-
Posts
593 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by joannasz
-
[FONT=Arial]18.12.2008 śr.[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]DIABŁY I ANIOŁY[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Jak ludzie to robią, że się nudzą? Marzę o tym, żeby się czasem trochę ponudzić. Nie wychodzi. Doba za krótka. Noc też za krótka i niewygodna. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatnio Koleś znowu postanowił ze mną sypiać. To jedyny kot, którego kocham niemal równie mocno, jak Gareta. Rozkoszny bydlak, przeuroczy. Nadałam mu ksywkę Grucha, bo gabaryty ma jak gruszka do przewozu betonu, a w dodatku, jak zwykle małomówny, dawne „mi!” zamienił na dźwięczne „grr!”. [/FONT] [FONT=Arial] Obecność kocura zajmującego połowę wąskiego łóżka, wtulonego we mnie, budzi dziką zazdrość w Garecie. Wystarczy, że raz czule zagruchamy do siebie z Gruchą, psisko porzuca kanapę albo fotel i gramoli się na trzeciego. Leżę pomiędzy moimi ukochanymi facetami sztywna jak kreska procentowa i cierpnę w różnych miejscach bez większych szans na spanie. Pół biedy, gdy Garecik zlituje się i zajmie dolną połowę łóżka. Wtedy jakoś sobie radzimy. Gładzę go stopą kiedy wpada w bezdech albo wzdycha spazmatycznie. Jest naładowany nawet we śnie. Nigdy nie może wyluzować. Nic dziwnego, że sama jestem coraz bardziej nerwowa. Potrzeba mi porządnego odpoczynku poza domem. A jednocześnie boję się go opuszczać, bo nie wiadomo, co tu się może wydarzyć, gdy mnie nie będzie, nawet jeśli zastąpi mnie Kaja. W pierwszej kolejności wyobraźnia podsuwa mi wizję niezablokowanej furtki i Gareta wyskakującego na ulicę. [/FONT] [FONT=Arial] Przemogłam się i pojechałam na dwudniowe szkolenie do Ustronia. Same plusy. Odwołałam jazdę do Dąbrowy, dzięki czemu przedłużyłam sobie życie, szkolenie było fantastyczne, jego dwie części jeszcze przede mną, w dodatku temat bardzo mnie interesuje „terapia krótkoterminowa skoncentrowana na rozwiązaniu”. [/FONT] [FONT=Arial] Przez dwa dni czułam się komfortowo. Ktoś dbał o pyszne jedzenie, puszyste białe ręczniki czekały na użycie, apartamencik był całkiem przyzwoity, widoki zapierały dech w piersi, a moje spojówki przestały przypominać sok z buraków. Tym samym moje podejrzenie potwierdziło się i okulistka miała rację – jestem uczulona na kocią sierść i w domu zawsze będę wyglądać jak po ciężkim przepiciu. Jedyna nadzieja, że kolejny obłąkany trend w modzie obejmie barwienie spojówek. Będę miała jak znalazł, bez najmniejszego wysiłku. [/FONT] [FONT=Arial] Gdy wróciłam, Garet omal mnie nie rozerwał na strzępy. Rozpaczliwe wrzaski nie odnoszą najmniejszego skutku, polecane metody wychowawcze (ignorować) też. Do niego w momencie amoku po prostu nic nie dociera. Równie dobrze można próbować zatrzymać tajfun parasolem. [/FONT] [FONT=Arial] Zdałam na piątkę egzamin z zaawansowanego migowego i jedno obciążenie spadło mi z głowy.[/FONT] [FONT=Arial] Coraz bardziej gnębiła mnie myśl o kolejnej jeździe. Ja się po prostu do tego nie nadaję. Zadzwoniłam do Włodka, właściciela szkoły, i powiedziałam, że chyba zrezygnuję. Odwiódł mnie od tego zamiaru i zaproponował zmianę instruktora. Polecił mi Andrzeja, który, jak niektórzy uważają, za dużo gada, ale jeśli mam niedosyt informacji, to może będzie w sam raz... [/FONT] [FONT=Arial] W sobotę, nieco podenerwowana, powędrowałam na plac manewrowy. [/FONT] [FONT=Arial] Z samochodu wylazł wysoki (dzięki Ci, Boże), ciepło i szczerze uśmiechnięty (dzięki!) facet starszy nieco ode mnie, o urodzie jastrzębia. Rzeczywiście gadatliwy, a mówi tak szybko, że słowa potykają się o siebie, co sprawia wrażenie, jakby się jąkał. Ale jakaż to miła odmiana! Wypaliliśmy papierosa i uświadomiłam sobie, że czuję się, jakbym go znała całe życie. Oczywiście, że byłam wściekle zdenerwowana, bo sam widok samochodu teraz budzi we mnie takie emocje, ale jednocześnie w duszy zapaliło mi się małe słoneczko i świeciło nieprzerwanie. No, jeśli on mnie nie nauczy jeździć, to już nikt. [/FONT] [FONT=Arial] Od razu, na wstępie, otrzymałam parę cennych wskazówek. Może jeszcze zdołam wyrobić sobie prawidłowe nawyki. To znaczy, wykorzenić stare, złe. [/FONT] [FONT=Arial] Pojeździliśmy trochę po mieście. Tym razem punto. W porównaniu z grande wydał mi się wołowaty i o wiele gorzej czułam sprzęgło. Ściślej mówiąc, nie czułam go wcale. Może po trosze była to wina moich butów. Mam fatalny zwyczaj kupowania o numer za dużych, luźnych i wygodnych i takie właśnie miałam na nogach. Nawet zaciągnięcie sznurówek w tych welurach niewiele dało. Przy odrobinie szczęścia mogłam jedną stopą przycisnąć wszystkie trzy pedały. Oczywiście co krok popełniałam kardynalne błędy, ale Andrzej jak nietoperz wisiał mi na kierownicy, co dawało mi poczucie bezpieczeństwa. [/FONT] [FONT=Arial] Najczęściej powtarzanym zdaniem było, naturalnie, „dodaj gazu!”. [/FONT] [FONT=Arial] -Czemu zwalniasz? A, już widzę, piesek biegnie. [/FONT] [FONT=Arial] -Co, znowu piesek?[/FONT] [FONT=Arial] -Nie, tym razem dwa – wymamrotałam przez zaciśnięte zęby. [/FONT] [FONT=Arial] No i ostatecznie Dąbrowa. Trudno, kiedyś to musi nastąpić. Obiecałam wziąć urlop w środę. Wyjazd na trzy godziny. Kiedy wracałam do domu, słoneczko w duszy wciąż świeciło. Może uda mi się przeżyć?[/FONT] [FONT=Arial] W korytarzu, kiedy już wydostałam się z pazurów Gareta, zauważyłam strzępy folii. W kuchni pod stołem leżała podziurawiona zębami pomarańcza. Garecik musiał dostrzec na kredensie piękną, pomarańczową piłeczkę, która na pewno była przeznaczona dla niego. Wylazł na stół, stamtąd wdrapał się na kredens, złapał zabawkę, rozerwał reklamówkę, żeby się do niej dostać, po czym próbował wydobyć z piłeczki głos, zapewne skomponowawszy uprzednio wspaniałą melodię. Niestety, zamiast rozkosznych dźwięków z piłeczki trysnął gryzący, aromatyczny sok, który skutecznie ugasił płomień twórczości naszego wirtuoza. Z braku innych podniet wywlókł moje spodnie od dresu pod jałowiec, ale nie chciało mi się już wychodzić do ogrodu. [/FONT] [FONT=Arial] Koleś dostał zakaz wstępu do mojego łóżka, bo wypudrował się w węglu i przypominał górnika w mundurze galowym. Nie wiem, co one z tym mają. Tylko Liszka i Gacia nie wkradają się do kotłowni, żeby co jakiś czas wytarzać się w ekogroszku. Najbardziej widać te zabiegi upiększające po Marchwi, z natury w większości białej. Podejrzewam, że jest to coś w rodzaju farbowania włosów. Blondynka jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamienia się w brunetkę. [/FONT] [FONT=Arial] A propos brunetki. Znowu weszłam w fazę przemian i na blond włosy nałożyłam sobie kawowy brąz. Może byłby kawowy, gdyby Irena nie uraczyła mnie informacją, że wymacała sobie guzek w pachwinie. Zbadałam, według mnie to nie był węzeł chłonny, bo zbyt blisko pod skórą, raczej jakieś zaczopowane gruczoły łojowe, ale natychmiast zorganizowałam akcję ratunkową. Zmobilizowałam Kaję, wspólnymi siłami namierzyłyśmy w Krakowie dawnego ginekologa Ireny, ustaliłyśmy, że następnego dnia Kaja odbierze Irenę z busa i dostarczy na miejsce. Kiedy sytuacja się wyklarowała, uprzytomniłam sobie, że włosy co prawda mam suche, ale od półtorej godziny pokryte farbą. I w tenże sposób z blondynki stałam się brunetką. Po początkowym szoku nawet mi się spodobało. [/FONT] [FONT=Arial] W przerwach dręczenia się prawem jazdy i koniecznością przerobienia podręczników oraz przepisaniem notatek ze szkolenia, zanim zapomnę, o co chodziło i nie będę w stanie tego odcyfrować, lepiłam anioły z masy solnej. Początkowo miałam zamiar zrobić tylko kilka, do rozdania w pracy, ale osiągnęły tak oszałamiające powodzenie, że nie nadążam z produkcją. Już nie wyglądają jak transwestyci. Są takie, jakie powinny być. Zabawne, słodkie i święte w swojej zwyczajności. Jak się odrobię, zacznę je wystawiać na allegro, żeby zarobić na dodatkowe godziny jazdy. Zorientowałam się, że anioły mają powodzenie przez cały rok. Przecież każdy chciałby mieć jakiegoś zaprzyjaźnionego aniołka :)[/FONT] [FONT=Arial] Nocami w panice zabrałam się za przeglądanie czterystu dziewięćdziesięciu pytań egzaminacyjnych. Mój analityczny umysł buntował się przy co drugim. Kompletny brak logiki i konsekwencji. Ratunku!!! Nigdy nie zdołam się tego nauczyć. Nie umiem uczyć się odtwórczo. Na pewno nie przy obłąkanym psie szlochającym rozdzierająco i przenikliwie bo natychmiast: musi wybiec do ogrodu, musi wrócić do domu, musi wyskoczyć przed dom, musi wpaść z powrotem i da capo el fine. W międzyczasie szlocha jak wyżej, bo musi, natychmiast, być głaskany, pieszczony i czochrany. Albo nakarmiony tym, co właśnie się je. ZARAZ!!! [/FONT] [FONT=Arial] Każda sekunda zwłoki wywołuje kląskający lament, od którego iskrzą synapsy. Skarcenie napotyka ogromne, pełne półksiężyców, oczy śmiertelnie ugodzonej niewinności, po czym człowiek czuje się jak ostatnie, sparszywiałe bydlę. Impas.[/FONT] [FONT=Arial] W środę na wstępie pożegnałam się z życiem. Ostatecznie, cóż mogę jeszcze zrobić? Wysłucham i pocieszę paru nieszczęśników więcej, namaluję kilka obrazów, odremontuję coś, stworzę parę śmiesznych rzeczy czy kilka zabawnych tekstów. I jest się o co martwić? Każdy może zrobić to samo. [/FONT] [FONT=Arial] Na widok Andrzeja moje słoneczko rozgorzało jaśniej, co w najmniejszym stopniu nie przytłumiło paniki. Zgodnie potakując, wysłuchałam wykładu o usztywniających lękach, dołowaniu się i panice, po czym, zgasiwszy papierosy, ruszyliśmy. [/FONT] [FONT=Arial] Nie, ja się nie denerwowałam, to szło poza świadomością, wegetatywnie. Kiedyś napisałam dobry felieton o przedstawianej w amerykańskich filmach tendencji anglosasów do rzygania w każdej stresowej sytuacji. U nas to nie występuje. U mnie – wcale. Co tam, że jestem właśnie na trasie, na której kilka razy dziennie wyją erki, wozy bojowe straży pożarnej i policyjne. Spoko. [/FONT] [FONT=Arial] W połowie drogi wyznałam Andrzejowi, że jest mi tak niedobrze, że chyba za chwilę się porzygam. Jastrząb jest zwolennikiem teorii „nic na siłę”, więc wjechaliśmy na najbliższą stację benzynową, gdzie on zamówił sobie kawę, ja nic, bo hydroxyzyny nie mieli. Zapaliliśmy papierosa i pogadaliśmy chwilę. [/FONT] [FONT=Arial] Kilka skrzyżowań W mieście przejechałam w stanie takiego szoku, że nic nie pamiętam, a gdyby nie Andrzej, rodziny z trudnością zidentyfikowałyby nasze zwłoki. Nie mam pojęcia, jak normalny człowiek może wykonać kilka sprzecznych ze sobą czynności równocześnie dysponując jednym mózgiem i tylko czterema kończynami. [/FONT] [FONT=Arial] Wyjazd z miasta był łatwiejszy. Andrzej musiał zadzwonić, więc zaparkowaliśmy przy zwierzyńcu. Z ulgą wysiadłam z samochodu i wdałam się w długą i pouczającą rozmowę z utytłanym w błocie dzikiem. Rozumieliśmy się doskonale. Oboje mamy przegwizdane. [/FONT] [FONT=Arial] W drodze powrotnej Andrzej mnie porzucił i zajął się swoimi notatkami i telefonem. Deszcz rozpadał się na dobre. Początkowo czułam się zagubiona, aż wreszcie postanowiłam poradzić sobie sama. Ostatecznie przez całe życie muszę to robić, jestem na prostej drodze, na której codziennie wydarza się tylko kilka ciężkich wypadków, więc co mi tam. Byłam już tak zrezygnowana, że prawie wyluzowałam. [/FONT] [FONT=Arial] W pewnym momencie zerknęłam na prędkościomierz i zauważyłam, że jadę setką. Chryste Panie!!! Chyba mnie pojebało! Natychmiast zdjęłam nogę z gazu. W mieście od razu opuściła mnie brawura. Andrzej znowu zawisł na kierownicy, dzięki czemu paru bezmyślnych idiotów, nieświadomych swojej śmiertelności, zupełnie niepotrzebnie, zyskało inny termin na spotkanie ze świętym Piotrem. [/FONT] [FONT=Arial] Pokornie wysłuchawszy kolejnego wykładu na temat stresu, zgasiłam papierosa i pogodziłam się z tym, że kolejne jazdy odbędziemy dopiero po ustaleniu terminu egzaminu praktycznego. Żebym była na bieżąco. Hm... nawet wewnętrznego jeszcze nie zdałam, bo muszę choć ze dwa razy przerobić testy. [/FONT] [FONT=Arial] Ale nadal w wolnych chwilach lepię anioły, a mój diabeł roznosi części mojej garderoby po ogrodzie, szlocha rozdzierająco, jęczy i spazmuje.[/FONT] [FONT=Arial] Ach, zapomniałam o Szkaradnym Kocurku. Jest do adopcji, jeśli ktoś zniesie kota, który ma łeb jak awokado, uszy wyrastają mu z oczu, a jego sierść wygląda tak, jakby dopadł go widzący inaczej w przekonaniu, że ma do czynienia z gęsią i zorientował się w ostatnim momencie, że to jednak czworonóg. Całość wieńczy długi i żałośnie cienki ogon.[/FONT] [FONT=Arial] Próbowałyśmy go leczyć według wskazówek Artura, wypił hektolitry tranu, jednak zachował swoją oszałamiającą urodę, pluje się, śmierdzi mu z pyska i zostawia za sobą cuchnące gluty jak jego śp. matka, czyli zmutowany ślimak. Oddamy za darmo!!! W promocji siostra, przystojna kocica, która to, co Szkaradny Kocurek ma wynaturzone, ma zharmonizowane i pełne uroku. Wystarczy jej piec centralnego, wokół rur owinie się jak rękawiczka. Oczywiście oboje żarcie na najwyższym poziomie, mięso, zero chemii. Przyjmuję zapisy. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
:roll: Też mamy doły. [FONT=Arial]02.12.2008[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]ALEŻ PANI STRASZNIE NERWOWA![/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Ostatnio sny mi się spełniają. Niestety, nie wszystkie. Ten o wypełnianiu czeku na dwa miliony rozbudził we mnie prawdziwą nadzieję. Tym bardziej, że straciłam kilkanaście złotych na dużego lotka, co mi się raczej nie zdarza, bo należę do tych szczęśliwców, którzy wygraliby krocie, gdyby płacono za nietrafienie żadnej liczby. Dałam się jednak skusić napisom „kumulacja”. W wyobraźni widziałam się już w małym, jednopoziomowym domu z bali, stojącym w uroczym, spokojnym miejscu w pobliżu bezkolizyjnego terenu do spacerów z psem, robiącą kojące, przyjemne rzeczy i żyjącą z odsetek. Po kompleksowych zabiegach odmładzających, z artystycznie odremontowanym uzębieniem, dla zabicia czasu, gdybym go miała w nadmiarze, pływającą swobodnym stylem rozpaczliwym we własnym basenie albo zanurzoną po uszy w rozkosznie bulgoczącym własnym jakkuzi. [/FONT] [FONT=Arial] Położyłam przed sobą kupon, otworzyłam stronę z wynikami i sprawdzam. Pierwsza – jest! Druga – jest! Zrobiło mi się gorąco i duszno. Na szczęście los uchronił mnie przed poważną awarią układu krążenia. Za dwójkę jeszcze nikt nie dostał dwóch milionów...[/FONT] [FONT=Arial] Spełnił mi się za to sen o wypadającym zębie. Jednym z tych świeżo przez Renatę odremontowanych, na sztyfcie. Rano przy płukaniu ust odpadł mi kawałek. Po południu poszłam do Renaty. Przerwała uzupełnianie ubytku.[/FONT] [FONT=Arial] -Słuchaj, on się cały rusza! Dobrze, że zauważyłam.