieści o Garysiu (ale może to niskociśnieniowcy, wiadomo, złość podnosi ciśnienie skuteczniej niż teina i kofeina). Pa, pa
  5. Dzięki, Kochani, Wasze opinie są z kolei balsamem na moje nerwy. J
  6. [FONT=Georgia]Przed wyjazdem do Krakowa musiałam odświeżyć sukienkę. Właściwie nie ma sensu prasować lnu, bo efekt jest widoczny tylko do pierwszego głębszego wdechu, ale głupio wychodzić w niewyprasowanej. Garet właśnie kończył mój obiad – kopytka z białym serem, roztopionym masłem i cukrem, odsunąwszy się na bezpieczną odległość od swojego talerza z mięsem. Kaja, korzystając z tego, zajęła fotel, a ja rozłożyłam na stole koc do prasowania. Niosąc sukienkę wdepnęłam w Garetowy talerz, który zadziałał na zasadzie wyrzutni rozsiewając mięso na sporym obszarze podłogi. Rosół wlał się do mojego prawego pantofla. [/FONT] [FONT=Georgia]Złorzecząc głośno poszłam do łazienki opłukać pantofel i stopę. Kaja, rechocząc radośnie, proponowała, żebym robiła to częściej, bo okazało się, pies bardzo chętnie je z podłogi. [/FONT] [FONT=Georgia]Przesunęłam talerz z resztkami żarcia pod stół i zabrałam się do prasowania, bo zrobiło się późno. [/FONT] [FONT=Georgia]-Uważaj z łapami, bo to biała sukienka – ostrzegłam Kaję.[/FONT] [FONT=Georgia]-To ty uważaj. [/FONT] [FONT=Georgia]Dobrnęłam szczęśliwie do końca, trzymając ostrożnie sukienkę, sięgnęłam do kontaktu. Talerz wyskoczył spod stołu wywalając mi na lewą stopę resztę mięsa w rosole.[/FONT] [FONT=Georgia]-Cholera! Cholera! – wrzasnęłam. Kaja kwiczała ze śmiechu. [/FONT] [FONT=Georgia]-Psiakrew, druga noga! A niech to diabli, moja cholerna sukienka![/FONT] [FONT=Georgia]-Wypierz to w wodzie z płynem i wysusz żelazkiem – wysapała Kaja ocierając łzy. – Garyś, nigdzie nie chodź, bo za chwilę mamusia pojedzie i przestanie robić śmieszne rzeczy... [/FONT] [FONT=Georgia]Wieczorem wróciłam skonana po podróży w lepkim upale. Następnego ranka czekał mnie wyjazd na komisję lekarską przed przyjęciem do centrum rehabilitacji. Znowu kilka godzin w przegrzanych minibusach! Nienawidzę podróży.[/FONT] [FONT=Georgia]Zwisałam bezwładnie w fotelu nie mogąc się zdecydować na żaden ruch. Garet właśnie łapał pierwszy powiew w żagle, o czymś świadczył huk w korytarzu.[/FONT] [FONT=Georgia]-Znowu zrzucił begonię ze schodów. Wypadła z doniczki – zaraportowała Kaja.[/FONT] [FONT=Georgia]-Ach, nie przejmuj się. Ona się czuje nieswojo, jeśli nie spadnie przynajmniej raz w miesiącu.[/FONT] [FONT=Georgia]-W miesiącu? Chyba w tygodniu! No to idziesz w końcu zobaczyć tego królika?[/FONT] [FONT=Georgia]W czasie mojej nieobecności Tomek przywiózł swojego pupila. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami został umieszczony w drugiej, niezamieszkałej części domu. Kaja bardzo martwiła się, że obce otoczenie przyprawi go o silny stres i, nie daj Boże, coś mu się stanie.[/FONT] [FONT=Georgia]-Jak go niby mam zobaczyć, przecież tam nie ma światła?[/FONT] [FONT=Georgia]-Wezmę świeczkę.[/FONT] [FONT=Georgia]-Myślisz, że widok dwóch zjaw z ogniem dobrze mu zrobi? – zapytałam z powątpiewaniem, brnąc w dywanie z drzazg wyprodukowanych przez czarnego termita i potykając się o wełniane poduszki. [/FONT] [FONT=Georgia]Gareta na wszelki wypadek zostawiłyśmy w pokoju. Kaja tłumaczyła, że nie wypuściła królika z klatki, bo jeszcze się nie oswoił. Ja byłam zdania, że spokojnie można go wypuścić, ściany jeśli chce, to niech sobie ogryza, a jak Tomek w niedzielę przyjedzie go odebrać, to go złapie. Ważne tylko, żeby nie wpuszczać psa i kotów. Kaja zapaliła świeczkę. W tym momencie przemknął obok nas obiekt naszej żywiołowej nienawiści – łaciaty kocur z uciętym ogonem. Wredny, obrzydliwy cham z sąsiedztwa, który grasuje częściej u nas niż we własnym domu. Sika wszędzie i jestem pewna, że rana na nosie Marchwi i wyrwany kawałek policzka naszego słodkiego, gamoniowatego Kolesia to jego robota. Nawet wyobrażam sobie, jak to się stało. Biedny, wielki, łagodny Koleś zaatakowany przez tego bydlaka i zakochana Marchew ruszająca mu na pomoc.[/FONT] [FONT=Georgia]-O, ty sk... j...y !!! – wrzasnęłam z furią rzucając się w pogoń, ale już nie było kogo gonić, bo znikł w odległych rejonach budynku. Poza tym byłam za słaba.[/FONT] [FONT=Georgia]-Dobrze, że go nie wypuściłaś. Jezu, ciężko by było tłumaczyć Tomkowi, że już pierwszego wieczora coś mu zeżarło królika...[/FONT] [FONT=Georgia]-Biedaczka. Na pewno się wystraszyła – Kaja ze współczuciem nachyliła się nad klatką.[/FONT] [FONT=Georgia]-Ale żyje... Biedaczka?[/FONT] [FONT=Georgia]-Tak, to jest ona.[/FONT] [FONT=Georgia]-Ona? Same niespodzianki. [/FONT] [FONT=Georgia]-Nie wiesz, jak ma na imię?[/FONT] [FONT=Georgia]-Pojęcia nie mam. Nawet nie wiedziałam, że to dziewczynka – ziewnęłam potężnie, drapiąc coś, co wyglądało jak czoło zwierzaka. [/FONT] [FONT=Georgia]-Widzisz ją?[/FONT] [FONT=Georgia]-Jeśli masz na myśli, czy widzę czarnego królika w nocy.... Przy świeczce, która prawie nie świeci... – ziewnęłam znowu. [/FONT] [FONT=Georgia]-Żebyśmy tylko o niej nie zapomniały – martwiła się Kaja wypuszczając Gareta z pokoju. Wypadł z moją ulubioną poduszką w zębach. Niedawno szorowałam ją szczotką w żrącej mieszance piorącej własnego pomysłu, bo chciałam ją zabrać ze sobą do szpitala. W kilka godzin później spotkałyśmy się na brudnych schodach do piwnicy. Sama tam nie przyszła. [/FONT] [FONT=Georgia]-Garet! Masz sześć innych, odwal się od mojej poduszki![/FONT] [FONT=Georgia]Skarcony szczeniaczek wskoczył na fotel, naciągnął się jak stary podkoszulek i rozpoczął wspinaczkę na biurko. [/FONT] [FONT=Georgia]-Książka! Piloty! – wrzasnęła Kaja rzucając się w jego kierunku. [/FONT] [FONT=Georgia]-No pięknie. Jutro zastaniemy na podłodze rozsypaną klawiaturę![/FONT] [FONT=Georgia]-Nawet nie mów.[/FONT] [FONT=Georgia]-Przewiduję. A jeśli chodzi o noc, tym razem nie pozwolę zamknąć się w pokoju z tym świrem. Muszę przespać choć parę godzin. [/FONT] [FONT=Georgia]-Spokojnie, zrobiłam barykadę na schodach. [/FONT] [FONT=Georgia]Nadstawiłam uszu, bo właśnie wybierałam się po spódnicę.[/FONT] [FONT=Georgia]-Musisz tylko trochę przesunąć wózek na zakupy, to wtedy otworzą się drzwi od tej części biurka, którą tam ustawiłam... – Kaja zachichotała na widok mojej miny. [/FONT] [FONT=Georgia]Podreptaliśmy z Garysiem na górę. Bez trudu otworzył nosem drzwi od przystawki do starego biurka. Co to dla niego taka barykada, jeśli nauczył się otwierać drzwi do kuchni! Radośnie popędził do pokoju Kai i wypłoszył stamtąd szarego kocurka. [/FONT] [FONT=Georgia]O północy, słaniając się z wyczerpania, zarządziłam szeroko zakrojoną akcję poszukiwania starych kart informacyjnych z poprzednich pobytów szpitalnych. Kaja marudziła, że normalni ludzie trzymają takie rzeczy razem, w rozsądnym miejscu. A poza tym przygotowują sobie wszystko wcześniej. W końcu znalazła dwie ostatnie w szufladzie kuchennego stołu, zawinięte w list z podziękowaniem do bardzo bogatego skąpego sponsora. Za leczenie jednej czwartej swojej załogi obdarował nas komputerem sędziwym jak matuzalem. Siwe włosy sterczały mu z pomarszczonej, rzężącej obudowy. Nadawał się tylko na oddział opieki paliatywnej. [/FONT] [FONT=Georgia]-Patrz tutaj – Kaja postukała w tablicę do notatek wiszącą na ścianie w kuchni. Zamrugałam, żeby mi się obraz ustabilizował.[/FONT] [FONT=Georgia]-Mamy... królika... – sylabizowałam z wysiłkiem. -Jakiego królika? – zdumiałam się[/FONT] [FONT=Georgia]-Mamuś!!! Królika!!! – zamaszyście narysowała krótkie uszy i wybałuszone w przerażeniu oczy. –Czułam, że zapomnisz! Ale nie wiedziałam, że od razu![/FONT] [FONT=Georgia]-A, królika! – spojrzałam ze zrozumieniem na tablicę. „Mamy w – rysunek domu – królika”. Pod spodem Kaja pracowicie skrobała czarnym pisakiem: „marchewka”, „trawa”. Ciekawe, gdzie tę trawę znajdzie. Powinna była napisać „spopielałe siano”.[/FONT] [FONT=Georgia]Rano Garyś spał jak kamień, za to uaktywniły się koty. Gacia skrzeczała zachrypniętym głosem lekceważąc wszystko, co podtykałam jej pod nos. Wreszcie ułożyła się na parapecie w torbie Kai. Koleś pojadł sobie i jak to facet, wypiął się na Marchew, pomaszerował za mną do łazienki i zalecał się do mnie w umywalce. Potem wskoczył na szafkę i rozwalił się na bluzie od dresu. Marchew plątała się po kuchni popiskując żałośnie na wysokości górnego C, bo nie mogła zlokalizować obiektu swoich płomiennych uczuć. Wreszcie przyłapała nas w łazience in flagranti. Pocałowałam Kolesia ostatni raz w duży nosek, złapałam zezującą zazdrośnie Marchew i postawiłam ją na szafce. Gruchając jak synogarlica owinęła się wokół kompletnie obojętnego Kolesia i zaczęła mu myć policzek. [/FONT] [FONT=Georgia]Do celu dotarłam ledwie żywa od upału. Najpierw wstąpiłam na kawę do przyjaciółki, która mieszka w tym mieście. Piłam tę wymarzoną kawę, Liza, stuprocentowa kobieta, robiła pracochłonny makijaż i przez drzwi łazienki opowiadała mi z szybkością karabinu maszynowego o swoim procesie ustawicznego kształcenia, a jej dwuletnia córka marudziła i popłakiwała. Odprowadziły mnie do szpitala, obie śliczne, jedna trajkocząca i uśmiechnięta, druga narzekająca i wykrzywiona jak stary but. [/FONT] [FONT=Georgia]-Nadina, jeśli będziesz robić takie miny, w wieku pięciu lat zrobią ci się paskudne, pionowe bruzdy na czole – zagroziłam. –Takie, jak cioci...[/FONT] [FONT=Georgia]-No, to co dolega? – zapytała pani ordynator. [/FONT] [FONT=Georgia]-To samo, co przedtem, tylko bardziej. [/FONT] [FONT=Georgia]-Aha, to samo... Może się pani położyć jutro?[/FONT] [FONT=Georgia]-Chyba w trumnie – przeraziłam się. –W pracy by mnie zarżnęli.[/FONT] [FONT=Georgia]-A czwartego sierpnia? [/FONT] [FONT=Georgia]-Może w połowie? [/FONT] [FONT=Georgia]-Osiemnastego.[/FONT] [FONT=Georgia]-Znakomicie – ucieszyłam się. [/FONT] [FONT=Georgia]Zatem za trzy tygodnie Kaja będzie opiekować się Garetem, a ja będę się moczyć w kąpieli siarczanej i pocić pod borowiną słysząc kroki oddalających się trzydziestu procent mojej anorektycznej wypłaty. Przez pozostałą część doby będę się przyjemnie uśmiechać do współlokatorek marząc o jednoosobowej celi. I jednocześnie będę sobie wmawiać, że robię to dla swojego dobra... [/FONT]
  7. [FONT=Georgia]26.7.2006 środa[/FONT] [FONT=Georgia]Upał powoduje ogólne rozmiękczenie mózgu połączone z agresją. Agresja jest nieukierunkowana i wali na oślep, natomiast gwałtowny spadek mocy intelektualnych spotyka się z dużym zrozumieniem, jako że dotyka każdego z wyjątkiem tych patologicznych przypadków, które w takich warunkach czują się jak ryby w wodzie czy raczej węgle w palenisku. Mądry organizm sam wymusza sjestę. Wczesnym popołudniem człowiek pada tam, gdzie stoi. Budzi się za jakiś czas zdrętwiały od niewygodnej pozycji i ma dużo szczęścia, jeśli nie odcisnął mu się na twarzy wzór chodnika i ślina mu nie cieknie z rozdziawionej paszczy. Propagowana przez mnie metoda owijania się w mokre prześcieradło znalazła licznych naśladowców. Niestety, można ją praktykować głównie w łóżku, chociaż mokre prześcieradło na fotel jak najbardziej polecam. Im dłużej trwają upały, tym częściej mam wizje plączących się po okolicy widm owiniętych w białe, ociekające wodą całuny. [/FONT] [FONT=Georgia]Garet, prowadzący dość oszczędzający tryb życia w dzień, ożywa około jedenastej w nocy. Rozkręca się ze dwie godziny, a potem następuje apogeum. Niedzielnych nocy nie znoszę, bo na samą myśl o tym, że w poniedziałkowy ranek muszę oglądać wschód słońca, i to nie z pragnienia doznań estetycznych, nie mogę spać. Tym razem wydatnie pomógł mi Garyś. Kiedy już zamienił w drzazgi kilka szczap drewna, rozejrzał się bystrym wzrokiem i dostrzegł krążące po pokoju ćmy. Szczególnie jedna, z wysoko rozwiniętą potrzebą kontaktów społecznych, wydała mu się irytująca. Kiedy usiadła mu na plecach, nie wytrzymał. Kłapnął potężnym garniturem zębów, ale nie dosięgnął. Ćma widząc, że to nie żarty, kręcąc karkołomne korkociągi, zaczęła uciekać tuż nad podłogą. Garet rzucił się w pościg waląc łapami i kłapiąc zębami, aż echo niosło. Ledwie uszła z życiem. Nasz dzielny pies tego nie zauważył i kontynuował walkę z cieniem. Kiedy ciało astralne połączyło się na powrót z ciałem fizycznym owada, spojrzał w górę i łzy zalśniły mu w oczach. Skrzydełka! Please, małe, czarne skrzydełka, chociaż na chwilę! [/FONT] [FONT=Georgia]Po północy, owinąwszy się w mokre prześcieradło, wczołgałam się do łóżka. Garet dopiero się rozkręcał. Ponieważ ległam przestając zdradzać jakiekolwiek przejawy życia, potuptał na górę, do Kai. Przez pół godziny dobiegały mnie stamtąd dzikie wrzaski i łomoty, po czym dostałam psa z powrotem. Rozjuszona Kaja zamknęła nas w pokoju, a koty odetchnęły, starając się pozbierać resztki swojej godności. Do drugiej w nocy Garet szczekał, piszczał i usiłował przedrzeć się przez regały albo przedrapać drzwi na wylot. Ze złości wysuszyłam prześcieradło w mgnieniu oka. Kiedy szłam je zamoczyć, Garyś wyskoczył na korytarz i popędził na górę. Cała impreza wróciła do punktu wyjścia. [/FONT] [FONT=Georgia]Wstałam skonana i zupełnie rozkojarzona. W ciągu dnia było tylko gorzej. Toteż gdy Tomek zapytał, czy może u mnie przechować królika do niedzieli, patrzyłam na niego baranim wzrokiem kompletnie nie rozumiejąc, o co mu, do diabła, chodzi, chociaż odpowiedziałam – Tak, oczywiście – jako że z natury jestem chorobliwie uczynna. Wreszcie sobie przypomniałam, że oprócz niedawno odziedziczonego psa mają królika-miniaturkę, albo jak kto woli, a Artur twierdzi – worek smalcu. Tomek tymczasem coś tłumaczył, z czego zrozumiałam, że wyjeżdża z teściową, a może teściowa do niego przyjeżdża, po czym następuje to pierwsze i obecność dwóch zwierzaków z tym koliduje. Jeszcze raz wyraziłam gotowość goszczenia królika, wdzięczna głęboko, że nie poprosił mnie o przechowanie suczki. Dwa duże psy i Irena ze swoim miłym usposobieniem spotęgowanym upałem załatwiłyby mnie błyskawicznie. Poprosiłam tylko o wyczerpującą instrukcję obsługi królika, najlepiej na kartce, jako że nie mam w tej dziedzinie doświadczenia. Okazało się, że królik jest niekłopotliwy, a oprócz suchej karmy jada wszystko, nawet szynkę. Zawsze miałam wrażenie, że gryzonie są roślinożerne, ale może się mylę. [/FONT] [FONT=Georgia]Gdy wróciłam do domu Kaja poskarżyła, że Garet rozgryzł w drobny mak opakowanie Tik-Taków, przy czym część z nich spożył. Pewnie musiał sobie odświeżyć oddech po „Wędrówkach z moim guru” Żukrowskiego, które napoczął. Po godzinnym deszczu wilgotność wzrosła do dziewięćdziesięciu procent i o tyleż spadły moje zasoby cierpliwości. Tym bardziej, że okazało się, iż wszystkie kwiatki w moim pokoju mają mączlika. Oznacza to dokładne wypłukanie bryły korzeniowej, przesadzenie ich i spryskanie trucizną. Razy trzydzieści. Z korytarzem czterdzieści. W sam raz zajęcie na ten brazylijski upał. Na razie opracowujemy strategię. [/FONT] [FONT=Georgia]Wieczorem koty nawaliły się świeżo kupionym przez Kaję kozłkiem. Niosła go w dwóch woreczkach, bo śmierdział jak nieszczęście. Liszka wierzgała na stole zalecając się czule do butelki z wodą, a w Kolesia wstąpił duch wojownika. Kiedy już wytarzał się wystarczająco i ustąpił miejsca Gaci i Marchwi, wskoczył na komodę, nastroszył wąsy i wytrzeszczonymi oczami wpatrywał się zaczepnie w Gareta, który na ten straszny widok dostał ataku szału.[/FONT] [FONT=Georgia]Punkt jedenasta nasz pies rozpoczął nocne życie. Biegał z podkurczonym tyłkiem omijając jedynie sufit. Potem na swojej grającej kości urządził nam koncert haevy-metalu, w międzyczasie walnął wielką kupę w pokoju na górze, na środku pielęgnowanego przeze mnie starego, ręcznie tkanego dywanu ze strzyżonej wełny. Kiedy Kaja zamknęła nas w pokoju, szczekał, wył i gwizdał jak wyrzucony na brzeg delfin. Zakończywszy próby wydłubania drzwi razem z framugą, zaczął przedzierać się przez regały z książkami, przy czym kierunek był mu zupełnie obojętny. O drugiej w nocy, kiedy stało się jasne, że słowne upomnienia nie działają, wyskoczyłam z łóżka wlokąc za sobą moskitierę i mokre prześcieradło i dałam mu klapsa w tyłek. Obraził się, jeszcze przez chwilę wojował, a wreszcie głośny łomot oznajmił, że rzucił gnatami o podłogę. Westchnął ciężko i zasnął. Zawinęłam się na powrót we wszystkie szmaty i już prawie zasypiałam, kiedy okazało się, że muszę iść do łazienki. Na stole w kuchni spała smacznie szara koteczka, a przy tacy z tymi cholernie drogimi chrupkami biwakowała wielka, szara kocica. Na mój widok nawet nie drgnęła. Moje –A sio! – zignorowała całkowicie, więc pchając ją za tyłek zmierzałam do drzwi. Sunęła jak na płozach, a wyglądała jak opasłe, szare, trzeszczące wrzeciono. W połowie kuchni jedna chrupka wypadła jej z gęby, rzuciła się, aby ją odzyskać, hamując pazurami, po czym dalszą drogę odbyłyśmy bez przeszkód. [/FONT] [FONT=Georgia]Rano znalazłam na podłodze obok otwartej szafki toster. Musiał wypaść, kiedy któryś z kotów włamał się do środka w poszukiwaniu torebki z kozłkiem. Kaja wpadła na pomysł, żeby im zamontować podajnik z przyciskiem, który na pewno nauczyłyby się szybko obsługiwać. Odparłam na to z przekąsem, że można im zamontować podajnik z całą klawiaturą, a błyskawicznie nauczyłyby się grać „Dla Elizy”, żeby dorwać się do narkotyku. [/FONT] [FONT=Georgia]Oprócz tostera znalazłam też moją lnianą sukienkę, o wyprasowanie której poprosiłam w nocy Kaję. Wyrzekała, że noszę materiały, których wyprasować się nie da i wreszcie oznajmiła, żebym sama się z tym męczyła. Myślałam, że żartuje. Nie żartowała. Mój czas gwałtownie się skurczył. Może inni ludzie potrafią wziąć prysznic w ciągu pięciu minut, ja nie potrafię. Za to na makijaż, jeśli bardzo się spieszę, wystarczą mi dwie minuty. Autobusu dopadłam w ostatniej chwili. Na szczęście pojawiły się lekkie powiewy wiatru, więc upał stał się łatwiejszy do zniesienia. W pracy było wyjątkowo spokojnie. To jeden z tych dni, które staram się zapamiętać, bo wiem, że szybko się nie powtórzą. Wyjęłam jabłka, które przyniosłam sobie na śniadanie. Nauczona doświadczeniem, do pracy przynoszę wyłącznie przekąski, które można jeść posługując jedną ręką. Ramię od tejże ręki służy równocześnie do przyciskania do ucha przenośnego telefonu. Druga w tym czasie działa na klawiaturze. Ledwie wyjęłam te nieszczęsne jabłka, powalił mnie smród. Ratunku! W żadnym stadium rozkładu jabłka nie wydzielają takiej woni! Żadne rośliny nie wydzielają! Chyba że przejedzone rosiczki z niestrawnością i niedomykalnością wpustu żołądka! Zajrzałam do woreczka, czy przypadkiem nie zaplątała się tam jakaś skarpetka sprzed czterdziestu lat, na przykład po poprzednim właścicielu domu. Skarpetki nie było, za to pokruszone zioła wyjaśniały wszystko. To właśnie był ten drugi woreczek, w który Kaja zapakowała kozłek. [/FONT] [FONT=Georgia]-Słyszałaś o Sałackiej? – zagadnęła mnie Maria. –I co, nadal nie będziesz nosić przy sobie adrenaliny?[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie, no, będę. Przepisz mi. [/FONT] [FONT=Georgia]Okazało się, że Maria zapomniała, jak ten preparat się nazywa, a intensywne przeszukiwanie wszystkich dostępnych indeksów leków spełzło na niczym. Adrenaliny ani śladu. [/FONT] [FONT=Georgia]-Może będzie w indeksie leków do użytku wewnątrzszpitalnego? A najlepiej poszukaj w Internecie. [/FONT] [FONT=Georgia]Szukałam. Dzięki tym poszukiwaniom zdołałam się utwierdzić w przekonaniu, że wszyscy uczuleni na szybko działające paskudztwa typu jad owadów powinni mieć przy sobie ampułkostrzykawkę z adrenaliną. Nie, no, przecież to czysty obłęd! Wpadłam na pomysł, żeby zadzwonić do apteki. Po szóstym telefonie miałam już jasny obraz sytuacji. Tak unikalnego artykułu nie ma nigdzie, ale wszyscy farmaceuci zgodnie przyznawali, że ostatnio słyszeli o tym w telewizji. Dwóch nawet wyraziło gotowość zasięgnięcia języka w hurtowni. [/FONT] [FONT=Georgia]Po godzinie miałam już informacje z dwóch źródeł. Są dwa preparaty do autowstrzyknięć produkowane przez amerykańskie firmy. Cena jednej ampułeczki około 250 złotych. Polski przemysł farmaceutyczny nie przewiduje ukąszeń poza oddziałem intensywnej opieki medycznej. NFZ nie będzie takich grymasów refundował, i tak jest za mało miejsc pracy, parę wstrząsów anafilaktycznych i bezrobocie leci w dół. Bez wątpienia jest w tym jakaś głębsza mądrość.[/FONT] [FONT=Georgia]-To już taniej umrzeć – powiedziałam z goryczą.[/FONT] [FONT=Georgia]-Uważasz, że twoje życie nie jest warte 250 złotych?[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie, Mario, jest, ale mnie na to po prostu nie stać. [/FONT] [FONT=Georgia]Ładnie to brzmi. Nie stać mnie na moje życie. Ci, których stać, niech wspierają amerykański przemysł farmaceutyczny. Aż żal wyrzucić taką ampułkę, kiedy się przeterminuje. Może lepiej wsadzić łeb do ula i potem wykorzystać, żeby się nie zmarnowała... [/FONT] [FONT=Georgia]Ostatecznie noszę w torebce zwykłą ampułkę adrenaliny z jednorazową strzykawką. Jeśli mnie coś trafi, powinnam zdążyć ją wyjąć, a o resztę niech się martwi otoczenie. Ostatecznie wszyscy oglądają telewizję i mniej więcej wiedzą, jak się robi zastrzyk.[/FONT] [FONT=Georgia]Po powrocie do domu natknęłam się na Kaję, która niosła naręcze papieru, stanowiące przed spotkaniem z Garetem książkę Żukrowskiego. [/FONT] [FONT=Georgia]-Sapkowskiego mi też napoczął – poskarżyła się. –Z biblioteki![/FONT] [FONT=Georgia]-To lepiej uważaj, bo on najpierw sobie naznacza, a potem czyta od deski do deski. [/FONT]