[/FONT] [FONT=Arial] -No właśnie, śniło mi się, że odpadł cały – wybełkotałam. [/FONT] [FONT=Arial] W trakcie odbudowy zęba słuchałam o labradorze przyjaciółki i chichotałam przez rozwartą paszczę. Następny z ADHD. [/FONT] [FONT=Arial] Renata godziny pracy musiała dostosować do psa. Nie może sam zostać w domu, bo niszczy wszystko, co mu wpadnie w zęby. W ogrodzie też boi się go zostawić, bo z zapałem zabiera się do szukania wyjścia albo próbuje pokonać ogrodzenie górą. W samochodzie dostaje histerii i usiłuje jej wejść na głowę. Jeśli już naprawdę musi wyjść, a nie ma nikogo z domowników, wynajmuje opiekunkę. [/FONT] [FONT=Arial] -Mam nadzieję, że gdy skończy rok, to mu to przejdzie? – spojrzała na mnie z nadzieją znad pikającego lasera. [/FONT] [FONT=Arial] -Ah wh hżyciu! – wycharczałam radośnie. [/FONT] [FONT=Arial] Umówiłyśmy się na najbliższy wieczór, kiedy uda jej się zapewnić psu opiekę. [/FONT] [FONT=Arial] Wróciłam do domu dość późno, zastawszy psa w stanie skrajnej histerii, a Irenę w stanie najwyższego wzburzenia spowodowanego skrajnym znudzeniem i moją nieobecnością. Ślad do ogrodu znaczyły: moja rękawiczka, buty Kai i moje spodnie, namokłe od śniegu. [/FONT] [FONT=Arial] Podczas gorączkowo i w nadmiarze pożeranego posiłku Garet patrzył mi z napięciem w zęby leżąc częściowo na kolanach, częściowo w talerzu. Robił przy tym na przemian zbieżnego i rozbieżnego zeza, wzdychał spazmatycznie i mrugał ćwiartką oka. Na jego misce żałośnie obsychało mięso, któremu nie dały rady koty. [/FONT] [FONT=Arial] Po przyjeździe Kai Garet zapomniał o depresji i odzyskał pełnię sił witalnych. Nowej, makabrycznie wyszczerzonej piłeczki, nie wypuszczał z zębów, chyba że po to, żeby zaaportować czyjś pantofel albo poduszkę z krzesła Ireny. Udało mi się kupić drugi egzemplarz makabrycznej piłeczki, co uszczęśliwiło nas wszystkich. Poprzednia najpierw straciła wybałuszone oczy, a potem, w strzępach, przeniosła się do wieczności poprzez kubeł ze śmieciami. [/FONT] [FONT=Arial] Nowa miała te same zalety – początkowo bardzo głośny dźwięk, powodujący odruchowy szczękościsk i usztywnienie włosów na głowie, a u Gareta objawy euforii. Potem, gdy piszczałka wpadła do środka, dźwięk stawał się do zniesienia, a co najważniejsze, wciąż się wydobywał, dzięki wyjątkowo małemu otworowi w piłeczce. Wymagało to gorączkowej pracy żwaczy naszego pupila, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Może tak godzinami. Co najważniejsze, kocha makabryczną piłeczkę do tego stopnia, że rzadko pozwala jej wpaść pod meble, a jeśli już wpadnie, używa całej swojej przedsiębiorczości i inteligencji, żeby ją samodzielnie wydostać. Naszej pomocy domaga się w ostateczności, dzięki Bogu, bo żadna z nas nie lubi czołgać się po owłosionej i zapiaszczonej podłodze. [/FONT] [FONT=Arial] Wspólne dni mijały pod znakiem dobrze znanego obłędu. Pies notorycznie kradnący wszystkie rzeczy do jedzenia, rozwłóczący po domu obuwie i grający namiętnie na piłeczce, w przerwach otwierający wszystkie drzwi, przez które z uporem maniaka, kontynuując rodzinną tradycję, wkradał się Szkaradny Kocurek – ohydny, uparty, obelżywie pokorny, zmierzwiony i zapluty. We mnie wywoływał chęć mordu, odrazę i poczucie winy, w Kai rozbawienie.[/FONT] [FONT=Arial] -O rany, nie uwierzycie, wlazł do pralki i śpi w bębnie![/FONT] [FONT=Arial] Garet meldował o jego obecności, ale nie był w stanie go wypłoszyć, bo gdy naciskał go łapą w nadziei, że obiekt da nogę i będzie można go pogonić, obiekt w perfidny sposób zamierał i przywierał do podłoża, co w psie skutecznie gasiło instynkt myśliwski (zasada fair play – nie goń niczego, co nie ucieka) i wywoływało rozpaczliwą, łzawą frustrację. W pełni go rozumiałam. Sama kiedyś próbowałam wygonić Kocurka zmiotką, bo jest zbyt obrzydliwy, żeby wziąć go do ręki, ale wyciekł na piętro i ukrył się w łazience. [/FONT] [FONT=Arial] Wszystkie posiłki mijały pod znakiem kompulsywnego degustatora. Pokorny pies rozesłany na kolanach albo niezobowiązująco stojący przednimi łapami na stole i jednym okiem wpatrzony melancholijnie w okno, a drugim badawczo w talerz. [/FONT] [FONT=Arial] Zawsze osiągał to, czego chciał. Już nie mówię o kiszonej kapuście czy ogórkach, bo to jego przysmak. Ale marynowana papryka?![/FONT] [FONT=Arial] -Chyba cię, gościu, pogięło – warknęłam na granicy wybuchu. –No dobra, masz![/FONT] [FONT=Arial] Patrzyłam z sadystyczną satysfakcją na psa, który wziął do mordki kawałek papryki i zamarł. Poruszył żuchwą, przełknął, przymknął oczy i pogrążył się w medytacji. Po chwili uśmiechnął się szeroko, wybałuszył oczy i zażądał dokładki. To samo było z mandarynką, po której przez kilkanaście sekund miałam drgawki, taka była kwaśna. Co gorsza, wybrane przez niego potrawy mu nie szkodzą. Jak zameldowała Kaja, kupę ma coraz bardziej zwartą. Po prostu lubi ekstremalne doznania smakowe, zresztą nic dziwnego, zauważyła Kaja jadowicie, skoro od niemowlęcia zażerał się sałatą z sosem czosnkowym, który normalnego człowieka (tzn. Kaję), zabiłby od razu. Ostatecznie nie wiem, co mu szkodzi. Czy to zespół jelita nadwrażliwego i winę ponoszą emocje, czy też, jak sądzą znajomi, a w chwilach zwątpienia i ja, ktoś go podtruwa. [/FONT] [FONT=Arial] Wieczorem, ukradłszy już wszystko, co się dało, łącznie z poduszką babci, podreptał szybko i dyskretnie na moje łóżko. Delikatny szelest obudził podejrzenia Kai, jak się okazało, słuszne. W ostatniej chwili wyrwała mu z paszczy pół kostki masła. [/FONT] [FONT=Arial] Sobotnia wieczorna lekcja jazdy była szczytem koszmaru. W ustawie prawo o ruchu drogowym zapomniano powiedzieć: „zabrania się debilom z kurzą ślepotą, astygmatyzmem i zaburzeniami orientacji przestrzennej prowadzić po zmroku”. [/FONT] [FONT=Arial] Nie widziałam nic. Ani drogi, ani krawężników, ani poboczy. Światło nielicznych latarń odbijało się w kałużach wody potęgując moją dezorientację. Nie znam peryferii miasta, nie mam pojęcia, gdzie byłam. Na niedzielną lekcję poszłam załamana i całkowicie wyzuta z wiary w siebie.[/FONT] [FONT=Arial] A tu niespodzianka. Jazda po placu, z koperty do koperty, między pachołkami. Jedynka, półsprzęgło, zakręt w prawo, wsteczny, półsprzęgło, zakręt, korkociąg, tylna szyba, skurcz mięśni, koperta. [/FONT] [FONT=Arial] Przez pół godziny miotałam się tam i z powrotem ani razu nie najeżdżając na linię i nie potrącając pachołka. Mojego instruktora wprawiło to w nieuprawnioną euforię. Idiota. Powinien się zastanowić nad tym, jakie perfidnie złośliwe siły wyższe to spowodowały i co jeszcze mają w planie, parszywce jedne. [/FONT] [FONT=Arial] Przez kolejne pół godziny siałam postrach w mieście nie zdejmując nogi z gazu (przez cholerne hasła „gaz, gaz, więcej gazu!!!”) nawet podczas zmieniania biegów, na co biedny samochód reagował żałosnym wyciem, jak pies podczas przejazdu karetki pogotowia. [/FONT] [FONT=Arial] Jak zwykle widok pieszego zbyt blisko krawężnika wprawiał mnie w taką panikę, że traciłam panowanie nad kierownicą, a gdy przystawałam lub zwalniałam przed włączeniem się do ruchu, traciłam dodatkowo wzrok i resztki rozumu. Przegwizdane. Że już nie wspomnę o tym, co produkowała moja wyobraźnia na temat rzucających się pod koła zwierząt, nieumyślnego zabójstwa, a w konsekwencji samobójstwa. Człowiek – trudno, ale zwierzę przecież jest niewinne...[/FONT] [FONT=Arial] Co gorsza ten szaleniec wpisał na kolejną niedzielę dwie godziny jazdy i oznajmił, że jedziemy do Dąbrowy. Wariat, Chryste Panie. Próbowałam mu uświadomić, że na tym odcinku trasy, gdzie trwają roboty drogowe, codziennie jest kilka wypadków. Właściwie to powinny tam na stałe parkować ze dwie karetki i wóz straży pożarnej. Nic do niego nie dociera. Ja wiem, że nie jestem gotowa. Wiem, że nie mam jeszcze wystarczających umiejętności ani, co gorsza, wystarczającej pewności siebie. Osaczona przez psychopatycznych kierowców zgłupieję do szczętu, a jeśli nawet uda mi się dojechać, to dam się staranować przez pierwszy tramwaj. O Jezu. Po co ja to sobie robię?![/FONT] [FONT=Arial] -Bo ty jesteś taka strasznie nerwowa![/FONT] [FONT=Arial] W poniedziałek przed świtem Kaja stanęła w kolejce, żeby mnie zarejestrować do okulisty, ponieważ wyczerpałam już swoją pomysłowość w dobieraniu leków, a oczy dokuczały mnie coraz bardziej. [/FONT] [FONT=Arial] Załapałam się na popołudnie z numerem dziesiątym. Bałam się, że nie zdążę dojechać z pracy. Wpadłam do przychodni za kwadrans trzecia. Spoko, przez ponad godzinę z właściwej kolejki weszły tylko trzy osoby. Przez kolejną – żadna. Powód był prosty – ilekroć otworzyły się drzwi, rzucały się na nie stare, cwane ropuchy i z uporem wpychały się do środka w nadziei, że uda im się przeskoczyć kilkanaście osób z kolejki, co faktycznie skutkowało. Po dwóch godzinach obserwowania tych bezczelnych praktyk byłam w stanie wrzenia, czułam, że włosy mi z furii sterczą jak po wyjęciu paluchów z kontaktu, mój wzrok zabijał, a ręce tęskniły do tego samego. [/FONT] [FONT=Arial] Wreszcie, o piątej, weszłam wraz z inną wywołaną pacjentką. Z nami jeszcze dwie ropuchy przekonane, że uda im się załapać na krzywy ryj. Udało się. [/FONT] [FONT=Arial] -A kiedyż to pani ostatnio była?[/FONT] [FONT=Arial] -Dawno.[/FONT] [FONT=Arial] -Dlaczego tak dawno?[/FONT] [FONT=Arial] -Żeby uniknąć tego – wskazałam drzwi do poczekalni. – Jeszcze przez dwa dni będę roztrzęsiona.[/FONT] [FONT=Arial] -Ach, dzisiaj jest jakiś wyjątkowo paskudny dzień. Wszyscy pchają się jednocześnie. Ale całe tygodnie było naprawdę spokojnie.[/FONT] [FONT=Arial] -Ciekawe, skąd wiedzieli, że dzisiaj przyjdę? – wymamrotałam głosem sfrustrowanego paranoika.[/FONT] [FONT=Arial] Badanie, zakrapianie oczu i kolejna godzina w poczekalni. Oprócz bab obgadujących swoich znajomych harcowały tam dodatkowo dzieci. Wspaniała rozrywka – dziki galop tam i z powrotem po długim korytarzu. W przerwach włażenie i wyłażenie z szafy ściennej. Wydawało się niemożliwe, żeby stosunkowo niewielkie stworzenia tak ogłuszająco tupały. [/FONT] [FONT=Arial] Baby przyglądały im się z rozanielonymi minami. [/FONT] [FONT=Arial] -Fajne dzieci. Żywe... [/FONT] [FONT=Arial] To ostatnie nie ulegało wątpliwości. Gdyby usiadły spokojnie na tyłku, prawdopodobnie oznaczałoby to fizjologiczne znamiona agonii. [/FONT] [FONT=Arial] Czując, że moja nienawiść do ludzkości osiąga apogeum, wyszłam na zewnątrz zapalić. Wieczór był wilgotny, ale ciepły. Pachniało wiosną. [/FONT] [FONT=Arial] Weszłam na kolejne badania. Najpierw pielęgniarka posadziła mnie przy jakimś obrzydlistwie, które co chwilę, z obelżywym – Pufff! – dmuchało mi w któreś oko. Ledwie zdążyłam odkleić się od sufitu, proces powtarzał się od początku. [/FONT] [FONT=Arial] -Ależ pani strasznie nerwowa![/FONT] [FONT=Arial] Przeszłam do ciemni. Niczym detektyw Monk przetarłam chusteczką podpórki pod brodę we wszystkich aparatach. W trakcie badań poplotkowałam chwilę z moją okulistką, starając się rozluźnić. [/FONT] [FONT=Arial] -A, właśnie, co to za koszmar, który dmuchał w moje spopielałe śluzówki? [/FONT] [FONT=Arial] -Aparat do bezdotykowego mierzenia ciśnienia w gałce ocznej. Ma pani za wysokie, zmierzę jeszcze raz tradycyjną metodą.[/FONT] [FONT=Arial] -Dzięki Bogu...[/FONT] [FONT=Arial] Tradycyjną metodą też było za wysokie. Nie potrafiłam powiedzieć, czy ktoś w rodzinie miał jaskrę. Być może chwalebnie oślepnę jako pierwsza. Wspaniale, za kilka tygodni do kontroli. Jeszcze raz czekają mnie rozkoszne przeżycia w poczekalni. [/FONT] [FONT=Arial] Lekki problem pojawił się przy lekach przeciwzapalnych. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie, dicortineff nie, skończyłam brać tydzień temu. Bez skutku. Atecortin trochę mi pomaga, przynajmniej już nie czuję tego wściekłego bólu. [/FONT] [FONT=Arial] Okulistka odłożyła pióro i spojrzała na mnie znad okularów. [/FONT] [FONT=Arial] -No dobrze, to co pani brała?[/FONT] [FONT=Arial] W ciągu ostatnich kilku miesięcy neomycynę, gentamycynę, tobradex, dicortineff i atecortin. Moja pomysłowość się skończyła.[/FONT] [FONT=Arial] -Moja chyba też...[/FONT] [FONT=Arial] Udało jej się jednak coś przepisać. W dodatku działającego również nieźle w zakażeniach odzwierzęcych. Ostatecznie co rano wydłubuję sobie kocie kudły z oczu. Błe... [/FONT] [FONT=Arial] Wyszłam z nową receptą na okulary i długą listą lekarstw. Na zespół suchego oka, stan zapalny i alergię (bo kocia sierść strasznie uczula). [/FONT] [FONT=Arial] Do domu dotarłam o siódmej. Najpierw napadł na mnie Garet. Na szczęście przytomnie trzymałam w ręce wędzone ucho, które wyrwał mi już w drzwiach. Dzięki temu uwagę miał podzieloną i nie rozdarł mnie pazurami. Za to moja uwaga natychmiast skoncentrowała się na podłodze korytarza. [/FONT] [FONT=Arial] Stęskniony potwór zerwał ze ściany mosiężny hak razem z dwiema kurtkami Kai i jedną moją. Kai zostały obsikane przez koty. Przed przymkniętą szafą leżały miękkie kozaki Kai z beżowego zamszu. Obsikane przez koty. Wrzuciłam je z powrotem i zanotowałam w pamięci, żeby na uchwyty przy drzwiach założyć gumkę. Dotychczas żaden z naszych psów nie otwierał szaf. No cóż, żaden również nie łaził po stole i nie leżał na parapecie. [/FONT] [FONT=Arial] Długo i treściwie przemawiałam do rozochoconego debila, ale pełen zadowolenia z siebie błysk w jego oku świadczył niezbicie o tym, że ani słowa nie przyjął do siebie. [/FONT] [FONT=Arial] Potem napadła na mnie Irena.[/FONT] [FONT=Arial] -A gdzieś ty, na litość boską, tak długo była?![/FONT] [FONT=Arial] Cóż, kurde, relaksowałam się. [/FONT] [FONT=Arial] Irena, siedząc niemal cały czas w domu, kona z nudów. Nie mam pojęcia, jak ona to robi. Czyta, układa pasjansa, karmi koty, ale twierdzi, że mimo to jest śmiertelnie znudzona. Czasami Garet zmusza ją do większej aktywności. [/FONT] [FONT=Arial] -Dzisiaj, ja wróciłam z miasta, musiałam szukać swojej poduszki w ogródku, bo ten cymbał ją wywlókł. Przyniosłam też twoje spodnie i jednego buta. [/FONT] [FONT=Arial] -Dzięki.[/FONT] [FONT=Arial] -A te buty Kai to on wyjął z szafy? [/FONT] [FONT=Arial] -Jeśli ty tego nie zrobiłaś, to on. Koty je już obsikały, Kaja się ucieszy...[/FONT] [FONT=Arial] -Co to za zaraza nie pies![/FONT] [FONT=Arial] Zaraza leżała na ławie, radośnie majtała ogonem, chrumkała i łypała na nas znad resztek wędzonego ucha. Perły przed wieprze. A potem wychodzi, że taka strasznie nerwowa jestem... [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
-
:loveu:adhd-ki mają 1000% WIĘCEJ UROKU właśnie po to, żeby wyrównać szkody. Są zabójczo uwodzicielskie. A Garecik pantofle i buty nosi tylko okazjonalnie, jego znakiem firmowym jest piszcząca piłeczka tłamszona godzinami w cudnej mordzie. Niestety, szybko się zużywa. Koszt mniej więcej taki sam, jak poniewieranego mięsa. :-(
-