  8. Pa, Pa, Kochani, jutro mnie nie ma. Mały nietoperz zaczął prowadzić nocne życie. Koszmar.
  9. [quote name='Camara']dzisiejszy odcinek miałam sobie zostawić na koniec paskudnego dnia (czytaj: pierwszego po urlopie :roll:) ale... nie wytrzymałam :evil_lol: i dobrze zrobiłam :p Bo ja mam nową zasadę... co dobre, smaczne i przyjemne to zaraz i natychmiast. To co "be" odwlec... a może przejdzie bokiem ;)[/quote] No i to jest świetna zasada! Ale Ci współczuję, bo pierwszy dzień po urlopie to straszne przeżycie. Parę godzin i cały wypoczynek diabli biorą, a na myśl o odrabianiu zaległości człowiek czuje, że potrzebuje kolejnego urlopu. Natychmiast!:-(
  10. [quote name='mar.gajko']Moje wy słoneczka kochane. Wszytskie!!! Joanno całuski wielkie dla was![/quote] O rany, już myślałam, że wyjechałaś na jakąś Majorkę czy w inne paskudne miejsce. A my wciąż czekamy. My, wszystkie zaćmione słoneczka. Całujemy i gryziemy serdecznie, Luizę też! J
  11. [FONT=Georgia]23.7.2006 niedziela[/FONT] [FONT=Georgia]-... A poza tym ciekawa jestem, kiedy wreszcie zamierzasz poznać naszego psa? – kończyłam rozmowę z Arturem, który właśnie szczęśliwie i w jednym kawałku wrócił z urlopu za granicą. [/FONT] [FONT=Georgia]-Przecież go znam! [/FONT] [FONT=Georgia]-G... znasz! – zaprotestowałam, bo widział tylko zdjęcie Gareta z okresu niemowlęcego, które przesłałam mu przez kolegę. [/FONT] [FONT=Georgia]-O Boże, mogłabyś wyrażać się jak dama![/FONT] [FONT=Georgia]-Mogłabym, ale wtedy byś mnie nie poznał...[/FONT] [FONT=Georgia]-To przyjadę wieczorem.[/FONT] [FONT=Georgia]-I nie zapomnij Paratexu dla kotów. Klucz jest w furtce, otwórz sobie i potem zamknij. Na dwa razy! – upomniałam. [/FONT] [FONT=Georgia]Artur rzadko ma okazję zaznać tak serdecznego powitania, jakie zgotował mu Garet. Przeważnie zwierzęta na jego widok reagują agresją lub panicznym strachem, ale to, jak wiadomo, dwa końce tego samego kija. Garet, jeszcze nie do końca świadomy, jakimi paskudnymi dręczycielami potrafią być weterynarze, bez mała rzucił mu się na szyję. A przynajmniej próbował. Potem rozegrała się typowa walka o fotele. Garet zręcznie przeskakiwał z jednego na drugi, aż wreszcie Artur zrobił zwód i rzucił się z tryumfalną miną na zdobyte miejsce. Szkoda, że babcia nie traktuje tego z takim humorem. Poprzedniego wieczoru, kiedy Garyś wdrapał się na fotel i pełen przyjaznych uczuć próbował nawiązać kontakt, obraziła się i poczłapała do siebie fukając, że nie może obejrzeć pogody, bo pies ją wygryzł, ale to oczywiste, ponieważ jest ważniejszy od niej. Garyś został sam, zaskoczony, ze zmartwioną i zawiedzioną miną. [/FONT] [FONT=Georgia]-Nie przejmuj się! – wrzasnęłam mu prosto do ucha, aż przysiadł, na tyle głośno, żeby Irena na pewno usłyszała – Babcia źle znosi upał i dlatego zachowuje się jak trzyletnia dziewczynka![/FONT] [FONT=Georgia]Artur, zamiast drapać psa po wypiętej zachęcająco piersi, zaczął łapać go za język. [/FONT] [FONT=Georgia]-Weźże się odczep! – zniecierpliwiłam się wreszcie, poruszona zakłopotaniem Gareta, nie przyzwyczajonego do takiego traktowania. [/FONT] [FONT=Georgia]-Ale ja go leciutko łapię. No, daj języczek![/FONT] [FONT=Georgia]-No to spróbujmy. Wystaw ozór, a ja cię będę leciutko łapać! – Artur, jak nieposłuszny bachor, przerzucił się na nos.[/FONT] [FONT=Georgia]-Mój nosek! Tak, to jest mój nosek![/FONT] [FONT=Georgia]-Chciałbyś – warknęłam, kiedy Garet, rzuciwszy mi ostatnie błagalne spojrzenie, zlazł z fotela i położył się w bezpiecznej odległości. [/FONT] [FONT=Georgia]-To co on miał być? Berneńczyk? – zarechotał Artur przyglądając się Garysiowi lśniącemu jak świeżo wyłuskany kasztan. [/FONT] [FONT=Georgia]-Właśnie. A na co wygląda? – zapytałam podchwytliwie. [/FONT] [FONT=Georgia]-Seter – odparł natychmiast. [/FONT] [FONT=Georgia]-Jacek też tak mówił. Ale czarny seter?[/FONT] [FONT=Georgia]-Gordon, tylko mu łapy wypłowiały. [/FONT] [FONT=Georgia]-Nie wypłowiały, tylko ma więcej gustu. Patrz, jak pięknie wygląda przy idealnej czerni ta śnieżnobiała pierś, te srebrzystobiało-beżowe łapki! A zobacz, jakie ma śliczne pędzelki przy opuszkach! A pomiędzy palcami do góry wychodzą mu takie śmieszne, czarne kitki...[/FONT] [FONT=Georgia]Kaja, manewrująca przy aparacie, pokręciła głową z wielce wymowną miną. Po chwili Artur siedział przy monitorze i przeglądał nasze zdjęcia. Rozkraczył się szeroko, bo próbował uniknąć zaparkowania nogi w jednym z czterech talerzy stojących w jadalni Gareta. Na wizyty domowe jechał mocno spóźniony, za to z obietnicą, że znajdę mu w Internecie taką samą cyfrówkę. Mam swoje sposoby wyszukiwania najtańszych zakupów, toteż znalazłam – w ciągu dziesięciu minut, tańszą od naszej o sto złotych. I dostawę miał za darmo, farciarz. Oczywiście musiałam zamówić na siebie, bo Artur, uparcie na bakier z elektroniką, nie ma nawet adresu mailowego. Aparat przybył w niecałą dobę, ale wcześniej stoczyłam walkę o swój sandał. [/FONT] [FONT=Georgia]Nienawidzę konfrontacji, kosztują mnie tyle zdrowia, że często wolę odpuścić. Ale tym razem chodziło też o Kaję. Nabuzowana od trzech dni, z cierpliwością mocno nadszarpniętą upałem, stanęłam przed straganem i demonstracyjnie zaczęłam spisywać dane właściciela z tabliczki. Łysy wreszcie nie wytrzymał i zapytał, czy może w czymś pomóc. [/FONT] [FONT=Georgia]-Dziękuję, już mi pan wystarczająco pomógł – warknęłam jadowicie. – Chciałabym rozmawiać z właścicielką – już w tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie jestem zdolna do racjonalnej dyskusji.[/FONT] [FONT=Georgia]-To moja córka. Jestem jej ojcem – przybliżył. [/FONT] [FONT=Georgia]-To przykre – wysyczałam. [/FONT] [FONT=Georgia]-To może jednak mógłbym... [/FONT] [FONT=Georgia]-Nie sądzę. Klientką pańskiej córki jestem od lat, pana widziałam pierwszy raz trzy tygodnie temu i nic dobrego z tego nie wynikło. Oczywiście pan tego nie pamięta. Ani naszej rozmowy, ani tego – wyszarpnęłam z koszyka sandał i potrząsnęłam nim wojowniczo. [/FONT] [FONT=Georgia]-Pamiętam, wszystko pamiętam, zaszła pomyłka...[/FONT] [FONT=Georgia]-Co pan powie? Może wtedy, kiedy zarzucił pan mojej córce kłamstwo?[/FONT] [FONT=Georgia]-Ja strasznie panią przepraszam, wiem, była tu taka młoda panienka, ale mówiła, że sandał został do naprawy, dlatego nie mogłem sobie przypomnieć... [/FONT] [FONT=Georgia]-Moja córka wie, co mówi. W odróżnieniu... Skoro już spłynęła na pana łaska przypomnienia, to czy mogłabym odzyskać mój but?[/FONT] [FONT=Georgia]-Oczywiście, bardzo panią przepraszam, naprawdę, bardzo mi przykro, but albo pieniądze, jak pani woli... Bo oczywiście, rozmawiałem o tej podeszwie, ale to bardzo skomplikowane...[/FONT] [FONT=Georgia]-Proszę mi nie opowiadać o tych dramatycznych przejściach, straciłam przez pana trzy dni urlopu. Poproszę mój prawy sandał – zażądałam stanowczo, bo czułam, że zaczynam mięknąć. Warczenie na skruszonego osobnika to jak kopanie leżącego. Odeszłam dumnie zgarbiona z połączoną na powrót parą butów w garści. Oczywiście, potknęłam się na pierwszej nierówności w chodniku... Wieczorem Baśka zabrała mnie do szewca na sąsiednią ulicę. Ma warsztat w domu, być może nie do końca legalny, ale niech mu Opatrzność sprzyja. Wyjęłam naręcze butów, tłumacząc zawile, o co chodzi, przekonana, że zaraz usłyszę, jakie to skomplikowane, a raczej – niemożliwe. Przerwał mi niemal natychmiast.[/FONT] [FONT=Georgia]-Po niedzieli będą. [/FONT] [FONT=Georgia]Wracałyśmy w wieczornym upale i... o mój Boże! W ciszy! [/FONT] [FONT=Georgia]-Basiu, słyszysz?[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie...?[/FONT] [FONT=Georgia]-No właśnie! Tu jest jak na wsi! Kurde, jestem sto metrów od domu i zamiast huku tych przeklętych samochodów kojąca cisza! Ci ludzie nawet nie zdają sobie sprawy, jacy są szczęśliwi! Przeprowadziłabym się natychmiast! Jedna ulica dalej i jestem w niebie! Bez fobii motoryzacyjnej i bez objawów nerwicowych! [/FONT] [FONT=Georgia]-Halo? HALO!!! – przez opary snu przedarło się wołanie. Jeszcze półprzytomna, miałam wrażenie, że adresowane do mnie. Wygrzebałam się z prześcieradła, które, zmoczone nad ranem zimną wodą, zdążyło już wyschnąć. Założyłam okulary i poczłapałam do drzwi, żeby sprawdzić, co za obłąkany telefonista drze się pod furtką o dziewiątej rano. [/FONT] [FONT=Georgia]Artur. Po aparat. Właśnie wybierał na komórce mój numer, a Garyś, machając jak szalony ogonkiem i lśniącym tyłeczkiem, usiłował przesączyć się na drugą stronę. [/FONT] [FONT=Georgia]-Już idę! – zawołałam. –Na noc wyjmuję klucz – wyjaśniłam. [/FONT] [FONT=Georgia]-Na noc? Jest środek dnia, a ty jeszcze gnijesz w łóżku? [/FONT] [FONT=Georgia]-A ty nie możesz? – warknęłam. Artur minął mnie i popędził do środka z Garysiem uwieszonym u ręki. Jest jak piorun kulisty. Zarówno z uwagi na kształt, jak i rozwijaną prędkość. Wyprzedza swoje ubranie. Po prostu nadmiar energii. Z tym samym ogniem drze się na właścicieli, jego zdaniem, zaniedbanych zwierząt. Przyjaciółka Kai ma objawy nerwicowe, kiedy wie, że ma jechać do Artura z którymś ze swoich pupilów. Moja koleżanka mówi, że przed każdą wizytą u niego zastanawia się, czym tym razem podpadnie. Pazury niewypolerowane? Uszy niedokładnie wyczyszczone? Nalot na zębach? [/FONT] [FONT=Georgia]Przy tej niewyparzonej gębie facet ma złote serce i duże poczucie humoru. [/FONT] [FONT=Georgia]-Ubieraj się! – krzyknął. – Dziecku śniadanie robić![/FONT] [FONT=Georgia]-Nigdy mi nie robiła – poskarżyło się dziecko, które na te hałasy zlazło w nocnej koszuli z góry i właśnie niosło w objęciach liczne, pootwierane pudełka, z których wystawały papierowe strzępki i zwisały kable. [/FONT] [FONT=Georgia]-Sprawdzałyśmy przy kurierze, czy w paczce jest wszystko, co być powinno – wyjaśniłam, widząc zdumioną minę Artura. Faktycznie, pakunki wyglądały tak, jakby przysłano nie mały aparat, ale pralkę w częściach. [/FONT] [FONT=Georgia]-I jest?[/FONT] [FONT=Georgia]-Jest. Tylko nigdy w życiu nie udało mi się zapakować niczego z powrotem. [/FONT] [FONT=Georgia]-Czemu mnie to nie dziwi?[/FONT] [FONT=Georgia]-Zawsze robi się trzy razy większe w każdą stronę – usprawiedliwiałam się. [/FONT] [FONT=Georgia]Za chwilę Kaja zakładała baterię i dodatkową pamięć, a ja ferromagnetyk na kabel od zasilacza. Artur przyglądał się temu jak magicznym obrzędom. Wiadomo, elektronika... [/FONT] [FONT=Georgia]-Mówiłaś, że ma menu w języku polskim! – zawołał z pretensją.[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie, mówiłam, że ma instrukcję po polsku. Menu ma po angielsku i obrazkowe, obrazki chyba rozpoznasz, jeśli się bardzo skoncentrujesz ? [/FONT] [FONT=Georgia]-To w tych książeczkach jest instrukcja? [/FONT] [FONT=Georgia]-W którejś z nich. Albo czekaj, pomyliłam się... Chyba coś drukowałam z płyty CD...[/FONT] [FONT=Georgia]-No pięknie![/FONT] [FONT=Georgia]-Instrukcja jest po angielsku, niemiecku i francusku – informowała Kaja przerzucając książeczki. [/FONT] [FONT=Georgia]-Szczególnie po francusku chętnie sobie poczytam... [/FONT] [FONT=Georgia]-Ojej, nie marudź, mam to gdzieś wydrukowane – rozpoczęłam poszukiwania. Takie dość duże to było... mamrotałam opróżniając jeden z koszyków. –Antropologia kulturowa... Stereotypy związane z płcią... chcesz?[/FONT] [FONT=Georgia]-INSTRUKCJA![/FONT] [FONT=Georgia]-Kaja, sprawdź przy telefonie.[/FONT] [FONT=Georgia]-Jest! – Kaja podała mi pół ryzy papieru. [/FONT] [FONT=Georgia]-TO? Chcesz powiedzieć, że to jest ta krótka instrukcja po polsku, którą mam sobie przyswoić? [/FONT] [FONT=Georgia]-No, nie przesadzaj. Po pierwsze, masz już gotowe, wydrukowane, a poza tym najważniejsze masz podkreślone markerem... O, a poza tym to jest tu też trochę humoru z Internetu. Chcesz, zrobię ci test, czy jesteś wieśniakiem. Uważaj: ścinałeś swój trawnik i znalazłeś samochód... czyścisz paznokcie patykiem... twoja żona włazi na drzewo szybciej, niż twój kot... [/FONT] [FONT=Georgia]-Nie mam żony – zaprotestował słabo Artur.[/FONT] [FONT=Georgia]-To jej szczęście. Dalej – twoja dwunastoletnia córka pali fajki przy obiedzie i to w obecności swoich dzieci...[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie mam...[/FONT] [FONT=Georgia]-... zostałeś wywalony z ZOO za uporczywe zadawanie małpom zbyt trudnych pytań... swoje sztuczne zęby zamówiłeś przez firmę wysyłkową... pedał gazu w twoim samochodzie ma kształt stopy... nie musisz zatrzymywać się na siusiu, bo masz słoik w samochodzie... twoja matka nie wyjmuje malborasa z ust w chwili, gdy mówi gliniarzowi, żeby ją w tyłek pocałował...[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie mam... moja matka nie pali! – kwiknął żałośnie Artur. Ze śmiechu zakrztusiłam się dymem. Ale nie z marlboro! [/FONT] [FONT=Georgia]Przez kwadrans Kaja udzielała Arturowi skróconej lekcji posługiwania się aparatem. Okulary zsunęły mu się z nosa, gapił się z tępym wyrazem twarzy w wyświetlacz i co chwilę wykrzykiwał:[/FONT] [FONT=Georgia]-Bożżże, jaki ja jestem inteligentny! [/FONT] [FONT=Georgia]Co za potworny upał! Jedyny ratunek to rozłożone na fotelu mokre prześcieradło. Gimnastykowałam się w tempie somnambulika. Garet niecierpliwie czekał z drugiej strony komody. [/FONT] [FONT=Georgia]-Mamuś, pospiesz się, bo pies się niecierpliwi![/FONT] [FONT=Georgia]-Już kończę – otrzepywałam się ze śmieci, które tajemniczym sposobem pojawiły się na futrzaku i podłodze w ciągu nocy. [/FONT] [FONT=Georgia]-O Boże, wczoraj sprzątane, a kora wypada mi z głowy! – poskarżyłam się.[/FONT] [FONT=Georgia]-Mam nadzieję, że nie mózgowa – zaniepokoiła się Kaja. [/FONT] [FONT=Georgia]Garyś nie ma apetytu, skubnął tylko kilka moreli, trochę migdałów i parę kawałków jabłek, które obierałam na kompot. Zawartość tamtego wiadra, które obierali z Garysiem, Kaja w końcu wyrzuciła, bo jabłka same nie chciały się sobą zająć. Przyniosła za to nową porcję papierówek i tych czerwonych. [/FONT] [FONT=Georgia]-Wiesz, mamuś, mogłabyś ugotować kompot. Spod twojej ręki zawsze taki dobry wychodzi... – zagadnęła podstępnie.[/FONT] [FONT=Georgia]-Co ty powiesz? Chodź, Garyś, przez pół godziny będziemy obierać jabłka, potem nalejemy do nich wody, odprawimy obrzęd magiczny, postawimy na kuchence i po tych tajemnych czynnościach wyjdzie pyszny kompot... [/FONT] [FONT=Georgia]Garet większość dnia przeleżał wyciągnięty na kamiennej podłodze w korytarzu. Co jakiś czas zrywał się, żeby dać upust uwięzionej energii, ale zaraz padał zdyszany. Parę razy na chwilę wychodził do ogródka, żeby pogonić koty i pohałasować pod oknem plastykową butelką. Wieczorem nie wytrzymał. Szaleńczy rajd po domu przerywany obijaniem się o meble i drzwi wyczerpał go tak samo, jak nas obserwowanie tych samobójczych wyczynów. Kiedy leżał i ziajał, położyłam się do masażu. Poderwał się natychmiast. [/FONT] [FONT=Georgia]-Kaja! Tylko pilnuj, żeby mi nie biegał po nogach! Całe mam podrapane! [/FONT] [FONT=Georgia]Garet tym razem zaczął od głowy. Wetknął nos w moje włosy i węszył badawczo. [/FONT] [FONT=Georgia]-Halo? Jest tam kto? – komentowała Kaja. -Jeszcze przed chwilą był...[/FONT] [FONT=Georgia]Garet usiłował odkopać mnie przy pomocy pazurów. [/FONT] [FONT=Georgia]-Ratunku! Moja twarz![/FONT] [FONT=Georgia]-On tylko chce cię uratować... Byłaś i nagle zniknęłaś... Ale głos słychać, to znaczy, że jeszcze jest szansa... [/FONT] [FONT=Georgia]-Garyś, odwal się! – podniosłam głowę i spojrzałam prosto w zdumione oczy, z których właśnie znikał wyraz niepokoju. [/FONT] [FONT=Georgia]-Ołk! – wykrzyknął radośnie, przykucając na łapach. [/FONT] [FONT=Georgia]-Kaja! Spryskiwacz! – zażądałam jedynej broni, której widok potrafi spacyfikować Gareta. Nie czekał, tylko pobiegł po konar z wiśni, który od kilku dni okorowuje. Po chwili wahania wylazł na moje nogi, wyciągnął się wygodnie i kontynuował ogryzanie. [/FONT] [FONT=Georgia]-Naprawdę, mamuś, nie wiem, co on ma do twoich nóg... No, on po prostu musi. [/FONT] [FONT=Georgia]-Ale ja nie muszę! Nie muszę leżeć z pełnym zębów i pazurów psem na nogach i z konarem w tyłku! Garyś, złaź! – zamilkłam zaskoczona, bo Garet najzwyczajniej w świecie ukąsił mnie dwa razy w pośladek, po czym porwał gałąź i potknąwszy się o mnie każdą łapą, potruchtał na fotel. Kaja w spazmach wiła się na moich plecach.[/FONT] [FONT=Georgia]-To... było... klasyczne ugryzienie w dupę! Szkoda, że tego nie widziałaś! [/FONT] [FONT=Georgia]-Też żałuję. Za to poczułam.... [/FONT] [FONT=Georgia]W nocy wreszcie przyszła burza. Niewielka, nawilżyła może milimetr piasku. Garet wskoczył na łóżko, gdzie dyszałam owinięta w mokre prześcieradło, rzucił mi na twarz aport upleciony z kolorowej liny, a pocieszywszy mnie w ten sposób, usiadł na podłodze i zapatrzył się w okno rozświetlane błyskawicami. W półmroku oczy jarzyły mu się złotym blaskiem, falowana sierść połyskiwała niebieskawo, a wielkie zębiska opalizowały w uchylonej paszczy. Wyglądał jak wyjątkowo piękny pies Baskerville’ów. Nasz groźny sweter z czystej wełny. [/FONT] [FONT=Georgia]Garyś robi się naprawdę obronny. Od kilku dni oszczekuje grubym głosem każdy niezidentyfikowany dźwięk z zewnątrz. Kiedy go zebrało po raz pierwszy, z przerażenia papieros wypadł mi z ręki. Potem wpadłam w bezgraniczny zachwyt. Sierść ma coraz dłuższą, układa mu się w lśniące, sprężyste fale, a na piersiach w wicherki. Frędzle na ogonie zgęstniały. I chyba podrósł, Kai sięga za kolano. Kiedyś rozsądnie proponowałam, że będziemy jej robić na nodze sznyty, żeby móc sprawdzać wzrost psa, ale nie zaakceptowała pomysłu. To znaczy owszem, pod warunkiem, że będziemy też na moim czole mierzyć jej wzrost. [/FONT]
  12. [quote name='mikadosiek']Joanno (nie Pani :cool3:) chyba nie dałaś się powalić upałom? Jak tam rekonwalescencja NASZEGO Garysia? Czekamy na wieści. Pozdrowienia dla Kaji, Mamy :razz: i głaski dla Gareta.[/quote] Już wkleiłam, ale pojawiła się cholerna czerwona raczka i wszystko padło. Nigdy w życiu nie zostanę klientką heyah, pozxiom nienawiści po molestowaniu w Internecie mam zbyt wysoki!!! Serdecznie pozdrawiam - J [FONT=Georgia]20.7.2006 czwartek[/FONT] [FONT=Georgia]Upał, upał, powietrze aż wibruje od żaru. Podobno dziś padł tegoroczny rekord – 34 stopnie. W cieniu, rozumie się. W taką pogodę człowiek, jeśli już musi, powinien poruszać się krokiem rzymskiego senatora, rzadko mrugać, mało myśleć, bo i tak nic z tego nie wychodzi i zachować równowagę wewnętrzną jogina. Broń Boże nie wkurzać się, bo może nastąpić samozapłon. [/FONT] [FONT=Georgia]Wpadłam w pasję we wtorek i tak mi już zostało. Kaja, którą wysłałam na targ po odbiór sandała, zadzwoniła, że łysy cymbał twierdzi, iż nie przypomina sobie ani mnie, ani naszej rozmowy, ani tego, że ma mój prawy sandał, który obiecał oddać do pogrubienia podeszwy. Wrzasnęłam, żeby mi go dała do telefonu, ale wydyszała, że już odeszła kawałek dalej. Pod tym względem moje dziecko ma iście męską naturę, to znaczy nie podejmuje wielkodusznych gestów, jeśli wymaga to od niej najmniejszego choćby wysiłku, więc nie mogłam liczyć na to, że uczynnie wróci te dwadzieścia metrów i przystawi debilnemu łysoniowi komórkę do ucha po to tylko, żebym mogła go obrzucić obelgami. Musiałam zatem zadowolić się pełnymi emocji wynurzeniami rzucanymi w przestrzeń, co nie przyniosło mi żadnej ulgi. Tłukło mnie przez cały dzień, a w środę postanowiłam, że wezmę na piątek urlop i postaram się, żeby paskudnemu typowi mój sandał pojawiał się w każdym koszmarze sennym. Chociaż, zważywszy na spustoszenia, jakie okrutne życie poczyniło w jego mózgu, który musi przypominać starą skarpetkę wyżartą przez mole, będę zapewne jedyną osobą prawdziwie zaangażowaną w konflikt. Może gdybym w milczeniu walnęła go w łysy łeb moim owdowiałym sandałem, efekt byłby lepszy. Muszę to rozważyć. Na razie tracę czas i zdrowie pozwalając działać mojej niezwykle pracowitej wyobraźni.[/FONT] [FONT=Georgia]Garyś jest podobnie pracowity. Jeśli wierzyć Kai i babci, pół dnia grzecznie przesypia i dopiero po moim powrocie wstępuje w niego diabeł. Od momentu naszych dramatycznych zmagań powitalnych aż do pierwszej w nocy, kiedy traci przytomność i przewraca się, nie odpoczywa ani przez chwilę. Nawet jedzenie chwyta w biegu. Wydaje się przy tym zupełnie niewrażliwy na upał. W środę po południu wyszłam do ogródka w nadziei, że przez godzinkę poleżymy sobie w półcieniu. Kiedy udało mi się dogonić Gareta i wyrwać mu z paszczy poduszkę, którą ukradł mi spod głowy, już miałam dość. Poddałam się, gdy po raz czwarty użył mnie jako trampoliny. Dwadzieścia trzy kilo pazurów startujące z brzucha w połączeniu ze wspomnieniem łysego cymbała przebrały miarę. Garet został, aby towarzyszyć Kai, która, o dziwo, zareagowała na moją prośbę uprzątnięcia suchych gałęzi przed domem. [/FONT] [FONT=Georgia]Zdążyłam tylko oblać się zimną wodą, kiedy usłyszałam wrzask Kai nawołującej psa. Moja córka wrzeszczy stale, ale tym razem były w tych krzykach jakieś niepokojące nuty.[/FONT] [FONT=Georgia]Wetknęłam głowę w drzwi do piwnicy i przyłączyłam się do nawoływań. Za chwilę obydwoje wdrapali się po stromych schodach.[/FONT] [FONT=Georgia]-Popatrz przez okno – wysapała Kaja. [/FONT] [FONT=Georgia]Wyjrzałyśmy przez okno w pokoju. Widok zmroził mi krew w żyłach.[/FONT] [FONT=Georgia]-Widzisz? Jakieś dziwne owady. Babcia zauważyła...[/FONT] [FONT=Georgia]-Dziwne owady? Cholera, to pszczoły! – wrzasnęłam, zatrzaskując okno. -Biegnij na górę, pozamykaj wszystko! Ja zamknę na dole...[/FONT] [FONT=Georgia]Upewniwszy się, że jesteśmy wystarczająco zabarykadowane, zawisłam z ręką nad telefonem. Za oknem się kłębiło. Można kręcić „Rój”. Policja? Straż miejska? Straż pożarna? Terroryści?... Sąsiad! To na pewno z jego ula wyleciały te skrzydlate eskadry śmierci. Trafiłam na młodszego syna.[/FONT] [FONT=Georgia]-Wasze cholerne pszczoły zrobiły nalot nad nasz ogródek i wiją sobie pieprzone gniazdo na jałowcu! Zróbcie z tym coś! – wrzasnęłam do słuchawki i cisnęłam nią, aż odbiła się od aparatu. [/FONT] [FONT=Georgia]-Co powiedział? – zaciekawiła się moja matka.[/FONT] [FONT=Georgia]-Nic, nie miał szans.[/FONT] [FONT=Georgia]W chwilę później za naszymi drzwiami pojawiła się głowa rodu. [/FONT] [FONT=Georgia]-Jest pan sam?! – zapytałam podejrzliwie. –To znaczy, czy ich tam nie ma?[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie ma! – zapewnił pogodnym głosem. [/FONT] [FONT=Georgia]Uchyliłam drzwi, a ponieważ sąsiad nie poczynił żadnych wysiłków, żeby przecisnąć się przez kilkucentymetrową szparę, natomiast Garet owszem, złapałam psa i otworzyłam szerzej. Sąsiad uśmiechał się radośnie, chichocząc momentami, co wydawało mi się tyleż niezrozumiałe, co irytujące. [/FONT] [FONT=Georgia]Obejrzawszy horror za oknem oznajmił pogodnie, że to tylko rójka wyszła.[/FONT] [FONT=Georgia]-Tyle to i ja wiem, szkoda, że w takim licznym towarzystwie, pszczela jej mać... [/FONT] [FONT=Georgia]-Ale to nie moje pszczoły.[/FONT] [FONT=Georgia]Ciekawe, skąd on to wie. Poznał po tablicach rejestracyjnych?[/FONT] [FONT=Georgia]-To co, mam wezwać straż pożarną, żeby je wytruła czy co oni tam robią?[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie, mogę je zebrać, mam wolny ul. Zbiorę te z jałowca, z matką, a reszta powinna niedługo odlecieć.[/FONT] [FONT=Georgia]-A jak im się tu spodobało? – zapytałam nerwowo. –Wie pan, ja jestem uczulona. –Może podpalić ten jałowiec razem z nadzieniem?[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie, nie, zaraz je zbiorę. Reszta odleci – zapewnił mnie solennie i z kamiennym spokojem, wciąż rozbawiony, powędrował do domu po niezbędne akcesoria, to znaczy drewnianą skrzynkę, szmatę i kapelusz. Garet, zamknięty w kuchni, niemal histerii dostał, kompletnie nie rozumiejąc, dlaczego nie może przywitać się z nowym znajomym. Kaja obserwowała przez okno, jak sąsiad zbiera to brzęczące paskudztwo do skrzynki. Jako jedyne zabezpieczenie miał kapelusz z siatką. I to tylko na początku. Widok był zbyt okropny, żebym mogła go znieść. Ucieleśniła się jedna z moich koszmarnych wizji. Chmara jadowitych potworów, przed którymi praktycznie nie ma możliwości obrony, naruszyła moją przestrzeń. Z pozostałych dwóch stron wyły, huczały, warczały i piszczały hamulcami setki cholernych samochodów prowadzonych przez setki popapranych obłąkańców. Home, sweet home... [/FONT] [FONT=Georgia]Garet źle zniósł zakaz wychodzenia do ogródka. Najpierw mordował po kolei sześć wełnianych poduszek, które skądś wywlókł, udowadniając mi niezbicie, że przesadzam z zakupami, bowiem pięć pozostałych wciąż było na swoim miejscu, później zainteresował się wiadrem jabłek, które przyniosła Kaja. Jabłoń pod garażem obrodziła w tym roku wręcz nieprawdopodobnie. Jabłuszka, prawdopodobnie z powodu suszy, a także braku nawożenia i oprysku były malutkie, ale zarumienione jak na dziecięcych malowankach i w tych miejscach, gdzie nic ich nie zdążyło zeżreć, znakomite w smaku. Spadały w takiej obfitości, że cały trawnik był czerwony. Garyś przez chwilę przeglądał się, jak Kaja obiera jabłka, potem degustował, a kiedy już się najadł, podkradał się do wiadra i kradł po jednym owocu. Oczywiście wynosił je na łóżko. Pierwsze wpadło mu za łóżko przypadkiem. Wsadził nos w szparę i węszył, potem spróbował wykopać dziurę, a kiedy mu się nie udało, usiadł i zamyślił się głęboko. Owocem przemyśleń była kolejna wyprawa do wiadra, skok na łóżko i wrzucenie jabłka śladem pierwszego. Pilnie nasłuchiwał stukotu nastroszywszy uszy i przekrzywiając głowę. Radośnie bryknął po następne jabłko, które podążyło śladem towarzyszy. [/FONT] [FONT=Georgia]-Chciałam zauważyć – odezwałam się łagodnie po kilkunastu minutach – że pod moim łóżkiem jest pół wiadra jabłek. [/FONT] [FONT=Georgia]-Wiem – poświadczyła pogodnie Kaja gapiąc się w telewizor.[/FONT] [FONT=Georgia]-To mam nadzieję, że wczołgacie się tam i przyprowadzicie je z powrotem, zanim zalęgną nam się stada owocówek i roje os.[/FONT] [FONT=Georgia]-Jasne, za chwilę – powiedziała uspokajająco. [/FONT] [FONT=Georgia]-O, kurczę, zapomniałam – mówiła każdego kolejnego dnia. [/FONT] [FONT=Georgia]Garet, kompletnie nieświadomy niebezpieczeństwa, którego uniknął dzięki babci, od razu okazał swoją niewdzięczność. Wymyśloną kilka dni wcześniej zabawę postanowił wypróbować w nocy. Zakradł się do pokoju Ireny.[/FONT] [FONT=Georgia]-HAU! – brak reakcji. Czyżby nie działało?... – HAU?![/FONT] [FONT=Georgia]-Wynoś się! – wrzasnęła babcia zaspanym głosem. Garyś radośnie rzucił się do ucieczki waląc pazurami w podłogę. Za chwilę wrócił.[/FONT] [FONT=Georgia]-HAU!!![/FONT] [FONT=Georgia]-Wynoś się! Nawet w nocy człowiek nie ma spokoju![/FONT] [FONT=Georgia]Garet, rozpromieniony jak stuwatowa żarówka, nie mógł pojąć, dlaczego zamknęłyśmy drzwi, uniemożliwiając babci udział w takiej świetnej rozrywce. Z zazdrości najpewniej. Wybaczył nam wielkodusznie i ruszył jak burza po dostępnej części domu wskakując na meble i odbijając się od ścian. [/FONT]
  13. Pozdrawiam wszystkich kochanych fanów. Ja, oczywiście, jestem otwarta. Jeśli jakiś wydawca przypadkiem trafi na garetowe opowieści i dostanie bólu brzucha, ze śmiechu, rozumie się, co skłoni go do złożenia propozycji wydania tejże bezcennej literatury drukiem - czemu nie? :lol:
  14. [quote name='Mrzewinska'][quote name='joannasz'] A jak Pani rozgranicza tresure od wychowania? Moj pies sluzy tez tylko do kochania, podobnie jak wszystkie poprzednie. I po to, aby byly szczesliwe, uczylam je tropic, poszukiwac symbolicznej zdobyczy, aportowac - bo aport jest czescia lancucha zachowan lowieckich, a poped na lup chce zaspokoic kazdy normalny pies... Czy to nazywa Pani tresura, szkoleniem, czy wychowaniem, gdy chowam psu jego ulubiona zabawke i pozwalam jej szukac? Nie uzywam na ogol slowa "tresura", bo to sie zle kojarzy, Ja nie tresuje psow. Ja z nimi wspolpracuje, daje im szanse na namiastkle polowania w stadzie. I uzywam slowa szkolenie. Szkolenie ma moim zdaniem na celu pomoc czlowiekowi zrozumiec psa i psu zrozumiec czlowieka. Dawanie psu roboty nie musi oznaczac "padnij - powstan", robota to tez przyniesienie za pozwoleniem pantofla i nagrodzenie za to, to tez daje psu swiadomosc wspolpracy w grupie. Zofia[/quote] Ja rozgraniczam. Ale może się mylę. Jednak pozostanę przy swojej wizji świata, gdzie tresura/szkolenie/wychowanie nie są używane zamiennie. Proszę mi pozwolić żyć moimi złudzeniami! Mam nadzieję, że i Grayś mi wybaczy, jeśli moje pantofle będzie chował i szukał, kiedy ma na to ochotę, a nie, gdy go o to poproszę.