[FONT=Arial]Po powrocie zastałam basen umyty i gotowy do zabezpieczenia przed zimą, więc nieco pary mi uszło, ale i tak zalegała mi ta faktura. [/FONT] [FONT=Arial] Zadzwoniłam do kierowniczki oddziału pocztowego i wyłuszczyłam swoje pretensje. Uprzejmie i asertywnie. Podobno faktury przejmuje od poczty i roznosi firma o nazwie z trzech pierwszych liter alfabetu. Kierowniczka obiecała do nich zadzwonić. Może jeszcze nie roznieśli wszystkich. Nie roznieśli?! To co, wyrobili normę kwartalną i dostanę swoją w marcu?![/FONT] [FONT=Arial] Zabezpieczyłyśmy basen folią, najmocniej, jak to było możliwe, zacisnęłyśmy linkę i jeszcze umocniłyśmy ją cegłami. I tak na pewno wszystko się zapadnie. Poinstruowałam słuchającego uważnie Gareta, że na folię NIE WOLNO wskakiwać. Liźnięciem w nos i w okulary dał mi sygnał, że pojął. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja, zachwycona, zawołała mnie do kotłowni, gdzie Mała Szara Kocica owinęła się w bardzo niewygodnej pozycji wokół rur i zwisała stamtąd jak rękawiczka, gruchając i pojękując z zadowolenia. Kaja dotknęła rur i cofnęła rękę z syknięciem. No, to już wiemy, kto poprzesuwał kable. [/FONT] [FONT=Arial] -Super – warknęłam, patrząc nieprzyjaźnie na kocicę. –Mamy szansę przekonać się, jak pachnie fajczący się kot. [/FONT] [FONT=Arial] Sama już nie wiem, co lepsze – smażona kocica w sosie własnym czy jej obłąkany brat, Szkaradny Kocurek, pokryty szronem w cierpiętniczej pozie na progu drzwi balkonowych w pokoju Ireny. [/FONT] [FONT=Arial] Gdy brałam do ręki widelec, rozległ się dzwonek przy furtce. Wyrecytowawszy w myśli całą litanię obelżywych przymiotników powlokłam się za ujadającym Garetem do drzwi. Nie było nikogo, mignął mi tylko jakiś biały, oddalający się samochód. Coś mnie tknęło i zajrzałam do skrzynki. [/FONT] [FONT=Arial] O Boże!! Faktury! Moja, spóźniona o dwa tygodnie i Kai, spóźniona o trzy dni. [/FONT] [FONT=Arial] Uszczęśliwiona wróciłam do kuchni i poinformowałam Kaję o cudzie. Postanowiłam zadzwonić do kierowniczki poczty z podziękowaniem. Trzeba wzmacniać właściwe zachowania. Na szczęście jeszcze ją zastałam. Powiedziała, że przeprowadziła z paskudną firmą taką rozmowę, od której wciąż przewracają jej się wnętrzności. [/FONT] [FONT=Arial] Wciąż uśmiechnięta, w tym samym momencie, co równie wyszczerzona Kaja, skupiłam wzrok na Garecie. Nasz ukochany, myszeńka, dziubuś, warchlaczek, i inne takie, siedział grzecznie wyprostowany w fotelu i z gracją, powoli, delektował się moim obiadem. Brakowało mu tylko haftowanej serwetki na kolanach. [/FONT] [FONT=Arial] -Kurde!! Jak cię walnę!!! – zamachnęłam się. [/FONT] [FONT=Arial] Uchylił się z wdziękiem, zamrugał długimi rzęsami i z powrotem skupił się na talerzu. Kaja wybuchnęła śmiechem. Bardzo wychowawcze warunki. A podobno to głównie ja go rozpieściłam. W chwilę później mały wrzód kończył posiłek, a ja dzieliłam się następnym z kocurem, który pojawił się jakby miał włączony nawigator. Cóż, uwielbia moją kuchnię... [/FONT] [FONT=Arial] Po południu poddałam się i odsunęłam kredens. I tak kiedyś słyszałam, że coś za niego wpadło. Zanim skończyłam, Garet rzucił się w szparę i wygrzebał stamtąd wędzone świńskie ucho. Ponieważ był już przeżarty, a nie mógł takiego przysmaku zostawić myszy, popędził do pokoju i za chwilę dobiegło mnie stamtąd gorączkowe grzebanie. Gdzieś zakopał. Kanapa, fotel albo moje łóżko. Z naciskiem na to ostatnie.[/FONT] [FONT=Arial] Kiedy pognał do ogródka, żeby spacyfikować walczące koty, znalazłam ucho zagrzebane starannie w moim łóżku. Zaniosłam je do spiżarni. [/FONT] [FONT=Arial] Sprawa wyszła na jaw, gdy z zakupów wróciła Kaja. Garet, po powitalnym szale, tradycyjnie gorączkowo poszukiwał czegoś, co mógłby wziąć do mordki. Popędził prosto do łóżka. Grzebanie, niedowierzające sapanie i pełne frustracji chrząkanie obrazowało jego stan emocjonalny. [/FONT] [FONT=Arial] Kurde! Było i nie ma! Ktoś ukradł![/FONT] [FONT=Arial] Z wyrazem głębokiego zawodu i poczucia krzywdy na ślicznej buzi wrócił do kuchni. [/FONT] [FONT=Arial] -Widzisz, co zrobiłaś? – skarciła mnie Kaja. –Nie martw się, myszunia kochana, po czyszczeniu uszek dostaniesz. [/FONT] [FONT=Arial] Garet markotnie pomachał ogonkiem. Nikomu już nie można wierzyć. Chowasz sobie coś w swojej własnej jadalni i to znika. Poczułam się jak ostatnia łajza. [/FONT] [FONT=Arial] Na szczęście czyszczenie uszek odbyło się zaraz. [/FONT] [FONT=Arial] Niedługo później Gacia runęła za odsunięty kredens i wyskoczyła grając czymś w kiwanego. Tym czymś była mysz. Malutka, ale najwidoczniej bystra. [/FONT] [FONT=Arial] -Kaja! Twoja kocica złapała mysz! – zawołałam. [/FONT] [FONT=Arial] Niestety, najprędzej zareagował Garet. Pokonał odległość pokój-kuchnia szybciej, niż wydany przeze mnie dźwięk. Mysz i Gacia rozprysły się w przeciwnych kierunkach. Mysz prawdopodobnie do mojego pokoju. Jest dobrze. Kaja zauważyła pogodnie, że przynajmniej możemy przysunąć kredens. Na co odparłam nieco zjadliwie, że dopiero wtedy, gdy wyjmie zza niego akcesoria w postaci spryskiwacza, mojego buta z pszenicą i garnka. [/FONT] [FONT=Arial] W łóżku znalazłam nadgryzionego aniołka. I to z tych ładniejszych, z drugiej partii. Rozzłościłam się, bo wszystkie leżały pod kaloryferem, za fotelem, na którym siedziała zagapiona w telewizor Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] -Przecież on ci go praktycznie spod tyłka wyjął i nie zauważyłaś?![/FONT] [FONT=Arial] Obraziła się, że przecież odebrała mu przed chwilą transwestytę, lekko tylko naruszonego. Akurat tego to mogła sobie darować. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]23.11.2008 niedziela[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]POLOWANIA CIĄG DALSZY[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Przespałam głębokim snem trzy godziny, do wpół do trzeciej i los zdecydował, że wystarczy. Ostatecznie sobota to jeden z niewielu dni w tygodniu, gdy mam szansę wypocząć, ale przecież nie można mnie rozpieszczać. [/FONT] [FONT=Arial] Obudził mnie wizg pazurów po podłodze i łoskot. Brzmiało to tak, jakby Garet oszalał i rozdzielił się na dwie części poruszające się niezależnie od siebie, zgodne jednak co do tego, że należy zabić się o meble, rozrzucając uprzednio jak najwięcej rzeczy. [/FONT] [FONT=Arial] Chwilę trwało, zanim zrozumiałam, że to co najmniej dwie kocice polujące w moim pokoju na mysz. Westchnęłam ciężko i obróciłam się na drugi, mniej zdrętwiały bok. Wśród trwających wciąż hałasów rozróżniłam trzeszczenie telewizora (przecież chyba na telewizor nie wylazła? Chociaż kto wie, jedna z zeszłorocznej hodowli Gaci z upodobaniem wyłaziła na ścianę i sprawdzała czas na zegarze), stuk spadających z półek książek, chrobot korali w rzeźbionym, dębowym koszu i grzechot... grzechot aniołków suszących się na tacy pod kaloryferem. A potem grzebanie. Wyobraziłam sobie, że któraś z włochatych wariatek pomyliła blachę z kuwetą... No, bez przesady! Diabelskie pomioty![/FONT] [FONT=Arial] Zapaliłam gwałtownie lampkę i zwiesiłam się z łóżka. [/FONT] [FONT=Arial] -Won stąd!!! – wrzasnęłam.[/FONT] [FONT=Arial] Spod fotela wychynęła dzika morda jakiegoś kota. W półmroku wyglądał na czarnego, białe poduszki na wąsy miał nastroszone i wpatrywał się we mnie wściekłym wzrokiem. [/FONT] [FONT=Arial] -Jezu, co to jest? – wymamrotałam zaskoczona, macając w poszukiwaniu okularów. Mój skorygowany wzrok z trudem, głównie po braku jednego oka, rozpoznał Perłę. W niczym jednak nie przypominała przytulnej maskotki o słodkiej buzi. Dr Jekyll i mr Hyde. A raczej miss Hyde. [/FONT] [FONT=Arial] -Wynocha od aniołków! – zdenerwowałam się.[/FONT] [FONT=Arial] Dzika morda znikła. W pobliżu wojowniczo zagrzechotała Gacia. Wylazła z łóżka i powlokłam się do łazienki, uważając, żeby nie wleźć na mysz i nie zderzyć się z żadnym polującym kotem. [/FONT] [FONT=Arial] Potem było już tylko gorzej. Z pokoju Kai, zwabiony zachęcającymi odgłosami rozkręcającej się imprezy, przytruchtał Garet. O dwie godziny wcześniej niż zwykle. Zazwyczaj zaczyna mnie prześladować dopiero około piątej, nawiązując werbalny kontakt ze zjawami w ogródku, wyśledzonymi z parapetu. [/FONT] [FONT=Arial] Aktywność przedświtu odsypia dopiero wtedy, kiedy już na drżących, zaplatających się nogach zwlokę się z łóżka. [/FONT] [FONT=Arial] Udzieliła mu się radośnie histeria kocic. Wkrótce po pokoju grasowały trzy obłąkane bydlaki ryjąc pazurami po panelach i po moich znękanych, rozprzęgniętych półkulach, na których, czułam wyraźnie, następował błyskawicznie ubytek istoty szarej. Złorzeczyłam w wymyślny sposób oscylując pomiędzy furią i rozpaczą. [/FONT] [FONT=Arial] Wreszcie Garet zaniechał pogoni za widmem i uplasował się na parapecie. W ogródku musiał odbywać się jakiś doroczny sabat zjaw, bo co chwilę zaczynał skrzekliwie lamentować. Udało mu się pokonać nawet barierę niedosłuchu Ireny, bo około szóstej wrzasnęła ochrypłym od snu głosem:[/FONT] [FONT=Arial] -Zamknij się wreszcie, ty głupku!!![/FONT] [FONT=Arial] O siódmej poddałam się i wytoczyłam z łóżka. Wypuściłam Gareta do ogródka i obserwowałam, jak z entuzjazmem bryka po śniegu, w międzyczasie odczytując najnowsze wiadomości pod każdym krzakiem. Wreszcie zrobił kupę w malinach, co napełniło go taką radością, że ruszył zygzakowatym galopem przez ogród. Potężna kita powiewała triumfalnie, uszka podskakiwały, pierzasta, biała pierś majtała się na boki, a srebrzystobeżowe big milki i delfinki miękko brykały jak u rozochoconego źrebaka. Można go było schrupać, taki cudny. Fala miłości niemal pozbawiła mnie tchu. Na koniec popędził pomiędzy sosny i oszczekał ulicę, potem głębokim barytonem wypowiedział się pod oknem. Wrócił przez piwnicę, niemal wyrywając z zawiasów drzwi na korytarz i przytruchtał do pokoju zimny, ośnieżony i roześmiany od ucha do ucha. Natychmiast dał mu buzi, załkał z rozczulenia i popędził na górę, żeby przynieść drugi pantofel Kai, o którym poprzednio zapomniał. [/FONT] [FONT=Arial] Pogimnastykowałam się z psem na każdej aktywnej części ciała i poszłam się wykąpać. Kocice przeniosły się do kuchni i zaparkowały przy szafce pod zlewozmywakiem. [/FONT] [FONT=Arial] Wróciłam do gimnastyki nie tylko dlatego, że już z trudem się poruszam, ale również dlatego, że według obecnych wytycznych można cofać tylko śledząc sytuację z tyłu przez tylną szybę. I nikogo nie obchodzi, że robię prawo jazdy głównie ze środków PFRON tylko dlatego, że jestem niepełnosprawna ruchowo, co w moim przypadku obejmuje oprócz kończyn dolnych również kręgosłup. Jeśli zwinę się w korkociąg na tylną szybę patrzę dokładnie przez szparę pomiędzy okularami a skronią, czyli nie widzę nic, bo przy skojarzonej wadzie wzroku sfery i cylindry dają -6 dioptrii, a w dodatku przed oczyma latają mi mroczki, co jest, nie wgłębiając się w szczegóły, skutkiem uszkodzenia kręgosłupa szyjnego. Jest to problem, który muszę rozwiązać, choć jeszcze nie wiem, w jaki sposób. [/FONT] [FONT=Arial] Wymęczona, z oczami jak dół flagi narodowej, wkurzona widokiem trwających twardo od dwóch dni za kredensem garnka, spryskiwacza i mojego buta, usiłowałam zjeść śniadanie podczas, gdy Irena zaanektowała całą kuchnię na przygotowanie pierogów. Postanowiła wypróbować świeżo zdobyty przepis na pierogi z białym serem, cebulą i kapustą włoską i jak zwykle zabrała się do tego o pięć godzin za wcześnie, zestresowana, jakby chodziło o przygotowanie wyrafinowanego przyjęcia na cześć rodziny królewskiej. [/FONT] [FONT=Arial] Po wnikliwej obserwacji i głębokich przemyśleniach staram się jej nie wyręczać w czynnościach, z którymi bez trudu może sobie poradzić, bo zauważyłam, że ma tendencje do uporczywej inercji i chętnie zaprzestałaby wszelkiej działalności popadając w bezruch, aż w końcu musiałabym ją przenosić, z wszystkimi kończynami zesztywniałymi pod kątem prostym, z krzesła na łóżko. Wyraźnie potrzeba jej stymulacji. [/FONT] [FONT=Arial] Irena zajęła już kuchenkę, szafkę i osiemdziesiąt procent stołu, a teraz zerkała na mnie nieprzychylnie zamierzając zagospodarować resztę. To prawda, że kuchnię mamy niedużą, około szesnastu metrów kwadratowych, ale w blokach są jeszcze mniejsze. W gruncie rzeczy niewiele większe od szafy na ubrania... I jakimś cudem, nie wiem, jakim, ludzie sobie radzą. [/FONT] [FONT=Arial] Żułam chleb patrząc, jak Irena rozkłada stolnicę. To oczywiste, że ciasta robić nie będzie, jak dla niej trochę za ciężko. Zerknęłam na Kaję, która użalała się nad gruchającą Gacią z powodu ciężkiej, pracowicie spędzonej nocy. Zerknęłam jeszcze raz, już paskudnym wzrokiem. Nic. Moje dziecko jest dobre, ale ma naturę ojca, trzeba jej wyraźnie powiedzieć, czego się od niej oczekuje. Nadmie się w najbardziej możliwy z wkurzających sposobów, a potem zrobi. Na spontaniczne reakcje i domyślanie się nie ma co liczyć. [/FONT] [FONT=Arial] -Zarób ciasto! – wysyczałam półgębkiem. Zareagowała błyskawicznie.[/FONT] [FONT=Arial] -Daj, babciu, ja zarobię![/FONT] [FONT=Arial] -O, to dobrze, ja nie miałabym siły! – ucieszyła się Irena. [/FONT] [FONT=Arial] Znowu Kaja wali punkty. Ha! Zazdrosna o własną córkę! Patologia ciągnąca się przez pokolenia. Nic na to nie poradzę, ale szlag mnie trafia, kiedy Irena użala się nad Kają, że musiała przejść jedną ulicę dalej. [/FONT] [FONT=Arial] -No i byłam jeszcze w tym banku na Kazimierza zapłacić fakturę za Internet. [/FONT] [FONT=Arial] -Ojej, tak daleko? A nie mogłaś zapłacić w tym punkcie po schodkach?[/FONT] [FONT=Arial] -O mój Boże! Aż dwieście metrów dalej! Biedne, niepełnosprawne maleństwo, takie przeciążone i haniebnie wykorzystane! – wymamrotałam do Gareta strzygącego uszkami na fotelu w kuchni. [/FONT] [FONT=Arial] I tak mniej więcej to wygląda. Ja mogłabym spływać krwawym potem, a moja matka najwyżej wywarczałaby, że brudzę podłogę. [/FONT] [FONT=Arial] Docisnęłam się do czajnika i zrobiłam sobie kawę. Właściwie umyłabym tę okropną podłogę w kuchni, co miałam zamiar zrobić już poprzedniego dnia, ale coraz bardziej jeżyłam się na widok garnka, spryskiwacza i mojego buta za kredensem, które wyglądały, jakby już na stałe wkomponowały się w wystrój wnętrza. No i posegregowanych śmieci, wysypujących się z szafki pod zlewozmywakiem. Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby zlikwidować szum w uszach. Kaja walczyła z ciastem. [/FONT] [FONT=Arial] -Chyba wyszło mi za twarde. Nie da się rozwałkować. Co zrobić?[/FONT] [FONT=Arial] -Dodaj wody, poszukaj miejsca z najbliższymi robotami drogowymi, to ci rozwałkują – doradziłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Wciąż twarde.[/FONT] [FONT=Arial] -Sprzedaj alpinistom, ukręcą sobie z tego liny....[/FONT] [FONT=Arial] Kaja dolała więcej wody. [/FONT] [FONT=Arial] -Znakomicie – pochwaliłam. –Teraz wszystko się do tego przylepi. Ciamka jak wielki ślimak po kąpieli. [/FONT] [FONT=Arial] Udało mi się wreszcie wyegzekwować usunięcie pułapki na myszy, umyłam podłogę i trochę mi odpuściło. Polowanie na mysz przeniosło się do spiżarni, więc noc, do piątej rano, kiedy pojawił się Garet z pantoflem Kai w pysku, miałam stosunkowo spokojną. [/FONT] [FONT=Arial] Pogimnastykowałam się, wykąpałam, odwaliłam przy pomocy Kai drobne roboty krawieckie przy skórzanej kurtce (za krótkie rękawy; Kaja stwierdziła, że wypowiedziała się już na ten temat – czyli że mam ręce jak szympans) i poszłam na trzecią lekcję jazdy. [/FONT] [FONT=Arial] Nawet pogoda sprzysięgła się przeciwko mnie. Zwały śniegu, lodowaty wiatr i wciąż sypało. [/FONT] [FONT=Arial] Anieli byli w fatalnym nastroju, czego nie omieszkałam się zauważyć. [/FONT] [FONT=Arial] -Ależ skąd – zaprotestował, bębniąc palcami w kolano. [/FONT] [FONT=Arial] Zanim wsiadłam, z samochodu wysiadł nastoletni kursant, wyrośnięty, jak to współczesna młodzież. Ja też jestem wyrośnięta, cokolwiek nietypowo, jak na młodzież sprzed trzydziestu lat. Zawahałam się przed przesunięciem fotela. [/FONT] [FONT=Arial] -Jak myślisz? – zagadnęłam wkurzonego anioła. [/FONT] [FONT=Arial] -No zostaw, przecież nie będziesz stale leżeć na kierownicy, bo nie masz żadnej możliwości ruchu. [/FONT] [FONT=Arial] Zostawiłam. I pokornie poddałam się instrukcjom, które dziś mijały pod hasłem: „WIĘCEJ GAZU!!!”. [/FONT] [FONT=Arial] Matko święta, z dziesięciu na godzinę sprzed tygodnia przeszłam do sześćdziesięciu. Na ośnieżonych drogach. Wciąż nie mogę załapać celownika, czyli punktu, na którym mam się skupić, żeby nie jechać zbyt blisko środka albo zbyt blisko prawej krawędzi. Pomocy!!! Na co patrzeć?! [/FONT] [FONT=Arial] Wykombinowałam sobie, że po zakończeniu jazdy usytuuję sobie lewe koło na odpowiedniej części lewej wycieraczki. Na co mój anioł wywarczał, że wtedy będę się gapić tylko na lewą wycieraczkę. Powinnam to załapać na wyczucie. Może i racja. [/FONT] [FONT=Arial] Objechaliśmy (więcej gazu!) okoliczne miejscowości. Wpadałam w panikę tylko na skrzyżowaniach. A już do rozpaczy doprowadzało mnie, kiedy na środku skrzyżowania, na łuku, anioł żądał ode mnie zmiany biegu. A kurde, w życiu! Mam o jedną rękę i jedną nogę za mało. Matka Natura co prawda jest suką, ale nawet ona nie przeznaczyła człowieka do tak samobójczych zadań. Jak wjeżdżając na ruchliwą trasę, pośrodku łuku w lewo, można śledzić pas, na którym auto powinno się znaleźć, puścić jedną ręką kierownicę, wcisnąć sprzęgło, wrzucić bieg i jeszcze dodać gazu, utrzymując właściwy tor ruchu? Fizycznie i anatomicznie niemożliwe. [/FONT] [FONT=Arial] Dwa razy złapał za kierownicę. Raz na gołoledzi, a raz, gdy próbowałam wyprofilować niedoskonały kształt cinquecento zaparkowanego piracko na poboczu. Stał, więc potraktowałam go jak zwały śniegu. Nadal nie istnieją dla mnie lusterka i w sytuacjach stresowych jestem pewna, że pomylę gaz z hamulcem. [/FONT] [FONT=Arial] Chryste, pomocy!!![/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
Kochana, maści jeszcze nie mam, bo Artur się szlaja po Indiach. [FONT=Arial]21.11.2008 pt.[/FONT] [FONT=Arial]SEZON POLOWAŃ[/FONT] [FONT=Arial]W domu, pomimo codziennego przepalania, zrobiło się naprawdę chłodno. Miałam uruchomić piec dopiero w grudniu, jak w ubiegłym roku, ale pozostawiłam decyzję Irenie. Ja spędzam siedem godzin w przegrzanym pomieszczeniu, gdzie kombinuję, jak wywołać przeciąg, żeby się nie sfajczyć, za to ona siedzi w swoim pokoju na okrągło i to najczęściej bez ruchu. [/FONT] [FONT=Arial]-To jak, mamo, zapalamy?[/FONT] [FONT=Arial]-Eeee...ja nie wiem...[/FONT] [FONT=Arial]-Zdecyduj; jest ci zimno? Ostatecznie to ty spędzasz cały dzień w domu. [/FONT] [FONT=Arial]-Jest zimno, ale może jakoś wytrzymam? Najwyżej się owinę jakimś kocem – odparła drżącym głosem, zarezerwowanym do sugerowania cierpienia znoszonego z pokorą. [/FONT] [FONT=Arial]Odczytałam sygnał właściwie i poinformowałam Kaję, że gdy nastawię obiad, idziemy czyścić piec. Sama myśl o tym, że znowu będę musiała wpychać rękę aż po szyję w zamontowany w niewłaściwym miejscu wycior kominowy, żeby chochelką wybrać sadze, przyprawiła mnie o irytację. W dodatku ostre krawędzie betonu zdrapią mi ramię do krwi, a i tak będę miała poczucie, że nie wyczyściłam wszystkiego należycie. [/FONT] [FONT=Arial]Na domiar złego Gacia, zwykle natrętna jak czyrak na tyłku, w obecności Kai robi się wręcz nie do zniesienia, więc nie tylko plątała się pod nogami, mrauczała na wszelkie sposoby, ale i kontrolowała wszystko, co brałam do ręki. Oczywiście Kaja gruchała czule i wpatrywała się w nią rozanielonym wzrokiem. Ale podobno to ja rozpieszczam zwierzęta.[/FONT] [FONT=Arial]-No, co masz dla kotka? Daj...[/FONT] [FONT=Arial]-Łap! – zamachnęłam się selerem. [/FONT] [FONT=Arial]Zamiast Gaci zareagował Garet. W ułamku sekundy przefrunął z ławy na fotel, mebel wraz z psem i Gacią na oparciu przechylił się niebezpiecznie, Gacia spadła, Kaja ocaliła resztę ładunku i wybuchnęła śmiechem, bo widok Gareta obezwładnionego pożądaniem czegoś jest nieodparcie zabawny. Stanął napięty i drżący jak wibrująca struna, uszy zjechały mu na tył głowy, a ogromne, rzewne oczy tknięte zbieżnym zezem zrobiły się małe i mysie. Widać było, że padnie, a nie odpuści, a jeśli odpuści, to padnie. [/FONT] [FONT=Arial]-To nie piłka, tylko seler, durniu![/FONT] [FONT=Arial]W odpowiedzi załkał krótko lecz rozpaczliwie i zatrząsł się spazmatycznie, więc wetknęłam selera w mordę, która natychmiast zatrzasnęła się zachłannie. Uszczęśliwiony, zeskoczył z fotela, zadarł ogon i rozkołysanym krokiem podążył na ławę, gdzie zabrał się za drobiazgowe badanie obiektu. Obrał go częściowo ze skóry, spróbował trochę, przemyślał sprawę, skubnął jeszcze odrobinę, upewnił się i zostawił. [/FONT] [FONT=Arial]Zanim dotarłyśmy do piwnicy, przejechała Iwona i pojechaliśmy wszyscy obejrzeć Pustynię Błędowską, zanim całkiem zarośnie. [/FONT] [FONT=Arial]Garet, który dawno nie jechał samochodem, kompletnie oszalał. Miotał się, jęczał, stękał, kląskał, parskał i pluł, dokładając wszelkich starań, żeby, nie zważając na liczbę ofiar, przedrzeć się na przednie siedzenie. Zarzuciłam ramię na oparcie siedzenia Iwony, żeby go przyhamować, a Kaja gorączkowo działała z tyłu. Przeklinałam, bo czułam, że staw barkowy mi się rozpada, a Garet nadal gorączkowo próbował się zhyperwentylować, w przerwach przepraszająco plując nam do uszu. [/FONT] [FONT=Arial]Na szczęście nie było daleko i wkrótce przy pomocy nawigatora oraz napotkanych po drodze osób dotarliśmy na miejsce. Niestety, za późno. Pustynia w większości zarosła... [/FONT] [FONT=Arial]Iwona, jak większość osób posługujących się od wielu lat samochodem, ma nawyk starannego ochraniania tych mięśni nóg, które nie służą do naciskania pedałów i usiłowała wjechać na naturalny punkt widokowy na skraju wysokiej skarpy, ale zaprotestowałam dzikim wrzaskiem. Ofuknęły mnie obie z Kają, że przesadzam. Rozzłościłam się, że mam lęk wysokości i nawarczałam na nie, że skoro tak szanujemy wzajemnie swoje fobie, to przy najbliższej okazji obrzucę je pająkami i będę mówić, że przesadzają... Skrzyżowałyśmy paskudne spojrzenia, ale lodowate podmuchy wiatru ostudziły emocje. Garet znalazł się na zewnątrz, zanim zdążyłam odchylić oparcie siedzenia. Tyle cudownych zapachów! Najbliższa okolica w promieniu kilometra była szczelnie zasłana grubą warstwą śmieci i butelek. Najwyraźniej wycieczkowicze usiłowali jakoś wyrównać rzewny nastrój ogarniający ich na widok zanikającej pustyni. [/FONT] [FONT=Arial]Przez las zeszliśmy na dół, Garet zapluty z podniecenia. Zrobiło się zaciszniej i bardziej czysto, za to zaczęło się błoto z odciśniętymi kołami quadów, których para z rykiem minęła nas chwilę wcześniej. Pod skarpą, wśród sosen, stała tablica: „Teren na sprzedaż”. No proszę, gdyby ktoś się uparł, może zamieszkać w sercu pustyni, a ciszę będą zakłócać mu tylko pijani imprezowicze napawający się podwójnie, przez podwójne widzenie, pięknem natury oraz współczesne, dwuśladowe anioły piekieł. [/FONT] [FONT=Arial]Na górę wróciliśmy po okrutnie stromym zboczu, które Kaja z Garetem pokonali swobodnym krokiem, Iwona z zadyszką, a ja niemal na czworakach, charcząc i rzężąc. [/FONT] [FONT=Arial]Czyszczenie pieca okazało się przy tym miłą rozrywką. Kochane urządzenie ruszyło, Kaja wyjechała, bo, jak się zdaje, ostatni rok studiów spędza głównie na rozrywkach, a ja zaczęłam się martwić, ponieważ okazało się, że woda w bojlerze się nie nagrzewa. Sprawa może być poważna, bowiem leżące w niewłaściwym miejscu przy rurze przewody nadtopiły się. To znaczy stopiła się izolacja na przewodzie od konsoli sterującej i od pompy. Kaja zakleiła je taśmą izolacyjną i wydawało się, że wszystko jest w porządku, ale może ten od pompy trzeba wymienić...[/FONT] [FONT=Arial]W niedzielę moje myśli zdominowała druga lekcja jazdy, czyli kolejna życiowa porażka. [/FONT] [FONT=Arial]Mój instruktor wyglądał jak po remoncie generalnym. Ostrzygł się, a dwucentymetrowe, połamane szpony znikły. O Boże... czyżby szykował się na śmierć? ...[/FONT] [FONT=Arial]-Słuchaj – zaczęłam stanowczo. – Ja cię bardzo przepraszam, ale za cholerę nie ruszę się dziś z tego placu, nawet gdybyś mnie zabił. Będę się po nim kręcić aż do zawrotów głowy, dopóki nie zacznę wyczuwać skrętów kierownicy. Każdy reaguje inaczej, ja nigdy nie nauczę się tego na ulicy, bo gdy wpadam w panikę, przestaję widzieć, słyszeć i oddychać. [/FONT] [FONT=Arial]Rzeczywiście, przez pół godziny jeździliśmy po placu. Zawracałam, cofałam, zataczałam koła, aż mi się to samej znudziło. Czasami nawet udawało mi się wyłączyć kierunkowskaz, zanim zrobił to automat. Inna sprawa, że raz udało mi się też wyłączyć światła mijania i w ogóle tego nie zauważyłam, jako że nawet w warunkach stosunkowo bezstresowych wciąż brakowało mi co najmniej dwóch par oczu, jednej ręki i jednej nogi do pedałów oraz kolejnej, którą mogłabym się zaprzeć o podłogę. Kolan natomiast miałam za dużo i w dodatku zdecydowanie wadliwych, bo nieprzezroczystych. Nie protestowałam specjalnie, kiedy wyjechaliśmy, żeby okrążyć plac dworca. Po kilku okrążeniach zaczęliśmy jeździć po większym kole, częściowo ulicą wśród składów budowlanych, częściowo główną. Za każdym razem w tym samym miejscu na wzniesieniu gasł mi silnik. [/FONT] [FONT=Arial]-Musisz przyzwyczaić się do większej prędkości. Żeby nie stwarzać zagrożenia na drodze... Dodaj gazu![/FONT] [FONT=Arial]Pospiesznie rzuciłam okiem na prędkościomierz. Osiem na godzinę wydało mi się całkowicie wystarczające, ale widząc, że mój anioł bębni palcami w kolano, zaszalałam i zwiększyłam do dziesięciu. A, niech ma. Zagrożenie... niby jakie? Zagrożenie stwarzają ci, którzy jeżdżą jak wariaci! A zresztą, i tak już prawie zdecydowałam się zrezygnować. [/FONT] [FONT=Arial]-Ależ nie myśl nawet o tym, niedługo będziesz się z tego śmiała! Dobrze ci idzie, to dopiero druga lekcja. [/FONT] [FONT=Arial]-Żartujesz chyba! Brakuje mi koordynacji, nic nie robię dobrze i w ogóle nie panuję nad samochodem![/FONT] [FONT=Arial]-Przynajmniej nie zataczasz się na drodze, mam kursantkę, która po siódmej lekcji nadal szarpie kierownicą jak szalona. [/FONT] [FONT=Arial]-Hm... jeszcze tydzień temu robiłam to samo... [/FONT] [FONT=Arial]Rozstaliśmy się w stanie ostrożnego zadowolenia z siebie umawiając się na kolejną niedzielę. [/FONT] [FONT=Arial]Garet te pięć minut, które dzieliło moje wyjście od powrotu Ireny z kościoła, wykorzystał bardzo pracowicie. Moje skarpetki i koszulę znalazłam w ogródku. W kuchni pod stołem walała się rozgryziona torebka z ryżem, którą wydobył z zamkniętego kredensu. Bojler nadal nie działał. Zeszłam do piwnicy i zapatrzyłam się w ukochany piec. Wyszło mi na to, że winna jest niepracująca pompa. Nic, tylko ten przewód. [/FONT] [FONT=Arial]Zadzwoniłam do Leszka. Na delegacji, być może przyjedzie dopiero na święta. Zadzwoniłam do Roberta, ostatecznie nadzorował montaż i tyle się w tym domu uśmiał, że aż zaprzyjaźniliśmy się. Nie odbierał. Wreszcie zadzwoniłam do Pawła, sąsiada, który ma firmę wod-kan, a z którym się zaprzyjaźniłam, gdy w przed dwoma laty, w czasie najgorszych mrozów, pękł mi stary piec. Na delegacji! Wraca za dwa tygodnie. Potwierdził moje podejrzenie, że to może być wina którejś z pomp, niekoniecznie się spaliła, ale mógł podejść jakiś mały okruszek i zablokować skrzydła wiatraczka. Opisał mi budowę pompy i najwyraźniej przeceniając moje umiejętności, zaczął instruować, jak ją oczyścić. Drobiazg. Wystarczy odkręcić rurę i przedmuchać albo wykałaczką oczyścić wiatraczek. Podziękowałam z wdzięcznością i rozłączyłam się. [/FONT] [FONT=Arial]-Widzisz, stary? Wystarczy odkręcić rurę – oznajmiłam optymistycznie Garetowi, który zakończył inspekcję piwnic i wpatrywał się we mnie promiennym wzrokiem. Pomachał ogonem i uśmiechnął się. [/FONT] [FONT=Arial]Schowałam komórkę do kieszeni dresu i przyjrzałam się podejrzanej pompie. Przewód raczej nie, bo kontrolka świeciła normalnie, ale na wszelki wypadek poruszyłam przewodem. Potem włączyłam jej drugi bieg w nadziei, że jeśli ten paproch nie jest duży, to wypadnie sam... ruszyła z przyjaznym pomrukiem! Dzięki Bogu! Po dziesięciu minutach, które wykorzystaliśmy z Garetem na rzucanie piłeczki w ogródku, w kranach była już ciepła woda. Hurra! Co za szczęście, że zanim bez śladu przepadła, i tak beznadziejna, instrukcja budowy i działania pieca, zdołałam ją przestudiować, a poza tym prześladowałam pytaniami fachowców, bo po prostu lubię wiedzieć, jak działa coś, z czym mam do czynienia. Obojętne, czy jest to komputer, ksero, drukarka, organizm, piec czy inne urządzenie. Nie do przyjęcia jest dla mnie sytuacja, że przyciskam guziczek w przekonaniu, że reszta jest działaniem małych, niewidocznych, złośliwych ludzików albo magii. [/FONT] [FONT=Arial]Nastawiłam piec poniżej minimalnej temperatury, ale w domu jest komfortowo. Stałe osiemnaście stopni to aż za dużo. Zakręciłam nawet kaloryfer w kuchni, ku żalowi Perły, która leżąc na ławie z rozkoszą się na nim przypiekała. Drzwi do kotłowni obiłam styropianem, choć to i tak najcieplejsze pomieszczenie w domu. [/FONT] [FONT=Arial]Popołudniami, gdy już nie musiałam co chwilę latać do piwnicy, przybyło mi trochę czasu, który wykorzystałam na zaległe sprzątanie oraz wylewanie reszty wody z basenu. Garet w tym czasie brykał po ogródku. Z wyszczerzoną zieloną piłeczką, którą wydobyłam z basenu, przez chwilę tknięta okropnym podejrzeniem, że utopił się tam jakiś kot, bo pies stał na brzegu zwieszony dramatycznie do środka. Przesadziłam gruszę i laur w bardziej sensowne miejsca i wykopałam suchą czereśnię. [/FONT] [FONT=Arial]Z właściwego właścicielom psów, szczególnie tych cierpiących na zaburzenia trawienia, przyzwyczajenia, oglądałam każdą kupkę, którą zdołałam namierzyć w trakcie produkcji. Raz coś mnie zdekoncentrowało... [/FONT] [FONT=Arial]-No, stary, całkiem niezła konsystencja – oznajmiłam z przygnębieniem, wpatrując się w bok swojego buta. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy posypał pierwszy śnieg, znalazłam w Internecie przepisy na masę solną i postanowiłam przećwiczyć lepienie aniołków. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn (pewnie to wrodzona skłonność do utrudniania sobie życia) zastosowałam taki z solą gruboziarnistą. Mam nadzieję, że to była pomyłka w druku, a nie złośliwość autorki. Zanosiło się na to, że resztę życia spędzę na wyrabianiu ciasta, a sól i tak się nie rozpuści. I nie rozpuściła się. Przynajmniej nie od razu. Ćwiczyłam na dostępnym mi materiale, aniołki ułożyłam na deseczkach na kaloryferze u Ireny. Tam Garet nie był w stanie wcisnąć się za maszynę do szycia, a swoje mysie, pełne pożądania oczy mógł sobie wsadzić gdzieś. [/FONT] [FONT=Arial]Następnego dnia kupiłam sól drobnoziarnistą, ale i tak masa odbiegała od moich oczekiwań i wyobrażeń. Kolejna partia aniołków była już bardziej fantazyjna. Kaja przyjechała wczoraj akurat w momencie, gdy postanowiłam pomalować te pierwsze. Okazało się, że częściowo jakby się rozpłynęły (pewnie z powodu grubych ziaren soli), z przodu wyschły, a plecy miały nadal mokre. Ale i tak chciałam przynajmniej poćwiczyć. Przy okazji stwierdziłam, że dawno nieużywane, źle zakonserwowane pędzle zamieniły się w twarde, rosochate miotły. Kilkaset złotych w plecy. [/FONT] [FONT=Arial]Garet z mysią miną wpatrywał się w rozłożone na stole anioły. A figę! Udało nam się kilkakrotnie ocalić im życie, choć w gruncie rzeczy może nie było warto... [/FONT] [FONT=Arial]Zaczęłam od tego ze złamanym skrzydłem. O, kurde. Wyszedł transwestyta. Następny miał akromegalię. Kolejny, jak orzekła Kaja, wyglądał, jakby nie żył. Pozostałe trzy nawet nieźle, ale odbiegały rażąco od moich wyobrażeń. Przynajmniej rozpracowałam technikę malowania. Spryskałam je lakierem i w tym momencie straciły dla Gareta całą atrakcyjność, więc spokojnie zostawiłam je na stole. Z przygnębieniem zabrałam się za przepisy ruchu drogowego, jeden z czterech podręczników dobrego kierowcy (cha, cha!). Za cholerę mi to nie wchodzi do głowy, głównie z powodu drętwego opracowania przez, bez wątpienia, fachowca, który daru słowa nie posiadł w najmniejszym stopniu, za to dar komplikowania najprostszych informacji w stopniu perfekcyjnym. Wreszcie, znękana, oznajmiłam, że idę do łóżka, ale zatrzymał mnie doktor Haus, chyba jedyny serial, który mogę oglądać z przyjemnością. Oczywiście pod warunkiem, że Kaja włączy telewizor, którego sama nie używam. [/FONT] [FONT=Arial]W połowie filmu postawiłam trafną diagnozę, co sprawiło mi dużą satysfakcję i wzbudziło niegasnący żal, że z medycyną rozwiodło mnie nieodwołalnie i idiotycznie prosektorium. Socjologia medycyny to nie to samo. A byłabym takim dobrym diagnostą! No, może w następnym wcieleniu uda mi się pokonać te absurdalne, atawistyczne lęki. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy definitywnie oznajmiłam, że idę spać, z łazienki wywabiły mnie pełne emocji okrzyki Kai. Pełna złych przeczuć rozejrzałam się po kuchni, gdzie rozgrywała się niezrozumiała dla mnie akcja, w której, jak zauważyłam, przeszkodą były wszystkie koty i pies, a Kaja goniła jak potłuczona z garnkiem do ziemniaków w ręce. [/FONT] [FONT=Arial]Okazało się, że Marchew przyniosła mysz. Żywą. Na tyle żywą, że ukryła się w niedostępnym schowku za rurami od kaloryfera, z boku kredensu, gdzie zwykle stoi zapasowy taboret. [/FONT] [FONT=Arial]Taboret powędrował za stół, Kaja zakotwiczyła na ławie obok Perły i obie wpatrywały się z napięciem w rury. Obok rur leżał garnek, na ławie zmiotka. Prawdopodobnie Kaja miała nadzieję, że mysz uprzejmie wejdzie do garnka albo przynajmniej stanie na jego brzegu i pozwoli się tam zagonić zmiotką. Gacia latała wokół i wyła, Garet latał za Gacią w stanie najwyższej histerii, sapiąc, świszcząc i jęcząc. Full obłęd. [/FONT] [FONT=Arial]Powlokłam się do łóżka i zagłębiłam w wyprzedzaniu opisanym starannie w taki sposób, żeby nikt o IQ powyżej 100 nie mógł go zrozumieć. Ja nie mogłam. Doszłam do wniosku, że muszę to sensownie posegregować, przepisać i dopiero, błyskawicznie, przyswoję. Hm, może powinnam napisać naprawdę prosty poradnik dla kandydatów na kierowców?[/FONT] [FONT=Arial]Z kuchni emanowała atmosfera aż gęsta od emocji. Dobiegało mnie stamtąd, pomijając odgłosy wydawane przez nasze zwierzęta, jakieś syczenie, dźwięk suszarki do włosów (?!), stukanie i szuranie. [/FONT] [FONT=Arial]Wreszcie Kaja dała za wygraną, za to Gacia nie. Gruchała, jęczała i kląskała głębokim, gardłowym głosem, jakby te dźwięki godowe miały nakłonić mysz do wyjścia i uległego oddania się w jej pazury. A może miała nadzieję, że udręczona denerwującymi dźwiękami mysz zdecyduje się popełnić samobójstwo.[/FONT] [FONT=Arial]-Kaja! Zabierz ze sobą tę cholerną wariatkę, bo nie zasnę, dopóki jej nie zabiję! Gacię mam na myśli, a nie mysz! – sprecyzowałam. [/FONT] [FONT=Arial]Po chwili hałasów rozległ się szczęk klucza w zamku i zapadła błogosławiona cisza. Perła od dawna mruczała na mojej poduszce olawszy wszystkie myszy świata. [/FONT] [FONT=Arial]Jasne, co za atrakcja. Od schyłku lata myszy mamy dostatek. Ich truchła walają się wszędzie. W ogródku, w piwnicy, w domu i to po kilka naraz. Sezon polowania w pełni. [/FONT] [FONT=Arial]Rano za kredensem ze zdumieniem zauważyłam: przewrócony garnek, mój but upleciony z pasków miękkiej skóry wypełniony pszenicą i spryskiwacz podciśnieniowy. Oraz pobudzoną Gacię. Na ławie leżała zmiotka. [/FONT] [FONT=Arial]Później wyszło na jaw, że Kaja próbowała wypłoszyć z ukrycia mysz suszarką do włosów, spryskiwaczem (nie wiem w jakiej, być może odwrotnej, kolejności), a gdy to się nie powiodło, postawiła mój but z ziarnami, w nadziei, że tak jak kiedyś, inna, ta też wlezie do niego i da się wynieść (dzięki, nic o tym nie wiedziałam, za to znalazłam but przed domem zniszczony przez deszcz i wina spadła na Gareta). [/FONT] [FONT=Arial]Zostawiłam ten rozpierdul, ale już byłam wkurzona narastającym bałaganem. Dodatkowo byłam wkurzona kolejnym incydentem kilkunastodniowego opóźnienia doręczenia faktury za Internet. Nabuzowana poszłam na zakupy i do mojego ulubionego lekarza. [/FONT]
-
[FONT=Arial][COLOR=black]13.11.2008 czwartek[/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black]DZIKI TAKIE I INNE[/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Chyba mamy już za sobą spacer w ostatni kryształowo pogodny listopadowy dzień. Chociaż... może jeszcze będzie ładnie. Na jednej stronie w Internecie zapowiadają, że zimy nie będzie, co napawa mnie niewysłowionym szczęściem, na drugiej przewidują za parę dni opady śniegu, co powoduje natychmiastowy spadek drżącego poziomu serotoniny. Stawiam na optymizm, ponieważ według mnie meteorologia rządzi się fundamentalną zasadą „na dwoje babka wróżyła”. [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Pokicaliśmy w trójkę, z mieszanymi uczuciami, na ten spacer. Kaja, ta normalna i odpowiedzialna w naszym tercecie, szła ze świadomością, że ciągnie na lince obłąkanego psa oraz, bez linki, obłąkaną, niezdarną i rozkojarzoną matkę. Już dawno się poddałam i zrezygnowałam z udawania dominacji i podążam potulnie za moją zdecydowaną, dojrzałą, dominującą córką, co jakiś czas zmagając się z symptomem buntu nastolatków (znaczy moim). [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Oczywiście nie wszyscy kicaliśmy. Kaja maszerowała wyprężona, z zadartym dumnie podbródkiem, ja zataczałam się po nierównym, marginalnym poboczu, potykając się o własne stopy, a Garet kicał. Haniebnie. Przykucał, zbierał się do skoku, robił „kic”, przykucał, zbierał się... Poruta. Zawsze tak pokonuje stumetrowy odcinek wąskiej ulicy dzielącej nas od łąk. W ten sposób mijamy dom najbliższego sąsiada od zachodniej strony, dom kompletnie mi nieznajomego sąsiada, dom wynajęty, w którym mieszka rodzina Ukraińców handlująca na targu, dawny dom Artura z którego nowy właściciel stworzył uroczą rezydencję, która podoba mi się o wiele bardziej niż nowy pałac Artura, po czym dochodzimy do domu z drewnianą bramą, przy której nasz wojowniczy porost wykonuje prowokujący szczek, na który, na ową zmurszałą nieco bramę, przypuszczają morderczy szturm jej prawowici, krwiożerczy obrońcy – brzoskwiniowy foksterier, rudy, ogromny, seter irlandzki, i jakiś, średniej wielkości trzeci, trudny do zidentyfikowania. Brama trzeszczy i wygina się, seter już prawie przelatuje górą, nam prawie puszczają zwieracze, a Garecik jest pełen zadziorności jak rodacy pod Grunwaldem. Wreszcie, na drążących nogach, skręcamy w sąsiednią ulicę, całkowicie pozbawioną pobocza. Tam najpierw atakuje nas przez lichy płot kolejny seter, wielki i stary jak Matuzalem, z racji wieku niezdolny szczekać, lecz pohukiwać jak puszczyk z zapaleniem krtani. Niestety, widok Gareta wyzwala w nim dawno zapomniane pokłady sił, a przynależny mu płot jest w tak fatalnym stanie, że nasze życie wisi na włosku. [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] W kolejnym domu rezyduje ogromny owczarek alzacki, często nieobecny. Zaś w następnym mieszka ukochana Gareta, Julia, najbardziej szkaradny, znany mi pies. Niestety, czego żałuję niemal na równi z Garetem, Julia też często jest nieobecna.[/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Nareszcie docieramy do łąk. Garecik zyskuje piętnastometrową linkę, z której w pełni korzysta, moje przytomne i zdecydowane dziecko zamienia szyję w peryskop, usiłując wypatrzyć z wyprzedzeniem wszystkie czworonożne, śmiertelne zagrożenia, a ja nadal potykam się o własne nogi oraz psią linkę, która zmusza mnie do nieprzewidywalnych podskoków wprawiających Kaję w zdecydowanie dobry nastrój. W wolnych chwilach rozglądam się gorączkowo swoim przymulonym wzrokiem (zagrażający pies musiałby mieć kolor czerwony oraz migające pomarańczowe światło, żebym go zauważyła, zanim wgryzie mi się w nogę)n oraz spazmatycznie sapię i rzężę w proteście dla tempa tak zwanego spaceru. Według mnie jest to marszobieg w terenie z przeszkodami z przewagą wzniesień. Kaja nadal chichocze. Boże, wybacz, wychowałam sadystkę, w dodatku egoistyczną i rozpieszczoną. [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Na szczycie wzniesień łapię charczący oddech. Niebo jest lazurowe, bez jednej chmurki, trawy płowe, pachnące, z ciemnej ziemi (dlaczego w naszym ogrodzie zastępuje ją piasek?!) wyzierają kremowe i białe kawałki piaskowca, zaczynają powtórnie kwitnąć maki, jeszcze zmięte i bezbronne, a ptaki świergolą jak na wiosnę. [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] -Popatrz, jak tu jest zryte, to chyba dziki? – Kaja wskazała okolice kępy krzaków, przy której dziwnie zesztywniały, z uszami w trójkąt, zamarł Garet. [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] -Dzięki za dodanie odwagi – sapnęłam posępnie.[/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Fakt, że kępa była zbyt mała, żeby ukryła się w niej nawet świnka wietnamska, ale groza przeleciała mi dreszczem po plecach.[/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Nagle przeraziło mnie iście dzicze chrząknięcie, złapałam się za serce, Garet przytomnie odskoczył, a z kępy krzaków wystrzeliły dwa bażanty. Garet szybko oprzytomniał, gotów do pościgu z płożonymi po sobie uszami, na który nie pozwoliła mu Kaja, a ja po chwili hyperwentylacji zdołałam odzyskać normalny oddech. [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Oczywiście o normalności nie ma mowy, gdy w spłowiałych trawach kryją się podstępne, spłowiałe kuropatwy. Te podstępne, złośliwe gadziny, tłumiąc sardoniczny chichot, czają się, dopóki naiwny, pełen ufności podróżny nie zbliży się do ich miejsc parkingowych. Wyczekawszy do ostatniej chwili, zrywają się do lotu z obelżywym klekotem. Ale bynajmniej nie równocześnie. Ledwie zdołasz złapać głębszy oddech po pierwszej traumie, spod nóg wyskakuje ci kolejna gadzina. [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Po trzecim takim doświadczeniu, słaniając się na nogach, wrzasnęłam:[/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] -Do nierządnicy nędzy, spier...ć wszystkie równocześnie!!! [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Kaja była już w stanie lekkiej histerii i rechotała bez przerwy. Każde moje potknięcie i zapętlenie się w linkę Gareta tylko ją pobudzało. [/COLOR][/FONT] [FONT=Arial][COLOR=black] Cóż, niewiele miałam do powiedzenia na swoją obronę. Pokicaliśmy, chrumkając jak dziki, każde na inny temat, z powrotem. [/COLOR][/FONT]
-
Zaległa wizyta poadopcyjna to straszne zaniedbanie. Naskarżę na Ciebie do Mar.Gajko. Bieszczady w sam raz daleko. A Garecik ma na języku kilka plamek świadczących o jego łagodności (w stosunku do ludzi). Kurde, wciąż żyję, chociaż nie przypuszczałam, że jeszcze raz Wam powiem, że Was kocham. [FONT=Arial]O JEZU....[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Dziś o wpół do jedenastej pożegnałam się z Garecikiem, całując go w ulubione, najbardziej lśniące miejsce pod brodą. Liczyłam się z tym, że może to być moje ostatnie przyjemne doznanie w tym życiu.[/FONT] [FONT=Arial] Idąc na plac manewrowy rozglądałam się wokół jakby świeżym okiem, bowiem istniała możliwość, że robię to po raz ostatni. Cały świat lśnił w oślepiających promieniach słońca, powietrze było miękkie i ciepłe, pachniało przywiędłymi trawami. [/FONT] [FONT=Arial] Ruch, jak wcześniej sądziłam, był stosunkowo niewielki, ale i tak stanowczo za duży. Ale przecież chyba facet od razu nie wywlecze mnie na miasto? Cholera, chyba że trafiłam na samobójcę. [/FONT] [FONT=Arial] Na miejsce dotarłam po półgodzinie, parę minut przed czasem. Plac manewrowy wydał mi się stanowczo za mały. Czy nie powinien być duży jak lotnisko?... [/FONT] [FONT=Arial]Nie miałam pojęcia, jak wygląda mój instruktor. Wydzwoniłam go z listy jako piątego z kolei i pierwszego, który zgodził się jeździć w niedzielę. Od trzeciej rano jednakowoż stanowczo się odżegnał. Trudno, dobre i to. [/FONT] [FONT=Arial]Podjechał punktualnie o jedenastej. Przydepnęłam niedopalonego papierosa i przedstawiłam się. Instruktor był w moim wieku i dość zniszczony albo sporo starszy. Wzrostu około metr sześćdziesiąt, brak zębów zrekompensował sobie zapuszczeniem okropnie długich, połamanych pazurów, na widok których moje własne zęby, wciąż częściowo obecne, natychmiast ścierpły. Postanowiłam jednak nastawić się pozytywnie, bo jednego byłam pewna – jest cierpliwy jak anioł, spokojny i zrównoważony. Włodek (właściciel szkoły) zapewnił, że wszyscy są tacy. Potwierdzały to zresztą wpisy na forach internetowych.[/FONT] [FONT=Arial]Podeszła do nas kursantka pytając, czy mogłaby z mężem poćwiczyć jazdę na placu zanim zacznie formalne jazdy (szczęściara!), czy nie będą przeszkadzać. Anioł odparł, że proszę bardzo, a skądże, my mamy pierwszą lekcję, więc nie jeździmy. Rozluźniłam się i przez chwilę obserwowałam, jak znakomicie ta dziewczyna radzi sobie z wielkim, granatowym oplem kombi. I ja mam się równać z takimi praktykami!? Co z tego, że potrafię rozpoznać drzwi i kierownicę?! [/FONT] [FONT=Arial]Zaczęliśmy od wstępnych procedur egzaminacyjnych. Kierując się instrukcjami Anioła otworzyłam maskę, zlokalizowałam pojemnik z płynem do spryskiwaczy, chłodnicy, oleju i płynu hamulcowego; dowiedziałam się, jak sprawdzać poziom wszystkiego (z olejem było najprościej, bo reszta była tak zasyfiona, że nie sposób było dostrzec poziomu). Z własnej inicjatywy zlokalizowałam akumulator, po czym Anioł, żując zawzięcie gumę, przypomniał sobie o pasku klinowym. Rozochocona, z przyzwyczajenia, żeby dogłębnie poznać narzędzie, którym się posługuję, zaczęłam wnikać w szczegóły, których nie trzeba, a nawet nie powinno się znać, co skończyło się zamknięciem maski. [/FONT] [FONT=Arial]Gdybym miała zostać mechanikiem samochodowym, po tygodniu budowę samochodu miałabym w małym palcu, po dwóch umiałabym naprawić części mechaniczne, a po trzech opanowałabym diagnostykę komputerową i sprawiałoby mi to żywą przyjemność. Niestety, zadanie, które mnie czeka, nie jest wyzwaniem intelektualnym i poziom inteligencji mogę sobie wsadzić do bagażnika; wystarczy taki bliski minimum. [/FONT] [FONT=Arial]Następnie dowiedziałam się, gdzie są z przodu światła pozycyjne, mijania i drogowe oraz kierunkowskazy. Z tyłu – kierunkowskazy, pozycyjne oraz pozycyjne i stopu oraz odblaskowe i tylne przeciwmgłowe (obowiązkowe). [/FONT] [FONT=Arial]Wsiedliśmy. Ustawiłam siedzenie – o dziesięć centymetrów dalej, bo w końcu mam o piętnaście więcej wzrostu, niż Anioł. Za chwilę przesunęłam je z powrotem, bo chociaż kolana wyłaziły mi na kierownicę, źle mi się naciskało pedały. Hm, w gruncie rzeczy wolałabym sięgać do nich rękami... Najgorsze było to, że ich nie widziałam. Doszłam do wniosku, że mam nieproporcjonalnie zbudowane nogi. Chyba za długie uda... [/FONT] [FONT=Arial]Ustawiłam nachylenie siedzenia, zagłówek i lusterka. Fajny bajer z tym dżojstikiem, ale nie chciałam się za długo bawić. [/FONT] [FONT=Arial]Nauczyłam się włączać światła, kierunkowskazy i spryskiwacze oraz wycieraczki. Zapięłam pasy, Anioł nie. Jasne, o zęby się nie musi martwić. [/FONT] [FONT=Arial]Wypytałam o wszystkie inne przyciski i kontrolki.[/FONT] [FONT=Arial]Biegi potraktowałam nieco lekceważąco, bo kiedyś ćwiczyłam przez pięć minut w samochodzie Iwony i robię to na oślep. Zaskoczył mnie tylko wsteczny, nie spodziewałam się, że trzeba podnieść pierścień, ale pomysł dobry. W citroenie Iwony tego nie ma. [/FONT] [FONT=Arial]Kursantka i granatowy opel tymczasem zniknęli z placu. [/FONT] [FONT=Arial]-No to, Asiu, odpal, wrzuć jedynkę, puszczaj powoli sprzęgło, ale nie do końca i daj trochę gazu. Jedziemy – zadysponował Anioł ruszając rytmicznie szczękami. [/FONT] [FONT=Arial]-O Jezu... – jęknęłam pobożnie. I było to jedyne pozytywne hasło, jakie wydusiłam z siebie w ciągu najbliższych trzydziestu minut. [/FONT] [FONT=Arial]Zanim wjechałam w krzaki, polecił, żebym lekko wcisnęła hamulec. Na szczęście miałam założone pasy, on nie, ale widocznie zaparł się mocno nogami. Gałki oczne dzięki licznym, sprężystym więzadłom szczęśliwie szybko wróciły na właściwe miejsce. Na okularach zostały mi tylko słabe, śluzowate odciski. [/FONT] [FONT=Arial]Jakimś cudem okrążyliśmy plac manewrowy. [/FONT] [FONT=Arial]-Nie musisz tak ruszać kierownicą, spokojnie, trzymaj ją prosto, on sam pojedzie. [/FONT] [FONT=Arial]Dobrze mu mówić, na rowerze trzeba kręcić, a to jedyny pojazd, z jakim miałam do czynienia. A, nie – przypomniałam sobie. Przecież jeździłam na motorowerze – gdy pojawiło się ciężkie, małoskrętne, słabosterowne czeskie bydlę typu jawa, mój ojciec to kupił. Chyba w latach siedemdziesiątych. I jeździłam na nim zdychając ze strachu. To był bardziej motocykl z ograniczoną ruchomością niż motorower. [/FONT] [FONT=Arial]-Dobrze, teraz daj kierunkowskaz w prawo i wciśnij sprzęgło do końca. [/FONT] [FONT=Arial]Odruchowo wykonałam polecone czynności zanim zorientowałam się, co ten wariat zamierza. JEEEzuuu!!!! [/FONT] [FONT=Arial]-Spójrz w lewo...