  15. [FONT=Georgia]16.7.2006 niedziela[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] W każdym miesiącu, chcąc nie chcąc, trafia się w końcu na datę trzynasty. Nie mam jakiś specjalnych uprzedzeń co do trzynastki, nawet przeciwnie, jeśli trzynastego przypadało w piątek, pamiętam, że w szkole dostawałam co najmniej jedną piątkę, bo za moich czasów szóstek nie było. Jeśli kogoś trzynastego prześladuje pech, to działa tu mechanizm samospełniającej się przepowiedni. Delikwent jest tak skoncentrowany na oczekiwaniu, kiedy coś okropnego mu się przytrafi, że nie jest w stanie skupić się na niczym innym. No i nareszcie jest! Co za ulga! Teraz nareszcie może pogrążyć się w bolesnej satysfakcji i utwierdzać siebie oraz innych w przekonaniu, że trzynasty jest pechowy. [/FONT] [FONT=Georgia] Byłam mocno rozkojarzona nie z powodu trzynastego, ale przez trwający od dłuższego czasu okrutny upał, który właśnie zdawał się osiągać swoje apogeum. Przez otwarte na oścież okna wlewały się strumienie rozjarzonego do białości słońca. Wielkiego wyboru nie było – albo żaluzje i cień, albo otwarte okno i powietrze. Akurat to skrzydło okna, na które można było zaciągnąć żaluzje, nie otwiera się. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie można dziś wytrzymać – narzekała koleżanka z sąsiedniego gabinetu – a przecież klimatyzacja chodzi![/FONT] [FONT=Georgia] -To nie jest klimatyzacja, tylko nawiew – rozwiałam jej złudzenia. – To znaczy, jeśli na zewnątrz jest czterdzieści, to ci nawiewa czterdzieści. [/FONT] [FONT=Georgia] -No to muszą coś z tym zrobić. Przecież nam się pacjenci wytrują przy bronchoskopii. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ja jestem za. To znaczy, żeby coś z tym zrobić – powachlowałam się plikiem dokumentacji, którą zamierzałam zawieźć na oddziały, bo ilekroć pojawiała się jakaś pielęgniarka, kompletnie o niej zapominałam. Mamrocząc coś do siebie, bo od gorąca coś mi się już porobiło z głową, podążyłam do windy. Załapałam się z grupą odwiedzających i moją ulubioną salową, która wsiadła w towarzystwie wiadra i mopa. Nasze luksusowe windy budzą ogólny podziw, a zwłaszcza wtedy, kiedy zaczynają gadać. [/FONT] [FONT=Georgia] -Aniu, bądź tak uprzejma i wystaw miotłę, ja tylko zrzucę te papiery i za dziesięć sekund jestem, jeśli państwo pozwolą. – Państwo nie mieli nic przeciwko, toteż wyskoczyłam z windy, popędziłam do dyżurki pielęgniarek, rzuciłam dokumentację na biurko, wybiegłam, wpadłam na moją ulubioną kolumnę, którą architekt przemyślnie umieścił na wprost drzwi, a może drzwi znalazły się tam dopiero po kolejnej przebudowie, i już byłam z powrotem. Winda akurat kończyła z cierpliwą uprzejmością swoją kwestię: -Proszę odsunąć się od drzwi, winda nie może ruszyć. Dziękuję. [/FONT] [FONT=Georgia] -O, ta winda mówi – ucieszyła się starsza pani. [/FONT] [FONT=Georgia] -Tak jest, jeśli człowiek czuje się samotny, może sobie pogadać z kimś sympatycznym. Chociaż wczoraj próbowała mnie zgnieść drzwiami i nawet nie powiedziała „przepraszam” – poskarżyłam się. – Cóż, nie zawsze człowiek ma dobry dzień... [/FONT] [FONT=Georgia] -Piętro drugie. Oddział Rehabilitacji – poinformowała winda starannie wymodulowanym głosem. [/FONT] [FONT=Georgia]Z powrotem zbiegłam po schodach. Dla zdrowia. Nie mam takich głupich pomysłów, żeby dla zdrowia włazić po schodach, ale zbiegać mogę. Miałam zamiar kupić pomidory, żeby uzupełnić elektrolity. W sklepiku zauważyłam borówki.[/FONT] [FONT=Georgia] –O, panie Andrzeju, zbieracze z okolicy zawitali? Po ile te jagody? [/FONT] [FONT=Georgia] -Jak dla pani, to po pięć. [/FONT] [FONT=Georgia] -Och, a ja mam tylko pięć, bo chciałam pomidora... [/FONT] [FONT=Georgia] -Pomidorek gratis![/FONT] [FONT=Georgia] -No dobrze, wezmę.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ale w tym jest dwa litry.[/FONT] [FONT=Georgia] -Skoro tak pan mówi – przyjrzałam się nieufnie plastykowemu pojemnikowi. –No dobrze, resztę zapłacę w poniedziałek, bo jutro mnie nie ma. [/FONT] [FONT=Georgia]W korytarzu przed izbą przyjęć natknęłam się na Tomka. Wyglądał na faceta, któremu jest bardzo gorąco. [/FONT] [FONT=Georgia]-Słaby dzisiaj jestem – poskarżył się.[/FONT] [FONT=Georgia]-A, kuzyn przyjechał?[/FONT] [FONT=Georgia]-Przyjechał. I po wczorajszym wieczorze okrutnie chce mi się pić... [/FONT] [FONT=Georgia]-Idź po kubek, mam borówki. [/FONT] [FONT=Georgia]Kiedy napełniałam kubek borówkami, rozważaliśmy dylemat anatomiczny.[/FONT] [FONT=Georgia]-...I rozumiesz, ja do końca nie wiem, który staw Garyś ma uszkodzony. Bo to w połowie łapy, to co to jest? Według mnie nadgarstek. Bo na dole ma paluszki, to wyżej byłyby kości śródręcza, ale takie długie?... No a to sękate u góry, co mi wciska w żołądek, to chyba łokieć, prawda? Więc ten uszkodzony, to nadgarstek? - dla zobrazowania wątpliwości pomachałam własną przednią łapą, siejąc wokół jagodami. [/FONT] [FONT=Georgia]-Wiesz, że ja też nie wiem, jak to jest u psów? – Tomek z namysłem badacza spojrzał na swoją rękę. [/FONT] [FONT=Georgia]-A, zresztą nieważne – wycofałam się. – Gadam dzisiaj jak potłuczona, to przez ten upał, bo moje ostatnie szare komórki uległy de... de... denaturacji! – oznajmiłam z tryumfem. [/FONT] [FONT=Georgia]-Faktycznie, gorąco jest okrutnie – Tomek z dziwnym wyrazem twarzy wycofał się razem ze swoim kubeczkiem. [/FONT] [FONT=Georgia]-Koagulacji! – zawołałam w pięć minut potem, uświadomiwszy sobie, że denaturacji mogły poprzedniego wieczora ulec Tomkowe, choć najwyraźniej zostało mu oszczędzone. [/FONT] [FONT=Georgia]Do minibusu rwałam jak koń wyścigowy. W jednej ręce niosłam siatkę z borówkami, w drugiej bukiet jakichś pomarańczowych, liliowatych, o wyjątkowo pięknym, smukłym pokroju, które zamierzałam namalować, a które wyżebrałam od koleżanki. Obok stękała na wpół ugotowana moja ulubiona oddziałowa. W połowie alejki poczułam, że unoszę się w powietrzu. To był długi, piękny lot. Zorientowałam się, że to nie jest wniebowzięcie, kiedy wyrżnęłam o ziemię. Wylądowałam z nikłą gracją w pozycji Burka oszczekującego listonosza. [/FONT] [FONT=Georgia]-O Jezu, żyjesz?! Nic ci nie jest?! – Jola obmacywała mnie nerwowo.[/FONT] [FONT=Georgia]Rozejrzałam się lekko oszołomiona, stwierdziłam, że nic mi nie wystaje, to znaczy żadna kość nie wybrała się na zewnątrz, a nawet nic mnie nie boli.[/FONT] [FONT=Georgia]-W porządku – oznajmiłam. –Naprawdę, nic mi się nie stało. Nawet nie zdążyłam się przestraszyć. [/FONT] [FONT=Georgia]-O Jezu. Za to ja mam zawał – Jola trzymała się za klatkę piersiową. –Nie rób tego nigdy więcej![/FONT] [FONT=Georgia]Pozbierałam lilie, które ucierpiały najbardziej i pojemnik z borówkami, których spora część wróciła do środowiska naturalnego, to znaczy do leśnego runa. Zniszczenia dokończył Garyś, który rzucił się na mnie przy furtce. Kiedy wreszcie przekonałam go, że już powitał mnie należycie, stał po kostki w jagodach, a z pyska, jak wielka rozgwiazda, sterczała mu ostatnia lilia. [/FONT] [FONT=Georgia] Babcia, z powodu upału, była w fatalnym nastroju. To znaczy, nastrój miała taki jak zwykle, ale można to było tłumaczyć upałem. Garet, mały sadysta, wymyślił sobie nową zabawę. Wpadał znienacka do pokoju babci, ona wrzeszczała: – Wynoś się! Garet odkrzykiwał: -HAU! – i uciekał ryjąc pazurami na zakrętach, po czym wszystko można było zacząć od początku. Ponieważ on był coraz bardziej rozbawiony, a babcia coraz mniej, zabrałam go do ogródka. Od razu wywlókł wielki karton z piwnicy i zaczął go rozrywać na strzępy. W tym czasie modelowałam sekatorem gałęzie bujnie obrastające pień lipy. Na pniu siedział kocurek i zalecał się do mnie namiętnie. Gorący pot mnie zlewał od tych umizgów, bo wyobraźnia podsuwała mi widok szarej łapy opadającej wraz z gałązkami. Zrezygnowałam zatem z prac ogrodniczych i położyłam się w półcieniu. Kocurek wisiał nade mną balansując na obrzeżu balkonu i czyhając na moment, kiedy Garet wyniesie się na tyle daleko, żeby zdążył się trochę poprzytulać. Garyś jednak był niezwykle aktywny, a kiedy się zmęczył, uwalił się obok mnie i zasnął. Kocurek tak się zagapił, że łapy mu się omsknęły i odpadł, zatrzymując się na szczęście na metalowym wsporniku, na którym w lepszych czasach stała donica z kwiatami. Drapiąc rozpaczliwie zdołał uczepić się brzegu balkonu i wywindować z powrotem. Od obserwowania tych wyczynów zrobiło mi się jeszcze bardziej gorąco i dojrzewałam właśnie do decyzji odwrotu, gdy nad murem ukazała się głowa mojego sąsiada.[/FONT] [FONT=Georgia] -Cześć! Masz swojego psa? Bo jakiś szczeniak do nas przyszedł...[/FONT] [FONT=Georgia] -Rany boskie! – zerwałam się. Garyś ze mną. Na wszelki wypadek pomacałam go. Prawdziwy. Nie było sensu narażać się na dalsze niespodzianki. W domu jednak było bezpieczniej... [/FONT] [FONT=Georgia] Garyś nadal szalał, drażniąc się z babcią. Wreszcie, kiedy zainteresował się kością, zaatakowała go mucha. Z dzikim uporem siadała mu na bagażniku. Garyś zjeżył tyłek, oczy przepełzły mu ku nasadzie nosa, wyszczerzył zęby i... KŁAP! Mucha podfrunęła i usiadła w tym samym miejscu. Garet zmarszczył czoło, nastawił uszy, skupił się i rzucił na swój okrągły tyłeczek, który jednakowoż w tym samym momencie odskoczył razem z bezczelną muchą. Włączyłam się do akcji. Wspólnymi siłami dokonaliśmy egzekucji. Garet, wciąż sfrustrowany, zabrał się energicznie do zwalczania gipsu. Zazwyczaj pracował nad nim podstępnie, nocami. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, nie! Mówię, NIE![/FONT] [FONT=Georgia] Westchnął z irytacją, wsadził nos pod pachę i chuchał. Odczekał chwilę w tej pozycji i wrócił do swojego zajęcia. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, nie![/FONT] [FONT=Georgia] Zrobił zeza, wykrzywił się i rzucił się na sęki w podłodze. Wreszcie znienacka przewrócił się i zasnął. [/FONT] [FONT=Georgia] Piątkowe chodzenie po urzędach, aczkolwiek bardzo owocne, okazało się niezwykle wyczerpujące. Szczególnie w połączeniu z niżem. Na babcię niż w połączeniu z podnieceniem wywołanym przyjazdem opalonej Kai podziałały jeszcze gorzej, bo była bardziej upierdliwa, niż senny Garet. Tym razem dostała kota na punkcie niedoboru artykułów spożywczych, jakby właśnie ogłoszono działania wojenne i sklepy miały zawiesić swoją działalność na czas bliżej nieokreślony. Deszcz padał, a Kaja, fucząc z irytacji, zakładała buty. Ochoczo wyraziłam chęć towarzyszenia jej do hypermarketu. Powinnam była najpierw napić się kawy, ale w domu była zbyt nerwowa atmosfera. W klimatyzowanym wnętrzu dopadła mnie powalająca senność. Ziewałam jak aligator i chwiałam się na nogach. Przy kasie zdrzemnęłam się na chwilę. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ty stój, a ja tymczasem pójdę do apteki...aaaa... bo za chwilę się przewrócę.[/FONT] [FONT=Georgia] -To po drodze zobacz, czy w mięsnym jest wątróbka, bo babcia chciała dla kotów.[/FONT] [FONT=Georgia] Zataczając się, podążyłam przed siebie. O wątróbce przypomniałam sobie w ostatniej chwili i gwałtownie obróciłam głowę w prawo. Moje ucho środkowe zagapiło się i wylądowałam na kimś z impetem, odbiłam się i z trudem udało mi się skupić wzrok. Ochroniarz. [/FONT] [FONT=Georgia] -Strasznie pana przepraszam! – zamrugałam załzawionymi oczami i ziewnęłam potężnie. Na szczęście wyglądał na spokojnego człowieka, też przeprosił i oddalił się pospiesznie, skubiąc siwą bródkę. [/FONT] [FONT=Georgia] Kaja znalazła mnie w aptece. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie zdążyłam popatrzeć na wątróbkę, bo staranowałam ochroniarza, a potem zapomniałam.... Aaaaa...[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie szkodzi, kupiłam. Już lepiej chodźmy – złapała mnie pod łokieć. [/FONT] [FONT=Georgia] Nadal padało. Rozłożyłam swój wielki parasol i wpadłam na Kaję. [/FONT] [FONT=Georgia] -Czarno widzę – westchnęła popychając mnie we właściwą stronę. [/FONT] [FONT=Georgia] -To nie patrz na swój podkoszulek – poradziłam. [/FONT] [FONT=Georgia] -Patrzyłam, czy coś nie jedzie! [/FONT] [FONT=Georgia] Walnęłam ją kijem od parasola w czoło. [/FONT] [FONT=Georgia] -O, przepraszam. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś![/FONT] [FONT=Georgia] -Ale miękki był. Ten ochroniarz... – zachichotałam. [/FONT] [FONT=Georgia] -Jak ty na niego wpadłaś?[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie wiem, kazałaś mi patrzeć na wątróbkę. Zatoczyłam się pewnie, a on nie dostrzegł zagrożenia. O, przepraszam – wyprostowałam parasol.[/FONT] [FONT=Georgia] -To dupa, a nie ochroniarz. Dobrze, że nie trafiłaś na młodego, są tacy sękaci...[/FONT] [FONT=Georgia] -Dobrze, że nie trafiłam na młodego, bo by mnie zastrzelił, zanim by się zorientował, że to nie napad! – rechotałyśmy obydwie. [/FONT] [FONT=Georgia] Zniosło mnie w prawo i znowu walnęłam Kaję kijem. [/FONT] [FONT=Georgia] -Prze... przepraszam... – wyłam, a łzy ciekły mi z oczu. Z osłabionej ręki wysunął mi się parasol. Stuknął o czaszkę Kai. [/FONT] [FONT=Georgia] -Prze..... [/FONT] [FONT=Georgia] -Iiiiii! Ssss! – piszczała Kaja, wskazując ręką przed siebie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Cccccoooo? – przykucnęłam, upuszczając siatki na ziemię.[/FONT] [FONT=Georgia] -Idź sobie! – wyartykułowała wreszcie Kaja. Wyrwała mi parasol z ręki i złożyła go. Dopiero po dłuższej chwili udało nam się opanować atak histerycznego śmiechu. [/FONT] [FONT=Georgia] Zdjęłyśmy Garetowi resztkę gipsu. Większość roboty odwalił za nas. Nie dziwię się, że tak pracował nad tym usztywnieniem, łapkę ma otartą, musiała go boleć. Staw wciąż spuchnięty, a odchylenie na zewnątrz sugeruje, że jednak poszły więzadła. Spryskałam Oxycortem, założyłam gazik i usztywnienie z bandaża elastycznego. Niemożliwe, żeby go to nie bolało. Ale szaleje tak, jakby nie odczuwał żadnych dolegliwości. Za to my wyjemy i syczymy przy każdym jego skoku. Boli nas za niego. [/FONT] [FONT=Georgia]Niedziela zaczęła się dla Garysia traumatycznie. Obudziłam się mając na sobie trzęsącego się psa. Nigdy jeszcze się nie trząsł, musiało mu się przydarzyć coś strasznego! Wyskoczyłam z łóżka, żeby dać wrogowi w zęby, ale w domu było pusto. Za to przez otwarte drzwi, z ulicy, dobiegał chóralny śpiew i porykiwanie megafonu. Pielgrzymka! No, całej pielgrzymce nie dam w zęby... Garyś ostrożnie, na sztywnych łapach, podążył za mną. Wystawił zwierzynę, zginając przednią łapkę, wyciągnął szyję i węszył nieufnie. Dzielny pies, mimo, że ogon opadł mu do samej ziemi, nie schował go pod brzuch. Kiedy rozśpiewana grupa oddaliła się, wyszedł przed dom, obwąchał ogrodzenie i wysikał się, delikatnie odchylając tylną łapę. [/FONT] [FONT=Georgia] -Widzisz, Garyś? Nie wychodź na ulicę, tam jest wszystko fe![/FONT] [FONT=Georgia] Wypuściłam go na balkon w nadziei, że pójdzie kolejna grupa i znowu go przestraszy. I zacznie to sobie kojarzyć z ulicą. Warunkowanie klasyczne, jak znalazł![/FONT] [FONT=Georgia] Garet zbiegł do ogródka, zdążył zrobić wielką kupę na podjeździe, kiedy zaczął zbliżać się śpiew. Czym prędzej popędził do domu. Oboje wyglądaliśmy przez drzwi balkonowe na maszerujących ulicą optymistów. [/FONT] [FONT=Georgia] -Dobrej niedzieli! – ryknął jeden z nich przez megafon. Tego już było za wiele jak na jednego małego psa. Odwrócił się i popędził schronić się na fotel. Za chwilę skarżył się żałośnie Kai na tak liczne zgrupowanie wrogów. Udzieliła mu oczekiwanego wsparcia, utuliła i spojrzała na mnie.[/FONT] [FONT=Georgia] -Jak to było?... Ma dwa kilometry i sra po rowach?[/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  16. No to do poniedziałku, jutro mam urlop na latanie po urzędach. :multi:
  17. [quote name='Dabrowka']Ja jestem zdecydowanie za daleko :shake:[/quote] Moje drogie, ale czujcie się zaproszone. Prędzej czy później przed oczami każdego Polaka wyłania się Kraków, a ja jestem po drodze. [FONT=Georgia]12. 7. 2006 środa[/FONT] [FONT=Georgia] Rekonwalescencja postępuje błyskawicznie. Według Gareta już się zakończyła. Staw, unieruchomiony i dzięki temu odciążony, przestał go boleć i w tej chwili jedyną udręką wydaje mu się gips. Oprócz wywietrznika wyprofilował też sobie dolny brzeg i swobodnie rusza paluszkami. Pracuje też nad właściwym wykrojem pachy, jednak nawet przy jego sprawności fizycznej jest to trudne. Złorzeczy pod nosem i nie ustaje w wysiłkach. [/FONT] [FONT=Georgia] Rano tak skoncentrowałam się na przywodzicielach/odwodzicielach, że ledwie zdążyłam założyć Garetowi nowy bandaż elastyczny. Poddał się temu z rezygnacją, ale błysk w oku świadczył o tym, że gotów jest podjąć kolejne wyzwanie. [/FONT] [FONT=Georgia] Na przystanek pędziłam częściowo tyłem. Wiem, że dobrze zamknęłam furtkę, ale gdy tak... nie daj Boże... [/FONT] [FONT=Georgia] Janusz tym razem oszczędził mi komentarzy na temat zwiotczeń, a zamiast ligniny podłożyłam sobie jednorazowe prześcieradło, toteż wszystko szło świetnie, dopóki nie wyszłam. Pomyliłam się, tych drzwi jest czworo. Nie zdążyłam sprawdzić, co jest za ostatnimi, bo kiedy niczym zbłąkana kula bilardowa zaliczyłam pospiesznie salę rehabilitacyjną i gimnastyczną, Janusz przytomnie popchnął mnie w kierunku wyjścia. Nie wiem, co to jest. Jeśli przydarzy mi się to jeszcze raz, narysuję kredą strzałki na podłodze. [/FONT] [FONT=Georgia] W południe sromotnie przegrałam z własną wyobraźnią. Złapałam telefon i zadzwoniłam do domu. Zastanawiałam się właśnie, jak oględnie przejść do rzeczy, kiedy babcia poinformowała mnie ponurym głosem:[/FONT] [FONT=Georgia] -Nic mu nie jest. Śpi. [/FONT] [FONT=Georgia] -Aha, to wspaniale – odetchnęłam z ulgą. –Ale ja właściwie dzwonię po to, żeby zapytać, czy czegoś nie potrzebujesz z miasta, bo spróbuję dziś dotrzeć do urzędu – dodałam kłamliwie. [/FONT] [FONT=Georgia] -No.... nie wiem. Nic mi nie przychodzi do głowy. Za gorąco.[/FONT] [FONT=Georgia] -No to trzymajcie się. Ale wiesz co, sprawdź, czy furtka jest zamknięta na dwa razy....[/FONT] [FONT=Georgia] Odłożyła w milczeniu słuchawkę. Może nie dosłyszała?...[/FONT] [FONT=Georgia] W godzinę później zadzwoniła komórka. Na wyświetlaczu – dom. Rany boskie, moja matka NIGDY jeszcze nie dzwoniła na moją komórkę. Aaaa!!!! Zawał!!! Zerwałam się od biurka przewracając fotel, zaplątałam się w sukienkę, która, przydepnięta, zatrzeszczała złowieszczo pod pachą i potykając się, popędziłam do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie jest lepszy zasięg. [/FONT] [FONT=Georgia] -Halo?!... – wysapałam zamierającym głosem. Zrobiło mi się słabo, więc padłam na najbliższe krzesło.[/FONT] [FONT=Georgia] -Mmmm... wiesz, pomyślałam, że mogłabyś kupić ze trzydzieści deko kiszonej kapusty. Zupełnie nie ma co gotować.... – usłyszałam znudzony głos mamusi. [/FONT] [FONT=Georgia] -Co? – zapytałam tępo, bo w wyobraźni byłam już na etapie organizowania szybkiego przewozu. Najlepiej karetką. Na sygnale. [/FONT] [FONT=Georgia] -W tym małym sklepie u tego czarnego, bo tam jest najlepsza.[/FONT] [FONT=Georgia] -Kapustę. Jasne. Nie ma sprawy – zatrzasnęłam telefon i osunęłam się bezwładnie na oparcie. Przez otwarte okna wlewały się strugi palącego słońca, od którego gotował się mózg. Trzęsłam się jeszcze w minibusie. Za to wyładowałam się galopując do urzędu. Dwadzieścia minut do zamknięcia. Zastałam właściwą urzędniczkę, zwróconą w stronę wentylatora jak słonecznik do słońca. Na szczęście okazała się sympatyczna i bardzo pomocna. Zaopatrzona w wiedzę, że projekt trzeba robić od nowa oraz listę niezbędnych dokumentów, pognałam do geodetów. [/FONT] [FONT=Georgia] -Wrzesień? Na litość boską, co to dla pana taki rysuneczek, zrobi go pan błyskawicznie i to z zamkniętymi oczami! Proszę...[/FONT] [FONT=Georgia] -W godzinę. No dobrze, ale tylko jeśli pani sama zgromadzi wszystkie mapy...[/FONT] [FONT=Georgia] -Jasne. Nie ma sprawy.[/FONT] [FONT=Georgia] Zaopatrzona w kolejną listę pognałam do drugiego urzędu. Dziesięć minut do zamknięcia. Panie w nagrzanym pokoju owinięte wokół wentylatora, wpatrzone gasnącym wzrokiem w wygaszacze ekranu. [/FONT] [FONT=Georgia] Pewnie, że rozumiem, dziesięć minut przed końcem pracy sama już trzymam klucze w zębach. Ale biła ode mnie taka desperacja, że wydębiłam wniosek. Znaczki skarbowe można kupić tylko w kasie, która jest czynna przed południem. Wypełniłam wniosek, odliczyłam pieniądze na znaczki i zadzwoniłam do mojej ulubionej koleżanki. Właśnie schodziła z góry. W piątek rano odbiorę mapy. Pogadałyśmy w pośpiechu o psach, umówiłyśmy się na niedzielę i, cholera, znowu nie zapytałam o Mikołaja! Ma już chyba z dziesięć lat... Magda na pożegnanie pomachała do mnie grubą kopertą.[/FONT] [FONT=Georgia] -Zgadnij, co tu mam? Opowieść o Garecie! Będziemy z mamą czytać! W pracy nie mam kiedy... [/FONT] [FONT=Georgia] Garyś czekał na mnie przy furtce. Biedactwo, że też nie dostał udaru! Od razu skoczył na mnie obiema łapami. Ta z wyrzeźbionym artystycznie gipsem wczepiła mi się w sukienkę, a pazury drugiej utkwiły w siatce z truskawkami i borówkami. Jakoś, w niezbornych podrygach, dotoczyliśmy się do drzwi. Na kamiennych schodach na piętro siedziała z posępną miną babcia twierdząc, że się chłodzi. No, dobrze, że też nie przy furtce. Bandaż leżał przy szafce na buty. [/FONT] [FONT=Georgia]Garyś przełknął w pośpiechu kilka truskawek, ale nadal pożądliwie wpatrywał się w siatkę z zakupami. Kapusta! Jak ja mogłam zapomnieć, że on uwielbia kapustę! Ależ ze mnie macocha... Garet z wybałuszonymi oczami wsysał kiszone frędzle. [/FONT] [FONT=Georgia] -No przecież nie daj mu tyle, co ja będę gotować! – zaprotestowała babcia.[/FONT] [FONT=Georgia] -Jutro ci kupię.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ale ja jutro chcę ugotować![/FONT] [FONT=Georgia] -O Boże, kapusty mu żałujesz? Kupiłam pół kilo, a chciałaś trzydzieści deko, to dwadzieścia może zjeść. [/FONT] [FONT=Georgia] -Już zeżarł połowę! Ten pies jest idealny, jak ciebie nie ma, przy tobie zamienia się w głupka.[/FONT] [FONT=Georgia] Poddaliśmy się. Za gorąco na kłótnie. Garet zjadł porcję ciepłego jeszcze mięsa, kotlecik serowy i trochę borówek ze śmietaną, ale w oczach wciąż miał tęsknotę za kapustą...[/FONT] [FONT=Georgia] Tak długo jęczał i marudził, że późnym popołudniem zabrałam go do ogródka. Od razu poleciał do wiadra z babcinym kordiałem z pokrzyw.