[/FONT] [FONT=Arial]Nierządnica, oszalał do szczętu?! Jak mam spojrzeć, mam tylko dwoje oczu![/FONT] [FONT=Arial]-Nic nie jedzie, puść sprzęgło i daj trochę gazu, skręć w prawo... jeszcze trochę. Teraz wyprostuj.[/FONT] [FONT=Arial]-Nierządnica! Poj.. bało cię?! Zabiję nas i wszystkich dookoła![/FONT] [FONT=Arial]-Spokojnie, to jednokierunkowa. Dobrze. Teraz skręć w lewo. W lewo. [/FONT] [FONT=Arial]Zanim wjechałam w minibus stojący na płycie dworca autobusowego, udało mi się kręcić w lewo. Teraz śmierć groziła taksówkom stojącym bez złych przeczuć na postoju. [/FONT] [FONT=Arial]-Odbij w prawo. Teraz prosto. Dobrze. A teraz wciśnij sprzęgło – nic nie jedzie?[/FONT] [FONT=Arial]A skąd, do nierządnicy nędzy, mam to wiedzieć?! Mam tylko jedną parę oczu wybałuszoną w dzikiej panice w przednią szybę, klasyczne widzenie tunelowe, zero koordynacji oko-ręka-noga, w tym ogromne niedobory anatomiczne - wspomiane dwoje oczu (za mało o trzy pary!!!), dwie ręce (wczepione w kierownicę) i dwie nogi (o cztery za mało!!!).[/FONT] [FONT=Arial]-Trochę gazu... Więcej... i lekko w lewo. Nie przekraczaj linii...[/FONT] [FONT=Arial]Jakiej linii?![/FONT] [FONT=Arial]-Dobrze. I mamy prostą, więcej gazu. [/FONT] [FONT=Arial]-Oszalałeś?! – wydusiłam. Nie miałam czym spojrzeć na prędkościomierz, ale na pewno jechaliśmy co najmniej piętnaście na godzinę. Jak dla mnie, o piętnaście za dużo. [/FONT] [FONT=Arial]-Oddychaj! – upomniał mnie na wysokości sądu. Możliwe, że zrobiłam się lekko sina na twarzy. A zawsze zastanawiałam się, jak nurkowie zdołają wytrzymać kilka minut. Ha, powinni mierzyć czas bezdechu kursantom prawa jazdy. Zmieniono by granicę orzekania o śmierci mózgowej. Zgłupiał chyba, mam prowadzić, patrzeć i jeszcze oddychać?![/FONT] [FONT=Arial]-Prosto jedziemy, nie machaj kierownicą, sprzęgło, wrzuć dwójkę. [/FONT] [FONT=Arial]Jezu, dwójkę?! No dobra, wrzuciłam. O kurde, chyba nie zamierza...[/FONT] [FONT=Arial]-Dobrze. Teraz prawy kierunkowskaz, sprzęgło do końca, spójrz w lewo, nic nie jedzie...[/FONT] [FONT=Arial]Lewo? Co to jest?![/FONT] [FONT=Arial]-I teraz skręć w prawo.[/FONT] [FONT=Arial]-Dobrze. Jeszcze. A teraz prosto.[/FONT] [FONT=Arial]Zajęłam przy skręcie dwa pasy jak autobus i zygzakiem podążałam ku śmierci. Chyba nie myśli, że... [/FONT] [FONT=Arial]-Dobrze, więcej gazu. [/FONT] [FONT=Arial]Oszalał facet. Przecież zaraz skręcimy w prawo i musimy zwolnić. Aha, chyba w prawo się nie da, więc... Chryste Panie, niemożliwe. Nie może być aż takim idiotą. Niemożliwe. [/FONT] [FONT=Arial]Zbliżaliśmy się nieuchronnie do najbardziej makabrycznego skrzyżowania w mieście. RATUNKU!!![/FONT] [FONT=Arial]-Sprzęgło. Wrzuć kierunkowskaz w prawo. [/FONT] [FONT=Arial]Wrzuciłam, ostatecznie trudno zostawić człowieka w niepewnej sytuacji. [/FONT] [FONT=Arial]-Jeśli cię, nierządnica, całkiem poje...ło, ja wysiadam. Nie nadaję się do tego. Rezygnuję z kursu – oznajmiłam stanowczo. [/FONT] [FONT=Arial]-Jest zielone, jedź! W prawo![/FONT] [FONT=Arial]-O nierządnica!!! O Jezu!!! – wrzasnęłam skręcając w prawo, na trasę przelotową Katowice-Kraków.[/FONT] [FONT=Arial]W tym momencie film mi się urwał, pamiętam mgliście, że jakieś pojazdy wymijały nas szerokim łukiem, wrzucałam jakieś biegi, w tym czwórkę, dodawałam niemrawo gazu potem skręcałam znowu w prawo, później dotarł do mnie komunikat o lusterkach, co wyzwoliło paniczną myśl, że idiotyczny jest podział na zeza zbieżnego i rozbieżnego, ponieważ najważniejszy jest okrężny, nie pamiętam, gdzie później wjechaliśmy, może znowu na plac dworca, ale niekoniecznie, odrobinę przytomności odzyskałam dopiero na placu manewrowym, po wyłączeniu silnika i zaciągnięciu hamulca ręcznego. [/FONT] [FONT=Arial]Gdyby mnie ktoś zapytał o czas i miejsce, mogłabym w miarę spójne udzielić odpowiedzi dopiero po przemaszerowaniu trzech kilometrów, w okolicach Biedronki. Ale dopiero w domu, w objęciach i pazurach Garecika poczułam się w miarę bezpiecznie. [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
[URL=http://imageshack.us][IMG]http://img223.imageshack.us/img223/2635/padziernik20088tw7.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/img223/padziernik20088tw7.jpg/1/ [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img241.imageshack.us/img241/2057/sierpie2008028gd9.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/img241/sierpie2008028gd9.jpg/1/][IMG]http://img241.imageshack.us/img241/sierpie2008028gd9.jpg/1/w320.png[/IMG][/URL]
-
[URL=http://imageshack.us][IMG]http://img241.imageshack.us/img241/2872/padziernik2008075la1.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/img241/padziernik2008075la1.jpg/1/][IMG]http://img241.imageshack.us/img241/padziernik2008075la1.jpg/1/w320.png[/IMG][/URL] [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img530.imageshack.us/img530/654/padziernik2008076zl8.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/img530/padziernik2008076zl8.jpg/1/][IMG]http://img530.imageshack.us/img530/padziernik2008076zl8.jpg/1/w320.png[/IMG][/URL]
-
Strasznie jestem wycofana. Wasze komentarze mnie mobilizują. Całuski. [FONT=Arial]26.10.2008 niedz.[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]JEST CUDNIE[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Co za pogoda! Co za jesień! Moja ulubiona pora roku zaprezentowała się w pełni urody. Koty chyba czują się zakłopotane przedwczesną zimową otyłością. Ja też. Irena i Kaja mój wygląd pomijają litościwym milczeniem, natomiast przyczepiły się do Kolesia. Że niby wygląda jak potwór. Kaja wróży mu wszystkie najgorsze rodzaje śmierci z otłuszczenia. A kocio po prostu stał się bardziej wyraźny. To prawda, że gdy kroczy, lekko drży podłoga i już prawie nie trzeba się schylać, żeby go pogłaskać. [/FONT] [FONT=Arial] Wczoraj wieczorem kolację przerwała nam seria łoskotów dobiegających z góry. Spojrzałyśmy odruchowo, z obawą, na sufit. Gdybym była sama, przestraszyłabym się śmiertelnie. Różnicowanie pomiędzy oszalałym perszeronem a szajką nawalonych włamywaczy. Tyle, że perszerona nie mamy. [/FONT] [FONT=Arial] -Kocuś bawi się na górze – oznajmiła Kaja, słuchowo usiłując ocenić rodzaj i rozmiary zniszczeń. [/FONT] [FONT=Arial] Po chwili rozległ się tętent na schodach i do kuchni wpadło nasze olbrzymie kocisko. W trzech bryknięciach pokonał szerokość pomieszczenia, wyhamował gwałtownie przed drzwiami spiżarki, spojrzał na nas ze śmiertelnie poważną, nieruchomą twarzą i powiedział z łagodnym naciskiem: - A-a!- jako że należy do tych istot, które nie uważają za stosowne niepotrzebne strzępienie sobie języka i nie wysila się na zbyt rozbudowane frazy. [/FONT] [FONT=Arial] -No, dawaj. Nasyp mu chrupek. [/FONT] [FONT=Arial] -A w życiu! – zaprotestowała Kaja. – Nie przyłożę ręki do jego śmierci z przeżarcia. [/FONT] [FONT=Arial] Kocur zagruchał jak synogarlica, owinął nogi Kai masywnym ogonem, rozmyślił się co do chrupek i zaparkował przy misce jak ogromna, pręgowana gruszka. Wygiął głowę do tyłu, zamrugał cudnymi, jasnozielonymi oczami i powtórzył z delikatną naganą: - A-a![/FONT] [FONT=Arial] -Weźże, nie bądź taką sadystką, nałóż mu pasztetu. Nie kociego, ludzkiego![/FONT] [FONT=Arial] Kaja spiorunowała mnie wzrokiem, ale posłusznie rzuciła na kocią tacę kilka łyżek pasztetu mamrocząc pod nosem, że przecież stoi obok psia miska pełna mięsa. [/FONT] [FONT=Arial]Psia miska pełna mięsa to u nas widok stały. Użytkownik nie jest zainteresowany. Kto jadłby mięso, którego nie trzeba ukraść? Żadna atrakcja. Tym bardziej, że można jeść fasolkę szparagową, muesli, smażone ryby, szpinak, łazanki z kapustą, pierogi... Mięso z miski najczęściej znika w nocy, kiedy już naprawdę nie ma szans na nic innego. Ktoś obliczał, że utrzymanie psa kosztuje 300 zł miesięcznie. To chyba yorka... Albo takiego pędzonego sztuczną karmą. Rany, gdyby tyle kosztowało utrzymanie naszego księcia, pieniądze kończyłyby mi się dwudziestego, a nie dziesiątego. [/FONT] [FONT=Arial] Sir Garet herbu ADHD-klaustrofobia prezentuje się zdumionemu światu jako pies, którego nigdy nikt nie pieści, za to wszyscy bezlitośnie głodzą. Można zaadaptować do niego sparafrazowane hasło detektywa Monka. „Obsesyjny. Kompulsywny. Garet”. [/FONT] [FONT=Arial] Kleptomania naszego uwodziciela osiąga szczyty. Maestrii i bezczelności. Na wołowej skórze by tego nie spisał. Pomijam już takie drobiazgi jak rozpakowywanie torby z zakupami w locie i bezbłędne wyławianie z niej najsmaczniejszego produktu, który zazwyczaj trzeba wygrzebywać z przełyku naszego arystokraty. I to tylko w tym celu, żeby ów produkt pozbawić groźnej dla życia, oślinionej folii. Wszystko inne znika w niewytłumaczalny sposób, jeśli tylko nie jest zamknięte w lodówce. A nawet, jeśli jest. [/FONT] [FONT=Arial] -No przecież przywiozłam ze Sławkowa pół kilo tego dobrego żółtego sera – broniłam się przed stałym, niezgodnym z prawdą zarzutem Kai, że „w tym domu nigdy nie ma nic do jedzenia”, stojącym w sprzeczności z niedawnym, zgodnym z prawdą, spostrzeżeniem Iwony, że w naszej lodówce są zawsze stosy jedzenia. [/FONT] [FONT=Arial] -A niby gdzie jest ten ser? – zapytała zjadliwie Kaja z głową w lodówce. [/FONT] [FONT=Arial] -Na którejś półce... – odsunęłam ją i sama wetknęłam łeb do lodówki. Rzeczywiście, sera nie było. [/FONT] [FONT=Arial] -Cholera... Przysięgłabym, że go tu włożyłam... A może nie włożyłam? – spojrzałyśmy na siebie. [/FONT] [FONT=Arial] -Może zjedliście?... – zasugerowała bez przekonania Kaja.[/FONT] [FONT=Arial] -Przez dwa dni?![/FONT] [FONT=Arial] Obie spojrzałyśmy na Greta rozpartego w swoim fotelu w kuchni i mrugającego długimi rzęsami z miną skromnej myszki. [/FONT] [FONT=Arial] -No dobra, nic nie mówię, za łapę go nie złapałam – wycofałam się. [/FONT] [FONT=Arial] -Ale przecież z woreczkiem nie zeżarł. [/FONT] [FONT=Arial] -Woreczków to tu się plącze od cholery, nawet nie patrzę i wyrzucam – powiedziałam z przygnębieniem. [/FONT] [FONT=Arial] Któregoś z tych cudnych dni siedziałam w ogródku na leżaku. W garści trzymałam wielką marchewkę, symbol beznadziejnej próby powrotu do właściwego odżywiania i właściwej wagi sprzed roku. Ojciec najbliższego sąsiada zrobił sobie przerwę w murowaniu wykładanego marmurem rożna, które konstruował tuż przy wewnętrznej bramie, dzielącej nasze posesje, i bawił się z Garetem w „Garet, przynieś piłeczkę!”. Nasz błyskotliwy arystokrata wytresował się na to hasło w ciągu trzydziestu sekund. Wreszcie widok marchwi zwyciężył. Porzucił piłeczkę i zaparkował przy mnie na okrągłym, lśniącym, czarnym zadku i z apetytem chrupał odgryzane przez mnie plasterki. Odpowiadałam akurat na jakąś uwagę sąsiada, gdy nagle zorientowałam się, że podnoszę do ust pustą rękę. Westchnęłam z zaskoczenia. Naprzeciwko mnie siedział czarny pies z pomarańczowym aportem w poprzek zadowolonej mordy.[/FONT] [FONT=Arial] Tego samego dnia od obiadu oderwał mnie telefon koleżanki z pracy. Porzuciłam pyszne, duszone warzywa i skupiłam się na rozwiązaniu problemu. Właśnie wpadłam na genialny pomysł załatwienia wszystkiego jednym telefonem, okręciłam się z zadowoleniem na pięcie, a mój wzrok padł na stół, na którym stał talerz z moim obiadem oraz moim rozkraczonym psem, pożerającym dyskretnie i bezszmerowo wegetariański posiłek. [/FONT] [FONT=Arial] -Nierządnica jej mać!!! – wrzasnęłam prosto do ucha dyrektorce zaprzyjaźnionej instytucji. [/FONT] [FONT=Arial] -...Joasiu? [/FONT] [FONT=Arial] -Nie, Ewciu, to nie do ciebie, ten cholernik mi właśnie zżera obiad! – jęknęłam zgnębiona. Ewa odetchnęła z ulgą i zrozumieniem, choć jej Cyprys w życiu nie odważyłby się wyleźć na stół i skonsumować jej posiłku. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatnio jeżdżę na wyciąg szyjny do szpitala. Czas był najwyższy, bo nie było dnia, żeby coś nie wypadło mi z ręki, nad którą momentami traciłam całkowitą kontrolę. Przy okazji zahaczam o mój ulubiony hypermarket, do którego zwykle nie chodzę, ponieważ jest za daleko. Ostatnio kupiłam tam surową polską wędzoną o smaku najlepszego salami. Znakomita! Kiełbasa, długości około pół metra, schodziła bardzo szybko. Garet śledził ją od początku wzrokiem pełnym tęsknoty i determinacji, która powinna była mnie zastanowić. Kawałki pod tytułem „dobry pies”, w nagrodę za wkropienie kropli do oczu, nałożenia maści do ucha i połknięcia tabletek hepatilu, nie zaspokoiły jego pożądania. [/FONT] [FONT=Arial] W czwartek przyjechała Kaja, akurat byłam lekko rozżalona po wizycie w piekarni mojej znajomej i matki kolegi Kai z klasy. W piekarni poprosiłam Ewę o dobry, pełnoziarnisty chleb. Najlepiej graham i chrupiący, spalony na śmierć, bo taki lubimy. Miałam już dość gumowatych tworów w folii, które kupuje Irena. Szczerze mówiąc powinnam w ogóle mieć dość, bo pieczywo to moja zguba. [/FONT] [FONT=Arial] Ewa zaproponowała chleb z siedmiu ziaren, błyskawicznie referując jego zalety. [/FONT] [FONT=Arial] -Dobra, biorę wszystkie siedem – zdecydowałam. [/FONT] [FONT=Arial] Potem rozmawiałyśmy przez chwilę o naszych dzieciach. Jej dziecko, wysokie, przystojne i zdumiewająco umięśnione, stało obok, pomagając matce w pracy. Kończy AWF i robi specjalizację z odnowy biologicznej. Zrezygnowało z mieszkania w Krakowie i dojeżdża, bo przecież na piątym roku nie ma już praktycznie żadnych zajęć, a w domu trzeba pomóc. [/FONT] [FONT=Arial] Poczułam jadowite ukłucie żalu i zazdrości. Moje dziecko, rozpieszczone do granic możliwości, nawet nie pomyślałoby, że w domu trzeba pomóc i na dwa dni zajęć można dojechać. Przeciwnie, siedzi w Krakowie przez trzy dni, wraca jak najpóźniej i bez sensu płaci za mieszkanie. [/FONT] [FONT=Arial] Poczłapałam do domu poprawiając na ramieniu ciężką torbę z zakupami. Dysk mi wypadł i konieczność napalenia w piecu podcinała mi nogi, ale liczyłam na to, że Kaja przyjedzie w południe i zajmie się tym. Po południu nałożyłam do pieca i zadzwoniłam do Kai. [/FONT] [FONT=Arial] -Gdzie ty jesteś?![/FONT] [FONT=Arial] -W Krakowie – oznajmiła beztrosko. –A co?[/FONT] [FONT=Arial] -Nic! – warknęłam i rozłączyłam się. [/FONT] [FONT=Arial] Zeszłam do piwnicy i zajęłam się piecem. Ja spokojnie wytrzymałabym bez palenia, ale Irena, z uporem tkwiąca bez ruchu na swoim niewygodnym krześle niczym Szymon Słupnik, marzła. Furia znacznie złagodziła ból. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja pojawiła się wieczorem. Byłam już po autopsychoterapii i wytłumaczyłam sobie, że nie mogę wymagać od dorosłej, odlatującej z domu kobiety, zaangażowania w opiekę nad dwoma starymi babami. Tym bardziej, że wychowałam ją bez narzucania obowiązków, chcąc idiotycznie wynagrodzić życie w niepełnej rodzinie. [/FONT] [FONT=Arial] Udało nam się nawet w miarę spokojnie porozmawiać i wyjaśniłyśmy sobie parę rzeczy. Między innymi to, że biorę na siebie większość sprzątania, zostawiając jej tylko łazienkę, bo widok jej nadętej miny odbiera mi ochotę do negocjacji. Ze strony Kai wyglądało to tak, że odsunęłam ją od sprzątania, bo uważam, że wszystko robi byle jak. No, faktycznie tak uważam, ale doszłam do wniosku, że wolę poprawić niż katować się sama. Stały motyw: „no przecież robiłam” ale nie: „zrobiłam”. Ale tego już nie powiedziałam. Atmosfera straciła trochę napięcia, bo poza tym wszystkim zdaję sobie sprawę z innych bezsprzecznych zalet mojego bardzo dojrzałego dziecka. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja dołożyła do pieca, włączyła ukochany telewizor, a ja ułożyłam się do masażu. A wtedy, jak zwykle, w Gareta wstąpił jego ojciec, sir Belzebub. Kiedy przestałyśmy reagować na wrzucanie piłeczki pod meble („Och, wyjmij ją, proszę, muszę ją mieć zaraz, natychmiast!!!”), potruchtał do pokoju babci i wrócił z jej wełnianą poduszką z krzesła. Uśmiechał się szeroko na myśl o czekających go rozkoszach seksualnych, ale Kaja zgasiła te marzenia w zarodku wyrywając mu poduszkę z uszczęśliwionego pyska. Cóż, w tej sytuacji pozostały mu tylko moje bezbronne nogi. Wrzasnęłam z furią i wierzgnęłam wściekle, co bynajmniej Gareta nie zniechęciło. Kaja, jak zwykle, wybuchnęła śmiechem. Ja kopałam i klęłam, Kaja rechotała, Garet z obleśną miną zatapiał w moich łydkach swoje boczne, abordażowe szpony. Wreszcie Kaja spacyfikowała go przy pomocy maści z olejkami eterycznymi. Kiedy skończył kichać, ułożył się słodko prawie na mojej głowie – ciepły, mięciutki, chrumkający rozkosznie przy drapaniu. Zapanował idylliczny spokój. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy zbierałam się z podłogi, Garet gdzieś znikł. Poczłapałam do łazienki, żeby się umyć. W kuchni mój zamglony wzrok padł na Gareta. Siedział na baczność w swoim fotelu z miną sennej niewinności, a z pyska zwisał mu sznurek. [/FONT] [FONT=Arial] -Kaja, chodź szybko!!! Jaki cudny!![/FONT] [FONT=Arial] Kaja wpadła do kuchni jednym rzutem oka oceniając sytuację. [/FONT] [FONT=Arial] -Garet?! Ty złodzieju!!! Zabierz mu to! Co on ukradł?![/FONT] [FONT=Arial] -Salami – powiedziałam z rozrzewnieniem. [/FONT] [FONT=Arial] -Oszalałaś?! – wrzasnęła tonem, w którym walczyły o palmę pierwszeństwa ponure zrozumienie i niedowierzanie. [/FONT] [FONT=Arial] -No dobra, łap za sznurek, bo tam może być też pętla z drutu – przypomniałam sobie koniec, z którego napoczynałam kiełbasę. [/FONT] [FONT=Arial] Po długich i milczących zmaganiach stało się jasne, że za nic nie uda się rozewrzeć zdeterminowanego pyska. Kai udało się wyrwać sznurek, na szczęście pozbawiony drutu i część błony osłaniającej kiełbasę. Trzydzieści centymetrów tejże spłynęło do przełyku naszego pupila.[/FONT] [FONT=Arial] -Tylko nie krzycz na niego, i tak będzie miał problemy z trawieniem, stres mu nie pomoże – poprosiłam. [/FONT] [FONT=Arial] Nie bez obaw o samopoczucie Gareta wpełzłam do łóżka tradycyjnie już, pomiędzy Perłę czającą się na poduszce i Kolesia zajmującego jedną czwartą dolną. [/FONT] [FONT=Arial] Noc spędziliśmy jak zwykle. Perła wciśnięta w moje ramię lub twarz, Koleś szukający zgięcia kolan. Ponieważ często w nocy wstaję, skomplikowana kocia procedura całkowicie wybija mnie ze snu. Kiedy wracam, Perła czeka, na którym boku zamierzam się położyć, a gdy już naciągnę na siebie nieprzylegnięte przez Kolesia części nakrycia, wędruje w kierunku mojej twarzy, uderza mnie mokrym nosem w brodę, łypie swoim jedynym okiem i wkręca się we mnie warcząc tak, że całe łóżko wibruje. Koleś, po chwili namysłu, wędruje w zgięcie moich kolan i włącza ogłuszający sygnał dźwiękowy mamląc brzuch, dopóki nie osiągnie stanu nirwany. Jeśli w międzyczasie coś mi zdrętwieje i muszę się przewrócić na drugi bok, cały proces zaczyna się od początku. Rano, ze spojówkami czerwonymi jak zorza polarna, wygrzebuję sobie kocie włosy z oczu. Próbowaliście kiedyś? Łatwiej wyjąć drzazgę spod paznokcia. [/FONT] [FONT=Arial] O piątej rano melduje się Garet. Najpierw próbuje otworzyć drzwi wejściowe. Ups, nie da się. Za to udaje się z drzwiami od piwnicy, przez które napływają lodowate podmuchy powietrza przez otwarte zaraz po nich drzwi kuchni. Nie jest idealnie, ale ostatecznie... Sprawdza, czy na pewno nie zamierzam zareagować i z westchnieniem uwala się w fotelu obok mojego łóżka świdrując mnie przez chwilę wzrokiem. Potem zasypia na pół godziny. W momencie, kiedy rozluźnię się postanawiając olać napływające zimno i zapach kociego moczu z piwnicy, piesek wzdycha, ziewa i stukając pazurami wędruje na górę, żeby sprawdzić, czy z Kają wszystko w porządku. Zaraz potem wraca, chrumka i bada, czy na pewno nie zamierzam wstać, po czym wskakuje na parapet. Jeśli w ogródku nie dzieje się nic wymagającego głośnego komentarza, zapada w czujną drzemkę na mniej więcej pół godziny. Potem jest tylko źle i gorzej. Stukanie i wizg pazurów po panelach przerywa stękanie i jękliwe zawodzenie znudzonego stróża domu, który natychmiast słania się na nogach i zasypia przelewając się przez ręce, gdy już wszystkich skutecznie wkurzy i pobudzi. [/FONT] [FONT=Arial] W międzyczasie koty opuszczają moje łóżko, Koleś wędruje do ogródka przez otwarte przez Gareta piwniczne drzwi, a Perła, ostatnio z uporem przemieszczająca się tylko przez kuchenne okno, szuka miejsca, gdzie mogłaby się swobodnie zlać ze starannym pominięciem kuwety. [/FONT] [FONT=Arial] W tenże radosny sposób zaczynając dzień przysięgam sobie, że już jutro nie dam się wkurzyć i prezentując pełną równowagę psychiczną rozpocznę dzień od ćwiczeń, a potem już będzie tylko lepiej i lepiej...[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
-
[FONT=Arial]08.10.2008 środa[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]BIEDNY SAMOTNY[/FONT] [FONT=Arial] Biedny, maleńki Garecik, ledwie wydarł się ze szponów śmiertelnie groźnej choroby, został w okrutny sposób porzucony. Ja, z konieczności (ostatecznie nie mam nieograniczonej ilości dni urlopu) wróciłam do pracy, nadal chrypiąc i prezentując nieoczekiwane ataki kaszlu charakterystycznego dla zejściowego stadium gruźlicy, a moje dziecko wyjechało do Krakowa, żeby imprezami zapoczątkować ostatni rok studiów. W dodatku zabrawszy ze sobą lekarstwo Gareta. A zawsze powtarzam, nie pakować się, kurde, w ostatniej chwili!!! (sobie też).[/FONT] [FONT=Arial] Lekarstwo odesłała priorytetem. [/FONT] [FONT=Arial] Garecik zapadł na właściwy sobie lęk separacyjny i depresję z epizodami agresywno-destrukcyjnymi. [/FONT] [FONT=Arial] Pierwszą ofiarą owej depresji padła kurtka Kai, którą w przypływie trudnego do wytłumaczenia zidiocenia zostawiła na wieszaku w korytarzu. W licznym towarzystwie zresztą. Zostawiła również stos odzieży w łazience, chociaż prosiłam ją kilkakrotnie, żeby zrobiła z tym porządek.[/FONT] [FONT=Arial] Z trudem hamując satysfakcję, zadzwoniłam do niej i oznajmiłam rzeczowo (bez żadnych nut triumfu w głosie):[/FONT] [FONT=Arial] -Hmmm... miałaś szarą sztruksową kurtkę z futerkiem i kapturem... Nie miałam pojęcia, że rękawy też były ocieplane – dodałam szczerze. –A były. [/FONT] [FONT=Arial] -Co?!! On to zeżarł?! A przecież już od dawna nic takiego nie robił!![/FONT] [FONT=Arial] -Nie robił, bo nie musiał. Zawsze któraś z nas była w domu.[/FONT] [FONT=Arial] -Zanieś wszystko, co tam wisi, do mojego pokoju. I zamknij drzwi. [/FONT] [FONT=Arial] Nie dyskutując, zaniosłam rzeczy Kai do jej pokoju, od trzech miesięcy będącego w stanie aktywnego sprzątania, co oznacza czynność rozpoczętą, lecz niezakończoną, w stadium wskazującym na stan chroniczny. Drzwi solidnie podparłam, choć wiedziałam, że dla Gareta jakiś nędzny fotel to pikuś. Trudno, wstając o wpół do szóstej rano i mając pracę, zajęcia dodatkowe oraz cały dom na głowie nie jestem w stanie dopilnować wszystkiego. Tym bardziej, że od dawna mówiłam, że w drzwiach trzeba zamontować haczyk albo zasuwkę. [/FONT] [FONT=Arial] Nie ma siły, Garecik musi mieć jakieś pachnące nami rzeczy do sponiewierania i przytulenia się w celu ukojenia złości za porzucenie i tęsknoty. Zostawiłam mu spodnie od dresu Kai, do których sukcesywnie dołączam moje rzeczy przeznaczone do prania – spodnie, bluzy, owłosione nadmiernie koszule nocne. Sprawdziłam bowiem, że metoda uginającej się trzciny spisuje się o wiele lepiej, niż sztywny opór, czyli ściąganie na siłę ubrań z wieszaków. Kończy się to tragicznie nie tylko dla ubrań, ale i dla wieszaków (gruby mosiądz poodginany w sposób niewyobrażalny dla osłupiałego producenta). Jeśli pachnące nami ubrania są łatwo dostępne, są również łatwe do regeneracji. Ślady i zapach gwałtu szybko usunie żel do prania oraz płyn do płukania. [/FONT] [FONT=Arial] Gdybym miała tyle testosteronu zamiast zanikających, żałosnych ilości estrogenu, też pewnie byłabym w stanie manifestować wyraźnie swoje potrzeby. [/FONT] [FONT=Arial] Jarzębiny cisnęły swoimi koralami o ziemię, nasz orzech otrzepał się z owoców jak z łupieżu, a winorośl zazdrośnie wplątała swoje gnijące grona w rosnącą w sąsiedztwie różę. Mimo wszystko jestem dumna jak paw z roślin, po raz pierwszy w tym roku owocujących. Pewnie to zasługa becikowego, po które udały się bez mojej wiedzy. [/FONT] [FONT=Arial] Winogrona są zdumiewająco duże i słodkie, orzechy takoż, choć ich łupina wymaga użycia broni zaczepnej. Mało tego, w okolicy huśtawki mamy wysyp kani. Huśtawkę z bali kupiłam w ubiegłym roku na allegro, chłopaki miały własny las, bale były dopiero co ścięte, toteż zapewne grzybnia zalęgła się w naszym piasku wraz z nimi. Super, szkoda, że nie zaplątały się razem z kaniami maślaki, moje ukochane grzybki. Ale nic to, w przyszłym roku zamówię (również na allegro) grzybnie innych grzybów jadalnych i zaaplikuję w okolicy rosnącego lasu. [/FONT] [FONT=Arial] Ponieważ nie mam środków na to, aby się przeprowadzić w spokojne miejsce i wybudować sobie wymarzony dom z bali, postanowiłam zastosować regułę Rossevelta: „Rób to, co możesz, tym, co masz, tam, gdzie jesteś”. Czyli –postanowiłam zasadzić gęsty las od strony tej cholernej, najbardziej hałaśliwej ulicy. Już rośnie sporo małych świerczków, daglezja, tuje, jodły i mnóstwo sosen. Cholera, nie dam się pokonać pieprzonym samochodom. Trudno, pękają mi kafle na ścianach i na podłodze, bo żaden cholerny policjant z ruchu drogowego nie zaparkował od lat dupy w tej okolicy (brak możliwości parkowania!!!!), a debile, właściciele drogi podporządkowanej, tak wąskiej, że powinna być jednokierunkowa, nie postawiły znaku zakazu wjazdu pojazdów powyżej 3,5 tony, wskutek czego tiry wyższe niż nasz dom przejeżdżają bez mała po jego ścianie, ale nie dam się. Jeśli prywatny las nic nie pomoże, ogłuchnę jak moja matka. I kij im w odbyt![/FONT] [FONT=Arial] A na razie mam wszystko w nosie. Pogoda sprzyja, muszę palić w piecu tylko co drugi dzień. Ja bym wytrzymała, ale żal mi Ireny, która siedzi przez cały dzień praktycznie bez ruchu. Uparta jak osioł, nie wyjdzie do ogrodu, tkwi na swoim niewygodnym krześle i czyta, robi na drutach (jedno nie wyklucza drugiego) albo układa pasjansa. Ma rewelacyjne krążenie, bo gdybym ja przez godzinę zajęła jej miejsce, nie pomogłaby mi potem nawet pozycja Trendelenburga, a słoń uznałby moje nogi za szczuplejsze od komarzych. [/FONT] [FONT=Arial] Irena, wychodząc z paskudnego zapalenia oskrzeli, które złapała ode mnie, popadła w przygnębienie, które złapała od ministra zdrowia. [/FONT] [FONT=Arial] Wiadomo powszechnie, że nasi ustawodawcy, chcąc udowodnić swoją przydatność, w momentach odlotu (nie wnikam, czym wywołanych, być może ambicją wspartą paniką, acz niepopartą kompetencją) tworzą akty prawne i wykonawcze urągające logice, natomiast kompatybilne z opinią naszego kraju w UE, czym doprowadzają prostych zjadaczy chleba, czyli obywateli o dochodzie poniżej średniej krajowej, do stanu podobnego własnym umysłom, określanym w psychiatrii jako psychoza lub paranoja. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatecznie lek przeciwdepresyjny i przeciwlękowy (zaopiniowany przez The Lancet również jako przedłużający życie i poprawiający jego jakość), niemożliwy ostatnio do przepisania przez lekarza rodzinnego (do psychiatry moja matka za nic nie pójdzie), przepisał jej weterynarz. Z wrodzonej uprzejmości określając ją jako „samicę” a nie „sukę”. [/FONT] [FONT=Arial] W obliczu powyższego gwałtowny ból zęba, który dopadł mnie akurat w piątek, to był pikuś. Wytrwała jestem, jak się wk..wię, to jeszcze bardziej. Czas, który pozostał mi po codziennych zajęciach, czyli parę godzin nocnych, przeznaczyłam na renowację kuchni. Przede wszystkim kupiłam ławę z poduchą przeznaczoną dla Gareta. I oczywiście przemeblowałam wszystko. Zabytkowy fotel powędrował na piętro z wyrokiem w zawieszeniu. Do dziś czuję go w kręgosłupie lędźwiowo-krzyżowym. Nowy nabytek, oznaczonym symbolem wymagającym skręcania przez dwie osoby, skręciłam sama, w czasie trzykrotnie krótszym. Pomalowałam go bejcą, żeby pasował kolorystyką do mebli w kuchni. Później wymalowałam na taboretach motywy z blatów kredensu i szafek (tulipany i róże), A niedzielę wieczorem i w nocy zeszlifowałam szafki i pomalowałam je bejcą. [/FONT] [FONT=Arial] Na poniedziałek byłam umówiona z Renią, pewna, że są to ostatnie chwile życia mojego zęba oraz mnie. [/FONT] [FONT=Arial]Moja śliczna, haniebnie młodo wyglądająca przyjaciółka, od niedawna jest panią czteromiesięcznego biszkoptowego labradora, któremu podporządkowała cały swój dotychczasowy tryb życia, włącznie z godzinami przyjęć. Teraz przyjmuje tylko po południu. Powitałam ją w gronie psich świrusów, a ona powitała mój ząb wśród zombie. Żywy już nie będzie, ale może ocaleje. Od razu po rozwierceniu poczułam ulgę. Już dziś jestem przekonana, że oboje z zębem zyskaliśmy odroczenie. W poniedziałek okaże się, czy miałam rację.[/FONT]
-
:loveu:Dziękujemy Wam, Kochane, za wyrazy wsparcia i troski. :multi: [FONT=Arial]30.09.2008 wt.[/FONT] [FONT=Arial]NASZE SŁOŃCE ZNOWU ŚWIECI[/FONT] [FONT=Arial] Wcale nie histeryzowałam, ale wczoraj Kaja mogła się czuć lekko prześladowana ciągłymi żądaniami informacji o samopoczuciu Gareta. Zapewniała mnie cierpliwie, że pije, czuje się lepiej, bo nasze ubrania zaczęły się przemieszczać bez własnego napędu, wylazł nawet na parapet i obserwował ogródek. [/FONT] [FONT=Arial] Po drodze z pracy udało mi się kupić kawałek swojskiej szynki bez konserwantów w osiedlowym sklepiku. [/FONT] [FONT=Arial] Dzieci zastałam na balkonie od strony głównego wejścia. Jedno czyściło balustradę przed malowaniem, drugie obserwowało okolicę i pięknie wyglądało. Na mój widok nastawiło uszy i zmarszczyło czoło zerkając w dół. Za chwilę przy furtce spotkałam się z radosnym psem, który odzyskał pełny wymach ogonem. Za słaby, żeby skakać, powitał mnie jednak serdecznie, a ja poczułam się tak, jakby dopiero teraz tlen dotarł mi do wszystkich kluczowych organów. Garecik z kością – zabawką w zębach upozował się w swoim kuchennym fotelu i cierpliwie pozwolił się wygłaskać, wycałować i przytulić. Teraz musiałam go zachęcić do jedzenia. Na kleik na białym mięsie nie dał się nabrać. Ryba pachniała nienajgorzej, ale to jeszcze nie to. Najlepszy byłby jedzony przez Kaję czekoladowy herbatnik, a w życiu! Ostatecznie zaczęliśmy od paru włókienek szynki. Za godzinę weszło juz parę plasterków i trochę tilapii, później dawkował sobie sam i wykazał żywe zainteresowanie jedzonym przez Kaję pączkiem. [/FONT] [FONT=Arial] -Mowy nie ma, biała mąka i sam tłuszcz! Musisz go tak dręczyć? – zapytałam z niezadowoleniem. Kaja w swoim fotelu zasłoniła się książką, Garecik poprawił się na swoim. Siedząc na baczność i w napięciu, płonącym wzrokiem wpatrywał się w okładkę. [/FONT] [FONT=Arial] -No i co, widzisz te dziury wypalone w książce? Może skończyłabyś to jeść w łazience? – zaproponowałam. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatecznie ubrałam się i poszłam do sklepu po pełnoziarniste herbatniki. Chyba jednak były zbyt zdrowe, bo Garet wypluł egzemplarz pokazowy i z zaciekawieniem patrzył, jak po kolei na niego włazimy i trzeszczymy okruchami. [/FONT] [FONT=Arial] Koleś, który w ciągu ostatnich tygodni przytył dwukrotnie przybierając rozmiary średniego psa, a poza tym zrobił się bardzo kontaktowy, plątał się pod nogami becząc „me, mee” i zaglądał Garetowi w zęby. Irena, autentycznie zatroskana w czasie ostatnich dni, podsuwała różne propozycje żywieniowe, których połowa zabiłaby każdego rekonwalescenta. [/FONT] [FONT=Arial] Na dworze powietrze było łagodne i pachnące. Szkoda, że tak długo padało, bo winogrona, które po raz pierwszy w tym roku zaowocowały, wspaniałe smakowo, popękały na krzewie. Nasz wielki orzech też po raz pierwszy w tym roku coś z siebie wydusił. Na próbę wzięłam małego orzeszka plączącego się pod drzewem. Zaniosłam go do kuchni i zaprezentowałam Kai.[/FONT] [FONT=Arial] -Patrz, góra urodziła mysz – rozłupałam skorupkę i zamiast kremowej skórki zobaczyłam czarne, węgliste wnętrze. –O... i tylko tyle.[/FONT] [FONT=Arial] -A, bo ty zaraz chciałabyś wszystko. On dopiero zaczął i na razie uczy się skorupki robić... [/FONT] [FONT=Arial] Wieczorem, Garecik zaopatrzony w porcję zaległych i bieżących pieszczot, zasnął w fotelu wypłoszywszy stamtąd uprzednio Gacię, której zwyczajnie nie zauważył, więc naprawdę nie miała powodu aż tak się awanturować. [/FONT]