[/FONT] [FONT=Georgia] -Nawet się do mnie nie zbliżaj – ostrzegłam go. Pomachał zgodnie ogonem i pokłusował przez grządkę z kwiatami wzbijając tumany kurzu. Przed nim, fukając jak zwalniający tir, gnała koteczka. Ułożyłam się na chwilę pod wierzbą. Bezbłędnie trafiłam w mrowisko i na pokrzywę. Ręka do razu pokryła mi się alergiczną wysypką. Mrówki żarły jak wściekłe. To kolejna plaga. Na szczęście w przeciwieństwie do pani Telimeny byłam prawie goła. Kiedy wytrząsnęłam ostatnią z ucha, zanim zdążyła się tam zadomowić, doszłam do wniosku, że nasz ogródek warto by potraktować miotaczem ognia, a potem zacząć wszystko od początku. Sadzonki Kai znikły. Bez śladu. Ocalała tylko kanna, więc ją podlałam. Ocuciłam też goździki i gaury. Ostatnie wiadro wylałam na Garysia. Kiedy otrząsnął się z zaskoczenia i wody, pogalopował na oślep i wrócił z szerokim uśmiechem i uszami pełnymi nasion, który wyskubywałam przez dobry kwadrans. Na progu, niczym Rejtan, leżała wielka, bezczelna, szara kocica. Spojrzała na Gareta lekceważąco i z kamienną obojętnością zniosła obwąchiwanie i poszturchiwanie nosem. Jęknął rozczarowany. Z gonienia kota nici! Wyładował energię cwałując po domu z podwiniętym w szale ogonem. Po kilku godzinach osłabł, wygryzł babcię z fotela, ułożył się na boku i potężnie chrapie. Przy najbliższym napływie gotówki trzeba pomyśleć o sofie. Nawet ten duży fotel jest już za mały.[/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  18. [quote name='Mrzewinska'][quote name='joannasz']Naprawdę, lubię te jedynie słuszne teorie, które ludzie tworzą. Tresura, podporządkowanie człowiekowi, to kolejny element służący strukturyzowaniu świata dla wygody nie psa, lecz człowieka, który czuje się natychmiast zagubiony, jeśli coś wykracza poza granice obowiązującegp paradygmatu. > To nie jest jedyna sluszna teoria, tylko fakt biologiczny - pies jest zwierzeciem stadnym, socjalnym, zwierze, ktore nie umialoby wspolpracowac w grupie, zostaloby z grupy wyrzucone. Zaspokojona potrzeba wspolpracy daje zwierzeciu poczucie bezpieczenstwa. Pies wbrew temu, co mysla niektorzy, jest szczesliwy, kiedy jest podporzadkowany, niewiele psow ma wewnetrzne kwalifikacje na bycie alfa w psim stadzie, a juz na pewno nie wobec czlowieka. Sensownie prowadzone szkolenie i ulatwia realizacje tych potrzeb i umozliwia bezpieczne trwanie psa w swiecie czlowieka. Zofia[/quote] Pani Zofio, Broń Boże nie kwestionuję Pani wiedzy fachowej. Jednak moje psy zawsze były poddawane socjalizacji, a nie tresurze (z wyjątkiem Funiaczka,ale w tym przypadku tresurze został poddany mój mąż i nieźle mu nawet szło. Funiaczek dostał dyplom głównie za urodę) i nigdy nie miałam problemów. Ale też moje zwierzęta nie pełnią żadnych funkcji użytkowych, służą tylko do kochania. ;)
  19. [quote name='mar.gajko']Joanno kochana, wizyta u Ciebie byłaby balsamem na moją udręczoną duszę, nawet z gipsem Garecika i jego nieszczęśliwą miną.[/quote] No to jakie przeszkody? Pozbieraj naszych przyjaciół z okolicy - nie wiem, kto tam, Elso, Camara, Dąbrówka chyba za daleko?, Luizę oczywiście i przyjedźcie zabawiać pieska. Kawę mam zawsze, a resztę najwyżej obmyślimy.
  20. [quote name='Elso']Rewelacja, spadłam z krzesła. Pani Joanno coś wspaniałego![/quote] Dzięki, i bez "pani" proszę. Rano owinęłam mu ażurowy gips nową porcją bandaża elastycznego, ale przyjrzał mu się takim wzrokiem, jak ktoś, kto stanął przed nowym wyzwaniem, więć nie wiem, co zastanę po powrocie. Pewnie wyleczoną łapę.
  21. Naprawdę, lubię te jedynie słuszne teorie, które ludzie tworzą. Tresura, podporządkowanie człowiekowi, to kolejny element służący strukturyzowaniu świata dla wygody nie psa, lecz człowieka, który czuje się natychmiast zagubiony, jeśli coś wykracza poza granice obowiązującegp paradygmatu. [FONT=Georgia]11.7.2006 wtorek[/FONT] [FONT=Georgia] Upał ogłuszający. Nawet w lesie, a po przyjeździe do miasta słychać skwierczenie śluzówek. Do weterynarza obiecał nas zawieźć Tomek, który, o dziwo, nie miał nigdzie dyżuru. Miałam półtorej godziny na oblecenie urzędów i powrót do domu, toteż ruszyłam kłusem. Na powietrzu było jako tako, ale po wejściu do pomieszczenia zamkniętego natychmiast ciekły mi z twarzy strugi wody. W przelocie wpadłam odebrać zdjęcia do listu gończego. Miałam nie patrzeć, ale zerknęłam. Ooooo mój Boże!!! Co to jest, to skrzyżowanie sfatygowanej rękawicy bejsbolowej w okularach z wiechciem pakuł?! No nie, nie ma się co oszukiwać. To nie jest wina fotografa. To rzeczywistość. Och, błagam, zakwalifikujcie mnie do programu „Chcę być piękna” i wytnijcie mi z twarzy dwa metry kwadratowe zbędnej skóry!!! Nie dość, że niedługo będę chodzić bokiem, z głową pod pachą, przykryta garbem jak kaszkietem, to jeszcze zakupy będę nosić w obfitych fałdach spływających z oblicza! Czy to na pewno ja parę lat temu wciskałam ludziom głodne kawałki o starzeniu się z godnością?! Chyba mi rozum odjęło. Teraz przypomniał mi się jak na zawołanie urywek wiersza Józefa Wittlina: „Któryś na obraz swój i podobieństwo nas w celu znanym tylko Tobie stworzył, spójrz teraz na mnie: mógłbyś tak okropnie jak ja wyglądać, Stworzycielu Boży?”.[/FONT] [FONT=Georgia] W pierwszym urzędzie – kolega, kawa, papieros, fe, rozpuszczalna, namiary na właściwych ludzi, pogadaliśmy o psach. Też jest wrogiem tresury. Okazało się, że najpierw muszę iść do innego urzędu. Popędziłam kilka ulic dalej. Gorączkowa praca myślowa – koleżanka, kochana dziewczyna, pogadałyśmy o psach, zapaliłyśmy w kiblu papierosa, na koniec przypomniałyśmy sobie, że mamy też dzieci, ale czasu już było za mało. Zaprotegowała mnie i sprawę załatwiłam w ciągu dwóch minut. Po drodze prywatne biuro geodezyjne, skąd wysłano mnie z powrotem do pierwszego urzędu, ale pani kierowniczki odpowiedniego wydziału już nie było, bo pracuje do trzeciej. Urząd w poniedziałki frontem do petenta, czyli do siedemnastej, ale ona tylko do piętnastej. Muszę ją dorwać któregoś dnia, żeby móc wrócić do tego drugiego urzędu, aby ostatecznie rozkręcić sprawę w pierwszym. Pognałam do mięsnego, żeby Garysiowi odnowić zapasy mięsa. Po drodze wpadłam na Tomka, którego z pośpiechu początkowo nie rozpoznałam i zaczęłam mu tłumaczyć, dlaczego tak się spieszę, ale uświadomiłam sobie, że to przecież z nim się umówiłam. Przez chwilę pędziliśmy łeb w łeb, potem poprosił, żeby zwolnić, jeśli mi to naturalnie nie zrobi różnicy. Ależ nie, oczywiście, ponieważ, jak wyjaśniłam z miażdżącą logiką, ja właśnie do niego tak pędzę. Tomek odparł wyrozumiale, że upał istotnie jest duży. Odetchnęłam trochę, bo był w połowie swoich załatwień, co dawało mi jeszcze trochę czasu i wcisnęłam mu ciężką siatkę z owocami, skoro i tak do mnie pojedzie. I dobrze, bo mięso prawie przygniotło mnie do ziemi, o innych zakupach nie mówiąc. [/FONT] [FONT=Georgia] Garyś przykicał do furtki i witał mnie tak zapamiętale, że w końcu musiałam go trochę unieruchomić, bo bałam się, że łapka mu się całkiem rozpadnie. Zlewając się zimną wodą zdawałam mamie relację z rajdu po urzędach. Odmówiłam jedzenia obiadu, przegryźliśmy z Garysiem tylko trochę arbuza z lodówki. W pośpiechu włożyłam bardzo powycinaną sukienkę bez pleców i zrobiło mi się lepiej. Po chwili namysłu przykryłam jednak goliznę bawełnianą bluzką i zrobiło mi się gorzej... [/FONT] [FONT=Georgia] Garet na widok Tomka rozszlochał się ze szczęścia. Skakał, fruwał i piszczał, bo co rusz urażał sobie spuchniętą łapkę. [/FONT] [FONT=Georgia] -On dojdzie do samochodu? – upewnił się Tomek patrząc na trzynożny gejzer energii. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie, kochany kolego, musisz go zanieść. Dojść by doszedł, tylko nie wiem, dokąd, bo na smyczy jeszcze nie umie, a jakoś wątpię, żeby kojarzył samochody z bólem. Niestety. Tylko weź go delikatnie pod brzuszek, a nie tak jak Jacek, za skórę, bo cię zabiję. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ale podobno psy to nie boli. [/FONT] [FONT=Georgia] -A kto ci o tym powiedział, pies? Jakby się je miało tak przenosić, to by się im ewolucyjnie wykształcił na karku uchwyt. [/FONT] [FONT=Georgia] Tomek westchnął, podłożył ręce pod Garysia i jęknął. [/FONT] [FONT=Georgia] -No nie, ileż ten pies waży?![/FONT] [FONT=Georgia] -Tydzień temu ważył dwadzieścia dwa kilo. Teraz może ze dwa więcej... [/FONT] [FONT=Georgia] -Uch. Co ty powiesz, nie wygląda... och! Ja bym przysiągł, że on zmalał. Jak był taki kudłaty, to wyglądał na większego. [/FONT] [FONT=Georgia] -Wtedy ważył około siedmiu kilogramów... – dotarliśmy na parking, Tomek mocno czerwony na twarzy.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ech... uch... to gdzie on pojedzie? Bo mam samochód przystosowany do przewozu psa... na tylnym siedzeniu czy w bagażniku? [/FONT] [FONT=Georgia] -Gdzie?!! – zdębiałam, dopóki nie uświadomiłam sobie, że ma na myśli przestrzeń za tylnym siedzeniem. –Nie, na moich kolanach. [/FONT] [FONT=Georgia] Wsiadłam z przodu, rozścieliłam sobie na kolanach ręcznik, żeby w razie czego łapać zawartość żołądka Gareta, a Tomek z westchnieniem ulgi przywalił mnie szczeniakiem. Teraz z kolei ja jęknęłam. Faktycznie, okrutnie ciężki. Garyś z błogą miną rozwalił się na boku wciskając mi łokieć w żołądek. Zebrałam jego tylne łapy z siedzenia Tomka i odwinęłam ogon z rączki biegów. Mogliśmy jechać. Przez otwarte okna wpadał słodki zapach rozprażonych łąk. Garet wywiesił ozór i zezował po okolicy. Ja też zezowałam. Z wysiłku.[/FONT] [FONT=Georgia] -Rany, Garyś, musisz sobie teraz lizać jaja? – wysapałam, starając się utrzymać w kupie rozluźnione psie ciało. Garyś odchylił głowę do tyłu i polizał mnie uspokajająco po twarzy. [/FONT] [FONT=Georgia] Tomek zachichotał.[/FONT] [FONT=Georgia] -Teraz powiedz, gdzie to jest?[/FONT] [FONT=Georgia] -Tu, przy głównej ulicy, powinno być po prawej. Chyba. O Boże, nigdy nie zapamiętam! Taki duży, nowy dom. O, o, jest! Tu, po lewej! Nie, ja ze stronami mam wszystko w porządku. To jedyne miejsce, gdzie mi się tak myli. Owszem, błądzę wszędzie, ale prawą od lewej zawsze odróżniam – zapewniłam z przekonaniem. [/FONT] [FONT=Georgia] Wygramoliliśmy się z samochodu, a Garyś ruszył raźno w kierunku ulicy. [/FONT] [FONT=Georgia] -Trzymaj go! – zawołałam wyjmując ostatnią nogę. Na to wyszedł Jacek, prawie goły, w fartuchu chirurgicznym zasłaniającym przód i wietrzącym się tyłem. Mogłam spokojnie nie zakładać bluzki. Garyś powitał go bez wrogości, ale dość powściągliwie i z rezygnacją pozwolił wnieść się do gabinetu i ułożyć na stole. Ocknęłam się i dokonałam prezentacji. Dwa bieguny – ekstrawertyk Tomek i introwertyk Jacek, typy wyjątkowo czyste. [/FONT] [FONT=Georgia] Podczas badania Garyś trochę popłakiwał, nawet z bólu próbował Jacka złapać za rękę, ale zaraz podniósł głowę i polizał go po brodzie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Myślałem, że ten obrzęk... całkiem... zejdzie... No, nie wiem... Je normalnie? [/FONT] [FONT=Georgia] -Jak najbardziej. Sporo. I dużo pije, ale może to dlatego, że dużo je... – uzupełniłam inteligentnie. Jacek westchnął, obrzucając mnie wymownym spojrzeniem udręczonych oczu i zaaplikował zniesmaczonemu Garetowi termometr. Po chwili obejrzał go i przy pomocy niezrozumiałych pomruków przedyskutował sprawę sam ze sobą.[/FONT] [FONT=Georgia] -Dam mu jeszcze raz zastrzyk przeciwzapalny... Założymy gips... taki cienki... [/FONT] [FONT=Georgia] Założyliśmy, mimo wysiłków Gareta, aby zjeść go od razu, na mokro. Cóż, starał się. [/FONT] [FONT=Georgia] -Jakby łapa puchła, to trzeba ... masować... a jakby więcej spuchła, to musisz... tu na dole... powycinać takie trójkąciki, żeby poszerzyć... A gdyby... jakiś brzydki zapach... on tam ma trochę ... wiesz.... to musimy zdjąć. Ja jeszcze... jutro jestem, to gdyby.. coś.. niepokojącego... Dobrze, żeby wytrzymał... chociaż... parę dni. Jeszcze lepiej... tydzień... [/FONT] [FONT=Georgia] -Rozumiem. Masować, wycinać, wąchać, ale załóżmy, że wszystko będzie dobrze, to na ile ten gips? Dwa tygodnie?[/FONT] [FONT=Georgia] -No. Ale gdyby coś się działo, jak mnie... nie będzie... to inny... weterynarz...[/FONT] [FONT=Georgia] -Artur za parę dni powinien wrócić. Może nic się nie będzie działo. [/FONT] [FONT=Georgia] -Owiniemy to... bandażem... elastycznym. Żeby... mu było trudniej... gryźć... I kaganiec... albo... kołnierz? Masz?...[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie, no, jeszcze nie mam kagańca – wzdrygnęłam się na samą myśl o kołnierzu. [/FONT] [FONT=Georgia] -Pożyczyłbym ci... ale tylko kołnierz... kaganiec.. ze skóry.[/FONT] [FONT=Georgia] -Jasne, nie założyłabym mu niczego, czego sama bym nie ubrała – przytaknęłam ochoczo, natychmiast odrzucając myśl o kagańcu. Przecież ta biedna psina by oszalała. Biedna psina trzymała zagipsowany kulas do góry, wpatrując się na zmianę w Jacka i we mnie. Tomek wpatrywał się wyłącznie w Jacka. Jak urzeczony. Prawie po omacku odebrał od niego wizytówkę, a kiedy zbierał informacje na temat kropelek przeciwko pasożytom dla swojej Very, wręcz spijał słowa z ust Jacka. Co tam spijał, wysysał. Gdyby ludzkość nie była taka tępa i zaczęła wreszcie posługiwać się telepatią, Jacek byłby o wiele szczęśliwszym człowiekiem. [/FONT] [FONT=Georgia] Garyś testował nową łapę na trawniku przed wejściem. Ślicznie tam wyglądał, czarno-biały na ciemnozielonej trawie. Naprawdę ciemnozielonej! Pewnie Jacek podlewa, utracjusz jeden... [/FONT] [FONT=Georgia] -No powiedz – wróciłam do tematu sprzed kilku dni - co on ci przypomina? Myśliwski, prawda? [/FONT] [FONT=Georgia] Jacek milczał. Kiedy już dawno zapomniałam, o czym mówiłam kwadrans wcześniej, odezwał się znienacka: - seter. [/FONT] [FONT=Georgia] -Co?...[/FONT] [FONT=Georgia] -Seter.[/FONT] [FONT=Georgia] Okazało się, że nie zlekceważył mojego paplania, tylko sumiennie przetwarzał informacje dokonując wzrokiem pomiarów antropo... przepraszam, caniometrycznych?[/FONT] [FONT=Georgia] -Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze – powiedziałam do Tomka. –Jacek ma wyjątkowo szczęśliwą rękę. Odczuwam przy nim ulgę, bo mogę spokojnie zrzucić z siebie odpowiedzialność i poczuć się bezpiecznie. Czasami jego kamienny spokój może być irytujący, zwłaszcza, gdy człowiek jest nakręcony, jak ja – kiedy coś się zwierzętom dzieje, popadam w totalną histerię, ale...[/FONT] [FONT=Georgia] -Spokój? [/FONT] [FONT=Georgia] -Chodzi ci o jego ekspresję? On już tak ma. Dzisiaj był wyjątkowo ożywiony. I gadatliwy.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ożywiony? – zapytał z niedowierzaniem Tomek. – To jak on wygląda nieożywiony?[/FONT] [FONT=Georgia] -Jeszcze spokojniej... – poprawiłam sobie Gareta na kolanach i przyjrzałam mu się podejrzliwie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, nie narzygasz wujkowi w samochodzie, prawda?[/FONT] [FONT=Georgia] -Ołk![/FONT] [FONT=Georgia] -No nie wiem. Chyba powiedział, że nie...[/FONT] [FONT=Georgia] -Widziałaś, jaką minę pies robi, jak mu się wetknie termometr w tyłek? [/FONT] [FONT=Georgia] -A jaką ty byś zrobił?[/FONT] [FONT=Georgia] -No, pewnie podobną, jakby tak znienacka – przyznał Tomek. – O, ups![/FONT] [FONT=Georgia] -Co się.... Garyś, proszę cię! Nie mogłeś na ręcznik? Przecież za minutę dojeżdżamy! [/FONT] [FONT=Georgia] -Nic się nie stało. Na szczęście trafił na plastyk. Nic dziwnego, tyle się tego gipsu najadł...[/FONT] [FONT=Georgia] -Dobrze, że nie dałam mu obiadu. Miał w żołądku tylko trochę arbuza i gips. Wszystko świeżutkie... W aucie Jacka rzygnął tuż przed naszym domem. Pierogami z borówkami![/FONT] [FONT=Georgia] -O jej. Dobrze, że mi nie narzygał na komórkę. [/FONT] [FONT=Georgia] -Wszystko poszło na obudowę dźwigni biegów. O, i na twoją rękę. Wytrę ci – przy pomocy brzegu ręcznika zręcznie usunęłam Tomkowi gluta z dłoni. W tym momencie zahamował, bo jakiś kot wskoczył nam pod koła. Jakiś?![/FONT] [FONT=Georgia] -Liszka, ty stara idiotko! – wrzasnęłam przez otwarte okno w kierunku oddalającego się rudego dupska. Nawet się nie obejrzała. [/FONT] [FONT=Georgia] -Rozumiem, że jeśli na tych dwóch ulicach jakieś zwierzę wskoczy mi pod samochód, to na pewno będzie twoje?[/FONT] [FONT=Georgia] -Masz cholerną rację – powiedziałam z przygnębieniem. –No i popatrz, gdyby zamiast nas jechał ktoś z większą prędkością, już miałybyśmy o jednego kota mniej... Ja nie mogę. Ja chcę na pustkowie! [/FONT] [FONT=Georgia] Po usunięciu z samochodu Tomka resztek gipsowo-owocowego posiłku Gareta, zabrałam się za przygotowanie obiadu, a raczej kolacji. Babcia użalała się nad spętanym gipsem Garetem, a on doskonale wczuł się w rolę ofiary. Wdrapał się na fotel i z niedowierzaniem spoglądał na swoją kończynę, popłakując cicho. Znienacka złapał ją całą w zęby i spróbował odgryźć. Pokonany, zlazł stając niezdarnie na podgiętych pod spód palcach i znowu zaczął się skarżyć. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie tak, paluszki stawiaj normalnie – poinstruowałam. Zaszlochał i ukąsił ze złością zagipsowanego gnata. [/FONT] [FONT=Georgia] -Trudno, kochanie, musisz się przyzwyczaić. [/FONT] [FONT=Georgia] Przez cały wieczór plątał się zgnębiony po domu szurając zupełnie, jak babcia. Musiałam odwracać się, żeby sprawdzić, które z nich człapie. Co jakiś czas kłócił się, wpatrując mi się intensywnie w oczy. Poszurał za babcią na balkon, żeby nakarmić piwniczne koty, które na chwilę opuściły dom. Korzystając z tego, że są zajęte miską, obwąchał je wnikliwie. Później opanował schodzenie po schodach i podreptał do ogródka zrobić kupkę. [/FONT] [FONT=Georgia] Nie rozumiem, dlaczego moja mamusia karmi te koty osobno. Przecież są bardziej zadomowione, niż nasze, tak zwane, domowe. Gdzie człowiek nie spojrzy – koteczka, kocurek albo wielka, bezczelna, szara kocica. Wskutek tego szara banda ma jedną stołówkę na balkonie, drugą w piwnicy, a trzecią w kuchni, zaś babcia ma krzepiące poczucie, że jest właścicielką pięciu, a nie ośmiu kotów. [/FONT] [FONT=Georgia] Mniej więcej do północy Garyś krążył po domu i kombinował, jak się pozbyć łapy. Zagryźć się nie dała, więc próbował ją wziąć z zaskoczenia i uciec, ale uparcie podążała za nim. Beznadziejna sprawa. Nareszcie dał za wygraną i padł. [/FONT] [FONT=Georgia] Dziś w pracy przez cały czas zastanawiałam się, jak Garyś sobie radzi. Czy łapka mu nie spuchła? Rano była w porządku. W tle przewijały mi się obawy, czy przypadkiem ktoś nie otworzył furtki albo nie wyrwał jej z zawiasów, albo... [/FONT] [FONT=Georgia] Wytłumaczyłam Januszowi, który próbował rozmasować kamienie na moich plecach, że nie mogę się rozluźnić, bo mój pies miał wypadek i ma nogę w gipsie. Od tematu wypadków komunikacyjnych gładko przeszliśmy do polityki, potem do wpływu socjalizacji na kształtowanie się postaw życiowych i jednak trochę odpuściłam. Może nawet za bardzo... [/FONT] [FONT=Georgia] -Używasz jakichś kremów ujędrniających? – zagadnął Janusz w okolicach mojego lewego kolana. O, zaraz mi powie, że wygląda tak, jakbym używała – pomyślałam z zadowoleniem. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie, a co?[/FONT] [FONT=Georgia] -Tu, na udach, te mięśnie łatwo wiotczeją... Wiesz, są rzadko używane. Rób sobie ćwiczenia na przywodziciele i odwodziciele – zatrzepotał znacząco moimi wyjątkowo rozluźnionymi przywodzicielami, tudzież odwodzicielami. [/FONT] [FONT=Georgia] -No to super – ucieszyłam się. –Codziennie ćwiczę, a okazuje się, że nie to, co potrzeba. Najlepiej, jak położę się rano i wieczorem zczołgam z maty jędrna i wyćwiczona. Albo mnie załadują na lawetę... - Zaćwierkała komórka Janusza. [/FONT] [FONT=Georgia] -Co to, już ósma? Spadam, bo się nie wyrobię. Bardzo ci dziękuję. Zapnij mi naszyjnik... Jeszcze raz dzięki, cześć – rzuciłam się do drzwi. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie, nie tam – zawrócił mnie Janusz z sali rehabilitacyjnej. -Tam też nie! - wycofałam się z sali gimnastycznej. [/FONT] [FONT=Georgia]-O rany, no sam widzisz. Za każdym razem to robię. Troje drzwi, a ja dopiero po zdalnym sterowaniu trafiam we właściwe. Wiesz już, jaki byłby ze mnie kierowca? Musiałabym mieć okrągły samochód... [/FONT] [FONT=Georgia]Pierwsi pacjenci wpatrywali się we mnie wyjątkowo intensywnie. Mając świeżo w pamięci incydent z odwodzicielami/przywodzicielami nie pomyślałam, że to z powodu mojego atrakcyjnego wyglądu. Natychmiast, gdy wyszli, zajrzałam do lustra. Twarz pokrywały mi białe kłaczki ligniny, której płat Janusz podścielił mi na łóżko do masażu. Wyglądałam jak święty Mikołaj wydepilowany niedbale kosiarką mechaniczną. [/FONT] [FONT=Georgia]Odetchnęłam dopiero wtedy, kiedy Kaja mnie poinformowała, że wyjeżdżając z Krakowa zakręciła w łazience wodę, bo prysznic przeciekał. I właśnie dzwonił do niej gospodarz, że woda jest odcięta w całym pionie. I prosi o przesłanie kluczy z Gdańska... Jeśli Kaja przejęła pałeczkę, chwilowo pech przeniósł się nad morze. [/FONT] [FONT=Georgia]Garysia zastałam w dobrej formie, ożywionego jak zwykle, choć mocno zirytowanego. Co chwilę podtykał mi kulasa pod nos, szczekając kłótliwie. Sam już sporo zrobił. Odsunął sobie bandaż elastyczny, a przez wyskubany wywietrznik wystawało ładne, beżowe futerko. Opanował też sztukę biegania, toteż błogi nastrój kotów zgasł jak zdmuchnięty. Jednak mimo podejmowania licznych, ambitnych prób, nie udało mu się wspiąć za kocurkiem na jabłonkę.[/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  22. [quote name='Dabrowka']Mam nadzieję, że łapka szybko wyzdrowieje, a Ty dojdziesz do siebie :) Oj Garet, Garet... fizycznie Cię wykończyć nie daje rady, to psychicznie postanowił :cool3: I finansowo...[/quote] Ta biedna, mała zmora, chętnie bym się z nim zamieniła. Ostatecznie mam wprawę w noszeniu gipsu no i zebyza słabe, żeby sobie odgryźć łapę. Może się okazać, że jak wrócę z pracy, garyś już będzie wolny. :cool3:
  23. [quote name='mar.gajko']Oj, Joasiu. No i co to będzie?? Przecież to biedactwo może wpaść w depresję przez ten gips. A rtg robiliście????[/quote] Nie ma gdzie. Ale to niewiele zmieni. Jeśli jest zlamanie, to bez przemieszczenia, jesli zwichnięcie, to na tyle brzydkie, że trzeba unieruchomić. A jęsli (co ja sądzę, nastąpiło) są zerwane więzadła, to dopiero rezonans mógłby wykazać, a i tak niewiele da się zrobić. Tak sobie obiecywałam, ze teraz już będę normalną opiekunką psa, ale przepadło, już mam obsesję, Garet jest stracony, mowy nie ma o żadnej dyscyplinie, tresurze czy tym podobnych. No, nie mogę. On rządzi. Aha, Jacek mówi, że on jest seter. Prawie seter. Weźże, przyjedźcie nas odwiedzić!
  24. Łapka w gipsie. Garyś podejmuje próby amputacji. U mnie rozwija się nerwica lękowa i różnorakie fobie cywilizacyjne.
  25. [quote name='mar.gajko']No i dostałam zawału. Tego mi było dzisiaj trzeba.[/quote] Ja jeszzce nie doszłam do siebie. Zaraz się zbieram, bo jedziemy na powtórne oględziny łapki.
×
×
  • Create New...