-
:-( [FONT=Arial]29.09.2008 pon.[/FONT] [FONT=Arial]ZŁOTA JESIEŃ[/FONT] [FONT=Arial] Co za ulga, że wreszcie te parszywe, zimne pochmurne dni się skończyły. Bardzo ciepło juz nie będzie, ale przynajmniej jest słońce. [/FONT] [FONT=Arial] Garecika zdążyłyśmy wykąpać w ostatniej chwili, przed załamaniem się pogody na początku września. Oczywiście znał nasze zamiary zanim jeszcze zaczęłyśmy wszystko przygotowywać. I miał na ten temat swoje zdanie. Zaległ w fotelu „do zabiegów” straciwszy wzrok, słuch i zdolność reakcji. Kiedy wyczerpałyśmy cały arsenał perswazji, manipulacji i zachęt spojrzałyśmy na siebie bezradnie. [/FONT] [FONT=Arial] -No trudno, bierzemy go – zadecydowałam. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja złapała tylną połowę, ja przednią. Garet postanowił zastosować taktykę worka ołowiu. [/FONT] [FONT=Arial] Stękając okropnie taszczyłyśmy zwisającego bezwładnie psa przez kolejne pomieszczenia. Moja część wyraźnie przeważała. [/FONT] [FONT=Arial] -O Boże, ale ma ciężką głowę – jęknęłam. –To dlatego jest taki mądry! [/FONT] [FONT=Arial] Wspomniana, piękna głowa, majtała się nad podłogą z wyrazem upartej obojętności na myśliwskim pysku, mrugając powoli i z rzadka. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy nasz pochód dotarł do pokoju Ireny, moja matka oderwała się od pasjansa i wybałuszyła na nas oczy w okrutnym zaskoczeniu. Koleś, z identyczną miną, obserwował nas z fotela. [/FONT] [FONT=Arial] -Mamo! Jak wyjdziemy na balkon, zamknij za nami drzwi – wysapałam. Widząc, że Irena ma trudności z otrząśnięciem się z osłupienia, powtórzyłam: – Drzwi![/FONT] [FONT=Arial] Kiedy dotoczyłyśmy się do długich i stromych schodów z psem symulującym zgon w fazie zejścia stężenia pośmiertnego, ogarnęły mnie wątpliwości. [/FONT] [FONT=Arial] -Chyba nie damy rady – wyrzęziłam. [/FONT] [FONT=Arial] -Dobra, stawiamy go, może już zejdzie. [/FONT] [FONT=Arial] Garecik bez wrażenia przyjął ponowny kontakt ze stałym podłożem. Zanim zdążył przykleić się do balkonu, metodą pociągania (Kaja) i popychania (ja) zatoczyłyśmy go na taras pod balkon. Wie, kiedy się poddać. Zabiegi oczyszczająco-pielęgnacyjne zniósł spokojnie. Wytarłyśmy jego wodoodporne futro dokładnie, trzema ręcznikami, w zamian opróżnił na nas tajemne schowki w głębi sierści pełne wody, wskutek czego on stał się suchy, my mokre. [/FONT] [FONT=Arial] Nadszedł moment, kiedy pies gorączkowo usiłuje zetrzeć z siebie hańbiące piętno czystości i zapachu kosmetyków. [/FONT] [FONT=Arial] -W prawo! Skieruj go w prawo, tam jest długa trawa! – wrzasnęłam do Kai spostrzegłszy kątem oka miejsce po ognisku, pełne szarego popiołu i resztek niedopalonych roślin. Dzięki Bogu Garecik nie zajarzył, że przez te zgliszcza wiedzie prosta droga do szczęścia. Ruszył przez ogródek z prędkością naddźwiękową, a za nim powoli opadały na ziemię gejzery wyrwanej z korzeniami trawy. [/FONT] [FONT=Arial] Usiadłyśmy na huśtawce, żeby uniknąć ewentualnego, śmiertelnego w skutkach zderzenia. [/FONT] [FONT=Arial] Zaskoczył nas rozpaczliwy trzask gałęzi. Garet wskoczył w rząd tuj i szalał w nich testując wytrzymałość swojego futra na okorowanie. [/FONT] [FONT=Arial] -Jezu, zwariował. Patrz, co on robi![/FONT] [FONT=Arial] -Karczuje tuje – stwierdziłam spokojnie, zadowolona, że nie wskoczył do paleniska. [/FONT] [FONT=Arial] Garecik czuje dziwne i wielostronne powinowactwo do iglaków, które, z niezrozumiałych przyczyn, nie lubią psów. Może nie tyle psów, ile atramentu, jakim piszą swoje wiadomości. A iglaków u nas przybywa, postanowiłam bowiem, że jeśli nie mogę zamieszkać w spokojnej okolicy, odgrodzę się od ulicy lasem. Garet z aprobatą wita każde kolejne drzewko. Nie wiadomo dlaczego, ale wszelkie zdobycze najlepiej zagrzebuje się pod sadzonkami, które ledwie trzymają się ziemi swoimi małymi pazurkami. Wzrostu mają od dwudziestu do siedemdziesięciu centymetrów, ale zdaniem naszego pieszczocha znakomicie nadają się na słupy ogłoszeniowe. [/FONT] [FONT=Arial] -Garecik, NIE!!! – wrzasnęłyśmy jednogłośnie, gdy podniósł zawadiacko tylną łapę i swobodnie odkręcił kurek z moczem na świeżo zasadzoną tuję, o wiele fajniejszą, niż malutkie świerki.[/FONT] [FONT=Arial] Zdziwił się trochę, uniósł brwi, spojrzał na drzewko, nie zauważył w nim nic szczególnego, ale nie protestował. Nie to nie. Potruchtał slalomem i rozkraczył się przy drugiej w rzędzie. [/FONT] [FONT=Arial] -NIE!!![/FONT] [FONT=Arial] Garet opuścił łapkę, spojrzał na nią nieufnie, zamyślił się, aż mu czoło spłynęło na górne powieki i zrozumiał. Tu nie chodziło o nic innego, tylko o łapę! Podnosił nie tę, co trzeba! Uśmiechnął się szeroko, zadarł ogon i pomaszerował do trzeciej tui, zręcznym ruchem odwrócił się i wycelował w niebo drugą łapę.[/FONT] [FONT=Arial] Pękając ze śmiechu próbowałyśmy mu wytłumaczyć, że iglaki – generalnie, nie. Cóż, część i tak powinna przeżyć.[/FONT] [FONT=Arial] Garecik utrwalił swoją nową fryzurę pełną wachlarzy i loków na kanapie, bo moje łóżko okazało się zbyt miękkie. Posługując się szponami jak hakami do abordażu, przejechał przez nieszczęsny mebel najpierw na brzuchu, potem na obu bokach. Następnie wywrócił się kołami do góry i grzbietem odtańczył coś w rodzaju twista, a wreszcie wypiął zad w górę i stanął na głowie tocząc wokół wybałuszonymi gałami. Kiedy zrobił już wszystko, co w jego mocy, rzucił się na kanapę i pokąsał ją dotkliwie, mrucząc groźnie. [/FONT] [FONT=Arial] Nie ukrywam, że to najlepszy komplet wypoczynkowy, jaki kiedykolwiek miałam. Rodem z Holandii, w dębowych ramach, doskonale wyprofilowany. Obicia, wskutek systematycznej współpracy z Garecikiem i jego współpracy z piaszczystym podłożem ogródka, bezpowrotnie utraciły dawną elegancję. Szczerze mówiąc, pomimo czyszczenia, teraz przypominają mocno zużytą szmatę do podłogi. Co gorsza, wydają mi się coraz mniej solidne, choć myślałam, że tak mocny materiał może przetrzymać bez szwanku ze trzy pokolenia. Ludzkie może by i przetrzymał. Coraz częściej pojawia mi się wizja ostatniego przejazdu naszego psa po kanapie, gdy za nim, jak śnieżyczki na wiosnę, raźno wyskakują w górę nareszcie wolne sprężyny przybrane włóknami trawy morskiej... [/FONT] [FONT=Arial] Lśniący aż do porażenia oczu Garet wszedł w okres zimna i deszczu w niezłej formie. W przeciwieństwie do mnie. Przez trzy tygodnie męczyła mnie temperatura, bez innych objawów. Prawdopodobnie pełniłam rolę inkubatora, bo w międzyczasie zachorowała Irena. Co godzinę wlokłam się do piwnicy, żeby podtrzymywać ogień na awaryjnym palenisku pieca. Garecik kicał ze mną, żeby przelecieć się po ogródku z miłą świadomością, że ktoś jest w pobliżu. Nie wiem, być może normalne psy wychodzą do ogrodu same. Nasz nie. Mało tego, gdy uzna, że załatwił już wszystkie sprawy, pędzi do domu, nawet gdyby cała rodzina siedziała w ogrodzie. [/FONT] [FONT=Arial] Jedną ze spraw do załatwienia jest Szkaradny Kocurek, który po kilku tygodniach nieobecności zamieszkał u nas z powrotem. Widocznie dom, który testował, nie wydał mu się odpowiedni. Nic nie zyskał na urodzie, za to pożegnał się ze sporą częścią władz umysłowych, nigdy nie będących w nadzwyczajnej kondycji. [/FONT] [FONT=Arial] Po raz pierwszy uznałyśmy, że do szczętu oszalał, gdy wczesną wiosną porzucił ciepłą kotłownię i osiadł na zewnętrznym parapecie kuchennego okna. Kiblował tam całymi dniami i nocami, przysypany śniegiem. Pierwszy widok, jaki ukazywał mi się szarym rankiem po odsunięciu zasłony jak paskudny wyrzut sumienia, to nastroszony bałwan na parapecie. Zgodnie z moją wiedzą powinien był kilkakrotnie zamarznąć na śmierć albo zejść na zapalenie płuc. Nic takiego jednak nie nastąpiło, a jego strajk skończył się wraz z nadejściem ciepła. [/FONT] [FONT=Arial] Prawdopodobnie Kocurek był jedyną istotą, którą zachwyciło pojawienie się wrześniowych chłodów i szarugi. Z entuzjazmem uplasował się na trawniku pod niskopienną jabłonką, gdzie zamarł w ulubionej pozie pokutnika z opuszczoną głową. Pierwsze spojrzenie przez okno o świcie – Szkaradny Kocurek w strugach deszczu. Ostatnie spojrzenie o zmroku – Szkaradny Kocurek w strugach deszczu. Doszłyśmy do wniosku, że zgłupiał już dokumentnie. Widok oszalałego męczennika doprowadzał mnie do takiej furii, że najchętniej bym go zatłukła. Zanim jednak zdążyła wyartykułować do końca –Kurrrr... jego obłąkana mać! – Garet, z nastawionymi uszami, w radosnych susach, pędził w kierunku fanatyka. Co z tego, gdy po powrocie do domu rzut oka przez okno upewniał mnie, że Kocurek już odzyskał utracone pozycje. Aż wreszcie znikł. Odetchnęłam z ulgą i pochwaliłam się Kai, że chyba udało nam się na dobre przepłoszyć wariata z miejsca kaźni. Parsknęła ironicznie i pokazała mi paskudnika skurczonego za basenem, pod białą różą... cierpiącego spektakularnie w strugach deszczu. [/FONT] [FONT=Arial] Zamiast Kocurka zachorowałam ja. Kiedy pojawiły się objawy, nadeszły całą gromadą. Katar, kaszel, zapchane zatoki, chrypka na pograniczu afonii, zapalenie węzłów chłonnych i wysoka temperatura. Na szczęście Kaja właśnie wróciła z Krakowa i przejęła palenie w piecu. Czekał mnie ciężki tydzień i uparcie pchałam się do pracy, ale już w poniedziałek musiałam się odmeldować. Mimo antybiotyku objawy narastały. Ani chybi jakiś zmutowany wirus. Wszystko ode mnie uciekało z wyjątkiem jednookiej Perły, która mrucząc jak młot pneumatyczny ulokowała się na mojej poduszce. Przestałam gderać, bo straciłam głos i z szyją jak wyjątkowo nadęta kobra padłam na wyro. Ten moment wybrała sobie Iwona, żeby zadzwonić i zapytać o moje samopoczucie. Zdjęłam zimny kompres z nasady nosa i zacharczałam do słuchawki. [/FONT] [FONT=Arial] -...Joasia???...[/FONT] [FONT=Arial] -Grch...[/FONT] [FONT=Arial] -To ty? Ojej, chyba nie możesz mówić, biedactwo... To ja cię nie będę męczyć, zadzwonię kiedy indziej. [/FONT] [FONT=Arial] Zakrakałam posępnie na zgodę. [/FONT] [FONT=Arial] Okłady z mokrych ręczników okazały się mało skuteczne, toteż wydobyłam wodę termalną w sprayu, która doskonale schładzała, tyle że trzeba się było napracować. W środę uznałam, że muszę jechać do Będzina. Wykąpałam się, ubrałam, prawdopodobnie parę razy wylogowałam, bo okazało się, że gdzieś uciekła mi godzina i muszę się spieszyć, w drzwiach zrobiło mi się słabo, więc poczłapałam do pokoju Ireny, żeby powiedzieć, że nie jadę. [/FONT] [FONT=Arial] -No, ja myślę – popatrzyła na mnie jak na wariatkę. W tym momencie Garecik zabulgotał i zwymiotował mi pod nogi. Na babci wykładzinę, ale nawet się nie awanturowała. Posprzątałam szybko, ale pies nie zdradzał żadnych niepokojących objawów, więc uspokoiłam się. [/FONT] [FONT=Arial] W czwartek zmobilizowałam się i pojechałam do pracy, bo byłam odpowiedzialna za grupę młodzieży jadącej na powiatową olimpiadę dla osób niepełnosprawnych. Zimno było jak jasna cholera i padał deszcz. Przez całą drogę bluzgałam, bo jakiekolwiek zawody sportowe w tych warunkach wydawały mi się kosmicznym idiotyzmem. Do tego samego wniosku doszli organizatorzy, kiedy już niepełnosprawne drużyny ze wszystkich gmin zdążyły przybyć na miejsce, zmarznąć i zmoknąć. Termin olimpiady został przeniesiony na następny tydzień. Gdyby tę ryzykowną i szaloną decyzję podjęto dzień wcześniej, każda z gmin zaoszczędziłaby kilkaset złotych wydanych na opłatę przewoźników. Ale nie, przecież mógł zdarzyć się cud w postaci rozjarzonego słońca i nagłego wzrostu temperatury o trzydzieści stopni. Nadzieja umiera ostatnia. Głupota żyje wiecznie. [/FONT] [FONT=Arial] Na piątek wzięłam kolejny dzień urlopu. Kaja dostała paskudnego kataru, za to pogoda wyraźnie się poprawiła. Garecik stracił apetyt, udka żałośnie obsychały na talerzu. Nie paliłyśmy, więc wieczorem było już porządnie zimno. W moim organizmie nadal grasowały toksyny, czego dowodem jest to, że w towarzystwie Kai leżącej na kanapie z Gacią na kolanach, gapiłam się bezmyślnie w telewizor. W domu rozbrzmiewał trójgłos kaszlu, smarkania i kichania. [/FONT] [FONT=Arial] Garecik wywarcholił się na moim łóżku, pozwolił sobie odebrać bluzę od dresu i, z większymi oporami, poduszkę babci, która tradycyjnie zamierzał przelecieć. Rozejrzał się niezdecydowanie, zignorował zaproszenie na kanapę i znowu wylazł na moje łóżko, gdzie zwinął się w słodki kłębuszek na poduszce. Zastanawiałyśmy się, czy Artur przyjedzie po śliwki, a jeśli tak, to czy pójdzie je w ciemnościach zbierać, bo przecież oświadczyłam mu wyraźnie, że nie będę dla zdrowego, leniwego byka skakać po gałęziach. [/FONT] [FONT=Arial] -Ty, jemu coś się dzieje – zaniepokoiłam się, patrząc na psa, który z niepewną miną podniósł się, rozejrzał zdezorientowany, pospacerował po łóżku i z powrotem zaległ na poduszce, zwinięty jeszcze ciaśniej. [/FONT] [FONT=Arial] -O Jezu, przestań już histeryzować na jego punkcie, nic mu się nie dzieje, po prostu się poprawił – zniecierpliwiła się Kaja i kichnęła potężnie.[/FONT] [FONT=Arial] Garet znowu wstał i przeniósł się w nogi łóżka. Przeniosłam się do niego. Wyglądał jakoś tak żałośnie...[/FONT] [FONT=Arial] -Co, malutki, psiunia zmęczona? Co się stało, aniołeczku? O BOŻE, KAJA!!! Mówię ci, jemu coś jest! Trzęsie się! Zostaw tego cholernego kota i... – w tym momencie Garecik wyciągnął szyję i zwymiotował białą pianą. Kaja wreszcie wstała i rozpoczęłyśmy akcję ratunkową. Powoli i łagodnie, żeby go nie stresować, bo wymiotował jeszcze kilkakrotnie. Jeśli mu było wygodniej na łóżko, to niech sobie rzyga na łóżko. [/FONT] [FONT=Arial] W kwadrans później zarzygał całą kanapę. Nigdy dotychczas tak nie chorował. Przeważnie zwymiotował i był gotów do zabawy. Kaja przekonywała mnie, że to nic poważnego, bo właśnie przyniósł sobie mojego jaśka i zamierza z nim kopulować. Od razu się zirytowałam, bo ostatecznie matka wie najlepiej, a jaśka trzyma, bo nie rozeznaje swoich potrzeb, taki jest zdezorientowany. Z tej złości i strachu nawarczałam na Artura, który akurat się pojawił. Oczywiście bez torby lekarskiej i gadając, jaki to on jest zmęczony. Przyjechał potem jeszcze raz, zaaplikował Garetowi leki, oczywiście w ślepo, bo też nie miał pojęcia, co się dzieje. Był również w sobotę i w niedzielę. Garet coraz słabszy. Bez temperatury, z wodnistą biegunką, sporadycznymi wymiotami spacyfikowanymi torecanem. Przygnębiony, obolały i nieszczęśliwy. Ja, zżerana niepokojem, w stanie furii przechodzącej w panikę. Dziś czwarty dzień, kiedy nic nie je. Na szczęście pije wodę, ale chyba i tak trzeba go będzie podłączyć do kroplówki. W południe Artur pobrał mu krew, wyniki jutro. Jestem coraz bardziej zmartwiona. [/FONT]
-
Sorry, źle skopiowałam [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img81.imageshack.us/img81/8730/sierpie2008008gy0.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/img81/sierpie2008008gy0.jpg/1/][IMG]http://img81.imageshack.us/img81/sierpie2008008gy0.jpg/1/w320.png[/IMG][/URL] i czesanko [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img81.imageshack.us/img81/9803/sierpie2008048dt1.jpg[/IMG][/URL]